cudanakiju.pl

cudanakiju.pl

środa, 18 czerwca 2014

Zapiski luzaka



Bohatera „Zapisków luzaka”, harcerza (czy raczej skauta) Natana polubimy chyba od razu. Spełnia wszelkie ku temu warunki – jest zabawny, pomysłowy, towarzyski. No, i towarzyszy mu ostatnio pech, co sprawia, że lubimy go jeszcze bardziej. Komu z nas nie zdarza się, że wszystko idzie na opak? Pocieszające, że nie tylko nam. I jak miło zobaczyć kogoś, kto radzi sobie z tym, jak umie, lepiej, czy gorzej, ale za to z jakim wdziękiem!
Autor serii „Zapisków” (w Polsce Nasza Księgarnia wydała ich, jak dotąd, cztery tomiki), Lincoln Peirce musi być człowiekiem pogodnym, z poczuciem humoru i dystansem do siebie. Taki właśnie jest jego bohater, pozytywny i szybko regenerujący siły po kolejnych porażkach. A życie dzisiaj funduje młodym ludziom wiele frustracji, począwszy od szkoły, na życiu towarzyskim skończywszy. Warto więc może zainspirować się filozoficznym spokojem, z jakim Natan podchodzi do nieoczekiwanych przeszkód. I podziwiać nieustanny festiwal szalonych pomysłów bohatera książki – im bardziej zwariowanych, tym lepiej!
Lincoln Pierce swoje książki – komiksy o Natanie zaczął publikować w 1991 roku. Od tego czasu historyjki ukazywały się w licznych czasopismach, zdobywając szturmem miłośników przygód sympatycznego chłopca. W mojej bibliotece „Luzak” bije rekordy popularności wśród dzieci, może również dlatego, że książka pomyślana została w konwencji zbliżonej do komiksu. Autor jest z wykształcenia i zamiłowania przede wszystkim artystą – plastykiem, nic więc dziwnego, że wybrał taki sposób narracji, dzieciom bardzo bliski. Zachował jednak tradycyjne książkowe łamanie stron, bez komiksowych okienek. Jego rysunki są naprawdę zabawne, humor przedni, bazujący w dużej mierze na językowych subtelnościach, co doskonale oddała w polskim przekładzie tłumaczka Magdalena Koziej. Szczególnie można polecać te książki niezbyt jeszcze wyrobionym czytelnikom, na zachętę – z pewnością wiele z nich połknie bakcyla. Moje córki, jakby nie było, wyrobione czytelniczo, też chętnie „Luzaka” przeczytały i prosiły o jeszcze – może autor napisze kolejne tomiki?
Agnieszka Jeż

Od wydawcy: Nadchodzi Natan, który lubi czasem coś zbroić i niewątpliwie NIE JEST ulubieńcem nauczycieli. Jest za to stworzony do wielkich rzeczy. NAPRAWDĘ wielkich.

poniedziałek, 19 maja 2014

Dwoje ludzi

Na nową książkę Iwony Chmielewskiej pt. „Dwoje ludzi” czekałam z ogromną ciekawością. Za granicą znana była już od pewnego czasu, a u nas – nareszcie – niedawno się ukazała (wydawnictwo Media Rodzina). I chyba jest to już moja ulubiona ‘Chmielewska’, gdyż rzadko spotkać można dzieło tak zintegrowane, bogate i powściągliwe zarazem, pełne prostoty i jednocześnie niezwykle obfite w znaczenia i konteksty.
Książki tej autorki nazywa się czasem obrazkowymi, co zupełnie nie oddaje znaczenia ilustracji dla jej projektów. To raczej książki – obrazy, w których tekst nie istnieje bez dopełnienia graficznego. Doskonały kontrapunkt obu narracji – słownej i plastycznej.
Na naszych oczach powstaje całkiem nowe zjawisko: powściągliwa, poetycka, wieloznaczna proza w nierozerwalnym połączeniu z obrazem sugerującym, wieloznacznym, niedopowiedzianym. Książki Chmielewskiej mają tyle interpretacji, ilu czytelników. Angażują intelekt w równym stopniu, co emocje, ewokują nieoczekiwane skojarzenia, wspomnienia i refleksje. Trudno nawet powiedzieć, dla kogo przeznaczonych jest „Dwoje ludzi”. Czy na pewno tylko dla dzieci? Jestem przekonana, że wielu dorosłych, gdyby tylko zdołali zatrzymać się w codziennym pośpiechu i pochylić z uwagą nad kartami książki, znalazłoby materiał do ciekawych refleksji. Intrygujące jest już chociażby zdanie otwierające opowieść:



Gdy dwoje ludzi żyje razem,
to jest im łatwiej, bo są razem,
i jest im trudniej, bo są razem. (…)
Być razem można na wiele sposobów. Rozstać się można z wielu przyczyn. Liczne są też powody, by nie rozstać się, mimo różnic. Czy trwanie obok siebie to już bycie razem? Co się może wydarzyć, gdy tylko jedna strona dba o wspólną relację? Albo gdy spotka się ktoś bardzo smutny z kimś radosnym? Ktoś silny z kimś słabym?
I żadnych prostych i szybkich odpowiedzi. Właściwie to nawet nie znajdziemy w tej książce pytań, one się pojawiają same, za każdym razem inne.
Agnieszka Jeż 

Od wydawcy: Książka, którą od lat delektują się zagraniczni wielbiciele autorki i której wydanie w Polsce było od dawna wyczekiwane. To typowy picturebook, w którym za pomocą prostych metafor opisane są i pokazane zależności w związkach. Dla dzieci i dla dorosłych.

Między „Hobbitem” a „Czarnoksiężnikiem z Archipelagu”

Lloyd Alexander, Kroniki Prydainu. Księga Trzech, przełożył Paweł Beręsiewicz, Wydawnictwo Filia, Poznań 2013.

             Nie jestem znawcą fantasy, ale fanem wybranych pozycji z gatunku. Czytuję regularnie „Hobbita” i „Władcę Pierścieni” J.R.R. Tolkiena, w tej chwili po raz wtóry przeżywam fascynację „Ziemiomorzem” Ursuli K. le Guin. Po wszystkie te książki sięgnęłam już jako dorosła, choć towarzyszyły mi od dzieciństwa, bo były ulubionymi, rozsypującymi się lekturami braci i mamy. Nie zamierzałam na siłę „zaszczepiać” synowi miłości do tych autorów, ale „Hobbit” został przeczytany już dwa razy (przed premierą filmu, bez związku z nim), od jutra zagości u nas audiobook o tym tytule, więc wkrótce książka będzie cytowana z pamięci. Do Ursuli le Guin mój ośmiolatek jeszcze nie dorósł, choć ciągle słyszy ode mnie o cyklu jej książek jako pierwowzorze świata Harrego Pottera. Na szczęście trafiliśmy na etap pośredni między Śródziemiem (tym z „Hobbita”, nie z „Władcy Pierścieni”) a Ziemiomorzem – jest nim Prydain. 
             „Kroniki Prydainu. Księga Trzech” są naprawdę dobrą książką dla dzieci i młodzieży. Już po przeczytaniu pierwszego rozdziału (na głos) szukaliśmy informacji o drugim tomie („Kroniki Prydainu. Czarny kocioł”, zapowiedź). Kolejne rozdziały czytaliśmy na przemian (ja na głos, syn tylko sobie), ale zawsze musiałam nadrobić „przegapione” fragmenty. Historia wciąga nie tylko wielbicieli fantasy, jest świetnie skonstruowana i opisana (po polsku językiem Pawła Beręsiewicza), chwilami zabawna, ale nie w dziecinno­głupkowaty sposób. Poczucie humoru nie opiera się na złośliwościach i wyśmiewaniu, jak zdarza się w książkach o Harrym Potterze czy magicznym dębie. 
              Pozostając przy porównaniach, moim zdaniem „Kroniki Prydainu” bardzo różnią się od „Kronik Narnii”, do których odnosi się wydawca na okładce książki. Narnia jest, według mnie, światem dziecięcych (chrześcijańskich) legend o rycerzach, proroctw i przypowieści o pasterzu, natomiast Prydain kojarzy mi się bardziej z mrocznymi mitami ludów przedchrześcijańskich (ewentualnie pozachrześcijańskich) i przygodami herosów. U Lloyda Alexandra nie brakuje magii, rycerskości i krwawych starć, opisanych bardzo obrazowo. 
               Nie będę wymieniać postaci i streszczać fabuły „Kronik Prydainu”. Piękne opowieści tego nie potrzebują, a nawet takie przyziemne traktowanie mogłoby im zaszkodzić. Choć przyziemni są główni bohaterowie książki – świnia i młodszy świniopas, to całość przepełniona jest duchami lasów i bohaterów, jakich dziś próżno szukać w literaturze dla dzieci. 
               I proszę nie zniechęcać się okładką, która kojarzy mi się z gorszymi typami fantasy lub tanimi edycjami bajek dla maluchów. W środku nie znajdziemy ilustracji innych, niż literackie, o takie na przykład: „Ponad graniem sfory rozległ się przeciągły, czysty dźwięk myśliwskiego rogu. Przemknął po niebie i przekłuł pierś Tarana jak zimne ostrze przerażenia. Jednak w odróżnieniu od samej muzyki, jej echa odbite od gór niosły w sobie raczej smutek niż strach. Cichnąc i mrąc, wzdychały nad światłem słońca, ptakami, rześkimi porankami, ciepłym ogniskiem, jedzeniem, piciem, przyjaźnią i wszystkimi dobrymi rzeczami, które przepadły na zawsze. Gwydion przyłożył swą twardą żołnierską dłoń do czoła Tarana. 
 – Muzyka Gwyna to ostrzeżenie – rzekł. – Usłysz i strzeż się, ale nie wsłuchuj się zbytnio w jej echa. Inni się zasłuchali i stracili nadzieję.” 
               Ta książka na pewno wzbogaci i wyobraźnię, i język młodego czytelnika. Ładna, trochę starodawna polszczyzna jest według mnie równie wartościowa, jak strona literacka „Kronik”. W dobie picturebooków stawiam na wordbooki, a „Kroniki Prydainu. Księga Trzech” to słowo najwyższej próby. Polecam dla czytelników w wieku od ośmiu lat, choć dla ośmiolatka dopiero rozpoczynającego przygodę z czytaniem lektura może okazać się za trudna.
 Bożena Itoya
Od wydawcy: Młodszy świniopas Taran, zabawna i nieco ekscentryczna księżniczka Eilonwy, sympatyczny bard...

piątek, 16 maja 2014

Dlaczego rekiny nie chodzą do dentysty?


Petra Maria Schmitt, Christian Dreller, il. Heike Vogel, Dlaczego rekiny nie chodzą do dentysty?  Historyjki dla ciekawskich dzieci, Prószyński i S­ka, Warszawa 2013.    
Książka  zawiera  dwadzieścia  dwa  "ciekawskie"  pytania  wplecione  w  opowiadania,  których  bohaterami  są  dzieci  w  wieku  przedszkolnym.  Tekst  może  być  jednak  niezrozumiały  dla  przedszkolaków, publikację polecam raczej dla uczniów klas 1­3 szkoły podstawowej, ewentualnie  uczniów  zerówek.  Historyjki  są  ciekawe,  czasem  zabawne,  choć  ważniejszy  (i  bardziej  interesujący)  od  akcji  jest  zawsze  temat  opowiadania.  Tak  zwana  konstrukcja  świata  przedstawionego  nie  razi  szczególnie,  jak  to  bywa  w  publikacjach  popularnonaukowych  aspirujących  do miana  literatury pięknej  dla  dzieci.  Dialogi  nie są sztuczne,  postaci  nie  irytują  swoją  sztywnością,  choć  zwraca  uwagę  nadmiar  zdrobnień  –  imion,  ale  i  nazw  zwyczajnych  przedmiotów (w wypowiedziach narratora, a nie samych dzieci). Maksio, pingwinek, kawałeczek,  miseczka i inne "słodziaki" mogą być jednak dziełem tłumacza (Mirosława Sobolewska).
Najpierw przeczytałam synowi rozdział "językoznawczy" – "Skąd wzięło się tak wiele języków?".  Pytanie wydaje się trudne,  a  że jest bliskie moim  zainteresowaniom  zawodowym, byłam bardzo  ciekawa, jak autorzy sobie poradzili z odpowiedzią. I to ta historyjka podobała mi się najbardziej:  merytorycznie  bez  zarzutu,  zawiera metafory  zrozumiałe  dla  młodego  czytelnika,  ogólnie  autor  sprawnie  porusza  się  w  konwencji  wykładu  dla  dzieci.  Przypowiastkę  językoznawczą  napisał  filolog  (Christian  Dreller),  stąd  jej  wysoki  poziom,  ale  "lekkie  pióro"  nie  zależy  już  od  wykształcenia, tylko od talentu. Autor jest też po prostu dobrym pisarzem.
Jednym  z  kolejnych wybranych  przez  nas  rozdziałów  była  zagadka  siwych  włosów.  Autorzy  poruszają więc  zagadnienia różnorodne, naukowo nawet bardzo od siebie  odległe.  W  historyjce  fryzjersko­biologicznej  po  raz  pierwszy  dostrzegłam  dysonans  między  językiem  opowiadania  (narracja, dialogi), według mnie zbyt infantylnym, a naukową stylistyką objaśnień:
"– Ale tylko kawałeczek – prosi Krysia. Trzyma przy tym kciuk i palec wskazujący tak bliziutko  od siebie, że zmieściłaby się między nie tylko mała żelka.  Krysia jest właśnie u fryzjera, po raz pierwszy w życiu. (...)  – Tak tłumaczono powstawanie siwizny wcześniej – wyjaśnia wujek Józio. – Teraz  pojawiły się  nowe wyniki badań prowadzonych przez instytut biofizyki. Naukowcy z tego instytutu odkryli, że  za siwe i białe włosy odpowiada nadtlenek wodoru, którego roztwór zwany perhydrolem używany  jest  czasami  jako  wybielacz.  Nadtlenek  wodoru  powstaje  w  całym  ludzkim  ciele  w  trakcie  procesów  przemiany  materii.  Również  we  włosach.  Oczywiście  w  niewielkich  ilościach.  Z  wiekiem jego ilość wzrasta, ponieważ ciało nie nadąża z rozkładem tego związku na wodę i tlen.  Dochodzi  z  tego  powodu  do  kompleksowego  procesu,  który  tak  bardzo  hamuje  tworzenie  tyrozyny, że w organizmie nie jest już wytwarzana melanina". 
Nie sądzę, by pięcioletnia Krysia zrozumiała coś z wyjaśnienia wuja.
W  pełni  zrozumiała,  wesoła  i  interesująca  jest  za  to  historyjka  "Dlaczego  psy  podnoszą  nogę,  robiąc  siusiu?".  Autorka  (Petra  Maria  Schmitt)  podała  w  niej  znacznie  więcej  informacji,  niż  sugeruje  tytuł. Język  jest  naturalny,  opowiadanie  po  prostu sobie  płynie  i  czytelnik  nie  zwraca  uwagi, jak wiele się nauczył.

Książka  została  ładnie  wydana,  ma  twardą  oprawę, solidny  papier  oraz sympatyczne  ilustracje  (niektóre posiadają charakter informacyjny, na przykład szkic układu oddechowego  czy  przekrój  Ziemi).  Spodoba  się  młodszym  uczniom,  choć  niekoniecznie  jako  samodzielna  lektura  –  przynajmniej  dla  siedmio­  lub  ośmiolatka  może  być  zbyt  nużąca,  z  uwagi  na  "naukowe"  fragmenty.  Mojego  ośmioletniego  syna  w  pierwszej  chwili  zainteresowała  najbardziej...  odgryziona  ręka  na  okładce.  Ja  natomiast  zwróciłam  uwagę  na  spis  treści  (są  nawet  dwa  –  z  podziałem według kolejności i autorów), zaskakująco pokrywający się z listą pytań zadawanych  mi,  od czasu  do czasu,  przez  syna i jego kolegów.  Przy pierwszym  podejściu  czytaliśmy  nieprzerwanie  pięć historyjek  (czytalibyśmy  dalej,  gdyby  czas pozwolił).  Śmialiśmy  się,  dziwiliśmy.  Zdecydowanie  jest  to  dobra  lektura  dla  dzieci,  choć  może  nie  ciekawskich,  ale  ciekawych świata.    
Bożena Itoya

Od wydawcy: Świat jest zdumiewający - dzieci o tym wiedzą. Niestrudzone są też w zadawaniu pytań. Książka Marii Petry Schmitt i Christiana Drellera "Dlaczego rekiny nie chodzą do dentysty?" odpowie na wiele z nich.

Bożena Itoya - Literaturę dla dzieci poznaje wspólnie z ośmioletnim synem. Zajmuje się językami słowiańskimi (głównie czeskim i górnołużyckim), dokumentacją i archiwizacją naukową, grą w planszówki, karcianki i badmintona oraz jazdą na rolkach. Jest świeżo upieczonym doktorem nauk humanistycznych w zakresie językoznawstwa.

piątek, 9 maja 2014

Most nad Missisipi

Nie znałam dotąd książek Ewy Przybylskiej. „Most nad Missisipi”, który ukazał się 2012 roku w łódzkim wydawnictwie Akapit Press, to mój pierwszy kontakt z twórczością pisarki. I chyba nie ostatni, mam nadzieję, bo lektura zrobiła na mnie duże wrażenie.
Autorka, która przez kilka lat pracowała z trudną młodzieżą, nie jest z tych, co wygładzają, przemilczają, ozdabiają, chociaż i takich świat literatury potrzebuje, zwłaszcza ten dziecięcy, naiwny, nieodkryty jeszcze. Pochwaleni niech będą ornamentatorzy (…), ale chwała i tym, którzy mają odwagę pokazać to, co bardzo trudne, bolesne, beznadziejne. Tak, jak świat widziany oczami jedenastoletniego Kuby, którego życie doświadcza ciężej, niż niejednego z nas. Ojciec, który odszedł (popełnił samobójstwo? Uciekł? Nie wiemy tego, podobnie, jak i bohater książki), chora psychicznie, niestabilna i nieobecna matka, ulica, która wychowuje i gdzie można nieraz znaleźć więcej serca, niż u chłodnej, wyalienowanej z rzeczywistości babci… Wielu rzeczy z przeszłości, trudnej i bolesnej, możemy się zaledwie domyślać, są jedynie zamarkowane niejasno w dziecięcej narracji. Być może przeszłość była za trudna, by dźwigać ją w pamięci, a może po prostu, Kuba zdążył się już nauczyć, że nikogo nie obchodzą jego smutki i porażki.
To znaczy – p r a w i e nikogo. Bo w życiu małego, samotnego chłopca całkiem niedawno pojawił się ktoś, kto uratował go przed pustką i beznadzieją. Ktoś, kto podobnie, jak on, chociaż z całkiem innych powodów, jest nieprzystosowany, na marginesie. Kim dzisiaj jest w społecznym odbiorze starsza kobieta? Na ulicy takie osoby są przezroczyste, nie zwracające uwagi, no, chyba, że założą ekscentryczny kapelusz, jak to pani Teodora miała w zwyczaju, lekceważąc sobie opinie innych na ten temat. Była jedyną osobą, której spodobał się zielony irokez na rudych włosach Kuby, która umiała chłopca wysłuchać, z którą ciężkie życie było trochę bardziej znośne… I chociaż Kuba nadal był uważany za największego rozrabiakę w szkole i na podwórku, jakaś ukryta struna w jego sercu wibrowała.
Więc, gdy okazuje się, że jego przyjaciółka znikła i grozi jej wielkie niebezpieczeństwo, Kuba gotów jest poświęcić wszystko, by pomóc. Wszelkimi dostępnymi sobie środkami, desperacko ryzykując i zmuszając innych do ryzyka próbuje uratować jedyne dobro, jakie zna w życiu. Autorka daje nam do przełknięcia gorzką pigułkę: widzimy, że pewnych ran nie da się wymazać, nie ma co liczyć na umoralniający happy end, ale jednak… to, co najważniejsze, zostaje uratowane. Jest wciąż odwaga, by walczyć o godność i sprawiedliwość, o człowieka. Lepiej nie żyć, niż zostać robakiem i bać się (…). Jestem trudny, mówią. I stracony. Ale to oni są straceni, ci wszyscy, którzy się boją – mówi bohater książki. I nie sposób się z tym nie zgodzić, chociaż ze ściśniętym sercem.
Piękny jest język tej książki, niełatwy zapewne w odbiorze dla niektórych z młodszych czytelników przyzwyczajonych do klarownej, potoczystej prozy. Tu mamy słowa – klucze, urwane zdania, slang, wielkie emocje – trochę tak, jakbyśmy słuchali monologów wewnętrznych głównego bohatera. Czytając, miałam nieraz wrażenie, że chwilami zbliża się to jakby do języka poezji. I właśnie ta poetyckość tam, gdzie się jej najmniej spodziewałam, najbardziej mnie urzekła.
Agnieszka Jeż


Zielony irokez i wymyślne kapelusze tak bardzo wyróżniają się z przeciętnego świata, że nieoczekiwanie mają ze sobą wiele wspólnego. Tak jak nastoletni Kuba i Pani Teodora – oboje są samotni, pełni fantazji, i oboje przed czymś uciekają, wzajemnie się wspierając.

środa, 16 kwietnia 2014

Lubię Janoscha

Lubię Janoscha za to, że w swoich zmalowanych historiach dzieciom wolno kompletnie wszystko. Dorośli przeglądają się w nich jak w "arkuszu miki" za która stoi "dojna krowa z Ameryki". I to mi się podoba. Jest humor, morał, rzeczywistość, smutek, radość, przyjaźń. Bez opowieści moralizatorskiej, bez czerwonego kapturka, czy wyskakującego z pudełka pajaca z czerwonym nosem. Opowieści są ludzkie, jak ludzkie i realne jest dzieciństwo. Takie bez oszukiwania. Jest życie. Jest kolor, jest plastyczna spójność.
Choć świat w jego książkach namalowany jest tak kolorowo jak tylko potrafi kolorowy i pachnący być maj, bywają też mniejsze i większe nieszczęścia. Zdarzają się katastrofy, zjawiają się złodzieje i poborcy podatkowi.  I choć nie jest to idealny świat, takiego jestem fanem.  Gdyby ktoś na FB zrobił taki profil, bez wahania kliknęłabym "Lubie to!"  Bo ja w takim Janoschowym zwierciadle z upodobaniem krzywo się przeglądam.
Wydawnictwo Format dało mi kolejną możliwość by pochylić się nad zamkniętym wewnątrz mnie dzieckiem, by dać moim oczom kolejną ucztę. Książka "Auto Ferdynanda" autorstwa Janoscha wjechała z impetem na listę moich ulubionych książek dla młodszych dzieci.
Twarda, tekturowa, kolory intensywne, wibrująca kreska. Oglądając, myślałam, że tekst będzie o nerwowym staniu w korku. Jeden samochód za drugim, mniejszy, większy, największy i coś na przyczepkę.
Czułam spaliny, słyszałam warkot silnika, widziałam nerwowych kierowców. Myślałam, że na końcu będzie zielone światło i wszyscy ruszą ... ale nie.
Janosch pcha małe autko Ferdynanda pod górę rymowanym tekstem, w przekładzie aż trzech osób: Doroty Harwich, Ewy Kozyry-Pawlak i Piotra Mrasa. Tekst spod ich pióra wyszedł lekki, zgrabny, świetnie współbrzmiący z ilustracją. Jest rym, rytm, dynamika, zaskakująca puenta. Tylko co pcha Ferdynanda na samą górę?
"Chciałby na ludzi spojrzeć ze szczytu,
żeby mu bili brawo z zachwytu."
Ale żeby się na ten szczyt dostać, potrzebuje pomocy.  Zjawia się taksówkarz, dzielny pocztowy, straż ogniowa,  i traktor rolnika! Dopiero siła tego olbrzyma  popycha, a może spycha, auto Ferdynanda na i ze szczytu "prosto do do wody... na dno jeziora!"
Czy teraz, po takim upadku ze szczytu, ktoś pomoże Ferdynandowi?  Któreż dziecko wytrzymałoby  taki tragiczny upadek żółtego autka bez happy endu. Więc, jak to u Janoscha, jest szczęśliwe zakończenie - w tym przypadku w ostatniej chwili (na okładce) zjawia się konik wybawca!
Książeczka jest tekturowa więc nadaje się do czytania nawet dla tych, którzy raczej książki żują, niż ich słuchają. Samemu w tym czasie można się zatopić w lekturze, jak żółte autko w jeziorze.
Anna Łukasik

Od wydawcy: Oto auto z ambicjami! Chce wjechać na stromą górę, ale trudno mu będzie poradzić sobie samemu. Dlatego na pomoc przybywają przyjaciele: taksówka, samochód pocztowy, strażacki wóz i potężny traktor.


sobota, 12 kwietnia 2014

Przygód retro ciąg dalszy

Czy pamiętacie jeszcze poczciwego doktora Dolittle’a i jego czeredę? To była chyba jedna z przyjemniejszych lektur szkolnych wczesnego dzieciństwa. Stara, dobra angielska powieść dla dzieci… I jeszcze do tej pory dzieciaki czytają ją w szkole, wiem, bo w naszej bibliotece wysłużony egzemplarz jest w częstym ruchu. Lecz mimo sympatii, jaką miałam zawsze do tej książki, nie wiedziałam, że nie była to jedyna historia o słynnym lekarzu zwierząt, jaką popełnił autor, Hugh Lofting. W sumie jednak nie jest to aż takie dziwne, książki te, owszem, wydano w Polsce, ale głównie w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych ubiegłego wieku, a zatem sporo przedtem, zanim się urodziłam i nauczyłam czytać… Na wznowienia też się nie załapałam, niestety. Tak więc z prawdziwym zaskoczeniem odkryłam, że wydawnictwo Znak postanowiło zapoznać kolejne pokolenie młodych czytelników z tym sympatycznym bohaterem. Ostatnio więc podczytujemy z córkami do poduchy przyjemnie opasły tomik: „Doktor Dolittle i Tajemnicze Jezioro”. Dziewczynkom się podoba (jakimś cudem szkoła nie zdołała im jeszcze obrzydzić postaci Doktora), ja przypominam sobie dawne czasy… A nawet bardzo dawne… Bo to jednak już trochę taka niedzisiejsza książka, nie to tempo, nie ten styl, ale za to ile uroku!
Ciekawa jest historia powstania tych książek. Narodziły się z … listów, które Lofting pisywał do swoich dzieci z frontu w czasie Pierwszej Wojny. Zacytuję tu fragment z noty o autorze, przytoczony w książce:
Z frontu niewiele rzeczy nadawało się do pokazania dzieciom; wiadomości były albo zbyt drastyczne, albo po prostu nudne. Jedna rzecz w coraz większym stopniu pochłaniała moją uwagę – rola, jaką zwierzęta odgrywały w działaniach wojennych. Wtedy narodził się cały pomysł – ekscentryczny lekarz z prowincji, przyrodnik z zamiłowania, objawiający niezwykłą empatię w stosunku do zwierząt.
Właśnie, chyba ta niezwykła przyjaźń, jaką samotny i nieprzystosowany człowiek dzieli z gromadą zwierzaków (niekiedy całkiem nieznośnych!) jest tu najbardziej poruszająca. Zawsze głęboko dotykały mnie historie takich spotkań, odnalezienia porozumienia tam, gdzie stykają się dwa z pozoru odrębne zupełnie światy. Tak, miarą człowieczeństwa bywa czasem stosunek do słabszych, do innych, do zwierząt także. To chyba ważne przesłanie, które możemy przekazać naszym dzieciom.
Agnieszka Jeż

Od wydawcy: Stary afrykański żółw, który pamięta czasy potopu, zaginął. Trzęsienie ziemi zmiotło jego dom z wyspy na Tajemniczym Jeziorze. Doktor Dolittle wraz ze swymi zwierzętami rusza na wyprawę, by uratować przyjaciela.
Przed nimi długa, niebezpieczna podróż. Kogo spotkają po drodze? Jakie czekają ich przygody? I czy stary żółw opowie im jeszcze raz swoją historię?
Jedna z mniej znanych i najbardziej tajemniczych opowieści o doktorze Dolittle i jego zwierzętach.