cudanakiju.pl

cudanakiju.pl

poniedziałek, 8 września 2014

Mikołaj(ek) była kobietą!

Nie, "Pamiętnik Czachy" nie opowiada o zmianie ani walce płci, bohaterka książki nie jest też wielbicielką mocnego, heavymetalowego brzmienia, jak może sugerować tytuł i szata graficzna.
Ta powieść to wielka niespodzianka, zdecydowanie wyróżnia się na tle polskiej literatury adresowanej do dzieci w wieku (około) 8­-12 lat. Joanna Jagiełło napisała bardzo dobrą książkę, narracją i tematyką przypominającą nieco "Mikołajka", ale... lepszą. Podobieństwo to zresztą przyszło mi na myśl dopiero po kilkudziesięciu stronach lektury, wcześniej uległam całkowitemu zaczytaniu i nie prowadziłam analiz porównawczych.
Czacha, a właściwie Amelia, jest dziesięcioletnią warszawianką, a nie abstrakcyjnym dzieckiem z innych czasów i nieznanego kraju, jak Mikołajek. Jej przygody są osadzone we współczesnej polskiej, wielkomiejskiej rzeczywistości. Codzienność bohaterki – zajęcia, fascynacje, problemy rodzinne, a nawet warunki mieszkaniowe – mogą być czytelnikom bardzo bliskie. Mój syn znalazł z Czachą "wspólny język": też wychowywał się "na trzydziestu metrach", dostał dyplom za "Kangurka", ale nie jest wzorem dobrego zachowania w szkole, uwielbia szkolną bibliotekę, odwiedziny w pewnej popularnej księgarni (niczym w muzeum) i nie zdobyłby u zuchów sprawności "milczka". Co prawda na zakończenie roku nie założył białej sukienki w granatowe ptaki i nie musiał zakrywać świadectwem czekoladowej plamy na tejże, ale niedawno przeżył pierwszą taką "galową" ceremonię i wrażenia ma podobne.

Mikołajek, opowiadając o sobie, bawi chyba bardziej dorosłych niż dzieci. Amelia­ Czacha jest natomiast bohaterką "naprawdę dziecięcą", w książce znalazłam najwyżej dwa żarty potencjalnie niezrozumiałe dla ośmio­ czy dziesięciolatka. Są za to fragmenty, które mogą rodziców bulwersować – co za, bałagan, karygodny brak odpowiedzialności! Jednak przy lekturze tego osobliwego pamiętnika śmiałam się głośno i wielokrotnie, czasem nawet w miejscach publicznych.
A Mikołajek, we wszystkich znanych mi odsłonach i interpretacjach (książkowych i audiobookowych), potrafił wywołać u mnie tylko szeroki uśmiech. Podobnie odbiera "Pamiętnik Czachy" mój syn: nie może się od niego oderwać, co kilka/kilkanaście minut cytuje mi wyjątkowo dla niego zabawne fragmenty, choć wie, że już przeczytałam całość. Z Mikołajkiem nie zaprzyjaźnił się aż tak.
Nie tylko Czacha jest postacią wyraźną, wiarygodną, naturalną i zabawną. Każda z osób opisywanych (i narysowanych) przez bohaterkę­narratorkę jest taka: matka, jej przyjaciel, siostra, ojciec, jego partnerka, ojciec siostry, babcia... Pod względem relacji między dorosłymi nie jest to może typowa rodzina, ale rozwód czy rozstanie rodziców decydują o codzienności wielu dzieci i takie literackie zwierciadło będzie się im podobać, a może nawet zdoła pomóc? Stosunki rodzinne opisane zostały co prawda humorystycznie, ale i prawdziwie. Dorośli drą koty, ale mimo to Czacha ma dwa (zupełnie różne) domy i nikt nie zabrania jej spotkań z ojcem. Ta książka mogłaby być rozdawana w ramach kampanii społecznej Rzecznika Praw Dziecka...


Dorośli opisani przez Joannę Jagiełło mają chyba więcej słabości od tych z otoczenia Mikołajka, ale wzbudzają większą sympatię. Matka nie jest idealna ani typowa (jak bywa w wielu współczesnych książkach dla dzieci i młodzieży), co sama stwierdza. Złości się na córki, "dołuje", a nawet przeklina, nie współczuje Amelii, kiedy ta zrobi coś głupiego i musi ponosić konsekwencje. Ojciec jest zwariowanym nauczycielem, bolejącym nad zepsuciem pokolenia córki, zwłaszcza nad zapatrzeniem w elektroniczne gadżety (jakbym siebie słyszała). Wychowawczyni potrafi co chwilę zwracać uwagę najzdolniejszym uczniom, a prawie dorosła siostra myśli wyłącznie o swoim wyglądzie i poznawaniu nowych chłopców. Jednak na obóz letni, w dniu odwiedzin, do Czachy przyjeżdżają nie tylko mama i siostra, ale i ojciec ze swoją partnerką (nielubianą, z wzajemnością, przez mamę). Ojciec towarzyszy też mamie na  uroczystości zakończenia roku w szkole Czachy, a przyjęcie urodzinowe dziewczynki kończy się partyjką kręgli rozegraną między jej ojcem a (przyszłym) ojczymem oraz odśpiewaną przez rodziców (Czachy i koleżanek) "Naszą klasą" Jacka Kaczmarskiego. I jak tu nie lubić takich dorosłych?
Zapomniałabym, Amelia marzy o psie. Ten wątek otwiera i zamyka powieścio­pamiętnik, jednak dla mnie ważniejsze było wszystko, co w środku. A za najweselszy fragment uważam ostatni akapit, w którym Czacha dostaje od ojczyma kolejny, jeszcze pusty notes i zapowiada, że napisze drugi tom pamiętnika. Czekamy!
Bożena Itoya
Joanna Jagiełło, Pamiętnik Czachy, Wydawnictwo Literatura, Łódź 2014.

Ciepła opowieść na ochłodę

Zmęczeni upałami, sięgnęliśmy ostatnio po lekturę nietypową o tej porze roku, taką grudniowo­świąteczną. "O czym pada śnieg" Agnieszki Tyszki to ciepła historia o
mroźnym i zaśnieżonym świecie owadów, w którym "Kolejne dni mijały spokojnie, przyglądając się w zadumie: przebiśniegom i sasankom, pierwszym listkom brzóz, dojrzewającym poziomkom, trawom mokrym po deszczu, żółknącym klonom i spadającym kasztanom. No i śniegowym gwiazdkom, oczywiście".

Autorka nie wspomina wprost świąt Bożego Narodzenia (choć mowa jest o jakichś zimowych świętach), biedronki, ćmy i gąsienice posiadają rozmaite cechy ludzkie, ale nie są aż tak
uduchowione. Dzidzia Biedronka i gąsienica Gąsia chodzą do przedszkola, biorą udział w kuligu, mają swoje misie (ożywające maskotki), radości, przyjaźnie i smutki. Są zwykłymi literackimi dziećmi, z którymi mogą się utożsamiać mali czytelnicy.
Na początku opowieści biedronka przeżywa przykrą przygodę, której opis może pomóc dzieciom w radzeniu sobie z przedszkolnymi problemami i ze wstydem.
"Kiedy była już w szatni poczuła, że strasznie, ale to naprawdę strasznie chce jej się SIUSIU. Biedaczka podskakiwała raz na jednej, raz na drugiej nodze (wtedy wydawało jej się, że siusiu JESZCZE CHWILĘ poczeka) i próbowała ściągnąć spodnie.
– Szybciej, szybciej! – poganiała Dzidzia prawą szelkę.
– Szybko, proszę... – szarpała za lewa nogawkę.
Wszystko na nic! Czerwone spodnie na dobre utknęły na Dzidzi, a może to raczej ona utknęła w
nich? (...)
Dwa zielone żuczki szeptały coś do siebie i cichutko chichotały. Biedronka zastanawiała się, czy
to czasem nie ona była przyczyną ich wesołości. Stała (bojąc się ruszyć) bardzo smutna i bardzo
mokra, a pierwsze łzy zaczynały jej spływać po policzkach.
Na szczęście nadeszła pani."

"O czym pada śnieg" jest więc początkowo bajką terapeutyczną, jednak dalej autorka odchodzi od tej konwencji, opowiadając o poszukiwaniach zagubionych w lesie przyjaciół, samotności i smutku starszej pani (ćmy, której portret widnieje na okładce), przypadkowych spotkaniach, współczuciu i nawiązywaniu nowych przyjaźni. Przygody zimowych robaczków uczą chyba przede wszystkim empatii. Jest to zarazem lekka, przyjemna lektura na każdą porę roku, bo czyż latem nie jest miło wyobrazić sobie, jak "Śnieg padał i padał... Ogromne płatki wirowały w szalonym tańcu, kręcąc piruety i fikając koziołki".
Bożena Itoya

Agnieszka Tyszka, O czym pada śnieg, ilustracje Aleksandra Kucharska­Cybuch, AKAPIT PRESS 2013.

Zdematerializowane kabanosy, czyli "Walizka pana Hanumana"

Kolejna książeczka z serii "Czytam sobie" wydawnictwa Edukacyjny Egmont z pewnością spodoba się najmłodszym fanom Harry'ego Pottera. Rafał Witek przygotował dla początkujących czytelników (poziom 2) zwariowaną historyjkę o zagubionej magicznej walizce, której zawartość przysporzy głównym bohaterom nie lada kłopotów, gdy w ich otoczeniu zaczną się dziać niesamowite rzeczy. Krótka, ale zabawna opowiastka z morałem, przypominająca, że ciekawość to pierwszy stopień do piekła, ale uczynność popłaca.
Tekstowi towarzyszą barwne ilustracje Emilii Dziubak, wiernie, niemalże zdanie po zdaniu opowiadające całą historię. W pamięć najbardziej zapada postać zapłakanej Oliwki z nosem kabanosem i szczerzący zęby w szelmowskim uśmiechu Adrian.
Bawi nieco próba uwspółcześnienia opowieści przez włożenie w ręce bohaterów takich gadżetów jak tablet z logo nadgryzionej gruszki czy smartfon. Z tego typu zabiegami zwykle wiąże się problem: dorośli autorzy niekoniecznie nadążają za dziecięcą rzeczywistością, a nawet jeśli tak, to ta z każdym rokiem zmienia się diametralnie. Główna bohaterka, Daria, za pomocą tabletu wysyła koleżance mejla ze zdjęciem. Mejla? Z badań wynika, że młodzież prawie nie używa poczty elektronicznej. W takim razie może Facebook? Pudło, dane statystyczne są nieubłagane: z Facebooka korzystają przede wszystkim starsi użytkownicy, wśród
młodych najpopularniejsze są dziś (o ile jeszcze jestem na bieżąco) serwisy takie jak Twitter czy Instagram. Tylko czy będą popularne jutro? Cóż, wygląda na to, że wszelkie próby stworzenia książki, która będzie aktualna pod względem używanych przez bohaterów technologii, są z góry skazane na porażkę. Dlaczego w takim razie marudzę? Można przecież umiejscowić dzieci w określonym czasie i do niego dostosować sposób komunikacji. Jasne, można - i rzeczywiście były czasy, kiedy młodzi pisali sobie mejle (pamiętam, byłam wtedy w liceum). Tylko że nikt wtedy nie słyszał o tabletach, smartfonach i ekranach dotykowych.
Druga wątpliwość dotyczy języka - i jest to przypadłość wszystkich książeczek poziomu drugiego (poziom pierwszy pomijam ze względu na naprawdę niewielką ilość tekstu). Weźmy poniższy fragment:
Ojej! - wymamrotała, gdy wieko walizki zostało otwarte. - To sekretne skrypty! (...) Ale cudackie te litery (...) - Daria złapała kilka kartek i lustrowała je drobiazgowo.
Od sztuczności zastosowanego w tekście słownictwa i konstrukcji bolą mnie zęby (chociaż może to mieć związek z wczorajszą wizytą u dentysty...). Oczywiście wynika to z ograniczeń narzuconych na autorów tekstów (brak zbitek i głosek takich jak "sz", "cz", "ni", "ś", "ć", "ą", "ę"). Pomysł ułatwiania w ten sposób zadania początkującemu czytelnikowi jest ciekawy, ale w praktyce uniemożliwia stosowanie wielu często występujących w języku słów i sprawia, że tekst staje się przekombinowany i być może - nie sprawdzałam tego w praktyce - trudniejszy w odbiorze. Bohater nie może pójść, więc galopuje. Nie może nieść, więc targa. Nie może nawet czytać - więc odcyfrowuje, lustruje i studiuje. A kabanosy, zamiast zniknąć, muszą zostać zdematerializowane.
Trzecie, drobne zastrzeżenie podpowiada mi moja feministyczna dusza: w skrócie, mamy tu historyjkę o dwóch dziewczynkach, które wpadają w tarapaty i w te pędy wzywają chłopca, by ten rozwiązał problem. Również Adrian wpada później na pomysł, co zrobić z tajemniczą walizką. Oklepany schemat, powielany przez wiele historii dla dzieci. Nie znaczy to oczywiście, że książka nie jest warta przeczytania, ale przyznam, że nie byłby to mój pierwszy wybór, gdybym szukała lektury dla zaczynającej przygodę z książką córki.
Pomijając te drobne w gruncie rzeczy uwagi, "Walizka pana Hanumana" to lekka, zabawna opowiastka, w sam raz na pierwsze kroki z nieco dłuższą lekturą. Kto wie, może właśnie odcyfrowanie "zdematerializowanych kabanosów" sprawi młodemu czytelnikowi największą frajdę?
Joanna Pietrulewicz

Detektyw z ogonem, czyli Tytus - superpies

Trwają wakacje, co dla dzieci oznacza czas słodkiego lenistwa. Pamiętam, że kiedy nadchodził ostatni dzień szkoły, przygotowywałam swój wakacyjny niezbędnik: torebkę, a w niej ołówek, kartkę, parę monet, kawałek sznurka. Z tym pakunkiem na szyi biegałam po okolicy i rozwiązywałam detektywistyczne zagadki. Na karteczce zapisywałam poszlaki i rysowałam mapy, sznurek pozwalał budować sprytne pułapki na złodziei. To nic, że i zagadki, i ich rozwiązania były zmyślone. Bawiłam się doskonale.
Przypomniałam sobie o mojej wakacyjnej zabawie, czytając kolejną pozycję z serii Czytam sobie - "Tytus - superpies". Tytułowy Tytus jest detektywem starej szkoły, w charakterystycznym kraciastym wdzianku i sznurowanych butach. Poznajemy go, gdy popija herbatę z filiżanki (jak na naśladowcę najsłynniejszego brytyjskiego detektywa przystało) i wygląda przez okno swojego elegancko umeblowanego mieszkania, oczekując na kolejną zagadkę do rozwiązania. Ta pojawia się wraz z pudlem Koko, który zawiadamia Tytusa o pewnej spektakularnej kradzieży.
Joanna Olech jest doświadczoną pisarką literatury dziecięcej (stworzyła między innymi popularną "Dynastię Miziołków"), co od razu daje się odczuć. Tekst, pomimo ograniczeń w doborze głosek, czyta się bardzo przyjemnie. Wszelkie odbiegające od normy sformułowania łatwo zrzucić na karb nieco staroświeckiego sposobu mówienia Tytusa. Rysunki (również dzieło autorki) zachwycają pewną kreską i bogactwem emocji wyrażanych przez sympatyczne psie pyszczki. Czy Tytus odnajdzie portret wuja Rollo? Polecam książeczkę Joanny Olech na wakacyjną lekturę. Kto wie, może zachęci ona dzieci do wyjścia na dwór i poszukania własnych zagadek do rozwiązania?
Joanna Pietrulewicz

czwartek, 10 lipca 2014

Plecak wakacyjny małoletniego


Wybieram się na wakacyjną wyprawę z najmłodszym.
Już tylko przysłowiowego "dziada z babą" brakuje, a nie mamy spakowanej jeszcze żadnej zabawki, książki czy konewki.
Dramatyczny wybór. Może pokusić się jeszcze jedną walizkę? Całą przyczepę? Może dla odmiany nie zabierać któregoś z największych gabarytowo domowników i na Jego miejscu upchnąć łopatki i piłki plażowe dla najmłodszego...?
Jest przecież "oczywistym", że są rzeczy na wakacjach niezbędne, z których tak łatwo się nie zrezygnuje. Są to, między innymi,puder w kremie,krem, krem przeciw, na i po, poza tym różne potrzebne maści i emulsje...
Krótko mówiąc: do zabrania jest dużo, walizka mała, cierpliwość przewoźnika ograniczona.
Rzeczy niezbędne kobiecie do oddychania trzeba zabrać koniecznie, wszystkie inne nabędziemy drogą kupna na miejscu.  Tylko, jak wiemy, w nadmorskich, na przykład, kurortach rodzimych mamy do czynienia z tzw. budką chińską. Koło takiej budki polskiej, ale jednak chińskiej, dziecko moje małoletnie nie przechodzi swobodnie w "asertywnym wyciszeniu", tylko gna jak opętane, krzycząc: "Kup mi coś". COŚ najczęściej kosztuje niemal połowę miesięcznego wynagrodzenia męża.  Kupowane w drodze nad morze i z powrotem, efektywnie drenuje portfel.
Nie ma wyjścia, wygospodarować musimy część edukacyjno-rozrywkową w wozie naszym. I już wiem, jaką pierwszą książkę włożę do plecaka syna. Będzie to opowieść o robalach, o mrówkach dokładnie.
Wydaną w Naszej Księgarni książkę "Opowiem ci, mamo, co robią mrówki" namalowała Katarzyna Bajerowicz. Do rysunków wiersze napisał Marcin Brykczyński. Duet wyśmienity.
Świetny koncept i ilustracje. Jest w tej książce i zabawa dla oka, i dla małoletniego intelektu. Czyli to, co tygryski lubią najbardziej.
Ilustracje żywe, dowcipne, ciekawe. Dzieje się na nich dużo, jak w mrowisku. Bohaterami, oprócz mrówek, są motyle, biedronki, mszyce, ślimaki, świerszcze. Jednym słowem, robale, owady i jeszcze raz owady.

Wszystko zmalowane z perspektywy ziemi, dokładnie i szczegółowo. Każdą z ilustracji dziecko może oglądać wielokrotnie, odkrywając na niej za każdym razem nowe ciekawostki. Autorzy namawiają do interakcji z książką, szukania bohaterów, detali, porównywania obrazków. To nie jest nuda o robalach. To sympatyczna przygoda na łące stworzona z humorem i dowcipem.



Książka wydana jest wyjątkowo starannie. Twarde kartki, nie tak łatwo zniszczalne w jednym pokoleniu. Zaokrąglone rogi, świetny papier, matowa folia, którą pokryte są strony. Wszytko to sprawia, że książka jest przyjemna w dotyku, ilustracje czytelne, a całość bezpieczna dla malucha.  
"Opowiem ci, mamo, co robią mrówki"  nie jest panaceum na wszystkie nasze wyjazdowe bolączki ale będzie  na pewno jedną z istotniejszych lektur w naszym wakacyjnym plecaku.
Widziałam już jej kontynuację  "Opowiem ci, mamo, co robią pająki" i tak sobie myślę, że z olbrzymią przyjemnością odłożę pakowanie i udam się do księgarni po drugi tom z tej serii. 
Do wyjazdu jeszcze chwila, na pewno zdążę ... A książki na wakacjach muszą być wyjątkowe. Gromadą przecież nasze wspomnienia.
Anna Łukasik
Od wydawcy: Znakomity prezent dla dzieci w wieku od 2 do 6 lat. Sztywne kartki (dzięki którym książka przetrwa wielokrotne zetknięcie ze zręcznymi rączkami małego czytelnika), poręczny format, a przede wszystkim przepiękne ilustracje Katarzyny Bajerowicz, którym towarzyszą rymowane zagadki Marcina Brykczyńskiego, tworzą prawdziwe dzieło sztuki! www.mrowisko.nk.com.pl

poniedziałek, 23 czerwca 2014

wyprawa do lasu, czyli dżungla w mieście

Czerwony Kapturek w wielkim mieście” to nowa odsłona klasycznej baśni. Trudno zliczyć, ile umysłów zainspirowała już do tej pory historia małej dziewczynki, wysłanej do lasu, gdzie czai się niebezpieczny wilk. Nic dziwnego, bo opowieść dotyka mocno archetypów, kluczowych symboli. Wyjście do lasu, chociażby, to inicjacja w dorosłe życie, zetknięcie ze światem mrocznych popędów, konfrontacja z lękiem, próba… Pamiętam, że gdy byłam mała, nie mogłam się nadziwić, że mama Kapturka naraża swoje dziecko na takie niebezpieczeństwo (czy nie mogła pójść do babci sama, wiedząc, że w lesie jest niebezpieczny wilk?). Teraz trochę inaczej na to patrzę: nie sposób nie zmierzyć się w końcu w życiu z „lasem”, czasem trzeba się wręcz zgubić, by odnaleźć swoją własną drogę (jak ładnie to przedstawia jedna z opowieści chasydzkich). Mama Kapturka wykazała się odwagą i mądrością, ufając córce i wierząc, że ostatecznie historia ta będzie miała dobre zakończenie. Nie sposób przecież całe życie siedzieć w domu, bojąc się wilka, prawda?
Las może wyglądać bardzo różnie. W nowej odsłonie Aarona Frisha (wydawnictwo Media Rodzina, 2014) rolę jego przejmuje miejska dżungla, jeszcze straszniejsza, niż niewinny dziki zagajnik. Powściągliwy, metaforyczny styl autora kontrapunktują niezwykłe ilustracje, których autorem jest Roberto Innocenti, bardzo mroczne, niepokojące. Nawet w miejscach, w których miasto zdaje się pokazywać nam od swojej lepszej strony, widoki są przygnębiające. Wprawne oko od razu zauważy głęboko przeżartą przez rozmaite patologie tkankę miasta: pełne nienawiści graffiti na murach, płonące śmietniki, ślady po wypadku (zabójstwie?), wszechobecny brud i zaniedbanie. Obfitość rozmaitych „dóbr” (to słowo wydaje się aż nieadekwatne w tym kontekście) w „sercu” (kolejny paradoks!) miasta, zwanym Puszczą (a które jest, po prostu, wielkim centrum handlowym) bynajmniej nie pokrzepia, lecz też w jakiś sposób przygnębia. Deszcz i chmurne niebo dopełniają narastającą atmosferę grozy. Zło jest blisko, wprost czuje się jego obecność. Czy mała dziewczynka da sobie radę w takim miejscu?

 
W różnych interpretacjach na temat Czerwonego Kapturka nieraz trafiałam na różne zakończenia, dostosowane do wieku i wrażliwości odbiorców. Spotkałam się również z polemiką na temat niepotrzebnego „wygładzania” historii, odbierającego nieraz sens głębokiemu przesłaniu baśni, nie pozwalającego przeżywać dzieciom uczuciowego katharsis, zatrzymującego je, by użyć tu metafory, w domu ze strachu przed lasem. Aaron Frish nas nie oszczędza, ale jednocześnie sugeruje inne zakończenie opowieści. Baśnie są jak niebo. Mogą się zmieniać, przynosić niespodzianki, zaskoczyć was, gdy będziecie bez płaszczy – pisze autor.
Myślę, że niezwykle cennym doświadczeniem będzie przeczytanie „Czerwonego kapturka” razem z dziećmi, nawet z tymi starszymi. Przeżyć chwile strachu, wtulając się w mamę, a potem poopowiadać sobie o realnych zagrożeniach życia w mieście, o rozsądku i odwadze. Ilustracje są tak ciekawe, że na pewno – jak zwykle u Innocentiego - nie wystarczy jeden raz, by wyśledzić wszystkie interesujące szczegóły. Do tej książki się wraca…
Agnieszka Jeż


Od wydawcy: Książka ta pokazuje, że znana wszystkim baśń o Czerwonym Kapturku jest wciąż bardzo aktualna i wywołuje dreszcz grozy i u dzieci, i u dorosłych. Przeniesiona we współczesne realia i bogato ilustrowana przez Roberto Innocentiego zyskuje nowe życie. Jak przed wiekami bracia Grimm, tak dziś Innocenti pokazuje, że las, niezależnie od tego, czy składa się z drzew, czy z betonu i stali, może być bardzo niebezpieczny i pełen drapieżników.

Koc trolla Alojzego

 
"Koc trolla Alojzego" wydawnictwa Edukacyjny Egmont to książeczka z serii do nauki czytania - poziom pierwszy, czyli coś dla zupełnie początkujących. Opowiastka Zofii Staneckiej nie jest szczególnie skomplikowana - całość to może kilkadziesiąt wyrazów, budujących krótkie, proste zdania. Troll Alojzy dostaje od kuzyna koc. Gdy pod nim zasypia, prezent zaczyna się ruszać, a spod niego wypełza... A, tego już nie zdradzę, choć muszę przyznać, że sama nie miałabym nic przeciwko podobnej niespodziance.
Warto zwrócić uwagę na dobór słów - jak już wspomniałam w tekście dotyczącym całej serii, książeczki poziomu pierwszego zawierają tylko najprostsze głoski, nie ma tu ogonków ani dwuznaków. Są za to ćwiczenia z literowania wyrazów i pytania dotyczące treści i ilustracji, schowane pod okładką.
Ważnym elementem książki są ilustracje Jony Jung. Żywe kolory i nieskomplikowane kontury postaci zachęcają do tego, by dzieci próbowały własnych sił w kopiowaniu stylu autorki, a uśmiechnięty troll z wielkim nochalem od razu budzi sympatię. W dodatku, jeśli się dobrze przyjrzymy, odkryjemy, że stworek jest bałaganiarzem - na podłodze jego pokoju leży wiertarka, garnek, pinezki, trampki, a na stoliku - ogryzek jabłka. Wyszukiwanie i nazywanie tych przedmiotów to kolejna zabawa, jaką możemy zaproponować młodym czytelnikom.
Kolejna książeczka z tej serii, "Marta i ufoludek", to wspólne dzieło pisarza Wojciecha Widłaka oraz ilustratorki Ewy Poklewskiej-Koziełło. Tomik skierowany jest do najmłodszych czytelników (poziom 1), stanowi więc raczej historyjkę obrazkową, uzupełnioną na każdej stronie krótkim opisem. Warto w związku z tym zwrócić szczególną uwagę na ilustracje, rysowane wprawdzie prostą, dziecinną kreską, ale z widoczną dbałością o szczegóły. Pierwszym elementem, który mnie urzekł, była wchodząca do pokoju mama: bosa, z rozpuszczonymi włosami, ubrana w czerwoną wzorzystą tunikę i zielone spodnie. Wreszcie! - myślę sobie - ktoś odważył się odrzucić wzór mamusi z fartuszkiem na biodrach i włosami spiętymi w kok, powtarzany do znudzenia w książeczkach dla dzieci. Swoją drogą, autorka ilustracji przywiązuje szczególną wagę do ubioru postaci: główna bohaterka na przestrzeni kilku kartek przebiera się dwukrotnie, jej strój zresztą też jest nie byle jaki - od razu rzuca się w oczy stylowy granatowy berecik. Na szczęście nigdzie nie pojawia się wszechobecny dziś róż. Natomiast tytułowy ufoludek jest przeuroczy i aż prosi się, żeby stworzyć na jego wzór szydełkową przytulankę. Zachęcam więc rodziców do wejścia z dzieckiem w świat czytelnictwa wraz z Martą i jej pozaziemskim kolegą.
"Pułapka na ktosia" Ewy Nowak to książeczka poziomu 3 z serii Edukacyjnego Egmonta. Tekst przeznaczony jest dla bardziej zaawansowanych czytelników, zawiera wszystkie głoski, a czarno-białe szkicowane ilustracje Joanny Rusinek pojawiają się raz na kilka stron - nie dominują nad tekstem, a stanowią jego uzupełnienie. Litery są jednak dość spore, co gwarantuje satysfakcję wynikającą z częstego odwracania kartek. Dodatkowo trudniejsze słowa oznaczone są gwiazdką i wyjaśnione w słowniczku na końcu tomiku (swoją drogą, nigdy nie przepadałam za tym rozwiązaniem, wolałabym przypisy umieszczane na dole strony).
Książka opowiada o wakacyjnej przygodzie dwójki rodzeństwa, Hani i Artura. Pobyt w domku nad jeziorem przybiera nieoczekiwany obrót, gdy wokoło zaczynają znikać różne rzeczy: a to jabłka, a to kapelusz, a to miotła. Oczywiście spostrzegawczy czytelnik bardzo łatwo odgadnie, kim lub czym jest tytułowy "ktoś", na którego pułapkę zastawiają dzieci. Wystarczy uważnie przyjrzeć się ilustracjom.
W historii pojawia się również postać taty, wprawnego opiekuna, który bez żadnych ceregieli smaży dla dzieci na obiad naleśniki i placki ziemniaczane. Najwyraźniej nie bez powodu nosi koszulkę z napisem: "Najlepszy tata świata". Niestety każdy rodzic, nawet ten najlepszy, miewa gorsze chwile. Kiedy wokół zaczynają się dziać dziwne rzeczy, tata zrzuca winę na Hanię i Artura i nie słucha wielokrotnych zapewnień dzieci, że nie mają z tymi wydarzeniami nic wspólnego. Nawet gdy tajemnica zostaje wyjaśniona, nie dowiadujemy się, czy przeprosił dzieci za swoje postępowanie. Ten wątek aż prosi się o nawiązanie w pytaniach do tekstu. Tymczasem jedyną osobą, której zachowanie czytelnik ma przeanalizować, to Hania, która w nerwach nazywa tajemniczego złodzieja "tchórzem".
Historia jest mimo wszystko lekka i zabawna, a zakończenie może być dla dzieci zaskakujące (punkt wyjścia, by dowiedzieć się czegoś więcej o zwierzętach gospodarskich?). Pozycja w sam raz na jedną z pierwszych dłuższych lektur.
Joanna Pietrulewicz