cudanakiju.pl

cudanakiju.pl

poniedziałek, 6 marca 2017

Silver. Druga księga snów


Jeśli macie około 15 lat lub w waszym otoczeniu jest jakaś czytelniczka w tym wieku, to pewnie słyszeliście o książkach niemieckiej pisarki Kerstin Gier, w Polsce ukazujących się w wydawnictwie Media Rodzina. A jeżeli nie, to musicie czym prędzej nadrobić zaległości, bo o tych powieściach dużo się mówi.
Po drugi tom serii "Silver" sięgnęliśmy łapczywie, jak na wygłodzonych literaturoholików przystało. Jeszcze ogłuszeni zakończeniem "Pierwszej księgi snów", oczekiwaliśmy natychmiastowej kontynuacji demonicznego wątku, ostatecznych rozstrzygnięć. Obawialiśmy się też, że autorka popadnie w romansową skrajność, skoro sprawy miłosne wydawały się w miarę ułożone u schyłku czarnej (pierwszej) księgi. Tymczasem w drugiej części cyklu "Silver" opowieść poprowadzona została inaczej niż się spodziewaliśmy.
W miarę postępowania lektury orientujemy się, że niebieska księga jest bardziej księgą rzeczywistości niż snów. Bohaterowie nadal odwiedzają się w świecie sennych marzeń, ale nie wszyscy, a wycieczki te już nie zapierają tchu w piersiach tak, jak w pierwszym tomie. To było nasze wrażenie – do czasu spektakularnego finału, rozciągniętego zresztą na kilka rozdziałów. Najpierw zaskoczyło nas niewielkie (w stosunku do pierwszego tomu) znaczenie wizyt na korytarzu z drzwiami do podświadomości dziesiątek, setek, pewnie tysięcy, a może milionów osób, potem zaś odurzyło nas nagłe doładowanie magii, a dokładnie nowych elementów krainy snów. Osłabienie fantastycznej strony historii okazało się więc tylko pozorne, tak naprawdę rzeczywistość jest mocno splątana z drobnymi zdarzeniami ze snów, a nawet przez nie pokiereszowana. Warto czytać bardzo uważnie i zapamiętywać najdrobniejsze szczegóły.

Należało też pomyśleć o pozytywach: pomijając wzbogacenie słownictwa, byłam teraz naprawdę dobra w metamorfozie. Z facjatą Bochry przed oczami wyobraźni bez problemu przemieniałam się z jaguara w niedużą sowę płomykówkę. A z sowy w Spota, grubego kocura Spencerów. Krótka faza koncentracji i już wyglądałam jak Buttercup. A potem jak japoński kot z uniesioną łapką. Butelka wody mineralnej. Ważka o mieniących się skrzydłach. I znowu jaguar. Podmuch powietrza. I ja sama w przebraniu Kobiety-Kota. Wspaniałe!
Nieźle! –odezwał się za moimi plecami Henry. Odwróciłam się szybko. Podczas gdy byłam zajęta swoją małą orgią przemian, on niepostrzeżenie wyszedł zza swoich drzwi. – Jesteś w tym już naprawdę dobra.

Niektóre wątki z pierwszej powieści rozwinięte zostały w niespodziewany sposób, czasem dramatyczny, ale bywa tez zabawnie, jak w przypadku prawie-romansu Lottie z Charlsem. Henry pojawia się i znika, irytuje i broni, regulując w ten sposób napięcie, Grayson (ciągle "przyszły przybrany brat" Liv) emanuje opiekuńczością i męskością, a Mia ma kłopoty.
Liv relacjonując swoją codzienność kilkakrotnie nawiązuje do popularnych zespołów muzycznych i trendów technologicznych (dokładniej: wszechobecnych smartfonów i życia Internetem), przez co świat bohaterów staje się bliższy czytelnikowi, ale też do książek. Napomknięcia literackie są zabawne, szczególnie porównanie seniorki rodu Spencerów (nazywanej Bochrą), to jest "przyszłej przybranej babci" Liv, do pewnej potwornej starszej damy z "Dumy i uprzedzenia" Jane Austen.

Z pomieszczenia ulotniły się resztki ciepłego, przedświątecznego nastroju i oto w drzwiach stanęła Bestia w Ochrach. Zwana również Diabłem z Apaszką od Hermésa, czyli oficjalnie Philippa Adelaide Spencer. Dla Graysona i Florence po prostu babcia. Przyjaciółki z kółka brydżowego podobno mówiły na nią "Brzoskwiniowa Pippa", ale w to uwierzę dopiero wtedy, gdy usłyszę na własne uszy
O, widzę, że zaczęliście beze mnie – Powiedziała w ramach powitania. – Czy to amerykański zwyczaj?
Wymieniłyśmy z Mią spojrzenia. Jeśli drzwi wejściowe nie stały otworem, to Bestia w Ochrach musiała być w posiadaniu kluczy. Zatrważające.
Zaczęliśmy, bo spóźniłaś się pół godziny, mamo – sprostował Ernest i wstał, żeby ucałować ją w oba policzki.
Naprawdę? A na którą godzinę mnie zaprosiłeś?
Na żadną – oznajmił Ernest. – Sama się wczoraj zaprosiłaś, nie pamiętasz? Nagrałaś się na sekretarkę i powiedziałaś, że przyjdziesz na śniadanie o wpół do dziesiątej.

Postać babci jest miernikiem mądrości i głupoty, dobra i zła: kto jest po jej stronie, ten wydaje się nam śmieszny i antypatyczny, zaś kto stawia opór apodyktycznej acz elokwentnej staruszce lub przynajmniej pada ofiarą jej złośliwości, z tym sympatyzujemy – wiadomo, któż by nie kochał buntowników. W pewnym momencie podział na dwie frakcje stanie się bardzo widoczny, przy czym Ernest okaże się łącznikiem między przeciwnymi obozami. A jak wywiązał się konflikt? Cóż, Liv i Mia, a w pewnym stopniu również ich mama i Lottie, wstrząsają porządkiem tradycyjnego angielskiego życia. Rozsiewają wokół pasję i energię, co wydaje się zaletą, ale znajdzie się kilka osób, które wolałyby żyć w dawnych, spokojnych i przewidywalnych układach rodzinnych, miłosnych czy przyjacielskich. Liv zostanie uznana za burzycielkę i niszczycielkę, a Nemezis, w osobie nierozpoznawalnych (do końcówki tomu lub wcale) prześladowców z dziedziny snu i... blogosfery, sprawi, że drugą księgę snów przeczytacie z rosnącym niepokojem i zainteresowaniem.
Bożena Itoya

Kerstin Gier, Silver. Druga księga słów, tłumaczyła Agnieszka Hofmann, Media Rodzina, Poznań 2016.

Silver. Pierwsza księga snów


Pierwszy tom serii "Silver" czyta się w tempie zazwyczaj zarezerwowanym dla filmów – po prostu raz, dwa i już przegalopowaliśmy przez czterysta stron powieści. Kerstin Gier zapewniła nam kawał pociągającej, lekkiej i rozrywkowej literatury fantastycznej dla młodzieży.
Książka początkowo oscyluje na granicy "romansu paranormalnego" (uwielbiam to przezabawne określenie, choć nie sądziłam, że kiedyś użyję go w recenzji). Wampirów co prawda nie będzie, ale skojarzenia ze "Zmierzchem" Stephenie Meyer są nieuniknione i zapewne zamierzone. W przypadku powieści Kerstin Gier mamy do czynienia ze znacznie ambitniejszą (ale nadal popularną) literaturą, bo choć w "Księgach snów" natkniemy się na liczne schematy, to choćby język, poczucie humoru i sylwetki bohaterów wyróżniają "Silver" spośród podobnych pozycji dla starszych nastolatków (około 15+).
Tytuł książki jest równocześnie nazwiskiem głównej bohaterki – piętnastoletniej (później już szesnastoletniej) Liv, i jej młodszej o 3 lata siostry Mii. Rodzice dziewcząt są od wielu lat rozwiedzeni,. Panny Silver mieszkają czasem z ojcem Niemcem, kiedy indziej z matką Amerykanką, zawsze z nianią Lottie (będącą też przyjaciółką rodziny). Wciąż się przeprowadzają, co kilka miesięcy zmieniając szkoły, kraje i szerokości geograficzne, zależnie gdzie akurat podpisze kontrakt jedno z rodziców. Tego dowiadujemy się głównie ze wspomnień narratorki (Liv), bo akcja książki rozpoczyna się w chwili stabilizacji rodziny. Jednak stabilizacja ta wnosi w życie nastolatek jeszcze więcej niepokojów i zmian. Matka Liv i Mii rozpoczyna pracę w Anglii – jest profesorem literaturoznawstwa, wykładowcą uniwersyteckim (Oksford!), osiada więc z dziewczętami w Londynie, gdzie mieszka też jej nowy partner. Łysy, wielkouchy, raczej poważny i bardzo angielski prawnik na początku zupełnie nie podoba się Liv i jej siostrze, ale, jak prawdziwe nastolatki, po pewnym czasie zmieniają zdanie. Elastyczność w tej kwestii jest o tyle istotna, że zakochani dorośli postanawiają zamieszkać razem, nie zważając na zdanie dzieci, przy czym panny Silver nie są jedynymi. Ernest (wdowiec po pięćdziesiątce) ma już całkiem dojrzały przychówek: bliźnięta Florence i Graysona. "Przyszły przybrany brat", jak tego ostatniego określa szkolna blogerka, jest przesympatyczny, zabawny, przystojny, a w dodatku należy do modnej i podziwianej "paczki" czterech sunących-po-szkole-równym-krokiem-muszkieterów. Piękni, powiewający blond czuprynami (w różnych odcieniach), wysportowani (koszykówka) młodzieńcy są obiektem westchnień większości uczennic prestiżowej szkoły, do której zapisane zostają również siostry Silver. Liv niby jest ponad dziewczęce histerie miłosne, ale grupa przystojniaków jednak jej imponuje, chce się do nich zbliżyć, zwłaszcza kiedy zaczyna spotykać się z nimi w snach.
Tu wkraczamy na grząski teren, bowiem wyśnieni piękni siedemnastoletni po godzinach bawią się w rysowanie płonących pentagramów. Liv ma być zaproszona do tej "gry", jeżeli nie powstrzyma jej troskliwy "przyszły przybrany brat" i o ile jest dziewicą. Ten temat wraca często i dowiadujemy się, że większość piętnastolatków pierwszy seks ma już za sobą (mimo że trzynastoletnia Mia nie interesuje się chłopcami i traktowana jest jak dziecko). Opowieść staje się więc młodzieżowa w nieco niepokojącym znaczeniu: autorka według mnie przesadza z przesłaniem "wiem, jak to dzisiaj jest" i wkupywaniem w łaski wyluzowanej gawiedzi.
Abstrahując od obyczajowej strony powieści, dla fabuły najważniejsza jest sfera alternatywnej rzeczywistości, w jakiej przebywają bohaterowie: Liv, "czterej muszkieterowie" i dziewczyna jednego z nich. Podtytuł "księga snów" odnosi się właśnie do tego innego świata, który zrozumieć i okiełznać starają się młodzi badacze snów (własnych i cudzych).

Czyli ja też mogłabym zabezpieczyć drzwi przed niepożądanymi gośćmi?
Tak, nawet powinnaś. – Zmienił ton. Już nie było w nim wesołości, tylko śmiertelna powaga. – Niewykluczone, że inni też interesują się twoimi snami. Nigdzie indziej nie poznasz człowieka lepiej ani nigdzie indziej nie dowiesz się więcej o jego tajemnicach niż we śnie.
Rozumiem...
... ale nadal nie do końca, dodałam w myślach. Spojrzałam ponownie w stronę drzwi. Myśl, że każdy, kto miał jakąś należącą do mnie rzecz, mógł wparować do moich snów, była porażająca. To było znacznie gorsze niż świadomość, że ktoś mógłby przeczytać mój dziennik snów. Nagle ogarnęła mnie nagła potrzeba zabicia drzwi deskami, zawieszenia na nich kłódek i skombinowania skądś wielkiego psa.
Dlaczego Grayson nie chroni lepiej swoich drzwi? – zapytałam. – No wiesz, przecież każdy głupi może powiedzieć wspak "Freddy".
Grayson jest najuczciwszym i najbardziej otwartym człowiekiem, jakiego znam – odparł. – Nie sądzę, by śnił o rzeczach, które chciałby utrzymać w tajemnicy. Poza tym jest zbyt skromny i nie wierzy, że ktoś mógłby interesować się jego snami. – Wzruszył ramionami. – Tak naprawdę nie chce się tym zajmować, dla niego to wszystko jest tylko i wyłącznie upiorne.
A dla ciebie nie?
Henry z westchnieniem pochylił się i wziął do ręki gitarę.
Ależ owszem, nawet bardzo. I akurat to czyni to tak intrygującym.

Nie jest jasne, jakie istoty lub moce stoją za umiejętnością snucia świadomych marzeń sennych i splatania elementów tego specyficznego "matriksu". Właśnie świetnie wyważona tajemnica jest najsilniejszą stroną książki. Obok sekretów świata fantastycznego, czytelnik drąży też zagadki z "realnego" świata przedstawionego, zwłaszcza te związane z plotkarskim blogiem Tittle-Tattle.
Powieść "Silver. Pierwsza księga snów" zdecydowanie spodoba się bardziej dziewczętom niż chłopcom. Jednym z najważniejszych wątków utworu jest zauroczenie Liv przyjacielem Graysona, Henrym – a może to już miłość? Roi się tu od opisów elementów fizjonomii i ubioru, od określeń, które męskiej części czytelników nie przeszłyby nie tylko przez usta, ale nawet przez myśl. Właśnie ten dziewczęcy punkt widzenia przyciąga i elektryzuje rówieśniczki Liv, choć i chłopcom spodobają się magiczne przygody w zawiłych korytarzach "domu snów". Bardzo przyjemnie było się w nich zagubić, tym bardziej, że pierwsza odsłona cyklu nie wszystko wyjaśnia, bo, jak przyznaje na końcu jedna z postaci i sama autorka, "to dopiero początek".
Bożena Itoya

Kerstin Gier, Silver. Pierwsza księga słów, tłumaczyła Agnieszka Hofmann, Media Rodzina, Poznań 2016.

Stary Noe


Książka "Stary Noe" Zuzanny Orlińskiej jest w pewnym sensie tradycyjna, a zarazem na wskroś nowoczesna. Do dawnych polskich publikacji dla dzieci, choćby serii "Poczytaj mi mamo", nawiązuje forma i zakres publikacji: jedno, niezbyt długie opowiadanie (do przeczytania za jednym razem dla ośmiolatka i dzieci starszych), dużo ilustracji, określony, zwarty temat, morał, raczej pogodne przesłanie. Autorka jednak wykorzystuje te ramy na własnych zasadach, rozciągając starotestamentową opowieść o Noem na współczesne czasy i problemy. Co prawda niektóre zagadnienia można uznać za ponadczasowe, uniwersalne, bo gnębią zarówno zwyczajnych ludzi, jak i wybitnych filozofów wszystkich epok, jednak bardzo czytelne są również odniesienia do aktualnych spraw rozpalających międzynarodową (i naszą, polską) opinię publiczną.

Wtedy zaczął padać deszcz.
Deszcz padał i padał. Na początku nikt nie widział w tym nic dziwnego. Ot, deszcz jak deszcz. Ludzie zamknęli się w swoich domach i czekali na koniec ulewy. Dzieci cieszyły się, że nie trzeba będzie chodzić do szkoły. Zmoknięte wrony przycupnęły na gałęziach drzew, schowały głowy pod skrzydła.
 
W tej historii Noe, zupełnie jak w Biblii, zostaje wyznaczony przez Pana (słowo "Bóg" nie pada) do zadania ocalenia życia na Ziemi. Pan zsyła wielką ulewę i potop, a Noe dryfuje w wielkiej arce, która mieści jego trzech synów z żonami oraz pary stworzeń wszelakich. Wszystko przebiega zgodnie z instrukcjami z niebios, dopóki Noe nie poddaje w wątpliwość narzuconych przez Pana granic współczucia i humanitarności. Starzec niczym zbuntowane dziecko nie przyjmuje do wiadomości wyjaśnienia "bo ja tak mówię", drąży temat, jest zarazem pokorny i stanowczy, wytrwały w swoim dążeniu do dobra. Noe stawia sobie, Panu i nam szereg ważnych pytań: Czy i dlaczego tylko wybrani zasługują na ocalenie? W czym są lepsi od przypadkowych ofiar, czekających na pomoc? Czy należy ratować wszystkich, czy raczej dbać o własną ojczyznę, o, przepraszam, arkę, by nie uległa przeciążeniu i nie poszła na dno?

Ty wszystko wiesz, Panie – powiedział smutno Noe. – Wobec tego wiesz także, co to za dziecko. To biedny, chudy, przestraszony chłopczyk, w dodatku bardzo głodny. Umarłby, gdybym zostawił go na kościelnej wieży.
To prawda – potwierdził Pan. – Wiem o tym. Wiem także, że ten chłopczyk należy do rodu ludzkiego, który okazał się zły i przewrotny, a ja postanowiłem go wytracić. Co do jednego! Z wyjątkiem mojego przyjaciela Noego, jak sobie przypominam, bo uważałem, że on jest mi posłuszny. Cóż, musiałem się mylić!

Myślę, że większość młodych czytelników w trakcie lektury "Starego Noego" zastanowi się, jak należałoby postąpić, a jak sami zachowaliby się będąc na miejscu Noego. Czy te sposoby postępowania pokrywają się ze sobą? Wiemy, jak należy postąpić w książce, pochwalamy dobre wartości w literaturze, ale czy kierujemy się nimi w życiu? Warto zaproponować dziecku tę książkę, by wzbudzić w nim podobne przemyślenia.
Opowieść bardzo nas wciągnęła i ze względu na treść – lubimy z synem podyskutować na temat etyki oraz wiary, i z uwagi na ładny, prosty język autorki. Nie ma siły, by zainteresować dziecko książką, jeśli ta jest słabo napisana. Zuzanna Orlińska zdecydowanie nie musi martwić się brakiem uznania młodych czytelników, bo pisze lekko, konkretnie i obrazowo. Temu niepowtarzalnemu stylowi pisarstwa zawdzięczamy dobrą zabawę oraz " łatwą przyswajalność" tekstu. "Stary Noe" został w naszym domu wchłonięty i w pełni zintegrował się z naszym systemem wartości.
Ilustracje autorki są pogodne i świetliste, mimo dość ponurych tematów przewodnich książki: potopu, zagłady, ciężaru odpowiedzialności moralnej. W sferze obrazu deszcz i powódź niosą oczyszczenie, nasze myśli krążą daleko i spokojnie, gdy patrzymy na wszystkie te błękity, turkusy i granaty, przeważnie przykryte szarą firaną deszczu, ale także na piaskowe i pomarańczowe brązy (wyglądające jak przyćmione troskami słońce), jakimi wymalowane są arka oraz kapota Noego. Na deser zaś dostajemy fiolety i róże, zamykające łagodnie tę wcale nie cukierkową opowieść. Ja zaś zakończę ponownym nawiązaniem do serii "Poczytaj mi mamo": zagubiony chłopiec uratowany przez Noego wygląda jakby przywędrował prosto z książeczek ilustrowanych przez Wandę Orlińską (może z "Potworka" Marty Tomaszewskiej?) i jest uroczym łącznikiem między pokoleniami twórców i czytelników polskiej literatury dla dzieci.
Bożena Itoya

Zuzanna Orlińska, Stary Noe, Wydawnictwo Literatura, Łódź 2015.

Elf i skarb wuja Leona

Najnowsza powieść Marcina Pałasza stanowi udaną kompozycję lekkiej książki przygodowej i literatury młodzieżowej na wysokim poziomie. Autor bardzo skutecznie, różnymi środkami i metodami, przyciąga uwagę czytelnika, którym może być właściwie każdy, ale chyba przede wszystkim dzieci w wieku 7-12 lat.
Jedna książka – "Elf i skarb wuja Leona" – pomieściła moc rozrywki, wygibasy umysłowe związane z zagadką tytułowego skarbu, anegdoty z życia pisarza ("Kiedyś po spotkaniu stała kolejka dzieci z książkami, podpisywałem je dla nich, aż tu nagle jedna nauczycielka mówi do mnie: Może się pan pospieszyć?! Te dzieci straciły już przez pana dwie jednostki lekcyjne!"), informacje o psich i ludzkich smakołykach oraz równie smakowitą dawkę strachu, bo do końca nie dowiadujemy się, co Elf wyczuł za ścianą piwnicy.

Po prostu za ową ścianą, w jednym miejscu, było coś tak okropnie złego, że nawet nie mam psich słów, by to opisać. Próbowałem być odważny, podejść do tego, wyszczerzyć zęby i wystraszyć to coś, ale z drugiej strony – czy to coś widziało przez ścianę?! Wkrótce jednak byłem już pewien, że to mnie widzi.

Narratorami są, jak zawsze, na przemian Duży i jego pies Elf. Psi punkt widzenia przydaje książce humoru, należą się jej też dodatkowe punkty za widzenie psa – przez nas, czytelników, bo na kolażowych ilustracjach Kasi Kołodziej obok rysunków występuje Elf we własnej długouchej i długołapej, sfotografowanej osobie. A już zupełnie poprawiło nam nastrój oglądanie wyklejek "Elfa i skarbu wuja Leona" z podkładem muzycznym w postaci czołówki "Reksia": pasek z fotografiami Elfa pasuje jak ulał do fragmentu, w którym bohater filmu animowanego przybija stemple na taśmie filmowej.
Historia rozgrywa się w zabytkowym budynku, pałacyku czy dworku, który po ekscentrycznym wuju Leonie odziedziczyła znajoma Dużego, bibliotekarka z pasją. Małgosia gości pisarza (bo Duży jest literackim alter ego Marcina Pałasza), jego syna (Młodego) oraz ich psa przez kilka dni, które okazują się terminem wykonania testamentu wuja Leona. Dokument, oficjalnie przedstawiony przez notariusza, zawiera bowiem zagadkę, za której rozwiązanie przysługuje nagroda – to właśnie ten tytułowy skarb. Jeśli wskazówki zza światów nie doprowadzą bohaterów do celu, majątek wuja Leona zostanie przekazany instytucji charytatywnej, a Małgosia co prawda dostanie dom, ale nie będzie w stanie go wyremontować ani utrzymać.
W śledztwie uczestniczy kilka osób z otoczenia miłej bibliotekarki (przeważnie są to członkowie rodziny jej męża), każda z nich będzie miała mniejsze lub większe znaczenie dla powodzenia lub porażki drużyny poszukiwaczy skarbu. Niektórzy zapadną nam w pamięć na długo.

Potem zaś poczułem zapach tej człowieczki, na którą mówili "Korozja". I tego drugiego, szczeniaka. Szczeniak mnie w sumie nie interesował, ale Korozja jak najbardziej, o tak! A dlaczego? Gdyż wszyscy ci fajni ludzie, których poznaliśmy, tak samo zresztą jak Duży i Młody, na widok Korozji od razu wydzielali zapach niechęci i zdenerwowania. Od niej zaś czułem zapach złości, ciągły i wszechobecny. Ja tam nie lubię, jak ktoś tak pachnie, bo złość oznacza agresję, zaś agresja nigdy do niczego dobrego nie prowadzi. Naprawdę nie chciałbym, żeby ta Korozja znienacka rzuciła się na Dużego i go pogryzła! A pachnie tak, jakby lada chwila miała to zrobić.

Poczucie humoru w książce bywa różnorakie – od wyobrażenia kupy goniącej psa, po ironiczne ujęcia zachowań i wypowiedzi osób wrogo nastawionych do świata. W tej dziedzinie królują opryskliwa staruszka – ciotka Korozja – i przemądrzały młodzieniec Marceli. Przy okazji muszę podkreślić, że język utworu jest bardzo elastyczny, dopasowuje się do postaci i sytuacji. Autor stosuje wyjątkowo udane stylizacje, takich cudaków rzucających "marcelizmami" słyszymy często choćby w audycjach radiowych adresowanych podobno do dzieci (chyba tych "starych-malutkich", jak mawiała moja babcia).

Nie ma potrzeby patrzyć się na mnie tak podejrzliwie – oświadczył w końcu z godnością. – W dodatku nie tylko podejrzliwie ale i oskarżycielsko! Przyznaję, że to niefortunne urwanie się żyrandola jest poniekąd moim dziełem, niemniej nie doszłoby do tego, gdyby nie ten niespodziewany i budzący grozę dźwięk dobiegający ze strychu. Jak mniemam, został on wywołany nieprzypadkowo przez kogoś z was, toteż nie poczuwam się do większej odpowiedzialności...

Wartka akcja, ciekawe postacie i maestria językowa to jeszcze nie wszystkie walory książki "Elf i skarb wuja Leona". Otóż są też, bardzo wiarygodne, portrety... posiłków. Wywołują one burczenie w brzuchu i porównania z "Ruchomym świętem" E. Hemingwaya. Mniam.
Innym literackim skojarzeniem, oczywistym, bo ta autorka została nawet wspomniana w tekście, są kryminały A. Christie. Marcin Pałasz podobnie jak mistrzyni kryminału tworzy fabułę w oparciu o charakterystyczne (ale niekoniecznie sympatyczne) postacie, tajemnicze posiadłości, w których znaczące bywa każde miejsce czy przedmiot, sekrety zmarłych oraz motyw skłóconej rodziny. "Elf i skarb wuja Leona" na pewno należy do najbardziej udanych polskich książek "detektywistycznych" dla młodszej młodzieży wydanych w ostatnich latach. Autor nie zapomina też o "obyczajowym" przekazie, choćby tym dotyczącym akceptowania i bycia akceptowanym przez rówieśników.
Jest ciekawie, bywa zaskakująco, bo pokrętne oczywistości podsuwane przez świętej pamięci zwariowanego (choć zdrowego psychicznie – jest certyfikat!) wuja czasem okazują się ślepymi uliczkami śledztwa, a niekiedy nie jesteśmy pewni, jak je interpretować.

To... to nie było ognisko – odchrząknęła Małgosia jakby z zakłopotaniem. – Tutaj było chyba stanowisko startowe rakiet wuja Leona...
Co takiego?! – Młody w ułamku sekundy znalazł się obok nas, wybałuszając oczy. – Jakich rakiet?
Mnie też rakiety nieco zdziwiły, a jednocześnie poczułem się bardzo zaciekawiony – wszak kiedyś studiowałem astronomię, a wszelkie rakiety, loty kosmiczne i tak dalej wciąż bardzo mnie interesowały. Nie podejrzewałem co prawda, by tajemniczy wuj Leon zdołał stworzyć cokolwiek, co osiągnęłoby orbitę okołoziemską, ale odpalenie czegokolwiek, co poleciałoby choć na kilometr w górę, zasługiwało już na całkowity szacunek.
No, rakiet – westchnęła Małgosia. – Od jakichś pięciu, sześciu lat zaczął się tym bardzo interesować. Powiedział, że ma w domu coś strasznego, co najlepiej byłoby wystrzelić daleko w kosmos. Naprawdę! Ale wtedy już lekko dziwaczał i wszyscy uznaliśmy, że to początki alzheimera albo coś w tym stylu... Jednak gdy jego pierwsza rakieta wystartowała i wzniosła się na ponad trzy kilometry, uznaliśmy, że to jednak nie alzheimer.

Oto kolejna niewiadoma, na której wyjaśnienie musimy zaczekać do następnej części serii o Elfie. Oby powstała jak najszybciej! Bardzo prosimy autora i wydawnictwo o litość nad spragnionymi kontynuacji czytelnikami.
Bożena Itoya

Marcin Pałasz, Elf i skarb wuja Leona, rysunki Kasia Kołodziej, Wydawnictwo Literatura, Łódź 2017.

Spacerkiem przez rok

Pomysł na książkę "Spacerkiem przez rok" Małgorzaty Strzałkowskiej jest prosty i w pierwszej chwili możemy uznać, że typowy: oto bogato ilustrowany tomik wierszy o miesiącach i porach roku. Jednak już po pobieżnym przeglądzie zawartości zauważamy wyjątkowość prac Elżbiety Wasiuczyńskiej, a przewracając kartki niektórzy z nas złapią się na sprawdzaniu, czy palce nie ubrudziły się od farby z tych świeżych, soczystych malunków. Rośliny, zwłaszcza kwiaty i liście, pokazane są z bliska, z dbałością o każdy szczegół, cień, odblask, odwzorowanie faktury. Miód świeci jak wtedy, gdy słoik trzyma się "pod słońce", mroźne wzorki na szybie też widuję "na żywo" (i teraz wreszcie wiem, kto je maluje w najzimniejsze noce – pani Wasiuczyńska!), ale naszej czarnej kotki z tej strony deszczowego okna, z której jest widoczna w "Spacerkiem przez rok", jeszcze nie miałam okazji oglądać. Po stronach książki przechadza się spacerkiem mała panienka, czasem makowa, kiedy indziej bzowa, dmuchawcowa, pszczela, muchomorowa, żołędziowa, liściowa, w każdym razie niczym czarująca Calineczka odbywa podróż przez miesiące i pory roku przedstawiając charakterystyczne dla nich rośliny, zwierzęta i przedmioty (zimowe pierniczki, jesienne książki, noworoczne fajerwerki).

Ciepło, ciepło, coraz cieplej,
czas na klapki, kąpielówki –
coraz krócej śpią słowiki,
coraz dłużej śpią żarówki. (...)

Również wierszyki Małgorzaty Strzałkowskiej prezentują się bardzo przyjemnie, a czasem wręcz błyszczą. Mocno z nimi splecione ilustracje podsycają nastrój, przywołują wspomnienia, zapachy i smaki, ale to tekst stanowi punkt wyjścia, rozpoczyna zabawę polegającą na sezonowej wyliczance. Słowo jest w "Spacerkiem przez rok" tym ważniejsze, że autorka nie tylko snuje rymowane historyjki o przyrodzie, ale i tłumaczy pochodzenie poszczególnych nazw miesięcy.

Stary Rok się właśnie w styczniu
z Nowym Rokiem styka –
dzisiaj takie tłumaczenie
zwykle się spotyka.

Ale styczniem starą nazwę
tyczeń zastąpiono,
od tyk pod groch, chmiel, fasolę –
wówczas je robiono.

Inni twierdzą, że gdy w zimie
śniegi wiatr zawiały,
długie tyki, wbite w ziemię,
drogi wyznaczały.

Zdecydowanie więc wspólne przedsięwzięcie Małgorzaty Strzałkowskiej i Elżbiety Wasiuczyńskiej zaspokaja i głód (rymowanej) wiedzy, i potrzebę obcowania ze sztukami plastycznymi. Oba składniki są dobrej jakości, zostały idealnie zmieszane (bez grudniowych grud i październikowych paździerzy), podane z prostotą i proporcjami znanymi tylko największym mistrzom (wszak "Prostota jest rezultatem dojrzałości"...), a powstała w ten sposób strawa dla duszy ma nieograniczony termin przydatności do spożycia. Po lekturze "Spacerkiem przez rok" aż ma się ochotę zanucić wraz z Marylą Rodowicz "Ja to mam szczęście, że w tym momencie żyć mi przyszło w kraju nad Wisłą, ja to mam szczęście". Nie każdy autor, ilustrator i czytelnik ma do dyspozycji tyle pór roku, ich owoców i barw, co my!
Bożena Itoya

Małgorzata Strzałkowska, Spacerkiem przez rok, ilustracje Elżbieta Wasiuczyńska, Media Rodzina, Poznań 2016.

"Pinokio" w przekładzie Jarosława Mikołajewskiego i ilustracjach Roberta Innocentiego

Sześć lat temu wydawnictwo Media Rodzina przygotowało nową edycję "Pinokia" Carla Collodiego: w tłumaczeniu Jarosława Mikołajewskiego, opartym na pierwszym włoskim wydaniu książki z 1883 roku, oraz z ilustracjami Roberta Innocentiego, pierwotnie zamieszczonymi w amerykańskiej publikacji z 2005 roku. Do tego efektownego wydania (w pokaźnym formacie, z twardą oprawą i obwolutą, kredowym papierem oraz dużymi ilustracjami) wróciliśmy akurat teraz, bo "Pinokio" jest szkolną lekturą mojego syna, ucznia czwartej klasy szkoły podstawowej.
Od razu okazało się, że ta wersja klasycznej opowieści nie została stworzona dla dziesięciolatków. Po pierwsze, książka jest duża i ciężka, więc dzieciom wygodnie czyta się tylko przy stole lub biurku, a spakowanie jej do tornistra po prostu nie wchodzi w rachubę (waży tyle, co kilka podręczników). Po drugie, niewątpliwie jest to edycja kolekcjonerska, perła wydawnicza z wyjątkowymi ilustracjami, które jednak nie wpisują się w oczekiwania i wrażliwość przeciętnego czwartoklasisty.
Według mnie lektura ta w ogóle nie może zostać doceniona przez współczesne dzieci (swoje argumenty przytaczam poniżej), chyba że jako materiał źródłowy podczas lekcji etyki czy zajęć z zakresu historii literatury w najstarszych klasach (nowej-starej) szkoły podstawowej, gimnazjach czy w szkołach średnich.
Przekład Jarosława Mikołajewskiego podkreślił wszystko, co w tekście Collodiego najcenniejsze, najjaskrawsze i najzabawniejsze, a równocześnie wydobył subtelności dotąd niedostępne dla polskiego czytelnika. Niektóre sformułowania (nieobecne w wydaniu "Pinokia", jakie mój syn wypożyczył ze szkoły) dookreśliły baśniowość opowieści Collodiego, jednak jest to typ baśni zbliżony do niektórych upiornych utworów H.Ch. Andersena (jak nasz ulubiony "Mały Klaus i duży Klaus"), Braci Grimm czy Charlesa Perraulta, który po każdej baśni zamieszczał morał, często wydobywający z tekstu znaczenia nieoczywiste dla dzisiejszych dzieci, zazwyczaj korzystających ze złagodzonych, niepełnych wersji "Czerwonego Kapturka" czy "O pięknej, co w lesie spała, czyli śpiąca królewna" (tytuł z przekładu Barbary Grzegorzewskiej).
Dodatkowo posłowie przygotowane przez tłumacza, który sam jest pisarzem, poetą i dziennikarzem, przybliża kontekst utworu, całej twórczości Collodiego oraz niuanse pracy nad polskim przekładem, powstającym po ilustracjach Roberta Innocentiego i w ścisłym z nimi związku. Komentarz Jarosława Mikołajewskiego uważam za bardzo wartościowy, oczywiście, podobnie jak całe to wydanie "Pinokia", skierowany został do dojrzałego czytelnika. Publikacja powinna zadowolić koneserów włoskiej literatury i ilustracji, natomiast uczniowie przerabiający książkę w szkole mogą być mniej usatysfakcjonowani. Warto jednak, za przykładem (i przekładem) Jarosława Mikołajewskiego, spojrzeć na "Pinokia" właśnie jako na punkt na linii dziejów literatury włoskiej, europejskiej i światowej, zjawisko, muzeum motywów i postaci, skarbczyk dawnych wartości i metod dydaktycznych. Tak rozpatrywany "Pinokio" nabiera barw, przestaje być tylko postrachem wagarujących, leniuchujących i fantazjujących (bo czy aż kłamiących?) chłopców.
W dziwnym, niepokojącym, wręcz groteskowym świecie Collodiego zmyślanie i niewinne łobuzowanie uznawane są za przestępstwo i karane nie tylko ponurymi morałami wygłaszanymi przez każdą napotkaną postać – ludzką, zwierzęcą czy fantastyczną, ale i tułaczką zbliżoną do tej Odyseusza, cierpieniami psychicznymi i fizycznymi, więzieniem w różnych formach. Cóż, dla współczesnych dziesięciolatków te umoralniające lekcje są dziwaczne i niewiarygodne, a dla ich rodziców bywają "chore" i nieadekwatne do winy. W dodatku autor ocenia i opisuje wyłącznie zachowania chłopców, tych wiecznych czarnych owiec wśród dzieci. Dziewczynki są przecież grzeczne i ich nie trzeba pouczać, a może nawet nie oczekuje się od nich, że będą czytały książki (to nie należy do ich roli społecznej), stąd nie są wspominane? Czemu więc koleżanki mojego syna miałyby się interesować tą książką i podejmować jej analizę na lekcjach języka polskiego? Jarosław Mikołajewski porusza w posłowiu kwestię roli kobiet w "Pinokiu" (oraz ogólnie w twórczości i życiu autora), jednak z punktu widzenia czytelniczki ta klasyczna baśń jest po prostu anachroniczna.
Model pisarstwa Collodiego nie zajmuje dzisiejszej młodszej młodzieży, nawet tej najambitniejszej. Pomijając dydaktyzm "Pinokia", przeszkadzający obcującym z nim "drogim, małym czytelnikom", do których autor zwraca się bezpośrednio, oraz wyjąwszy kilkakrotnie powtarzane streszczenie przygód bohatera, treść książki może oczarować. Mnie poruszyły fantastyczne, nieco drastyczne przypadki drewnianego pajacyka i jego kolegów. Aby docenić walory tego utworu trzeba jednak lubić literaturę zakorzenioną w baśniowo-ludycznych "klimatach", mieć choć odrobinę zacięcia historyczno- i krytycznoliterackiego. Albo pochodzić z Toskanii.
Obrazy Roberta Innocentiego uważam za genialne. Moja mama spojrzała na nie przelotem i określiła jako "jak u Bruegla", realistyczne, piękne. Natomiast mój syn tylko przeglądał ilustracje, ze mną i z umiarkowanym zainteresowaniem. To, czy sceny z "Pinokia" w ujęciu Innocentiego spodobają się, czy nie, zapewne zależy od wieku (a nawet pokolenia), zamiłowań plastycznych oraz satyrycznych, bo ze stron tej edycji wyzierają twarze niejednokrotnie brzydkie, karykaturalne, zezujące i śmiejące się głupkowato. Kolory ilustracji są mało... kolorowe, nawet barwom ożywiającego otoczenie teatru marionetek, wystrzałowego cyrku czy cukierkowej Krainy Zabawek daleko jest do intensywności i pogody. Cóż, także wyśnione królestwo uciechy okazuje się tu pułapką, nie tylko literacką metaforą, ale po prostu jakimś zamkniętym pomieszczeniem, teatralną dekoracją. Innocenti zachwyca maszkaronami i potwornościami, brudnymi brukowanymi ulicami, surowymi karabinierami – ludźmi i drewnianymi ludzikami, paskudną paszczą oraz wnętrzem rekina-olbrzyma. Upiorność ilustracji jeszcze podbija atmosferę tekstu: znajdziemy na nich pękającego (dosłownie) ze śmiechu gigantycznego węża ze świecącymi oczami, umierającego osła z łzami w oczach czy bardzo plastycznie rozgniecionego Świerszcza-Który-Mówi. I tylko niebo Toskanii pozostaje, jak zawsze, żywoniebieskie.
Bożena Itoya

Carlo Collodi, Roberto Innocenti, Pinokio. Historia pajacyka, z włoskiego tłumaczył Jarosław Mikołajewski, Media Rodzina, Poznań 2011.

czwartek, 23 lutego 2017

"Wietrzyk" – dziecko Sibylle von Olfers


Jeśli czytaliście "Dzieci korzeni" Sibylle von Olfers i byliście oczarowani tą książką, to powinniście przyjrzeć się również "Wietrzykowi" tej samej autorki. W drugiej wydanej w Polsce (nakładem wydawnictwa Przygotowalnia) opowiastce nadal jesteśmy blisko natury, ale zmieniamy żywioł: przenosimy się od ziemi do powietrza. Moce przyrody znów są personifikowane, bo tytułowy bohater przybiera postać bladej, niemal przezroczystej blondynki w zwiewnej jasnoniebieskiej sukience. Wietrzna dziewczynka staje się towarzyszką zabaw dziecka, małego Janka, co odróżnia tę książkę od "Dzieci korzeni", ponieważ tam nie pojawiali się ludzie, a jedynie ożywione rośliny przypominające rozkoszne ludzkie dzieci. Również do "Wietrzyka" zawitają na chwilę owoce dzikiej róży, wyglądające niczym zgromadzenie Czerwonych Kapturków, oraz jesienne liście, które chyba były inspiracją dla fotograficzki Anne Gedes.
Urokliwa książeczka spodoba się miłośnikom starodawnych pocztówek, porcelanowych lalek i atmosfery zabaw naszych babć i prababć. Janek mógłby należeć do jednego z literackich rodzeństw – tego z "Piotrusia Pana", albo z "Lwa, czarownicy i starej szafy" czy "Pięciorga dzieci i czegoś". Jednak podobne harce na łonie natury nie są też obce współczesnym najmłodszym czytelnikom, przynajmniej ja, biegając po lesie jako dziecko, wyobrażałam sobie, że drzewa śmieją się do mnie i ze mną ścigają, a morze szepcze do mnie szumem fal. Dziecięca fantazja nie zna granic czasu, a to jest właśnie historyjka o wyobraźni towarzyszącej każdej samotnej zabawie. Dla małego odbiorcy nie jest istotne, że książka "Wietrzyk" powstała ponad 100 lat temu, w innych realiach kulturowych i językowych, ważne, że dziś, w świeżym i lekkim tłumaczeniu Elizy i Andrzeja Karmińskich, może zabrzmieć czytana przez rodziców i samodzielnie oglądana. A jest co kartkować, bo publikacja ma duże, utrzymane w spokojnej, jednolitej tonacji obrazki, ramki z motywów roślinnych (i... wietrznych) wokół tekstu, ciekawy, "poziomy" format, twardą, ale aksamitną oprawę z płóciennym grzbietem i na pewno różni się od innych pozycji z biblioteczki waszego dziecka – poza "Dziećmi korzeni", do których idealnie pasuje. Zróżnicowanie lektur dobrze wpływa na rozwój małego człowieka, warto więc poeksperymentować z tą klasyczną książeczką, nawet jeśli jej nowy właściciel przywykł raczej do nowoczesnych form i tematów. A jeżeli "Wietrzyk" porwie myśli i wyobraźnię dzieci, rodziców i dziadków z waszej rodziny, to pewnie ucieszycie się z przygotowywanych przez (nomen omen) Przygotowalnię polskich wydań trzech innych książek obrazkowych Sibylle von Olfers, zapowiadanych w posłowiu przez Martę Woszczak, redaktorkę krakowskiej oficyny.
Bożena Itoya

Sibylle von Olfers, Wietrzyk, z niemieckiego przełożyli Eliza i Andrzej Karmińscy, Przygotowalnia, Kraków 2016.