cudanakiju.pl

cudanakiju.pl
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Dwie Siostry. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Dwie Siostry. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 14 stycznia 2019

Botanicum


Album "Botanicum" jest ciekawym eksponatem w naszej kolekcji nowoczesnych książek przyrodniczych przeznaczonych dla dzieci i innych wielbicieli obrazkowej popularyzacji nauki. To publikacja podwójnie stylizowana – nazywana przez autorki "muzeum", a nie "książką", dzielona na "sale", nie "rozdziały", zaopatrzona w "wejście" i "bibliotekę", nie zaś "wstęp" i "aneks" (dodatkowo na okładce zagościł złoty bilet do Muzeum Roślin) oraz ilustrowana jak dawne atlasy i leksykony, w których wklejano tablice z rycinami na specjalnym papierze. Ta wydawnicza perełka, kosztowniejsza od większości moich kolczyków i niektórych naszyjników, została wyposażona w szczegółową etykietę (redakcyjną) informującą o jej najwyższej próbie. Spoglądając tam poznajemy bowiem sztab specjalistów doszlifowujących arcydziełko, zostajemy także wtajemniczeni w szczegóły warsztatu artystów ("Ilustracje narysowano piórkiem i tuszem, a następnie pokolorowano cyfrowo", "Tekst złożono krojami Gill Sans i Mrs. Green").
Właśnie szata graficzna jest pierwszym składnikiem albumu przyciągającym czytelnika, utrzymuje też jego uwagę przez całą lekturę. Czytanie "Botanicum" przypomina natomiast zapoznawanie się z encyklopedią – "wsiąknąć" mogą tylko fascynaci, poza nimi raczej nikt nie będzie czytał od deski do deski przygód pierwszych roślin, drzew, palm i sagowców, roślin zielnych, traw i roślin trawopodobnych, storczyków i bromelii oraz przystosowań (w świecie roślin). Dla mojego syna tekst książki (autorstwa Kathy Willis, wykładowcy i dyrektor jednego z działów Królewskich Ogrodów Botanicznych w Anglii) nie odbiega za bardzo od treści jego podręczników do przyrody. Nie trzeba być specjalistą, by zrozumieć proste i zwięzłe wykłady botaniczne, których poziom dopasowany jest do możliwości ucznia mniej więcej od czwartej klasy szkoły podstawowej wzwyż. Natomiast ilustracje Katie Scott spodobają się zdecydowanie szerszemu i nawet dużo starszemu gronu odbiorców.
"Botanicum" powinno być postrzegane przede wszystkim jako publikacja pełniąca funkcję informacyjną, użytkową, niewątpliwie dominują w nim walory edukacyjne, bo nawet artystyczne przedstawienia roślin służą przekazaniu określonej wiedzy o nich. Pod tym względem książka niczym nas nie zaskoczyła. Prawdziwa przyjemność rozpoczyna się już po przyswojeniu informacji tekstowych, gdy zechcemy zagubić się między ilustracjami, odbyć jakąś własną podróż albo inną zabawę z roślinami, według dowolnie przyjętych zasad.
Oglądając kwiaty fuksji i magnolii można gorąco zatęsknić za egzotycznymi wakacjami i naszą rodzimą wiosną, choć z tej publikacji dowiemy się wiele o zagranicznych korzeniach ulubionych roślin występujących w Polsce czy Europie. Dobrze mieć świadomość, które drzewa nie przyjmą się poza swoim naturalnym miejscem występowania, ale można też spróbować na własną rękę dopasować je do naszych realiów, na przykład rysując sobie polski las z baobabem. Dla nas wyjątkowo smakowicie wyglądały karty poświęcone drzewom strefy umiarkowanej, a że "Botanicum" trafiło pod naszą strzechę złotą polską jesienią, wzbogaciliśmy je o nasze własne szeleszczące plansze – liście zasuszone między stronami w specjalnych bibułkach. Dopasowywanie poszczególnych liści do barw ilustracji było miłym zajęciem, zwłaszcza że odcienie zmieniały się wraz z obsychaniem eksponatów. Przy okazji zauważyliśmy, że Katie Scott zestawieniom kolorystycznym poświęciła nie mniej uwagi niż samym szkicom. Koncepcja plastyczna "Botanicum" nie polega tylko na wzorowaniu się czy odnoszeniu do zielników i starodawnych rycin, graficzka na każdej planszy dobrała rośliny kontrastujące barwami, ułożyła je w przemyślany sposób, jakby tworzyła choreografię, co przekłada się także na niespodziewane przejście od pionu do poziomu, dodawanie tła, owadzich statystów czy całych roślinnych kompozycji pod szklanym kloszem oraz nagłe odejście od "wieloobrazkowości" na rzecz portretu tylko jednej rośliny, zajmującego całą wielką kartę.
Format "Botanicum" zrobi wielkie wrażenie na osobach z zamiłowaniem i drobiazgowością przyglądających się ładnym przedmiotom podbijającym światowe rynki wydawnicze (książkom, plakatom, kalendarzom adwentowym, układankom...). Album ma ładny i trwały, szarawo-beżowy papier, ciekawe i atrakcyjne czcionki, doskonały układ graficzny, twardą oprawę, na której brakuje mi jedynie obwoluty – pewnie dlatego, że w moim dzieciństwie chyba każda encyklopedia przyrodnicza z górnej półki była w nią wyposażona.

Bożena Itoya

Botanicum, ilustracje Katie Scott, tekst Kathy Willis, z języka angielskiego przełożyła Katarzyna Rosłan, konsultacja merytoryczna Marcin Zych, Wydawnictwo Dwie Siostry, Warszawa 2016.

czwartek, 13 września 2018

Niebanalnie o warzywach


"Pora na kalafiora" Agaty Dudek i Małgorzaty Nowak - sądząc po okładce, a nawet po pobieżnym przewertowaniu kilku kartek wydawać by się mogło, że za tym zabawnym tytułem kryje się zupełnie zwyczajna książeczka o warzywach. Jednak Wydawnictwu Dwie Siostry raczej nie zdarza się wydawać pozycji banalnych. Cóż więc świeżego wnoszą autorki do kategorii kartonowych książek dla maluchów poświęconych warzywom?

Mamy więc przede wszystkim charakterystyczne ilustracje Agaty Dudek. Koniec z nudnym, bladym fotorealizmem - zwykły por przybiera formę niemalże plakatową, a kolejne ilustracje, choć wszystkie wykonane w podobnym stylu, są soczyste, tętniące życiem (nawet dosłownie, bo - jak to w przyniesionych z ogródka warzywach bywa - pełno na nich drobnych żyjątek) i nieprzewidywalne.
Czytając kolejne podpisy, odkrywamy, że kolejność warzyw jest nieprzypadkowa - każdą parę coś łączy: kształt, kolor, rodzina, przeznaczenie kulinarne. Dzięki temu nie poznajemy wyłącznie nazw poszczególnych roślin, ale za jednym zamachem uczymy się odróżniać je od tych, z którymi najłatwiej je pomylić. Może por i szczypior nie stanowią wielkiego wyzwania, ale już cukinia i ogórek potrafią być zagwozdką dla wysłanego na zakupy kulinarnego laika. Dzięki takiej formule do "Pora na kalafiora" trafiło wiele warzyw, które zwykle są w tego typu pozycjach pomijane: seler naciowy, burak cukrowy, batat, a nawet... patison (jeśli jesteście ciekawi, co stanowi parę dla patisona, koniecznie zajrzyjcie do książeczki).

Nic tu nie pojawia się przypadkiem. Nawet wspomniane wcześniej żyjątka nie są po prostu zabawnym dodatkiem do głównych ilustracji. Po dokładniejszym przyjrzeniu się zauważamy, że przy ziemniakach kręci się stonka ziemniaczana, po kalafiorze łazi żarłoczna gąsienica, a po sałacie i szpinaku spacerują ślimaki. A więc chodzi o naszych konkurentów do konsumpcji rzeczonych warzyw! Bardzo prosty i mądry zabieg, który wzbogaca przekaz książki i wprowadza do ilustracji ciekawe urozmaicenie (kiedy znudzą się warzywa, można zawsze pokazywać paluszkiem robaczki). Jednak jako osoba, która zoologię pamięta jak przez mgłę, nie wzgardziłabym jakąś ściągą z nazw tych stworzeń.

Podsumowując: proste, czytelne i barwne ilustracje, wetknięte tu i ówdzie drobne żarciki, które sprawiają, że lektura nie jest dla rodzica nudną rutyną. Jak na książeczkę, która jest "tylko" spisem warzyw - całkiem nieźle.
Joanna Pietrulewicz

Pora na kalafiora, Agata Dudek, Małgorzata Nowak, Wydawnictwo Dwie Siostry, Warszawa 2018

poniedziałek, 22 stycznia 2018

O.G.R.Ó.D.


Pośród zimowej zmarzliny i w skromnych okolicznościach styczniowej przyrody, przynajmniej flory, miło jest poczytać o wspaniałych, oryginalnych ogrodach z całego świata. Książka "O.G.R.Ó.D. Olśniewające Grządki i Rabatki Ówczesne i Dzisiejsze" poszerza wiedzę czytelnika, niezależnie od jego wieku, pielęgnuje nasze poczucie piękna, pobudza tęsknotę za podróżami oraz działaniem, założeniem własnego ogrodu, chociaż ogródka: wymyślnego lub prostego, zewnętrznego albo domowego, w doniczce czy słoiku. Aby zrozumieć złożoność dziedziny będącej bohaterką tego popularnonaukowo-komiksowego albumu – architektury krajobrazu, warto przeczytać z uwagą każde zdanie, również ze wstępu. Ewa Kołaczyńska określiła bowiem, że przedmiotem jej zainteresowania są "42 różnorodne przykłady ogrodów (a także innych obiektów architektury krajobrazu) z całego świata i z różnych epok", a "Architekci krajobrazu projektują też inne miejsca: parki, skwery, promenady, place zabaw, pola golfowe, a nawet miejsca piknikowe w lesie czy ścieżki na szczyt góry". Patrząc na otaczający nas świat rzadko zauważamy, jak wiele elementów miasta i jego przyległości zostało przemyślanych, profesjonalnie zaplanowanych i przygotowanych tak, by było nam po prostu dobrze. Dziecko po przeczytaniu i obejrzeniu książki "O.G.R.Ó.D." na pewno szerzej otworzy oczy i stanie się wrażliwsze na otoczenie. A może zapragnie też zostać demiurgiem przyrody?
Publikacja z miejsca wciągnęła mnie swoją podwójną, idealnie skomponowaną mocą artyzmu i konkretu. Charakterystyczne ilustracje Adama Wójcickiego nie są realistyczne, blisko im do komiksu i kolorowego snu. Zabawnie, odrobinę karykaturalnie zaokrąglone postacie, genialny dobór barw i cieni, zaskakująca raz po raz mimika ludzi oraz zwierząt, niezwykłe połączenie geometrii i fantastyki – to wszystko sprawiło, że od kilku lat sięgamy z synem po każdą książkę ozdobioną pracami tego artysty. Natomiast tekst oczarował mnie zwięzłością i zręcznością wykładu, który właściwie nie jest odbierany jako opis, tylko opowieść snuta przez dobrze poinformowaną osobę z głęboką, zaraźliwą pasją. No bo jakiż leksykon zawiera tak ładne i młodzieżowe zarazem zdania, jak: "Było sobie raz pole ryżowe. Na środku tego pola wybudowano nowoczesne osiedle. A w samym środku osiedla powstał superhipernowoczesny ogród. Jeśli kiedykolwiek widzieliście pole ryżowe, to doskonale wiece, że ryż uwielbia stać w wodzie po kolana". Nie wiem jak wy, ale my już po przeczytaniu tego wprowadzenia do rozdziału szóstego ("Ogród osiedlowy Gifu Kitagata Gardens, Kitagata, Japonia, (2000)") mamy ochotę założyć własny "mokry" ogródek przy pierwszej okazji, czy to wiosennej odwilży, czy letnich wakacji w mieście. W dalszej części okazało się co prawda, że opisywane grządki nie są podmokłe, a oryginalne w inny sposób, ale na szczęście nikt nie kontroluje, na ile inspiracje czytelników pokrywają się z faktami.
Zawartość książki rozpisana została w spisie rozdziałów, zawierającym numer i typ obiektu, jego nazwę własną w danym języku, miejscowość, kraj i rok powstania (brakuje tylko numerów stron, jak w całej publikacji!), a także na dwóch mapach Ziemi ("Ogrody na świecie", "Ogrody w Europie") – tu zaprezentowane zostały numery i typy obiektów, czyli właściwie główne tytuły rozdziałów, oraz charakteryzujące je ikonki. Rozpiska geograficzno-graficzna ogrodów mieści się zaraz po wstępie i skutecznie nakłania do kartkowania, zwłaszcza wzmianką o trzech obiektach niemających stałej lokalizacji: ogrodzie latającym, mobilnym i zaczarowanym.
Pierwsze dostrzeżone przez autorkę miejsce początkowo wydało się nam proste i typowe dla wielu wielkich miast: to "Zielone plaże" w Berlinie. Latem w Warszawie ludzie opalają się w kostiumach kąpielowych w wielu parkach, sama nazwa rozdziału więc nieszczególnie wywarła na nas wrażenie, natomiast dalszy opis sprawił, że zapragnęliśmy pobawić się na "specjalnie usypanych, łagodnych pagórkach", nachylonych w przeciwnych kierunkach i wyposażonych w wieloosobowe huśtawki.
Rozdział drugi spodobał nam się szczególnie, bo dobrze znamy jego bohatera: "Ogród na dachu. Ogród BUW, Warszawa, Polska (2002)". Miejsce to powołano do życia cztery lata przed narodzinami mojego syna i bywa on tam dość regularnie. Miło przeczytać w poważnej i ładnej publikacji o ścieżkach, które się dobrze zna, o własnym spojrzeniu na kochane miasto i ulubioną bibliotekę. Akcent Uniwersytetu Warszawskiego jest dla nas tym wyraźniejszy, że premiera książki odbyła się w Ogrodzie Botanicznym UW (7 maja 2016 roku), byliśmy na niej i jest to jedno z wydarzeń, których się nie zapomina.
Kolejne wyjątkowe grządki powstały między innymi w pionie, na ścianach budynków, w betonowych szczelinach, kiedy indziej jedyną szczeliną w gąszczu (bambusowym) jest ścieżka przeradzająca się w czerwone mosty. Poznajemy również ogrody złożone z roślinnych rzeźb (topiarów), kaktusów sterczących niczym gwoździe, roślin trujących i odurzających, leczących (w szpitalu dziecięcym!), tymczasowy minipark-manifest, wspomniany ogród przenośny mieszczący się w przyczepie kempingowej, uczymy się rozróżniania krajobrazu miejskiego od naturalnego i obserwujemy próbę naśladowania przyrody przez człowieka ("Ogród krajobrazowy. Stourhead Garden, Stourton, Wielka Brytania (1741)"). Wśród artystycznych wariacji architektów krajobrazu uwagę zwracają zwłaszcza "Szklarniowe bańki mydlane. Eden Project, Bodelva, Wielka Brytania (2001)" z szalonymi atrakcjami i figurami, "Ogród 100 schodów. Hyakudanen, Awaji, Japonia (2000)", "Ogród fontann. Villa d'Este, Tivoli, Włochy (od 1550)" oraz "Ogród w butelce. Cranleigh, Wielka Brytania (1960)", którego słoikowej wersji popróbowaliśmy sami. Jako nieco spokojniejsze, mniej kosmiczne, ale wciąż nieprzeciętne i niezwykle efektowne oceniliśmy "Ogród na balkonie. Besco Verticale, Mediolan, Włochy (2014)", "Wiszące ogrody. Wiszące ogrody Babilonu, starożytny Babilon (dziś terytorium Iraku), VI w. p.n.e.", "Ogród kamienny. Ryōan-ji, Kyoto, Japonia (1499)" czy "Tulipanowy zawrót głowy. Keukenhof, Lisse, Holandia (1950)".
Jak widać, omawiane projekty pochodzą z bardzo różnych czasów i klimatów, a reprezentowane przez nie interpretacje przyrody bywają całkiem odmienne. Czytelnik zyskuje dużo wiedzy (przyrodniczej, technicznej, historycznej, etnograficznej, plastycznej), ale i humoru, bo niewątpliwie potrzeba wiele dowcipu, by wpaść na niektóre z opisanych idei. Nie wymieniłam wszystkich ogrodów przedstawionych w książce Ewy Kołaczyńskiej i Adama Wójcickiego, warto do niej zajrzeć, wybrać własne typy, dać się ponieść wyobraźni architektów krajobrazu i nie mniej fantastycznego ilustratora, zaimprowizować własny ogródek albo zaplanować wakacyjną wyprawę szlakiem pereł architektury krajobrazu. "O.G.R.Ó.D." jest pozycją wyjątkową, czymś więcej niż album, tradycyjny przewodnik czy poradnik. Sprawdza się jako prezent dla dzieci i całych rodzin, może zastąpić bukiet kwiatów na każdą okazję – nigdy nie zwiędnie, a wręcz rozkwitnie w formie wspólnej lektury, własnych projektów i pomysłów. To florystyczne cudo nie straciło świeżości, choć jest z nami od ponad półtora roku, nadal tak samo lubimy podróżować po kolorowych kartach i na wyrywki czytać o miejscach, jakie chcielibyśmy odwiedzić lub które widzieliśmy w filmach.
Bożena Itoya

Ewa Kołaczyńska, O.G.R.Ó.D. Olśniewające Grządki i Rabatki Ówczesne i Dzisiejsze, ilustracje Adam Wójcicki, Wydawnictwo Dwie Siostry, Warszawa 2016.

wtorek, 5 grudnia 2017

Dziwolągi


"Dziwolągi" są historią pewnego lasu opowiedzianą z perspektywy zwierząt, zwłaszcza niedźwiedzi, bo to one zazwyczaj znajdują się na pierwszym planie, tuż obok czytelnika, i przypuszczalnie pełnią funkcję narratorów. Cristóbal León (tekst) i Cristina Sitja Rubio (tekst, ilustracje) stworzyli oryginalną książkę, a, ze względu na format, nawet księgę obrazkową na temat ingerencji człowieka w przyrodę i współżycia naszego gatunku z innymi. Kiedyś Krecik zmuszony był przenieść się do miasta, przez kilkadziesiąt lat, jakie upłynęły od jego przygody, nic się nie zmieniło: nadal wycinamy w pień lasy, przeganiamy z nich zwierzęta i tworzymy dla dzieci książki pokazujące, dlaczego nie należy tego robić. Cała nadzieja w "Dziwolągach", może to one coś zmienią? Istnieje takie prawdopodobieństwo, biorąc pod uwagę, że tytuł dotyczy po prostu ludzi, a mali czytelnicy mają wielką moc animowania przyszłości. Niezależnie od naszej interpretacji, tak naprawdę nie ma znaczenia, na ile temat jest aktualny w Polsce. Publikacja ukazała się pierwotnie w Szwajcarii, a autorzy pochodzą z Chile i Wenezueli, równie dobrze możemy więc odnosić ją do Puszczy Amazońskiej, co Białowieskiej, lub każdego innego lasu.
Skuteczność tej perełki wydawniczej wynika z zaskakującej koncepcji, wesołości (mimo powagi tematu) i braku nachalności. Zwierzęta wyglądają pięknie, bo realistycznie, namalowano je prosto, niemal po dziecięcemu, i zarazem zachwycająco artystycznie. Zachowanie mieszkańców lasu nieco odbiega od rzeczywistości, bo najpierw się nudzą, potem balują, następnie wspólnie koncypują i działają w sposób niezwykle zorganizowany oraz skuteczny. Współpraca i "współzabawa" nie znają granic gatunkowych, ponieważ widzimy bogatkę siedzącą na ramieniu niedźwiedzia, gniazdo ptasie w rogach jelenia, sowę tańczącą z żabami, lisa rozpaczającego obok zająca, nawet lisa na psie (a zatem zwierzęta dzikie dogadują się z domowymi). Przed takimi sprzymierzeńcami dziwolągi muszą mieć się na baczności. A zwierzęca kooperacja, i ta radosna, i smutna, i oparta na wściekłości, wiąże się bezpośrednio właśnie z działalnością człowieka. Któż inny mógłby wywabić z lasu jego mieszkańców, kusząc beztroską i łatwym kąskiem? Najedzeni i wytańczeni nie mają dokąd wracać, bo ich dom został wycięty, zmieniony w pole pieńków.
Reakcja zwierząt zaskoczyła nas i rozśmieszyła. Oczywiście nie zdradzę dalszego ciągu opowieści, ale w pełni nas ona usatysfakcjonowała, bo uwielbiamy historie szalone, przewracające świat do góry nogami, a "Dziwolągi" niewątpliwie mają w sobie co nieco takiej radosnej anarchii. Również ilustracje burzą porządek, jaki zazwyczaj zastają w swoich książkach dzieci: raz niedźwiedź stoi tyłem do czytelnika i zasłania prawie cały widok, kilkakrotnie kadr obcina bohaterom to kawałek uszu, to znów twarzy, sylwetki, czasem zostaje po kimś tylko ogon albo przeciwnie – sama głowa. Takie ujęcia zbliżają nas do akcji opowieści, zacierają granicę między czytelnikiem a uczestnikiem historii, bo właśnie tak widzielibyśmy ją na własne oczy, gdybyśmy stali wśród zwierząt. Pewnie musielibyśmy wyglądać zza pleców miśka, a ogromu krajobrazu i zwierzyńca nie zmieścilibyśmy w polu widzenia. W wypadku bezpośredniego udziału w wydarzeniach, nasze emocje przypuszczalnie nadawałyby widzianym rzeczom i osobom kolory podobne do tych w książce: bezowocne starania o nowy dom, rozpacz, barwią świat na czerwono, jakby spłynęła na niego krew. Czyja? Cóż, człowiek wycinając lasy sam pod sobą dołki kopie, więc odpowiedź może być dwojaka. Tym bardziej, że złowieszczy ludzie mają skórę w kolorze liliowo-żałobnym. A może to nie trupia siność, tylko po prostu odpłynęło z nich całe człowieczeństwo, którego składowymi są przecież wrażliwość i troska o słabszych? Albo w porównaniu ze zwierzętami jesteśmy najzwyczajniej brzydcy? Proszę poszukać własnej interpretacji, dzieci na pewno będą drążyć temat, zadawać pytania, oceniać, którzy bohaterowie są "ładni" i "fajni", a my możemy dopytać i wysłuchać odpowiedzi, dlaczego tak jest. Potem pozostaje już tylko w końcu zrozumieć, jak książkowe dziwolągi.
Bożena Itoya

Cristóbal León (tekst), Cristina Sitja Rubio (tekst i ilustracje), Dziwolągi, tłumaczenie Maciej Byliniak, Wydawnictwo Dwie Siostry, Warszawa 2017.

poniedziałek, 4 grudnia 2017

Człowiek jaki jest, każdy widzi


W biblioteczce mojego syna znajduje się specjalny kącik z książkami zilustrowanymi przez Grażynę Rigall. Bardzo je lubię, ale po każdej pozostawał mi niedosyt, miałam wrażenie, że dopiero zobaczę pełnię możliwości tej ilustratorki. Rzeczywiście, przełom i rozkwit nastąpiły w projekcie wydawniczym zatytułowanym "Człowiek jaki jest, każdy widzi", będącym pokłosiem konkursu Jasnowidze. Autorką tekstu jest Marzena Matuszak, z którą Grażyna Rigall stworzyła duet doskonały, po prostu Dwie Siostry, zgodnie z nazwą wydawnictwa, które publikację zainicjowało i doprowadziło do finału.
Jak na książkę obrazkową przystało, ilustracje są tu istotne przynajmniej tak samo jak tekst, który samodzielnie nie zdołałby opowiedzieć całej historii, wydobyć jej wszystkich niuansów i akcentów humorystycznych. A inteligentnego dowcipu jest w tej książce bardzo dużo, choćby sam tytuł "Człowiek jaki jest, każdy widzi" – a nieprawda, bo, po pierwsze, każdy bohater widzi tu co innego. Po wtóre, sami ludzie nie dostrzegają, kim i czym wydają się współmieszkańcom Ziemi. W porównaniu ze zwierzętami, jawimy się sobie jako wszechpotężni, wspaniałomyślni, godni podziwu. Kiedy indziej niektórzy z nas uważają innych z nas za najgorsze, co mogło się przytrafić tej planecie. Jaka by nie była nasza opinia, uważamy – przynajmniej młodsi reprezentanci gatunku ludzkiego, do których adresowana jest książka "Człowiek jaki jest, każdy widzi" – siebie za pępek świata, wszyscy nas znają i czują respekt. Tyle my, ludzie, o naszym miejscu i statusie w świecie. Marzena Matuszak przyjmuje odmienną perspektywę, z przymrużeniem oka sugerując, jak pojmują nas zwierzęta. Znajdzie się tu miejsce i na legendę, i na uprzedzenia, będzie wyśmiewanie, obrzydzenie i strach, nieco łagodnego niezrozumienia, ale ani krztyny szacunku i zachwytu, jakie sami żywimy względem swojego gatunku. Dla bohaterów tej książki cechy charakterystyczne człowieka nie wynikają z jego istoty, tylko z niezgodnego z naturą zachowania, sztucznych dodatków pozwalających na ekspansję do cudzych środowisk życia. Zamiast siedzieć u siebie, pchamy się, gdzie nie potrzeba z nadprzyrodzonymi kończynami, oczami, a pozbawieni ich okazujemy się żałośnie słabi. Zwierzęta omawiają też historię gatunku ludzkiego, a właściwie jego prehistorię i baśniowe korzenie jednej z największych nienawiści ludzko-zwierzęcych: stosunku człowieka do wilka. I chociaż to tylko dowcipna "książeczka" dla "dzieciaczków", to jednak drapieżnego psowatego trzeba było objąć ochroną, by w naszym kraju doszło do jakiegokolwiek "wzrostu zasięgu" i "rekolonizacji".
Leniwiec (ten z okładki), wilk, komar, kot, kret, sowa, kapucynka, rekin, żółw, dzik, wół, wąż, pies oraz papuga snują swoje dysputy i fantazjują w niezwykłej scenerii hotelu "U Yetich", gdzieś w wysokich, wiecznie zaśnieżonych Himalajach, gdzie ludzie nie mają dostępu i nigdy nie byli widziani. Czy na pewno?
Yeti skrywa pewną tajemnicę o legendarnym człowieku, dla którego (o czym nie wie) sam jest istotą mityczną. Co ciekawe, schematyczne myślenie zwierząt i ich pochopne wnioski bardzo przypominają tryb analizowania oraz działania charakterystyczny dla człowieka, przez co demaskują go i ośmieszają. Irracjonalne oraz szkodliwe okazuje się chowanie młodych pod kloszem kolektywnej tajemnicy, tabu czy małego oszustwa. Niby żadna to nowość, że broniąc przed okrutnymi faktami zadajemy jeszcze dotkliwsze rany, niż zrobiłaby to brutalna prawda. W tej książce jednak ta i inne pozorne oczywistości brzmią świeżo i odkrywczo.
Jedyna moja wątpliwość co do tej cudownej, graficzno-literackiej opowiastki filozoficznej dotyczy wieku czytelnika. Czy dziecko młodsze niż dziesięć / naście lat zrozumie odpowiednio konstatacje i humor autorek, nie będzie zbyt przygnębione przesłaniem? Czy przyjmie z pokorą ocenę wystawioną nam przez nieco ograniczonych sędziów, wejdzie gładko w konwencję baśni, zmieniającą naszą rzeczywistość w marę, i to w dodatku marę nieistniejącego stworzenia? Po przemyśleniu sprawy i rozmowie z synem uważam, że nawet starszy przedszkolak da się unieść tej historii (o ile trafi swój na swego, a tego nigdy nie można być pewnym, niezależnie od wieku czytelnika i książki), najwyżej śmiejąc się przeskoczy niektóre jej głębie i depresje. My stawiamy "Człowieka" ponad inne książki zilustrowane przez Grażynę Rigall, jest bowiem pokazowym przykładem naszych preferencji czytelniczych i graficznych. Portrety zapadającej w hibernację, opitej komarzycy, praleniwca i praczłowieka czy technologicznego mutanta ze snu Yetinki wywołują wielkie wrażenie. Najbardziej zapadł mi w pamięć obraz samolotu-modraszki, a także niepokojąca, krwista czerwień wprowadzana do świata zwierząt przez człowieka – czy to w stroniącym od jaskrawości, leśnym krajobrazie Czerwonego Kapturka, czy w pociętej zamiecią ojczyźnie Yeti, nawiedzanej przez legendarną, nieporadną istotę. Te ilustracje uważnemu czytelnikowi mogą powiedzieć więcej niż tekst. Ciekawe, czy autorki stworzą jeszcze wspólnie podobne cacko, czy też współpraca była jednorazowa. Nie zdziwiłabym się, gdyby to był tej jeden, jedyny projekt, bo jest niepowtarzalny i perfekcyjny, a z czymś takim trudno konkurować.
Bożena Itoya


Marzena Matuszak, Człowiek jaki jest, każdy widzi, ilustrowała Grażyna Rigall, Wydawnictwo Dwie Siostry, Warszawa 2017.