cudanakiju.pl

cudanakiju.pl

środa, 24 września 2014

Burzliwie, coraz burzliwiej...

Nele Neuhaus znałam przede wszystkim jako autorkę poczytnych kryminałów (jak "Śnieżka musi umrzeć", czy "Przyjaciele po grób"), z ciekawością sięgnęłam zatem po jej powieść dla młodzieży z cyklu o Elenie. W pamięci miałam ciągle doskonałego Doktora Proktora, którego popełnił inny, doskonały norweski „kryminalista” dla dorosłych – Jo Nesbø. Czy powieści niemieckiej pisarki, przeznaczone dla młodszego czytelnika, okażą się tak samo frapujące, jak jej twórczość dla dorosłych?
Z cyklu o Elenie wybrałam środkową część - „Burzliwe lato” (wydawnictwo Media Rodzina). Akurat w przypadku tych książek pominięcie pierwszego ogniwa nie miało wielkiego znaczenia, mamy bowiem do czynienia z zamkniętymi historiami, aczkolwiek bohaterowie pozostają ci sami.
No, i nie jest to Doktor Proktor. Niestety. Co nie oznacza wcale, że książki są kiepskie, chociaż poruszają do bólu wyeksploatowany w literaturze motyw Romeo i Julii, na dodatek w dosyć przewidywalny sposób. Może już zbyt wiele stronic przeczytałam w życiu, a i lata swoje robią, żeby mnie takie historie wzruszały, ale od strony psychologicznej jest to rozegrane dobrze i to jest właśnie atutem tej książki. Bohaterowie są w stanie poruszyć czytelnika – budzą szczerą sympatię albo gniew. Wątek kryminalny poprowadzony został niejako na uboczu towarzysko-emocjonalnych zawirowań, aczkolwiek Autorka delikatnie stopniuje napięcie już od pierwszej strony.
Niezwykle ciekawym pomysłem na książkę, być może nie tylko dla miłośników hippiki, okazało się umiejscowienie akcji w stadninie koni. Ci, co za jazdą konną nie szaleją, mogą się chociażby czegoś ciekawego tym sporcie i samych zwierzętach dowiedzieć, tym, którzy „siedzą w temacie”, zachęty do czytania zapewne nie potrzeba. Ja jestem ciekawa refleksji, jaką – mam nadzieję, oby nie płonną – może w nastolatkach wywołać ich konfrontacja z życiem w stadninie. Ile czasu ich rówieśnicy spędzają, ciężko pracując! I chodzi tu nie tylko o trenowanie skoków, ale o zwykłą, codzienną, fizyczną pracę. A są to przecież zwykli młodzi ludzie, którzy chętnie posurfowaliby w wolnych chwilach w Internecie albo wybrali się do kina.
Tę „zwykłość” Autorka, zresztą, specjalnie podkreśla: akcja dzieje się w Niemczech, mamy więc niemiecki szkolny portal społecznościowy, współcześni Romeo i Julia – a jakże – wysyłają do siebie sms-y, a za sprawą ich miłosnych perypetii stoi właśnie w dużej mierze zawodząca nas czasem technika. No, i inne niemieckie klimaty, z obowiązkowymi kiełbaskami z grilla – bardzo sugestywne…
Agnieszka Jeż

Od wydawnictwa: Elena nie wyobraża sobie życia bez koni. Kiedy siedzi w siodle, zapomina o całym świecie - no, może z wyjątkiem Tima, chłopca z konkurencyjnej stadniny, którego kocha, ale z któym z powodu zadawnionych konfliktów rodzinnych nie może być. Mroczna tajemnica rodzinna sprawia, że młodzi ludzie wciąż muszą się kryć ze swoim uczuciem. Pojawia się też dodatkowy problem - w okolicy zaczynają ginąć konie. Elena i Tim przypadkowo znajdują się w centrum dramatycznych wydarzeń i ryzykują życie, by rozwiązać zagadkę złodziejskiej szajki. Muszą też znaleźć odpowiedź na pytanie - co jest silniejsze: miłość czy nienawiść?

czwartek, 11 września 2014

Mikołajek Mikołajka Mikołajkiem



Opowiadania o Rozalce początkowo wydały mi się zbyt infantylne dla ośmiolatka. Bohaterka jest od mojego syna o kilka lat młodsza i inaczej patrzy na świat. Jednak pisarski czar Renaty Piątkowskiej działa niezależnie od wieku czytelnika i bohaterów książki. "Ciekawe co będzie jutro" przeczytaliśmy w dwa wieczory, z uśmiechami tak szerokimi, że czytać było nam trudno.
Mam wrażenie, że znałam już podobne przygody i pomysły, jak te autorstwa małej Rozalki. Kto to zmalował? Może Mikołajek albo któryś z jego literackich następców? Nieważne, w tym wypadku liczy się reakcja młodego czytelnika / słuchacza: śmiech i prośby "poczytaj jeszcze!". 

Jako fan Mikołajka, Karlssona i Braciszka oraz innych niewinnych łobuzów, syn mógł już słyszeć o goleniu śpiącego taty, odgrywaniu scenek z baśni czy filmów, eksperymentach przeprowadzanych w wannie, dziecięcych zaślubinach, trudnych kontaktach z niemowlętami czy pomysłowym wykorzystywaniu rodziców i dziadków w dziecięcych zabawach. Poznał chyba kilkunastu rówieśników marzących o psie. Na pewno też czytał kilka historii przedstawianych przez podobnego do Rozalki młodego narratora, nieświadomego jak komiczne są jego przygody i punkt widzenia. Pod tym względem książka Renaty Piątkowskiej nie jest wyjątkowa, ale dzieciom bardzo się spodoba. Również rodzice i dziadkowie powinni przypomnieć sobie prostą radość płynącą z rozmyślań o tym, "co będzie jutro".
Bożena Itoya

Renata Piątkowska, Ciekawe co będzie jutro?, ilustrowała Katarzyna Bajerowicz, Wydawnictwo Literatura, Łódź 2014.
Od wydawcy: Rozalka przepada za podwórkowymi przygodami. Bo czy jest coś przyjemniejszego od podpatrywania robaków, urządzania domku w krzakach czy organizowaniem ślubu (koniecznie z welonem z firanki)? Razem z Julkiem z sąsiedztwa codziennie wymyśla nowe zabawy. I cieszy się, że jutro też jest dzień, w którym tyle może się wydarzyć. Rekomendowany wiek: 5+

poniedziałek, 8 września 2014

Mikołaj(ek) była kobietą!

Nie, "Pamiętnik Czachy" nie opowiada o zmianie ani walce płci, bohaterka książki nie jest też wielbicielką mocnego, heavymetalowego brzmienia, jak może sugerować tytuł i szata graficzna.
Ta powieść to wielka niespodzianka, zdecydowanie wyróżnia się na tle polskiej literatury adresowanej do dzieci w wieku (około) 8­-12 lat. Joanna Jagiełło napisała bardzo dobrą książkę, narracją i tematyką przypominającą nieco "Mikołajka", ale... lepszą. Podobieństwo to zresztą przyszło mi na myśl dopiero po kilkudziesięciu stronach lektury, wcześniej uległam całkowitemu zaczytaniu i nie prowadziłam analiz porównawczych.
Czacha, a właściwie Amelia, jest dziesięcioletnią warszawianką, a nie abstrakcyjnym dzieckiem z innych czasów i nieznanego kraju, jak Mikołajek. Jej przygody są osadzone we współczesnej polskiej, wielkomiejskiej rzeczywistości. Codzienność bohaterki – zajęcia, fascynacje, problemy rodzinne, a nawet warunki mieszkaniowe – mogą być czytelnikom bardzo bliskie. Mój syn znalazł z Czachą "wspólny język": też wychowywał się "na trzydziestu metrach", dostał dyplom za "Kangurka", ale nie jest wzorem dobrego zachowania w szkole, uwielbia szkolną bibliotekę, odwiedziny w pewnej popularnej księgarni (niczym w muzeum) i nie zdobyłby u zuchów sprawności "milczka". Co prawda na zakończenie roku nie założył białej sukienki w granatowe ptaki i nie musiał zakrywać świadectwem czekoladowej plamy na tejże, ale niedawno przeżył pierwszą taką "galową" ceremonię i wrażenia ma podobne.

Mikołajek, opowiadając o sobie, bawi chyba bardziej dorosłych niż dzieci. Amelia­ Czacha jest natomiast bohaterką "naprawdę dziecięcą", w książce znalazłam najwyżej dwa żarty potencjalnie niezrozumiałe dla ośmio­ czy dziesięciolatka. Są za to fragmenty, które mogą rodziców bulwersować – co za, bałagan, karygodny brak odpowiedzialności! Jednak przy lekturze tego osobliwego pamiętnika śmiałam się głośno i wielokrotnie, czasem nawet w miejscach publicznych.
A Mikołajek, we wszystkich znanych mi odsłonach i interpretacjach (książkowych i audiobookowych), potrafił wywołać u mnie tylko szeroki uśmiech. Podobnie odbiera "Pamiętnik Czachy" mój syn: nie może się od niego oderwać, co kilka/kilkanaście minut cytuje mi wyjątkowo dla niego zabawne fragmenty, choć wie, że już przeczytałam całość. Z Mikołajkiem nie zaprzyjaźnił się aż tak.
Nie tylko Czacha jest postacią wyraźną, wiarygodną, naturalną i zabawną. Każda z osób opisywanych (i narysowanych) przez bohaterkę­narratorkę jest taka: matka, jej przyjaciel, siostra, ojciec, jego partnerka, ojciec siostry, babcia... Pod względem relacji między dorosłymi nie jest to może typowa rodzina, ale rozwód czy rozstanie rodziców decydują o codzienności wielu dzieci i takie literackie zwierciadło będzie się im podobać, a może nawet zdoła pomóc? Stosunki rodzinne opisane zostały co prawda humorystycznie, ale i prawdziwie. Dorośli drą koty, ale mimo to Czacha ma dwa (zupełnie różne) domy i nikt nie zabrania jej spotkań z ojcem. Ta książka mogłaby być rozdawana w ramach kampanii społecznej Rzecznika Praw Dziecka...


Dorośli opisani przez Joannę Jagiełło mają chyba więcej słabości od tych z otoczenia Mikołajka, ale wzbudzają większą sympatię. Matka nie jest idealna ani typowa (jak bywa w wielu współczesnych książkach dla dzieci i młodzieży), co sama stwierdza. Złości się na córki, "dołuje", a nawet przeklina, nie współczuje Amelii, kiedy ta zrobi coś głupiego i musi ponosić konsekwencje. Ojciec jest zwariowanym nauczycielem, bolejącym nad zepsuciem pokolenia córki, zwłaszcza nad zapatrzeniem w elektroniczne gadżety (jakbym siebie słyszała). Wychowawczyni potrafi co chwilę zwracać uwagę najzdolniejszym uczniom, a prawie dorosła siostra myśli wyłącznie o swoim wyglądzie i poznawaniu nowych chłopców. Jednak na obóz letni, w dniu odwiedzin, do Czachy przyjeżdżają nie tylko mama i siostra, ale i ojciec ze swoją partnerką (nielubianą, z wzajemnością, przez mamę). Ojciec towarzyszy też mamie na  uroczystości zakończenia roku w szkole Czachy, a przyjęcie urodzinowe dziewczynki kończy się partyjką kręgli rozegraną między jej ojcem a (przyszłym) ojczymem oraz odśpiewaną przez rodziców (Czachy i koleżanek) "Naszą klasą" Jacka Kaczmarskiego. I jak tu nie lubić takich dorosłych?
Zapomniałabym, Amelia marzy o psie. Ten wątek otwiera i zamyka powieścio­pamiętnik, jednak dla mnie ważniejsze było wszystko, co w środku. A za najweselszy fragment uważam ostatni akapit, w którym Czacha dostaje od ojczyma kolejny, jeszcze pusty notes i zapowiada, że napisze drugi tom pamiętnika. Czekamy!
Bożena Itoya
Joanna Jagiełło, Pamiętnik Czachy, Wydawnictwo Literatura, Łódź 2014.

Ciepła opowieść na ochłodę

Zmęczeni upałami, sięgnęliśmy ostatnio po lekturę nietypową o tej porze roku, taką grudniowo­świąteczną. "O czym pada śnieg" Agnieszki Tyszki to ciepła historia o
mroźnym i zaśnieżonym świecie owadów, w którym "Kolejne dni mijały spokojnie, przyglądając się w zadumie: przebiśniegom i sasankom, pierwszym listkom brzóz, dojrzewającym poziomkom, trawom mokrym po deszczu, żółknącym klonom i spadającym kasztanom. No i śniegowym gwiazdkom, oczywiście".

Autorka nie wspomina wprost świąt Bożego Narodzenia (choć mowa jest o jakichś zimowych świętach), biedronki, ćmy i gąsienice posiadają rozmaite cechy ludzkie, ale nie są aż tak
uduchowione. Dzidzia Biedronka i gąsienica Gąsia chodzą do przedszkola, biorą udział w kuligu, mają swoje misie (ożywające maskotki), radości, przyjaźnie i smutki. Są zwykłymi literackimi dziećmi, z którymi mogą się utożsamiać mali czytelnicy.
Na początku opowieści biedronka przeżywa przykrą przygodę, której opis może pomóc dzieciom w radzeniu sobie z przedszkolnymi problemami i ze wstydem.
"Kiedy była już w szatni poczuła, że strasznie, ale to naprawdę strasznie chce jej się SIUSIU. Biedaczka podskakiwała raz na jednej, raz na drugiej nodze (wtedy wydawało jej się, że siusiu JESZCZE CHWILĘ poczeka) i próbowała ściągnąć spodnie.
– Szybciej, szybciej! – poganiała Dzidzia prawą szelkę.
– Szybko, proszę... – szarpała za lewa nogawkę.
Wszystko na nic! Czerwone spodnie na dobre utknęły na Dzidzi, a może to raczej ona utknęła w
nich? (...)
Dwa zielone żuczki szeptały coś do siebie i cichutko chichotały. Biedronka zastanawiała się, czy
to czasem nie ona była przyczyną ich wesołości. Stała (bojąc się ruszyć) bardzo smutna i bardzo
mokra, a pierwsze łzy zaczynały jej spływać po policzkach.
Na szczęście nadeszła pani."

"O czym pada śnieg" jest więc początkowo bajką terapeutyczną, jednak dalej autorka odchodzi od tej konwencji, opowiadając o poszukiwaniach zagubionych w lesie przyjaciół, samotności i smutku starszej pani (ćmy, której portret widnieje na okładce), przypadkowych spotkaniach, współczuciu i nawiązywaniu nowych przyjaźni. Przygody zimowych robaczków uczą chyba przede wszystkim empatii. Jest to zarazem lekka, przyjemna lektura na każdą porę roku, bo czyż latem nie jest miło wyobrazić sobie, jak "Śnieg padał i padał... Ogromne płatki wirowały w szalonym tańcu, kręcąc piruety i fikając koziołki".
Bożena Itoya

Agnieszka Tyszka, O czym pada śnieg, ilustracje Aleksandra Kucharska­Cybuch, AKAPIT PRESS 2013.

Zdematerializowane kabanosy, czyli "Walizka pana Hanumana"

Kolejna książeczka z serii "Czytam sobie" wydawnictwa Edukacyjny Egmont z pewnością spodoba się najmłodszym fanom Harry'ego Pottera. Rafał Witek przygotował dla początkujących czytelników (poziom 2) zwariowaną historyjkę o zagubionej magicznej walizce, której zawartość przysporzy głównym bohaterom nie lada kłopotów, gdy w ich otoczeniu zaczną się dziać niesamowite rzeczy. Krótka, ale zabawna opowiastka z morałem, przypominająca, że ciekawość to pierwszy stopień do piekła, ale uczynność popłaca.
Tekstowi towarzyszą barwne ilustracje Emilii Dziubak, wiernie, niemalże zdanie po zdaniu opowiadające całą historię. W pamięć najbardziej zapada postać zapłakanej Oliwki z nosem kabanosem i szczerzący zęby w szelmowskim uśmiechu Adrian.
Bawi nieco próba uwspółcześnienia opowieści przez włożenie w ręce bohaterów takich gadżetów jak tablet z logo nadgryzionej gruszki czy smartfon. Z tego typu zabiegami zwykle wiąże się problem: dorośli autorzy niekoniecznie nadążają za dziecięcą rzeczywistością, a nawet jeśli tak, to ta z każdym rokiem zmienia się diametralnie. Główna bohaterka, Daria, za pomocą tabletu wysyła koleżance mejla ze zdjęciem. Mejla? Z badań wynika, że młodzież prawie nie używa poczty elektronicznej. W takim razie może Facebook? Pudło, dane statystyczne są nieubłagane: z Facebooka korzystają przede wszystkim starsi użytkownicy, wśród
młodych najpopularniejsze są dziś (o ile jeszcze jestem na bieżąco) serwisy takie jak Twitter czy Instagram. Tylko czy będą popularne jutro? Cóż, wygląda na to, że wszelkie próby stworzenia książki, która będzie aktualna pod względem używanych przez bohaterów technologii, są z góry skazane na porażkę. Dlaczego w takim razie marudzę? Można przecież umiejscowić dzieci w określonym czasie i do niego dostosować sposób komunikacji. Jasne, można - i rzeczywiście były czasy, kiedy młodzi pisali sobie mejle (pamiętam, byłam wtedy w liceum). Tylko że nikt wtedy nie słyszał o tabletach, smartfonach i ekranach dotykowych.
Druga wątpliwość dotyczy języka - i jest to przypadłość wszystkich książeczek poziomu drugiego (poziom pierwszy pomijam ze względu na naprawdę niewielką ilość tekstu). Weźmy poniższy fragment:
Ojej! - wymamrotała, gdy wieko walizki zostało otwarte. - To sekretne skrypty! (...) Ale cudackie te litery (...) - Daria złapała kilka kartek i lustrowała je drobiazgowo.
Od sztuczności zastosowanego w tekście słownictwa i konstrukcji bolą mnie zęby (chociaż może to mieć związek z wczorajszą wizytą u dentysty...). Oczywiście wynika to z ograniczeń narzuconych na autorów tekstów (brak zbitek i głosek takich jak "sz", "cz", "ni", "ś", "ć", "ą", "ę"). Pomysł ułatwiania w ten sposób zadania początkującemu czytelnikowi jest ciekawy, ale w praktyce uniemożliwia stosowanie wielu często występujących w języku słów i sprawia, że tekst staje się przekombinowany i być może - nie sprawdzałam tego w praktyce - trudniejszy w odbiorze. Bohater nie może pójść, więc galopuje. Nie może nieść, więc targa. Nie może nawet czytać - więc odcyfrowuje, lustruje i studiuje. A kabanosy, zamiast zniknąć, muszą zostać zdematerializowane.
Trzecie, drobne zastrzeżenie podpowiada mi moja feministyczna dusza: w skrócie, mamy tu historyjkę o dwóch dziewczynkach, które wpadają w tarapaty i w te pędy wzywają chłopca, by ten rozwiązał problem. Również Adrian wpada później na pomysł, co zrobić z tajemniczą walizką. Oklepany schemat, powielany przez wiele historii dla dzieci. Nie znaczy to oczywiście, że książka nie jest warta przeczytania, ale przyznam, że nie byłby to mój pierwszy wybór, gdybym szukała lektury dla zaczynającej przygodę z książką córki.
Pomijając te drobne w gruncie rzeczy uwagi, "Walizka pana Hanumana" to lekka, zabawna opowiastka, w sam raz na pierwsze kroki z nieco dłuższą lekturą. Kto wie, może właśnie odcyfrowanie "zdematerializowanych kabanosów" sprawi młodemu czytelnikowi największą frajdę?
Joanna Pietrulewicz

Detektyw z ogonem, czyli Tytus - superpies

Trwają wakacje, co dla dzieci oznacza czas słodkiego lenistwa. Pamiętam, że kiedy nadchodził ostatni dzień szkoły, przygotowywałam swój wakacyjny niezbędnik: torebkę, a w niej ołówek, kartkę, parę monet, kawałek sznurka. Z tym pakunkiem na szyi biegałam po okolicy i rozwiązywałam detektywistyczne zagadki. Na karteczce zapisywałam poszlaki i rysowałam mapy, sznurek pozwalał budować sprytne pułapki na złodziei. To nic, że i zagadki, i ich rozwiązania były zmyślone. Bawiłam się doskonale.
Przypomniałam sobie o mojej wakacyjnej zabawie, czytając kolejną pozycję z serii Czytam sobie - "Tytus - superpies". Tytułowy Tytus jest detektywem starej szkoły, w charakterystycznym kraciastym wdzianku i sznurowanych butach. Poznajemy go, gdy popija herbatę z filiżanki (jak na naśladowcę najsłynniejszego brytyjskiego detektywa przystało) i wygląda przez okno swojego elegancko umeblowanego mieszkania, oczekując na kolejną zagadkę do rozwiązania. Ta pojawia się wraz z pudlem Koko, który zawiadamia Tytusa o pewnej spektakularnej kradzieży.
Joanna Olech jest doświadczoną pisarką literatury dziecięcej (stworzyła między innymi popularną "Dynastię Miziołków"), co od razu daje się odczuć. Tekst, pomimo ograniczeń w doborze głosek, czyta się bardzo przyjemnie. Wszelkie odbiegające od normy sformułowania łatwo zrzucić na karb nieco staroświeckiego sposobu mówienia Tytusa. Rysunki (również dzieło autorki) zachwycają pewną kreską i bogactwem emocji wyrażanych przez sympatyczne psie pyszczki. Czy Tytus odnajdzie portret wuja Rollo? Polecam książeczkę Joanny Olech na wakacyjną lekturę. Kto wie, może zachęci ona dzieci do wyjścia na dwór i poszukania własnych zagadek do rozwiązania?
Joanna Pietrulewicz

czwartek, 10 lipca 2014

Plecak wakacyjny małoletniego


Wybieram się na wakacyjną wyprawę z najmłodszym.
Już tylko przysłowiowego "dziada z babą" brakuje, a nie mamy spakowanej jeszcze żadnej zabawki, książki czy konewki.
Dramatyczny wybór. Może pokusić się jeszcze jedną walizkę? Całą przyczepę? Może dla odmiany nie zabierać któregoś z największych gabarytowo domowników i na Jego miejscu upchnąć łopatki i piłki plażowe dla najmłodszego...?
Jest przecież "oczywistym", że są rzeczy na wakacjach niezbędne, z których tak łatwo się nie zrezygnuje. Są to, między innymi,puder w kremie,krem, krem przeciw, na i po, poza tym różne potrzebne maści i emulsje...
Krótko mówiąc: do zabrania jest dużo, walizka mała, cierpliwość przewoźnika ograniczona.
Rzeczy niezbędne kobiecie do oddychania trzeba zabrać koniecznie, wszystkie inne nabędziemy drogą kupna na miejscu.  Tylko, jak wiemy, w nadmorskich, na przykład, kurortach rodzimych mamy do czynienia z tzw. budką chińską. Koło takiej budki polskiej, ale jednak chińskiej, dziecko moje małoletnie nie przechodzi swobodnie w "asertywnym wyciszeniu", tylko gna jak opętane, krzycząc: "Kup mi coś". COŚ najczęściej kosztuje niemal połowę miesięcznego wynagrodzenia męża.  Kupowane w drodze nad morze i z powrotem, efektywnie drenuje portfel.
Nie ma wyjścia, wygospodarować musimy część edukacyjno-rozrywkową w wozie naszym. I już wiem, jaką pierwszą książkę włożę do plecaka syna. Będzie to opowieść o robalach, o mrówkach dokładnie.
Wydaną w Naszej Księgarni książkę "Opowiem ci, mamo, co robią mrówki" namalowała Katarzyna Bajerowicz. Do rysunków wiersze napisał Marcin Brykczyński. Duet wyśmienity.
Świetny koncept i ilustracje. Jest w tej książce i zabawa dla oka, i dla małoletniego intelektu. Czyli to, co tygryski lubią najbardziej.
Ilustracje żywe, dowcipne, ciekawe. Dzieje się na nich dużo, jak w mrowisku. Bohaterami, oprócz mrówek, są motyle, biedronki, mszyce, ślimaki, świerszcze. Jednym słowem, robale, owady i jeszcze raz owady.

Wszystko zmalowane z perspektywy ziemi, dokładnie i szczegółowo. Każdą z ilustracji dziecko może oglądać wielokrotnie, odkrywając na niej za każdym razem nowe ciekawostki. Autorzy namawiają do interakcji z książką, szukania bohaterów, detali, porównywania obrazków. To nie jest nuda o robalach. To sympatyczna przygoda na łące stworzona z humorem i dowcipem.



Książka wydana jest wyjątkowo starannie. Twarde kartki, nie tak łatwo zniszczalne w jednym pokoleniu. Zaokrąglone rogi, świetny papier, matowa folia, którą pokryte są strony. Wszytko to sprawia, że książka jest przyjemna w dotyku, ilustracje czytelne, a całość bezpieczna dla malucha.  
"Opowiem ci, mamo, co robią mrówki"  nie jest panaceum na wszystkie nasze wyjazdowe bolączki ale będzie  na pewno jedną z istotniejszych lektur w naszym wakacyjnym plecaku.
Widziałam już jej kontynuację  "Opowiem ci, mamo, co robią pająki" i tak sobie myślę, że z olbrzymią przyjemnością odłożę pakowanie i udam się do księgarni po drugi tom z tej serii. 
Do wyjazdu jeszcze chwila, na pewno zdążę ... A książki na wakacjach muszą być wyjątkowe. Gromadą przecież nasze wspomnienia.
Anna Łukasik
Od wydawcy: Znakomity prezent dla dzieci w wieku od 2 do 6 lat. Sztywne kartki (dzięki którym książka przetrwa wielokrotne zetknięcie ze zręcznymi rączkami małego czytelnika), poręczny format, a przede wszystkim przepiękne ilustracje Katarzyny Bajerowicz, którym towarzyszą rymowane zagadki Marcina Brykczyńskiego, tworzą prawdziwe dzieło sztuki! www.mrowisko.nk.com.pl