cudanakiju.pl

cudanakiju.pl

czwartek, 18 grudnia 2014

Pałaszomania po raz wtóry: "Licencja na zakochanie"

Bardzo lubię książki, w których występują prawdziwe babcie. Nie te przesadnie staroświeckie staruszki, których rola ogranicza się do gotowania, zaparzania herbaty i wsuwania sweterka w dziecięce spodnie, ale takie przyjaźniące się z bohaterami, znające problemy i "język" młodych ludzi. Życie babć (rzeczywistych i literackich) nie ogranicza się do bujanych foteli i wełnianych chust. Moja miała co prawda i jedno, i drugie, a jednak nie to pamiętam z dzieciństwa najlepiej i nie za tym najbardziej tęsknię. Osobistym wspomnieniom bardziej odpowiada atmosfera tworzona przez babcie z książek Marcina Pałasza: poczucie bezpieczeństwa i bezwzględnego wsparcia. Są to panie miłe i ciepłe, ale też mądre, dowcipne, rozumiejące nawet problemy miłosne młodzieży I nieważne, że czasem mylą "glany" z "glonami". Taka osoba pewnie nie wpadłaby w gniew ani panikę na przykład widząc irokeza na głowie wzorowo dotąd wyglądającej wnuczki... Postać babci przenikliwej, pomocnej i energicznej spotkałam już w książkach "Wszystko zaczyna się od marzeń" oraz "Elf i pierwsza Gwiazdka". Mogę nawet wyobrazić sobie studium naukowe "Mit babci w prozie Marcina Pałasza".
"Licencja na zakochanie" jest pogodną powieścią o przyjaźni, perypetiach rodzinnych oraz miłosnych trojga trzynastolatków. Po raz kolejny doceniam naturalność, z jaką autor opisuje relacje między bohaterami i ich sposób widzenia świata. Tak właśnie pamiętam siebie w tym wieku, wszystkie zawirowania, wątpliwości, radości, nadzieje, zapatrzenie w pierwszą (?) miłość. Książkę czyta się bardzo przyjemnie i szybko, a młodszym czytelnikom (od około 9 lat) może nawet służyć za poradnik (z przymrużeniem oka). Realia życia "tej dzisiejszej młodzieży" zdecydowanie lepiej opisywane są w książkach, na przykład omawianej, niż w "kalendarzach nastolatki" czy kolorowych magazynach z poradami i komiksami miłosnymi. I choć Marcin Pałasz nie nauczy czytelniczek, jak zrobić modny makijaż, dobrać brylantową kieckę i ogólnie jak wyglądać na o pięć lat starszą (w "Licencji..." postarzają się tylko młodociane wyrzutki, palące papierosy, napadające na ludzi i ostatecznie zabierane przez policję), to może podpowiedzieć czym kierować się w ocenie ludzi (przyjaciół, sympatii, dorosłych, samego siebie).
W "Licencji na zakochanie" pojawia się również (w "roli drugoplanowej") postać z innej książki Marcina Pałasza – Bartek zwany Bąblem, bohater "Wakacji w wielkim mieście" (wznowienie Wydawnictwo BIS 2014). To dobry zabieg przyciągający uwagę czytelnika, przynajmniej w przypadku mojego syna zawsze się sprawdza. Spotkaniu z dobrym literackim znajomym towarzyszyło zaskoczenie i radość, a tempo czytania przyspieszyło. Bąbel pojawia się sporadycznie, ale dla Gucia, bohatera "Licencji...", jest kimś w rodzaju mentora – ma już dziewczynę, wszystko rozumie i potrafi doradzić. Wszelkie porady i starania opisane zostały bez patosu, lekko i humorystycznie, jak to u Marcina Pałasza. Poruszane problemy są jednak bardzo poważne. Książkę tę powinny przeczytać przede wszystkim młode osoby, które z trudem akceptują siebie. Lektura z pewnością przyda się też rodzicom (ewentualnie dziadkom wychowującym nastolatki). Warto sobie przypomnieć, jak to z nami było w okresie dorastania i uświadomić, że dwunasto- / trzynastolatek to już nie "tylko" dziecko, a nastolatek, przynajmniej w jego własnym mniemaniu.
Bożena Itoya
Marcin Pałasz, Licencja na zakochanie, ilustracje: Katarzyna Kołodziej, Wydawnictwo Literatura, Łódź 2014.
Od wydawcy:
Trzynastoletni pulchny i ciapowaty Gucio nie wyróżnia się z tłumu. Ma swoją przyjaciółkę Lutkę i to mu wystarcza do szczęścia.

Themersonów zabawy kolorami

Themersonowie nie tylko byli zgranym duetem autorskim, ale i nadal modną marką, mającą rosnącą grupę wyznawców i kolekcjonerów, zwłaszcza wśród... dorosłych. Po wielokrotnej lekturze i wygłaskaniu uniwersalnych pod względem wieku czytelnika książek Stefana Themersona z rysunkami Franciszki Themerson – "Pan Tom buduje dom" (Wydawnictwo Bajki-Grajki 2007) i "Był gdzieś haj taki kraj. Była gdzieś taka wieś" (Wydawnictwo Widnokrąg 2013), tym razem sięgnęliśmy z synem po publikację adresowaną zdecydowanie do dzieci: "Żółte, zielone, czerwone, niebieskie, niezwykłe przygody" (Wydawnictwo Festina Lente 2013). Ale i dorośli czytelnicy znajdą w niej coś dla siebie – po pierwsze, życiorysy autorów, po drugie, fascynującą historię pierwszej kolorowej książki Themersonów, której projekt (z początku lat 30. XX wieku) odnaleziono w 1988 roku. Autorką notki jest Jasia Reichardt. Po trzecie wreszcie, książka została wydana z dbałością o każdy szczegół, na papierze dobrej jakości, w twardej oprawie i atrakcyjnym dla dziecka dużym formacie. Proste kolory (żywe, ale ani zbyt jaskrawe, ani pastelowe, bez jakże modnego łososiowego i wszechobecnego mdło-miętowego), ilustracje, czcionka, układ tekstu – wszystko odpowiada zamierzeniom autorów, co można stwierdzić na podstawie zamieszczonych w zakończeniu skanów oryginalnego projektu książki. Zbyt duże i natarczywe wydają się jedynie informacje o aplikacjach online, wydrukowane na tylnej okładce, oraz duża naklejka z reklamą wydawcy i informacją: "Ta książka jest prezentem od Fundacji Festina Lente", zamieszczona na wklejce. Obok znajdziemy foliową kopertę z płytą zawierającą audiobooka i animowaną prezentację.
 
"Żółte, zielone, czerwone, niebieskie, niezwykłe przygody" to przyjemna, pogodna historyjka o wyobraźni plastycznej dziecka pobudzanej przez ojca malarza. Tytułowe przygody rozpoczynają się w pracowni artystycznej, kiedy dochodzi do buntu szkicowanej przez chłopca materii: "Narysował Janek słonko. A ono twarz w dłoniach chowa. Co ci się, słoneczko, stało? Niebo nie jest kolorowe. Narysował Jaś słonecznik, a on w lewo zwraca głowę. Co się stało, słoneczniku? Słonko nie jest kolorowe". Zwykłe kredki pozwalają pomalować świat Janka na żółto i niebiesko (zupełnie jak w piosence), fioletowo (choć według nas "fioletowemu" tekstowi towarzyszą różowe ilustracje), czarno (atramentowa noc), czerwono i zielono.
Rysunki Franciszki Themerson i wierszowany tekst Stefana Themersona jak zwykle przypominają dziecięcą zabawę, ale nie są dziecinne w negatywnym znaczeniu. Lektura wciągnęła i mnie, i mojego ośmioletniego syna, który też chętnie podjął się pokolorowania historyjki na nowo, w odrębnej książeczce (chociaż zazwyczaj, delikatnie mówiąc, nie rwie się do kolorowanek).
Na podstawie książki powstał bowiem zeszyt zabaw "Kolory. Rysuj + słuchaj + oglądaj". Licząca szesnaście stron publikacja została wydana na papierze dobrej jakości, zawiera powiększone ilustracje zaczerpnięte z pierwowzoru oraz fragmenty tekstu. Zadaniem małego twórcy jest na przykład pokolorowanie wielkiego (format A4) motyla ("Narysował Jaś Marysię z piękną siatką muślinową. – Nie polecę za motylem, bo on nie jest kolorowy"), zasiedlenie pustego wagonu ("To jest wagon. W tym wagonie jadą dwa wielkie słonie"), narysowanie skrytego niedźwiedzia ("To jest góra lodowa. Za tą górą miś się schował", połączenie kropek (ze wskazaniem koloru), dorysowanie statku ("To są fale. Za falami płynie okręt ze skarbami") czy kwiatów na drzewie ("Szu szu szu szu śpiewa smutno czarny las"), przeprowadzenie labiryntowej gonitwy za królikiem ("Jedzie, jedzie Marysia, mija drzewa, wielkie drzewa, – Gdzie też król się podziewa, muszę złapać go dzisiaj"), połączenie w pary kleksów w różnych kształtach ("A atrament z kałamarza popłynął na biały papier"), pokolorowanie tylko zielonych elementów na danej stronie ("Zie zie zie zie zieloona... Zielona! Tra tra tra tra traawko... Trawko! Zie zie zie zie zieloona kapusto! Sa sa sa sa sałaato! Kapusto! Sałato! Sałatko! Kapusto! Zielo... o... o... na!"). Same ćwiczenia graficzne przypominają inne niekonwencjonalne kolorowanki dostępne na rynku: książki Hervé Tulleta, "Wytwórnik domowy" Agaty Królak (wyd. Wytwórnia), "Zeszyt do zabaw – Lokomotywa" Anety Lewandowskiej (wyd. Papierówka) czy "mazanki" Magdy Wosik i Piotra Rychla publikowane przez wydawnictwo Bajka. "Kolory" są jednak wyjątkowe, ponieważ opierają się na lekkim wierszowanym tekście i zgrabnych, prostych ilustracjach mistrzowskiego duetu. Na wewnętrznej okładce wydawca zaleca: "Podczas rysowania, wysłuchaj na swoim smartfonie lub tablecie, historii o kolorach!" (wydaje mi się, że w zdaniu tym jest za dużo przecinków). Nawet jeśli odpowiedniego sprzętu nie posiadamy (jak my), możemy wykorzystać wspomniany wyżej audiobook. I to rzeczywiście jest fajna zabawa dźwiękowo-plastyczna.
Bożena Itoya
Franciszka i Stefan Themerson, Żółte, zielone, czerwone, niebieskie, niezwykłe przygody, Fundacja Festina Lente, Warszawa 2013.
Kolory. Rysuj + słuchaj + oglądaj, Fundacja Festina Lente, Warszawa 2014.

Pałaszomania po raz pierwszy: "Wszystko zaczyna się od marzeń"

Książki Marcina Pałasza mogą być dobrym wprowadzeniem w świat literatury. Przeważnie krótkie, zawsze zabawne i zarazem mądre, pisane naturalnym, lekkim, ale poprawnym językiem, znakomicie sprawdzają się jako pierwsze (i drugie, i trzecie...) samodzielne lektury dla dzieci w wieku od około 7-8 lat. Pasują też do serii "To lubię" Wydawnictwa Literatura, w której ostatnio ukazały się dwie (wznowione) pozycje tego autora.
"Wszystko zaczyna się od marzeń" jest równocześnie tytułem książki i jednego z czterech zawartych w niej opowiadań (pozostałe to: "Diabeł Leśne Oczko", "Drzwi, których nie ma" i "Amarylis"), których bohaterami są siedmioletnia Asia i ośmioletni Maciek. Zwyczajne dzieci przeżywają fantastyczne przygody, przypominające mi nieco opowiadania z czasopisma "Fantazja" – takiej "Fantastyki" dla dzieci, wydawanej, niestety tylko przez dwa lata, na początku lat 90. XX wieku. Żałuję, że jako dziecko nie miałam okazji czytać też utworów Marcina Pałasza, ale na szczęście ma do nich dostęp mój syn.
Opowiadania o Asi i Maćku są dobrze skonstruowane, oryginalne, bardzo wciągające i zaskakujące dla młodego czytelnika, a na dodatek odnoszą się do podstawowych wartości moralnych, które dziś nie zawsze są "w cenie". Zauważyłam, że autorzy książek dla tej kategorii wiekowej (8-12 lat) często stawiają na "przebojowość" i atrakcyjność bohaterów, obdarzając ich dowcipem opartym na złośliwości czy asertywnością wynikającą z egoizmu i bezczelności, a do tego ciętym językiem obfitującym w wyrażenia dosadne, jeśli nie wulgaryzmy. Tymczasem bohaterowie Marcina Pałasza są i "fajni", i mili, choć daleko im do wizerunku "lalusia". Przyjaźnią się ze sobą mimo różnicy płci i wieku – tak tak, proszę wierzyć, że między pierwszo- a drugoklasistami istnieje przepaść, a chłopcy w tym wieku rzadko "trzymają się" z dziewczętami. Wspierają się nawzajem, a ich dobroć i naturalna chęć pomocy promieniuje na samotne i słabsze dzieci oraz... istoty. Nie wstydzą się babci, która myli "internet" z "internatem". Potrafią przeciwstawić się dziecku terroryzującemu klasę, przyznać do własnych lęków i przywrócić (lub dać) czytelnikowi wiarę w możliwość uczynienia świata lepszym.
Książka Marcina Pałasza tchnie świeżością i oczarowuje, ale nie magią / fantastyką, przeciwnie – realizmem w opisie dziecięcego postrzegania świata, niezłomności i uczciwości, których często brakuje dorosłym. Również elementy fantastyczne zostały wprowadzone z dużym wyczuciem, pomysłowością i humorem, wskazującymi na zamiłowania literackie autora. Nie zaskakuje więc informacja, że pozycja ta została wyróżniona przez kapitułę Nagrody Literackiej im. Kornela Makuszyńskiego (w 2009 roku).
Bożena Itoya
Marcin Pałasz, Wszystko zaczyna się od marzeń, ilustracje Kasia Kołodziej, Wydawnictwo Literatura, Łódź 2014.
Od wydawcy:
Asia i Maciek są przyjaciółmi. Razem pakują się w tarapaty, i razem ratują się z opresji. Zawsze są za sobą, czy to trzeba przejść przez ciemny tunel...

poniedziałek, 24 listopada 2014

Wiele twarzy abecadła



"Tak bym chciała, by literki zamieniły się w cukierki". Tymi słowami rozpoczyna się wydana przez Wydawnictwo Dwie Siostry książka "Słodkie abecadło", której treść stanowi wiersz Jerzego Bielunasa o tym samym tytule, wymieniający długą listę słodyczy na każdą literę alfabetu. Niech Was jednak nie zwiedzie tytuł - nie jest to tradycyjna książeczka do nauki czytania, a szata graficzna opracowana przez Grażkę Lange w niczym nie przypomina cukierkowej stylistyki tego typu pozycji.
Głównym bohaterem książki są bez wątpienia litery. Czarne, odcinające się wyraźnie od białego tła, wyeksponowane, skupiające na sobie wzrok. Książka nie wpisuje się w trend uczenia alfabetu na prostych czcionkach bezszeryfowych - wręcz przeciwnie, jest pochwałą typografii. Kroje czcionki zmieniają się tu jak w kalejdoskopie, od naśladujących surowe pismo maszynowe po pełne zawijasów litery przypominające pismo odręczne. Małe, wielkie i gigantyczne, wytłuszczone, pochylone, rozstrzelone: wygląda to trochę jak swobodne eksperymenty dziecka siedzącego pierwszy raz przed komputerowym edytorem tekstu i bawiącego się ustawieniami czcionek. Często jest to moment, w którym po raz pierwszy uświadamia ono sobie, że tekst nie musi być wyłącznie nośnikiem treści, zagadką do rozszyfrowania, ale może stanowić sam w sobie formę ekspresji. Litery w "Słodkim abecadle" są w równym stopniu do oglądania, co do czytania. Ze zdumieniem odkryłam, że książka intryguje moją półtoraroczną córkę, która niedawno poznawała alfabet z innej pozycji tego wydawnictwa. Z ogromnym zainteresowaniem przyglądała się różnym kształtom liter - przy okazji okazało się, że czcionki szeryfowe nie stanowią dla niej problemu (choć już czcionki odręcznej nie zidentyfikowała jako tekstu).
W cieniu wiersza, migające gdzieś na obrzeżach stron, sypnięte tu i tam - słodycze. Czasem już tylko wspomnienie słodyczy, jak przeżuta guma balonowa, ubrudzone tortem urodzinowym świeczki czy patyk z watą cukrową, znikający za krawędzią strony. Niektóre smakołyki poczynają sobie nieco odważniej: herbatniki ukradkiem zastąpiły kilka liter w tekście, a słowo "oranżada" wykrzywia się, zasłonięte  butelką z czerwonym płynem. Jednak ogólnie rzecz biorąc, łakocie przedstawione są niezbyt nachalnie, być może po to, aby nie kusić czytelnika. Jeśli tak, mój mózg nie dał się oszukać i dopowiedział sobie to, czego nie widział. A więc odradzam czytanie na pusty żołądek.
Uzupełnieniem książki jest seria fotografii wykonanych podczas zabawy w "żywe litery". Ich bohaterami są dzieci ubrane w namalowane na papierowych workach litery i zajadające słodycze oraz - zapewne dla równowagi - jabłka. Nie jest to pieczołowicie przygotowana sesja zdjęciowa, ze starannie dobranym tłem, oświetleniem i uśmiechniętymi buziami, raczej fotograficzna relacja z warsztatów. Zdjęcia są zdecydowanie amatorskie - twarze niektórych dzieci są rozmyte lub giną w cieniu, sfotografowane w zbyt ostrym świetle. Nie twierdzę, że to źle - dodaje to fotografiom autentyzmu i mogłoby tchnąć w książkę trochę żywego, dziecięcego entuzjazmu, gdyby nie jeden mały szkopuł: dzieciaki miny mają raczej ponure, żeby nie powiedzieć - wisielcze. Może w momencie wykonywania zdjęć były już zmęczone, w każdym razie można odnieść wrażenie, że sesja nie sprawiała im szczególnej przyjemności.
 
Rodzice szukający typowej książki do nauki alfabetu mogą być zawiedzeni. "Słodkie abecadło" nie prowadzi dziecka za rękę, lecz wrzuca je od razu na głęboką wodę. Pokazuje, w jak wielu różnych odmianach może występować każda z liter i jak można się nimi bawić. Jeśli powyższy opis Was nie przeraża, lecz intryguje, warto sięgnąć po tę pozycję. Czy spodoba się dzieciom? Na to pytanie mogą odpowiedzieć tylko one same.
Joanna Pietrulewicz

Od wydawcy: A jak Ananasy, B jak Bombonierki, C jak Ciasteczka.
W wesołym wierszu Jerzego Bielunasa, śpiewanym niegdyś przez Małe Wu Wu, abecadło staje się zaklęciem spełniającym najsłodsze dziecięce marzenia. Litery zamieniają się tu w smakołyki, ożywają na fotografiach, przymierzają różne kroje pisma i zmieniają rozmiary. Nauka alfabetu jeszcze nigdy niebyła tak słodka!

poniedziałek, 17 listopada 2014

Grimm – ludowo i tradycyjnie

Zbiórbaśni braci Grimm opublikowany w ramach serii Z Biblioteki Wydawnictwa Nasza Księgarnia jest dobrą pozycją na długie jesienne i zimowe wieczory. Sprawdzi się jako lektura pod hasłem poczytaj mi mamo / tato / babciu / dziadku / wujku / ciociu / siostro... Chyba każdy chętnie spędzi kilka chwil z dzieckiem i tymi klasycznymi baśniami. Oczywiście o ile dorosły należy do zwolenników surowych, ludowych historii o uczciwości, skromności, pracowitości i nagrodzie za nie, a z drugiej strony o ciężkiej karze za skąpstwo, okrucieństwo czy niesprawiedliwość.
Wyboru utworów dokonano na podstawie dawnych polskich i niemieckich edycji. W zbiorze Naszej Księgarni nie znajdziemy złagodzonych, disneyowskich wersji baśni Grimm. Tutaj jedna z sióstr Kopciuszka, zachęcana przez matkę, obcina sobie nożem palec, druga – kawałek pięty, a gołąbki ostrzegają księcia: "Zawracaj koniczka!... Krew płynie z trzewiczka!". Myśliwy po uratowaniu Czerwonego Kapturka i babci nie wysyła wilka do ogrodu zoologicznego, ale ściąga z niego skórę i zabiera do domu.
Tradycyjne wersje najpopularniejszych baśni Grimm znaliśmy już jednak z innych wydań. W tym zainteresowały nas utwory, których jeszcze nie czytaliśmy lub już nie pamiętaliśmy, na przykład: "Słomka, węgielek i groch", "Tańczące krasnoludki", "Dziewica Milena" i "Domek w lesie". Znaleźliśmy w nich typowe baśniowe motywy i wartości, spotkaliśmy ubogich bohaterów o dobrych sercach oraz ich próżnych i podstępnych wrogów. Wszyscy młodzi czytelnicy zrozumieją morał każdej z baśni, jednak lekturę tę polecam raczej dzieciom powyżej siedmiu lat. Surowy rys tradycyjnych adaptacji utworów ludowych jest, według mnie, ich wielkim walorem, ale młodszych czytelników może znudzić lub przestraszyć.
Bożena Itoya

Baśnie braci Grimm, przełożył Marceli Tarnowski, ilustrował Bartek Drejewicz, Nasza Księgarnia, Warszawa 2014. Od wydawcy: To opowieści od wieków obecne w kulturze europejskiej i światowej. Ponad 200 lat temu spisali i opracowali je Wilhelm i Jakub Grimm, rodzeni bracia, pisarze i uczeni niemieccy, badający podania, mity i opowieści ludowe.

poniedziałek, 10 listopada 2014

Krowa w opałach



Słoneczny dzień. Na wiejskim podwórku rośnie wysokie drzewo. Wokół niego grupka zwierząt: kury, kozy,
koń, pies i dwie różowe świnki. Wszystkie patrzą w górę na siedzącą wysoko na gałęzi krowę Matyldę. Zaraz... krowa na drzewie? Jak to się stało?
"Krowa Matylda bawi się w chowanego" to kolejna książka z serii autorstwa Alexandra Steffensmeiera, wydanej na polskim rynku przez wydawnictwo Media Rodzina. Ponownie spotykamy w niej wesołą gromadkę zwierząt i ich gospodynię, którzy w obliczu wspomnianej sytuacji kryzysowej wprowadzają w życie kolejne, nie do końca przemyślane plany ratunkowe. Czy próby ściągnięcia Matyldy z drzewa zakończą się powodzeniem? Tego nie powiem, zdradzę tylko, że historia kończy się bardzo widowiskowym piknikiem.
Pogodny, sielankowy nastrój, zabawna fabuła i budzący sympatię bohaterowie sprawiają, że książkę (podobnie jak inne z tej serii) czyta się bardzo przyjemnie. W historii kluczową rolę odgrywają ilustracje, barwne i wyraziste, stylistyką przywodzące na myśl współczesny komiks. Komiksowe inspiracje widać też w urozmaiconym układzie rysunków - od kilku kadrów na jednej stronie tam, gdzie akcja toczy się dynamicznie, po duże, dwustronicowe rozkładówki, pozwalające czytelnikowi nabrać oddechu. Autor bawi się również perspektywą, pozwalając nam raz oglądać świat z punktu widzenia krzątających się po podwórzu zwierząt, by potem przenieść nas na szczyt drzewa, do kryjówki Matyldy. A z góry, wiadomo, wszystko wygląda inaczej. Ilustracje Steffensmeiera mają jeszcze jedną ciekawą cechę: Zwierzęta, choć narysowane bardzo schematycznie, mają to i owo pod ogonem, co nieczęsto widzimy w książkach i produkcjach dla dzieci. Miło czasem zobaczyć taki drobny ukłon w stronę poprawności anatomicznej.
Książka wydana jest bardzo porządnie. Ma twardą, przyjemnie matową okładkę, wewnątrz kredowy papier. Nie zawiera przesadnej ilości tekstu, stanowi on raczej uzupełnienie ilustracji, przez co historię czyta się szybko i można do niej wracać wielokrotnie. "Krowa Matylda bawi się w chowanego" zdecydowanie ma potencjał, by stać się jedną z tych książek, które będziemy czytać z dzieckiem nieraz, nawet do znudzenia. Ale to przecież nic złego.
Joanna Pietrulewicz

Od wydawcy: Sympatyczna Matylda powraca! Tym razem zawadiacka krowa bawi się z przyjaciółmi z zagrody w chowanego. Znajduje najlepszą kryjówkę, gdzie nikt nie może jej znaleźć – wchodzi na drzewo.

sobota, 8 listopada 2014

Po drugiej stronie okna...

Anna Czerwińska-Rydel to już prawie człowiek-instytucja. Od kilku lat pisze książki dla dzieci, z których każda jest swego rodzaju wydarzeniem, a wybierane przez nią tematy zdradzają nie tylko szerokie zainteresowania pisarki, lecz także towarzyszącą im pasję. Bywa, że pisarz pragnie „obsłużyć hurtowo” rynek czytelniczy i na siłę zapełnić brakujące luki tematyczne, trudno jednak wtedy o świeże spojrzenie, brak rutyny i sztuczności. W przypadku pani Anny na pewno tak nie jest – udało jej się zachować wrażliwość debiutanta, co w połączeniu z doskonałym warsztatem i sporym już doświadczeniem przynosi efekt. Zwłaszcza, gdy trafia się na dobrego wydawcę i zdolnych współpracowników, szczególnie ilustratora i grafika, a i tu Autorce szczęście, jak dotąd niezwykle sprzyjało.
Mam przed sobą właśnie audiobook wydany w serii Mistrzowie wyobraźni (Akademia Rozwoju Wyobraźni Buka) z książką „Po drugiej stronie okna. Opowieść o Januszu Korczaku”. Papierowe, książkowe wydanie ukazało się z kolei w Muchomorze, co już samo w sobie jest rekomendacją. No dobrze, powiecie Państwo, same ochy i achy, a co tak konkretnie mi się w tym wszystkim podoba? Za co ta punktacja, czy nie przesadna aby? Krótko i po żołniersku, kobieto, prosimy!
Gdybym miała wybrać jedno słowo, które najlepiej określa tę książkę, powiedziałabym, że wrażliwość, z jaką Autorka kreśli portret głównego bohatera i rzeczywistość widzianą jego oczami. Rozumiem przez to uważność i otwartość na świat, na jego piękno, lecz i wszechobecne cierpienie, na troski i potrzeby najsłabszych, nieśmiałe marzenia, żałosne losy, gorące emocje… Taki właśnie był Korczak i tak go właśnie Autorka w swojej książce odmalowuje. Na szczęście nie popada przy tym w cukierkowy idealizm – kto znał doktora, ten wiedział, że potrafił być gwałtowny, emocjonalny, szorstki, zniechęcony… Kogo temat zainteresuje, niech sięgnie do wspomnień wychowanków Korczaka oraz jego pamiętników – fascynująca lektura.
Pięknie pisze też Czerwińska-Rydel o trudnych sprawach – wojnie, głodzie, prześladowaniach, poniżeniu i śmierci. Bez znieczulenia, prosto i prawdziwie. Wie, że w piekle wojny prawdziwe dobro i ludzka godność świecą tym silniejszym blaskiem, który podtrzymuje nadzieję w człowieka. W finalnej scenie – tak trudnej do emocjonalnego udźwignięcia nawet i dla mnie, dorosłej, a co dopiero dla dzieci – zostawia pewne niedopowiedzenie, metaforyczne zakratowane okno ze świeżym powietrzem i błękitnym niebem. Trochę mi to przypomina końcowe kadry z filmu Wajdy o Korczaku – wizję oswobodzonego nagle wagonu, z którego wybiegają radośnie dzieci prosto na łąkę, w świat uwolniony od cierpień, nareszcie wolne…
I trzeci mocny punkt – za muzykę. W słuchaniu opowieści towarzyszy nam subtelnie i stylowo Bester Quartet, dawniej znany jako The Cracow Klezmer Band. Ta znakomita krakowska grupa nie potrzebuje specjalnej rekomendacji, muzycy udowodnili swoją klasę wieloletnim doświadczeniem koncertowym i doskonałymi albumami płytowymi. Usłyszymy tu zarówno stylizowane motywy żydowskie, jak i kompozycje lidera grupy, Jarosława Bestera. Bardzo piękne, delikatne i zarazem pełne energii. I maestria, z jaką Henryk Talar swoim ciepłym głosem czyta tę książkę! Jestem wciąż pod wrażeniem…
Agnieszka Jeż

Od wydawcy: Czy Janusz Korczak potrafił czarować? Czym najchętniej bawił się w dzieciństwie?  Dlaczego codziennie sprawdzał w lustrze, czy jego nos jest na właściwym miejscu? Kogo nazywał luks-torpedą, huraganem i ekstra-gamoniem?



Od wydawcy: Oto piękna, dobra i odważna książka! Pięknie napisana, odważnie zilustrowana. Opowiada o pięknym człowieku: dobrym i odważnym. Pokochacie go. Pierwsza część naszej nowej serii biograficznej. Napisana przez Annę Czerwińską-Rydel.