cudanakiju.pl

cudanakiju.pl

poniedziałek, 2 maja 2016

Dzielny leśniczy Piątek – literacki świątek




"Dębowa kołyska" jest trzecią częścią przygód leśniczego Piątka, a czwartą książką z cyklu opowieści o baśniowych istotach zamieszkujących Dolinę Bagiennej Trawy. Zbiór opowiadań "Co w trawie piszczy" (wyd. Literatura 2009) został wyróżniony w Konkursie Literackim im. Astrid Lindgren, jego bohaterowie – szczurek Ogryzek i skrzat Maurycy – powrócili po kilku latach w kolejnych odsłonach serii: "O czym szumi las" (Literatura 2012), "Na tropie sześcioptaka" (Literatura 2013) i w najnowszej "Dębowej kołysce" (Literatura 2015). Te i inne fantastyczne postacie przyjaźnią się z bohaterem pierwszoplanowym, rzeczonym Fryderykiem Piątkiem, pracownikiem Lasów Państwowych (partnera cyklu).
Książki, choć zawierają wiele informacji o polskiej florze, faunie i problemach ekologicznych, nie sprawiają wrażenia publikacji edukacyjnych, często pisanych "na siłę". Mój syn od dwóch lub trzech lat jest wiernym fanem tej serii i wcale nie uważa utworów Pawła Wakuły za lektury dydaktyczne. Ja wcześniejszych części nie czytałam, ale szybko poznałam i polubiłam bohaterów. "Dębową kołyskę" czyta się bowiem szybko, z zainteresowaniem i... śmiechem. Najlepiej czytać wspólnie, wtedy cała rodzina przeżywa niepokoje i radości, jakich na co dzień doświadczają mieszkańcy leśniczówki Klechdy. A pochodzą oni właśnie z klechd – dziwożony, wodniki, utopce, płanetnicy, wichrzyce, domowiki, mówiące zwierzęta, magiczny dąb, z którego wyciosana została tytułowa kołyska, to tylko niektóre z magicznych stworzeń (i tworów) wpływających na akcję utworu. Wśród nich mieszkają sobie zwyczajni (przynajmniej pozornie) ludzie: leśniczy, jego żona Klotylda, oraz malutka córka – "jasna" Anielka.
Czary i mary Doliny Bagiennej Trawy dostrzega na początku tylko jej strażnik, leśniczy Piątek. Stopniowo wprowadza do tego świata innych ludzi, choć trudno dowodzić istnienia tego, co niewidoczne dla oczu (bo należy do mikroświata owadów lub bajkowej krainy). Niektórzy jednak zdają się takich wprowadzeń nie potrzebować, zwłaszcza najmniejszy członek rodziny. Anielka przypomina nieco dzieci hobbitów ("Władca Pierścieni" J.R.R. Tolkiena), zwłaszcza te narodzone w czasach bezpośrednio po zniszczeniu Pierścienia, jakby obdarzone błogosławieństwem sił przyrody.

Piątek uśmiechnął się na wspomnienie chwili, gdy ogłosił wielką nowinę. Ależ Maurycy i Ogryzek mieli zdziwione miny! Trzeba przyznać, że stanęli na wysokości zadania – nie minął nawet tydzień, gdy wspólnie z borsukiem Teofilem przytaszczyli do leśniczówki Klechdy piękną dębową kołyskę!
To od nas wszystkich... Ot, co! – wydukał Teofil. – Niech pańskie młode zdrowo się chowają! Ile ich będzie? Troje, pięcioro, a może siedmioro? Oczywiście urodzą się ślepe w lutym lub marcu! Czy pańska żona zapadnie przedtem w sen zimowy?
To nie tak! – roześmiał się Piątek. – U ludzi wszystko wygląda inaczej niż u borsuków! Ale bardzo dziękuję wam za ten śliczny prezent, na pewno się przyda!
I kołyska rzeczywiście przydała się. Kilka miesięcy później urodziła się najpiękniejsza istota na świecie! Miała oczy jak dwa leśne jeziorka i złociste kręcone włosy. Jeszcze w szpitalu w Krzekiszkach, gdy zachwycony Piątek wpatrywał się w nią z nabożeństwem, mimo woli szepnął cichutko: "Jasna anielka"...
Wśród przypowieści o życiu lasu i rodzinnej sielanki toczą się lekkie historie, a przyziemne troski zyskują nadprzyrodzone rozwiązania. Kto przejmie opiekę nad domem i niemowlęciem od wracającej do pracy młodej mamy? Jak zapobiec wichurze, która lada moment doszczętnie zniszczy cały las, efekt pracy pokoleń leśniczych? A co pokona poczucie bezsensu, bezskuteczności własnych działań, prób naprawy (leśnego) świata? Co podać na obiad, gdy liczba gości nagle powiększa się kilkakrotnie? Jak przekonać do swoich racji brygadę nieprzejednanych ekologów? Czytajcie, a będziecie zaskoczeni!
Aktualne problemy ekologiczne zasygnalizowane zostały w sposób zrozumiały i wystarczający dla ucznia początkowych klas szkoły podstawowej. "Dębowa kołyska", podobnie jak poprzednie części cyklu, dobrze sprawdzi się jako nagroda i lektura szkolna – właśnie w ten sposób mój syn zapoznał się z debiutem leśniczego Piątka, książką "O czym szumi las".
W "Dębowej kołysce" roi się od akcentów humorystycznych najlepszego gatunku. Satyryczny charakter mają przede wszystkim ilustracje autora, bardzo miłe dla młodego oka. Nam zdarzało się nawet wycinać i oprawiać w ramki obrazki Pawła Wakuły z czasopisma, w którym publikuje. Treść książki w niczym nie ustępuje tym wesołym rysunkom.

Ostatnie piętro lasu zamieniło się od wczoraj w wesołe miasteczko. Kilkunastu ludzi wciągnęło tam prowizoryczne platformy, siedziska, ba! – nawet namioty i śpiwory! Niektórzy z nich, opatuleni w koce, przypięli się do pni łańcuchami. Pomiędzy dwoma wysokimi drzewami rozpięli transparent z napisem: "Nie pozwolimy wyciąć lasu!".
Byli wśród nich młodzi brodaci mężczyźni w kraciastych koszulach, parę równie młodych dziewczyn, ale także długowłosy, lecz już łysiejący hipis i okularnik czytający książkę.
Leśniczy podszedł do protestujących i bezradnie rozłożył ręce.
Proszę państwa! Przeszkadzacie moim ludziom w pracy!
I właśnie o to nam chodzi! – zawołał podstarzały hipis. – Bronimy matki przyrody przed bezwzględnym biznesem!
Zaskoczony Piątek podrapał się po głowie.
Przed czym?
Przed panem! – jedna z dziewczyn wycelowała w niego oskarżycielski palec. – Pan chce tutaj wyciąć las!
Piątek szeroko otworzył usta ze zdziwienia.
Ależ droga pani, wytnę tylko niektóre starannie wybrane drzewa, to się nazywa trzebież...
Jak zwał, tak zwał! – prychnęła ekolożka. – Ale my na to nigdy nie pozwolimy! Będziemy bronić przyrodę własną piersią!
Leśniczy z uznaniem stwierdził, że dziewczyna ma czym bronić przyrodę, ale postanowił, że mimo wszystko przemówi jej do rozsądku. (...)
Nie słuchaj go, Pamela! – zaapelował okularnik.

"Dębową kołyskę" uważam za jeden z kilku współczesnych polskich tekstów literackich dla dzieci, które powinny zostać przetłumaczone i wydane za granicą. Przynajmniej w krajach środkowoeuropejskich, słowiańskich, bałtyckich czy skandynawskich znajdą się młodzi czytelnicy, którym przypadną do gustu zbliżone (lub wspólne) realia "leśne" i postaci z mitologii ludowej, a także uniwersalny styl literacki i plastyczny autora. Prawdopodobnie nawet zdołają wymówić nazwę "Krzekiszki". I może przyczynią się do szerzenia neologizmu-internacjonalizmu "akukupark".

Bożena Itoya

Paweł Wakuła, Dębowa kołyska, Literatura, Łódź 2015.

O zajączku, który... nie nuży mimo lektur trzech

 
Ta książka jest tak świeża i żółta, jakby dopiero co wyszła spod pędzla ilustratora (Mieczysław Piotrowski) i pióra autora (Ludwik Górski). Tymczasem opowiadanie "O zajączku, który... nie umiał zliczyć do trzech" po raz pierwszy opublikowane zostało w 1967 roku! Teraz w dużym formacie i bardzo estetycznym wydaniu cieszy przedszkolaków i młodszych uczniów, bo jest to historyjka wesoła i lekka jak podskoki zadziornego zajączka.

To znaczy, że nie umiesz liczyć – stwierdził.
Umiem, umiem – zapewnił zajączek i machnąwszy wąsem dla dodania sobie powagi, odliczył: raz, dwa.
A dalej?
Co dalej? – zapytał zajączek.
Janek spojrzał na niego zdumiony; nie mógł pojąć, czego zajączek nie rozumie.
Licz dalej.
Dalej nie ma liczenia. – powiedział stanowczo zajączek – jest raz, dwa i już.

Książka zaskakuje czytelnika od pierwszej strony – wchodzimy w historię nagle, ta jakby nie zważa na naszą obecność, tylko toczy się jak chce. Przeczytawszy pierwsze zdanie: "Po półgodzinnym marszu dzieci zatrzymały się na skraju lasu", sprawdzaliśmy, czy kartki się nie posklejały, czy zajączek nie przeskoczył z początkiem opowieści na inną stronę... Ale nie, to tylko taki psikus na dzień dobry.
Prosty pomysł na naukę liczenia i na pokazanie, jak matematyka może się przydać, uzupełniony został ładnym, nieskomplikowanym językiem, hopsasającymi rymowankami oraz pogodnymi, delikatnymi malunkami. Autorzy opisują i obrysowują drogę Janka i Zosi ze wsi do domu w mieście, nieudaną podróż zajączka w stronę pietruszek oraz jego wizytę w mieście.

Przepraszam pana, gdzie jest ulica Dwóch Niedźwiadków?
Pan z laską obejrzał zajączka od stóp do głów, a właściwie od ogonka do czubka uszu, i powiedział:
W naszym mieście nie ma ulicy Dwóch Niedźwiadków.
Powiedziano mi, że jest ulica Niedźwiadków.
Owszem, jest ulica Niedźwiadków, ale Trzech.
A może Dwóch? – zapytał błagalnie zajączek. – Niech pan dobrze pomyśli.
Kiedyś mieszkały tu dwa niedźwiadki...
No właśnie – wtrącił zajączek – dwa.
Ale – dodał pan z laską – urodził im się mały niedźwiadek i były trzy.
Były dwa, a potem jeszcze jeden?
Tak, razem trzy.

Przekonajcie się z dziećmi, jak przebiegły wszystkie te wycieczki i nauki, jak wiele potknięć i wywrotek zaliczył zając, czy wreszcie osiągnął sukces. Możecie też policzyć elementy-ornamenty na wklejkach, drzewa na ilustracjach, a nawet figury, z których złożone są niektóre rysunki. W nauce czytania pomoże czytelna czcionka i kolorowe wyróżnienia słów będących liczebnikami. My czytaliśmy tę książkę już co najmniej trzy razy, nie znudziliśmy się i na pewno za kilka miesięcy znów sobie pobrykamy z zajączkiem, który nie umiał zliczyć do trzech.

Bożena Itoya

Ludwik Górski, O zajączku, który... nie umiał zliczyć do trzech, ilustrował Mieczysław Piotrowski, Wrocławskie Wydawnictwo Warstwy, Wrocław 2015.

Wiersze dla dzieci, dla zabawy

 

"Śnieżne rymy białej zimy" Jerzego Ficowskiego z ilustracjami Mieczysława Piotrowskiego są publikacją prostą i piękną. Poza typograficzną wariacją na okładce i stronie tytułowej, w tomiku tym nie znajdziemy ani krzty wyrafinowania. Pogodne i delikatne akwarele doskonale komponują się z wesołymi, krótkimi wierszykami.

Szanowny panie redaktorze!
Miałem napisać wiersz zimowy,
ale mi jakoś przyjść nie może
żadna zimowa myśl do głowy.
(List do pana redaktora)

Ta poetycko-rysunkowa kompozycja okazała się bardzo smakowitym kąskiem dla naszej czytającej na głos rodziny. Planowaliśmy dawkować lekturę, dzieląc ją na kilka wieczorów, jak zazwyczaj postępujemy nawet z krótkimi zbiorami poezji. Jednak w tym wypadku nie mogliśmy się powstrzymać i połknęliśmy całą książkę na raz. Plastyczność słowa i lekkość rysunku autorów gwarantują miłe artystyczne doznania – po kolejnych stronach mknie się gładko jak na sankach.

Jak puch dmuchawców lecą z nieba
białe śnieżyce i zawieje.
Wiatr śniegiem ziemię pozasiewał,
jak rolnik który w polu sieje.
(Siejba zimy)

Tę skondensowaną dawkę zimy przyjęliśmy właściwie na powitanie wiosny, ale zabawa z lekturą będzie równie dobra w upalne dni lata, jesienne deszczowe popołudnia oraz w tym okresie roku, gdy śnieg być powinien, ale nie zawsze dopisuje. Jerzy Ficowski i Mieczysław Piotrowski dopisali (i dorysowali) – śnieżne rymy, które pomogą poradzić sobie z deficytem prawdziwej zimy, niezależnie od pory roku i wieku czytelnika.

Zamiast o lodzie – śnię o lodach,
zamiast o śniegu – śnię o plaży.
Nic nie pomoże – trudu szkoda,
tak jest, gdy człowiek się rozmarzy.
(List do pana redaktora)

Najmłodsi znajdą w tym zbiorze własne spojrzenie na świat, dorastające dzieci zatęsknią za beztroską i prostotą, a dorośli mogą wracać do niegdysiejszych bałwanów, siejb, jakie onegdaj bywały i z sentymentem głaskać jedną z tych dawnych książek (opublikowaną po raz pierwszy w 1969 roku), jakich dziś już się nie wydaje... A nie, bo właśnie się wydaje – we Wrocławiu, wrażliwej na białe kruki Europejskiej Stolicy Kultury.

Na czystym śniegu gawron siadł,
nawet z daleka go ujrzycie:
na bieli – jeden czarny ptak
wygląda, niby kleks w zeszycie.

(...) – Gdyby był ze mnie biały kruk –
ze wszystkich ptaków ptak najrzadszy,
tobym po śniegu chodzić mógł
i nikt by na mnie nie popatrzył.
(Gawron na śniegu)

Bożena Itoya

Jerzy Ficowski, Śnieżne rymy białej zimy, ilustrował Mieczysław Piotrowski, Warstwy, Wrocław 2014.

Labirynty Naszej Księgarni dla naszej dzieciarni


 
O przyjemnościach i korzyściach płynących z rozwiązywania przez dziecko labiryntów wiedzą pewnie wszyscy rodzice i pedagodzy. Większość przedszkolaków lubi takie łamigłówki, ale ucznia już trudniej zainteresować labiryntem, bo też co to za zabawa, która trwa kilka sekund i jest banalna. Szkoda, bo i starsze dzieci powinny ćwiczyć koncentrację, grafomotorykę i spostrzegawczość. Na szczęście z pomocą przybywają autorzy dwóch kolorowych, obszernych publikacji wydanych w Polsce przez Naszą Księgarnię: "Absolutnie fantastyczne labirynty" oraz "Detektyw Pierre w labiryncie. Na tropie skradzionego Kamienia Chaosu".
W pierwszej książeczce na 128 stronach znajdziemy 100 rzeczywiście fantastycznych łamigłówek. Drogę między startem a metą pokonywać można i palcem, i długopisem, i ołówkiem, i kredką, i czym tylko chcemy, papier nadaje się do wszystkiego. Każdy labirynt zajmuje jedną lub dwie strony formatu A4, a nasza ścieżka wiedzie na przykład między gwiazdami (uwaga na kosmitów!), chodnikami ruchliwego lotniska ("Doprowadź tę rodzinę do właściwej bramki, omijając innych ludzi"), między wodorostami ("Wskaż konikowi morskiemu drogę do ukochanej"), zgodnie ze skomplikowaną trasą skateparku, ale i w odmętach szkolnego plecaka ("Pomóż Danielowi znaleźć gumkę w plecaku"), gęstwinie latawców, gałęzi bujnego drzewa ("Młody ptak pierwszy raz wyleciał z gniazda i nie potrafi do niego wrócić"), a nawet mózgu ("O czym myśli Pan Niedźwiedź?"). Niektóre plansze stylizowane są na gry komputerowe (lub po prostu elektroniczne), inne przypominają komiksy czy książki z serii "Opowiem ci mamo, co robią..." lub "Rok w...". Zabawa w czesanie pudla i poszukiwanie zagubionego ramienia Pana Kostka jest przednia, podobnie sprawdziła się większość absolutnie fantastycznych labiryntów. Jeśli ktoś nie domyśli się właściwej drogi, na ostatnich kartach znajdzie rozwiązania.
Na wyższy poziom poszukiwań wprowadza nas Detektyw Pierre. Tu karty są większe, ale labirynty węższe, trudniej dostrzegalne, bardziej skomplikowane, pełne fascynujących drobiazgów. "Na tropie skradzionego kamienia" to właściwie picture book, jakby "Mam oko na Mamoko" dla zaawansowanych. Dwustronicowe labirynty są tylko elementem barwnych ilustracji i historyjki rozgrywającej się w Operyżu. Nie wiadomo do końca, w jakich czasach i gdzie znajduje się Operyż – hasła i nazwy na wklejkach, wygląd postaci oraz inne realia (parowozy, parowce, balony) kojarzą się z dziewiętnastym i początkiem dwudziestego wieku, na innych obrazkach znajdziemy jednak współczesne (no, niemal) ciężarówki. Czasem miasto wygląda na europejskie z przełomu wieków (XIX i XX), kiedy indziej na zupełnie fantastyczne. Zdarzają się i kamienne, wielopiętrowe ślimaki złożone z uliczek i wież (trochę jak u Tolkiena) czy wielopoziomowe miasto wyżłobione w pniach drzew (znów skojarzenie z "Władcą Pierścieni"). Pięknie prezentuje się również scena morska ze statkami, parowcami, wysepkami i gigantyczną ośmiornicą. Zabawa z książką trwa wiele godzin, bo też zasady wymagają dużego zaangażowania:

1. Najpierw odszukaj start. Przemierzaj labirynt, aż znajdziesz Pana X. Nieopodal leży cel. 2. W każdym labiryncie podejmuj wyzwania Pana X, przyjmuj zlecenia lub spełniaj prośby innych postaci. 3. Wypatruj złotych gwiazdek, czerwonych trofeów, zielonych i czerwonych skrzynek ze skarbem, a także innych ukrytych obiektów. 4. Jeśli przejście zostało zablokowane, poszukaj innego. Wolno ci wyminąć na drodze człowieka lub zwierzę tylko wtedy, gdy jest na to dość miejsca. Jeżeli dostrzegasz więcej niż jedną trasę, zawsze wybieraj najkrótszą.

Książka ta jest więc obrazkowa, labiryntowa i... planszowa, bo sposób zabawy tylko nieznacznie odbiega od rozgrywki w grę planszową – różnica polega na tym, że nie używamy pionków i gramy w pojedynkę. Chociaż właściwie można działać i wspólnie, spróbujemy, bo na pewno będziemy wracać do "Detektywa Pierre'a w labiryncie", to pozycja wielokrotnego użytku. Po tej książce się nie pisze, a jedynie "jeździ palcem", bo strony są "śliskie i miłe", a w dodatku tak ładne, że szkoda mazać.
Jeśli chcecie oderwać sześcioletnie lub starsze dziecko od mniejszych i większych ekranów, pokazać mu, jak zaskakujące mogą być książki oraz rozwiązania plastyczne, rozwinąć jego fantazję oraz umiejętność opowiadania własnych historyjek – koniecznie podsuńcie swojej dzieciarni labirynty Naszej Księgarni.
Bożena Itoya

Absolutnie fantastyczne labirynty, napisała: Becky Wilson, zilustrowali: Lorna Anderson, Jean Claude, Samantha Meredith, Sophie Rohbrach, przetłumaczyła: Magdalena Korobkiewicz, Nasza Księgarnia, Warszawa 2016.
Detektyw Pierre w labiryncie. Na tropie skradzionego Kamienia Chaosu, Hiro Kamigaki & IC4Design, tekst: Chihiro Maruyama, przekład: Jan Szwarc, Nasza Księgarnia, Warszawa 2016.

Mumciuś – kosmiczny pluszak stróż małego dziecka

Nowa książka Andrzeja Grabowskiego sprawdzi się jako jedna z pierwszych lektur samodzielnego czytelnika, alternatywa dla pradawnego "Plastusiowego pamiętnika" czy "Cudaczka Wyśmiewaczka" (to nadal są lektury szkolne!). Współczesne dzieci czytając zalecane przez nauczycieli klasyczne opowiadania czują się trochę jak w muzeum (stalówka? a co to?), warto więc zaproponować im te same wartości i przesłania w odświeżonej formie.
"Mumciuś" jest pogodną opowieścią rozgrywającą się w przytulnym, przyjaznym świecie. Bohaterka, nazywana tylko zdrobniale: Agatka, ma siedem lat, kochających rodziców i niespodziewanego kompana – samotnego mumciusia o imieniu Fik. Malutkie, przypominające maskotkę stworzenie pełni w domu dziewczynki funkcję niewidzialnej złotej rączki, stróża gospodarstwa domowego. Mieszka i pracuje w domu "Wielkich" bez ich wiedzy, maskując się niczym kameleon.
Życie bohaterów jest proste, pełne słodyczy, może nawet zbyt idealne: mama Agatki głaszcze ją po głowie, dziewczynka nosi zapracowanemu tacie śniadanie do łóżka... W książce znalazły się fragmenty tak łagodne i różowe, że aż czuliśmy się nieswojo. Zaskakujące okazały się zwłaszcza życiowe ambicje młodych mumciusów: celem (i celą?) każdego przedstawiciela tej rasy jest zabłyśnięcie na dorocznym balu, ustatkowanie się u boku kogoś w zbliżonym wieku i odbycie podróży poślubnej na rodzinną planetę. Tatusiowie pracują i są silni (dosłownie, to znaczy fizycznie), mamusie zaś są znacznie słabsze i zajmują się domem oraz dziećmi. Niezależnie od mojej oceny takich relacji, trzeba przyznać, że jest to dopracowany, uporządkowany mikroświat rządzący się stałymi zasadami. Powstała nawet cała mumciusiowa frazelogia (przysłowia).

Nie wiem, co powie tata, kiedy dowie się, że nie zapracowałem na poczęstunek. Ale przecież muszę mu o tym powiedzieć. Gdybym się nie przyznał, to tak, jakbym skłamał. A jak mówi stare przysłowie mumciusiów: Kto kłamie, ten przyjaźń łamie.

Jest to prosta historia bez metafor. Autor komunikuje wprost, jak należy postępować i gdzie w naszej codzienności kryją się pokusy, piętnuje na przykład obżarstwo oraz złe nawyki żywieniowe wprowadzane przez rodziców, a także lenistwo dziecięcej bohaterki. Mumciusie uczą obowiązkowości oraz poszanowania więzi rodzinnych, ale, jak wspomniałam wyżej, są bardzo konserwatywne i w swoim tradycjonalizmie zupełnie niewspółczesne. Marzenie o korzystnym, wspieranym przez rodziców ożenku, ukazane jest także w innym świetle. To, co dla jednych wydaje się romantyczną wizją, innym jawi się jako rodzicielski nakaz i praktyczne rozwiązanie sprzyjające powiększeniu własnego komfortu. Pojawiają się bowiem i czarne charaktery, obok zwyczajnych rzezimieszków – szczurów gnębiących jednego z zacnych mumcusiów, poznajemy Gzika, dobrze ustawionego lenia.

Teraz napiszę coś, co może Was bardzo zdziwić. Otóż wyobraźcie sobie, że nie wszystkie mumciusie lubią pracować! Jeden mumciuś na tysiąc to leń, który od codziennej pracy woli życie pełne rozrywek. Takim mumciusiem był Gzik. Pomimo niechęci do pracy, Gzik szybko awansował w Biurze Organizacji Balu. Nieżyczliwi mówili, że stało się to dzięki poparciu jakie otrzymywał od swojego ojca – Japa. Jap jest powszechnie znanym mumciusiem. W tym roku został wybrany Głównym Balarzem. To on decydował o wszystkim, co wiązało się z balem.
Gzik siedział w swoim gabinecie i przeglądał kartotekę. Kartoteka zawiera informacje o mumciusiach, ich adresy, a nawet zdjęcia. Od czasu do czasu Gzik odkładał którąś z zapisanych drobnym pismem kart na bok i ziewał. Ziewał potężnie. Z jego tłustego pyszczka wydobywał się ryk, jakiego nie powstydziłby się zdrowy lew. W rogu każdej odłożonej karty znajdowało się zdjęcie młodej mumciusi. Może wyda się Wam to śmieszne, ale Gzik w ten sposób szukał żony. Wcale nie miał na to ochoty, ale polecenie ojca było jasne: "Najwyższy czas, żebyś się ustatkował! Mumciuś w twoim wieku powinien założyć rodzinę. Dość spotkań z kolegami! Masz się ożenić i pracować! Bo rodzina powinna być dla każdego mumciusia najważniejsza!".
Charakterystyka Gzika należy jakby do zupełnie innej płaszczyzny niż pozostałe relacje opisywane przez autora. Czytając te fragmenty czuliśmy dysonans między wcześniejszą maskotkowatością a tą nagłą przyziemnością. Może właśnie takie rozwiązanie najskuteczniej utrwali w dzieciach umiejętność rozróżniania dobra i zła, uczciwości i kombinowania.
W historyjce nie zabrakło również elementów humorystycznych, wprowadzonych przez udane postacie drugoplanowe: zawadiackiego fantastę – wróbla Edwina oraz chomika Rudzika, który jest wybitnym "zapaśnikiem".

Mumciusie od wieków opiekują się ptakami. Ptaki przynoszą im listy, a czasami nawet wożą swoich przyjaciół na przejażdżki. Fik już kilka razy leciał na Edwinie i stwierdził, że podniebne podróże bardzo mu się podobają.
Latanie jest fan-tas-tycz-ne – stwierdził Fik.
Sie wie! Zasuwamy jak rakieta. Nikt nam nie podskoczy! – ćwierknął "pojazd" mumciusia.
Edwin, jak każdy wróbel, jest sprytny, trochę bezczelny i nei ma najlepszych manier. Tak wychowała go ulica.
Kiedy wczesnym rankiem rozlega się stukanie w szybę, Fik biegnie do okna i wychodzi na parapet. A tam czeka jego przyjaciel. Edwin jest młodym wróblem. Mieszka na strychu pobliskiego domu. Razem z gromada kolesi – wróbli, całymi dniami ugania się za okruchami. Przeżywa niesamowite przygody, o których później opowiada Fikowi. Mumciuś podejrzewa, że wróbel czasami fantazjuje. Czy uwierzylibyście, że Edwin doleciał aż na Księżyc, który okazał się zrobiony z żółtego sera? Wróbel, na potwierdzenie swoich słów, przyniósł zeschniętą żółtą skórkę i dodał:
Niech mnie gołąb kopne, jeśli kłamię.

Ilustracje dobrze pasują do łagodnej, puszystej treści, jest ich dużo i na pewno spodobają się zakładanej grupie odbiorców. Cała opowieść wydaje się stworzona do wykorzystania w szkole lub przedszkolu, została podzielona na odpowiednie segmenty (wprowadzenie narratora, rozwinięcie z dialogami, przerywniki w formie kartek z pamiętników, zakończenie). Dzieciom łatwo będzie odnaleźć sekwencje potrzebne do omówienia danego zagadnienia, morał jest czytelny, a duża czcionka sprzyja nauce czytania.

Bożena Itoya

Andrzej Grabowski, Mumciuś. Kosmiczny romans płaszcza, szpady i puszystego ogonka, ilustracje Katarzyna Kołodziej, Literatura, Łódź 2016.

poniedziałek, 11 kwietnia 2016

Sto tysięcy kartek – Kraszewski dla odblaskowego pokolenia

 

Polska książka dla dzieci stale wzbogaca się o nowe podtypy, paragatunki i nisze. Jednym z nowszych kierunków jej rozwoju są publikacje biograficzne z elementami fikcji literackiej, przybliżające postacie pisarzy, artystów, naukowców i innych wielkich ludzi, zazwyczaj pochodzących z Polski. Jeśli młodego czytelnika interesują podobne narracje lub po prostu potrzebuje dodatkowych informacji na zajęcia szkolne, warto podsunąć mu książki Anny Czerwińskiej-Rydel ukazujące się nakładem wydawnictwa Muchomor. Publikacje te, przeznaczone dla starszych uczniów (szkół podstawowych, gimnazjów, szkół średnich) ułatwiają przyswojenie wiedzy o danej epoce, ale poza obrazem cywilizacji czy kultury odsłaniają też zwyczajne cechy nadzwyczajnych ludzi. A przy okazji pokazują również osiągnięcia współczesnej polskiej ilustracji, proponując nowoczesną interpretację danych historycznych.
Literackie biografie Anny Czerwińskiej-Rydel zbliżają młodzież i do słynnych postaci, i do sedna czasów, w których żyły. Autorka nie stosuje tradycyjnej formy popularnonaukowej relacji z (czyjegoś) życia, nie tworzy rozbudowanych haseł encyklopedycznych, ale utwory literackie. Jednym z nich jest " Sto tysięcy kartek".
Historia życia i twórczości Józefa Ignacego Kraszewskiego została wpleciona w opowiadanie o nudnych (początkowo) wakacjach współczesnego nastolatka. Taka formuła ma przekonać młodzież do pewnego braterstwa z nieco niepokornym i odbiegającym od ideału dziewiętnastowiecznym pisarzem.
Babcia Malska wysłała swojemu wnukowi trochę pieniędzy, ale to wciąż było mało, więc Józef zaczął pożyczać od kolegów. W końcu narobił takich długów, że bał się powiedzieć o nich i dziadkom, i rodzicom. Problemy z nauką się namnożyły, a Józio sobie kompletnie z tym wszystkim nie radził. Po roku nauki, na uroczystym wręczeniu nagród i cenzurek okazało się, że Kraszewski nie tylko nie dostał żadnej nagrody, ale i promocji do następnej klasy też nie otrzymał... Zezłościł się wówczas okrutnie, podczas uroczystości rzucił książkami o podłogę i wyszedł z sali, trzaskając drzwiami.

Bohater drugiej warstwy książki Kuba, wróg książek i miłośnik gier komputerowych, zostaje "zesłany" na wieś, gdzie spodziewa się cierpieć odcięty od cywilizacji, skazany na towarzystwo stryja intelektualisty.

Będzie ci tam dobrze. – Mama chyba sama nie wierzyła w to, co mówi, bo dziwnie jej się ręce trzęsły, gdy pakowała moją torbę. – Stryj ma duży dom. Przygotował ci osobny pokój z widokiem na las. A Puszcza Białowieska jest bardzo piękna. Zobaczysz, będzie mnóstwo atrakcji. To zresztą tylko niecały miesiąc – powiedziała i odwróciła się, żebym nie zobaczył, że płacze. Bez sensu zresztą, bo ja zawsze wszystko widzę.
(...) – Czytanie jeszcze nikomu nie zaszkodziło. Pisanie tym bardziej. Wrócisz do domu mądrzejszy. I nie traktuj tego wyjazdu jak kary, to może zdarzy się coś miłego. – Mama zapięła torbę i przytuliła mnie mocno do siebie. – Synku, zobaczysz, będzie dobrze. Czekają cię niezwykłe przygody w tajemniczym domu na wsi u starego profesora literatury. Może spotka cię coś takiego jak w Narni? Albo jak w Harrym Potterze?

Oczywiście w domu opanowanym przez książki Kuba łapie czytelniczego bakcyla i nawiązuje nić, a właściwie linę porozumienia ze stryjem Ignacym, który pisze dla chłopca powieść o młodości Józefa Kraszewskiego. Kolejne wakacyjne dni i tygodnie upływają Kubie na przeglądzie lat z życia tego niezwykle płodnego pisarza, współczesnym nastolatkom znanego chyba wyłącznie z nazwiska.

Czy Kraszewski był dobrym ojcem? – zapytałem stryja zaraz po przeczytaniu kolejnego fragmentu powieści.
Hm... – Stryj spojrzał na mnie jakoś dziwnie. – To trudne pytanie. Urodziło mu się w sumie czworo dzieci. Po Konstancji pojawił się Jan, potem Franciszek i najmłodsza Augusta Maria. Czy był dobrym ojcem? Myślę, że tak. Na pewno bardzo kochał swoje dzieci, dbał o nie i starał się, żeby otrzymały należyte wykształcenie.
A ja nie znam mojego ojca powiedziałem cicho. Pytałem o niego mamę, ale powiedziała, że sama go właściwie nie znała Wydawał się jej dobrym człowiekiem, ale potem coś takiego się stało, że odszedł. Nie wiem dlaczego, a mama nie chce o tym mówić.

Publikacja ma przyciągać "tę dzisiejszą młodzież" nie tylko bohaterem w podobnym wieku i o przeciętnych zainteresowaniach (gra Assassin's Creed), ale i wyglądem. Za oprawę graficzną (i typograficzną) odpowiada Jan Bajtlik. Wzorki, labirynty, niemal fluorescencyjna zieleń zestawiona z najbielszą bielą i czarno-białymi lub czarnoszarymi fotografiami oraz grafikami, zrobią wrażenie nawet na najbardziej opornych plastycznie czytelnikach. Jakoś zareagować trzeba, taka oprawa graficzna po prostu wyklucza obojętność.
Obawiam się jednak, że tych, którzy stronią od literatury nie uda się przekonać do książek ani do Józefa Ignacego Kraszewskiego tylko poprzez użycie nazwy " Assassin's Creed" i wściekłej zieleni. Natomiast mole książkowe z pewnością dużo zyskają pożywiając się tą przyjemną, nietypową lekturą.Bożena Itoya

Anna Czerwińska-Rydel, Sto tysięcy kartek. Opowieść o Józefie Ignacym Kraszewskim, ilustrował Jan Bajtlik, Muchomor, Warszawa 2014. Od wydawcy: Wiek:9+ Opowieść o Józefie Ignacym Kraszewskim. Co łączy grę Assasin's Creed z powieściami Józefa Ignacego Kraszewskiego? Czy nastolatek może zaprzyjaźnić się z profesorem literatury? Opowieść o słynnym pisarzu z perspektywy nastolatka.

czwartek, 7 kwietnia 2016

Co robi Maja?


 
Nadeszła wiosna, wszelkie mniej lub bardziej pożyteczne robactwo wychodzi ze swoich zimowych kryjówek - czas więc przygotować się merytorycznie na kolejną falę pytań przyrodniczych ze strony dociekliwej trzylatki. Odgrzebawszy stare książeczki dla niemowląt, ustaliliśmy już, że ważka i komar mieszkają nad wodą, pająki łapią muchy, a pszczoły robią miód. Jednocześnie okazało się, że tradycyjne "a czemu?" i "a po co?" zabrały nas w rejony, których próżno szukać w pozycjach dla maluszków. A czemu pszczoły żądlą? A po co zbierają nektar? A czemu mieszkają w ulu?

Na szczęście temat małych stworzeń - mrówek, pająków, żab, a teraz pszczół - wyczerpująco opisują książki "Opowiem ci, mamo, co robią..." wydawane przez Naszą Księgarnię. W odróżnieniu od pozycji o środkach transportu "Opowiem ci, mamo, skąd się bierze miód", podobnie jak cała przyrodnicza część serii autorstwa Katarzyny Bajerowicz, jest dość wymagająca, zawiera więcej tekstu, w tym mnóstwo faktów i nazw - wszystko jednak zaprezentowano tak, by każdy znalazł tu coś dla siebie - zarówno starszak poszukujący informacji o tym, w jaki sposób pszczoła zapyla kwiat, jak i maluch, dla którego atrakcją będą sympatyczne wierszyki Marcina Brykczyńskiego oraz proste łamigłówki w stylu: policz kwiaty na jabłoni czy wskaż trutnia na rysunku. Zresztą pozory często mylą - trzyletnie dziecko potrafi zainteresować się szczegółami życia pszczoły i nie obchodzi go, czy my, dorośli, uważamy tę wiedzę za odpowiednią dla jego wieku. Łatwość, z jaką moja córka zapamiętuje złożone, zdawałoby się, fakty, potrafi mnie zaskoczyć - i nie inaczej było tym razem. Cykl powstawania owoców nie kryje już przed nią tajemnic, od pączka kwiatu do dużego, czerwonego jabłka. Które można dodatkowo schrupać w trakcie lektury.

Historia życia pszczół zaczyna się od przebudzenia po zimie i toczy się przez całe lato i jesień. Pełne szczegółów i charakterystycznych dla serii humorystycznych scenek ilustracje (pszczoły latające z walizkami lub nawet z miniaturowym fortepianem) urozmaicają przekaz, choć oglądając któryś z kolei obrazek przedstawiający łąkę lub ul (albo jedno i drugie) można poczuć pewną monotonię. Na szczęście przełamują ją plansze informacyjne - wspomniany wcześniej cykl powstawania owoców, budowa pszczoły czy informacje o tym, jak powstaje miód. Strzałem w dziesiątkę są propozycje zabawy w młodego pszczelarza przy pomocy rzeczy, które znajdziemy w praktycznie każdym domu. Po omówieniu tematu pszczół możemy od razu przystąpić do stworzenia papierowego ula i jego mieszkańców, a nawet ukwieconej łąki. To znakomity sposób na zagospodarowanie rozbudzonego w dzieciach zainteresowania tematem pożytecznych owadów.

Podobnie jak inne książki serii, "Opowiem ci, mamo, skąd się bierze miód" wydano na trwałych, kartonowych kartach, tak by pozycja ta mogła posłużyć kilku pokoleniom małych przyrodników. Dzięki bogactwu treści oraz estetycznym, a zarazem wiernie oddającym różnorodność świata przyrody ilustracjom możemy spędzić nad każdą stroną mnóstwo czasu, za każdym razem dostrzegając kolejne szczegóły. Rojąca się od pszczół łąka okazuje się być siedliskiem wielu innych stworzeń - motyli latolistków cytrynków, biedronek, ślimaków, os, trzmieli, myszy... Aż szkoda, że nie ma w książce miejsca, by poświęcić im trochę więcej uwagi. Miejmy nadzieję, że autorzy nie powiedzieli jeszcze ostatniego słowa i przygotują kolejne tomy tej znakomitej serii. Będę na nie czekać z niecierpliwością.
Marcin Szulik

Katarzyna Bajerowicz, Marcin Brykczyński "Opowiem ci, mamo, skąd się bierze miód" Wiek:0-6 Twoje dziecko z wypiekami na twarzy będzie oglądać ilustracje pełne licznych detali, przy okazji zdobywając wiedzę na temat życia pszczół i procesu powstawania miodu.