cudanakiju.pl

cudanakiju.pl
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Albus. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Albus. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 9 grudnia 2018

Etnogadki


"Etnogadki" zespołu autorskiego Monika Michaluk, Witold Przewoźny (tekst i opracowanie) oraz Michał Stachowiak (ilustracje i opracowanie graficzne) są zarazem albumem i przewodnikiem etnograficznym dla dzieci. Podtytuł "Opowiastki o dawnych obrzędach i zwyczajach" odnosi się do polskiej wsi sprzed kilkuset lat, ale także tej z dzieciństwa dziadków oraz rodziców młodych czytelników. Książka została opublikowana w 2018 roku przez wydawnictwo Albus, podejmujące się tylko ciekawych projektów. Tym razem poznańska oficyna postawiła na połączenie tradycji z nowoczesnością oraz równowagę między tekstem a grafiką. Oryginalne, według mnie nowatorskie ilustracje opowiadają bowiem o bardzo dawnych, głęboko w nas zakorzenionych, często rytualnych czynnościach, typowych sytuacjach i miejscach, a jednakowa wartość słowa i obrazu przywodzi na myśl równonoc, która zresztą kilkakrotnie pojawia się na kartach książki.

Hej, Księżycu! Dziś wygrałeś,
Lecz odwróci się twa karta,
Czegoś tu nie przewidziałeś,
Pani twa niewiele warta!

Wkrótce o tym się przekonasz,
Teraz ciężki sen mnie morzy.
Czego w czasie tym dokonasz?
Cóż takiego, zuchu, stworzysz?

Przytul się, kochana chmurko,
Czas się schować, nabrać sił.
Wkrótce wyjrzę na podwórko,
Śniegi, lody skruszę w pył!

Słońce rządzi w tej publikacji, porządkując życie i obyczaje bohaterów według własnego cyklu. Zawartość (tekstowa i graficzna) ułożona została zgodnie z porami roku, wyznaczanymi właśnie przez Słońce, wyglądające do nas z większości ilustracji. Przygoda zaczyna się zimą, więc nawet dopasowaliśmy się do książki rozpoczynając jej lekturę na przełomie listopada i grudnia. Przed właściwym pierwszym rozdziałem zamieszczono bardzo ciekawe, kilkustronicowe wprowadzenie "Dawno temu w małej wiosce", dobrze obrazujące, czym są "Etnogadki". Czysto informacyjny tekst sformułowany jest w sposób prosty, przystępny dla kilkuletniego dziecka, chwilami odrobinę stylizowany na dawne "gadki", stąd na przykład Słońce nazywane bywa "Słonkiem" i "Słoneczkiem". Oprócz opisu osób, ich domostw i zajęć na pierwszych stronach pojawiają się wierszyki i duże, czytelne oraz estetyczne ilustracje.

Weźcie, chłopcy moi,
Każdy po swym stadku,
Praca rąk nie brudzi,
A życie w dostatku!

Rośnij, babko moja,
Gościom posmakujesz,
A jak się nie udasz,
Gorzko pożałujesz!

Laluś moja, laluś!
Mama cię uszyła,
Ja cię będę czesać,
Będę cię nosiła!

Zgrabne, zwięzłe wersy i strofy stanowią rozwinięcie informacji przytaczanych na dole strony, one także służą objaśnieniu, kto i co jest bohaterem książki. Na niektórych planszach znalazły się dłuższe wierszyki opisujące życie wsi, umieszczone na polach podobnych do tradycyjnych makatek z sentencjami. Natomiast gospodarze, gospodynie, dzieci i zwierzęta wypowiadają swoje rymowane kwestie w dymkach przypominających te komiksowe. Najwięcej mówi sowa, nasza przewodniczka po dawnych polskich obrzędach i zwyczajach.

Mówią o mnie mądra głowa,
Bo wiem więcej niż wy, ludzie,
Znana jest mi leśna mowa,
Widzę pracę waszą w trudzie.

Ja samotny strażnik granic,
Hukam! Dzionek z nocą godzę!
Jeśli magię macie za nic...
Jest mi z wami nie po drodze!

W głównym tekście możemy napotkać "Słoneczko", ale to wierszykach pojawia się najwięcej stylizacji językowej: odwołań do ludowych porzekadeł, regionalizmów leksykalnych (słownictwo) i gramatycznych (końcówki wyrazów). Czytelnik łatwo wczuwa się w nastrój książki, bo też autorzy bardzo dobrze rozumieją zasady tworzenia wiejskich przyśpiewek i rymowanego bajania, jakby przenieśli się w czasie na jakieś profesjonalne szkolenie (może odbyte przy darciu pierza, zbieraniu ziół, przędzeniu albo podczas zapustów?) i po powrocie ułożyli "Etnogadki".
Rozdział poświęcony zimie składa się z obszernego podrozdziału "Boże Narodzenie", dalej następuje niemal równie pokaźny "Karnawał" i już wita nas wiosenne powiedzenie, bo tak właśnie w tekście oznaczane są kolejne pory roku. Zimowe zwyczaje zostały przedstawione w sposób interesujący dla dziecka i zachęcający je do pielęgnowania tradycji kulinarnych, rozrywkowych, religijnych, a także tych związanych z życiem rodzinnym. Od pierwszego rozdziału autorzy włączają nas do zabawy, krótko i wesoło rymując instrukcje wykonania ozdób czy smakołyków. To bardzo skuteczna próba aktywizacji czytelnika, a przy okazji można poćwiczyć pamięć, w trakcie wykonywania aniołka albo pączków recytując wierszyk. Zupełnie jak zaklęcie z Harry'ego Pottera albo "litania" zakupowa bohaterek "Dzieci z Bullerbyn".

Kiedyś zamiast choineczki
podłaźniki podwieszano.
A ze słomy szczerozłotej
aniołeczki wyplatano!

1. Teraz w rękę weź garść słomy,
wkrótce cel będzie wiadomy.

2. Potem zwiąż kokardę złotą,
niech warkoczyk inni splotą!

3. Zegnij wiecheć na połowę,
zaraz z czubka zrobisz głowę.

4. Anioł skrzydła musi mieć!
Jako rączki warkocz wpleć.

5. Jednym cięciem suknię stwórz,
twój aniołek gotów już!

Kolejne fazy przepisów są realistycznie (i ładnie!) zilustrowane, ponumerowane, przeważnie też uszeregowane w tym samym kierunku, co wskazówki na tarczy zegara, mamy tu więc ukryty element edukacyjny. W książce często powtarzają się okręgi czasu, na przykład roczne prace na polu wpisywane są w podzielony na cztery części "wieniec", oświetlany Słońcem i Księżycem w różnych fazach. Ta kolistość odpowiada strukturze i przesłaniu książki, o czym jeszcze wspomnę poniżej.
Dział dotyczący Bożego Narodzenia wart jest szczególnej uwagi ze względu na wielobarwność, szczegółowość, wyjątkową atrakcyjność i rzeczowość zarazem. Autorzy "Etnogadek" przekazują informacje o obrzędach z punktu widzenia popularyzatorów wiedzy i nauk antropologicznych, konkretnie antropologii kulturowej, inaczej etnologii (niekiedy nazywanej etnografią). Można więc powiedzieć, że książka ma charakter świecki, w odpowiednich momentach nie unika się jednak akcentów religijnych, bo te są przecież częścią zwyczajów polskiej wsi, stąd na przykład nazwa "Boże Narodzenie", a nie "Gwiazdka".
Album wydany przez Albus doskonale odpowiada dawce i sposobowi pobierania wiedzy, jakie interesują dzieci i powinny być im zapewniane. To wszystko po prostu trzeba wiedzieć – o własnych korzeniach, tradycji, pochodzeniu przedmiotów, potraw, znaczeniu zachowań przy świątecznym stole. Przedszkolne jasełka i strzelanie pistoletami na wodę nie starczą, powinniśmy przekazywać dzieciom sens tego, co robią i o czym się uczą, a "Etnogadki" umożliwiają zrozumienie przyrody oraz umieszczenie w jej kontekście naszych zwyczajów czy ogólnie polskiej kultury ludowej.
Ten głęboki przekaz książki Moniki Michaluk i Witolda Przewoźnego nie posiada znamion przestępstwa przynudzania. Samodzielny czytelnik odbiera lekturę "Etnogadek" jako przygodę, przy odrobinie fantazji może przeżyć przenosiny do innego wymiaru, pętli czasu niezależnej od rzeczywistości. Wieś i jej mieszkańcy zostali scharakteryzowani na tyle szczegółowo, by dziecko miało ogólną świadomość, jacy są i jak wygląda dla nich każda pora roku, ale też aby mogło uzupełnić te dane własną wyobraźnią. Między stronami, wersami, rysunkami można rozważać, co dziewczęta robią, gdy nie pracują, który gospodarz kryje się pod którym przebraniem, rozpoznawać przedstawione na początku osoby na dalszych obrazkach – a nuż zdemaskujemy zakochaną parę szukającą kwiatu paproci? Możliwych zabaw jest bez liku, trzeba tylko delektować się albumem we własnym tempie. Dlatego, według mnie, "Etnogadki" najlepiej czytać i równocześnie oglądać samemu (albo bardzo uważnie uczestniczyć w rodzinnej lekturze "na głos").
Michał Stachowiak uczynił z "Etnogadek" także książkę obrazkową, błyskotliwą, przekazującą autorską wizję ludowości. Grafiki przypominają hafty, obrazki na szkle, wzory z chust, spódnic, kaftanów, koszul, sklecone są jakby z naturalnych koralików: owoców, liści, kłosów, źdźbeł, gałązek, kwiatów, chmur, promieni, piór, oczu, ogonków. Elementy ilustracji wydają się niepowtarzalne, artystyczne, a zarazem równe, geometryczne, perfekcyjne, jakby wyszły spod doskonałej maszyny. Ilustrator wiernie i kusząco odwzorował zróżnicowane barwy wszystkich okresów cyklu przyrody, tu nawet biel i szarość zimy nie są smutne ani nudne. Zresztą w zimie można znaleźć moc kolorów, wystarczy tylko wejść do chaty, zwłaszcza kuchni, w której przygotowuje się świąteczne i zapustowe potrawy albo do karczmy, gdzie tańczą przebierańcy. A potem następują inne pory roku, podczas których przerabiamy z gospodarzami wszystkie ich sezonowe obowiązki i rozrywki, ze wsparciem soczystych kolorów. Co ciekawe, ciemność też jest atrakcyjna i pasjonująca – do najintensywniejszych pod względem wrażeń plansz zaliczają się właśnie te przedstawiające noc. Tutaj bowiem dzień i noc, jak pory roku, są niezbędne, komplementarne, następują po sobie i w zakończeniu dochodzimy znów do początku.
Bardzo podoba mi się to zapętlenie, obrzędowość książki o obrzędach i zwyczajach. Można ją czytać (i oglądać) na okrągło, przechodzić powolutku, po kolei, tak jak przeżywamy każdy rok. Lektura wiąże się z dużą satysfakcją, bo młody czytelnik zyskuje i ciekawą, praktyczną wiedzę, i bogate wrażenia artystyczne. Mam nadzieję, że przynajmniej jednakowe zadowolenie odczuwają twórcy "Etnogadek", bo jest to publikacja na wysokim poziomie edytorskim, dydaktyczno-merytorycznym i plastycznym. Na każdej karcie czuć ogrom pracy, pasji i talentu autorów.
Bożena Itoya

Monika Michaluk, Witold Przewoźny (tekst i opracowanie), Michał Stachowiak (ilustracje i opracowanie graficzne), Etnogadki. Opowiastki o dawnych obrzędach i zwyczajach, Wydawnictwo Albus, Poznań 2018.

czwartek, 13 września 2018

Wampiry, potwory, upiory i inne nieziemskie stwory


Książka Sylwii Błach jest ilustrowanym (przez Paulinę Daniluk), niepoważnym leksykonem potocznych wyobrażeń potworów z popkultury, opatrzonym literackim komentarzem. Oceniana w ramach tej parakategorii okazuje się publikacją ciekawą, dobrą, konsekwentną, bo niemal bez wyjątków trzyma się konwencji i założeń. Właściwie to książka jedyna w swoim rodzaju, bo wśród bestiariuszy adresowanych do dzieci i młodzieży nie spotkałam się dotąd z takim ujęciem tematu. Były mity greckie dla małych dzieci, wierszyki i baśnie ludowe o słowiańskich istotach mitologicznych, powieści czerpiące z powieści czerpiących z rozmaitych mitologii (głównie greckiej i nordyckiej), a nawet kolorowanka z monstrami pochodzącymi z wierzeń i mitów ludów z różnych stron świata. Ale kompendium zbierającego wiedzę o istotach tak różnych jak zombie, centaur, Slenderman, rusałka, krasnoludek, nekromanta, kosmita czy sukkub jeszcze na półce mojego syna nie widziałam.
Największym walorem publikacji jest właśnie dobór "bohaterów". Dokładnie te fantastyczne stworzenia zajmują nastolatków (młodszych i starszych), ku nim zwracają się gry (także te planszowe), rozmowy, komiksy, literatura, filmy i wreszcie wyobraźnia rówieśników mojego dwunastolatka i jego starszego koleżeństwa. Co prawda panuje tu pomieszanie z poplątaniem, bo obok istot mitycznych znanych z klasycznych opracowań i sztuki pojawiają się stwory wtórne – wytwory (albo przetwory) pisarzy czy filmowców, ale stan ten odpowiada popkulturze, postmodernizmowi i świadomości naszych dorastających dzieci.
Drugim elementem książki Sylwii Błach, jaki najbardziej docenił mój syn, są krótkie opowiadania zamykające każdy rozdział. Autorka we wstępie określa je jako drabble, formę literacką, której jedynym wskaźnikiem jest objętość: dokładnie 100 słów. Według mnie część tych tekstów-ćwiczeń jest zbyt wyrywkowa, ale znalazło się też sporo ciekawych, a "Lekcję polskiego" (zombie) uważam za bardzo udaną. Mojego syna często to właśnie opowiadania zatrzymywały przy lekturze, tekst encyklopedyczny zdarzało mu się pomijać, głównie ze względu na irytujący dla niego "koleżeński", "młodzieżowy" język. Rzeczywiście, i ja zwróciłam uwagę, że tuż obok wysokiego, starodawnego stylu (słownictwo i szyk) pojawiają się potoczne, tu brzmiące sztucznie słowa ("niefajnie") i zwroty ("w sensie" użyte tak, jak w niestarannym języku mówionym).
W "Wampirach, potworach, upiorach i innych" dostrzegłam niestety sporo niefortunnych sformułowań i rozwiązań, wynikających chyba z narracji opartej na luźnej rozmowie z czytelnikiem. Formuła ta, wbrew pozorom, wymaga od autora wielkiego "wyrobienia", a w omawianej książce widać (a raczej słychać, bo przy czytaniu na głos wszelkie niezręczności są wyraźniejsze) szereg niedociągnięć warsztatowych. Autorka nie uniknęła powtórzeń, jak w rozdziale o goblinach (chodzi o stwierdzenia, nie pojedyncze słowa) i zdarza się, że przeczy własnym słowom. Dowiadujemy się na przykład, że celem potworów jest straszenie, ale już Nessi i yeti nie są straszne, choć po chwili okazuje się, że potwory zawsze mają złe zamiary. Dość często miałam wrażenie, że jest to książka nie tylko adresowana do dzieci, ale i pisana przez dziecko, święcie przekonane o istnieniu wampirów czy innych upiorów (i podpisujące się "wampirzyca Sylwia"). Czytamy, że gremliny należą do folkloru miejskiego, którego autorska definicja (w słowniczku) sprowadza się do wierzeń, ale kilka zdań dalej autorka dzieli te stworzenia na "filmowe" i "prawdziwe", czyli przeprogramowuje się z opowieści o popkulturze na tekst literacki (fantastyczny).
Kwestia słowniczka pojawiającego się na początku każdego rozdziału jest zresztą warta szerszego poruszenia. Dobrze, że nie zdecydowano się na przypisy dolne, bo dzieci rzadko zwracają na nie uwagę, podobnie jak na objaśnienia na końcu publikacji. Definiowane słowa bywają rzeczywiście trudne dla młodszego nastolatka, ale przeważnie są jednak banalne. Mój syn powiedział, że nie rozumie sensu opisywania sformułowania "bez liku", terminu "hormon" czy czasownika "interpretować", nie znalazł natomiast wyjaśnienia, co oznacza "nieefektywność" czy kluczowa dla książki "popkultura". A najbardziej zdziwiła dwunastolatka obecność uświadamiającego wprowadzenia do rozdziału "Istoty pozbawione moralności – sukkuby i inkuby". Ten zabieg wydał mu się nie na miejscu, niepasujący do reszty książki. Opowieść o demonach jest jednak moją ulubioną, nie ze względu na tekst, ale dzięki ilustracji. Prace Pauliny Daniluk uprzyjemniają lekturę całych "Wampirów, potworów, upiorów i innych...", bywają zabawne, mgliste, krwiste, mroczne, a obraz seksualnego demona wywarł na mnie największe wrażenie. Chociaż może lepsze są wodnik, gargulce, harpie, trolle, mara, ghula i Slenderman... Naprawdę trudno wybrać, bo ilustratorka sprawiła, że książka Sylwii Błach stała się dla nas wielokrotnie przeglądanym albumem sztuki i sztuczek plastycznych oraz magicznych.
Bożena Itoya

Sylwia Błach, Wampiry, potwory, upiory i inne nieziemskie stwory, ilustracje Paulina Daniluk, Wydawnictwo Albus, Poznań 2017.

poniedziałek, 27 sierpnia 2018

Metryka nocnika

"Metryka nocnika" Iwony Wierzby jest książką zarazem rozrywkową i popularnonaukową. Autorka przyjęła przy tym zupełnie niepopularne spojrzenie na wiedzę. Bo czy ktoś inny wpadł na pomysł napisania poważnej historii tak dyskretnego naczynia, mebla i pomieszczenia, jak te opisywane zbiorczo słowem "toaleta" czy "WC"? Tu nie ma tabu, ale czytelnik nie pada trupem na wyobrażenie zapachu roznoszącego się po ulicach miast pozbawionych kanalizacji i toalet. Sytuację w dużym stopniu ratują stylowe ilustracje Marianny Sztymy, gdyby nie były tak starodawne i niedosłowne, chyba jednak nie dotrwałabym do końca lektury. Ciągle zresztą trudno mi uwierzyć, że dałam się przekonać twórczyniom "Metryki nocnika" do przeczytania i obejrzenia blisko 100 stron o ekskrementach i ich przechowywaniu. Cóż, książka ta ma same dobre strony, gdy już przyzwyczaić się do odrażającego tematu: jest rzeczowa, konkretna, uporządkowana niczym życie największego pedanta, w pełni konsekwentna, napisana dobrą polszczyzną, subtelnie artystyczna, dopracowana graficznie i typograficznie, po prostu perfekcyjna w zaplanowanej formie.
Znalazłam jednak jeden słaby punkt "Metryki nocnika". Mianowicie na czas tej lektury musiałam nieco zmienić nawyki czytelnicze, bo gdy, jak zwykle, czytałam przy jedzeniu, w autobusie czy w sali kinowej przed zgaszeniem świateł, to dziwnie czułam się albo ja, albo siedzące obok mnie osoby. To jednak kloaczna lektura. A czemu nas krępuje? Otóż mamy tu dostojny tytuł i formę przyjęte dla kwestii przyziemnej, dość wstydliwej, ale jakże prawdziwie recenzującej naszą cywilizację jako młodą adeptkę kultury osobistej i higieny. Tu dowiecie się o naszej wspaniałej przeszłości, europejskich (i nie tylko) czasach królewien w pięknych sukniach i rycerzy w błyszczących zbrojach tego, o czym nie wspominają romanse, historyczne powieści czy kinowe hity.
Książka zawiera dobry, zwięzły wstęp, przybliżający nie tylko tematykę publikacji, ale też jej konwencję, podejście autorki do kwestii posiadania nocnika (i późniejszych ustępów). A jest to podejście antropologiczne, bo też Iwona Wierzba niewątpliwie popularyzuje dyscyplinę nazywaną antropologią kulturową (zaliczaną do nauk społecznych, ewentualnie kulturoznawczych). Właściwa treść "Metryki nocnika" została ułożona chronologicznie, podzielona na sześć rozdziałów, z których każdy rozpoczyna się czytelnym i ciekawym kalendarium dziejów ludzkości, uwzględniającym również przełomy "toaletowe". Jest to frapująca lektura, pełna ciekawostek, anegdot, faktów, historycznych postaci i miejsc. Skutecznie porządkuje myślenie nastolatka o historii kultury i może stanowić ciekawe uzupełnienie innych jego czytelniczych przygód, choćby tej z "Boso ale w ostrogach" Stanisława Grzesiuka, gdzie opis warunków sanitarnych na warszawskiej ulicy Tatrzańskiej otwiera książkę, charakteryzując czasy. Naście lat temu, na przełomie XX i XXI wieku, zdarzyło mi się odwiedzić kolegów wynajmujących przy ulicy Tatrzańskiej mieszkanie, kojarzące się raczej z pokojem, pozbawione toalety czy choćby umywalki, do których trzeba było spacerować na korytarz. W czasach szkoły podstawowej natomiast, w stolicy naszego kraju, wielokrotnie bywałam w miejscach wyposażonych tylko w tradycyjne drewniane wygódki – na działkach czy u znajomych. Ta historia wcale nie jest więc taka odległa i niepojęta. Czytając "Metrykę nocnika" największy szok kulturowy przeżyłam w momencie, gdy zrozumiałam, że Iwona Wierzba musi tłumaczyć, czym jest "wychodek", bo czytelnicy należący do pokolenia mojego syna prawdopodobnie nigdy czegoś takiego nie widzieli i nie zobaczą (choć TOI TOI'e są elementem ich codzienności).
Wiedzę zdobytą w książce utrwala opatulająca ją gra planszowa, ukryta na odwrocie obwoluty. Szukanie ukrytych skarbów w rozmaitych produktach to ulubione zajęcie dzieci niezależnie od pokolenia, ta plansza-niespodzianka przypomniała mi dawne radości, była jak "historyjka" w gumie Kaczor Donald albo naklejka w wafelku Kukuruku. "Grywalność" planszówki oczywiście sprawdziliśmy, rozgrywka była ciekawa i wesoła, bo "toaletowe" przyczyny zatrzymywania się na dwie kolejki czy przyspieszenia o kilka pól z pewnością nie powtórzyły się w żadnej innej grze. Dodatkową zabawę uczyniliśmy sobie z doboru pionków i kostki (nie są załączone do książki), które musiały pasować do tematyki "Metryki nocnika". Spróbujcie koniecznie tej rozrywkowej popularyzacji nauki.
Bożena Itoya

Iwona Wierzba, Metryka nocnika, ilustracje Marianna Sztyma, Wydawnictwo Albus, Poznań 2014.

środa, 27 listopada 2013

Co jedzą ludzie?


Każda książka zaczyna się od okładki. Ta także. Ale okładka tej książki jest   wyjątkowa. Spoglądają z niej oczy... Oczy nietoperza, żaby, węża, ślimaka, rekina a nawet   małego kurczaczka, który nie wyszedł jeszcze z jajka. Oczu nie mają tylko kaktus, ciasteczko   i nakrętka na śrubę. Ale i tę nakrętkę czasami jedzą ludzie. Nie do wiary? A jednak. Książka   Pauliny Wierzby zaczyna się od historii Michela Lotito, który był smakoszem przeróżnych   przedmiotów. Zaczynał w dzieciństwie od śrubek, sztućców i monet, by skończyć na   telewizorach, drewnianej trumnie (na szczęście pustej w środku) i awionetce (którą jadł 2   lata).

Pan Wszystkojad był postacią wyjątkową. Ale także zupełnie zwyczajni ludzie na   całym świecie jedzą niezwyczajne potrawy. Książka „Co jedzą ludzie?” podzielona jest na   działy, w których opisywane są zwyczaje kulinarne mieszkańców wszystkich kontynentów. I   po lekturze tych opisów można zaryzykować twierdzenie, że ludzie jedzą... właściwie   wszystko. Nie ma znaczenia czy mieszkają w bliskiej nam Europie czy w egzotycznej Azji   lub Australii. I tu i tam znajdziemy potrawy, na widok których apetyt odejdzie nam jak   niepyszny.

Kasztany, żaby czy nawet ślimaki to już europejski standard. Ale kiszone śledzie?   Bycze jądra? Albo krowie wymiona i ser z robalami? Tak, tak, to przysmaki w niektórych   krajach naszej cywilizowanej Europy. Czy są naprawdę mniej obrzydliwe niż zupa z   nietoperza, psie wymiociny czy krew kobry? Bogata i syta Europa gotowa jest dziś płacić   majątek za kawę z kupy łaskuna (kopi luwak z Indonezji)! 

Ostatni przykład pokazuje jednak jak daleko odeszła nasza cywilizacja od swoich   pierwotnych korzeni. Dziś kilogram kawy kopi luwak kosztuje około tysiąca euro. Ale   przecież kaktusy, pędraki, larwy ciem czy kogucie grzebienie to przysmaki ludzi biednych.   Kiedyś zjadało się po prostu wszystko, co dało się zjeść. Dziś, gdy cały świat opanowały fast   foody, wiele z tych najdziwniejszych potraw to dania dla smakoszy o grubym portfelu.  
Poza wypchanym portfelem smakosz-obieżyświat powinien mieć także mocne nerwy i   żołądek. Niezbędna jest także znajomość kulinarnego savoir vivre’u w odległych częściach   świata. Warto wiedzieć, że w Chinach siorbanie i bekanie są miłe dla gospodarza, bo   oznaczają, że potrawa gościowi smakuje. Ale wyczyszczenie talerza ze wszystkiego może   sprawić mu przykrość, bo byłby to znak, że zaoferował gościowi za mało jedzenia. Co kraj, to   obyczaj.  

Nie brakuje też kilku naszych, polskich przysmaków. Wszak Polacy nie gęsi i swoje   dziwactwa kulinarne mają. Flaczki jadł chyba każdy. O czerninie też każdy, kto czytał „Pana   Tadeusza”, chyba słyszał. Ale co to jest „mleko zaklagane”, którym ponoć raczą się niektórzy   nasi smakosze? Choćby tylko po to warto sięgnąć do tej książeczki. Nie jesteśmy gorsi!

 Na deser dowiedzieć się można, że ludzie mogą jeść złoto - choć mało kogo na to stać,   że można wyczarować kawior z marchewki, jak wygląda kuchnia astronautów i że czasami...   ludzie jedzą ludzi. Także z głodu. Brrr.
Wisienką na torcie jest zaproszenie do współautorstwa tej książeczki. Nie tylko można   na specjalnej skali ocenić każdą z opisanych potraw i zaznaczyć, której chcielibyśmy   skosztować a której wprost przeciwnie, ale można także opisać i narysować swoje ulubione i   najmniej smaczne danie.  

Na okładce tego przewodnika po kulinarnych niezwykłościach świata, można znaleźć   zdanie: „Ludzie jedzą wszystko co ma nogi oprócz stołu, wszystko co pełza oprócz czołgu,   wszystko co lata oprócz samolotu oraz wszystko co pływa oprócz łodzi podwodnej”. Byle   tylko było dobrze doprawione i może jeszcze ładnie wyglądało. Życzę państwu smakowitej   lektury. Mniam. 
Jakub Urlich

Jakub Urlich - Lektor filmowy i reklamowy, dziennikarz. Pracował w Programie I Polskiego Radia, tata córki i dwóch synów.


Paulina Wierzba, "Co jedzą ludzie?", wyd. Albus
Od wydawcy: 
Są potrawy mniej lub bardziej znane, są też takie, których sława, a raczej „niesława” przekroczyła wszystkie granice. O takich właśnie przedziwnych potrawach, które oburzają, przerażają, nie mieszczą się po prostu w głowie, jest ta książka.
albus-wydawnictwo.pl