cudanakiju.pl

cudanakiju.pl

poniedziałek, 14 listopada 2016

Uwaga, wilk! I inne obrazkowe bajki Ezopa

Książka "Uwaga, wilk!" Cristóbala Joannona (tekst) i Agaty Raczyńskiej (ilustracje) różni się od zwyczajnych zbiorów bajek Ezopa. Jest to autorskie ujęcie tradycyjnych utworów, jakby wariacja na ich temat. Twórcom udało się i zaskoczyć, i zauroczyć czytelników, przynajmniej my jesteśmy pod wielkim wrażeniem tych celnych i zabawnych interpretacji. Nigdy wcześniej nie czytało się nam Ezopa tak wesoło i lekko, przy czym przekaz (wyrażony wprost lub zawieszony w niedomówieniu) nigdy nie wydał mi się tak dobitny oraz współczesny.
"Uwaga, wilk!" jest wytworem artystycznym, plastyczno-literackim, chociaż równocześnie ma charakter użytkowy, bo książka przyda się i będzie zrozumiała pod każdą strzechą – wszak Ezop od zawsze kojarzył się z filozofią dla każdego, a w tak przyjemnym wydaniu jest jeszcze bardziej przystępny. Nieduża publikacja zawiera niewiele tekstu, zapisanego wersalikami naśladującymi pismo odręczne, oraz sporo barwnych ilustracji uczestniczących w opowieści na zasadach zbliżonych do komiksu, nawet wypowiedzi postaci rozpisane są na dymki. Linie rysunków czasem dzielą tekst, całe strony pełne są dynamiki i... mimiki, mimo że większość bohaterów to zwierzęta. Tutaj wystarczy spojrzeć na oczy jamnika, lwicy, zajęcy, Ezopa, kruka, rekina, konika polnego czy rybaka, by wszystko zrozumieć. Pomysłowość ilustratorki sięga także rozmieszczenia dymków, niekiedy przeciągniętych hen hen i jeszcze dalej. Ta książka nie mogłaby istnieć bez obrazków Agaty Raczyńskiej, które nadają całości wyjątkowy charakter(ek) i komiksowy połysk.
Koncepcja zbioru obejmuje nie tylko bajki (między innymi: "Znalezisko koguta", "Mrówka i konik polny", "Skarb rolnika", "Dąb i trzcina", "Zające i żaby", "Wiatr i słońce", "Uwaga, studnia!", "Lisica i kruk"), ale zakłada kompletne spojrzenie na twórczość Ezopa. Duet Joannon&Raczyńska gdzieniegdzie dodaje więc sugestie co do morałów ("co autor miał na myśli"), a po właściwych utworach przedstawia oryginalny opis i portret bajkopisarza oraz kilka wyjaśnień odnośnie założeń projektu "Uwaga, wilk!". Mam nadzieję, że polscy czytelnicy zyskają możliwość poznania kolejnych przedsięwzięć tych twórców i tego typu, bo jest to jedno z naszych tegorocznych książkowych objawień.

Bożena Itoya

Cristóbal Joannon (tekst), Agata Raczyńska (ilustracje), Uwaga, wilk! I inne bajki Ezopa, przekład Agata Raczyńska, Nasza Księgarnia, Warszawa 2016.

Archie Greene i Klub Alchemików


Drugi tom przygód dwunastoletniego Strażnika Płomienia, obdarzonego wyjątkowym talentem rozmawiania z książkami, nosi tytuł "Archie Greene i Klub Alchemików". Po książkę tę można sięgnąć nawet nie znając części pierwszej ("Archie Greene i sekret czarodziej") ponieważ autor szczegółowo streszcza wcześniejsze wydarzenia i przedstawia ich uczestników nawet dokładniej niż poprzednio. My pamiętaliśmy każdą stronę powieści, ale innym czytelnikom te przypomnienia mogą pomóc w śledzeniu akcji na bieżąco. Wiele zagadnień doczekało się też poszerzenia, którego brakowało nam w pierwszym tomie.

– Nie miałem pojęcia, że magiczna społeczność jest aż tak wielka – stwierdził ze zdumieniem chłopak, przyglądając się tłumom. – Chyba nie wszyscy są Strażnikami Płomienia?
Woodbine pokręcił głową.
– Nie, ale wszyscy pochodzą z magicznych rodów. Część z nich to dawni uczniowie muzeum. Teraz uczą się tu ich synowie i córki. Ale nie brakuje absolwentów innych akademii magii, którzy posłali swoje dzieci do szkół, które sami ukończyli. Większość po zakończeniu nauki obejmuje posady w świecie Nieprzygotowanych. Tylko szczęściarze mają pracę związaną z magią.

Archie wciąż mieszka z siostrą ojca i jej rodziną, kształci się w dziedzinie odnawiania książek magicznych pod okiem introligatora Starego Zeba, pobiera też inne nauki pod okiem pracowników Muzeum Rozmaitości Magicznych w Oksfordzie oraz Orpheusa Glooma z Królewskiego Towarzystwa Magii w Londynie. Autor powieści zadbał o rozbudowaną strukturę czarodziejskiego świata i opis stosunków ze zwykłymi ludźmi – Nieprzygotowanymi. Relacje między samymi czarodziejami bywają pokojowe i przynajmniej poprawne, zdarzają się też większe lub mniejsze niepokoje, podejrzenia i afery.

Królewskie Towarzystwo Magii sprawowało pieczę nad magią w całej Wielkiej Brytanii. Podlegało jedynie Lidze Magicznej, międzynarodowej organizacji skupiającej czarodziejów. Gloom z szerokim uśmiechem omiótł spojrzeniem salę. Archie poczuł się nieswojo, bo wydawało mu się, że przybysz na chwilę zatrzymał na nim wzrok. Może wiedział, że chłopiec jest zaklinaczem książek?

W nowej historii ujawnione zostaje nowe zagrożenie, a właściwie cała seria niebezpieczeństw dotyczących bezpośrednio Archiego i jego przyjaciół, ale też całego magicznego świata. Obok zwykłych Znamion Płomienia świadczących o specjalności ucznia muzeum (odnajdywanie, odnawianie lub doglądanie), na dłoniach pięciorga dzieci (Archie Greene, Bramble i Thistle Foxe'owie, Rupert Trevallen, Arabella Ripley) pojawiają się dodatkowe symbole: każde z nich zyskuje złotego smoka ułożonego w kształt koła, oznaczającego umiejętność pisania zaklęć i związek z Klubem Alchemików. Takie znaki ostatnio nosili bowiem w XVII wieku potępieni członkowie tajnego stowarzyszenia praktykującego czarną magię. Powrót złotych znamion w tajemniczy sposób łączy się z osłabieniem magii chroniącej Muzeum Rozmaitości Magicznych i wszystkie czarodziejskie księgi. Nadejście rządów ciemnej strony mocy wydaje się bardzo prawdopodobne i bliskie.

– Nie słyszę nic prócz tego dziwnego szelestu – szepnął Thistle.
Archie znowu wytężył wzrok w ciemnościach. Ogarniało go coraz większe przerażenie. Miał wrażenie, że na jego ramieniu zaciska się lodowata dłoń. Obok rozległ się jęk Thistle'a.
– Archie, nie chcę cię martwić, ale mój pierścień zaczął świecić. Tato mówił, że robi tak, kiedy w pobliżu jest czarna magia.
Ponownie rozległ się szelest. Coś okropnie zaśmierdziało i po chwili Archie usłyszał obcy głos:
– Co my tutaj mamy? Dwóch chłopców zagubionych w ciemnościach. Znakomicie!

Archie i jego kompani postanawiają spisać na nowo dobre zaklęcia i tym samym ocalić swój świat przed upadkiem, szybko jednak uświadamiają sobie, że czyhają na nich pokusy czarnej magii. Młody zaklinacz książek słyszy jeszcze więcej szeptów i nie wie, czy należą do woluminów (i jakich?), duchów, czy innych stworzeń; trafia do ukrytych komnat, odczuwa wpływ jakiejś mrocznej potęgi. Dodatkowo staje się bohaterem ponurej przepowiedni, która oznajmia, że Archie znajduje się na rozstaju dróg losu i ostrzega go przed wyborem ciemnej ścieżki magii. W książce nad uwagami natury moralnej przeważa oczywiście pierwiastek przygodowy, ale zdarzają się i momenty autorefleksji.

Czasami Archie próbował sobie wyobrazić, jak wyglądałoby jego życie, gdyby nigdy nie dowiedział się o magii ani o muzeum. Uśmiechnął się sam do siebie. Byłoby nudne! Na pewno. Za to teraz musiał udźwignąć na barkach wielka odpowiedzialność. Niemały ciężar.
W głębi ducha wiedział, że najbardziej obawia się samego siebie. Przerażała go myśl, że dokona złego wyboru, gdy przyjdzie na to pora. Kto wie, może już podjął złą decyzję przekonując kolegów, aby wspólnie reaktywowali Klub Alchemików. Wtedy wydawało mu się oczywiste, że powinni przepisać "Księgę zaklęć", aby ocalić muzeum.

Opowieść jest więc pełna wyzwań, wątpliwości i trudnych decyzji. Archie wciąż na nowo podejmuje ryzyko, wywołując gorące emocje czytelnika, czasem nawet okrzyki "Nie rób tego!" czy "Uważaj, lepiej nie!". Przygoda wciąga, ale intryguje również przeszłość chłopca, bo kolejne napomknięcia o niegdysiejszym wypadku rodziców i siostry Archiego wzbudzają coraz poważniejsze podejrzenia: czy jego najbliżsi rzeczywiście zginęli? Może wrócą? Dowiadujemy się na ten temat nieco więcej, ale pytania i wątpliwości wciąż przeważają nad odpowiedziami. Pewne jest jedynie, że autor zawiesza opowieść w ciekawym momencie, zapewne więc planuje trzeci tom, oraz że w świecie Archiego wszystko jest możliwe.

Kryształ zaczął wibrować i Archiego ogarnęło dziwne wrażenie, że się wysuwa z własnego ciała.
– Rany! Niesamowite uczucie! – zawołał, nie otwierając oczu. – Też to poczułaś, Bramble?
Nikt mu nie odpowiedział.
– Thistle?
Cisza.
– Rupercie, Arabello? – Archie otworzył oczy i zobaczył, że przyjaciele nadal rozmawiają, jak gdyby nic się nie stało.
Zrobił krok w kierunku Bramble. Jego ruch sprawił, że w powietrzu pojawiła się srebrzysta smuga podobna trochę do fosforescencji. Przyjrzał się swoim rękom. Migotały dziwnie. Odwrócił się i zobaczył siebie z dłonią zaciśniętą na Szmaragdowym Oku. Zaklęcie zadziałało. Zdołał uwolnić swoje retro-spektrum!

Książka "Archie Greene i Klub Alchemików" została nastrojowo zilustrowana przez Jamesa de la Rue. Czarno-białe, całostronicowe, występujące z rzadka rysunki bardzo dobrze obrazują akcję i wygląd jej uczestników, choć wnikliwy czytelnik z pewnością zauważy, że w tekście włosy Archiego są brązowe, a na kolorowej okładce – żółte. Poza tym drobiazgiem oprawa graficzna w pełni zadowoliła nasze oczy i wyobraźnię.
Bożena Itoya

D.D. Everest, Archie Greene i Klub Alchemików, ilustracje James de la Rue, przełożyła Agnieszka Jacewicz, Dom Wydawniczy REBIS, Poznań 2016.



wtorek, 8 listopada 2016

Projekt Breslau


Książka "Projekt Breslau" Magdaleny Zarębskiej adresowana jest do gimnazjalistów i znakomicie sprawdzi się w funkcji lektury szkolnej. Jej bohaterami są uczniowie jednego z wrocławskich gimnazjów, budynek ich szkoły, miasto, w którym żyją i jego dzieje. Niewątpliwie autorka podjęła trudne zadanie, bo rzadko spotyka się tak złożoną i ambitną prozę polską dla młodzieży. Nie jestem pewna, jak należy zaklasyfikować "Projekt Breslau", czy jest to już powieść, czy też utwór popularyzujący nauki humanistyczne (z historią na czele). Współczesne książki dla młodzieży często jednak umykają podobnym ramom, literatura popularna miesza się z piękną i popularnonaukową, fakty z fikcją, i najwyraźniej nie przeszkadza to ani czytelnikom, ani krytykom. Oby tylko ta wielogatunkowa literatura zawsze była dobrej jakości, jak twórczość Magdaleny Zarębskiej.

– Pewnie wyjechał do Niemiec. – Olga wzruszyła ramionami. – Nie miał tu czego szukać.
– Nigdy się nad tym nie zastanawiałem. – Leon poprawił okulary. – Widzę tylko spokojną ulicę, po której jeżdżą samochody. Domy. Drzewa. Sklepy. Co tu się działo w przeszłości? Ilu ludzi zginęło? Jak to wszystko wyglądało?
– Właśnie dlatego pamiętnik Hugona jest tak fascynujący! Opisuje świat, którego już nie ma.

Tytułowy projekt Breslau nie jest żadnym szkolnym referatem, ale własną inicjatywą grupy przyjaciół znających się jeszcze ze szkoły podstawowej. Natalia, Leon, Olga, Ada, Maks i Adam czują potrzebę posiadania jakiegoś własnego kąta, ukrytego miejsca spotkań "paczki". Odkrywają nieczynne wejście do swojego gimnazjum, starego, przedwojennego budynku. Odwiedzają często przedsionek, z którego przejście na szkolne korytarze zostało kiedyś zamurowane, siadują na starych schodach, przeglądają pozostawione przez kogoś rupiecie (głównie przedwojenne podręczniki niemieckie), przynoszą sobie koce i przekąski, dorabiają klucz i niespodziewanie przeżywają magiczną przygodę.

– Naprawdę wierzysz, że Leon przeniósł się w czasie? – Spojrzeli na mnie tak, jakbym zwariowała.
– Mam dowody na to, że to jest możliwe. – Głośno wypuściłam powietrze z płuc.
– Pewnie! Najpierw była Narnia, potem Alicja w Krainie Czarów i Harry Potter – zakpił Maks.
– Nieprawda. Chodzi mi o przeniesienie do przedwojennego Wrocławia, czyli do Breslau. Pierwszą osobą, której to się udało, był Hugo – odpowiedziałam ze spokojem i wyciągnęłam z teczki przetłumaczony wpis.

Wśród zabytkowych książek znajdują pisany po niemiecku dziennik Hugona, chłopca, który mieszkał w ich mieście i chodził do ich szkoły, gdy nazywały się inaczej i nie były polskie. W 1944 roku autor dziennika spisał pokrótce losy swojej rodziny, a współcześni młodzi wrocławianie postanawiają przetłumaczyć kolejne wpisy z notatnika, by lepiej zrozumieć swoje miasto. Szybko przekonują się, że Hugo miał niezwykłe doświadczenia historyczne, łączące się z przedsionkiem gimnazjum i tym, co spotyka samych bohaterów.

Wtedy usłyszałem przeciągły jęk. Nieopodal zauważyłem rannego żołnierza, krew przesiąkała przez jego mundur. Pochyliłem się nad nim, a wtedy powietrze przeciął świst kul. Skuliłem się i padłem na ziemię.
Wojna?
Która to wojna?
Nie miałem pojęcia.
Nie wiedziałem nawet, gdzie jestem.
Nie miałem kogo zapytać.
Żołnierze byli bardzo zajęci. Pośpiesznie zajmowali miejsca przy murach obronnych. Wróg czaił się tuż za nimi.
Bronili miasta. Jak wtedy, gdy Breslau zostało ogłoszone twierdzą.
Spojrzałem za siebie.
Miasto płonęło. Ogień z łatwością zajmował drewniane budynki.

Wspomniana przygoda gimnazjalistów polega na podróży w czasie. Każdy z bohaterów przenosi się do przedwojennego Breslau, nie zdradzę, czy raz, czy kilkakrotnie, i każdy inaczej doświadcza tego osobistego, wręcz namacalnego kontaktu z historią. Niektórzy przejmują się zwyczajami i modą, inni architekturą miasta, jego strukturą narodowościową, gwałtownymi i tragicznymi wydarzeniami lub losem zwykłych, właściwie anonimowych mieszkańców. Wszyscy spisują swoje przeżycia w pamiętniku Hugona, dopełniając jego opowieść.
Struktura książki obejmuje właściwą narrację pierwszoosobową, relacje bohaterów z ich indywidualnych podróży oraz fragmenty dziennika Hugona. Czytelnik łatwo orientuje się w treści dzięki zróżnicowanej czcionce i innym oznaczeniom, a także w oparciu o mapy współczesnego Wrocławia i dawnego Breslau, na których oznaczono punkty (budynki, parki, pomniki) wspominane w książce.
Elementy fantastycznonaukowe nie obniżają jakości edukacyjnej i merytorycznej utworu. Obok walorów dydaktycznych warto jednak zwrócić uwagę na świat wartości młodych ludzi, o których z dużym wyczuciem i znajomością tematu pisze Magdalena Zarębska. Jak się okazuje, "ta dzisiejsza młodzież" wcale nie jest taka zła, skoro obok zwyczajnych nastoletnich problemów miewa poważne dylematy natury moralnej, etycznej i kulturowej. Natalia, pierwszoplanowa bohaterka i narratorka "Projektu Breslau", zwierza się nam ze swoich bardzo dojrzałych refleksji na temat historii i współczesności Wrocławia. Gdyby każdy z nas pochylał się tak nad problemami kultury, historii i tożsamości swojego miasta czy miejscowości, bylibyśmy społeczeństwem ludzi niezwykle światłych i świadomych.

Wtedy przypomniałam sobie o atlasie historycznym, który stał na półce w pokoju moich rodziców. Mogłam w nim prześledzić zmiany granic na Śląsku na przestrzeni wieków. Przesuwano je wielokrotnie, za każdym razem wpływając na życie zwykłych mieszkańców. Ten powtarzający się podział decydował o wszystkim – o języku, tożsamości i narodowości.
Nie byłam też w stanie rozstrzygnąć, kto miał do Wrocławia największe prawa. Tak często zmieniał władców! Równie dobrze mógł pozostać czeskim Vratislavem, jak i niemieckim Breslau.

W książce pada wiele ważnych słów, pytań i stwierdzeń, nic tylko cytować i zagajać dyskusje z młodzieżą – w domu, na lekcjach historii, języka polskiego, zajęciach wychowawczych. Autorka nie boi się żadnego tematu, ciekawe, czy czytelnicy również? Jednym z bardziej skomplikowanych zagadnień jest polska nienawiść do Niemców, przynajmniej tych dawnych, których winimy za drugą wojnę światową. Ale czy dotyczy to również zwykłych ludzi narodowości niemieckiej, cywilów? Jaką odpowiedzialność za wojny dorosłych ponoszą dzieci niemieckie, choćby niegdysiejsi mieszkańcy Wrocławia? Choć Magdalena Zarębska opisuje realia tego wyjątkowego miasta, to porusza zagadnienia uniwersalne w skali naszego kraju i regionu Europy. Wszyscy czasem bywamy, jako mieszkańcy lub turyści, w miejscach związanych z pojęciami, które analizują bohaterowie "Projektu Breslau", jak "wysiedlenie", "pogrom", "poniemiecki", "wielokulturowy". Niekoniecznie jednak próbujemy zrozumieć, że za tymi słowami kryją się konkretne osoby i emocje. Ta książka może uwrażliwić otwarte umysły i serca na małą ojczyznę, gdziekolwiek by nie była i jakie by nie były jej dzieje.

Do domu wróciliśmy przez miasto, a ja przyglądałam się uważnie mijanym budynkom. W wielu miejscach nad bramą, a czasem na posadzce przed wejściem widniała data informująca o roku budowy. Ogromna większość budynków powstała ponad sto lat temu. Leon i Olga mieszkali w takich kamienicach, a moi dziadkowie w poniemieckim domku jednorodzinnym.
Poniemieckim.
Po Niemcach.
O rany! Poniemiecki dom, poniemieckie meble w ich salonie, poniemieckie drzewa w ogródku...
Słyszałam te historie tyle razy, nigdy się nad nimi nie zastanawiałam.

Wśród opowieści i rozważań o przeszłości znalazło się miejsce na codzienność nastolatków: szkolne obowiązki, wyjazdy i wyjścia "na miasto", przyjaźnie, w tym jedną przeradzającą się w głębsze uczucie. "Powszednie" wątki, prowadzone równolegle z "historycznymi", powodują, że książka staje się wiarygodniejsza dla młodego czytelnika, często bardziej spostrzegawczego i wymagającego od dorosłego odbiorcy literatury. Cennym dodatkiem są akcenty humorystyczne, jak opisy relacji między rodzeństwem (Ada i Adam), podejrzliwości rodziców (ból głowy = narkotyki!) czy ironiczne wypowiedzi Maksa. Warto przeczytać "Projekt Breslau" niezależnie od wieku i miejsca zamieszkania, choćby po to, by poznać Wrocław, nietypową formę literacką i unikatowe narzędzie dydaktyczne.
Bożena Itoya

Magdalena Zarębska, Projekt Breslau, projekt okładki Elżbieta Chojna, BIS, Warszawa 2016.

poniedziałek, 7 listopada 2016

Dzieci korzeni




Wydawnictwo Przygotowalnia umożliwiło nam poznanie klasycznej książki niemieckiej: "Dzieci korzeni" Sibylle von Olfers, w oryginale wydanej w 1906 roku, a w Polsce opublikowanej po raz pierwszy właśnie teraz. Jest to ciekawa propozycja dla miłośników obrazków retro i krótkich, poetyckich historyjek dla najmłodszych dzieci. Estetyczne i solidne wydanie (twarda oprawa, płócienny grzbiet w tłoczeniami, duży format, rozbudowana informacja o autorce) spodoba się również dorosłym bibliofilom.

Świat wreszcie wiosna ogarnia,
Barwna wstęga się wyłania.
Wychodzą chrząszcze, kwiaty, trawy,
Z wielką radością i dla zabawy.

Opowiastka o małych, podobnych do skrzatów istotach mieszkających w korzeniach drzew pod opieką Matki Ziemi toczy się od przedwiośnia do jesieni. Dzieci korzeni żyją w ścisłym kontakcie z przyrodą, ich zajęcia i barwy, jakie przybierają nie tylko zależą od pór roku, ale też wpływają na zmiany w naturze. Zimą te sympatyczne stworzenia śpią, jak ich przyjaciele robaczki i rośliny, w których korzeniach mieszkają. Sibylle von Olfers opowiada obrazkami oraz słowem o pracach i barwnych korowodach, w jakich dzieci korzeni uczestniczą w ciepłych miesiącach.

Z nadejściem jesieni małe dziatki
Z burzą i wiatrem spieszą do swej matki.
"Ułóżcie się na miękkich posłaniach.
Śpijcie do kolejnego wiosny nastania!"

Ta spokojna, ciepła książka ma swój wyjątkowy nastrój, który udziela się dziecku. Bardzo przyjemnie czyta się o dzieciach kwiatach, przybierających kolory i imiona konkretnych roślin. Oczywiście wartością samą w sobie są ilustracje autorki, wyjątkowe, bo utrzymane w ścisłej konwencji artystycznej, chyba niespotykanej we współczesnej książce dla dzieci. Jaki to styl? Wystarczy zajrzeć do posłowia, by rozpocząć domową lekcję historii sztuki. A czy te rośliny i owady, wymienione oraz pokazane w książce, istnieją naprawdę? I jak się nazywają? Sprawdźmy w atlasie lub encyklopedii! "Dzieci korzeni" dają też wiele możliwości twórczego spędzania czasu z dziećmi w domu, przedszkolu czy szkole, lektura aż prosi się o wykorzystanie jako punkt wyjścia do działań literackich, plastycznych i technicznych.
Bożena Itoya

Sibylle von Olfers, Dzieci korzeni, Przygotowalnia, Kraków 2016.

Miasto nocą


 Istnieją książki, które trudno czytać na dobranoc, bo akcja i napięcie nie usypiają młodego czytelnika (słuchacza), ale go rozbudzają. Są też lektury idealne do poduszki, choć wcale nie nudne, i do takich zalicza się zbiór wierszy Agnieszki Frączek "Miasto nocą" zilustrowany przez Magdę Kozieł-Nowak. Te rymy zapewnią pogodne sny rozświetlone miejskimi neonami.

Poprzez ciemność sen się skrada...
Najpierw misia cap! dopada,
potem cap! piracki statek,
słonia cap!,
cap! lwa ze szmatek,
dinozaurów całą serię
i kosmitę na baterie.
Wreszcie cap, cap! także mnie!

No to śpię...
Kolejne wierszyki i splecione z nimi ilustracje są pełne ruchu, szczegółów i postaci, które okazują się bardzo miłymi kompanami wieczornego czytania. Towarzyszymy nocnym Markom, choć bohaterem pierwszego miniutworu jest... śpiący ja. Później wpadamy do pokoiku sąsiadki-poetki, która wystukuje na klawiaturze całą historię: o myszach, kocie, strychu, jakich wiele, pasażerach i pracownikach autobusu, pociągu, klientach dworcowego bufetu, do których zaliczają się strażacy, później ruszający na wezwanie (nie zabraknie remizy z rurą do zjeżdżania) w miasto, gdzie roi się od ożywionych miejsc. Odwiedzimy jeszcze między innymi tych, którzy stykają się zawodowo lub przypadkowo z miejską polewaczką, szpitalem, apteką, samochodem dostawczym, lawetą, robotami drogowymi, stacją benzynową, więzieniem oraz lotniskiem.

Zegar już północ wybił: bum, bum,
a w drzwiach bufetu ciągle tłum, tłum...

Ktoś sobie życzy hot dogi dwa,
ktoś na wuzetkę ochotę ma,
ktoś inny prosi aż osiem kaw,
łapiąc je w biegu, gna do swych spraw.

Zegar już straszy: pierwsza, cyk cyk,
a do bufetu ciągle ktoś: myk!

Następujące po sobie utwory mają elementy wspólne, zawsze je coś łączy, jak sąsiadów w bloku. Wątki i osoby przeskakują ze strony na stronę, zmieniając zwykły zbiór wierszy we wciągającą rymowaną opowieść, taką miejską bajkę o nocy. Samo miasto oglądane jest przez czytelnika od skali mikro – własnego pokoju, do ujęcia makro – metropolii widzianej z wysokości wznoszącego się samolotu. Wierszyki nie są zwyczajne i, mimo mojego pierwszego skojarzenia, nie stanowią zaktualizowanej wersji książeczki "Gdy zapadnie noc" Tadeusza Kubiaka, wydanej niegdyś w serii "Poczytaj mi mamo". Tu mamy do czynienia z pełną polotu i humoru poetycką i graficzną zabawą, rozweselającą i wyławiającą z nocy właśnie to, co jest w niej atrakcyjne dla najmłodszych.
Rozgwieżdżone utwory ujęte w tomiku "Miasto nocą" wyrażają tekstem i obrazem dziecięce podejście do ciemności i miejskiego życia. Nasze pociechy dostrzegają czasem zabawę i rytm w tym, co nam wydaje się szare, zwyczajne, wręcz ponure. Najlepszym przykładem jest gradacja zawodów w ujęciu dziecięcym i dorosłym: dla najmłodszych (zwłaszcza płci męskiej) pracownik śmieciarki, lawety czy polewaczki to bohater i magik, wymarzony zawód, dla dorosłego będzie nim prezes lub inny politycznie uprzywilejowany rządca, o którym jednak trudno napisać pogodną książeczkę dla dzieci. Chociaż mistrzyni zabaw językowych Agnieszka Frączek mogłaby poradzić sobie i z takim tematem.

Nawet najlepsza na świecie bryka,
gdy się sforsuje, to już nie bryka,
najwyżej człapie, a człapiąc kicha,
zwłaszcza gdy zamiast opony – kicha!

Również ilustracje Magdy Kozieł-Nowak świetnie oddają dziecięce postrzeganie świata. Smugi światła rozchodzą się nocą w magiczny sposób, spytajcie każde dziecko, które zazwyczaj przebywa na dworze w świetle dziennym, a wraz z nadejściem jesieni zostaje "wrzucone" w ciemne popołudnia i wieczory, obserwując je szeroko otwartymi oczami. Ten tomik jest jak świąteczna iluminacja na warszawskim Trakcie Królewskim, którym pewnie przechadza się mieszkająca w stolicy Agnieszka Frączek, lub Light Move Festiwal w Łodzi, małej ojczyźnie wydawnictwa Literatura.
Bożena Itoya

Agnieszka Frączek, Miasto nocą, ilustracje Magda Kozieł-Nowak, Literatura, Łódź 2016.

piątek, 4 listopada 2016

Baba Blaga, czyli czary Czarka, Szarloty i Żelki





Nowa książka Joanny Wachowiak z ilustracjami Nikoli Kucharskiej już na pierwszy rzut oka wydała mi się bardzo ponętna i poręczna. Po pierwsze, to wymarzony duet twórczy: uwielbiamy opowiadania tej autorki, lubimy też przyglądać się zawijasom, drobiazgom i cieniom na obrazkach tej ilustratorki. Po drugie, spędzamy dużo czasu na wspólnym czytaniu, a "Baba Blaga", opublikowana przez wydawnictwo Literatura jako pokłosie IV Konkursu Literackiego im. Astrid Lindgren, idealnie pasuje na bohatera krótkich, cowieczornych spotkań czytelniczych odbywających się gdzieś na kanapie czy brzegu łóżka. Każdy z dziewięciu rozdziałów czyta się około 20 minut, z coraz większym zainteresowaniem, podziałem na role i ogólnym rodzinnym zaangażowaniem. Tym samym książka wpisuje się w program "Cała Polska czyta dzieciom", co nie dziwi, bo to właśnie Fundacja ABCXXI organizuje wspomniany konkurs i patronuje "Babie Bladze". Ponadto publikacja jest po prostu ładna i wygodna, ma format i długość odpowiednie dla początkującego czytelnika, dużo ilustracji w ciekawej kolorystyce oraz wyraźną czcionkę.

Niepotrzebnie zwiewałam – pomyślała. – Trzeba było poczekać, aż odrosną lotki. Podkusiło mnie, nie ma co!
Ale czy naprawdę mogła się powstrzymać? Na taką chwilę przecież czekała: nieopatrznie pozostawione otwarte okno, nagły podmuch ciepłego wiatru niosący zapach świeżych, wiosennych liści... W sekundę podjęła decyzję: dziobem podważyła haczyk, na który zamknięte były drzwiczki klatki, potem krok przed siebie i fru! na zewnątrz. Tak w każdym razie miało to wyglądać.

Na początku książki poznajemy bezimienną papugę żako, która właśnie zyskuje nowy dom i imię – Szarlota – nadane przez jednego z domowników, tłuściutkiego, przyjacielskiego kota Czarka. Miejsce, w które trafia ptasia bohaterka, wydaje się jej bardzo dziwne. Kolorowe, tajemnicze mieszkanie skrywa sekrety właścicielki, pozornie typowej samotnej staruszki. Jednak Czarek twierdzi, że jego (a powoli i Szarloty) pani jest czarownicą, a papuga, choć wątpi w te rewelacje i chce je obalić, musi uwzględnić w swoim dochodzeniu rozmaite przedmioty oraz mikstury o nieznanym przeznaczeniu, którymi operuje podobno-czarownica, jej niezwykłe imię: Żelisława (w skrócie: Żelka!) i zwyczaje, jak choćby ten, że goście, tłumnie przybywający po pomoc, mogą wchodzić do mieszkania pod nieobecność gospodyni.

– Pani Żelisławo?... No tak, oczywiście. Nie ma jej. Ech... – mruknął nieznajomy, nie doczekawszy się odpowiedzi. Otworzył drzwi i przekroczył próg.
Ledwo zrobił krok, zawył alarm. BŁUUUP! BŁUUUP! BŁUUUP! BŁUUUP!... – dudniło i wwiercało się w uszy.
Nieznajomy najpierw struchlał, potem szarpnął się w prawo, w lewo, na koniec odwrócił się na pięcie i pędem ruszył w stronę drzwi. Zapomniawszy, że je za sobą zamknął, łupnął w nie z całej siły. Dopiero odgłos walnięcia wyrwał Czarka z osłupienia.
– Szarlota! – miauknął. – Szarlota, wyłącz się!
– Policja! – wrzasnęła papuga, przerywając udawanie alarmy. – Włamanie, rabuś!

W toku śledztwa poznajemy lepiej nie tyle samą podejrzaną o czarowanie Żelkę, co detektywów: Szarlotę i Czarka, oraz obiekty "czarów" – zegarmistrza, ogrodnika, piekarza i fryzjerki. Autorka w wesoły i delikatny sposób pokazuje, jak potrafimy sami sobie szkodzić i pomagać, o ile tylko spojrzymy na własne życie z dystansu, przyjmiemy nieco inny punkt widzenia. Szarlocie do spojrzenia z innej strony potrzeba... zwisania głową w dół, ale może czytelnikom po tej lekturze wystarczy chwila zastanowienia nad tym, dlaczego są nieszczęśliwi, nielubiani, pechowi i czy na pewno rzeczywiście tak wygląda ich życie?
Szarlota wydaje się być papugą smutną i ciężko doświadczoną. Wciąż opowiada o kolejnych właścicielach i ich porzuceniach (lub ucieczkach od nich), te pióra, które jeszcze jej nie wypadły (czy może nie zostały wyskubane z nerwów) są szare, tak że nawet bywa porównywana do gołębia. W nowym domu stopniowo odżywa, a kot Czarek, z którego początkowo po cichu pokpiwała, staje się pierwszą bliską osobą w ponurym papuzim życiu. Nie martwcie się zatem przeszłością Szarloty, nie poznajemy zresztą posępnych szczegółów, wiele musimy się domyślać, ale dzięki pięknej opowieści Joanny Wachowiak koncentrujemy uwagę na tym, co dzieje się tu i teraz. Zgorzkniała i zawiedziona ludzkim światem papuga zyskuje wielką szansę, ale też musi trochę się wysilić, by skłonić siebie samą do przyjęcia wszystkich dobrodziejstw, jakie zaoferował jej dobry los.
Książka niesie bardzo pozytywne, optymistyczne przesłanie, przy czym została napisana z wyjątkowym wyczuciem językowym i baśniowym oraz z lekkim, celnym humorem. Co zabawniejsze fragmenty zostały uzupełnione komiczno-sympatycznymi portretami ludzkimi, papuzimi i kocimi, i to właśnie rozmaite miny oraz przypadki Czarka są naszymi ulubionymi obrazkami w "Babie Bladze". Jeśli uważacie, że okrąglutkie koty domowe pozbawione są ekspresji i charakteru, po obejrzeniu tych ilustracji na pewno zmienicie zdanie. Niech widzowie YouTube mają swojego Kota Simona, my, czytelnicy Joanny Wachowiak i oglądacze Nikoli Kucharskiej, dostaliśmy niepowtarzalnego kota Baby Blagi! W rywalizacji o tytuł najzabawniejszej i najciekawszej ilustracji z tej książki wysoko uplasowały się także charakterne fryzjerki, rumcajsopodobny ogrodnik i upiorne manekiny, ukazujące horror-potencjał artystki.
Bożena Itoya

Joanna Wachowiak, Baba Blaga, ilustracje Nikola Kucharska, Literatura, Łódź 2016.

środa, 2 listopada 2016

Archie Greene i sekret czarodzieja



Angielski pisarz D.D. Everest przygotował dla dzieci i młodzieży wspaniałą, czarodziejską przygodę literacką, przypominającą nieco "Harry'ego Pottera i kamień filozoficzny" J.K. Rowling oraz "Artura i Zapomniane Księgi" Gerda Ruebenstrunka. Pierwsza powieść o Muzeum Rozmaitości Magicznych i Strażnikach Płomienia nosi tytuł "Archie Greene i sekret czarodzieja". Poznajemy w niej dwunastoletniego bohatera, skromnego, ale o silnym charakterze, zwykłego chłopca wychowywanego przez babcię. Archibald (Archie) Greene otrzymuje z okazji urodzin paczkę nadaną w 1603 roku, a w niej tajemniczą książkę

Kiedy książce towarzyszy poruczenie specjalne, najczęściej oznacza to, że ma ona wielką moc i może być niebezpieczna. Wówczas najlepszym dla niej miejscem jest Wydział Książek Zaginionych. Jeżeli natkniesz się kiedyś na taką książkę, Archie, musisz natychmiast mi to zgłosić i wszystko powiedzieć. Rozumiemy się, chłopcze?

Przesyłka musi być odwieziona do pewnej księgarni w Oksfordzie, bo akcja została umiejscowiona we współczesnej Anglii, a pochodzący z prowincji Archie ma zatrzymać się u cioci, wuja, i kuzynostwa, o których istnieniu dotąd nie wiedział. Babcia gdzieś wyjeżdża, świat bohatera wywraca się do góry nogami, bo pobyt u świeżo odzyskanej, bardzo dziwacznej rodziny przedłuża się i staje początkiem zupełnie nowego życia Archiego. Nagle o teraźniejszości zaczynają decydować przepowiednie, legendy oraz magia.

– Przez stulecia zbiory aleksandryjskie były znakomicie zabezpieczone, aż do roku czterdziestego ósmego przed naszą erą, kiedy wydarzyło się coś potwornego. Czarnoksiężnik Barzak zaprószył ogień i Wielka Biblioteka spłonęła. Kiedy skrybowie ratowali jej ostatnie zbiory, zauważyli, że magiczne książki, dotknięte czarną magią Barzaka, są poważnie uszkodzone. Wiele lat później uszkodzone książki przewieziono do Oksfordu, gdzie odtąd były już bezpieczne. – Woodbine pokiwał smutno głową. – Pożar Wielkiej Biblioteki położył krez Złotemu Wiekowi Magii. Oznaczał też początek ciemnych wieków. Zwykli ludzie stali się podejrzliwi wobec magii, zaczęli się jej lękać i, trzeba przyznać, nie bez powodu. Zaklęcia i uroki rzucano z czystej złośliwości lub dla żartu. Alchemicy rozpoczęli szalone eksperymenty, pragnąc stać się bogaci i posiąść wiedzę o wytwarzaniu złota. Czarnoksiężnicy nauczyli się przywoływać złe duchy.

Już podczas pierwszej wizyty w księgarni Biały Regał Archie zostaje wrzucony na głęboką wodę: zauważa, że nie trafił do zwyczajnego punktu handlowego, styka się z zabytkowymi, niezwykłymi książkami oraz z jeszcze bardziej niecodziennymi osobami, a w dodatku jedna z nich natychmiast go zatrudnia. I choć zazwyczaj książki i ogień nie występują zgodnie, w Białym Regale właśnie płomień prowadzi do bibliofilskiego wtajemniczenia.

– To Faros! Płomień Aleksandrii! Światło świata! Nigdy cię nie oparzy – Wyrzucił jednym tchem Stary Zeb.
Archie nie wierzył własnym oczom. Miał tylko znieść książki do warsztatu, trzymał je przed chwila w rękach, a teraz trzyma ogień!
Po chwili płomień zmienił kolor z żółtego na błękitny i znikł. Archiego zaczęła swędzieć prawa dłoń. Chłopiec był pewien, że mimo wszystko usiało dojść do oparzenia, ale kiedy spojrzał na skórę dostrzegł tylko drobny czerwony znak, niczym mały tatuaż.(...)
– (...) Zaczynamy punktualnie o dziewiątej i pracujemy do zakończenia zaplanowanej roboty, chyba że wcześniej będę miał dosyć. Głównie będziesz naprawiał książki, ale czasem będziesz odnosił je tam, skąd do nas trafiły. Nie martw się. Później powiem ci więcej. Zaczynasz od jutra rana...

Odtąd młody adept bibliotekoznawstwa magicznego zgłębia tajemnice Strażników Płomienia, poznaje swoje umiejętności i misję, jaką ma pełnić. Tylko kto go do niej wyznaczył? I w ogóle kto jest kim w tej historii? Oprócz dobrych, pomocnych dusz Archie spotyka również podstępnych zdrajców, duchy, mieszkańców książek i inne fantastyczne byty. Przeszłość miesza się z teraźniejszością zagrażając przyszłości, a wszystkie powikłania i zagrożenia wynikają z działania złowieszczych i niszczycielskich ksiąg czarnej magii: Strasznych Woluminów.

– Ostrzegano cię przed zagrożeniami, jakie wiążą się z patrzeniem w przeszłość – powiedział głos. – Tam nic nie może ci zagwarantować bezpieczeństwa.
– Rozumiem. Ale muszę się dowiedzieć, dlaczego mój ojciec chciał mnie trzymać jak najdalej od muzeum.
Jak poprzednio, Księga zamierzchłości otworzyła się nagle i zamkneła z trzaskiem. Między jej kartkami pojawiła się nowa zakładka.
– Gotowe. Jednak możesz jeszcze zmienić zdanie. Czy decydujesz się spojrzeć w przeszłość?
– Tak – odpowiedział Archie.
– Niechaj więc tak będzie!
Chłopiec postąpił naprzód i otworzył księgę na wskazanej stronie. U góry widniała data 14 kwietnia 1603 roku; miesiąc po jego poprzedniej wizycie.
Kiedy Archie dotknął kartki, jej powierzchnia zmarszczyła się jak ostatnim razem i chłopiec znowu został wciągnięty przez książkę.

Powieść została napisana ładnym językiem, z odpowiednią dawką archaizmów, dzięki którym zyskuje nieco magiczno-starodawnej atmosfery. "Archiego" czyta się znakomicie, czemu sprzyja odpowiednio rozbudowana fabuła, ciekawe postacie, mnożące się zagadki i zapowiedzi rozwoju najważniejszych wątków w kolejnej powieści. Oczekiwanie na drugi tom ("Archie Greene i Klub Alchemików") było w naszym domu przeżyciem zbliżonym do wypatrywania pierwszej gwiazdki w wigilijny wieczór.

Pochodzisz z jednej z rodzin, które trzymały pieczę nad pierwotnymi zbiorami Biblioteki Aleksandryjskiej. Jest nas wielu, Foxe'owie, Ripleyowie, Marjorie Gudge, nawet stary Rusp. Magiczne księgi mamy we krwi. Spoczywa na nas odpowiedzialność ocalenia ksiąg, które jeszcze pozostały. Jeżeli ktoś chce dobrze zabezpieczyć książkę, wysyła ją do jednego ze Strażników Płomienia. Tylko w ten sposób może być całkowicie pewny, że książka zostanie dostarczona do "Białego Regału" i zwrócona muzeum.

Skoro istnieje tylu Strażników Płomienia i tak wiele zadań za oraz przed nimi, może doczekamy się dłuższej serii o Archiem? Początek jest bardzo obiecujący, i choć autor sięga po znane od lat motywy literatury dla młodzieży, to przecież każda książka stanowi kompozycję takich elementów, które ktoś kiedyś już wykorzystał lub chociaż o nie zahaczył. Niepozorni młodzieńcy wyruszają na wyprawy służące ochronie świata oraz odkrywają swoje magiczne umiejętności już od czasu mitów, poematów epickich i baśni ludowych, a my zawsze z radością witamy kolejnych śmiałków, byle ich losy były spisane w tak ciekawy sposób, jak w powieści "Archie Greene i sekret czarodzieja".
Bożena Itoya

D.D. Everest, Archie Greene i sekret czarodzieja, ilustracje James de la Rue, przełożył Paweł Laskowicz, Dom Wydawniczy Rebis, Poznań 2016.