cudanakiju.pl

cudanakiju.pl

poniedziałek, 6 marca 2017

Stary Noe


Książka "Stary Noe" Zuzanny Orlińskiej jest w pewnym sensie tradycyjna, a zarazem na wskroś nowoczesna. Do dawnych polskich publikacji dla dzieci, choćby serii "Poczytaj mi mamo", nawiązuje forma i zakres publikacji: jedno, niezbyt długie opowiadanie (do przeczytania za jednym razem dla ośmiolatka i dzieci starszych), dużo ilustracji, określony, zwarty temat, morał, raczej pogodne przesłanie. Autorka jednak wykorzystuje te ramy na własnych zasadach, rozciągając starotestamentową opowieść o Noem na współczesne czasy i problemy. Co prawda niektóre zagadnienia można uznać za ponadczasowe, uniwersalne, bo gnębią zarówno zwyczajnych ludzi, jak i wybitnych filozofów wszystkich epok, jednak bardzo czytelne są również odniesienia do aktualnych spraw rozpalających międzynarodową (i naszą, polską) opinię publiczną.

Wtedy zaczął padać deszcz.
Deszcz padał i padał. Na początku nikt nie widział w tym nic dziwnego. Ot, deszcz jak deszcz. Ludzie zamknęli się w swoich domach i czekali na koniec ulewy. Dzieci cieszyły się, że nie trzeba będzie chodzić do szkoły. Zmoknięte wrony przycupnęły na gałęziach drzew, schowały głowy pod skrzydła.
 
W tej historii Noe, zupełnie jak w Biblii, zostaje wyznaczony przez Pana (słowo "Bóg" nie pada) do zadania ocalenia życia na Ziemi. Pan zsyła wielką ulewę i potop, a Noe dryfuje w wielkiej arce, która mieści jego trzech synów z żonami oraz pary stworzeń wszelakich. Wszystko przebiega zgodnie z instrukcjami z niebios, dopóki Noe nie poddaje w wątpliwość narzuconych przez Pana granic współczucia i humanitarności. Starzec niczym zbuntowane dziecko nie przyjmuje do wiadomości wyjaśnienia "bo ja tak mówię", drąży temat, jest zarazem pokorny i stanowczy, wytrwały w swoim dążeniu do dobra. Noe stawia sobie, Panu i nam szereg ważnych pytań: Czy i dlaczego tylko wybrani zasługują na ocalenie? W czym są lepsi od przypadkowych ofiar, czekających na pomoc? Czy należy ratować wszystkich, czy raczej dbać o własną ojczyznę, o, przepraszam, arkę, by nie uległa przeciążeniu i nie poszła na dno?

Ty wszystko wiesz, Panie – powiedział smutno Noe. – Wobec tego wiesz także, co to za dziecko. To biedny, chudy, przestraszony chłopczyk, w dodatku bardzo głodny. Umarłby, gdybym zostawił go na kościelnej wieży.
To prawda – potwierdził Pan. – Wiem o tym. Wiem także, że ten chłopczyk należy do rodu ludzkiego, który okazał się zły i przewrotny, a ja postanowiłem go wytracić. Co do jednego! Z wyjątkiem mojego przyjaciela Noego, jak sobie przypominam, bo uważałem, że on jest mi posłuszny. Cóż, musiałem się mylić!

Myślę, że większość młodych czytelników w trakcie lektury "Starego Noego" zastanowi się, jak należałoby postąpić, a jak sami zachowaliby się będąc na miejscu Noego. Czy te sposoby postępowania pokrywają się ze sobą? Wiemy, jak należy postąpić w książce, pochwalamy dobre wartości w literaturze, ale czy kierujemy się nimi w życiu? Warto zaproponować dziecku tę książkę, by wzbudzić w nim podobne przemyślenia.
Opowieść bardzo nas wciągnęła i ze względu na treść – lubimy z synem podyskutować na temat etyki oraz wiary, i z uwagi na ładny, prosty język autorki. Nie ma siły, by zainteresować dziecko książką, jeśli ta jest słabo napisana. Zuzanna Orlińska zdecydowanie nie musi martwić się brakiem uznania młodych czytelników, bo pisze lekko, konkretnie i obrazowo. Temu niepowtarzalnemu stylowi pisarstwa zawdzięczamy dobrą zabawę oraz " łatwą przyswajalność" tekstu. "Stary Noe" został w naszym domu wchłonięty i w pełni zintegrował się z naszym systemem wartości.
Ilustracje autorki są pogodne i świetliste, mimo dość ponurych tematów przewodnich książki: potopu, zagłady, ciężaru odpowiedzialności moralnej. W sferze obrazu deszcz i powódź niosą oczyszczenie, nasze myśli krążą daleko i spokojnie, gdy patrzymy na wszystkie te błękity, turkusy i granaty, przeważnie przykryte szarą firaną deszczu, ale także na piaskowe i pomarańczowe brązy (wyglądające jak przyćmione troskami słońce), jakimi wymalowane są arka oraz kapota Noego. Na deser zaś dostajemy fiolety i róże, zamykające łagodnie tę wcale nie cukierkową opowieść. Ja zaś zakończę ponownym nawiązaniem do serii "Poczytaj mi mamo": zagubiony chłopiec uratowany przez Noego wygląda jakby przywędrował prosto z książeczek ilustrowanych przez Wandę Orlińską (może z "Potworka" Marty Tomaszewskiej?) i jest uroczym łącznikiem między pokoleniami twórców i czytelników polskiej literatury dla dzieci.
Bożena Itoya

Zuzanna Orlińska, Stary Noe, Wydawnictwo Literatura, Łódź 2015.

Elf i skarb wuja Leona

Najnowsza powieść Marcina Pałasza stanowi udaną kompozycję lekkiej książki przygodowej i literatury młodzieżowej na wysokim poziomie. Autor bardzo skutecznie, różnymi środkami i metodami, przyciąga uwagę czytelnika, którym może być właściwie każdy, ale chyba przede wszystkim dzieci w wieku 7-12 lat.
Jedna książka – "Elf i skarb wuja Leona" – pomieściła moc rozrywki, wygibasy umysłowe związane z zagadką tytułowego skarbu, anegdoty z życia pisarza ("Kiedyś po spotkaniu stała kolejka dzieci z książkami, podpisywałem je dla nich, aż tu nagle jedna nauczycielka mówi do mnie: Może się pan pospieszyć?! Te dzieci straciły już przez pana dwie jednostki lekcyjne!"), informacje o psich i ludzkich smakołykach oraz równie smakowitą dawkę strachu, bo do końca nie dowiadujemy się, co Elf wyczuł za ścianą piwnicy.

Po prostu za ową ścianą, w jednym miejscu, było coś tak okropnie złego, że nawet nie mam psich słów, by to opisać. Próbowałem być odważny, podejść do tego, wyszczerzyć zęby i wystraszyć to coś, ale z drugiej strony – czy to coś widziało przez ścianę?! Wkrótce jednak byłem już pewien, że to mnie widzi.

Narratorami są, jak zawsze, na przemian Duży i jego pies Elf. Psi punkt widzenia przydaje książce humoru, należą się jej też dodatkowe punkty za widzenie psa – przez nas, czytelników, bo na kolażowych ilustracjach Kasi Kołodziej obok rysunków występuje Elf we własnej długouchej i długołapej, sfotografowanej osobie. A już zupełnie poprawiło nam nastrój oglądanie wyklejek "Elfa i skarbu wuja Leona" z podkładem muzycznym w postaci czołówki "Reksia": pasek z fotografiami Elfa pasuje jak ulał do fragmentu, w którym bohater filmu animowanego przybija stemple na taśmie filmowej.
Historia rozgrywa się w zabytkowym budynku, pałacyku czy dworku, który po ekscentrycznym wuju Leonie odziedziczyła znajoma Dużego, bibliotekarka z pasją. Małgosia gości pisarza (bo Duży jest literackim alter ego Marcina Pałasza), jego syna (Młodego) oraz ich psa przez kilka dni, które okazują się terminem wykonania testamentu wuja Leona. Dokument, oficjalnie przedstawiony przez notariusza, zawiera bowiem zagadkę, za której rozwiązanie przysługuje nagroda – to właśnie ten tytułowy skarb. Jeśli wskazówki zza światów nie doprowadzą bohaterów do celu, majątek wuja Leona zostanie przekazany instytucji charytatywnej, a Małgosia co prawda dostanie dom, ale nie będzie w stanie go wyremontować ani utrzymać.
W śledztwie uczestniczy kilka osób z otoczenia miłej bibliotekarki (przeważnie są to członkowie rodziny jej męża), każda z nich będzie miała mniejsze lub większe znaczenie dla powodzenia lub porażki drużyny poszukiwaczy skarbu. Niektórzy zapadną nam w pamięć na długo.

Potem zaś poczułem zapach tej człowieczki, na którą mówili "Korozja". I tego drugiego, szczeniaka. Szczeniak mnie w sumie nie interesował, ale Korozja jak najbardziej, o tak! A dlaczego? Gdyż wszyscy ci fajni ludzie, których poznaliśmy, tak samo zresztą jak Duży i Młody, na widok Korozji od razu wydzielali zapach niechęci i zdenerwowania. Od niej zaś czułem zapach złości, ciągły i wszechobecny. Ja tam nie lubię, jak ktoś tak pachnie, bo złość oznacza agresję, zaś agresja nigdy do niczego dobrego nie prowadzi. Naprawdę nie chciałbym, żeby ta Korozja znienacka rzuciła się na Dużego i go pogryzła! A pachnie tak, jakby lada chwila miała to zrobić.

Poczucie humoru w książce bywa różnorakie – od wyobrażenia kupy goniącej psa, po ironiczne ujęcia zachowań i wypowiedzi osób wrogo nastawionych do świata. W tej dziedzinie królują opryskliwa staruszka – ciotka Korozja – i przemądrzały młodzieniec Marceli. Przy okazji muszę podkreślić, że język utworu jest bardzo elastyczny, dopasowuje się do postaci i sytuacji. Autor stosuje wyjątkowo udane stylizacje, takich cudaków rzucających "marcelizmami" słyszymy często choćby w audycjach radiowych adresowanych podobno do dzieci (chyba tych "starych-malutkich", jak mawiała moja babcia).

Nie ma potrzeby patrzyć się na mnie tak podejrzliwie – oświadczył w końcu z godnością. – W dodatku nie tylko podejrzliwie ale i oskarżycielsko! Przyznaję, że to niefortunne urwanie się żyrandola jest poniekąd moim dziełem, niemniej nie doszłoby do tego, gdyby nie ten niespodziewany i budzący grozę dźwięk dobiegający ze strychu. Jak mniemam, został on wywołany nieprzypadkowo przez kogoś z was, toteż nie poczuwam się do większej odpowiedzialności...

Wartka akcja, ciekawe postacie i maestria językowa to jeszcze nie wszystkie walory książki "Elf i skarb wuja Leona". Otóż są też, bardzo wiarygodne, portrety... posiłków. Wywołują one burczenie w brzuchu i porównania z "Ruchomym świętem" E. Hemingwaya. Mniam.
Innym literackim skojarzeniem, oczywistym, bo ta autorka została nawet wspomniana w tekście, są kryminały A. Christie. Marcin Pałasz podobnie jak mistrzyni kryminału tworzy fabułę w oparciu o charakterystyczne (ale niekoniecznie sympatyczne) postacie, tajemnicze posiadłości, w których znaczące bywa każde miejsce czy przedmiot, sekrety zmarłych oraz motyw skłóconej rodziny. "Elf i skarb wuja Leona" na pewno należy do najbardziej udanych polskich książek "detektywistycznych" dla młodszej młodzieży wydanych w ostatnich latach. Autor nie zapomina też o "obyczajowym" przekazie, choćby tym dotyczącym akceptowania i bycia akceptowanym przez rówieśników.
Jest ciekawie, bywa zaskakująco, bo pokrętne oczywistości podsuwane przez świętej pamięci zwariowanego (choć zdrowego psychicznie – jest certyfikat!) wuja czasem okazują się ślepymi uliczkami śledztwa, a niekiedy nie jesteśmy pewni, jak je interpretować.

To... to nie było ognisko – odchrząknęła Małgosia jakby z zakłopotaniem. – Tutaj było chyba stanowisko startowe rakiet wuja Leona...
Co takiego?! – Młody w ułamku sekundy znalazł się obok nas, wybałuszając oczy. – Jakich rakiet?
Mnie też rakiety nieco zdziwiły, a jednocześnie poczułem się bardzo zaciekawiony – wszak kiedyś studiowałem astronomię, a wszelkie rakiety, loty kosmiczne i tak dalej wciąż bardzo mnie interesowały. Nie podejrzewałem co prawda, by tajemniczy wuj Leon zdołał stworzyć cokolwiek, co osiągnęłoby orbitę okołoziemską, ale odpalenie czegokolwiek, co poleciałoby choć na kilometr w górę, zasługiwało już na całkowity szacunek.
No, rakiet – westchnęła Małgosia. – Od jakichś pięciu, sześciu lat zaczął się tym bardzo interesować. Powiedział, że ma w domu coś strasznego, co najlepiej byłoby wystrzelić daleko w kosmos. Naprawdę! Ale wtedy już lekko dziwaczał i wszyscy uznaliśmy, że to początki alzheimera albo coś w tym stylu... Jednak gdy jego pierwsza rakieta wystartowała i wzniosła się na ponad trzy kilometry, uznaliśmy, że to jednak nie alzheimer.

Oto kolejna niewiadoma, na której wyjaśnienie musimy zaczekać do następnej części serii o Elfie. Oby powstała jak najszybciej! Bardzo prosimy autora i wydawnictwo o litość nad spragnionymi kontynuacji czytelnikami.
Bożena Itoya

Marcin Pałasz, Elf i skarb wuja Leona, rysunki Kasia Kołodziej, Wydawnictwo Literatura, Łódź 2017.

Spacerkiem przez rok

Pomysł na książkę "Spacerkiem przez rok" Małgorzaty Strzałkowskiej jest prosty i w pierwszej chwili możemy uznać, że typowy: oto bogato ilustrowany tomik wierszy o miesiącach i porach roku. Jednak już po pobieżnym przeglądzie zawartości zauważamy wyjątkowość prac Elżbiety Wasiuczyńskiej, a przewracając kartki niektórzy z nas złapią się na sprawdzaniu, czy palce nie ubrudziły się od farby z tych świeżych, soczystych malunków. Rośliny, zwłaszcza kwiaty i liście, pokazane są z bliska, z dbałością o każdy szczegół, cień, odblask, odwzorowanie faktury. Miód świeci jak wtedy, gdy słoik trzyma się "pod słońce", mroźne wzorki na szybie też widuję "na żywo" (i teraz wreszcie wiem, kto je maluje w najzimniejsze noce – pani Wasiuczyńska!), ale naszej czarnej kotki z tej strony deszczowego okna, z której jest widoczna w "Spacerkiem przez rok", jeszcze nie miałam okazji oglądać. Po stronach książki przechadza się spacerkiem mała panienka, czasem makowa, kiedy indziej bzowa, dmuchawcowa, pszczela, muchomorowa, żołędziowa, liściowa, w każdym razie niczym czarująca Calineczka odbywa podróż przez miesiące i pory roku przedstawiając charakterystyczne dla nich rośliny, zwierzęta i przedmioty (zimowe pierniczki, jesienne książki, noworoczne fajerwerki).

Ciepło, ciepło, coraz cieplej,
czas na klapki, kąpielówki –
coraz krócej śpią słowiki,
coraz dłużej śpią żarówki. (...)

Również wierszyki Małgorzaty Strzałkowskiej prezentują się bardzo przyjemnie, a czasem wręcz błyszczą. Mocno z nimi splecione ilustracje podsycają nastrój, przywołują wspomnienia, zapachy i smaki, ale to tekst stanowi punkt wyjścia, rozpoczyna zabawę polegającą na sezonowej wyliczance. Słowo jest w "Spacerkiem przez rok" tym ważniejsze, że autorka nie tylko snuje rymowane historyjki o przyrodzie, ale i tłumaczy pochodzenie poszczególnych nazw miesięcy.

Stary Rok się właśnie w styczniu
z Nowym Rokiem styka –
dzisiaj takie tłumaczenie
zwykle się spotyka.

Ale styczniem starą nazwę
tyczeń zastąpiono,
od tyk pod groch, chmiel, fasolę –
wówczas je robiono.

Inni twierdzą, że gdy w zimie
śniegi wiatr zawiały,
długie tyki, wbite w ziemię,
drogi wyznaczały.

Zdecydowanie więc wspólne przedsięwzięcie Małgorzaty Strzałkowskiej i Elżbiety Wasiuczyńskiej zaspokaja i głód (rymowanej) wiedzy, i potrzebę obcowania ze sztukami plastycznymi. Oba składniki są dobrej jakości, zostały idealnie zmieszane (bez grudniowych grud i październikowych paździerzy), podane z prostotą i proporcjami znanymi tylko największym mistrzom (wszak "Prostota jest rezultatem dojrzałości"...), a powstała w ten sposób strawa dla duszy ma nieograniczony termin przydatności do spożycia. Po lekturze "Spacerkiem przez rok" aż ma się ochotę zanucić wraz z Marylą Rodowicz "Ja to mam szczęście, że w tym momencie żyć mi przyszło w kraju nad Wisłą, ja to mam szczęście". Nie każdy autor, ilustrator i czytelnik ma do dyspozycji tyle pór roku, ich owoców i barw, co my!
Bożena Itoya

Małgorzata Strzałkowska, Spacerkiem przez rok, ilustracje Elżbieta Wasiuczyńska, Media Rodzina, Poznań 2016.

"Pinokio" w przekładzie Jarosława Mikołajewskiego i ilustracjach Roberta Innocentiego

Sześć lat temu wydawnictwo Media Rodzina przygotowało nową edycję "Pinokia" Carla Collodiego: w tłumaczeniu Jarosława Mikołajewskiego, opartym na pierwszym włoskim wydaniu książki z 1883 roku, oraz z ilustracjami Roberta Innocentiego, pierwotnie zamieszczonymi w amerykańskiej publikacji z 2005 roku. Do tego efektownego wydania (w pokaźnym formacie, z twardą oprawą i obwolutą, kredowym papierem oraz dużymi ilustracjami) wróciliśmy akurat teraz, bo "Pinokio" jest szkolną lekturą mojego syna, ucznia czwartej klasy szkoły podstawowej.
Od razu okazało się, że ta wersja klasycznej opowieści nie została stworzona dla dziesięciolatków. Po pierwsze, książka jest duża i ciężka, więc dzieciom wygodnie czyta się tylko przy stole lub biurku, a spakowanie jej do tornistra po prostu nie wchodzi w rachubę (waży tyle, co kilka podręczników). Po drugie, niewątpliwie jest to edycja kolekcjonerska, perła wydawnicza z wyjątkowymi ilustracjami, które jednak nie wpisują się w oczekiwania i wrażliwość przeciętnego czwartoklasisty.
Według mnie lektura ta w ogóle nie może zostać doceniona przez współczesne dzieci (swoje argumenty przytaczam poniżej), chyba że jako materiał źródłowy podczas lekcji etyki czy zajęć z zakresu historii literatury w najstarszych klasach (nowej-starej) szkoły podstawowej, gimnazjach czy w szkołach średnich.
Przekład Jarosława Mikołajewskiego podkreślił wszystko, co w tekście Collodiego najcenniejsze, najjaskrawsze i najzabawniejsze, a równocześnie wydobył subtelności dotąd niedostępne dla polskiego czytelnika. Niektóre sformułowania (nieobecne w wydaniu "Pinokia", jakie mój syn wypożyczył ze szkoły) dookreśliły baśniowość opowieści Collodiego, jednak jest to typ baśni zbliżony do niektórych upiornych utworów H.Ch. Andersena (jak nasz ulubiony "Mały Klaus i duży Klaus"), Braci Grimm czy Charlesa Perraulta, który po każdej baśni zamieszczał morał, często wydobywający z tekstu znaczenia nieoczywiste dla dzisiejszych dzieci, zazwyczaj korzystających ze złagodzonych, niepełnych wersji "Czerwonego Kapturka" czy "O pięknej, co w lesie spała, czyli śpiąca królewna" (tytuł z przekładu Barbary Grzegorzewskiej).
Dodatkowo posłowie przygotowane przez tłumacza, który sam jest pisarzem, poetą i dziennikarzem, przybliża kontekst utworu, całej twórczości Collodiego oraz niuanse pracy nad polskim przekładem, powstającym po ilustracjach Roberta Innocentiego i w ścisłym z nimi związku. Komentarz Jarosława Mikołajewskiego uważam za bardzo wartościowy, oczywiście, podobnie jak całe to wydanie "Pinokia", skierowany został do dojrzałego czytelnika. Publikacja powinna zadowolić koneserów włoskiej literatury i ilustracji, natomiast uczniowie przerabiający książkę w szkole mogą być mniej usatysfakcjonowani. Warto jednak, za przykładem (i przekładem) Jarosława Mikołajewskiego, spojrzeć na "Pinokia" właśnie jako na punkt na linii dziejów literatury włoskiej, europejskiej i światowej, zjawisko, muzeum motywów i postaci, skarbczyk dawnych wartości i metod dydaktycznych. Tak rozpatrywany "Pinokio" nabiera barw, przestaje być tylko postrachem wagarujących, leniuchujących i fantazjujących (bo czy aż kłamiących?) chłopców.
W dziwnym, niepokojącym, wręcz groteskowym świecie Collodiego zmyślanie i niewinne łobuzowanie uznawane są za przestępstwo i karane nie tylko ponurymi morałami wygłaszanymi przez każdą napotkaną postać – ludzką, zwierzęcą czy fantastyczną, ale i tułaczką zbliżoną do tej Odyseusza, cierpieniami psychicznymi i fizycznymi, więzieniem w różnych formach. Cóż, dla współczesnych dziesięciolatków te umoralniające lekcje są dziwaczne i niewiarygodne, a dla ich rodziców bywają "chore" i nieadekwatne do winy. W dodatku autor ocenia i opisuje wyłącznie zachowania chłopców, tych wiecznych czarnych owiec wśród dzieci. Dziewczynki są przecież grzeczne i ich nie trzeba pouczać, a może nawet nie oczekuje się od nich, że będą czytały książki (to nie należy do ich roli społecznej), stąd nie są wspominane? Czemu więc koleżanki mojego syna miałyby się interesować tą książką i podejmować jej analizę na lekcjach języka polskiego? Jarosław Mikołajewski porusza w posłowiu kwestię roli kobiet w "Pinokiu" (oraz ogólnie w twórczości i życiu autora), jednak z punktu widzenia czytelniczki ta klasyczna baśń jest po prostu anachroniczna.
Model pisarstwa Collodiego nie zajmuje dzisiejszej młodszej młodzieży, nawet tej najambitniejszej. Pomijając dydaktyzm "Pinokia", przeszkadzający obcującym z nim "drogim, małym czytelnikom", do których autor zwraca się bezpośrednio, oraz wyjąwszy kilkakrotnie powtarzane streszczenie przygód bohatera, treść książki może oczarować. Mnie poruszyły fantastyczne, nieco drastyczne przypadki drewnianego pajacyka i jego kolegów. Aby docenić walory tego utworu trzeba jednak lubić literaturę zakorzenioną w baśniowo-ludycznych "klimatach", mieć choć odrobinę zacięcia historyczno- i krytycznoliterackiego. Albo pochodzić z Toskanii.
Obrazy Roberta Innocentiego uważam za genialne. Moja mama spojrzała na nie przelotem i określiła jako "jak u Bruegla", realistyczne, piękne. Natomiast mój syn tylko przeglądał ilustracje, ze mną i z umiarkowanym zainteresowaniem. To, czy sceny z "Pinokia" w ujęciu Innocentiego spodobają się, czy nie, zapewne zależy od wieku (a nawet pokolenia), zamiłowań plastycznych oraz satyrycznych, bo ze stron tej edycji wyzierają twarze niejednokrotnie brzydkie, karykaturalne, zezujące i śmiejące się głupkowato. Kolory ilustracji są mało... kolorowe, nawet barwom ożywiającego otoczenie teatru marionetek, wystrzałowego cyrku czy cukierkowej Krainy Zabawek daleko jest do intensywności i pogody. Cóż, także wyśnione królestwo uciechy okazuje się tu pułapką, nie tylko literacką metaforą, ale po prostu jakimś zamkniętym pomieszczeniem, teatralną dekoracją. Innocenti zachwyca maszkaronami i potwornościami, brudnymi brukowanymi ulicami, surowymi karabinierami – ludźmi i drewnianymi ludzikami, paskudną paszczą oraz wnętrzem rekina-olbrzyma. Upiorność ilustracji jeszcze podbija atmosferę tekstu: znajdziemy na nich pękającego (dosłownie) ze śmiechu gigantycznego węża ze świecącymi oczami, umierającego osła z łzami w oczach czy bardzo plastycznie rozgniecionego Świerszcza-Który-Mówi. I tylko niebo Toskanii pozostaje, jak zawsze, żywoniebieskie.
Bożena Itoya

Carlo Collodi, Roberto Innocenti, Pinokio. Historia pajacyka, z włoskiego tłumaczył Jarosław Mikołajewski, Media Rodzina, Poznań 2011.

czwartek, 23 lutego 2017

"Wietrzyk" – dziecko Sibylle von Olfers


Jeśli czytaliście "Dzieci korzeni" Sibylle von Olfers i byliście oczarowani tą książką, to powinniście przyjrzeć się również "Wietrzykowi" tej samej autorki. W drugiej wydanej w Polsce (nakładem wydawnictwa Przygotowalnia) opowiastce nadal jesteśmy blisko natury, ale zmieniamy żywioł: przenosimy się od ziemi do powietrza. Moce przyrody znów są personifikowane, bo tytułowy bohater przybiera postać bladej, niemal przezroczystej blondynki w zwiewnej jasnoniebieskiej sukience. Wietrzna dziewczynka staje się towarzyszką zabaw dziecka, małego Janka, co odróżnia tę książkę od "Dzieci korzeni", ponieważ tam nie pojawiali się ludzie, a jedynie ożywione rośliny przypominające rozkoszne ludzkie dzieci. Również do "Wietrzyka" zawitają na chwilę owoce dzikiej róży, wyglądające niczym zgromadzenie Czerwonych Kapturków, oraz jesienne liście, które chyba były inspiracją dla fotograficzki Anne Gedes.
Urokliwa książeczka spodoba się miłośnikom starodawnych pocztówek, porcelanowych lalek i atmosfery zabaw naszych babć i prababć. Janek mógłby należeć do jednego z literackich rodzeństw – tego z "Piotrusia Pana", albo z "Lwa, czarownicy i starej szafy" czy "Pięciorga dzieci i czegoś". Jednak podobne harce na łonie natury nie są też obce współczesnym najmłodszym czytelnikom, przynajmniej ja, biegając po lesie jako dziecko, wyobrażałam sobie, że drzewa śmieją się do mnie i ze mną ścigają, a morze szepcze do mnie szumem fal. Dziecięca fantazja nie zna granic czasu, a to jest właśnie historyjka o wyobraźni towarzyszącej każdej samotnej zabawie. Dla małego odbiorcy nie jest istotne, że książka "Wietrzyk" powstała ponad 100 lat temu, w innych realiach kulturowych i językowych, ważne, że dziś, w świeżym i lekkim tłumaczeniu Elizy i Andrzeja Karmińskich, może zabrzmieć czytana przez rodziców i samodzielnie oglądana. A jest co kartkować, bo publikacja ma duże, utrzymane w spokojnej, jednolitej tonacji obrazki, ramki z motywów roślinnych (i... wietrznych) wokół tekstu, ciekawy, "poziomy" format, twardą, ale aksamitną oprawę z płóciennym grzbietem i na pewno różni się od innych pozycji z biblioteczki waszego dziecka – poza "Dziećmi korzeni", do których idealnie pasuje. Zróżnicowanie lektur dobrze wpływa na rozwój małego człowieka, warto więc poeksperymentować z tą klasyczną książeczką, nawet jeśli jej nowy właściciel przywykł raczej do nowoczesnych form i tematów. A jeżeli "Wietrzyk" porwie myśli i wyobraźnię dzieci, rodziców i dziadków z waszej rodziny, to pewnie ucieszycie się z przygotowywanych przez (nomen omen) Przygotowalnię polskich wydań trzech innych książek obrazkowych Sibylle von Olfers, zapowiadanych w posłowiu przez Martę Woszczak, redaktorkę krakowskiej oficyny.
Bożena Itoya

Sibylle von Olfers, Wietrzyk, z niemieckiego przełożyli Eliza i Andrzej Karmińscy, Przygotowalnia, Kraków 2016.

Elf wszechmogący

Książka Marcina Pałasza "Elf wszechmogący" uraduje wielbicieli humorystycznych powieści przygodowych, zagadek detektywistycznych i... psów. Jest to wesoła, lekka opowieść snuta na przemian przez psa (Elf, rasy mieszanej) i jednego z jego właścicieli (Duży, czyli autor we własnej osobie!). Książka stanowi trzecią część cyklu o młodym absolwencie schroniska i jego ludziach, a w nowej edycji, o którą zadbało Wydawnictwo Literatura, ilustracje przygotowała Katarzyna Kołodziej, łącząc rysunki z fotografiami prawdziwego Elfa.
Akcja "Elfa wszechmogącego" krąży między kilkoma nadmorskimi miejscowościami, w których Duży, Młody i ich psi przyjaciel spędzają wakacje. Gdziekolwiek się zatrzymują, trafiają na włamania, kradzieże i policjantów. Od pierwszego do ostatniego spacerku Elf służy nosem i pomocą, odkrywając poszlaki niewidoczne dla ludzi.

Policjant też podszedł.
Co tam znalazł? – spytał z zaciekawieniem. – Ach, kiepy!
Dzięki Bogu! – odetchnąłem, kątem oka widząc pracownika miejskich służb porządkowych, zbliżającego się chodnikiem z workiem, zmiotką i innymi akcesoriami. – Co innego mógłby zeżreć. A tak, zaraz będzie sprzątnięte...
Mundurowy chwilę przyglądał się niedopałkom i w zamyśleniu tarł dłonią podbródek (...).
Chwileczkę – policjant powstrzymał sprzątającego. – Niech pan tego nie rusza.
Po czym ruszył w stronę radiowozu, a gdy wrócił, starannie zebrał niedopałki dłonią w rękawiczce i umieścił je w specjalnym woreczku.

Książka obfituje w prześmieszne sceny znakomicie oddające psie zwyczaje i zapatrzenie człowieka-psiarza w ukochane zwierzę. Elf bawi się, myśli i gwarantuje wierność jak wiele innych Azorów czy Burków, ale jest też wyjątkowo mądry i można wręcz przypuszczać, że posiada zdolności terapeutyczne: spaja rodzinę, oswaja obcych ludzi, pociesza tych, którzy dotąd poddawali się beznadziejnemu smutkowi. Nadzwyczajna jest również troska i zrozumienie, jakimi ukochanego psa darzy Duży.

Chwilę przyswajałem tę nową wiedzę. To by się zgadzało! Wiele razy bywało tak, że ja prosiłem o spacer, chociaż nawet nie bardzo chciało mi się siusiu lub kupę, ale tak po prostu – żeby sobie pochodzić po trawnikach. I wtedy Duży, gdy tylko widział, że kręcę się przy drzwiach, wstawał od biurka i posłusznie szedł ze mną, choć niekiedy wyraźnie czułem, że nie ma na to chęci i wolałby skończyć to, co robi. Albo w nocy – ja spałem wygodnie rozłożony na połowie łóżka, a Duży leżał wciśnięty w oparcie naszej kanapy. Hmmm... wychodzi na to, że ten mój duży chyba naprawdę mnie kocha!

Autor wplata w wątki przygodowe wiele praktycznych informacji o opiece nad psem. Dowiadujemy się co nieco o suchych karmach dla czworonogów, o zachowaniach (i poczuciu czasu) psa, którego pozostawiamy "na chwilkę" przywiązanego do barierki czy innego przedmiotu, o problemach ze wspólnym wyjazdem wakacyjnym oraz częstotliwości i długości spacerów, jakich potrzebuje pupil. Na pewno więc warto polecić ten literacki "poradnik" dziecku, które marzy o psie.
Wrażliwość czytelnika i jego empatia na pewno zostaną przez lekturę porządnie wzmocnione, nawet jeśli dla dziecka nieposiadającego własnego psa najważniejszy będzie wymiar przygodowy książki.

Z kolei Duży bardzo mnie oburzył! Na brzegu morza leżała kapitalna, cudowna, aromatyczna zdechła mewa! Oczywiście chciałem się do niej dobrać, ale gdy tylko to spostrzegł, od razu popędził do mnie, zabrał mi mewę i wrzucił ją daleko do wody. Aż jęknąłem z radości, bo jeszcze nigdy nie bawił się ze mną jedzeniem! Popędziłem za nią, a Duży za mną. Później jednak zmienił zdanie, widocznie uznał, że szkoda takiej fajnej mewy dla mnie. Złapał ją przede mną, a na brzegu schował do szeleszczącej reklamówki. Pewnie wziął ją sobie na potem i będzie ją gryzł w nocy, gdy ja będę spał. A figę! Obiecałem sobie, że tej nocy spał nie będę... Ale oczywiście spałem jak kamień.

Awantury, jakie stają się udziałem Elfa, Dużego i Młodego czasem wywołują ataki śmiechu, kiedy indziej przyspieszone bicie serca, niekiedy też wzruszają. Takie książki pochłaniają nawet najmłodsi uczniowie, w tym ci niechętnie czytający – syn opowiadał mi o "Elfach" czytanych na przerwach i lekcjach (pod ławką!) przez kolegów wcześniej z żadną książką niewidywanych.
"Elf wszechmogący" napisany został prostym, ale ładnym i poprawnym językiem. Brak rozbudowanych opisów krajobrazu nie przeszkadza wyobraźni – szczegóły plażowania są tak realne, że czytając niemal słyszy się szum fal, czuje zapach wody morskiej, smak lodów i dotyk piasku pod stopami. Autor umiejętnie łowi nas w sieć utkaną z realistycznych i wiarygodnych elementów – prawdziwych miejsc, typowych sytuacji i reakcji, postaci istniejących w rzeczywistości – tak, że sami nie wiemy, gdzie zaczyna się literacka fikcja. Dziecko wierząc, że wszystko, o czym czyta, naprawdę przytrafiło się autorowi, bardziej angażuje się w akcję, a zwłaszcza mocniej przeżywa jej dramatyczne zwroty. Trzeba bowiem przyznać, że niektóre wydarzenia dorównują scenariuszom najlepszych filmów sensacyjnych.

Wtedy znienacka poczułem, że dotykam kogoś żywego, oddychającego tuż obok. Ten ktoś w dodatku złapał mnie w ciemnościach i objął mocno, dłonią zatykając mi usta. W absolutnej panice szarpnąłem się, ale w tym samym momencie w ucho wionął mi szept...

Trudno ocenić, jak dużo prawdy jest w tej opowieści, ale na pewno wiele, bo podczas nadmorskich wakacji Duży nawet pisze swoją pierwszą książkę o ukochanym psie. Znamy oczywiście jej tytuł, to "Sposób na Elfa", zdobywczyni Ogólnopolskiej Nagrody Literackiej im. Kornela Makuszyńskiego, książka, która lada chwila powróci na półki księgarń w nowej oprawie oraz zadebiutuje na liście lektur dla klas I-III szkoły podstawowej. Już wkrótce dowiemy się, jak Elf trafił do swoich Ludzi i skąd wzięła się ta niezwykła więź łącząca go z Dużym.
Bożena Itoya

Marcin Pałasz, Elf wszechmogący, okładka i ilustracje Katarzyna Kołodziej, Wydawnictwo Literatura, Łódź 2017.

poniedziałek, 13 lutego 2017

Kocie kłopoty grzecznego psa


Czwarta część przygód malamuta (mylonego czasem z mamutem) o imieniu Winter napisana została, jak zwykle, przez Wojciecha Cesarza i Katarzynę Terechowicz, a zatytułowana "Kocie kłopoty grzecznego psa". Problemy wielce przyjaznego psa-giganta są właściwie całkiem nieduże, za to ogromnie zabawne.
Winter uważa się za przywódcę swojego stada, o, przepraszam, swojej rodziny. W tym tomie samiec alfa zyskuje nowego podopiecznego, czy też podwładnego, którym jest oczywiście tylko w mniemaniu Wintera. Przywieziony z górskich wakacji pręgowany dachowiec zyskuje dumne imię Marian i ciepły, kochający dom. Ta miłość rodziny do kota jest jednym z zabawniejszych aspektów książki, bo też Marian kochany jest przez Hankę i Henryka (dorosłych członków stada) wręcz histerycznie. W każdym starciu charakterów, we wszystkich walkach na fochy bezwzględnie wygrywa kot.

On się na mnie uwziął! Mruczy specjalnie głośno, żeby mnie obudzić – narzekał Henryk. – Jest czwarta rano!
Kotek mruczy, kiedy jest szczęśliwy – ziewnęła Hanka i przewróciła się na drugi bok.
Szczęśliwy? Siedzi tu i warczy jak motocykl! Chcesz powiedzieć, że to ze szczęścia? – Henryk zanurkował pod łóżkiem.

Właścicielami Wintera i Mariana są również dzieci: Julia i Alek, a ich współtowarzyszem niezbyt ruchliwy kundelek Rudy. Drugoplanowy pies jest bardzo charakterystyczny i wydaje się, że musi mieć swój pierwowzór (piesowzór) w rzeczywistości. Tu naszczeka, tam zerknie, przeważnie jednak śpi na kanapie i nie jest zainteresowany "kocimi kłopotami". Zresztą "czasami" i Winter nie stroni od "małej" drzemki. Sen w ogóle jest w tej książce stale powracającym motywem.

Poszedłem na górę. Z sypialni Hanki i Henryka dobiegało miarowe pochrapywanie i... jeszcze jeden znajomy dźwięk. Na kołdrze Henryka leżał rozwalony Marian i mruczał jak stara kosiarka. Ciekawe, kiedy mu zabraknie paliwa albo zatrze mu się silnik. Poczułem leciutkie ukłucie zazdrości, więc rozpędziłem się i wskoczyłem na łóżko Henryka. Wylądowałem tuż obok kota. Nocną ciszę rozdarł głośny wrzask.

Nieco mniej istotny niż w poprzednich tomach jest dla akcji książki Alek, no, może z wyjątkiem rozdziału "Jak nie stracić bazy", w którym syn i ojciec staczają pewną komputerowo-wychowawczą batalię (znakomicie zilustrowaną przez Joannę Rusinek). Za to Julia, jeśli już jest o niej mowa, wyróżnia się, jak na małą księżniczkę przystało. Ledwie prawie zapłacze, a już wszystko dostanie, choćby chodziło o sprowadzenie Wintera i Mariana na lekcję przyrody, na której goszczą już szczury, myszy i karaluchy.
We wszystkich opowiadaniach o grzecznym psie narratorem jest ich główny bohater. Taka psia relacja staje się jeszcze ciekawsza i zabawniejsza, gdy komentowane są poczynania kota. A że Marian jest typowym bezczelno-nezależno-ukochanym mruczkiem, czytelnik nie będzie narzekał na nudę, obojętnie czy reprezentuje psiarzy, kociarzy czy opcję 2 w 1. Nowy przyjaciel Wintera (choć słowo "przyjaciel" nie pada, bo szanujący się pies nawet tak nie pomyśli o kocie) przemyka swoimi ścieżkami, zza krzaków towarzysząc malamutowi w rozmaitych eskapadach, wywołuje więcej zamieszania niż dwa psy razem wzięte, włazi samcowi alfa na głowę (nie tylko w przenośni), ale też bywa przez niego ratowany z mniejszych i większych opresji.

Było mi niewygodnie i podjąłem ostateczną decyzję. Zaraz przywrócę dyscyplinę i nauczę kota, gdzie jego miejsce! Obnażyłem kły i już miałem porządnie kłapnąć mu nad uchem, kiedy nagle zobaczyłem, że Marian jest taki malutki i wtulił się we mnie jakoś tak... Zwinął się w kłębuszek i wyglądał na zagubionego kociaczka. Wszystko rozumiem, ale ja się urodziłem, by polować na niedźwiedzie, ciągnąć sanie, by walczyć! Nie mówiąc już o tym, że muszę pospać, szczególnie w nocy. Podniosłem się z legowiska, a Marian zsunął się ze mnie i miauknął żałośnie. Zobaczyłem, że drży na całym ciele. No dobra, położyłem się, a kot wsunął się pod moją łapę. Tym razem mruczał jak snopowiązałka po awarii silnika.
Postanowiłem, że chwilę tak poleżę, a potem pójdę poszukać sobie innego miejsca, bo w końcu nie jestem jakąś kocią niańką! Gdy uderzył kolejny piorun, tym razem bardzo blisko, z kanapy zeskoczył Rudy i wpakował się na moje posłanie z drugiej strony. Zrobiło się trochę ciasno, ale trudno, jakoś przetrzymam do rana...

Niektóre fragmenty książki pokazujące, co naprawdę oznacza "żyć jak pies z kotem" śmieszą, inne wzruszają, a opisy kociego mruczenia są po prostu genialne. Sprawdźcie, ile waszego pupila jest w Winterze, Rudym i Marianie, a przy okazji – ile was jest w rodzinie opiekującej się grzecznym psem. W końcu cały czas śmiejemy się z samych siebie.
Bożena Itoya

Wojciech Cesarz, Katarzyna Terechowicz, Kocie kłopoty grzecznego psa, okładka i ilustracje Joanna Rusinek, Wydawnictwo Literatura, Łódź 2016.