cudanakiju.pl

cudanakiju.pl
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Andy Griffiths. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Andy Griffiths. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 23 października 2017

65-piętrowy domek na drzewie


"65-piętrowy domek na drzewie" jest piątym tomem serii Andy'ego Griffithsa (tekst/scenariusz) i Terry'ego Dentona (ilustracje). Co tom domek rośnie o 13 pięter. A jak długo to potrwa? Cóż, przy stronie tytułowej pojawiła się zapowiedź: "W przygotowaniu: 78-piętrowy domek na drzewie", a obok niej rysunek, na którym latająca ryba informuje, że pierwiastek ze 169 wynosi 13. Czyżby więc autorzy planowali sięgnąć nieboskłonu 169-piętrowym domkiem na drzewie? To możliwe, bo akcja najnowszej części tylko w niewielkim stopniu rozgrywa się w domku, wymieniane są jego nowe śmieszne poziomy, ale jest to jedynie tło, otoczka właściwych przygód, a cała reszta zależy od fantazji autorów i "zewnętrznej" koncepcji.
Sześćdziesięciopięciopiętrowy domek na drzewie różni się od pięćdziesięciodwupiętrowego salonem piękności dla zwierząt (prowadzonym przez Jill), pokojem urodzinowym (w którym zawsze macie urodziny, nawet gdy ich nie macie), pokojem, w którym młodniejecie, klonomatem, salą eksplodujących gałek ocznych, drzewną telewizją, która zapewnia pasek informacyjny z relacją na żywo na każdej stronie książki – od 20. do 383., sklepem z lizakami, w którym sprzedawczynią jest robot Mona Lizak, orkiestrą piszczących balonów, domkiem dla sów z trzema mądrymi sowami, niewidzialnym piętrem, mrówczą farmą (z sześćdziesięcioma pięcioma pokoikami), lotnymi piaskami oraz strzelnicą. Niech to będzie próbka charakteru tej publikacji. To, co nam, dorosłym, może wydawać się niemądre i bezsensowne, dla dzieci okazuje się prześmieszne. Sama słyszałam, jak czytelnicy na spotkaniu autorskim podsuwali Andy'emu Griffithsowi podobne pomysły na rozbudowę domku na drzewie.
Nowa przygoda rozpoczyna się od ataku wściekłych mrówek, ciągle pozbawianych domu, czyli wspomnianej wyżej mrówczej farmy. Mieszkanki jednego z nowych pięter domku stają się groźną, zmiennokształtną masą prześladującą swoich stwórców i przemawiającą komiksowym językiem kojarzącym się w Woodstockiem z "Fistaszków". Mowę tę rozumie tylko specjalistka od spraw zwierząt wszelakich, czyli Jill, którą Terry zmniejsza do rozmiaru mrówki. Jak to robi? Dzięki swojemu zaczarowanemu ołówkowi. Cóż to za czary? Żadne czary, po prostu Terry jest rysownikiem, współtwórcą książki, którą czytamy i oglądamy. Jak we wszystkich publikacjach nawiązujących do komiksu (i do serii o Kapitanie Majtasie), tak i tutaj postacie w zabawny sposób pokazują nam, że są świadome "bycia w książce" – autorzy na bieżąco ją animują, a na przykład pingwiny zastanawiają się, jak Terry może zobaczyć Andy'ego przez dymek z tekstem. Analizując podobne koncepcje i językowo-rysunkowe rozwiązania, z których ulepiona została ta publikacja, warto też zwrócić uwagę na polski przekład. Chociaż humor "65-piętrowego domku na drzewie" jest w dużej mierze uniwersalny i trafia do dzieci na całym świecie, to jednak Maciejka Mazan sprawiła, że u polskich czytelników poziom wesołości jest wyjątkowo wysoki.
Po zażegnaniu konfliktu autorzy – mrówki (za sprawą skutecznej mediacji Jill), wysłuchujemy bajki Terry'ego o tym, jak to załatwiał zezwolenie na budowę domku na drzewie i jak ostatecznie go nie załatwił. Dochodzi do bliskiego spotkania z panem Nochalem, paskudnym wydawcą książek Terry'ego i Andy'ego, oraz z inspektorem budowlanym Bąbelkiem. Jegomość ów wyraża swoje ostrzeżenia i nakazy rymując i w ten przyjemny sposób dowiadujemy się o kolejnych niebezpieczeństwach płynących z korzystania z 65-piętrowego domku na drzewie. Obiekt ma być czym prędzej zburzony, a jedynym ratunkiem wydaje się podróż w czasie do momentu, gdy Terry powinien zdobyć zezwolenie na budowę, ale tego nie zrobił. Oczywiście okazuje się, że fantastyczny domek wyposażony jest także w wehikuł czasu, zbudowany zawczasu przez Terry'ego. Pojazd ma postać... kubła na śmieci. Autorzy wskakują na pokład, a za nimi pakuje się wszędobylski inspektor Bąbelek. Na skutek "małej" pomyłki wskaźnik daty cofa pasażerów do czasu, gdy nikt jeszcze nie myślał o upiornych zezwoleniach na budowę.
Już patrząc na spis treści zauważamy, że droga do upragnionego dokumentu będzie bardzo długa: "Między nami pierwotniakami" rozgrywa się 650 000 000 lat p.n.e., "Tańczący z dinozaurami" – 65 000 000 lat p.n.e., "Szkoła plastyczna z epoki kamienia" – 65 000 lat p.n.e., "Sfinksowany faraon" – 650 lat p.n.e., "B. Hur" w 65 rok n.e., "Przyszłość" – za 65 000 lat, natomiast "Przyszłość przyszłości" za 650 000 000 lat. Jak widać, liczba 65 z tytułu książki powraca tu wielokrotnie – zwielokrotniona, i jak to ujął mój syn, mniejsze dzieci, nieznające matematyki na poziomie czwartej klasy szkoły podstawowej, nie połapałyby się w rachunkowej zabawie z zerami i oznaczeniami naszej ery. Wędrówka ta jest bardzo wesoła, bo pod postaciami kolejnych mieszkańców Ziemi Terry i Andy spotykają swoje przeszłe i przyszłe odpowiedniki, a także wcielenia pana Nochala, oglądają prehistoryczne i zmechanizowane komiksy o Szczekusiu (kto czytał poprzednie tomy, ten wie, o kogo chodzi), ingerują w historię, zaprzyjaźniają się z inspektorem Bąbelkiem, którego nieodłącznym atrybutem jest folia bąbelkowa, powiewająca za nim niczym peleryna superbohatera, spotykają pisarza H.G. Wellsa... Tak tak, niespodzianki płyną nieprzerwanym strumieniem.
Piąty tom serii "Wielopiętrowy domek na drzewie" podobał nam się bardziej od poprzednich. Dobrym rozwiązaniem okazało się wzmocnienie pierwiastka science-fiction, zastosowanie kilku trików literackich, jak mieszanie gatunków (np. opowiadanie fantastycznonaukowe i baśń) oraz typów narracji (prozy z poezją, a także elementami komiksu), przy równoczesnym zachowaniu wcześniejszych ram serii. Czytelnicy, przyzwyczajeni do tej formuły, będą zadowoleni, równocześnie zyskując nowe doświadczenia literackie. Autor podczas tegorocznego spotkania w Warszawie wspominał, że jego książki bywały zakazywane w szkołach jako niebezpieczne. Cóż, jeśli ktoś czuje się zagrożony, może skorzystać ze złotego sposobu inspektora Bąbelka i przed lekturą owinąć się folią bąbelkową.
Bożena Itoya

Andy Griffiths, 65-piętrowy domek na drzewie, ilustracje Terry Denton, przełożyła Maciejka Mazan, Nasza Księgarnia, Warszawa 2017.

poniedziałek, 27 marca 2017

Andy Griffiths i nieoficjalne lektury


Wywiad z Andym Griffithsem, autorem książki "52-piętrowy domek na drzewie" (wyd. Nasza Księgarnia), przeprowadzony przez Bożenę Itoyę 22 marca 2017 r. w Multimedialnej Bibliotece dla Dzieci i Młodzieży nr XXXI przy ulicy Tynieckiej 40a w Warszawie.

Bożena Itoya: Bardzo dziękujemy za możliwość przeprowadzenia wywiadu. Mamy tylko kilka pytań, bo dużo zadały już dzieci [w trakcie spotkania z pisarzem – zob. recenzja książki "52-piętrowydomek na drzewie" na blogu cudanakiju.pl]. Pytania częściowo zostały przygotowane przez mojego syna, który jest pana fanem.
Pierwsze pytanie będzie bardzo "poważne": Czy zbudował pan kiedyś domek na drzewie i ile miał pięter?

Andy Griffiths: Nie, nie mam praktycznych umiejętności budowlanych, ale mój kuzyn David miał prosty domek na drzewie i pamiętam, jak się tam razem bawiliśmy. Kiedy Jill, Terry i ja spotykamy się, aby pisać książki w trzypiętrowym domu mieszkalnym, mam wrażenie, jakbyśmy bawili się w domku na drzewie, tak jak w dzieciństwie.

B.I.: Wspomniał pan o Jill, która występuje w książkach (oczywiście czytam je z synem, najpierw on, później ja, kiedy już skończy i mi pozwoli). Czyli Jill rzeczywiście istnieje?

A.G.: Tak, nie tylko istnieje, ale też jest moją żoną. Jest redaktorką, w ten sposób poznaliśmy się 17 lat temu i od tamtej pory bardzo ściśle ze sobą współpracujemy. W książkach jest dziewczyną pomagającą zwierzętom, a w rzeczywistości rozwiązuje wszelkie problemy związane z naszymi książkami. Tak naprawdę piszemy je razem.

B.I.: Jest dużo książek, które mój syn musi czytać w szkole, ponieważ są lekturami. Czy w Australii istnieje lista takich obowiązkowych lektur, które nauczyciele muszą "przerabiać" z dziećmi, czy może nauczyciele sami wybierają książki? I czy pana książki są na takich listach lektur, a jeśli nie, czy chciałby pan, by były? Niektórzy autorzy wolą nie znaleźć się na "obowiązkowej" liście...

A.G.: Kilka lat temu były nawet szkoły, w których zabraniano wnoszenia moich książek. Uznawano, że mam zły wpływ na dzieci. Jednak dzisiaj prawie wszystkie australijskie dzieci czytają moje książki. Lubię myśleć, że są to takie lektury nieobowiązkowe, nieoficjalne. Generalnie, w Australii dzieci w szkołach podstawowych mogą czytać wszystko, co wpadnie im w ręce, co znajdą w bibliotece. Nie ma odgórnie narzuconej listy książek.

B.I.: Czy napisał pan kiedyś jakąś książkę, którą można określić jako poważną (nieśmieszną)?

A.G.: Nie, nie jestem w stanie napisać książki poważnie. Oczywiście, mogę być poważną osobą w rzeczywistym życiu i lubię czytać poważne książki, ale ilekroć chwytam za długopis, budzi się we mnie dziesięciolatek. A kiedy jestem z Terrym, to się nasila. Zadanie Jill polega między innymi na pilnowaniu, żebyśmy nie przekroczyli pewnej granicy śmieszności. Naszym książkom towarzyszy jednak poważna intencja: sprawić, żeby dzieci pokochały czytanie.

B.I.: Tak, to naprawdę działa.
Mamy takie spostrzeżenie, że Terry i Andy zachowują się rzeczywiście jak dzieci, albo tak, jak dzieci chciałyby się zachowywać. Myślą jak dzieci. Chcielibyśmy w związku z tym spytać, czy w dzieciństwie lubił pan pisać? Dzieciom zazwyczaj ciężko zabrać się za pisanie wypracowań, tak jak w książkach o domku na drzewie bohaterom nie idzie pisanie książki.
I czy jako dziecko lubił pan jeść warzywa?

A.G.: Jedzenie warzyw nie sprawiało mi większego problemu, nienawidziłem tylko kalafiora – to zawsze był ciężki moment obiadu. Jeśli chodzi o pisanie, zawsze uwielbiałem to robić, miałem mały notes, w którym pisałem dla rozrywki, rysowałem w nim, notowałem opowiadania, które mi się spodobały. Teraz wiem, że to był bardzo dobry sposób, by nauczyć się pisania. Zawsze wymyślałem historie, które rozśmieszały moich kolegów. Kiedy wiele lat później zostałem nauczycielem języka angielskiego w szkole średniej, zacząłem pisać opowiadania dla moich uczniów, aby ich rozbawić i rozkochać w czytaniu.

B.I.: Trochę już pan powiedział o przyjaźni z ilustratorem. Czy rzeczywiście wasza współpraca wygląda tak jak w książce? Czy tak długo zabierają się panowie do pisania i czy tak bardzo goni was wydawca?

A.G.: Nie, naszym wydawcą jest kobieta, która ma bardzo mały nos i duże poczucie humoru [w książkach wydawca nazywa się pan Nochal, lubi wrzeszczeć i puchnąć ze złości, nie przepada za swoimi autorami – przyp. B.I.]. Ta część jest więc zmyślona. W rzeczywistości Terry i ja piszemy książkę przez rok, nie robimy tego w ostatniej chwili, chociaż Terry'emu zdarzało się zostawiać pewne rzeczy na ostatnią chwilę. Tu jest więc trochę prawdy. Przez ten rok pracujemy powoli. Oczywiście w rzeczywistości dobrze się dogadujemy, ale w książce dla dzieci jest śmieszniej, gdy cały czas się kłócimy i okładamy gigantycznymi bananami.

B.I.: Czemu domek na drzewie w każdym tomie rośnie akurat o 13 pięter? Może ma to być pechowa trzynastka?

A.G.: Nie, to bardzo szczęśliwa trzynastka. Kiedy Terry zaprojektował pierwszy domek na drzewie, zauważyłem, że budowla ma 13 poziomów. Po skończeniu książki powiedziałem: może zrobimy następną? Zastanawialiśmy się, czy powinniśmy dodać jedno piętro, żeby powstał domek 14-piętrowy, ale zdecydowaliśmy się powiększyć go o drugie tyle, czyli 13 poziomów. Przy kolejnej książce rozważałem podwojenie 26-piętrowego domku, aby były 52 poziomy, ale Terry powiedział, że to za dużo pracy. Dlatego dodaliśmy znowu tylko 13 pięter. I stąd ta zasada. Najpierw przypadek, potem reguła.

B.I.: W jakich językach i krajach ukazuje się seria o piętrowym domku na drzewie? Czy w wielu miejscach w Europie dzieci czytają pana książki?

A.G.: Tak, w ramach tej trasy odwiedzę jeszcze cztery europejskie państwa: Holandię, Belgię, Norwegię, Szwecję (oraz Polskę). Seria ukazała się już w 30 językach. Byłem również w Afryce Południowej, Wielkiej Brytanii, wybieram się do Stanów Zjednoczonych. Seria stała się popularna w wielu krajach.

B.I.: Czy to jest jedyna wspólna seria pana i Terry'ego Dentona? Czy może przygotowali panowie lub planują inne podobne książki?

A.G.: Oprócz tej serii stworzyliśmy 25 innych książek, ale nie były one tłumaczone. Przez 17 lat zyskaliśmy w Australii bardzo dużą popularność. Jesteśmy na przykład autorami serii "Po prostu...": "Po prostu żarty", "Po prostu przeszkadzanie", "Po prostu szaleństwo", "Po prostu ohyda"... Pracując nad tymi książkami doskonaliliśmy nasz wspólny warsztat. W niektórych krajach, gdzie wszystkie części "Domku na drzewie" zostały już opublikowane, wydawcy sięgają po te wcześniejsze serie, bo są bardzo podobne.

B.I.: Mam nadzieję, że ukażą się i u nas.

A.G.: Mam nadzieję, że zostaną wydane także w Polsce. Z tego, co dziś widziałem, dzieciom z Polski bardzo odpowiada ten rodzaj humoru.

B.I.: Tak, ciężko było mi pracować w domu, gdy mój syn czytał pana ostatnią książkę, bo śmiał się tak dużo i głośno, że nie mogłam się skoncentrować.
Ostatnie pytanie dotyczy blogów. Zajmuję się recenzjami książek dla dzieci i młodzieży (które czytam i ja, i mój syn – wymieniamy się książkami). W Polsce istnieje dużo podobnych stron internetowych z recenzjami, a czy w Australii blogi o książkach są popularne? Czy są ważne dla wydawnictw i autorów? A może liczy się tylko profesjonalna krytyka? Czy pan czytuje takie recenzje w Internecie?

A.G.: Tak, czytam tego rodzaju recenzje i w Australii jest wiele takich blogów. Ich znaczenie rośnie, zwłaszcza że ograniczane są recenzje w czasopismach. W Stanach Zjednoczonych jest dużo blogów prowadzonych przez nauczycieli i bibliotekarzy, te strony są bardzo ważne dla wydawnictw, dlatego że obserwuje je tak wiele osób. W ten sposób można dotrzeć do czytelnika, tak jak wy to robicie.
Zdarza mi się czytać recenzje. Kiedy nas chwalą, myślę, że to fajnie, jeśli nie chwalą, stwierdzam: to ciekawe. Czasem dyskutuję z Jill o negatywnej recenzji i zastanawiamy się, czy jest w niej ziarno prawdy, ale nigdy nie biorę tego do siebie, po prostu wzruszam ramionami. Najważniejsze jest dla mnie, jak reagują dzieci, czy książka się im podoba, to pokazuje mi, czy jest dobra.
Ostatnio w Holandii ukazała się naprawdę bardzo pochlebna recenzja, napisana przez krytyka literackiego, który nazwał nasze książki kwintesencją postmodernistycznej, anarchistycznej literatury dla dzieci. Byłem bardzo dumny.

B.I.: Pomyślę więc nad tym, jakich słów użyć w swojej recenzji najnowszego "Domku na drzewie". Nie wiem, czy uda się przetłumaczyć te określenia na angielski...

A.G.: Ten krytyk napisał też, że będąc dorosłym można oczywiście zlekceważyć nasze książki jako zupełny nonsens, ale podejrzewał, że chodzi jednak o coś więcej niż te głupotki.

B.I.: Ja piszę też o wrażeniach, jakie po przeczytaniu książki ma mój syn czy jego koledzy ze szkoły, więc to trochę inny punkt widzenia i nie używam w recenzjach tylu mądrych słów. Za to piszę o prawdziwych przeżyciach czytelnika.

A.G.: Och, nigdy wcześniej nie spotkaliśmy się z podobną recenzją [do tej opublikowanej w Holandii – przyp. B.I.]. Większość osób piszących dla gazet o naszych książkach stwierdza po prostu: to jest śmieszne, trochę głupawe, dzieciom będzie się podobać. Nie widzą sztuki ukrytej pod powierzchnią. Nie przejmujemy się tym, ale cieszy nas, gdy ktoś dostrzega, ile pracy w to włożyliśmy.

B.I.: Dziękuję serdecznie za rozmowę.

A.G.: Dziękuję, było mi bardzo miło spotkać się z polskimi dziećmi.


Zapis i opracowanie rozmowy: Bożena Itoya.

Za możliwość przeprowadzenia wywiadu dziękujemy wydawnictwu Nasza Księgarnia oraz Multimedialnej Bibliotece dla Dzieci i Młodzieży nr XXXI przy ulicy Tynieckiej 40a w Warszawie.
Cudanakiju.pl

niedziela, 26 marca 2017

52-piętrowy domek na drzewie


Seria o wielopiętrowym domku na drzewie jest dziełem australijskiego duetu: pisarza Andy'ego Griffithsa i ilustratora Terry'ego Dentona. W Polsce kolejne tomy (dotychczas cztery) ukazują się nakładem wydawnictwa Nasza Księgarnia i w przekładzie Maciejki Mazan, która wyczarowała między innymi zabawne nawiązanie do polskich realiów: wydawcą książki pisanej przez Terry'ego i Andy'ego w "52-piętrowym domku na drzewie" jest Nochalska Księgarnia (na szyldzie widnieje skrót NK). Muszę przyznać, że do tego niemal komiksowego cyklu przekonywałam się stopniowo. Najpierw uważałam, że są to raczej płytkie, "zabawkowe" publikacje, ale z czasem zaczęłam dostrzegać coraz więcej konsekwencji, dopracowanych pomysłów, gry konwencjami i motywami. To naprawdę dobra lektura dla młodszych uczniów (w wieku około 7-13 lat) lubiących się pośmiać i preferujących przy tym absurdalne poczucie humoru.
Każda historia toczy się wokół tytułowego domku na drzewie, który co tom rośnie o 13 pięter – w części czwartej liczy już 52 poziomy, a najnowszymi są między innymi sala do rozbijania arbuzów, piętro do żonglowania piłami łańcuchowymi, marchewkostrzelna wyrzutnia rakietowa, tor wyścigowy dla koni na biegunach czy Ślimacza Akademia Wojowników Ninja. Właśnie szalone pomysły na spędzanie czasu wolnego (a w tym świecie nie ma innego) są kwintesencją tych książek i dzieciństwa, a także najbardziej inspirującym i zabawnym elementem cyklu według samych młodych czytelników. Na spotkaniu z autorem serii (Multimedialna Biblioteka dla Dzieci i Młodzieży nr XXXI w Dzielnicy Mokotów w Warszawie, 22 marca 2017 r.) dzieci zadawały pytania głównie o piętra domku, które mogą lub powinny pojawić się w następnych tomach: Czy będzie pomieszczenie zmieniające w roboty? Czy autorzy zaplanowali pokój, w którym będzie można wejść do gry komputerowej? Przenieść się w czasie? Z maszyną do hipnozy? A taki, w którym składa się Lego z całego świata w 5 sekund? Czy będzie pomieszczenie, do którego ludzie wchodzą i się w sobie zakochują?
Co ważne, w książkach o wielopiętrowym domku na drzewie pojawiają się różne nowinki i zabawne pomysły oparte na nowych technologiach, ale bez przesady, tu nie królują smartfony i komunikatory, bo autorzy wytrwale wrzucają bohaterów w wir przygód "w realu". Zawsze trzeba gdzieś biec, kogoś spotkać, coś wspólnie wymyślić i znaleźć, nikt nie wchodzi do gry komputerowej, jak może i chcieliby młodsi czytelnicy. Jednak autorzy nie idą na łatwiznę.

Terry od razu się rozmarzył.
Pamiętasz, jak przyszliśmy tu przypomnieć sobie, dlaczego ten dzień jest wyjątkowy? – spytał, gdy na ekranie pojawiliśmy się my, wchodzący do pamięciowciskarki.
Jak mógłbym zapomnieć? – warknąłem. – Zwłaszcza że to się wydarzyło MINUTĘ TEMU!

W tym tomie bohaterowie dużo podróżują, stają się częścią prześmiesznej baśni, w której niemal wszystko wywrócone jest do góry nogami i "zmutowane", jak powiedziałby młody wielbiciel komiksów. W "52-piętrowym domku na drzewie" autorzy zmiksowali wątki baśniowe, fantastyczne, fantastycznonaukowe oraz... jarsko-ekologiczne, a jakże! Andy Griffiths i Terry Denton dobrze wiedzą, co jest najmodniejsze i do swojej zwariowanej sałatki literacko-rysunkowej używają samych najpoczytniejszych składników.
Opowieść jest spójna i bardzo wciągająca. Wszystko zaczyna się, gdy Andy i Terry zauważają, że ich niemiły wydawca pan Nochal nie przypomina o nadchodzącym lada godzina terminie oddania książki, choć zazwyczaj wytrwale prześladował swoich autorów. Nochalska Księgarnia, jak się okazuje, została spustoszona, a główną stratą jest brak naczelnego.

Podeszliśmy więc do naszego wideofonu i zadzwoniliśmy do pana Nochala. Zobaczyliśmy jego gabinet, ale pana Nochala już nie.
A w gabinecie leżały przewrócone krzesła, rozbite puchary, porozrzucane książki i coś, co wyglądało jak liście jakichś warzyw.
A to bałaganiarz – oznajmił zgorszony Terry.
To nie jest zwyczajny bałagan – odparłem. – W kryminałach to się nazywa: ślady szamotaniny.
Jakiej szamotaniny?
Tego właśnie musimy się dowiedzieć.
Rety, rety, jeju! – ucieszył się Terry. – Rozwiążemy zagadkę kryminalną! Wielką! Tajemnicę zaginionego Nochala!
Lepiej idźmy do naszej supernowoczesnej agencji detektywistycznej i natychmiast bierzmy się do supernowoczesnych czynności detektywistycznych! – zawołałem.

W siedzibie wydawnictwa bohaterowie zastają za to niepozorną gąsienicę, której (istotnej) roli w całej przygodzie nie zdradzę. Specjalistką od porozumiewania się ze zwierzętami jest Jill, przyjaciółka Andy'ego i Terry'ego, chłopcy udają się więc po pomoc w komunikowaniu się z gąsienicą – potencjalnym świadkiem prawdopodobnego porwania pana Nochala. Tu spotyka ich niespodzianka, bo przyjaciółka zwierząt sama potrzebuje pomocy. Robi się coraz bardziej baśniowo i jeszcze zabawniej.

Hmm – powiedziałem – to nie jest zwykły sen. W terminologii fachowej to się nazywa snem zaczarowanym... jak w "Śpiącej królewnie".
O rety, uwielbiam tę historię! – zawołał Terry. – Ale robi się straszna, kiedy w stajni wybucha pożar i konie okropnie się boją.
To był "Czarny książę"! – poprawiłem go. – "Śpiąca królewna" to bajka o dziewczynie, na którą zła czarownica rzuciła czar. Ta dziewczyna ukłuła się w palec bardzo ostrym wrzecionem i zasnęła na sto lat.
Ale tu nie ma nic podobnego do bardzo ostrego wrzeciona – oznajmił Terry, patrząc na stół przez szkło powiększające. – No, z wyjątkiem tej bardzo ostrej marchewki.

Rozpoczyna się podróż do bardzo dziwnego królestwa, mającego niezwykłych strażników i jeszcze bardziej zaskakującego władcę. Będzie dużo zamieszania i śmiechu, zanim znowu odwiedzimy tytułową szaloną konstrukcję.
W "52-piętrowym domku na drzewie" odżywają motywy ze "Śpiącej królewny", "Alicji w Krainie Czarów", "Czarnoksiężnika z krainy Oz" oraz innych klasyków, znane chyba wszystkim dzieciom i używane (w filmie, literaturze...) na tyle często, że pozornie całkiem zużyte. Tu jednak wypadają świeżo, a to dzięki niezwykłej, wręcz cyrkowej zręczności z jaką autorzy żonglują elementami komiksu, baśni i opowiadania humorystycznego. Tak jak na festiwalach teatrów lalkowych dzieci najbardziej żywiołowo reagują na tradycyjne przepychanki i bijatyki jarmarcznych wesołków, tak i wielopiętrowy domek na drzewie, ze wszystkimi utarczkami bohaterów, wywołuje salwy śmiechu czytelników, dla których szybko staje się ulubioną serią. W gęstwinie publikacji dzieci zawsze będą tworzyły swoją "drugą" (określenie samego autora, Andy'ego Griffithsa), nieoficjalną listę lektur, a na jej szczycie często znajdzie się cykl książek australijskiego duetu. Dla mnie i mojego syna fenomen "Domku na drzewie" jest tak samo zrozumiały i godny pochwały, jak popularność "Historyjek na raz" Bernarda Friota. Dzikość dzieciństwa i nieokiełznana wyobraźnia też powinny mieć swoje panegiryki.
Bożena Itoya

Andy Griffiths, 52-piętrowy domek na drzewie, ilustracje Terry Denton, przełożyła Maciejka Mazan, Nasza Księgarnia, Warszawa 2017.