cudanakiju.pl

cudanakiju.pl

wtorek, 21 października 2014

Zarys wierszowanego językoznawstwa szkolnego

Wiersze Małgorzaty Strzałkowskiej zebrane w tomiku "Części mowy czyli wierszowany samouczek nietypowy" składają się na krótki, zabawny kurs językoznawstwa polonistycznego, a właściwie nauki o języku. Rymowane definicje wydają się łatwe do przyswojenia przez uczniów szkoły podstawowej, zwłaszcza starszych klas.

"PRZYSŁÓWEK – Jak? Gdzie? Kiedy?
A przysłówek nieodłącznie z czasownikiem jest związany,
opisuje więc czynności oraz rozmaite stany."
 

Nie znam podstawy programowej nauczania wczesnoszkolnego na tyle, by dokładnie określić, w której klasie szkoły podstawowej i w jakim zakresie przerabiane są poszczególne części mowy. Mój syn na początku swojego drugiego roku szkolnego uczy się definiowania i wskazywania rzeczowników. Inne (niektóre) części mowy potrafi rozróżnić dzięki serialowi animowanemu o mówiącym psie. Kiedy w pierwszej klasie grałam z kolegami syna w grę planszową, niektórzy z nich nie rozumieli określenia "czynność, działanie", a taka wiedza była niezbędna do wykonywania zadań w zabawie przeznaczonej dla dzieci w wieku 5-7 lat. "Czasownik" jest akurat pojęciem prostym, w tomiku "Części mowy" pojawiają się też terminy trudniejsze, jak "przymiotnik niestopniowalny", "czas przyszły złożony", "stopniowanie regularne" czy "zaimki przysłowne". Trudno więc powiedzieć, czy wiersze Małgorzaty Strzałkowskiej będą zrozumiałe i zabawne dla siedmio-, ośmio-, dziewięcio- czy dziesięciolatka, jedne odpowiadają kompetencjom językowym i wiedzy dzieci młodszych, inne kierowane są do uczniów najstarszych klas szkoły podstawowej. Omawiane w danym utworze pojęcia i ich przykłady zostały wyróżnione w tekście pogrubieniem, co znacznie ułatwia młodemu czytelnikowi przyswajanie definicji części mowy.

"STOPNIOWANIE REGULARNE
Wściekle
ryczy niedźwiedź,
wścieklej
wiatr od Tatr,
a najwścieklej ja,
gdy mnie gryzie pchła."

    Do największych zalet publikacji zaliczam jej wysoki poziom merytoryczny, szczegółowe i poważne podejście do tematu raczej ignorowanego w literaturze dla dzieci. Małgorzata Strzałkowska jest doświadczoną autorką książek i scenariuszy dla dzieci, my znamy przede wszystkim jej utwory dydaktyczne: syn poznawał poszczególne litery alfabetu czytując ze mną książeczki "C jak cykada", "D jak dinozaur" i inne z serii "ABC... uczę się!", natomiast teraz zgłębia tajniki polskiego hymnu narodowego, dzięki publikacji "Mazurek Dąbrowskiego". Tomik "Części mowy" został napisany przez dobrego dydaktyka i skonsultowany z polonistą (dr Jarosław Liberek), nie jest to jednak nudna książka naukowa dla dzieci, ale przyjemne uzupełnienie trudnych lekcji języka polskiego.

"TRYBY

Czuję
, że jestem śpiący
to jest tryb orzekający.
Spałbym
, gdyby nie ryk krowy –
a to jest tryb warunkowy.
Nie rycz
tak! Na księżyc łyp!
To rozkazujący tryb."



 
Wierszyki czyta się dobrze, "kolaże autorki, wyklejane we wtorki" są ich miłym uzupełnieniem, chociaż podczas lektury nie poświęciliśmy im wiele uwagi. W przypadku "Części mowy" najważniejsza jest treść książki i jej wierszowana forma. Dzięki Małgorzacie Strzałkowskiej definicje części mowy mogą zyskać "nieśmiertelne" wersje rymowane, niczym "-uje się nie kreskuje" w nauce zasad pisowni. Na pewno wielokrotnie będę przypominać synowi tę publikację, zwłaszcza przed sprawdzianami z języka polskiego.

Książka zdobyła nagrodę w konkursie "Dobre Strony" (najlepsza książka dla dzieci i młodzieży), a autorkę uhonorowano ostatnio Medalem Polskiej Sekcji IBBY za całokształt twórczości w kategorii literatury.
Bożena Itoya


Małgorzata Strzałkowska, Części mowy czyli wierszowany samouczek nietypowy, Media Rodzina, Poznań 2014.



Od wydawcy: Jak tytuł wskazuje, kolejna książka znanej i lubianej autorki zapoznaje młodych czytelników z częściami mowy. Robi to w sposób mistrzowski i niejednemu utrudzonemu uczniowi pomoże zrozumieć, uporządkować i zapamiętać zagadnienia gramatyczne, a nawet uczynić je całkiem znośnymi!

Brzechwa w nowej oprawie

Kupując książkę z myślą o wspólnej lekturze z dzieckiem, warto pamiętać, że prawdopodobnie będziemy czytać ją wielokrotnie, i to na głos. Możliwe, że niedługo będziemy znać ją na pamięć. Do tego każdy obrazek zostanie dziesiątki razy wskazany małym paluszkiem, a nam przyjdzie odpowiedzieć na milion pytań w rodzaju: "a co to?", "po co?" czy "dlaczego?". Co z tego wszystkiego wynika? Ano to, że warto zainwestować w pozycję, która będzie nie tylko frajdą dla dziecka, ale też i nam, rodzicom, sprawi przyjemność i nie będzie zgrzytać w uszach nieudanymi rymami czy odrzucać paskudnymi, lukrowanymi ilustracjami.
Pod względem treści niezastąpionym, sprawdzonym wyborem są wiersze klasyka poezji dziecięcej, Jana Brzechwy. Jednak nawet najlepsze teksty wiele tracą w otoczeniu infantylnych, kiczowatych obrazków. Z pewnością widzieliście takie pozycje w supermarketach, mam nawet na półce w ten sposób wydanego "Lenia". Gdy przeglądam kolejne hurtowo produkowane książeczki, nieodparcie nasuwa mi się myśl, że Brzechwa zasługuje na lepszą oprawę.
Jeśli podzielacie moje zdanie, z pewnością spodoba Wam się tomik "Kaczka-dziwaczka" wydawnictwa Bajka. Gruba oprawa, pachnący, lekko sztywny, kredowy papier. Wewnątrz dziewięć popularnych wierszy Brzechwy ("Rozmawiała gęś z prosięciem", "Na straganie", "Leń", "Mucha", "Kaczka-dziwaczka", "Na wyspach Bergamutach", "Osioł i róża", "Żaba", "Wrona i ser"). Każdy z nich pod względem graficznym stanowi odrębną całość, na którą składa się tło w soczystych barwach, odpowiedni krój i rozmiar czcionki oraz w fantastyczne ilustracje autorstwa Ewy Kozyry-Pawlak i Pawła Pawlaka, wykonane różnymi technikami plastycznymi. Na szczególną uwagę zasługują kolaże stworzone ze skrawków materiału, filcu i papieru, przyozdabiane kolorowymi szwami, nitkami, włóczką, koronkami i wstążeczkami. Z tych materiałów powstają niemal namacalne obrazy, na równi ze wzrokiem angażujące wyobraźnię dotykową. Przeplatają się one z abstrakcyjnymi ilustracjami wykonanymi techniką mieszaną, zdobionymi pieczątkami, kalkami i teksturami. Oba style ciekawie się uzupełniają, a kalejdoskop barw i technik pasuje do zwariowanego, często absurdalnego świata wierszy Brzechwy.




"Kaczka-dziwaczka" jest zdecydowanie grzechu warta. To prawdziwa uczta dla oczu, bez wątpienia spodoba się zarówno dzieciom, jak i dorosłym.
Joanna Pietrulewicz
Od wydawcy: Jan Brzechwa jest wszechwładnym, wieczystym królem dziecięcej wyobraźni, ale jego wiersze cieszą nie tylko najmłodszych czytelników. Powróćmy do niezapomnianych lektur naszego dzieciństwa i raz jeszcze z przyjemnością przeczytajmy.

wtorek, 7 października 2014

Kino dzieci – festiwal filmowy


W dniach 27 września 5 października 2014 r. w kilkunastu polskich miastach odbyła się pierwsza edycja festiwalu filmowego "Kino dzieci". Zaprezentowano ponad 40 tytułów, my obejrzeliśmy w warszawskim kinie Muranów 12 filmów (7 pełnometrażowych i 5 krótkometrażowych). Mój ośmioletni syn po raz pierwszy był tak zaangażowanym uczestnikiem jakiegokolwiek festiwalu. "Kino dzieci" było dla nas obojga przeżyciem niezwykłym, głównie ze względu na jakość, a nie ilość filmów.

Wszystkie produkcje, jakie obejrzeliśmy, bardzo się nam podobały i były w jakiś sposób wyjątkowe. Na rozdawanych młodym widzom kuponach służących do głosowania w plebiscycie publiczności, syn niemal zawsze zaznaczał najwyższą ocenę – trzy jeże. Oglądamy wspólnie dużo filmów i oboje mamy swoje gusty, ale to kino nas połączyło. Po każdym seansie rozmawialiśmy, wymienialiśmy (zaskakująco zgodne) opinie, porównywaliśmy wrażenia z ostatniej i poprzednich projekcji. Docierały do mnie również inne rozmowy, prowadzone szeptem między rodzicami i dziećmi na sali kinowej, na przykład w przerwach między filmami krótkometrażowymi. Słyszałam też głośne śmiechy, piski oraz westchnienia grup szkolnych i przedszkolnych, ale ominęły mnie, na szczęście, odgłosy towarzyszące zazwyczaj konsumpcji kultury: szelest rozmaitych opakowań, chrupanie popcornu i syk napojów gazowanych. Może sprzyjało mi szczęście, a może Muranów zgromadził wyjątkową publiczność?

"Kino dzieci" jest festiwalem promującym dobre, współczesne (z jednym wyjątkiem) filmy dla dzieci i młodzieży w wieku do około 12 lat. Organizatorzy nie uwzględnili popularnych, szeroko reklamowanych komercyjnych produkcji ze znanych wytwórni. Nie oznacza to jednak, że zaprezentowano filmy dla "grzecznych dzieci", "ambitne", nudne czy mało atrakcyjne dla widzów przyzwyczajonych do superbohaterów, różowych księżniczek, słodkich zwierzątek o wielkich oczach i małych wampirków. W Muranowie zobaczyliśmy kino wesołe, pełne akcji i/lub refleksji, przygodowe, familijne; bohaterów zwyczajnych i wyjątkowych, żyjących według ogólnie przyjętych zasad i zbuntowanych. Poznaliśmy na ekranie kilka "różowych" dziewczynek, ale te nie spędzały czasu na plotkach i rozmowach o ciuchach, tylko przeżywały wielkie przygody (w wyobraźni lub rzeczywistości): było więc przeobrażenie z różowego aniołka w byka ("Grzeczna"), księżniczkę gubiącą gumiaka ("Pewnego razu w kaloszach") oraz w premiera ("Baluba Runa").

Festiwalowi towarzyszyły ciekawe wydarzenia dedykowane rodzicom, opiekunom, wychowawcom i animatorom kultury. Z punktu widzenia rodzica, wartościowe okazało się między innymi spotkanie z psychologiem, a nawet niewielkie ulotki dostępne w kinie, jak ta zatytułowana "Fundacja Generator zachęca: oglądaj filmy z dziećmi!", informująca na przykład, że "Dzieci poniżej drugiego roku życia nie powinny oglądać telewizji, używać komputerów, tabletów i telefonów do gier".

Dla wszystkich osób dbających o wysoki poziom kultury zorganizowana została konferencja "Kręcimy kulturą dla dzieci" wraz cyklem dyskusji (odsłona warszawska – 1 października). Niestety nie mogłam uczestniczyć w tym wydarzeniu, ale jestem bardzo ciekawa jego bieżących i długoterminowych efektów, zwłaszcza ze względu na cel wyrażony przez organizatorów w folderze Festiwalu: "Bardzo znamienne jest to, że w programie festiwalu nie znalazł się ani jeden pełnometrażowy film polski. To dało nam impuls do działania. Chcemy, aby festiwal był początkiem zmian, które spowodują, że produkcja filmowa dla dzieci w Polsce ruszy pełną parą. W ciągu ostatnich 10 lat dużo dobrego dzieje się w polskiej literaturze dla najmłodszych, w teatrze. Niestety, udane filmy dla dzieci powstałe w tym czasie można by policzyć na palcach jednej ręki".

Festiwal był dla mojego syna okazją do zapoznania się z formą filmu krótkometrażowego. Spodobał mu się cały zestaw produkcji norweskich: animowane "Bendik i potwór" oraz "Grzeczna", aktorskie "Iver", "Baluba Runa" oraz "Pewnego razu w kaloszach". Te krótkie utwory złożyły się na wyjątkowo ciekawy i bogaty seans, będący dla nas bodźcem do wymiany wrażeń oraz skojarzeń (z literaturą i życiem). W kilku obejrzanych przez nas filmach (krótko- i pełnometrażowych) powtarzał się motyw przeprowadzki, samotności, przemocy w grupie rówieśniczej, zapracowanych rodziców, wymagań względem dziecka, stereotypów społecznych i ich przełamywania. Są to tematy, które młodemu widzowi trudno "przerobić" samodzielnie, idea rodzinnych seansów okazała się zatem zrozumiała i potrzebna.

Filmy, które obejrzeliśmy, były w większości ekranizacjami książek: obrazkowych, opowiadań, powieści. W holu kina odbywały się kiermasze i zajęcia prowadzone przez znane i cenione wydawnictwa: Zakamarki i EneDueRabe. Może z tych względów festiwal filmowy był dla nas w dużym stopniu wydarzeniem literackim. Ponadto spotkaliśmy się z reżyserem (Arne Lindtner Næsse) filmów "Kacper i Emma – najlepsi przyjaciele" oraz "Kacper i Emma – zimowe wakacje", tak, jak zazwyczaj spotykamy się z twórcami książek na targach i premierach wydawniczych. Dotychczas kolekcjonowaliśmy dedykacje od autorów i ilustratorów książek dla dzieci, a na festiwalu "Kino dzieci" udało nam się zdobyć autograf reżysera na plakacie filmu, któremu na Festiwalu przyznano aż dwie nagrody Kwiatu Paproci (nagroda jury dziennikarzy i nagroda publiczności dla filmu "Kacper i Emma – najlepsi przyjaciele"). Mamy też inne festiwalowe pamiątki: płócienną torbę wykonaną przez syna na warsztatach plastycznych między seansami i, przygotowany już w domu, plakat z naszym własnym przeglądem filmów obejrzanych na festiwalu. 
Spodobał nam się ten, dla nas nowy, sposób przeżywania kultury i liczymy na kolejne okazje do wspólnego smakowania najciekawszego kina dzieci.


Bożena Itoya


poniedziałek, 29 września 2014

Nie koziołek, nie biedronka...

Nie będzie to recenzja sentymentalna. Wprawdzie w dzieciństwie, jak wszyscy moi rówieśnicy, oglądałam program pana Tik-Taka, jednak za Zającem Poziomką szczególnie nie przepadałam. Pamiętam, że był zarozumiały, przemądrzały, a przy tym okropnie głupiutki, co całe jego otoczenie przyjmowało z pobłażliwością. Minęło wiele lat - i z Tik-Taka pozostało mi mgliste wspomnienie siedzenia przed opasłym kineskopem telewizora i wypatrywania nieuchwytnego obrazu 3D w piosence o ciotce Klotce. Dziś ponownie spotykam długouchego rozrabiakę Poziomkę. Jak na chwalipiętę przystało, dorobił się książki o swoich przygodach - i to książki nie byle jakiej, bo napisanej przez oryginalnych twórców postaci zająca, Ewę Chotomską i Andrzeja Grabowskiego (pana Tik-Taka i ciotkę Klotkę). Pozycja ta powstała bez wątpienia z myślą o rodzicach wychowanych na programach z lat 80. i 90., którzy chcieliby pokazać swojemu potomstwu, pokoleniu świnki Peppy i kucyków Pony, jak wyglądało ich własne dzieciństwo. A więc zasiądźmy wygodnie w fotelu i powróćmy na chwilę do Zaczarowanego Lasu.
Bardzo ciekawym pomysłem jest wstęp, zrealizowany w formie dialogu między autorami a tytułowym bohaterem. Przybliża on dzisiejszym dzieciom historię i formę Tik-Taka, a także miejsce, jakie zajmował w nim sam Zając Poziomka. Choć oczywiście on sam odrobinkę przecenia swoją rolę w tym programie. Niestety w książeczce nie znajdziemy zdjęć kukiełek zająca i jego przyjaciół ani towarzyszącej im scenografii. Książkowe ilustracje z naszym Poziomką niewiele mają wspólnego, więc chcąc pokazać go dzieciom, będziemy musieli zajrzeć do Internetu. Warto to zrobić chociażby dla piosenki zespołu "Fasolki", której tekst umieszczono na końcu wstępu.
Książka składa się z dwunastu cztero-, pięciostronicowych historyjek, w sam raz na wieczorną lekturę do poduszki. Towarzyszymy mieszkańcom Zaczarowanego Lasu przez cały rok - miesiąc po miesiącu - a narratorem jest sam Zając Poziomka. Opowie nam, jak skończył się leśny Festiwal Piosenki, co było w śpiewającym pudełku znalezionym przez Jeża Kolczatkę i czy z fotela Rozamundy udało się zrobić helikopter. Znajdą się też wśród historyjek takie z morałem: nie śmieć w lesie, używaj magicznych słów: "proszę", "dziękuję" i "przepraszam" i koniecznie pamiętaj o codziennym myciu zębów. A jeśli kogoś urazisz, sytuację załagodzi bukiet... marchewek. Zając Poziomka jest, jak zwykle, pociesznie gapowaty i niefrasobliwy, a jego narzeczona Rozamunda - nieco surowa i matkująca, choć w gruncie rzeczy sympatyczna. Książeczkę ilustrują pogodne, akwarelowe ilustracje Iwony Cały, które dobrze współgrają z tekstem i z pewnością spodobają się dzieciom. Brak im jednak charakteru - nie zachęcają, by dłużej zawiesić na nich oko.





Jako że książeczka jest skierowana zarówno do rodziców, jak i dzieci, znalazło się w niej coś dla całej rodziny - gra planszowa z przygodami Zająca Poziomki (a właściwie sama plansza, bo kostki, figurki i inne wymienione w instrukcji elementy musimy przygotować sami). Celem gry jest przeprawa przez Zaczarowany Las do domku Rozamundy i przyniesienie zajęczycy główki kapusty. Po drodze spotkamy licznych mieszkańców lasu, którzy utrudnią nam lub ułatwią podróż. Przegrani muszą wzorem Zająca Poziomki kicać dookoła stołu. Gra jest ciekawa i pouczająca, utrzymana w atmosferze historyjek z książeczki, dla których stanowi świetne uzupełnienie. Z pewnością spodoba się najmłodszym. Czy warto dać Zającowi Poziomce drugą szansę? Zdecydowanie tak. Zawarte w książeczce opowiastki mają ciekawą atmosferę, niekiedy ze szczyptą surrealizmu (Zagadkowe zagadki, Zabawa w teatr). Zwariowane pomysły Poziomki i jego przyjaciół nie raz wywołają zamieszanie, z którym nie poradzi sobie nawet stąpająca twardo po ziemi Rozamunda. Pozwólmy więc, by postacie z Zaczarowanego Lasu zapisały się w dzieciństwie kolejnego pokolenia.
Joanna Pietrulewicz
Od wydawcy: Długie uszy – tak, białe zęby – to też, ale przede wszystkim ENTUZJAZM. Zając Poziomka ma go bez liku, zaraził nim nawet rozsądną Rozamundę i Was też chętnie zarazi! Z nim wszystko smakuje lepiej, i główka kapusty, i pierwszy dzień w szkole.
Do książki dołączona jest gra planszowa dla całej rodziny

piątek, 26 września 2014

Pan Jaromir i zagadka aniołów




Heinz Janisch, Pan Jaromir i zagadka aniołów. Powieść detektywistyczna z ilustracjami Ute Krause, Wydawnictwo Bona, Kraków 2013.

Powieści i opowiadania detektywistyczne dla dzieci czytujemy z synem bardzo często, nie tylko dlatego, że są modne, ale i ze względu na rodzinne (już czteropokoleniowe) zamiłowanie do bohaterów literackich tropiących wszelkie przestępstwa. Syn wypożycza z biblioteki kolejne tomy przygód Detektywa Noska, Lassego i Mai, Pana Jaromira i innych zwierzęcych oraz dziecięcych detektywów. Nie są to właściwie książki przygodowe, ale typ literatury zbliżony do kryminału, pozbawiony jednak wątku morderstwa, tak charakterystycznego dla kultowych powieści i opowiadań Agaty Christie czy Arthura Conan Doyle'a. Również bohaterowie powieści Heinza Janischa rozwiązują wyłącznie zagadki kradzieży i oszustw.
Pan Jaromir jest psim wcieleniem Doktora Watsona, natomiast lorda Hubera (przyjaciel i pan Pana Jaromira, emerytowany policjant) już w pierwszym tomie uznałam za bliskiego kuzyna, a może ucznia lub dziedzica, Herkulesa Poirot'a i Sherlocka Holmes'a. Dzieci jednak nie znają Holmes'a i Poirot'a, podchodzą do książek z czystym umysłem, bez obciążenia historyczno- czy krytycznoliterackiego, po prostu bardzo dobrze im się czyta powieści Heinza Janischa.
"Pan Jaromir i zagadka aniołów" jest trzecim tomem przygód pary detektywów. Pierwszą część, "Pana Jaromira na tropie klejnotów", czytaliśmy dwa razy i uważam ją za wyjątkowo zgrabną, wesołą i wciągającą powieść dla dzieci w wieku od około sześciu lat. Tom drugi, "Pan Jaromir i arcyzłodziej", według mnie był mniej udany ze względu na dużą (za dużą dla sześcio- czy ośmiolatka) dawkę informacji z zakresu historii sztuki i architektury. Akcja chwilami "gubi się" wśród rozbudowanych opisów, kojarzących się czytelnikowi z przewodnikiem turystycznym, folderem z galerii sztuki lub wykładem na tak zwanej lekcji muzealnej. Również w tomie trzecim autor wymienia i omawia liczne zabytki. Sztuka wenecka i rzymska staje się nie tylko tłem akcji, ale i jej uzupełnieniem, czy nawet rozwinięciem. Nie wszystkie opisy były konieczne dla prezentacji i rozwiązania intrygi, niektórych miejsc bohaterowie nie musieli odwiedzić. Na przykład wizyta w Panteonie nie służy niczemu, poza przedstawieniem czytelnikowi tego pięknego miejsca. Oczywiście, nie ma nic złego w przybliżaniu dzieciom arcydzieł sztuki i architektury, jednak jeśli niektóre wydarzenia, przedmioty i miejsca przedstawione w książce są istotne dla rozwiązania zagadki, a inne służą jedynie pobudzeniu wrażliwości artystycznej, konstrukcja powieści detektywistycznej chwieje się w posadach. Młody czytelnik może się znudzić, zastosować taktykę znaną z lektur szkolnych – pomijać nużące fragmenty (opisy przyrody, architektury, sztuki...) albo pogubić się w logice autora. Holmes swoją sztukę dedukcji opierał na najdrobniejszych szczegółach przedstawionych w danym opowiadaniu, natomiast lord Huber trochę dedukuje, trochę zwiedza, pewne sytuacje opisywane w książce są dla niego znaczące, innych nie bierze pod uwagę w dochodzeniu. Początkującemu detektywowi śledzącemu akcję "Pana Jaromira i zagadki aniołów" trudno ocenić, co jest istotne, a co nie, może mieć problem z wysunięciem własnej koncepcji rozwiązania zagadki, a przecież właśnie o to chodzi w kryminałach.
Poza "przystankami" artystycznymi, akcja powieści była dla mojego syna wciągająca i nie mógł się doczekać zdemaskowania złodzieja oraz tajemniczego malarza-geniusza. Opisy architektury i dzieł sztuki nie zainteresowały go szczególnie, trudno powiedzieć, ile nazw zapamiętał, te fragmenty czytałam ja (na głos). Jednak, kiedy nie miałam czasu przeczytać mu końcowych dwóch czy trzech rozdziałów, sam "połknął" je w błyskawicznym tempie. A potem rozmawiał ze mną: zanim doczytałam książkę do końca pytał, kogo podejrzewam, kiedy skończyłam, opowiadał o swoich koncepcjach i fałszywych tropach. Lektura "Pana Jaromira i zagadki aniołów" może być więc świetną rodzinną zabawą.
Bożena Itoya
Od wydawcy: W Wenecji znika mała statuetka ze złota. W Rzymie ktoś włamuje się do muzeum i wykrada zeń zabytkową wazę, a w prywatnym ogrodzie odłamuje kamiennemu aniołowi skrzydło. Skrzydło znika, a wraz z nim stary manuskrypt, który był w nim ukryty. Po sprawcach nie ma ani śladu. Stara waza, manuskrypt oraz kamienne skrzydło? Dlaczego ktoś miałby kraść te przedmioty?
Przed lordem Huberem i jego dzielnym asystentem Panem Jaromirem kolejna zagadka do rozwiązania. Czy sprawdzony duet detektywistyczny poradzi sobie z przebiegłym złodziejem dzieł sztuki? I co wspólnego ze sprawą mają Leonardo da Vinci i koła ratunkowe?


środa, 24 września 2014

Wanda Chotomska na zawsze



Nie należę do pokolenia, które oglądało telewizyjne dobranocki o Jacku i Agatce. Kultowe niegdyś pacynki poznałam z zachowanych fragmentów programu już jako osoba dorosła. Nie czytałam też wcześniej "Bajek z 1001 dobranocy", napisanych przez Wandę Chotomską w latach 60. i 70. XX wieku na potrzeby wspomnianej dobranocki. O łączności krótkich, zgrabnych opowiadań z "Jackiem i Agatką" dowiedziałam się dopiero po przeczytaniu całej książki synowi. Wcześniej po prostu czytaliśmy, nie analizując wstępu przeznaczonego dla dorosłych.
Najnowsze wydanie "Bajek z 1001 dobranocy" jest dla dzieci bardzo atrakcyjne. Młodsi uczniowie mogą sami poradzić sobie z kilkustronicowymi, łatwymi w lekturze bajkami pełnymi kolorowych, łagodnych ilustracji Iwony Całej, a dzieci w wieku przedszkolnym chętnie wysłuchają tych "poduszkowców". Tak, zgodnie z tytułem serii i samej książki, opowiadania Wandy Chotomskiej znakomicie spełniają rolę ostatniej, wieczornej lektury. Są spokojne, wesołe, rytmiczne (proza przeplatana rymowankami), utrzymane w nastroju dziecięcego sennego marzenia. Mam wrażenie, że po ich przeczytaniu nawet mi śniły się czasem ożywające zwierzęta z karuzeli i zegara, abstrakcyjna żyrafa, rogalikowy księżyc, kurczak, który nie był kurczakiem.
Wanda Chotomska w swoich dobranockach rymuje i czaruje. Żadne nowe zbiory bajek "na dobranoc" nie mogą się równać z tymi prostymi, przyjemnymi perełkami polskiej literatury dla dzieci. Niezależnie od kalendarza i rzeczywistości, tu (na) zawsze
"Różowe jest niebo, różowa jest zieleń,
 w różowym kolorze jest wiatr,
w wesołym miasteczku w majową niedzielę
w różowym humorze jest świat!"
(Bajka o różowym baloniku i szpilkach, które miały tępe łebki).
Bożena Itoya
Wanda Chotomska, Bajki z 1001 dobranocy, ilustrowała Iwona Cała, wydanie III, Wydawnictwo Literatura, Łódź 2014.


Od wydawcy: A gdyby tak drożdżowy rogalik został księżycem? Choć przez jedną noc! A koniki z karuzeli nie były wcale z drewna, tylko prawdziwe, najprawdziwsze, z miłą sierścią i aksamitną grzywą? I gdyby kukułka z zegara miała dwadzieścia małych kukułczątek, które by wszystko pomyliły zegarmistrzowi? To by było zupełnie jak z bajki 1001 dobranocy! Nie sądzicie?

Rico, Oskar i kawał dobrej literatury


"Rico, Oskar i złamanie serca" jest drugą z serii trzech (jak dotąd) powieści współczesnego pisarza niemieckiego Andreasa Steinhöfla. Wszystkie odsłony przygód Rico i Oskara przeczytaliśmy szybko i łakomie, ale w pełni przeżywając niezwykły świat przedstawiony i mistrzowskie pisarstwo. Książki te należą do wąskiego grona najlepszych powieści dla dzieci i młodzieży, jakie miałam okazję czytać. Zdecydowanie polecam je jako wspólną lekturę z dziećmi, jednak nie młodszymi niż 9-10 lat, oraz jako samodzielną lekturę dla młodzieży gimnazjalnej.
Bohaterem i narratorem jest Rico, a właściwie Frederico, mieszkający w Berlinie syn Włocha i Rosjanki, chłopiec "głęboko utalentowany", a w popularniejszej terminologii lekko upośledzony. Rico nie wymaga stałej opieki, przeżywa świat po swojemu, w wielu sprawach się gubi, ale też często bywa opiekunem swojego przyjaciela. Oskar jest z kolei dzieckiem wysoce  uzdolnionym, wyjątkowo inteligentnym, jednak niezbyt przystojnym i "wciąż się czegoś boi, bo za dużo wie o wszystkim" ("Rico, Oskar i złamanie serca", s. 14).
Właśnie oswajanie i pokonywanie różnych lęków, na pewno popularnych w diagnostyce psychiatrycznej, wydaje się początkowo głównym tematem powieści Steinhöfla. Po prezentacji najważniejszych postaci (w pierwszym tomie) sądziłam, że może być to jedna z naiwnych, przesadnie dydaktycznych książek o tolerancji i wyalienowaniu społecznym. W końcu bohater może czuć się "obcy" z różnych względów: pochodzenia, braku ojca, upośledzenia, zawodu mamy (pracującej w klubie nocnym). Większość bohaterów Steinhöfla można zresztą uznać za dziwaków mających problemy z przystosowaniem się do "normalnego" społeczeństwa. Poznajemy bowiem między innymi nieodpowiedzialnego i bezrobotnego ojca Oskara, gburowatego sąsiada "hodującego" kamienie, flirtującą z kim popadnie studentkę, często zmieniającego przyjaciół przystojnego sąsiada, starszą panią, której najlepszym kompanem i towarzyszem seansów filmowych jest mały Rico, wiecznie pijanego dozorcę, starszego pana czule wspominającego niedawno zmarłą żonę, ale na wieczorkach Bingo rozpinającego koszulę i spoglądającego zalotnie na mamę Rico. O początkowym wrażeniu szybko jednak zapomniałam i dałam się ponieść akcji opowieści i jej niezwykłej narracji.

"Rico, Oskar i złamanie serca" jest przede wszystkim świetną powieścią przygodową z wątkami kryminalnymi (Rico namiętnie ogląda dobrze mi znane filmy o pannie Jane Marple, bohaterce kryminałów Agaty Christie). Mój syn przeżywał przygodę, a tylko "przy okazji" poznawał inny sposób pojmowania świata i przyswajał wielkie wartości, jak empatia, tolerancja, poświęcenie, uczciwość. Wydaje mi się, że po tej lekturze dziecko inaczej patrzy na świat, książki o Rico i Oskarze stają się punktem odniesienia, pryzmatem, szkłem powiększającym, automatycznie wczytanym słownikiem świata innych ludzi.
Dla nas otoczenie Rico i sposób jego postrzegania były też w pewnym sensie swojskie, bo wielkomiejskie. Labirynt ulic, orientacja w terenie oparta o supermarkety, szare dzielnice Berlin nie różni się za bardzo od niektórych części polskiej stolicy, tu także "Niektóre z obrazów na ścianach domów są kolorowe i naprawdę ładne, ale inne wcale nie są rysunkami, tylko gryzmołami i bohomazami. Jedni je lubią, inni nie za bardzo, a mnie się wydaje, że większość mieszkańców (...) już ich nie zauważa, bo wtopiły się w krajobraz dzielnicy. Jeśli ktoś szuka kolorów (...), to musi wetknąć głowę między kwiatki w wypielęgnowanych, małych ogródkach przed domami" ("Rico, Oskar i złamanie serca", s. 145).
Seria książek Steinhöfla wzbudza silne emocje. Czytając synowi śmiałam się, ekscytowałam i wzruszałam wraz z nim, ale i nieco bulwersowałam niektórymi opisami. W pierwszej odsłonie ("Rico, Oskar i głębocienie") poraziły mnie rubaszne żarciki sąsiada-homoseksualisty i wyobrażenia Rico na temat ćwiartowania ofiar przez porywacza dzieci. Jednak syn nie zrozumiał "dowcipnych" aluzji, a pozornie drastyczne fantazje go rozbawiły. Do części drugiej podeszłam więc już spokojniej, z dystansem do własnych uprzedzeń. Ludzie bywają różni, nigdy idealni, a życie ciężkie w powieściach Steinhöfla młodzi czytelnicy nie znajdą niczego nieprawdziwego, nie ma w nich wygładzonego, różowego świata z idealnymi, zawsze zdrowymi oraz wesołymi rodzicami, dziećmi i ich równie nieskazitelnymi przyjaciółmi. Mimo wszystko Rico i Oskar serwują dzieciom dużą dawkę optymizmu, ciepła i... czystości w brudnym świecie. A przede wszystkim: zapewniają wielką przygodę.
Bożena Itoya

Andreas Steinhöfel, Rico, Oskar i złamanie serca, zilustrował Peter Schössow, Wydawnictwo WAM, Kraków 2012.
Od wydawcy:
Przygoda nie daje o sobie zapomnieć! By rozwiązać zagadkę niezwykłego kamienia dwaj chłopcy potajemnie wyruszą w podróż. Już w pociągu natrafią na dobrego znajomego, a to tylko początek zaskakujących spotkań. Jak porozumieć się bez słów, kiedy spuszczenie powietrza z opon grozi spuszczeniem manta i dlaczego czas raz szybko pędzi, a innym razem rozciąga się jak guma do żucia.