cudanakiju.pl

cudanakiju.pl

czwartek, 20 czerwca 2013

Pod skrzydłami Feniksa, czyli uroki wiktoriańskiej Anglii

Nesbit.jpgKrakowskie wydawnictwo Znak wznowiło ostatnio, ku mojej radości, starą i sprawdzoną klasykę dla dzieci. Autorką prezentowanej trylogii jest Edith Nesbit, pierwsza dama wiktoriańskiej literatury dla najmłodszych, której nazwisko stawia się obok takich tęgich piór, jak Frances Hodgson Burnett (moja absolutna faworytka), Kenneth Graham, czy James Barrie. I chociaż książki te napisane zostały ponad wiek temu, dzisiaj czyta się je równie dobrze, jak kiedyś. Oto stara, wesoła Anglia, gdzieś tam w tle zamorskie kolonie, malownicza sceneria zamglonych ulic Londynu, czy niekończących się wrzosowisk… i pełnokrwiste historie, których bohaterowie mierzą się z problemami dorosłego świata, nie tracąc jednak z pola widzenia swojego dzieciństwa. Większość z powstałych w tym czasie powieści dotyka skomplikowanej tematyki społecznej, przedstawiając nam obraz hierarchicznego społeczeństwa, ze wszystkimi jego blaskami i cieniami. Służące w koronkowych fartuszkach, które przed świtem jeszcze wygarniają popiół z pieców i dźwigają węgiel z piwnicy. Proszone herbatki, na które zapraszane są eleganckie i snobistyczne damy z sąsiedztwa. Zetknięcie się skrajnej nędzy z bogactwem, prostoty z wyrafinowaniem, formy z treścią – to wszystko zaiskrzyło doskonałymi obserwacjami psychologicznymi i możliwością poprowadzenia niezwykle ciekawej akcji. Pasowane na głównych bohaterów dzieci, uważnych obserwatorów otaczającego świata, pozwalało na mocne skomentowanie rzeczywistości bez moralizowania.
Wróćmy jednak do naszej trylogii. Mowa o dwóch książkach (trzecia ma się zapewne niedługo ukazać): „Pięcioro dzieci i coś” oraz „Feniks i dywan” (a czekamy jeszcze na „Historię amuletu”). Autorka opisała w nich przygody piątki rodzeństwa, dzieci ze średnio sytuowanej, mieszczańskiej rodziny, żyjące sobie spokojnie w wiktoriańskim Londynie. Magia wkracza w ich życie za sprawą z pozoru zwykłych przedmiotów. Możliwe stają się podróże w czasie i przestrzeni, londyński smog rozwiewa egzotyczny wiatr z dalekich wysp i odległych epok, dzieci spotykają się z mitycznymi postaciami, które znały z legend, lecz zarazem wszystko pozostaje po staremu, nadal muszą być grzeczne, uczyć się francuskiego, a nawet zmywać naczynia, gdyż, jak pisze Nesbit, nie byli żadnymi książętami, by być z takich prac zwolnieni. Autorka chętnie czyniła tego rodzaju spostrzeżenia, będąc zapaloną socjalistką i obserwatorką społecznych paradoksów epoki szalejącego kapitalizmu. Jednocześnie jednak potrafiła urzec czarodziejską fantazją, a mityczny Feniks jest pod jej piórem niezrównany. Doskonałe naszkicowane są też postacie dzieci. Edith Nesbit miała czwórkę rodzeństwa, wychowała również całkiem prężną gromadkę dzieci swoich i przysposobionych, więc wiedziała, o czym pisze. Podziwiam, bo na kilkuset stronach wszystkich trzech tomów dialogi i interakcje między rodzeństwem nigdy nie są sztuczne, przeszarżowane, czy nudne. Duża w tym zasługa dla polskiego czytelnika także i tłumaczki, Ireny Tuwim, której kunsztu Państwu już chyba zachwalać nie trzeba. Napięcie między kochającym się rodzeństwem nie tak łatwo oddać w sposób przekonujący, jednak Autorce z pewnością się udało. Ani cienia nudy, czy pretensjonalności. Wielu współczesnych autorów mogłoby się od niej sporo nauczyć.
Książki wydane zostały w eleganckiej, twardej oprawie, z zakładką ze wstążeczki, w małym, poręcznym formacie. Zachowano, na szczęście, klimatyczne, czarno-białe ilustracje Marii Orłowskiej-Gabryś, które pamiętam jeszcze ze swojego dzieciństwa, gdy rozczytywałam się w „Feniksie”. Ogromnie jestem ciekawa, czy spodoba się także i moim dzieciom. Może w wakacje przyjdzie czas na wspólne czytanie?
Agnieszka Jeż
Od wydawcy: Edith Nesbit to znakomita pisarka angielska, klasyk literatury dziecięcej, twórczyni nowoczesnej literatury fantastycznej, autorka słynnego cyklu, w skład którego wchodzą: Pięcioro dzieci i „coś”, Feniks i dywan oraz Historia amuletu.

środa, 19 czerwca 2013

Rany Julek...


Bieżący rok 2013 Sejm ogłosił Rokiem Tuwima. W grudniu upłynie sześćdziesiąt lat od śmierci Poety i zarazem stulecie jego debiutu. Od wiersza „Prośba”, który w 1913 roku ukazał się w „Kurierze Warszawskim”, polska literatura wzbogaciła się o niezwykły talent liryczny i translatorski. Poezja Tuwima to także swoisty dwugłos polskiego autora żydowskiego pochodzenia, poruszające świadectwo epoki dwudziestolecia, zawieruchy wojny, wreszcie niełatwych czasów powojennych. Zasług Tuwima dla polskiej literatury nie sposób przecenić, do jego wierszy sięga się chętnie i dzisiaj, do czego wielu okazji przysparza nam jubileuszowy rok. Głośne czytanie poezji publicznie przez aktorów i zwykłych miłośników jego wierszy na prywatnych spotkaniach, odczyty, wznowienia, koncerty… Jest w czym wybierać. Szczególnie cieszy się z tej okazji Łódź, rodzinne miasto Tuwima, gdzie w 1894 roku poeta przyszedł na świat. Jedną z ciekawych imprez, jakie się tam niebawem szykują, będzie Noc Świętojańska w Helenowie z Tuwimem w tle, plenerowa impreza z muzyką i czytaniem wierszy (info: tutaj). Może się ktoś wybierze…?
Łódzkie wydawnictwo Literatura, którego książki często miałam przyjemność recenzować, również dołożyło swoją cegiełkę w postaci tomiku Agnieszki Frączek o wdzięcznym tytule „Rany Julek! O tym, jak Julian Tuwim został poetą”. Bo chociaż twórczość poety dla najmłodszych obejmuje zdecydowanie policzalną ilość wierszy („nie więcej, niż było wagonów ze słynną lokomotywą”, jak pisze Autorka), to dla wielu czytelników nazwisko jego kojarzy się właśnie ze słynną Lokomotywą, Rzepką, czy Panem Hilarym. I myślę tu również o tych czytelnikach, którzy, nieszczęśni, w dorosłości swojej z różnych powodów nie sięgnęli już więcej po żaden wiersz. Ich życie nie minie na darmo, liznęli bowiem odrobinę prawdziwej poezji. Co z tego, że dla dzieci, prawdziwa literatura nie ma wieku…
Agnieszka Frączek chyba sporo Tuwima jako dziecko czytała. Jego strofy weszły jej w krew tak dalece, że pokusiła się o skromne trawestacje słynnych wierszy, ukrytych w formie zagadek dla wnikliwych czytelników. I są to wcale niezłe wierszyki, chociaż Autorka skromnie przyznaje:
…i choćby przyszło tysiąc pisarzy
i każdy tysiąc strof by wysmażył,
i każdy nie wiem, jak się nadymał,
nikt nie dogoni Julka Tuwima.

I z tym się zgadzam, nie ma równego, chyba, że byłby to niedościgły Brzechwa. Warto więc Tuwima dzieciom czytać. A przy okazji trochę opowiedzieć – i tu w sukurs przychodzi nam Agnieszka Frączek – o dzieciństwie Poety. Bo książeczka ta nie jest życiorysem Tuwima (swoją drogą, może ciekawy pomysł, w końcu żywot miał barwny), lecz skupia się na okresie życia małego Julka, gdy wiersze nie były mu jeszcze w głowie.
Czym się wtedy zajmował? Jakie miał pasje? Co wypełzło spod serwantki w domu Tuwimów i śmiertelnie wystraszyło szacownych gości? Jak zakończyła się ucieczka z domu i dlaczego mały zbieg nie dostał się do Ameryki? Czy można kolekcjonować słowa i jaki jest z tego pożytek? Na takie właśnie pytania można znaleźć odpowiedzi czytając „Julka”. Autorka nie zanudza, stawia na żywy kontakt z czytelnikiem: wierszowane zagadki, rymowane definicje trudniejszych słów, które pojawiają właśnie, gdy mały czytelnik zamierza zapytać, co to znaczy… A do tego ilustracje Joanny Rusinek. Tu także się nie nudzimy, artystka zastosowała bowiem różne techniki, łącząc je nieraz w ramach jednego obrazu, co dało bardzo ciekawy efekt. Elementy tła (meble, architektura) nawiązują do starych rycin, pocztówek, czy dziewiętnastowiecznych rysunków, postacie rysowane są we współczesnej konwencji, w radosnych kolorach, miękką kreską. Wakacyjne wspomnienia oddają akwarele, a „wynalazki” chłopca ilustrują precyzyjne szkice piórkiem. Do tego „cytaty” z zeszytów, jest nawet chiński manuskrypt… Bardzo to wszystko razem udane, pełne pogodnego humoru – jak postać samego Poety.
 
PS. Przy okazji ciekawych imprez: tegorocznym Imieninom Jana Kochanowskiego w Warszawie towarzyszyć będzie Gość Specjalny: Julian Tuwim. Zapowiada się bardzo interesująco! Może warto sobie zaplanować miłe popołudnie w Parku Saskim, 22 czerwca? Szczegóły: tutaj.
Agnieszka Jeż

Od wydawcy: Rany Julek! to napisana ze swadą historia dzieciństwa Juliana Tuwima. Znajdziecie tu wiele historii z jego życia poprzeplatanych wierszami i żartami. A wszystkie tak barwne i wybuchowe, jak mikstury chemiczne małego Juliana.

środa, 12 czerwca 2013

Dla tych, co lubią się bać...


Wydawnictwo Tako, które od niedawna działa na polskim rynku, specjalizuje się m.in. w ambitnej hiszpańskiej literaturze dla dzieci. Ich książeczki to małe arcydzieła. Szczególnie ważną i wartościową okazał się „Dym” Antona Cortesa i Joanny Contejo, zarówno ze względu na wybraną trudną tematykę, jak i mistrzowski projekt. Inne książki, pogodniejsze i weselsze, również trzymają świetny poziom. Przeznaczone są raczej dla całkiem małych dzieci. Do kogo zatem adresowana będzie nowa seria „Skrzynka Potworów”, której części, „Czarownica” i „Wampir” autorstwa Enrica Llucha, ukazały się ostatnimi czasy?
Na pewno, zgodnie z sugestią wydawcy, „tylko dla dzieci o mocnych nerwach”. Autor sięgnął bowiem po swoich bohaterów do prawdziwego bestiarium, pełnego odrażających stworów rodem z baśni i horrorów. Tytułowi protagoniści to czarownica, brzydka jak noc i zaprawiona w swym fachu, oraz umierający z głodu wampir z przytępionymi kłami. Nie szczędząc czytelnikom turpistycznych detali, Llluch przedstawia zwykły dzień (czy noc) pracy tych nieziemskich stworzeń. Jak to nieraz bywa w takich historiach, mamy jednak do czynienia z osobnikami lekko odbiegającymi od przyjętej „normy okropności”, czyli, mimo wszystko, nie tak bardzo strasznymi, jak ich malują. W literackiej tradycji to zabieg już oswojony: pamiętamy wszystkie te dobre czarownice i potwory, czy duszki, które nie umiały straszyć. Tutaj, co prawda, w grę wchodzi nie tyle dobra wola potworów (wampir bardzo chce gryźć, podobnie nieokiełznany apetyt przejawia czarownica!), co zbieg okoliczności, doprowadzający do happy endu. I dobrze, bo trudno wyobrazić sobie inne zakończenie w tego rodzaju książce dla dzieci! I tak już nadenerwują się
sporo, bo ilustracje autorstwa Fernanda Falcone, skądinąd znanego z prac o całkiem innym charakterze, mają przerażać! Co ciekawe, robią to, choć utrzymane są ciągle w estetyce „ładnych i wdzięcznych obrazków”, bo artysta oszczędza nam odrażających szczegółów (brak zupełny brodawek na twarzy czarownicy, która pokazuje się nam zamaskowana na różne sposoby), a działa bardziej za pomocą rekwizytów i kolorystyki rodem z nocnych thrillerów, i, przede wszystkim, gry psychologicznej na twarzach bohaterów (genialna scena w poczekalni!). Ilustracjom nie brakuje też humoru i baśniowego uroku. Osobiście uważam, że są najmocniejszą stroną tych książeczek. Treść jest trochę banalna, trochę straszna… takie sobie historyjki, nieco na siłę. Jeśli są dzieci, które lubią się bać, zapewne znajdą upodobanie w galerii „potworów ze skrzynki”, rozpoczynając w ten sposób swą przygodę z „literaturą wampiryczną”, zwieńczoną pięcioma tomiszczami Stephenie Meyer. I tu nasze czytelnicze drogi się rozchodzą… 
Agnieszka Jeż 


 

 



Od wydawcy: Czy zastanawialiście się, jak wygląda życie potwora, jakie może mieć problemy? Czego boją się ci, których my się boimy? W upiornej skrzynce znajdują się odpowiedzi... Seria 10 przerażających książek do samodzielnego czytania. Tylko dla dzieci o mocnych nerwach.

wtorek, 11 czerwca 2013

Poczytaj sobie (wreszcie) sam!

Fantastyczna Seria Do Kieszonki to nowa propozycja wydawnictwa Media Rodzina. Małe, twarde i zgrabnie wydane książeczki rzeczywiście można zmieścić w kieszeni (ale raczej dużej), czy szkolnym plecaku. Ich autorką jest Anita Głowińska, utalentowana artystka i pisarka z Gdańska. W swojej
kolejnej już serii książek dla dzieci opisuje krótkie epizody z życia trójki przyjaciół, Maksa, Zizi i Kapsla. Zwykłe – niezwykłe dzieci i ich rodzice, szkoła, podwórko… znane sprawy, bliskie dzieciom smutki i radości. A do tego trochę magii i niecodziennych zdarzeń, chociaż tak naprawdę wszystko dałoby się opisać bez takich zabiegów, odwołując się jedynie do wyobraźni bohaterów. Magiczne rekwizyty są jednak w tych książeczkach bardzo istotne. Równie ważne jest korzystanie przez bohaterów ze zdobyczy współczesnej technologii, podobnie, jak to ma miejsce m.in. w książkach Rafała Kosika. Znakiem czasów jest postępująca mitologizacja świata przedmiotów, zwłaszcza goszczących u nas od stosunkowo niedługiego (jak na bajki) czasu. Mało kto dzisiaj używa tradycyjnej miotły z brzozowych gałęzi, a za to wiele osób ma komputery i telefony komórkowe… Zaawansowana technika powoli więc wkracza do współczesnych bajek i jest, jak sądzę, szczególnie atrakcyjna dla młodego pokolenia.
Każda z historyjek porusza inny temat. Najciekawsza wydała mi się książeczka pt. „Wielki dramat Zizi”. Już sam tytuł jest wymowny – to, co dla dziecka potrafi być problemem na tyle przytłaczającym, by popaść w depresję, jego rodzicom (a po części i dorosłym, czytającym tę książkę) może się wydawać błahostką. Obyśmy mieli tylko takie problemy…. westchnąłby niejeden z nas, a tymczasem zrozpaczona dziewczynka zamyka się w pokoju i odmawia jedzenia i kontaktów ze światem. Ze skuteczną pomocą pośpieszą właśnie jej rówieśnicy, przyjaciele, którzy dobrze rozumieją uczucia koleżanki. Zachowują się wręcz modelowo z psychologicznego punktu widzenia! Wysłuchają cierpliwie, okażą empatię i zrozumienie, a następnie znajdą niebanalne rozwiązanie problemu, bazujące na humorze, który dorosłych może nawet ciut zniesmaczyć, ale dla dzieci okazał się skutecznym lekarstwem na zmartwienie.
Nie ma Tusionka” to z kolei opowieść quasi detektywistyczna. Był sobie nieznośny piesek, była też skądinąd miła pani, którą drażniło uporczywe szczekanie… I nagle nie ma już psa, a za to pojawił się tajemniczy kopiec w ogródku. Daje to do myślenia, prawda? Z kolei „Po drugiej stronie kałuży” pomyślana została w konwencji fantasy dla najmłodszych. Trójka przyjaciół odnajduje przejście do Równoległego Świata, ukryte sprytnie w kałuży. A tam wszystko jest niby takie same, tylko bardziej kolorowe i dziwne. Ciekawe, że dzieci stać było na refleksję, że w takim świecie, ostatecznie, nie chcą pozostać, a ich rzeczywistość potrafi być również barwna na swój sposób…
Historyjkom towarzyszy humor całkiem nieraz absurdalny i groteskowy, przy czym zupełnie niewymuszony. Wydaje się, że Autorka ma szczególną umiejętność pisania z perspektywy czytelnika, młodzieżowym językiem, z dystansem do świata dorosłych, z lekkością i bez cienia moralizowania. Ilustracje do książek, które są również jej dziełem, zachowują ten sam charakter: pomyślane w stylistyce komiksu, zabawne, doskonale kontrapunktujące tekst. Będą dobrą pomocą w samodzielnej lekturze. Na okładkach odnajdziemy bowiem sugestywnie nadrukowaną zachętę: Poczytaj sobie sam, replikę hasła ze słynnej serii „Naszej Księgarni”. Więc być może czeka nas (nareszcie!) wolny wieczór, gdy nasze pociechy zatoną w lekturze…
Agnieszka Jeż

Od wydawcy:
Maks , Zizi i Kapsel przyjaźnią się od pierwszej klasy. Mieszkają na tym samym osiedlu. Zizi (czyli Zosia) lubi komiksy i zwierzęta futerkowe, Kapsel (czyli Kacper) marzy o lataniu i uwielbia ciasteczka, a z Maksem…  wszystko jest możliwe. Urodził się i siedem lat mieszkał w Peru, gdzie nauczył się wielu dziwnych rzeczy. W wolnych chwilach konstruuje roboty. We własnym laboratorium!
   

środa, 5 czerwca 2013

O szewczyku dratewce - w dużym formacie :-)


Wspominałam tu jakiś czas temu o pewnej publikacji Zamku Królewskiego na Wawelu. Dzisiaj nie mogę się oprzeć, by nie napisać o jeszcze jednej książce, którą to wydawnictwo nam zaprezentowało w zeszłym roku.
Jak szewczyk smoka pokonał” jest kolejną odsłoną znanej legendy, opowiedzianą przez Annę Chachulską. Historyjkę zna chyba każde polskie dziecko, rzecz w tym, by mieć na nią pomysł i nie zaserwować odgrzewanego dania. I tu Autorka się spisała: o strasznym smoku opowiada dzieciom jego pacyfistyczny potomek, amator naleśników i zupy ogórkowej. Przywołując dawne czasy, przemawia lekko stylizowanym językiem, bogatym w inwersje i staropolskie słowa, niepozbawionym jednak całkiem współczesnego humoru i lekkości. Książeczka jest zabawna i przyjemna w czytaniu, a tego właśnie oczekujemy po takich lekturach.
Największym jednak atutem są dla mnie ilustracje Piotra Sochy, znanego nam już wcześniej z opracowania graficznego licznych książek, audiobooków i gier planszowych. Dla łowców plastycznych rarytasów to istna gratka! Doskonałym pomysłem było zaprojektowanie książki w dosyć dużym, kwadratowym formacie, który jest zmorą i utrapieniem bibliotekarzy (gdzie to przechowywać, skoro się nie mieści w standardowym regale?!), lecz radością dla oczu każdego miłośnika pięknych rysunków. Pamiętam czasy, gdy jedna z moich córek uczęszczała na zajęcia plastyczne. Dzieci rysowały tam wyłącznie na bardzo dużych kartach papieru, mając dzięki temu odpowiednie pole dla wyobraźni i rozmach w twórczym myśleniu. Uważam, że to było bardzo ważne doświadczenie pod każdym względem, także egzystencjalnym…
Rysunki Piotra Sochy są na tyle ciekawe, że możliwość śledzenia szczegółów na wielkich ilustracjach jest prawdziwą przyjemnością. Artysta maluje w stylu trochę plakatowym, sugestywnie operując kolorem. Bawi się perspektywą, gnie linię horyzontu i mocno kadruje postać smoka. Chwilami na obrazkach pojawia się tło jakby z teatralnej scenografii, postacie zaś przypominają wytwory z najlepszego sortu kreskówek (te uśmiechy!). Nie muszę chyba dodawać, że bardzo się to podoba dzieciom. A także i rodzicom…
Agnieszka Jeż

Od wydawcy: Opowieść o smoku zamieszkującym grotę w wawelskiej skale i dzielnym szewczyku Skubie,  ilustrowana przez Piotra Sochę, zdobywcę I miejsca w zorganizowanym przez Wawel ogólnopolskim konkursie ilustratorskim „Legendy wawelskie”.

 

wtorek, 4 czerwca 2013

Zjedz to sam!

I znowu kolejna podróż z Mizielińskimi, tym razem nie w kosmos, lecz w głąb ludzkiego ciała. Książka „Zjedz to sam” autorstwa utalentowanego małżeństwa ukazała się niedawno w wydawnictwie Znak. Uwagę naszą pochłonie układ pokarmowy człowieka, zorganizowany niczym wzorowa
korporacja albo gigantyczna fabryka elementów precyzyjnych. Podobnie jak w książeczce o kosmosie, tak i tutaj ogarnia człowieka zdumienie: jakie to wszystko jest skomplikowane, jak mądrze wymyślone! Nauka rozwija się już tyle czasu, a wciąż zostaje mnóstwo do odkrycia.
Czy wiesz, że wszyscy mamy dziurę na wylot? Z jednej strony wkładamy jedzenie, a z drugiej wychodzi odchody dolne. Gdzieś w środku smakołyki zmieniają się w cuchnące odchody. Z tej książki dowiesz się, jak to się dzieje – zachęcają nas Autorzy na okładce i jak najbardziej wywiązują się z obietnicy. Dzieci mają naturalną ciekawość i chęć poznawania świata, nie lubią natomiast (kto by lubił) wkuwania i nudnych podręczników. I tego właśnie w książeczce państwa MM zupełnie nie ma. Jest za to jedna wielka zabawa. I bardzo dobrze. Im więcej młodych ludzi świadomych własnego ciała i jego potrzeb, tym więcej potem zdrowych, szczupłych i pogodnych dorosłych.
Dla dzieci jedzenie jest jedną niewielu rzeczy, którą potrafią robić samodzielnie zaraz po urodzeniu. Zabawnie jest obserwować niemowlaki, z zapałem badające buzią i językiem wszystko, co im wpadnie w łapki. Potem przychodzi czas na drugą stronę medalu. Zaczyna się epopeja nocnikowa, czyli tzw. trening czystości. Wzloty, upadki… i powoli się mały człowiek cywilizuje. Jedzenie jednak pochłania dalej sporą część uwagi większości starszych dzieci. Mądrze by było to wykorzystać, uświadamiając im, co dzieje się w ciele, czego ich organizm potrzebuje, dlaczego nadmiar słodyczy może być szkodliwy. Autorzy poważnie traktują młodych czytelników i ich pytania, stąd jednakową uwagę poświęcili zarówno narządom wewnętrznym, jak i … kupie, zapewne ku ogromnej radości pociech przechodzących aktualnie fazę fekalnej fascynacji. Nie ma głupich pytań, ważne jest, że dzieci chcą wiedzieć, a Mizielińscy wychodzą naprzeciw tej ciekawości. Ich książka to prawdziwa kopalnia wiedzy, podana w arcyciekawy, pełen humoru sposób. Dorośli również mogą dowiedzieć się sporo i nawet zabłysnąć w niejednym towarzystwie. Bo czy wiecie, na przykład, skąd się wzięła nazwa: dwunastnica i kto pierwszy jej użył? Co ma wspólnego trzustka z wyspą? Dlaczego kwas solny nie zżera nam żołądka? Ile kalorii tracimy, śpiąc? Jak to się dzieje, że powierzchnia jelita jest większa od boiska do koszykówki…?
Ilustracje do książki stanowią integralną część tekstu, przedstawiając poszczególne etapy podróży przez układ pokarmowy człowieka. „Odczarowują” podręczniki do biologii z ich szczegółowymi wykresami i przekrojami. Tu wszystko jest radosne i kolorowe, dowcipne i pomysłowe, a wiedza sama pcha się do głowy…
Agnieszka Jeż 

Od wydawcy: Czy wiesz, że wszyscy mamy dziurę na wylot? Z jednej strony wkładamy jedzenie, a z drugiej wychodzi kupa. Gdzieś w środku smakołyki zmieniają się w cuchnące odchody. Z tej książki dowiesz się, jak to się dzieje.




 

piątek, 17 maja 2013

Ale o co chodzi...?



Jest maj i rozpoczął się już na dobre sezon pierwszokomunijny, z całym szaleństwem zewnętrznej oprawy, sukienek, wianuszków, garniturków, gości, ochów, achów i innych atrakcji. W mojej rodzinie jest dużo dzieci, sporo ich też wśród znajomych, często więc chodzimy na wspólne świętowanie. Kwestia zaakcentowania tego ważnego momentu adekwatnym upominkiem pozostaje ciągle otwarta. Zdecydowanie odcinamy się od szalejącego konsumpcjonizmu i szukamy rzeczy wartościowych, aczkolwiek nie ostentacyjnych i przez to siłą rzeczy w złym guście. Książki często bywają w takich wypadkach trafnym rozwiązaniem. Zwłaszcza – o co przy takiej okazji wcale nie tak łatwo – książki dobre. Do takich należy, moim zdaniem, wydana przez Znak pozycja ojca Leona Knabita OSB i Justyny Kiljańczyk – Zięby pt. „Dla dzieci o Mszy Świętej”. Pomysł jest prosty: wytłumaczyć dziecku, co się tak właściwie dzieje w kościele podczas tej trudnej nieraz do wysiedzenia godziny. Autorzy uważają bowiem, że nuda bierze się z niezrozumienia i wyalienowania dziecka ze świata trudno dostępnych symboli, archaicznego języka i niejasnych gestów. Osobiście uważam, że to tylko część problemu, zdecydowanie liczy się też zarówno temperament młodego człowieka, jak i wewnętrzna postawa jego rodziców. Ich zaangażowanie i uczciwe podejście do własnego życia duchowego, chociażby pełnego wątpliwości i pytań, lecz żywego, jest dla dziecka najlepszym przykładem. Tymczasem, gdyby popatrzeć na dorosłych w kościele, nudzą się oni nieraz nie mniej, niż dzieci, tyle, że okazują to w zdecydowanie bardziej cywilizowany sposób. Z pewnością wielu z nich też nie rozumie, o co tak naprawdę chodzi we Mszy, nie odczytuje symboli, które przecież mają pomagać, a nie dodatkowo mistyfikować znaczenie Eucharystii. Więc chociaż książka ojca Leona napisana została dla dzieci, kto wie, czy nie przyda się także i dorosłym.
Wytłumaczenie „o co chodzi we Mszy” nie jest całkiem nowym pomysłem, sama pamiętam jakieś broszurki, które czytałam w dzieciństwie. Być może (nie sprawdzałam) podobne pozycje pojawiały się ostatnimi czasy w różnych chrześcijańskich wydawnictwach, problem ich jest jednak często jeden: jakość, zwłaszcza dotycząca strony graficznej. Rzadko, naprawdę rzadko można trafić na tego typu książkę, która nie odstręczałaby koszmarnymi, infantylnymi obrazkami, po których te publikacje rozpoznać można z daleka i uciekać, ile sił w nogach. Sytuacja ma szansę powoli się zmieniać, na rynku wydawniczym nieśmiało pojawiają się książeczki pisane i wydawane na poziomie, profesjonalnie i pięknie zilustrowane, ale są to raczej wyjątki. Trzymamy za nie kciuki, bo rzecz jest ważna.
W odróżnieniu od moich broszurek z dzieciństwa książka ojca Knabita napisana jest z pomysłem. Kompozycja tekstu jest urozmaicona, co podkreśla również zróżnicowana typografia i kolorystyka: mamy do czynienia z wątkiem historycznym dotyczącym Eucharystii, wspomnieniami Autora, „techniczną” instrukcją, słowniczkiem trudniejszych terminów, cytatami z mszału i Biblii. Ważny jest styl, w którym ojciec Leon zwraca się do czytelników: lekki, z humorem i, co mnie bardzo ujęło, pełen optymizmu i wiary w to, że najmłodsi mogą się odnaleźć w Kościele i czerpać z niego siły i mądrość. Jednym słowem, książka jest przekonywująca, przynajmniej w moim odczuciu, i to ją bardzo pozytywnie wyróżnia.
Ilustracje Marii Gromek nie zachwyciły mnie, są trochę za grzeczne i nijakie. Na szczęście nie przypominają zupełnie tandetnego badziewia, o którym wspominałam, są stonowane w kolorystyce, oszczędne w kresce i przestrzeni, doskonale też towarzyszą tekstowi. Tego typu ilustracja ma bogaty walor symboliczny i to jest chyba dobry kierunek.
Jako całość książka prezentuje się bardzo ładnie: spójna w formie i treści. Wyposażono ją w elegancką obwolutę, wydrukowano na kredowym papierze, z pewnością z myślą o potencjalnym prezencie. Żebyśmy nie mieli co do tego żadnych wątpliwości, wydawnictwo umieściło na okładce informację: Pamiątka Pierwszej Komunii Świętej. Odsuńmy jednak na bok wszelkie skojarzenia z masą innych produktów rozmaitego asortymentu, również oznaczonych w celach marketingowych taką inskrypcją. Książka księdza Leona zdecydowanie nie należy do tandetnych i pretensjonalnych gadżetów drenujących kieszenie komunijnych gości…
Agnieszka Jeż

Od wydawcy: Idealny prezent na Pierwszą Komunię Świętą!
Niedziela to świąteczny dzień. Dzieci nie muszą iść do szkoły, a rodzice do pracy. Wszyscy mogą odpocząć, mają czas, żeby pójść na spacer, odwiedzić dziadków.
W każdą niedzielę dzieje się coś jeszcze. Pan Bóg zaprasza nas na spotkanie! Dlatego idziemy do kościoła na Mszę Świętą.