cudanakiju.pl

cudanakiju.pl

wtorek, 23 lutego 2021

Świat Mundka

 

Katarzyna Wasilkowska napisała nietypową powieść dla młodzieży (zwłaszcza młodszej) i chwała jej za to. Oczywiście, mój odbiór prawdopodobnie różni się zarówno od wrażeń innych czytelników, jak i zamierzeń samej pisarki, w końcu książka przepuszczona przez filtr czytelnika może już nie być tym, czym stworzył ją autor. Dla mnie okazała się ulotna, ciepła i pachnąca jak późne letnie popołudnie, jednak niekiedy ciężka i gęsta jak bryły zlodowaciałego śniegu zbitego z grudami błota i piachu, blokujące przejścia dla pieszych, ścieżki rowerowe i wysiadanie na przystankach komunikacji miejskiej. Nie może być inaczej, jeśli wśród poruszanych tematów znalazły się ambicje (i kompleksy) dorosłych przelewane na dzieci oraz przemoc psychiczna (i fizyczna, pokazana z fotograficzną dokładnością) w domu i szkole. Mówcie, co chcecie, chwalcie pod niebiosa w samych superlatywach publikacje, które was poruszyły, ale te wywierające jakiś szczególny wpływ na mnie mają w sobie coś z drzazgi... albo kleszcza. Dobre pisarstwo bywa bolesne do łez, nie daje zapomnieć o tym, co chcielibyśmy wyprzeć ze świadomości jako nieprzyjemne czy niewygodne. Jednak początek "Świata Mundka" nie zapowiada późniejszych emocji, wszystko zdaje się spokojne i powolne, jak przystało na małe miasteczko leniwie przeciągające się w cieniu metropolii.

Lipiec był wyjątkowo piękny tego roku. Ponad ogrodzeniami ogródków zieleń wylewała się na ulice. Dojrzewające owoce spadały na wybrzuszone korzeniami drzew chodniki, na zdeformowaną i dziurawą asfaltową jezdnię. Ginęły pod podeszwami butów przechodniów, pod kolami samochodów, potem rozkładały się w słońcu i dodawały ciężkiej woni lata tej wyjątkowej, słodko-kwaśnej, sfermentowanej nuty. Geste powietrze wibrowało niskimi tonami trzmieli, ciut wyższymi pszczół, a przenikliwe ptasie trele były tłumione szelestem liści i szumem pobliskiego strumienia. Od czasu do czasu rozdarła się gdzieś sroka, kawka czy sójka albo strzelił gaźnik starego auta ‒ i to by było wszystko, jeśli chodzi o hałasy.

Tytuł powieści jest nieco zwodniczy, bo właściwie przemieszczamy się między dwoma światami: Mundka i Ingi. Są rówieśnikami, szatanami, to znaczy kolegami z siódmej klasy, mieszkają po sąsiedzku w miasteczku, którego nazwy się nie pamięta, ale żyją i myślą zupełnie inaczej. Oboje dorastają w pełnych rodzinach, jednak Mundek jako jedynak, a Inga jest najstarszą z pięciorga rodzeństwa. On ma zapewniony tak zwany byt materialny, ona funkcjonuje jako wieczna darmowa opiekunka, zarabiająca na siebie w nie wiadomo skąd wyszperanych wolnych chwilach, a i tak pozbawiona prawa do własności i prywatności. Siła tej książki tkwi między innymi w zwyczajności świata przedstawionego, chociaż toksyczność relacji rodzinnych kształtujących życie młodych bohaterów jest mi obca i mam nadzieję, że nietypowa. Natomiast podejście Mundka do wrześniowych sobót wydało mi się bardzo swojskie, myślałam, że tylko ja odczuwam je w ten sposób. Katarzyna Wasilkowska pisze tak intymnie, jakby wyjmowała całe strony myśli z mojej głowy.

Dla Mundka piękna sobota we wrześniu była jak kawałki spieczonego placka, które przywarły do katów blaszanej formy. Nie spalone, ale ciut mocniej przypieczone, na tyle, że lekko ciągnęły się w zębach (i najlepiej, żeby był to placek ze śliwkami).

Mundek zwykle zostawiał sobie blachę na deser i kiedy ciasto było już zjedzone, wydłubywał z niej chrupiące okruchy. Nie spieszył się wcale, żuł wspomnienia po śliwkowym placku i rozmyślał o swoich bohaterach.

Piękne wrześniowe soboty były wyskrobywaniem z blachy resztek lata, wspomnień po wolności wakacji. Warto było wstawać wcześnie.

Ilustracja na okładce i wyklejki autorstwa Roberta Konrada nawiązują do centralnego punktu świata Mundka, czyli rysowania i tworzenia historii. Te oryginalne, klimatyczne i dowcipne obrazki przypominają nam o najważniejszym, uzdrawiającym luzie i zaangażowaniu w swoje własne uniwersum w chwilach, gdy bohaterowie przeżywają kryzysy, a my za bardzo przejmujemy się ich potknięciami. Zamykasz książkę i widzisz zatopionego w komiksowych marzeniach Mundka, więc od razu sam wpadasz na tory jego rozmyślań (zwłaszcza, jeśli i tak często interpretujesz świat kadrowanymi historyjkami, jak ja). Temat komiksów, rysowania, talentu, przedstawiony został z wielką pasją i znawstwem, a do tego otulony humorem i chłopięcą przyjaźnią.

E tam. Wymyślisz coś. Przecież będziesz słynnym komiksiarzem, bogatym jak Sknerus McKwacz. Tyle że nie taki skąpy ‒ zastrzegł Kazik. ‒ Będziesz po mnie przysyłał czarną limuzynę na przyjęcia w swoim nowoczesnym domu na skale, jak Bruce Wayne albo Tony Stark, albo...

Jasne, Kaziu, ale wiesz, że oni wszyscy nie istnieją?

Jasne, Mundziu, ale wiesz, że na tym właśnie polega twoja przewaga?

Ta urocza aura trwa do czasu, gdy zostanie ogłoszony konkurs na stypendium piłkarskie w Warszawie. Wszyscy chłopcy z otoczenia Mundka co dzień grają, raczej towarzysko, ale niektórzy naprawdę mają futbol we krwi. Rytuały z boiska są częścią stałego rytmu, który nagle zostaje zburzony, pojawiają się sprzężenia i bardzo fałszywe tony. A są to przede wszystkim wrzeszczące głosy rodziców, którzy sami nie wyjechali, ale ich dzieci to już nie mogą sobie zmarnować życia, więc trzeba trenować i pokazać, że jest się lepszym. Miasteczko wpada w szał, talenty, jak ten komiksowy Mundka, popadają w odrętwienie lub zapomnienie, ewentualnie, jeśli rzeczywiście sprowadzają się do piłki nożnej, zostają okaleczone, obdarte ze sportowego ducha, pozbawione zdrowej rywalizacji i czystej radości. Słowo "szansa" zaczyna znaczyć tyle, co "klatka".

Wszystko, co Mundek widział i słyszał, zmieniało się w jego głowie w komiksowe kadry: ojcowie w garniturach i matki na obcasach wczepieni w siatkę otaczająca boisko, ich twarze w przerażających grymasach, oszalały wzrok, na murawie dzieci bombardowane tekstowymi chmurkami w kształcie bomb.

Mundek odpychał od siebie te myśli, naprawdę z nimi walczył. Od jesieni nie wyjął szkicownika, całą zimę wytrwale trenował. Jak inni postanowił wykorzystać szansę. Potrzeba rysowania jednak nie poddawała się bez walki. Pomysły gotowały się pod czaszką, a ręka tęskniła do kubusia. Marginesy we wszystkich zeszytach były gęsto zasmarowane postaciami, napisami i ornamentami. Nauczyciele w większości machnęli ręką, chyba rozumieli, że robi to nieświadomie. Albo mieli większe zmartwienia.

Sprawa wydaje się poważna i smutna, jednak czytelnika gnębi coś mroczniejszego. Im głębiej bowiem w książkę, tym pewniejsi jesteśmy zaawansowanej, długotrwałej terapii, jakiej potrzebuje Inga. Jest wspaniała, ale dostrzegamy przede wszystkim jej poczucie niespełnienia, niską samoocenę i wściekłość. Ta złość i rozżalenie wręcz wylewają się z dziewczyny, prędko przyjmującej postawy nieprzyjemnej, wiecznie niezadowolonej matki. Matkowanie czwórce młodszego rodzeństwa nie jest wzmacniającym doświadczeniem, nie wpływa dobrze na dorastanie młodej kobiety wobec braku jakichkolwiek pochwał, wdzięczności czy wsparcia ze strony rodziców. To dziecko po prostu przeskoczy z jednego domu, w którym odrabiało pańszczyznę rodzicom, do drugiego, gdzie będzie się nią wysługiwać mąż, zapewne taki silny i kochany wzór, jakim jest ojciec-bokser (w obu znaczeniach tego słowa). Świat Ingi sypie się w takim tempie, że czytając byłam pewna nadchodzącego samobójstwa. Otoczenie pozbawia ją prawa do indywidualności, własnych rzeczy, na które sama zarobiła, nawet do marzeń. Bo trzeba obrać ziemniaki i usunąć się z drogi przebojowej lasce z klasy.

W dużych rodzinach, gdzie prawie wszystko jest wspólne, można się czasem poczuć bardzo samotnie. Tak bardzo, że trzeba czegoś osobistego, czegoś, co nie należy do domu, czegoś, co potwierdzi twoją ważność w sekretnej wiadomości do świata. Moim zdaniem to całkiem zrozumiałe. Jesteśmy dziećmi swoich rodziców, ale też dziećmi świata i każde z nas ma ze światem swoje prywatne porachunki, czyż nie?

Presja rodziców jest odczuwalna także w domu Mundka, dorastającego przecież, w porównaniu z Ingą, w warunkach cieplarnianych. Autorka zna wiele rodzicielskich zagrań, mechanizmów i schematów postępowania, odruchów bezwarunkowych, figur stylistycznych i filozoficznych monologów. Patrzy na to wszystko z punktu widzenia dziecka, z jego inteligencją i ironią, ale też jakby odczuwając dziecięce znużenie, a czasem też ból. Dlatego "Świat Mundka" jest tak prawdziwy, wzruszający i chce się go czytać. Mimo fragmentów wyciskających łzy i tak doskwierających, że wymagają zawieszenia lektury choć na jeden dzień.

Znał to uczucie.

Te pytania. Mają znaki zapytania w kształcie wkrętów, wwiercają się pod skórę w milionie miejsc naraz i oddzielają ją od reszty człowieka. Jeśli nie przytrzymasz jej dostatecznie mocno, zostajesz tak goły, że trudno to sobie wyobrazić. I choćbyś nie wiem, jak się kulił, jesteś odsłonięty i wystawiony na żer.

Te pytania, które do czegoś zmierzają i chcą cię tam zabrać ze sobą, a ty wcale nie masz na to ochoty.

Pytania, z którymi jest ci najbardziej nie po drodze i od których nie ma ucieczki. Bo zadają je rodzice.

I co dalej? Jaki twist przyszykowała dla nas autorka? Oczywiście tego nie zdradzę, podobnie jak nie streszczę kilku znakomicie poprowadzonych wątków: jednej z prac Ingi, przyjaźni Mundka z ciotką, przyjaźni ciotki z panią Sabinką i jej kotem, upiornej, wiecznie panującej w całym miasteczku dyrektorki szkoły, bliźniaków trochę przypominających Weasley'ów, bogatego biznesmena maltrtującego psychicznie swojego syna (co nikogo nie obchodzi, bo przecież to sponsor stypendium piłkarskiego, a jego synalek to rozpieszczony bananowy młodzieniec) czy potwornej Klaudii, która trafi na gorszego od siebie potwora. Zło nie zostanie pokonane w spektakularny sposób, może trochę przekonane przez dobro, częściowo przekabacone na jego stronę. Ale postaci, które nas drażnią, przerażają czy wzbudzają wściekłość nie ulegną magicznej przemianie, nie nawrócą się ani nie odkupią swoich win, może tylko coś zrozumieją. W sam raz na miarę prawdziwego życia.

Czasem młody człowiek wyniesie z lektury jakąś wartość, perełkę, wchłonie co nieco i wykorzysta w przyszłości. W przypadku "Świata Mundka" będzie to cały arsenał niezapomnianych wrażeń i mądrości nieświadomie wchłanianych przez nastolatka, istne bogactwo, może nie aż szkielet moralny, bo to nie pisarz odpowiada za jego kształtowanie, tylko rodzic, ale Katarzyna Wasilkowska angażuje się w wychowanie i dorastanie swoich czytelników w najrozsądniejszy z możliwych sposób pokazuje, nie nakazuje, rozśmiesza, nie tragizuje, zwraca uwagi na kolory w szarej zazwyczaj rzeczywistości, ale jej nie lukruje na różowo.

Bożena Itoya

Katarzyna Wasilkowska, Świat Mundka, okładka i wyklejka Robert Konrad, Wydawnictwo Literatura, Łódź 2020.

piątek, 19 lutego 2021

Bezludna wyspa

 


Pierwszym punktem zwrotnym w życiu Lincolna jest pójście do szkoły. Jednak nie trafia tam jako kilkulatek, lecz jako trzynastoletni, edukowany w domu nerd, jedyne dziecko hipisowatych wykładowców akademickich. Od pierwszego dnia szkoła staje się udręką i pasmem upokorzeń. Chuderlawy chłopak spada na samo dno hierarchii towarzyskiej, w której miejsce wyznacza sprawność fizyczna. Dla koleżanek i kolegów jest popychadłem i chłopcem na posyłki, obiektem drwin przez trzy lata, w dzień i w nocy, w szkole i w mediach społecznościowych. Drugim punktem zwrotnym jest rozbicie się na bezludnej wyspie.

Fabuła tej książki jest raczej przewidywalna. W zasadzie sekret wyspy, który rozbitkowie mozolnie rozgryzają przez czterysta stron i trzy miesiące pobytu, można odgadnąć już po poznaniu pierwszych faktów. Nie przeszkadza to w czerpaniu przyjemności z lektury. Na pierwszy plan wysuwają się relacje między bohaterami. Jak można się domyślać, w nowych okolicznościach zupełnie zmienia się układ sił pomiędzy szkolnymi kolegami. Pomiatany dotychczas Lincoln, dzięki swojej wszechstronnej wiedzy i umiejętności rozpalania ognia, staje się liderem nowej społeczności. Upojony władzą, ma okazję odegrać się za doznane przykrości i próbuje odbić sobie lata poniżeń.

Narracja jest bardzo żywa i wciągająca i pomimo różnych zastrzeżeń nie mogłam się od niej oderwać. Styl jest klarowny, opisy i dialogi brzmią bardzo naturalnie. Dużą rolę w fabule odgrywają referencje kulturowe, muzyka i ulubione piosenki każdej z postaci, co od razu sprawia, że ma się ochotę ich posłuchać jako podkładu muzycznego do lektury.

Autorka zna się na konstruowaniu postaci, ale zapomina czasem o prozie życia i na pewno nie interesuje się bushcraftem. Brak jedzenia i picia jest ważny, gdy ma być narzędziem do zdobywania przewagi głównego bohatera nad towarzyszami, jednak gdy fabuła tego nie wymaga, ta kwestia idzie w odstawkę – Lincoln i jedna z dziewczyn spędzają na przykład cały dzień w upale bez wody, w dodatku ciężko pracując, i żadne z nich w ogóle nie odnosi się do tego faktu. Kreowany na naturalnego lidera protagonista popełnia dość podstawowe błędy, na przykład zakładając obozowisko daleko od jedynego źródła wody pitnej. Inne błędy popełnia autorka, każąc Lincolnowi wyznaczać moment górowania słońca za pomocą „prowizorycznego kwadrantu” z dwóch patyków (co jest bzdurą), albo karmiąc swoich bohaterów w kółko wyłącznie mięsem i rybami przez trzy miesiące i nazywając to „zdrowym żywieniem” albo dodając Lincolnowi muskulatury po zaledwie kilku dniach pobytu na wyspie. Widać, że przetrwanie jest w zasadzie tylko pretekstem, a najistotniejszy jest rozwój postaci i wpływ władzy na relacje między nimi.

Inną kwestią, która nie dawała mi spokoju, były opisy prześladowań, jakich doświadczał Lincoln w swojej szkole. Te sytuacje (na retrospekcję których autorka przeznacza sporo miejsca) są tak przerysowane i absurdalne, że budzą przede wszystkim niedowierzanie, a nie współczucie. Przemoc w szkole to poważna sprawa, ale została nakreślona tak grubą kreską, że staje się zupełnie niewiarygodna.

Epilog jest zaś po prostu fatalny i w ogóle nie przyjmuję do wiadomości jego istnienia. Trudno mi uwierzyć, że jakikolwiek redaktor uznał to za dobre zakończenie.

Pomimo wszystko uważam, że autorka jest obdarzona prawdziwym talentem, skoro książka do takiego stopnia wypełniona różnymi błędami i irytującymi niedoróbkami była przyjemną i wciągającą lekturą.


Ronja St


M.A. Bennett, Bezludna wyspa, tłum. Maciej Potulny, wyd. Media Rodzina




sobota, 13 lutego 2021

Seria „Młodzi przyrodnicy” wydawnictwa Wilga

Niewiele jest dla mnie gorszych rzeczy, niż książka o przyrodzie, w której powielane są najczęstsze błędy i mity o zwierzętach. Widziałam kiedyś publikację z pewnej popularnej serii, z której można było się dowiedzieć, że sarna to samica jelenia. (Dla niewtajemniczonych: sarna i jeleń to odrębne gatunki; samiec sarny to kozioł, a samica jelenia to łania). Pod tym względem seria przyrodnicza z wydawnictwa Wilga wypada bardzo dobrze i trzyma wysoki poziom. Zarówno oryginał, jak i wersja polska były konsultowane merytorycznie i moim zdaniem wydawcy należy się uznanie za ten krok, tym bardziej, że to są niewielkie objętościowo i niedrogie pozycje. Kolejnym plusem są wypełnione szczegółami ilustracje, które rzetelnie przedstawiają detale budowy poszczególnych gatunków. Każda z części ma inną ilustratorkę, ale całość jest utrzymana w jednolitym stylu, naśladującym fotografię przyrodniczą.

Wspólne cechy serii to realistyczne ilustracje, zeszytowy format i niewiele tekstu. W założeniu są to książki do samodzielnego czytania. Jako całość ma moim zdaniem swoje zalety, ale też i poważne wady. Tematy kolejnych części nie układają się dla mnie w żaden systematyczny wzór i wydają się wybrane dość przypadkowo. Podobnie jest z doborem zaprezentowanych faktów. Na przykład „Wybrzeże” opowiada pobieżnie o organizmach związanych z morzem, ale prawie na każdej stronie mamy inną strefę klimatyczną lub inny kontynent. Nie sposób dowiedzieć się z tej książki, gdzie można spotkać przedstawione w niej zwierzęta czy rośliny. To samo zastrzeżenie mam do innych przeczytanych części – prezentują dość chaotycznie ułożone ciekawostki bez umocowania ich w jakimś szerszym kontekście. Jeśli chodzi o warstwę tekstową, to merytorycznie jest poprawna, natomiast literacko mogłaby być lepsza. W tekście słowa trudne i precyzyjne, jak „przybrzeżny” czy „żerować” sąsiadują z banalnymi i ogólnikowymi wyrażeniami, jak „bardzo, bardzo zimno” czy „mnóstwo owadów”. Budzi to wrażenie, że autorka niezupełnie wiedziała, dla kogo właściwie pisze.

Oczywiście nie ma sensu porównywać tych książek do drogich, wielkoformatowych albumów przyrodniczych. Jak na pozycje z dolnej półki cenowej bronią się rzetelnością przyrodniczą i prawidłowo opisanymi, dokładnie wykonanymi ilustracjami.

 

Seria „Młodzi przyrodnicy”: „Kwiaty”, „Dzień i noc”, „Wybrzeże”, „W stawie”; tekst: Emily Bone, ilustracje: różni autorzy, wydawnictwo Wilga

niedziela, 24 stycznia 2021

Krowa Matylda obchodzi urodziny

Matylda jest niemiecką, młodszą kuzynką Mamy Mu, narysowaną i opisaną przez Alexandra Steffensmeiera. Pocieszna i śmieszna, niezupełnie bystra krowa mieszka w gospodarskim obejściu i pozornie wiedzie życie typowe dla wszystkich szczęśliwych wiejskich muciek. Chociaż te niekoniecznie ekscytują się obchodami swoich urodzin, w ogóle raczej nie są ich świadome, tymczasem Matylda już na pierwszej stronie, przy porannym dojeniu wita nas błogim uśmiechem i pełnym wyczekiwania spojrzeniem. A spodziewa się solidnych atrakcji jubileuszowych, zgodnych ze stałym harmonogramem podobnych imprez domowych: ciasto, garden party z balonami, życzenia przekazywane drogą pocztową, urodzinowy tron... Niestety, nic nie zmierza w tę stronę. Wcale nie zapowiada się na powtórkę obchodzonego tydzień wcześniej święta kurki w zielonej czapce i wszystkich innych poprzednich urodzin. O Matyldzie jakby nikt nie pamięta, nie widać przygotowań do przyjęcia, mimo dokładnego śledztwa przeprowadzonego przez jubilatkę.

Detektywistyczna gimnastyka krowy, będącej przecież zwierzątkiem pokaźnych rozmiarów, a tu wciskającej się w rozmaite kąty domowe, rozładowuje nieco smutną atmosferę zawodu. O nasz dobry humor zabiegają też kury i kurczaki, które zajmują się różnymi bardzo ludzkimi aktywnościami (w tym leżeniem). Matylda zaczyna kombinować, jak przypomnieć zajętemu sobą, a przeważnie wylegiwaniem się i innym wypoczynkiem, towarzystwu o swoich urodzinach. W piaskownicy, w której bawią się kurczaczki, stawia babkę w kształcie tortu. Zakłada na głowę starą czapeczkę urodzinową. Wyciąga zeszłoroczny prezent ‒ latawiec, i biega z nim po podwórzu. Nikt nie zwraca na nią uwagi, postanawia więc sama przygotować stosowną oprawę: bukiet z kaktusa, sucharki zamiast tortu, indywidualny piknik nad ulubionym strumieniem. Czy rzeczywiście tak będą wyglądały urodziny Matyldy? A może jednak książka zakończy się spektakularną imprezą, na której nie zabraknie nawet wydzielonego w wodzie brodzika dla kurczaczków, gramofonu i kurzych skoków z traktora na główkę? Cóż, nietrudno się domyślić. Lekka, bardzo kolorowa i wesoła historyjka będzie świetnym sposobem na spędzenie czasu z kilkuletnim czytelnikiem. Wielbiciele Pettsona i Findusa oraz Mamy Mu na pewno będą mieli skojarzenia z tymi szwedzkimi seriami, ale po zastanowieniu przypuszczalnie stwierdzą (jak my), że twórczość Alexandra Steffensmeiera jest prostszą realizacją opowieści graficznych i literackich Svena Nordqvista oraz Jujji i Tomasa Wieslanderów. Matyldzie brak tego filozoficznego sznytu, charakterków panicza kota i Pana Wrony, w jej świecie wszystko jest łagodniejsze i bardziej przystępne, przez co bohaterka ani nie wymaga od czytelnika tak dużo, jak szwedzkie pierwowzory, ani tak wiele mu nie oferuje.

Bożena Itoya

Alexander Steffensmeier, Krowa Matylda obchodzi urodziny, tłumaczyła Emilia Kledzik, Media Rodzina, Poznań 2020.

Wróg

"Wróg" jest książką, którą każdy powinien przeczytać, najlepiej przynajmniej raz w roku. Dowodem na to, że w formie niepozornej publikacji dla dzieci mieści się czasem więcej niż w wielkich traktatach filozoficznych: więcej treści, symboli, przesłania, czystego, nieobciążonego "naukawymi" nalotami morału. Można tu bowiem dotknąć esencji humanitaryzmu.

Siła przekazu zaczyna na nas napierać już po otwarciu okładki, kiedy wzrok szaleje obserwując na wyklejkach szeregi żołnierzy. Taki szlaczek z szeregowców całego świata, wszelkich niegdysiejszych, aktualnych i przyszłych armii. Można poczuć nieprzyjemne mrowienie w oczach, odnieść wrażenie powtarzalności, seryjności, jakiegoś nonsensu, może nawet beznadziei. Tym bardziej, że pierwsze strony są czarne i głoszą: "Jest wojna.". Następnie zostajemy wprowadzeni we wrogą sytuację żołnierzy stacjonujących w przeciwnych okopach, a dopiero później następuje strona tytułowa i redakcyjna. Tak oto wojna wskakuje na pierwsze miejsce, okazuje się preludium do sytuacji, nikt nie tłumaczy, dlaczego, czy to nienawiść, zdrada czy zemsta, po prostu jest wojna i to ma nam starczyć jako uzasadnienie wszystkiego. Niestety, to nie wymysł autorów, a relacja na żywo z naszego świata.

Historia jest dalej opowiadana przez jednego z dwóch żołnierzy, zdającego nam sprawozdanie z harmonogramu każdego identycznego dnia spędzanego z obecnym gdzieś, tam, po drugiej stronie, lustrzanym odbiciem ‒ wrogiem. On strzela w powietrze, to ja też. Rozpalam ogień, by coś podgrzać, dopiero kiedy on to zrobi. Jest sam i głodny, jak ja. Oto spirala zachowań nakręcana przez obu aktorów tego absurdalnego przedstawienia. Poznajemy też źródło wszystkich wojen: stereotyp i propagandę.

Tych kilka rzeczy to jedyne, w czym jesteśmy podobni, wróg i ja.

Poza tym wszystko nas różni.

On jest dziką bestią. Ni zna litości.

Zabija kobiety i dzieci. Zabija bez powodu.

To jego wina, że jest wojna.

Wiem to wszystko, bo nie jestem głupi.

Przeczytałem o tym w instrukcji.

Zacytowanemu fragmentowi towarzyszy czerwień, rzadko rozżarzająca wojskową zieleń, biel i czerń ilustracji. Czerwona jest krew przelewana przez wroga, wspomniana instrukcja, mała książeczka, źródło ślepej wiary żołnierza (a wiarę rozumiem na dwa sposoby, bo po zdobnych rękawach, w jakie odziane są wręczające instrukcję ‒ wraz ze strzelbą ‒ ręce można sądzić, że wpojenie celowości wojny wiąże się z działaniami przywódców wyznaniowych) oraz ordery dowódców wojskowych, reżyserów tego teatru marionetek.

Może wojna już się skończyła.

A może wszyscy zginęli, a my jesteśmy dwoma ostatnimi żołnierzami i ten, który przeżyje, wygra wojnę.

Czasem myślę, że świata już nie ma.

Ukazany we "Wrogu" mechanizm wojny i ogólnie nienawiści w dużym stopniu pokrywa się z ostrzeżeniami i raportami o stanie ludzkości podsuwanymi przez Karla Čapka, mojego ulubionego wizjonera literatury, choćby w "Fabryce Absolutu"... wydanej w 1922 roku! Cóż, niewiele się nauczyliśmy przez te 100 lat i nie będę tu szafować błyskotliwymi stwierdzeniami, że gdyby cała Ziemia czytała "Wroga", byłoby inaczej. Choć w książce duetu Cali&Bloch dostajemy też poruszający obraz narodzin refleksji, nadchodzącego za nią stopniowego olśnienia co do manipulacji, której zostaliśmy poddani i z jakiej powinniśmy się wyzwolić. Nie otrzymamy natomiast jednoznacznego rozwiązania sytuacji, jedynie trochę nadziei, że szeregowi opamiętają się, dogadają wbrew wpojonym im schematom. Może przypadek wrogów skłoni nas do odrzucenia własnych instrukcji, które przecież wciska nam się z racji przynależności wyznaniowej, rasowej, narodowej, kulturowej, politycznej, zawodowej czy płciowej. Ale najpewniej historia wrogów będzie się powtarzać w nieskończoność, w rozmaitych, czasem bardzo codziennych i subiektywnych realizacjach.

Bożena Itoya

Davide Cali (tekst), Serge Bloch (ilustracje), Wróg, przełożyła z francuskiego Katarzyna Skalska, Wydawnictwo Zakamarki, Poznań 2014.

Operacja Czarny Las

Do norweskich kryminałów dla dzieci z cyklu Biuro Detektywistyczne nr 2 wróciłam po dłuższej przerwie. W międzyczasie mój syn wyrósł z tych niewielkich, ale obfitujących w akcję i kreskówkowe obrazki książek, a mój bratanek do nich dorósł. "Operacja Czarny Las" jest właśnie taka, jak moje wspomnienie o całej serii: wesoła, w pewnym stopniu nietypowa, ale równocześnie odwołująca się do oczekiwań kilkuletnich czytelników, głównie tych zaczynających samodzielnie czytać i dokonywać wyboru lektury. Jørn Lier Horst (tekst) w duecie z Hansem Jørgenem Sandnesem (ilustracje) przyciągają sprawdzonymi pomysłami, przede wszystkim konstrukcją świata przedstawionego, jak dobór bohaterów (para dzieci prowadzących własne biuro detektywistyczne przy minimalnym wsparciu dorosłych), miejsca akcji (małe miasteczko) i jej czasu (zamykającego się w kilku dniach), oraz samą seryjnością książek, powtarzalnością. Czytelnicy oswojeni ze stałymi realiami i typem rozwiązań fabularnych przyjmowanych przez autorów chętnie wracają do wykreowanego przez obu panów świata. Podkreślam tu znaczenie ilustracji, które dorosłym mogą się co prawda kojarzyć z boomem na paradisneyowskie malunki królujące w książkach dla dzieci wydawanych w latach 90. XX wieku, ale samym odbiorcom będą odpowiadać. Wobec dziesiątek (jeśli nie setek) publikowanych współcześnie pozycji z ambitniejszymi czy też bardziej umownymi grafikami powstała pewna luka, którą zgrabnie wypełnia wizja H.J. Sadnesa, filmowca mówiącego do dzieci językiem prostych, ładnych, bardzo kolorowych animacji. Te obrazki mają dużo większą wartość i jakość od kadrów wyciętych z popularnych kreskówek, jakie zalewają topowe "filmowe opowieści". I nie zostały znikąd "wyjęte", tylko stworzone specjalnie dla danej książki.

Szesnasta książka z serii o Biurze Detektywistycznym nr 2 (czternasta ze ścisłego cyklu ‒ ukazały się też dwie pozycje o większym formacie i nieco innym charakterze) dowodzi, że twórcy nadal świeżo patrzą na swoje dzieło, budują je starannie i z zachowaniem wszelkich zasad sztuki. "Operację Czarny Las" czyta się błyskawicznie, za jednym zamachem czy podejściem ‒ zależy, jaki styl czytelnictwa reprezentujecie. Napięcie rośnie stopniowo, podejrzenia czytelników sprawdzają się, by mogli oni poczuć satysfakcję z rozwiązania zagadki, której treść i przebieg są równocześnie solidną lekcją ekologii. Tiril (dziewczynka), Oliver (jej kolega) i Otto (pies tropiący, detektyw) spędzają czas w swoim biurze, obserwują sikory bogate (prześlicznie, z wielką sympatią i obeznaniem odwzorowane na ilustracjach) hasające przy otwartym oknie, sami wymyślają sobie sprawę do zbadania i ruszają jej tropem. A ten prowadzi do tytułowego lasu, pierwotnego, pięknego, gęstego i "głuchego". Na jego problemy głusi są dorośli, nawet ci spacerujący po urokliwych ścieżkach. Wyjątkiem okazuje się pewna Inspektor Ochrony Środowiska, z którą Biuro Detektywistyczne nr 2 nawiązuje kontakt. Niszczące środowisko działania opisane w książce znamy z własnego podwórka oraz miasta, bardzo się cieszę, że w tej literackiej mikroskali są przybliżane małym czytelnikom, i to w tak poczytnej (co stwierdzam po stanie wypożyczeń i zamówień w mojej bibliotece) serii. "Operacja Czarny Las" może się wydać tylko kolejnym, niepozornym elementem stadka, niczym sikorka, ale jest, jak sikorki, i rozrywkowa, i sprytna, i potrzebna, a na okładce nawet przystrojona w kolorystykę bogatek.

Bożena Itoya

Jørn Lier Horst (tekst), Hans Jørgen Sandnes (ilustracje), Operacja Czarny Las, (cykl Biuro Detektywistyczne nr 2), tłumaczyła z norweskiego Katarzyna Tunkiel, Media Rodzina, Poznań 2020.

Akademia Ekowiedzy: wielkie porządki, dobra energia, niezwykła woda

 Minęły już czasy, kiedy ekologia kojarzyła się z lekko nawiedzonymi działaczami i nie zajmowała ogółu społeczeństwa. Na szczęście, bo wszyscy musimy być świadomi i działać, by nasza planeta w ogóle dalej istniała, ale też niestety, ponieważ sami doprowadziliśmy do tak zaawansowanej katastrofy, pośrednio także swoim pobłażaniem dla ekologii. Teraz ekologiem musi być każdy, nawet przedszkolak, a i tak nie wiadomo, czy cokolwiek to da, skoro w ślady mądrych dzieci nie idą niemądrzy dorośli decydujący o różnych emisjach, dystrybucjach i utylizacjach. Bądźmy jednak choć odrobinę optymistami i popracujmy z dziećmi nad rozwiązaniami, sprawdźmy, co można robić i trzeba wiedzieć na co dzień, by Ziemi było lepiej. Z doświadczenia wiem, że takie publikacje, jak seria "Akademia Ekowiedzy" wydawnictwa Harper Kids, służą całej rodzinie, bo nawet rodzice i dziadkowie mogą nie znać pewnych oczywistych faktów i zachowań. Poza tym po przerobieniu tematu z najmłodszym pokoleniem wstyd nie stosować się do opisanych w książkach zaleceń. "Hipokryta" jest aktualnie bardzo popularnym słowem, zdziwicie się, jak szybko dzieci je poznają i wprowadzają do osobistego słownika.

Książki z cyklu Akademia Ekowiedzy mają formę dużych, zbliżonych do A4 zeszytów, adresowane są do dzieci w wieku przedszkolnym, a po nie tak tajnych zakamarkach ekologii oprowadzają czytelników ich rówieśnicy, rodzeństwo Ida i Filip. Każda publikacja zawiera ciekawostki, grę planszową i inne zabawy (jak kolorowanka czy labirynt) oraz dyplom. Estetyka, format i przejrzystość tych książek zachęca do ich otwarcia i utrzymuje uwagę malucha aż do ukończenia krótkiego, wesołego kursu ekologii. W naszym przypadku pierwszym była energia, opisana w książce "Dobra energia. Źródła energii w przyrodzie".

Autorzy książki, Krystyna Bardos (tekst) i Adam Bardos (ilustracje), zgrabnie połączyli ilustrowane opowiadanie z elementami encyklopedii, opatrzonej i obrazkami, i fotografiami, zeszytu ćwiczeń, zabaw oraz doświadczeń. Prosty tekst o codziennych czynnościach dzieci i ich pupili (kotki Szarusi i psa Pimpka) towarzyszy więc nieco bardziej skomplikowanym ramkom "Czy wiesz, że?", "Czas na doświadczenie" i "Jak zrobić...". Przeplatanie historyjki i zadań do wykonania oraz informacji do zapamiętania przez czytelników wypada dobrze i naturalnie. Ida i Filip są na słonecznej łące, biegają pełni energii, więc na sąsiednich stronach dowiadujemy się, jak energię pozyskują rośliny i zwierzęta, czym jest Słońce i w jaki sposób wpływa na ludzi oraz naszą planetę. Później rodzeństwo wyjeżdża z dziadkami nad morze, przechodzimy zatem do obserwacji wiatru oraz wody, ich wykorzystania przez człowieka do pozyskiwania energii. Będą również informacje o wnętrzu Ziemi, a dalej już o energii, z której korzystamy na co dzień, dla własnego komfortu i bezpieczeństwa. Czytelnicy będą się mogli wykazać rysując kabel i wtyczkę przy urządzeniach, które potrzebują prądu, poznają też oznaczenia dotyczące poziomu zużywania przez nie energii. Stąd już tylko krok (a właściwie kartka) do chyba najważniejszych zagadnień tej książki: oszczędzania energii i rozsądnego korzystania ze środków komunikacji oraz innych form przemieszczania się. Mam wrażenie, że tej świadomości nie chcemy mieć, dla własnej wygody. Publikację zamykają wspomniane już rozkładówki z grą planszową i kolorowanką, obie przemyślane i po prostu ładne.

Bardzo podobnie skomponowana została "Niezwykła woda. Rola wody w przyrodzie". We wprowadzeniu czytelnicy poznają i hobby bohaterów (pływanie, nurkowanie, przebywanie na wakacjach w pobliżu akwenów, jazda na sankach, spacery w deszczu), i typy wody na Ziemi, a także jej "oblicza", czyli stany skupienia. Będzie całkiem duże co nieco o krążeniu wody w przyrodzie, śnieżynkach, dalej autorka wspomni o tęczy, napięciu powierzchniowym, rośnięciu roślin, piciu i pływaniu zwierząt. Następnie poznamy etapy oczyszczania i uzdatniania wody oraz inne fakty dowodzące, jak jest wyjątkowa i bezcenna. Informacjom towarzyszą oczywiście doświadczenia i ćwiczenia rysunkowe oraz okazała gra planszowa, mogąca służyć jako ta pierwsza w życiu. Zagadnienia ujęte w tej odsłonie Akademii Ekowiedzy wydają się bardziej skomplikowane od "Dobrej energii", ale odpowiednio poprowadzony przez rodzica lub nauczyciela przedszkolak nie powinien stracić zainteresowania publikacją aż do jej ostatniej strony, nawet jeśli ma dopiero cztery lata.

Najmłodsi odbiorcy tym bardziej poradzą sobie z trzecią książką z cyklu. "Wielkie porządki. Recykling i sprzątanie świata" są bowiem pozycją najbliższą codzienności, rodzinną, umożliwiającą bezpośredni, natychmiastowy, ale długofalowy wpływ dziecka na środowisko. Bardzo podoba mi się sposób, w jaki Krystyna Bardos otwiera temat zanieczyszczenia przyrody odpadami oraz oczyszczania jej z nich. Otóż na pierwszej stronie książki pojawia się wyraźny komunikat, że natura nie wytwarza śmieci, wszystko w niej jest potrzebne, ulega rozkładowi czy zostaje powtórnie wykorzystane. Na drugiej stronie widnieje natomiast rodzina (Ida i Filip z rodzicami) dumająca nad swoimi śmieciami, bo też człowiek wyłamuje się z naturalnego trybu przetwarzania odpadów i stąd musi zadbać, by nie zniszczyć cyklu przyrody "twardymi" odpadami. Kolejne karty książki przynoszą rozmaite wskazówki, jak postępować z danymi typami śmieci oraz ćwiczenia praktyczne, naprawdę bardzo czytelne i skuteczne. Cała mała trylogia ekowiedzy znakomicie sprawdziłaby się jako podręcznik, ale ja polecam pracę z nią w domu, w gronie rodzinnym, by dzieci były świadome, że troska o środowisko naturalne jest priorytetem ich rodziny, taką wspólną sprawą. A dzięki dużym, wyraźnym i pogodnym obrazkom Adama Bardosa, rozsądnemu i czytelnemu rozłożeniu tekstu oraz jakości merytorycznej (którą zawdzięczamy również konsultacji dr Grażyny Winiarskiej), wiedza zebrana przez Krystynę Bardos i okraszona scenkami literackimi zostanie wchłonięta przez dzieci z przyjemnością, da im do myślenia, sprawi, że będą działać na rzecz ocalenia Ziemi – bo jesteśmy w takim momencie historii, że stosowne są właśnie równie doniosłe słowa.

Bożena Itoya

Krystyna Bardos, Dobra energia. Źródła energii w przyrodzie, ilustracje Adam Bardos, konsultacja merytoryczna dr Grażyna Winiarska, seria Akademia Ekowiedzy, wyd. HarperCollins Polska / Harperkids, Warszawa 2020.

Krystyna Bardos, Niezwykła woda. Rola wody w przyrodzie, ilustracje Adam Bardos, konsultacja merytoryczna dr Grażyna Winiarska, seria Akademia Ekowiedzy, wyd.a HarperCollins Polsk/ Harperkids, Warszawa 2020.

Krystyna Bardos, Wielkie porządki. Recykling i sprzątanie świata, ilustracje Adam Bardos, konsultacja merytoryczna dr Grażyna Winiarska, seria Akademia Ekowiedzy, wyd. HarperCollins Polska / Harperkids, Warszawa 2020.