cudanakiju.pl

cudanakiju.pl

poniedziałek, 4 maja 2020

Binio Bill... i skarb Pajutów


Album "Binio Bill... i skarb Pajutów", zaprezentowany przez Kulturę Gniewu w 2019 roku, to drugie wydanie tego komiksu. Pierwsze ukazało się w innym wydawnictwie, odmiennych czasach (1990 r.) i kolorach. Teraz o znakomite barwy i ogólnie atrakcyjną prezencję kultowych kadrów zadbali współcześni specjaliści, sami z wielkim powodzeniem rysujący i piszący komiksy: Tomasz Kaczkowski i Maciej Jasiński. Młodzi czytelnicy są bardzo wrażliwi na takie niby to detale. Mój nastoletni syn nie lubi czytać starych, źle wydanych komiksów z błędami graficznymi, niewyraźnymi twarzami i czcionkami, to tylko nasze rodzicielskie pokolenie przejawia sentyment czy pobłażliwość względem podobnych niedoskonałości. Dzięki pomysłowi na nową edycję przygód szeryfa Zbigniewa Bileckiego, mamy okazję odświeżyć swoją dziecięcą sympatię do "polskiego" Dzikiego Zachodu i zaszczepić ją młodzieży. I nie musimy szczególnie do tej lektury przekonywać, przynudzając jakie to legendarne i jak się zaczytywaliśmy te 30 lat temu. Binio Bill broni się sam.
"Skarb Pajutów" jest prostą, ciekawą i wesołą historyjką o dobrych Indianach, honorowym szeryfie i złych bandziorach. Każdy kombinuje na swój sposób, planując odpowiednio zdobycie, ochronę lub przechwycenie legendarnego dropu, jak to się teraz nazywa. Złoto okaże się kryć w kłopotliwym miejscu, a jego odkrycie doprowadzi i do konfliktów, i do sojuszów. Szlachetny Binio i jego wierny rumak pomogą wszystkim, którzy zapragną ratunku. Będą strzały, gonitwy, pijaństwo, bijatyka, mądrości wodza, tańce i śpiewy czarownika oraz zgrabnych i skąpo odzianych panienek, a także uprowadzenie indiańskiej piękności. Look, miny i zachowania są tu oczywiście nieco przerysowane, ale taka to konwencja i nie ma co się obrażać o czerwień czerwonoskórych czy słodycz Sweet Agnes.
W czwartej odsłonie przygód Binia naszą uwagę zwróciły powiększone kadry i duża czcionka. "Skarp Pajutów" wyróżnia się tym spośród wcześniejszych tomów, w znanych nam albumach "Binio Bill kręci western i... w kosmos" oraz "Binio Bill. Rio Klawo" gęstość kadrów na stronie i rozmiar tekstu odpowiadały bardziej wprawionym czytelnikom komiksów. Tymczasem tutaj wyobrażam sobie nawet odbiorcę w wieku wczesnoszkolnym, podejmującego pierwsze próby poskramiania literek, zaganiania ich w posłuszne stada, niczym prawdziwy kowboj. Jerzy Wróblewski umiejętnie prowadzi za rękę przyszłych koneserów stylistyki kowbojskiej, komiksowej lub wszelkich sensacyjnych przygodówek literackich, tłumacząc w dymkach "myślowych" Binia i głosem zza kadru, na czym polega intryga czy zamieszanie sytuacyjne. Może to i trochę naiwne, ale my bawiliśmy się podczas lektury równie dobrze, jak przy projekcji ulubionej animacji o Lucky Luke'u.

Bożena Itoya

Jerzy Wróblewski, Binio Bill... i skarb Pajutów, kolory Tomasz Kaczkowski, konsultacje Maciej Jasiński, wydanie drugie, Krótkie Gatki (Kultura Gniewu), Warszawa 2019.

Niezwykła księga owadów


Na "Niezwykłą księgę owadów" trudno nie zwrócić uwagi w księgarni, bibliotece czy domowej biblioteczce. Ten album naprawdę jest niezwykły, nie tylko ze względu na naprawdę duży format całości i gigantyczne owady drepczące już po okładce. Docenią go odbiorcy w różnym wieku i o rozmaitych zainteresowaniach. By po niego sięgnąć i sięgać wielokroć, nie trzeba zaliczać się do dziwaków (jak ja), którzy wśród dziesięciu czy nawet pięciu ulubionych filmów wymieniają "Mikrokosmos", kinowym bohaterem wszech czasów jest dla nich żuk gnojowy z tegoż obrazu, a najciekawszym bohaterem zbiorowym – maszerujące gąsienice (ta muzyka!).
Autorzy obrali raczej nietypową ścieżkę edukacji. W książce znajdziemy bowiem zarówno zwyczajowe ogólne wprowadzenie, wyjaśniające między innymi budowę i typologię owadów, rzeczowy język naukowców, jak i mnóstwo żarcików oraz analiz podejmowanych z punktu widzenia fascynata, kolekcjonera osobliwości, a nie ucznia przyswajającego wiadomości po kolei, w podręcznikowym porządku i ze szkolną oziębłością, czy raczej obojętnością. Tu rozdziały zostały ułożone tematycznie, według owadzich cech, których nosiciele opisywani (i pokazywani) są w zwięzłych podrozdziałach. Tylko mrówce dostał się solowy rozdział, zatytułowany "Mrówka to superzwierzę". Pozostałe części atlasu poświęcone są różnym owadom reprezentującym to, co w gromadzie typowe lub całkiem wyjątkowe, a na warsztat idą między innymi miłość, lokum, pożyteczność lub uciążliwość, blef, samoobrona i gigantyzm. Środkami wyrazu są poruszające obrazy i chwytliwe sformułowania, w tym tytuły: "Złotook w owczej skórze", "Morderczy dół mrówkolwa" czy "W samym środku kupy". Nie udało nam się rozwikłać zagadki, do jakiej kategorii wiekowej zwracają się twórcy atlasu, sądząc po większości tekstu, obfitującej w humorystyczne zaczepki do niezainteresowanych, są to dzieci w wieku wczesnoszkolnym. Przy bardziej specjalistycznych fragmentach jako grupę docelową wskazałabym dziesięcio-, może dwunastolatki, ale nie te zbyt wrażliwe na bezwzględność natury (a częściowo też człowieka). W charakterze skarbczyka ciekawostek i śmiesznostek publikacja jest niewątpliwie cenna, jednak ton narracji, ten dziwny niby-luz, może spowodować, że niektórzy czytelnicy nie doczytają do końca. Mój trzynastoletni syn czuł się przez tę lekturę upupiany. Ale obejrzał całość i chyba każdy, komu "Niezwykła księga owadów" trafi w ręce, tak zrobi.
Książka Barta Rossela i Medy Oberendorff jest efektowną ciekawostką edytorską. Ilustratorka starała się zaskoczyć nas wspomnianymi powiększeniami owadów, a autor – wymyślną czcionką o zmiennym formacie, na stronie tytułowej określonymi nieskromnie jako "eleganckie liternictwo" i "piękne, realistyczne ilustracje". Ten realizm rozbawi czytelników gustujących w czarnym humorze, obdarzonych mocnymi nerwami i przejawiających kryminalną smykałkę, bo w "Niezwykłej księdze" znajdzie się i noga trupa, i opis śledztwa detektywów z wydziału zabójstw, dla których "pracują" muchy oraz inne owady, i martwy, obleziony przez robactwo ptak, i żywe klejnoty wykonane z chrząszczy, i koszmar ogrodnika, czyli atak mszyc. To od was zależy, czy odbierzecie moją recenzję jako ostrzeżenie, czy zachętę, w każdym razie wydawnictwo Nasza Księgarnia należy pochwalić za podjęcie się nietypowego, dość odważnego projektu.

Bożena Itoya

Bart Rossel (tekst), Medy Oberendorff (ilustracje), Niezwykła księga owadów, z niderlandzkiego przełożyła Alicja Oczko, Nasza Księgarnia, Warszawa 2019.

Lil i Put. Zawodowi bumelanci


"Zawodowi bumelanci" to już czwarty album z serii "Lil i Put", której scenarzystą jest Maciej Kur, rysownikiem Piotr Bednarczyk, a wydawcą Egmont Polska. Cykl podoba nam się cały czas tak samo, choć kiedy startował, mój syn miał osiem lat, a niedawno skończył lat czternaście. Mam wrażenie, że przez sześć lat i ogólnie w okresie dzieciństwa mojego potomka wiele się wydarzyło w polskim komiksie, a dynamika tych zmian jakby stale wzrasta. Do podobnych refleksji skłoniło mnie między innymi logo "100 lat polskiego komiksu" na okładce najnowszego "Lila i Puta" (wydanego w 2019 r.). Na ile uczestniczyliśmy w tej historii, co takiego nowego zaobserwowaliśmy od kiedy dziesięć lat temu niegdysiejszy przedszkolak podejmował pierwsze próby czytania właśnie na komiksach?
Ano ukształtowało się spore grono rodzin czytających nowe polskie kadry, bez kompleksu, że to gorsze lektury i nostalgii za "klasyką" polskiego komiksu harcerskiego i milicyjnego z lat 80. Warsztaty rysunku prowadzone przez komiksiarzy cieszą się dużym zainteresowaniem na literackich festiwalach i targach książki, zresztą i w ramach wyjścia organizowanego przez szkołę klasa (siódma, więc nie maluszki) mojego syna trafiła na zajęcia o komiksach. Pojawiły się biblioteki o komiksowym profilu lub chociaż sporym i stale rosnącym komiksozbiorze, tematem zainteresowała się także Biblioteka Główna Województwa Mazowieckiego, instytucja organizująca konferencje, polecająca książki do zakupu przez wszystkie mazowieckie placówki. Całkiem sporo jak na jedno krótkie, jeszcze nieskończone dzieciństwo. Tymczasem sami Lil i Put zagościli na stałe w "Nowej Fantastyce", w której wcześniej nie widywałam żadnych komiksów.
Te historyjki są fajne i dla dorosłych czytelników sięgających po wspomniany magazyn, i dla młodzieży w wieku rozmaitym, będącej grupą docelową cyklu "Konkurs im. Janusza Christy", w której Egmont wydaje między innymi właśnie serię Bedyka i Kura. Fani doceniają humor autorów, charakter i wątpliwe bohaterstwo ich bohaterów, osadzenie w umiłowanym przez fantasy magicznym "à la średniowieczu", boskie easter eggsy i elastyczność serii, której daleko do artystycznej skamieliny, bo zmianom uległa między innymi kreska, czyli jeden z filarów kolorowych zeszytów. I właśnie dlatego mój syn nie wyrósł z "Lila i Puta".
"Zawodowych bumelantów" czytałam w przerwie między kolejnymi czeskimi powieściami i opowiadaniami i zupełnie nie wybili mnie z rytmu, bo bardzo do takiej literatury pasują. Niezbyt grzeczni, acz dobrotliwi (kiedy chcą) prostaczkowie, wpisują się trochę w moją miłość do hobbitów (zwłaszcza Merry'ego i Pippina), ale też mają wiele wspólnego ze Szwejkiem czy diabłami Jana Drdy albo innymi wizjami ludowości Jáchyma Topola. W dziewięciu krótkich historiach jest tłoczno, śmiesznie, bardzo ruchliwie, kolorowo, trochę zrzędliwie i cwaniacko.
Pierwsza opowiastka, "Godna śmierć", rozpoczyna się od spotkania Puta z siostrą Lila, Kieszonką, która jest... kieszonkowcem. Wesoła małoludka postanawia opchnąć problematyczny łup koledze brata i w ten sposób Lil i Put przez sześć stron ścigają się ze śmiercią. Dalej płynnie przeskakujemy do króciutkiej "Tratwy", będącej małym wycinkiem historii wrogich stosunków elfów (czyli Miksji) i krasnoludów, z niewielkim udziałem Świętopełka, bardzo sympatycznego i wyjątkowo nierozgarniętego ziomka głównych bohaterów, którego urodziny obchodzone były w poprzednim odcinku. Następnie Lil i Put lądują "W dybach", uwięzieni przez lud Rogaczy, a konkretnie panów, o których żony nie należy pytać. Przygoda tocząca się wokół różowego przybytku muzycznego, posiadającego formę młyna i nazwę Melina Róż, jest jedną z moich ulubionych. Ale trudno opowiedzieć cokolwiek więcej tak, by nie spalić całego kawału, przejdźmy więc do kolejnej historyjki: "Plusk 2: Gdy ryby spadają z nieba". Tu wyraźnie widać różnice w rysunkach względem pierwszego albumu z serii, inaczej wypadają i kontury, i tła, a całość wydaje się bardziej... francuska. To już taka odsłona la « BD », która mogłaby się ukazać w dowolnym bardziej zaawansowanym komiksowo kraju, po prostu na frankofońskim poziomie i w podobnym stylu. Choć nie wiem, czy znakomite zagrywki tekstowe (sytuacyjne "ojacie! ojacie!" i insze "tsza bylo sie jednak nie wtrącać") byłyby tak komiczne w innym języku, czy aby nie są nieprzetłumaczalne, podobnie jak Lil rozdzierający koszulę niczym Rejtan.
W "Legendzie o królewnie" powracamy do niesnasek między elfami a krasnoludami, znów na krótko wpadając na Miksję. "Słodka" i czarowna przyjaciółka Lila i Puta tym razem przybliży nam genezę krasnoludów według elfickich podań. To bardzo efektowna odsłona uniwersum małoludów, pokazująca, jak autorzy lubią bawić się konwencjami fabularnymi i graficznymi, bo kolorystka i starodawne zwoje, na których wypowiada się narrator, dodają opowieści zacności. W mroczne ostępy świata przedstawionego powędrujemy w "Tatuażu Morbinki", czyli pewnej zdołowanej nastolatki, córki dostojnego wuja Harolda, jak tytułuje go Miksja. Tym razem elfka w różowym wdzianku zostanie z nami dłużej, opiekując się kuzynką, która zgodnie z modą chce być mroczna i mieć dziarę.
"Wejście Ignacego" może się kojarzyć z "Wejściem smoka", i słusznie, bo obok Lila i Puta wystąpi znany nam już mały piroman, który zapala się do posiadania ognistego zwierzątka. Znakomita część akcji rozgrywa się w najdziwniejszym z możliwych (lub nie) sklepów zoologicznych, gdzie spotkać można samą śmierć (tę z pierwszej historyjki). Ta część "Zawodowych bumelantów" zachwyciła mnie chyba najbardziej – i scenariuszem, i świetnymi, dopracowanymi rysunkami, i całą wyjątkowo lilipucią atmosferą. Po tym punkcie albumu, dla mnie kulminacyjnym, czekały na nas jeszcze dwie przygody: "Elfy vs. krasnoludy" i "Proces Kieszonki". Tytuł pierwszej z nich pewnie już przybliżył wam tematykę i zasygnalizował, że Miksja będzie tłuc się z odwiecznymi wrogami. O dziwo jednak, tym razem coś ich połączy i musicie sami przekonać się, jak to możliwe. W ostatniej historii Kirki zapadnie na chorobę cywilizacyjną, przekleństwo goblinów, co w przezabawny sposób splecie się z misją ratunkową Lila i Puta. Cwana Kieszonka, przypominająca trochę małą, złą Robin Hoodkę, będzie się bowiem zmagać z upadkiem ideałów i depresją, a nawet okaże skruchę, niespotykaną wśród zbójeckiej braci ujmę na honorze. Happy end, który zgotowali nam Maciek Kur i Piotrek Bednarczyk, bardzo nas uszczęśliwił swoim nieugłaskaniem. To jednak ta ostatnia strona komiksu jest moją ulubioną, każda sekwencja, mina, dymek są po prostu idealne. Panowie wykazali się świetną formą twórczą i czekamy na kolejne tomy "Lila i Puta"*.

Bożena Itoya

Lil i Put. Zawodowi bumelanci, scenariusz: Maciej "Maiki" Kur, rysunki: Piotr "Bedyk" Bednarczyk, Wydawnictwo Egmont Polska, Warszawa 2019.

*Bo inaczej "Chaos i rzeź! Chaos i pożoga!" ("Gdzie rozdają pochodnie?").

sobota, 25 kwietnia 2020

Atlas Cudów Świata

Kiedy szukam skojarzeń związanych z „cudami świata”, przed oczami pojawia mi się okładka książki „Siedem Cudów Świata” z wydawanej w latach 90. serii Świat Wczoraj i Dziś. Statua Wolności na tle antycznych budowli i piramid. Mimo, że jako kilkulatka przeglądałam tę książkę niezliczoną ilość razy, po latach w pamięci ostała się jedynie stopklatka strony z jednym z najsłynniejszych posągów świata, wewnątrz którego są schody, po których chodzą ludzie. Wobec tego czy współczesne publikacje poświęcone tej tematyce mają szansę lepiej zapisać się w umysłach przedszkolaków żyjących w trzeciej dekadzie XXI w?

„Atlas Cudów Świata” zilustrowany przez Lucy Letherland (odpowiedzialnej między innymi za grafikę rewelacyjnego „Atlasu Przygód Zwierząt”) przełamuje stereotyp „cudu świata” jako jedynie wytworu człowieka. W szranki z budowlami świata antycznego i współczesnymi perłami architektury stają - niemniej okazałe - cuda Matki Natury. Rezygnacja z antropocentryzmu idzie w parze z wyjściem poza wąsko rozumiany europocentryzm: czytelnik otrzymuje przegląd wytworów materialnych wielu kultur, z różnych epok, ze wszystkich kontynentów. Warto zauważyć, że sklasyfikowane w książce „cuda” (zarówno należące do świata przyrody, jak i te stworzone przez człowieka) wychodzą poza dobrze znany wszystkim kanon i zostały wybrane również te rzadziej prezentowane szerszej publiczności. To co, ruszamy?

Podróż rozpoczynamy w Australii, ale przemieszczamy się w nietypowej kolejności - zaglądamy do Europy, przeprawiamy się do Ameryki Północnej, następnie czeka na nas w kolejce Azja z Bliskim Wschodem, po której znów wracamy na półkulę zachodnią do Ameryki Środkowej i Południowej, by stamtąd ruszyć do Afryki i zakończyć zwiedzanie na Antarktydzie. Każdemu kontynentowi poświęcona jest osobna mapa, na której zaznaczone są różne przyrodniczo-architektoniczne punkty. Uwaga - jest ich więcej, niż wybranych do bliższej charakterystyki obiektów, co może budzić lekką dezorientację u młodszych czytelników, którzy np. chcieliby bardzo przeczytać o Moście Golden Gate w San Francisco, ale niestety nie został on uwzględniony w dalszej części „Atlasu”. Schemat omawiania „cudu” jest identyczny w każdym przypadku i koresponduje z całą serią „Atlasów” wydaną przez Naszą Księgarnię. Mamy tutaj więc lead wprowadzający w temat, a pozostała część tekstu jest rozstrzelona po całej stronie - zdania są wkomponowane w szczegóły ilustracji. Taka prezentacja informacji ma z mojego punktu widzenia plusy i minusy: można czytać opisy w różnej kolejności (np. podążając za skojarzeniami dziecka), ale dla osób preferujących spójne teksty, śledzenie narracji może być w tym przypadku wyzwaniem. Ciekawym zabiegiem ilustratorskim jest zaznaczenie omawianego miejsca/obiektu na mapie świata, który widzimy w przybliżeniu, jak za pomocą lupy. Jest on również wykorzystywany w prezentacji różnych elementów np. mozaiki na ścianie, elementów dekoracyjnych znajdujących się we wnętrzu budowli czy też budowie zwierzęcia. Generalnie oprawa graficzna „Atlasu” stanowi jego najmocniejszą stronę: piękne realistyczne grafiki sprawiają, że nie mamy problemu z rozpoznaniem zwierząt, roślin, czy budynków. Informacje zebranie przez Bena Handicotta są mieszanką danych statystycznych i faktograficznych. Ożywają jedynie w połączeniu z obrazami, które żywo pobudzają wyobraźnię czytającego. Na końcu „Atlasu” na małych Odkrywców czeka niespodzianka - zabawa w wyszukiwanie szczegółów pochodzących z różnych części książki.

W dobie szalejącej po całym świecie epidemii, rozbudzanie pragnienia podróży może nie jest najszczęśliwszym wyborem z możliwych. Jednak kto wie, jak długo będziemy skazani na podróżowanie jedynie palcem po mapie? Chwile spędzone z „Atlasem Cudów Świata” na pewno nie będą czasem straconym - choć informacje zawarte w książce nie zaspokoją głodu żądnych wiedzy czytelników, z pewnością zaostrzą apetyty na dalsze podążanie szlakiem wszelkich „cudów”, na które możemy się natknąć gdziekolwiek jesteśmy.

Aleksandra Adamowicz

Ben Handicott, Ilustracje Lucy Letherland, Altas Cudów Świata, Nasza Księgarnia 2020


wtorek, 7 kwietnia 2020

Supermocni kontra złodzieje zdrowia. Zdrowie to super przygoda!


Wytrawni książkomianiacy raczej nie szukają lektur w programach lojalnościowych wielkich koncernów, ale chyba powinni zacząć, przynajmniej sądząc po zbiorze "Supermocni kontra złodzieje zdrowia", który udało mi się złowić w bibliotecznym bookcrossingu. Miałam fart, bo książka była dystrybuowana tylko w sieci sklepów Lidl, a żeby ją otrzymać trzeba było dokonać zakupów za kilkaset złotych, co w naszej rodzinie zdarzyć się nie mogło. Estetycznie i efektownie wydana publikacja w twardej oprawie zawiera dwa odrębne segmenty: bogato ilustrowany fotografiami informator o zdrowym żywieniu dzieci (w tym proste przepisy na dania owocowe i warzywne) oraz zestaw trzech komiksów. Tutaj zajmę się degustacją drugiej części tego pysznego albumu.
Komiksy zostały opatrzone odrębnym spisem treści i podtytułem "Zdrowie to super przygoda!", rozpoczynają się na stronie 62 ze 128 stron całości, co daje aż 66 stron dymkowanych przygód i stanowi ponad połowę całej książki. Wspólny temat i adresatów określono hasłem towarzyszącym spisowi treści: "Specjalnie dla wszystkich, małych i dużych, 3 komiksy o superbohaterach, warzywach i owocach!".
Pierwszą historyjkę opowiedzieli scenarzysta Rafał Skarżycki i rysownik Tomasz Lew Leśniak, a więc duet znany dzieciom z "Tymka i Mistrza" czy serii "Hej, Jędrek!", a dorosłym z cyklu pasków "Polska mistrzem Polski" albo legendarnego "Jeża Jerzego". Prosta i wesoła, pastelowa "Liga Profesora Jot" oczywiście odbiega od wcześniejszych tytułów, bo też podporządkowana jest określonemu tematowi i celowi. Autorzy zrealizowali swoje zadanie celująco, angażując młodego czytelnika na wszystkie sposoby dostępne sztuce komiksu. Jest tu więc dobrze rozpoczęta i poprowadzona fabuła z wyraźną pointą, są atrakcyjne rysunki, kolory i kadry podkreślające to dynamikę akcji, to emocje bohaterów, to znów chaos, któremu muszą się przeciwstawić w walce z głównym złoczyńcą. Bo oczywiście jest i takowy, a na imię mu Zły Nawyk. Za sprawą paskudnego trolla w Uśmiechowie szerzą się lenistwo, rozlazłość i plaga smartfonowych zombie. Wszystko to zaś wynika z umiłowania do śmieciowego jedzenia, które złośliwie podsuwa mieszkańcom imć Zły Nawyk. Para bohaterów odnajduje siedzibę Profesora Jot, który nie dość, że pracuje nad ważnymi dla świata zagadnieniami, jak piramida zdrowego żywienia i stylu życia dzieci i młodzieży, to jeszcze dysponuje błyskotliwymi uwagami na temat internetu i praktycznymi rozwiązaniami przydatnymi w starciu ze Złym Nawykiem. Liga Profesora Jot podejmuje walkę w iście superbohaterskim stylu, a finałowa bitwa będzie miała kontynuację również w późniejszych działaniach prozdrowotnych, prowadzonych na przykład w szkołach.
W drugim komiksie zmianie ulegają stylistyka, kolorystyka, drobiazgowość kreski, ostrość konturów i humoru, trochę też sposób kadrowania, no i oczywiście sama przygoda. Choć nadal mamy do czynienia z superdzieciakami, to tym razem jest ich troje, mają prawdziwe moce i zupełnie ludzkich wrogów, którzy zresztą nie wydają się ani trochę sympatyczniejsi od zielonego trolla. Autorem scenariusza "
Superbohaterów z ulicy Borówkowej" jest Rafał Skarżycki, natomiast rysunki stworzył Piotr Nowacki. Wymyśleni przez nich Olek, Ewka i Amelka wydają się zwykłymi uczniami podstawówki, ale po zjedzeniu warzyw zyskują supermoce: sokoli wzrok od marchewki, wulkaniczną energię za sprawą fasolki i wyjątkowo sprawny mózg dzięki brukselce. Przeobrażeniu towarzyszy oczywiście zmiana stroju na stosowne kostiumy (z maskami na oczy), ale warzywne trio nadal jest rozpoznawalne i bardzo zabawne. W ogóle wszystkie postacie w tym komiksie są śmieszne, łącznie z wygniecionym inspektorem policji i tłustawymi złoczyńcami, czyli rodziną Fastwódzkich. Charakter wszystkim bohaterom: pozytywnym, negatywnym i szaraczkom-statystom, nadał przede wszystkim ilustrator, Piotr Nowacki. Pod względem rysunków komiks "Bohaterowie z ulicy Borówkowej" jest niezwykle dopracowany, jego poziom artystyczny znacząco odbiega od standardów znanych nam z komiksów edukacyjnych. Naszą uwagę zwróciły zwłaszcza tradycyjne komiksowe świsty, wybuchy, kółka zębate pracujące w "myślowym" dymku bohaterki, gdy ta kombinuje niczym pomysłowy Dobromir (skojarzeń z tą animacją mieliśmy zresztą więcej), słowne "brzdęki" i inne ekspresje, fajne, w rozmaity sposób przedstawiane tła ("wyciemniany" jednym kolorem tłumek lub budynki, kiedy indziej kropeczki), urocze przedstawienie wróblej bandy, przezroczysta cera złoczyńców zestawiona z ich krwistymi strojami oraz ujęcie, w którym wyłaniają się z mroku. A Fastwódzcy to rzeczywiście mroczne typy – knują, jak przejąć władzę nad światem, swoim planom nadając kryptonim "Operacja tłuszcz", kradnąc ze sklepów całe zdrowe jedzenie, zaś hamburgery na siłę wciskając i nimi... ciskając. Ta osobliwa broń zostanie wykorzystana również przez superdzieciaki, w sposób zaskakujący i wiele mówiący o naturalności takich dań.
Trzecia historyjka rozgrywa się w świecie równocześnie bajkowym i w pewnym stopniu bardziej realnym, niż poprzednie. "Drużynę Witamin" napisał Maciej Jasiński, narysował Janusz Wyrzykowski, zaś gościnnie wystąpił w niej "pan Okrasa, tez z telewizji!". Zakapturzony dobroczyńca wspiera warzywa i owoce, które niegdyś żyły w przyjaźni z dziećmi, bawiły się z nimi i uczyły, a teraz zostały odcięte od ludzi przez słodyczowego potentata, pana Przesłodzonego. Zdrowotna apokalipsa, jaka rozpętuje się, gdy dzieci przestają przyjaźnić się z brokułem, pomidorem, cytryną czy bananem i jeść cokolwiek innego niż łakocie, przedstawiona została w cukierkowych barwach i ogólnie w stylistyce rodem z "Charliego i fabryki czekolady", ulepkowej krainy z "Ralpha Demolki" albo innego "Hopa". Dzieci przeżywające z owocami i warzywami ten fantastyczny komiks drogi poznają prawdziwą twarz batonów, piratów Czarnej Próchnicy (statek z waty cukrowej) oraz inne zagrożenia wynikające z żywieniowego pójścia na łatwiznę. To ciekawe uzupełnienie koncepcji wcześniejszych komiksów, które nas ujęło zwłaszcza scenariuszem.
Zbiór trzech owocowo-warzywnych komiksów wypada jak fachowo skomponowany, zróżnicowany, bogaty w wartości i atrakcyjny smakowo posiłek. Ja czuję się bardzo posilona, tym bardziej więc małym czytelnikom po tej lekturze na pewno przybędzie sympatii dla komiksów oraz chęci do walki w imię Ligi Profesora Jot, Superbohaterów z ulicy Borówkowej i Drużyny Witamin. Przyjmując punkt widzenia, oczekiwania oraz potrzeby kilkuletniego odbiorcy właściwie nie mam zastrzeżeń do treści i wyglądu historyjek składających się na zbiór "Zdrowie to super przygoda!". Największe, a może tylko jedyne grzechy wydawcy dotyczą całego albumu "Supermocni kontra złodzieje zdrowia" – to brak strony tytułowej i redakcyjnej z prawdziwego zdarzenia oraz niewymienienie autorów w żadnym miejscu poza początkiem danego komiksu. Rozwiązania te wynikają zapewne z jakichś zwyczajów marketingowych, natomiast z punktu widzenia czytelnika, a tym bardziej takiego będącego też bibliotekarzem, ujmują całości nieco profesjonalizmu.

Bożena Itoya

Supermocni kontra złodzieje zdrowia. Kompendium wiedzy o żywieniu dzieci oraz 3 komiksy o mocach warzyw i owoców!, Lidl, Narodowe Centrum Edukacji Żywieniowej. [brak daty wydania, brak miejsca wydania]

Tak wiele rzeczy/ So Many Things


Lubię książki dla dzieci, które przykuwają wzrok. Zachęcają do otwarcia, kartkowania stron. Dzieci też takie lubią, choć czasem pociąga nas inna estetyka. W przypadku „Tak wielu rzeczy” odczucia mieliśmy podobne - okładka ujęła nas głębokimi, wyrazistymi kolorami i wszyscy chcieliśmy zobaczyć, co książka kryje w środku.

    Jest to słownik obrazkowy polsko-angielski obejmujący 17 tematów (w ogrodzie, sporty i rekreacja, czas na posiłek, pogoda i geografia, na wsi, ubieranie się, w ruchu, w supermarkecie, na targu, na plaży, w szkole, w mieście, przedmioty w domu, świętowanie i zabawa, zwierzęta, kwiaty, ptaki). Na każdej stronie odnajdziemy krótki wstęp oraz ilustracje rozmieszczone na stronie w formie rozsypanki, „kontrolowanego bałaganu” przyporządkowane do danego działu. Każda  jest podpisana w języku polskim (na czarno ) i angielskim (na czerwono).
Słownik jest wydany w twardej oprawie, z miękkimi stronami w środku (cenna informacja dla rodziców pociech książko-lubnych i zarazem książko- niszczących/ pożerających)
Tyle z informacji formalnych.

    Przyznam szczerze, że książki obrazkowe zajmują specjalne miejsce w moim matczynym sercu. Chyba każdy rodzic ma doświadczenie w czytaniu tysięcy razy tego samego tekstu, tej najbardziej ulubionej z lubianych historii, które dziecko podtyka pod nos ze słodkim zaśpiewem „przecytas?” bądź rozkazem: „cytaj!”. Właśnie. Książki bez tekstu są takim cudownym wynalazkiem, który za każdym - pierwszym, drugim, dziesiątym i setnym razem można oglądać z dzieckiem inaczej. Ba - dzieci same z siebie też chętnie po nie sięgają, przez co stają się one niezastąpionym towarzyszem podróży, umilaczem czasu w kolejce do lekarza, czy w restauracji przed podaniem posiłku. Kolejną    z wielu supermocy książek obrazkowych jest ich uniwersalność: inaczej czytamy ją z niemowlakiem, inaczej z dwulatkiem, a jeszcze czymś innym staje się kiedy czytającym jest zaawansowany przedszkolak - innymi słowy wraz z rozwojem dziecka zmienia się też jego percepcja takiej pozycji. Gdy dzieci w rodzinie jest więcej, bogato ilustrowane książki stają się kolejną, atrakcyjną propozycją wspólnego spędzania czasu i budowania więzi: starsze rodzeństwo nawet nie potrafiąc czytać może objaśniać świat „młodszakom”.

    Nie ma jednej recepty, jednego najlepszego sposobu „używania” „Tak wielu rzeczy”. Sądzę, że każdy może znaleźć tutaj temat, który go kręci: pojazdy, zwięrzęta, moda, jedzenie, sport, przyroda, pogoda. Obrazki pobudzają wyobraźnię, zapraszają do porównań, odszukiwania wspomnień, rzeczy w pokoju. Stają się pretekstem do rozmowy o minionych wakacjach, wizycie w sklepie, zoo, planowaniu obiadu. Dwujęzyczność książki zdejmuje z braków czytającego ciężar odgrzebywania  w czeluściach pamięci niszowych słówek dotyczących gatunków ptaków i zachęca również do wprowadzania kolejnego języka. Bogactwo ilustracji staje się wyzwaniem dla „poszukiwaczy rzeczy”, ćwiczeniem orientacji, czy inspiracją do tworzenia dzieł plastycznych, czy układania zagadek.

    Szczere gratulacje dla Autorki za stworzenie takiej książki, w której - mimo starań!, trudno zaspokoić głód wrodzonego czepialstwa.

Aleksandra Adamowicz

Maya Hanisch, Tak wiele rzeczy / So Many Things, Nasza Księgarnia 2020

środa, 1 kwietnia 2020

Bardzo dzika opowieść. Las złamanych serc


Krótkie gatki, jako element wydawnictwa kultura gniewu, są dla nas kultową i "wiodącą" marką polskiego komiksu. Te albumy były pierwszymi i ulubionymi kolorowymi zeszytami mojego syna, gdy uczył się czytać i wyrastał na starszego konesera dymkowanych opowieści. I na pewno nie tylko moja latorośl rozwijała się dzięki lekturze "Bajki na końcu świata", "Detektywa Misia Zbysia na tropie" czy "Sagi o ryjówce" oraz warsztatom z ich autorami. Naszym ostatnim odkryciem jest komiks łączący świat Bajki z uniwersum walecznych mieszkańców Samojlikowej puszczy: "Las złamanych serc", czyli pierwszy tom serii "Bardzo dzika opowieść", w której jako scenarzysta wystąpił Tomasz Samojlik, autor i rysownik między innymi przygód rzęsorków, ryjówek i ich kumpli, a jako ilustrator – Marcin Podolec, zazwyczaj solista, odpowiedzialny za postapokaliptyczne, niesamowite przypadki Wiktorii i Bajki. Kolory do tego niezwykłego projektu stworzyła Agata Mianowska.
Mapa na wyklejkach skojarzy się wam pewnie z terenem działania Kubusia Puchatka, Krzysia, Sowy Przemądrzałej i całej reszty. Tyle że w "Bardzo dzikiej opowieści" zauważycie też sygnały XXI wieku: samochód mknący ulicą poprowadzoną przez las, leśny parking z okazałym, przepełnionym wręcz śmietnikiem, jakieś wysypisko między drzewami i komin fabryczny w niewielkiej odległości. Witajcie więc w Stumilowym Lesie, na jaki zasłużyliśmy.
Naszymi – ludzkimi – reprezentantami są tu trzy postacie i zaręczam, że nie polubicie żadnej z nich. Dwie pojawiają się na samym początku komiksu i tam też znikają, ale tylko fizycznie, bo cień ich obecności rzuca się na całą historię. Młoda kobieta i mężczyzna w podobnym wieku niby nie wydają się niesympatyczni, ale trochę podejrzani, a to, że twórcy nie serwują nam od razu gotowej oceny, licząc na naszą umiejętność samodzielnego wysnuwania wniosków, dobrze wróży na dalszą lekturę. W każdym razie właśnie ich widzimy i słyszymy jako pierwszych komentatorów szaroburego lasu. Nie wyszedł im jakiś biznes, więc ironicznie rozmyślają nad zatrudnieniem się w fabryce czy elektrowni, jaka ma powstać w lesie, przez który właśnie przejeżdżają.
Trzeci człowiek jest prawdziwym złoczyńcą, knującym podbój i zgładzenie starego, dobrego świata natury. Symbolizuje on to, co w "Bardzo dzikiej opowieści" najbrutalniejsze i najprymitywniejsze, czyli cywilizację. Dzikość zwierząt, przeważnie zresztą wtórna, zestawiona jest tu z przedsiębiorczością współczesnego człowieka, za którą idą interesowność, egoizm, a wreszcie cwaniactwo i brak skrupułów prowadzące do otwartego łamania prawa. Skażenie moralne wiąże się z zanieczyszczeniem środowiska, bowiem las, już zaśmiecony, choć nadal będący rezerwatem rysia, wkrótce ma zostać wykupiony i ponownie sprzedany pod budowę wspomnianej elektrowni. W takich oto okolicznościach poznajemy główną bohaterkę, kotkę Ryśkę, i pozostałych mieszkańców Lasu złamanych serc, a ich poczynania będą już zdecydowanie pocieszniejsze i bardziej bohaterskie od tych ludzkich.
Kot, żółw, papuga, nawet patyczak cierpią na niespełnienie. Same nie wiedzą, kim są, zdają sobie tylko sprawę, jakimi chciał uczynić je człowiek i że w czymś tam mu nie pasowały, więc się ich pozbył. Gromadzą się w Lesie złamanych serc i próbują razem przetrwać, podobnie jak zdążający na zebranie mieszkańcy rezerwatu. Tylko szara, puchata i pewnie rasowa kocica nie chce współpracować, woli iść swoją ścieżką do celu, pachnącego zresztą utopią. Od początku wydaje się nam najmniej świadomą czegokolwiek, łącznie ze sobą, zupełnie nierozgarniętą istotą. Przywary Ryśki wynikają z jej uczłowieczenia: przejmującej samotności, izolacji nieznanej dziko żyjącym gatunkom, i wpatrzenia w świat telewizji, do pewnego stopnia zabawnego, ale chwilami też tragicznego. Oczywiście bardzo dzika opowieść o kotce, która chodziła własną drogą, zmieni się w historię drogi wspólnej, wiążącej przyjaźnie i ukazującej lekkomyślność bohaterki w innym świetle – jako odwagę, lekkość w podejmowaniu decyzji o poświęceniu oraz jako wiarę w możliwość zmieniania ponurej przyszłości.
Charaktery bohaterów kształtują się na naszych oczach, tym łatwiej więc czytelnikowi zaprzyjaźnić się z Ryśką, Hiruni, Rafą ("to znaczy Rafandżelo") i Belką, wręcz pokochać je za prostoduszność i odruchy dobrych serc. Narysowani są ładną, ciekawą kreską i świetnie pokolorowani, ale daleko im do słodyczy zabawkowych zwierzaczków (no, może z wyjątkiem zielonej papużki Hiruni i dzika z nieco nieproporcjonalnym ryjem). Mimo typowej dla kreskówek i bajek antropomorfizacji, zwierzęta Marcina Podolca i Tomka Samojlika pozostają bliskie rzeczywistości, a na pewno stykają się z najprawdziwszymi wyzwaniami współczesnego świata. Te, choć niewątpliwie ważkie i doniosłe, nie zdołają pozbawić twórców i bohaterów "Bardzo dzikiej opowieści" optymizmu oraz dowcipu. Oprócz humoru sytuacyjnego, którego nie brakuje w świetnie napisanych dialogach i znakomicie z nimi zgranych kadrach, mamy tu nawiązania do zwyczajów (czasem obrzydliwych) żywieniowych niektórych bohaterów, i przynajmniej jeden popkulturowy easter egg czytelny dla młodzieży. Stuknięta sowa, rozmawiająca sama ze sobą, i to wcale nie w myślach (choć tak... myśli), między innymi na temat planów przechytrzenia stojących nieopodal członków drużyny, bardzo przypomina pewnego oślizłego Tolkienowskiego bohatera.
A gang Psubratów, zarysowany już na wyklejkowej mapie i w pierwszych rozmowach lokatorów Lasu złamanych serc? Cóż, nie mogę dokładnie opisać tej zgrai, by nie zdradzić intrygi i moich przypuszczeń co do rozwoju akcji w kolejnych tomach serii, ale podzielę się chociaż ogólnym, plastycznym wrażeniem. Psubraty wyglądają bardzo przejmująco, niczym najczarniejszy koszmar Bajki na końcu świata, która przecież funkcjonuje w rzeczywistości po zagładzie. Mogą wzbudzić lęk, choć raczej nie tym, jakie są, lecz jak się takimi stały – przez przymykanie społecznego oka na pewne bardzo powszechne praktyki. Tym samym psubraty powinny bardziej przerażać nas niż inne zwierzęta, demiurgów, a nie mieszkańców Lasu złamanych serc. Mam nadzieję, że młodzi, inteligentni czytelnicy poczują się w pewnym stopniu współodpowiedzialni za istnienie i ciągłe powstawanie nowych żebraczych gangsterów, tę już się dziejącą apokalipsę. Wiem, że to możliwe, bo podobne lektury polskich autorów niejednokrotnie uwrażliwiały młodych ludzi, wpływały na ich postawy względem przyrody i zwierząt zamkniętych w schroniskach. Oto poważne skutki lekkich, często lekceważonych przez dorosłych książek dla dzieci. Nie szukajmy ciągle urokliwych, kanonicznych lektur z naszego dzieciństwa z dosadnym morałem, lepiej skoncentrować się właśnie na tych nowoczesnych problemach (których sprawcami są pokolenia nasze i dziadków naszych dzieci), ich odpowiednim dla młodzieży przedstawieniu, tak, by mogła ona sama dokonać diagnozy, podjąć działania profilaktyczne i przygotować dalszą taktykę leczenia złamanego świata.

Bożena Itoya

Bardzo dzika opowieść, 1. Las złamanych serc, scenariusz: Tomasz Samojlik, rysunki: Marcin Podolec, kolory: Agata Mianowska, wyd. krótkie gatki (kultura gniewu), Warszawa 2019.