cudanakiju.pl

cudanakiju.pl
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nasza Księgarnia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nasza Księgarnia. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 16 lipca 2020

Co tam słychać? Gry i zabawy z dawnych lat. Rekiny

Nasz wakacyjny pakiet przewodników po różnych sprawach i zagadnieniach ‒ przyrody oraz człowieka ‒ liczy w tym roku trzy pozycje. Wszystkie ukazały się nakładem wydawnictwa Nasza Księgarnia, mają różnych autorów i ilustratorów, ale zgodnie spełniają zadanie umilacza czasu, atrakcyjnego informatora, posługującego się w równym stopniu tekstem i grafiką. Wybierzcie się z nami w głąb morza, brzucha i dawnego podwórka, takiego z naszego PRLowskiego blokowiska, ruchliwego i wywołującego sentymenty.
Gry i zabawy z dawnych lat” opisała Katarzyna Piętka, a „obrysowała” Agata Raczyńska. Jest to solidny wybór najważniejszych zajęć miejskich dzieci, uroczo zilustrowany i uzupełniony modnymi kolażami z archiwalnymi zdjęciami. Atrakcyjność formy towarzyszy czytelności przekazu, bowiem przytoczone zasady zabaw są jasne i zachęcające. Sama od razu zapragnęłam poskakać w klasy, szczura, gumę czy pofikać na trzepaku. W tym zbiorze znajdziecie też klasyki od babć, to jest przyśpiewki, rymowanki i wyliczanki, przedszkolne zabawy w kółeczku i berki, podstawę podstawówki, czyli „papier, kamień, nożyce”, dwa ognie (i inne zabawy z piłką), nieco hardcorowe (i moje ulubione) zabawy dla zaawansowanych bywalców podwórek, przez samą autorkę uznane za niebezpieczne: „sekret lub widoczek” i „pikułę, czyli grę w noże”, oraz wiele, wiele innych. Autorki wpisały się w pewien trend wydawniczy odwołujący się do wspomnień pokoleń dzisiejszych rodziców i dziadków, trafiając w sedno i wysoko podnosząc poprzeczkę innym tego typu pozycjom. „Gry i zabawy z dawnych lat” są po prostu pięknie wydane.
Książka „Co tam słychać, czyli dziwne dźwięki z głębi ciała” Marty Maruszczak (tekst) i Artura Gulewicza (ilustracje) również należy do dość popularnego w ostatnich latach działu publikacji dla dzieci. Młodsza młodzież, a przynajmniej jej część, lubi bowiem poczytać lub posłuchać o różnych codziennych, przyziemnych obrzydlistwach, jak kupy, bekanie czy puszczanie bąków. Warunkiem powodzenia takich przewodników po tabu savoir-vivre'u jest odpowiednia oprawa graficzna. Artur Gulewicz wybrał wielobarwne, wręcz krzykliwe obrazki i podział tekstu przypominające komiksowe kadry. Na każdej stronie jest kilka segmentów tekstu, każdemu z nich odpowiada większy lub mniejszy obrazek, przeważnie kontrastujący z pozostałymi. Jeśli chodzi o tematykę, to bekanie i puszczanie bąków rzeczywiście otwierają tę publikację, ale później jest już mniej kontrowersyjnie, co bardzo mnie cieszy, bo temat trochę nam się... przejadł. Dowiadujemy się zatem co nieco o trawieniu i związanym z nim burczeniu, o ziewaniu, kaszlu, kichaniu, czkawce, chrapaniu, biciu serca, szczękaniu zębami, śmiechu, płaczu, mowie, gwizdaniu, śpiewie oraz trzaskach w kościach. Asortyment jest bogaty i książka z każdą stroną coraz bardziej do mnie przemawiała. Krótkie, analogiczne w każdym dziale notatki są rzeczowe, dobrze napisane, dotyczą nie tylko ludzi, ale i zwierząt, a dodatkowo zostały wzbogacone o proste eksperymenty. Oprócz typowych popularnonaukowych ciekawostek i objaśnień w przewodniku Marty Maruszczak znaleźliśmy też sporo łamaczy stereotypów, choćby tego o niepłaczących chłopakach. Ilustracje doskonale odpowiadają charakterowi treści, są niezwykle kolorowe i zabawne. Z pewnością nie widziałam lepszej książki o burknięciach i chrapnięciach.
Trzeci z naszych wakacyjnych przewodników ma znacznie więcej wspólnego z komiksem, bo należy do serii „Naukomiks”, w której ukazały się również „Dinozaury. Skamieliny i pióra” oraz „Roboty i drony. Dawno temu, teraz i w przyszłości”. Album „Rekiny. Najlepsi myśliwi w przyrodzie” został napisany i narysowany przez Joe Flooda, tekst przełożyła Monika Gajdzińska, a rzeczowy wstęp przybliżający dzieciom pracę biologa morskiego napisał dr David Shiffman, naukowiec i naukowy bloger. Dobrze, że już w pierwszych zdaniach książki określono, że najlepsi myśliwi w przyrodzie mają wielkie problemy ‒ „Prawie jednej czwartej wszystkich znanych nam gatunków rekinów i ich krewnych grozi wyginięcie. Na skutek działań ludzkich za czasu życia waszych rodziców liczebność niektórych grup spadła o 90%”. Ta informacja naprowadza dorosłych na kategorię wiekową czytelnika, bo co prawda wydawca podaje „6-14 lat”, ale młodsze dzieci raczej nie zrozumieją ani danych liczbowych, ani szeregu pojęć i klasyfikacji, które pojawiają się w książce. Oczywiście można ograniczyć lekturę do efektownych, ciekawych obrazków, a tekst zrozumieć za kilka lat.
Komiks nie składa się z żadnego opowiadania, tylko ze scenek przybliżających nasze popkulturowe wyobrażenia o rekinach oraz fakty. Tekst wstawiony został w ramki w granicach kadru przedstawiającego omawiane zagadnienie, właściwie więc nie jest to komiks, tylko seria obrazków korzystająca w pewnym stopniu z komiksowej stylistyki, odwołująca się do skojarzeń czytelnika. Krótkie kadrowane i dymkowane historyjki pojawiają się kilkakrotnie jako przerywniki wykładu przyrodniczego i liczą jedną lub dwie strony, poza tym parę razy przy pomocy dymka przemówi wesoło jakaś rybka.
Pod względem poziomu i zróżnicowania wiedzy biologicznej „Rekiny” są bardzo wartościową publikacją, która ugruntuje, uporządkuje lub rozszerzy wiadomości ucznia na każdym poziomie szkoły podstawowej. Informacje wykraczają poza temat rekinów, czytelnik poznaje ogólnie środowisko wodne, etapy ewolucji organizmów żywych i Ziemi, terminologię, narzędzia i zakres badań biologa morskiego. To bardzo dobry sposób na zainteresowanie młodego człowieka pracą naukową i przyrodą. Podobnie jak „Gry i zabawy z dawnych lat” skłaniają do wniknięcia w tajniki środowiska rówieśniczego i miejskiego, a „Co tam słychać...” daje rozeznanie w środowisku, które stanowimy dla innych organizmów i siebie samych.

Bożena Itoya

Katarzyna Piętka, Gry i zabawy z dawnych lat, ilustracje Agata Raczyńska, Nasza Księgarnia, Warszawa 2016.
Marta Maruszczak, Co tam słychać, czyli dziwne dźwięki z głębi ciała, ilustracje Artur Gulewicz, Nasza Księgarnia, Warszawa 2019.
Joe Flood, Rekiny. Najlepsi myśliwi w przyrodzie, seria Naukomiks, przełożyła Monika Gajdzińska, Nasza Księgarnia, Warszawa 2019.

poniedziałek, 8 czerwca 2020

Wiosna, lato, jesień, zima w moich rymach


Poezja! Dla dzieci! Nigdy nie przestanę się cieszyć świeżymi tomikami wierszy dla najmłodszych, choćby to były nowe wydania dawniejszych utworów, jak w przypadku zbioru "Wiosna, lato, jesień, zima w moich rymach" Wandy Chotomskiej, opublikowanego przez Naszą Księgarnię. Rymy przyciągają uwagę dzieci, bawią je, szlifują "dobrą pamięć", humor i językową elastyczność, pobudzają słuch muzyczny oraz własną twórczość, nieważne, czy są to dojrzalsze przemyślenia poetyckie, czy tylko minirapy. Po ponad dekadzie doświadczeń z czytaniem dziecku poezji zapewniam, że każda forma aktywizacji wierszykami opłaca się, ma wyjątkowe znaczenie dla rozwoju młodego człowieka, a owoce tych lektur zbiera się latami.

Rynny
wiodą żywot rodzinny.
Rynny
trzymają się domu
i do głowy nie przychodzi nikomu,
że co innego powinny,
że marzą o czymś zupełnie innym.

Że rdza zazdrości rynnę zżera,
gdy o puzonie myśli rynna,
że łzami się zalewa nieraz:
Ja też w orkiestrze grać powinnam!...

/Rynny/

Struktura publikacji jest jak cykl natury: powtarzalna, ale nie nudna, bogata w różnice wynikające z porównań. Czym zajmujemy się latem, a co jest wykluczone zimą, dokąd lub do kogo wędrują nasze myśli (i stopy) wiosną, a co jest najbardziej charakterystyczne dla jesieni? Niby banał, ale takie poetyckie zabawki porządkują świat małego człowieka, dla którego jedną wiosnę od drugiej dzielą całe lata świetlne. Dzieci potrzebują tej typowości, szczególnie, gdy wychowują się w "betonowej dżungli". A te utwory wydały mi się właśnie szczególnie miejskie, takie codzienne, wybiegane na osiedlu w letnie popołudnie. Mają w sobie atmosferę wspomnień każdego szczęśliwego dziecka. I nawet znalazłam w nich pompę, która stała kiedyś blisko mojego bloku, teraz sąsiadującego z nową stacją metra.

Ktoś tam biegnie po asfalcie
w ciężkich butach twardą szosą,
a my boso, a my boso,
tam gdzie oczy nas poniosą.

Lato lata na bosaka,
zostawiło buty w krzakach,
biegnie łąką i przez plaże,
i przygrywa na gitarze...

/Lato na bosaka/

Pory roku bywają odmienne i podobne, w wakacje podziwiamy "Księżyc przy ognisku", potem już tylko pałaszujemy "Kartofle z ogniska", bocian raz odlatuje z muzeum (z ramą swojego obrazu), kiedy indziej wyskakuje z telewizora. Do wiosennych rymów wleciał "Motyl", latem fruwają już "Motyle". W tym rozdziale dowiemy się też, że "Lato lata latawcem", natomiast w kolejnych zostanie nam opowiedziane, jak "Jesień tańczy w lesie", "Kapelusze witają jesień" i "Kolęda przyszła pod dach". Z tytułów zawierających czasowniki można układać historyjki lub wysnuwać wnioski – w ciepłych miesiącach wszystko koncentruje się wokół ruchu na dworze, lotu, tańców, otwartej przestrzeni, zaś u schyłku jesieni i zimą chcemy się już tylko opatulać i kryć w domu. Trochę te wierszyki filozoficzne, choć niby poetka najzwyczajniej w świecie oznajmia, że "Wiosną wiersze rosną" i zastanawia się na głos, jakie są "Rymy do zimy". Duża to sztuka, wyciągnąć głębię z prostoty i jeszcze wpleść w słowa takie pokłady miłości do muzyki. Tańce, mazurki, oberki, polonezy, orkiestry dęte i fortepiany przeplatają się tu bowiem z powszednimi przedmiotami, akcesoriami lata, jesieni, zimy i wiosny. Bardzo to wszystko ładne i komplementarne. I w dodatku tak osobiste, że aż wzruszające, napisane naprawdę od serca. Pamiętam kilka spotkań z Wandą Chotomską, w których uczestniczyliśmy z synem, i naprawdę była wobec dzieci właśnie taką serdeczną panią od wierszy.

(...) I coś jeszcze w sekrecie
wam powiem –
ja z tych rymów
już nie wyrosnę.
Przez rok cały kiełkują mi w głowie,
wyrastają z kiełków na wiosnę.
I cichutko szepczą do ucha
maluchowi i dużej pani –
że was kocham –
i nie przestanę
nigdy kochać,
moi kochani.

/Wiosną wiersze rosną/

Omawiany tomik uważam za wyjątkowy również dlatego, że niektóre ujęte w nim wiersze nie były wcześniej publikowane, co w przypadku sławnej poetki jest gratką nie lada. Proweniencję utworów wyjaśniła w przedmowie córka autorki, Ewa Chotomska, a że sama jest pisarką i poetką, stąd wstęp ten nie tylko ma w sobie dużo rodzinnego ciepła, ale też przypomina małą biografię literacką. Dodatkowo, adresowany do dzieci, zawiera pewną propozycję i przypomina stare dobre rozmowy pisarzy z młodymi czytelnikami na łamach choćby "Świerszczyka", z których narodził się między innymi Order Uśmiechu. Mimo że tak zanurzony w tradycji, zbiór "Wiosna, lato, jesień, zima w moich rymach" jest równocześnie bardzo aktualny, bo też pory roku mamy ciągle te same i kolejne pokolenia żyją w ich rytuale (choć wśród dzisiejszych przedszkolaków mogą być dzieci, które niemal nie widziały lub wcale nie pamiętają śniegu). Rys współczesności nadają poezji Wandy Chotomskiej ciepłe ilustracje Ewy Poklewskiej-Koziełło, tekst i obraz ładnie się zrastają i współgrają, dźwięcząc poetyckim Vivaldim dla najmłodszych.

Bożena Itoya

Wanda Chotomska, Wiosna, lato, jesień, zima w moich rymach, zilustrowała Ewa Poklewska-Koziełło, Nasza Księgarnia, Warszawa 2019.

poniedziałek, 4 maja 2020

Niezwykła księga owadów


Na "Niezwykłą księgę owadów" trudno nie zwrócić uwagi w księgarni, bibliotece czy domowej biblioteczce. Ten album naprawdę jest niezwykły, nie tylko ze względu na naprawdę duży format całości i gigantyczne owady drepczące już po okładce. Docenią go odbiorcy w różnym wieku i o rozmaitych zainteresowaniach. By po niego sięgnąć i sięgać wielokroć, nie trzeba zaliczać się do dziwaków (jak ja), którzy wśród dziesięciu czy nawet pięciu ulubionych filmów wymieniają "Mikrokosmos", kinowym bohaterem wszech czasów jest dla nich żuk gnojowy z tegoż obrazu, a najciekawszym bohaterem zbiorowym – maszerujące gąsienice (ta muzyka!).
Autorzy obrali raczej nietypową ścieżkę edukacji. W książce znajdziemy bowiem zarówno zwyczajowe ogólne wprowadzenie, wyjaśniające między innymi budowę i typologię owadów, rzeczowy język naukowców, jak i mnóstwo żarcików oraz analiz podejmowanych z punktu widzenia fascynata, kolekcjonera osobliwości, a nie ucznia przyswajającego wiadomości po kolei, w podręcznikowym porządku i ze szkolną oziębłością, czy raczej obojętnością. Tu rozdziały zostały ułożone tematycznie, według owadzich cech, których nosiciele opisywani (i pokazywani) są w zwięzłych podrozdziałach. Tylko mrówce dostał się solowy rozdział, zatytułowany "Mrówka to superzwierzę". Pozostałe części atlasu poświęcone są różnym owadom reprezentującym to, co w gromadzie typowe lub całkiem wyjątkowe, a na warsztat idą między innymi miłość, lokum, pożyteczność lub uciążliwość, blef, samoobrona i gigantyzm. Środkami wyrazu są poruszające obrazy i chwytliwe sformułowania, w tym tytuły: "Złotook w owczej skórze", "Morderczy dół mrówkolwa" czy "W samym środku kupy". Nie udało nam się rozwikłać zagadki, do jakiej kategorii wiekowej zwracają się twórcy atlasu, sądząc po większości tekstu, obfitującej w humorystyczne zaczepki do niezainteresowanych, są to dzieci w wieku wczesnoszkolnym. Przy bardziej specjalistycznych fragmentach jako grupę docelową wskazałabym dziesięcio-, może dwunastolatki, ale nie te zbyt wrażliwe na bezwzględność natury (a częściowo też człowieka). W charakterze skarbczyka ciekawostek i śmiesznostek publikacja jest niewątpliwie cenna, jednak ton narracji, ten dziwny niby-luz, może spowodować, że niektórzy czytelnicy nie doczytają do końca. Mój trzynastoletni syn czuł się przez tę lekturę upupiany. Ale obejrzał całość i chyba każdy, komu "Niezwykła księga owadów" trafi w ręce, tak zrobi.
Książka Barta Rossela i Medy Oberendorff jest efektowną ciekawostką edytorską. Ilustratorka starała się zaskoczyć nas wspomnianymi powiększeniami owadów, a autor – wymyślną czcionką o zmiennym formacie, na stronie tytułowej określonymi nieskromnie jako "eleganckie liternictwo" i "piękne, realistyczne ilustracje". Ten realizm rozbawi czytelników gustujących w czarnym humorze, obdarzonych mocnymi nerwami i przejawiających kryminalną smykałkę, bo w "Niezwykłej księdze" znajdzie się i noga trupa, i opis śledztwa detektywów z wydziału zabójstw, dla których "pracują" muchy oraz inne owady, i martwy, obleziony przez robactwo ptak, i żywe klejnoty wykonane z chrząszczy, i koszmar ogrodnika, czyli atak mszyc. To od was zależy, czy odbierzecie moją recenzję jako ostrzeżenie, czy zachętę, w każdym razie wydawnictwo Nasza Księgarnia należy pochwalić za podjęcie się nietypowego, dość odważnego projektu.

Bożena Itoya

Bart Rossel (tekst), Medy Oberendorff (ilustracje), Niezwykła księga owadów, z niderlandzkiego przełożyła Alicja Oczko, Nasza Księgarnia, Warszawa 2019.

poniedziałek, 27 stycznia 2020

Zwierzęta, które zniknęły. Atlas stworzeń wymarłych



Wobec nadzwyczajnego urodzaju wydawniczego i mody na bogato ilustrowane książki popularnonaukowe, coraz trudniej trafić na publikację zaskakującą wiedzą, spojrzeniem i przekazem. Wszystkie oryginalne chwyty wydają się wtórne, dzieci nie takie rzeczy już widziały, no, chyba że po raz pierwszy mają w ręku książkę tego typu albo nigdy nie korzystały z internetu, aplikacji czy gier na platformie, komputerze lub urządzeniu mobilnym. A jednak, "Zwierzęta, które zniknęły. Atlas stworzeń wymarłych" okazały się książką świeżą, o bardzo silnym przekazie, pozbawioną nadmiernych stylizacji graficznych, śmieszków i infantylizacji tematu. Z przyjemnością odkrywałam, jak wysoki poziom merytoryczny i artystyczny osiągnęli autorzy: Nikola Kucharska (koncepcja, ilustracje, okładka, projekt graficzny), Katarzyna Gładysz, Joanna Wajs i Paweł Łaczek (teksty), zachowując rzeczowość i zwięzłość naukowych komunikatów oraz realizm zwierzęcych portretów (może z wyjątkiem uroczych brwi, unoszących się nieco nad ich właścicielami), a zarazem prezentując książkę wyjątkowo atrakcyjną wizualnie. Mamy tu do czynienia z pozornie niemożliwym do osiągnięcia, mistrzowskim połączeniem artystycznej, wesołej, ocierającej się o komiks ilustracji z naukowością i powagą tematu. Ta książka czaruje i przyciąga, począwszy od obrazków towarzyszących stronie tytułowej i spisowi treści. Chyba jeszcze nigdy nie miałam do czynienia z tak fantastyczną opowieścią o naszym realnym świecie. Od pierwszego kontaktu z "Atlasem stworzeń wymarłych" będziecie zawsze o nim pamiętać, na pewno przyciągnie też wzrok waszych gości – każdy zechce przyjrzeć się mu z bliska, niezależnie czy jest dzieckiem, czy ma własne, czy też po prostu lubi ładne rzeczy.
Ślicznie dobrane bywają tu nawet nazwy wymarłych stworzeń, a co dopiero ich podobizny o fantastycznym ubarwieniu, kształtach i proporcjach niczym z filmów (i serialu) Gwiezdne wojny. Dużo z tej graficznej uciechy zawdzięczamy Nikoli Kucharskiej, ale odwołania do wykopalisk i badań wskazują, że rozmaite dziwactwa gadów ssakokształtnych czy innych cudaków nie zostały wymyślone przez ilustratorkę. W "dinozaurzych", czy raczej kopalnianych rozdziałach znalazły się nawiązania do popkultury, co oczywiście rozluźnia encyklopedyczną atmosferę. Ciekawostkami są również polskie tropy dinozaurów i badań nad nimi. Młody wielbiciel starożytnych stworów może być dumny z polskich osiągnięć, o których dowiedzą się zresztą także czytelnicy obcojęzycznych przekładów "Atlasu".
Lektura przybliża też mniej znane od dinozaurów zwierzęta eocenu, fascynujące przez swoje podobieństwo do współczesnej fauny. Są po prostu większe, straszniejsze i dziwniejsze od dzisiejszych mieszkańców lasów, dżungli, sawanny albo mórz, przypominają nieco komiksowe monstra czy innych mutantów. A kogo poznajemy potem? Mamuty i pozostałe trąbowce, wielkie i groźne koty: smilodony, lwy amerykańskie i jaskiniowe, nosorożce włochate i różne niezwykłe stworzenia, jak rogate elasmoterium czy hipotamopodobny toksodon. Nadchodzą i odchodzą również wymarłe naczelne, bliżsi i dalsi krewni człowieka. W pewnym momencie kończą się plansze dotyczące czasów prehistorycznych i mamy już XV wiek, w którym człowiek spowodował zagładę nowozelandzkich moa, całego rzędu nielotów endemicznych, a wraz z nimi wymarły największe orły w historii – haasta. Szereg ilustracji, krótkich komunikatów i komiksowych dymków na wielkiej planszy przybliża też dzieje wyginięcia tura (XVIII wiek), drontów dodo i samotnego (XVII i XVIII wiek). I wtedy nadchodzi przebudzenie, bo kolejne karty opisane są już nie tylko "XVIII" czy nawet "XX wiek", ale "XIX-XXI wiek", a ich bohaterami okazują się znane wszystkim dzieciom tygrysy, wilki, gołębiowate, niektóre kormorany, kaczki, papugi, ssaki wodne oraz inne zwierzęta, których istnienie na Ziemi uważa się za oczywistość. Na koniec dostajemy mroczną zajawkę kolejnego tomu "Atlasu": rozdział "Zwierzęta, które znikają", na linii czasu zlokalizowany już jako XXI wiek.
Im bliżej naszych czasów, tym bardziej wzrastają smutek, niepokój i poczucie współodpowiedzialności. Dinozaury dinozaurami, ale norki europejskie, rysie iberyjskie, kozice tatrzańskie czy świneczki karłowate umierają tu i teraz, w naszej globalnej obecności, na naszych internetowych oczach. W tej chwili w pisaniu towarzyszy mi kilka bogatek, jedna modraszka i dwa wróble pożywiające się zimowymi kulkami z ziaren na moim balkonie. Dziś nietrudno je spotkać nawet przy wielkomiejskim bloku, ale kto wie, jak szybko znajdą się w kolejnych publikacjach o wymarłych zwierzętach? Co roku obserwujemy zmiany w naszym osiedlowym ekosystemie. Większość wynika z "estetycznych" i "rewitalizacyjnych" oraz po prostu deweloperskich ingerencji człowieka w środowisko. Tu wycięto ileś drzew – w zamian dostaliśmy jakieś tajemnicze krzaczki i trawy, tam zabudowano ostatni wolny, naturalny plac blokowiskiem, nie zważając na niegdysiejsze plany zielonych korytarzy fachowo: klinów napowietrzających) Warszawy. Ciągle brakuje nam równowagi i zdrowego rozsądku w ocenie stanu przyrody i klimatu: polska opinia publiczna ulega modom (czy raczej narzuconym z góry wpływom) na przezywanie zaniepokojonych współobywateli ekoterrorystami, a przestrzeń osobistych, indywidualnych działań, takich jak zużycie wody, wybór typu opakowań i gospodarowania odpadami oraz planowanie małej, podwórkowej architektury krajobrazu, uważamy za swoją wyłączną własność, bo "ja za to płacę i nikomu nic do tego". O tej samej bezczelności i jednakowym egoizmie możemy poczytać w "Atlasie stworzeń wymarłych" Nikoli Kucharskiej i kolektywu autorskiego. Oby ten przekaz, dla mnie chyba najważniejszy, okazał się dostatecznie jasny dla wszystkich, bo na podstawowym poziomie książka jest bardzo czytelna, przynajmniej dla starszych dzieci, zarówno pod względem treści, jak i formy. Wyraźna, choć niewielka czcionka, nieduże segmenty tekstu, czasem ułożonego w kolumny, kiedy indziej zamieszczonego w ramkach (plus osobne, zdobione ramy okalające większość kart), odpowiedni udział jasnego tła i dobór wszelkich odnośników – wszystko to niby oczywiste rozwiązania edytorskie, a jednak we współczesnych albumach przyrodniczych dla dzieci stosowane są zaskakująco rzadko, stąd często ubolewam nad chaosem publikacji, które z założenia powinny porządkować wiedzę. 

Cel ten spełnia książka Nikoli Kucharskiej. "Zwierzęta, które zniknęły" nie są jedynie przeglądem gatunków, to także opracowanie metanaukowe, przybliżające historię badań i upowszechniania wiedzy o wymarłych stworzeniach. Podrozdziały o anatomii dinozaurów, paleontologach, kopalnej mapie świata, teoriach wymierania czy zbiorach muzealnych są ogromnie ciekawe, zostały świetnie zaplanowane i zaprezentowane. Czytając pierwszą połowę "Atlasu", niemal przy każdej karcie myślałam, że to najlepszy fragment książki, ale po dinozaurach czytelnicza euforia wcale nie osłabła. Mimo niewątpliwie ponurego tematu, jest to pozycja piękna i dająca nadzieję – na zachwyt dzieci tym, co utracone, na przebudzenie i troskę o to, co zostało.

Bożena Itoya

Nikola Kucharska, Zwierzęta, które zniknęły. Atlas stworzeń wymarłych, teksty: Katarzyna Gładysz, Joanna Wajs, Paweł Łaczek, opracowanie naukowe: Katarzyna Gładysz, Paweł Łaczek, Nasza Księgarnia, Warszawa 2018.

czwartek, 31 października 2019

Zwierzoobjaśniarka


"Zwierzoobjaśniarka" jest książką niby dla dzieci, ale też dla dorosłych, italianistycznym cacuszkiem docenionym przez kapitułę Nagrody Literackiej im. Leopolda Staffa za przekład Joanny Wajs. Rzeczywiście, pod względem językowym publikacja wyróżnia się na tle innych propozycji chociażby tego (wielkiego!) wydawcy – Naszej Księgarni. Stylizacja na starodawną, nieco naukową polszczyznę podkreśla humorystyczny charakter przedstawionych przez autora mądrości, ale do przedziwnych wynalazków najlepiej pasuje słowotwórcza odkrywczość tłumaczki. W "Zwierzoobjaśniarce" ujawnia się bowiem moc neologizmów. Chociaż właściwie sama już nie wiem, może najbardziej ujęła mnie umiejętność przekładu włoskiego tekstu na polską frazeologię.

Jak powszechnie wiadomo, w sprzedaży są obecnie różne typy zwierzoobjaśniarek. Można dostać objaśniarki brzuchomówcze i teleobjaśniarki (supernowoczesne modele, w których rozwiązano już problemy nie do przejścia dla Bonawentury Karczocha). Istnieją też jednak objaśniarki nakręcane, na baterie słoneczne i na fale mózgowe. Wszystko zależy od ceny.
Bywają również eleganckie objaśniarki designerskie (te, które mają z tyłu nadgryzioną wiśnię). Żeby sobie taką kupić, trzeba się nieźle wykosztować!
Zwierzoobjasniarki najnowszej generacji, o których mówimy, że są smart, to urządzenia bardzo zaawansowane technicznie. Pozwalają rozmawiać (za pośrednictwem czatu) z ponad setką gatunków zwierząt, łączyć się ze stworzeniami na drugim końcu świata, a nawet przygotować posiłek dla stołowników o bardzo różnych gustach. Co ugotować, gdy na kolację wpadną: znajomy adwokat, jego pies Szamburek i pan Orzeszko, twój przyjaciel weganin? Zostaw decyzję pichcizwierzoobjaśniarce. To urządzenie w mig przyrządzi smaczne zrazy z liści sałaty w panierce z prosa na podściółce z psich chrupek.

Książka Sergia Olivottiego łączy traktat (popularno)naukowy z przewodnikiem czy poradnikiem użytkowania omawianego urządzenia i skarbczykiem anegdot. Oczywiście i niestety zwierzoobjaśniarka jest wynalazkiem fikcyjnym i ten fakt leży u źródła całego dowcipu. Autor nasycił tekst aluzjami do współczesnej techniki, mód, języka marketingu, lifestyle'u, dawniejszej literatury włoskiej, światowej sztuki oraz odwiecznych i nieprzemijalnych cech ludzkości oraz wybranych gatunków fauny. Niektóre z tych akcentów pozostaną niezrozumiałe dla młodszych czytelników, zwłaszcza odniesienia do literatury, która na włoskim gruncie jest powszechnie znana, a u nas – niekoniecznie. Mnie natomiast trochę przytłoczył nadmiar "easter eggów", bo też książka jest zbudowana właściwie tylko z nich. I z miłości do zwierząt. To właśnie głęboka sympatia do omawianych obiektów, bardziej niż humorystyczny opis sposobów, na jakie psy, koty i inne zwierzęta domowe postrzegają świat i czego od niego oczekują, sprawia, że "Zwierzoobjaśniarka" bardzo mi się podoba. Rzecz jasna są też zwariowane, kolażowo-satyryczne ilustracje autora wchodzące w skórę rozmaitych epok i konwencji artystycznych, ale bez słów byłyby tylko zbiorem wesołych, pozbawionych kontekstu (jeśli nie sensu) obrazków.

"Codex Moclob" (1848) traktuje o perypetiach i wynalazkach Bonawentury Karczocha, czyli Karczochiusza, którego wszyscy znamy jako genialnego konstruktora zwierzoobjaśniarki.
Karczochiusz, urodzony pod koniec XVIII wieku w dolinie rzeki Wieprzobobroświniotygrys, młodość spędził w Egongu, gdzie wynalazł swój słynny doplamiacz żyraf (jedna z jego podopiecznych zdobyła dzięki temu specyfikowi tytuł Miss Sawanny 1812). Następnie udał się w podróż po świecie, podczas której odkrywał zwyczaje osobliwych plemion, co najmniej tak tajemniczych jak ich narzecza: Rzępolaków, Miauczykanów, Dlaelizejczyków i wielu innych.
P przyjeździe do Włoch w 1815 roku Karczochiusz miał zaledwie dwadzieścia pięć lat, lecz już wtedy dużo potrafił: zagrać pod pachą "Panie Janie", niepostrzeżenie przylepić glut z nosa pod stołem, określić trajektorię lotu pijanej muchy. Lecz przede wszystkim władał niezliczonymi językami (ponoć podczas strzyżenia u fryzjera udało mu się przetłumaczyć "A wczora z wieczora" na nepalski).

Nawet w tak krótkiej próbce tekstu widać, że niektóre żarty dotrą tylko dla dorosłych, a te o glutach, graniu pod pachą i pijanej musze spotkają się z uznaniem maluchów, które jeszcze nie wiedzą, co to XVIII wiek ani "codex". Kolejne rozdziały streszczają życiorys Bonawentury i jego zmagania z przekładem języków zwierząt na ludzki, a następnie relacjonują, o czym rozmawiają koty, psy i "inne zwierzęta". Są to tematy ważkie z punktu widzenia dysputantów, choć dla nas niepoważne i zabawne, zwłaszcza, jeśli obcujemy ze zwierzętami na co dzień i mieliśmy dotąd wrażenie, że rzeczywiste pragnienia i uczucia naszych podopiecznych odbiegają nieco od tych opisanych w "Zwierzoobjaśniarce" – przecież powinny się koncentrować na nas, właścicielach!Tymczasem tu wszystkie czworonogi, istoty żyjące w wodzie i powietrzu rozmawiają o: łowach (pozyskiwaniu żywności od staruszek), miłości (ale nie do człowieka), terytorium, rasach, jedzeniu, kupach; owce lubią sobie popić, ryby – pokoncertować, kury ciągle się kłócą, mrówki wymieniają wojskowe komendy, a pająki – uwagi o inżynierii pajęczyn. Spośród moich ulubieńców, to jest dzikich ptaków, rozpracowane zostały tylko jaskółki, ale w jednozdaniowym, niezbyt ciekawym skrócie. Ogólnie część książki streszczająca rozmowy zwierząt wydała się nam najmniej udana, przy powtórnej lekturze ledwie się uśmiechaliśmy, a i to tylko w niektórych momentach. Przypuszczam, że obrazkowo-satyryczna miniatura Olivottiego wpisuje się po prostu w nurt rozrywki, który niezbyt pasuje do naszych gustów, może jest zbyt wykwintny lub zanadto skoncentrowany na zabawie z samym sobą, zamiast z czytelnikiem. Niewątpliwie jednak należy do publikacji spójnych, przemyślanych i dopracowanych (meta)artystycznie.

Bożena Itoya

Sergio Olivotti, Zwierzoobjaśniarka. Wynalazek, który zmienił świat, przełożyła Joanna Wajs, Nasza Księgarnia, Warszawa 2018.

środa, 11 września 2019

Mały atlas motyli Ewy i Pawła Pawlaków

Ogrodowy pamiętnik – tak został scharakteryzowany "Mały atlas motyli Ewy i Pawła Pawlaków" w opisie okładkowym i dokładnie tym jest w rzeczywistości. Autorzy uchylają nam rąbka swoich rodzinnych tajemnic: co jest ważne w ich codzienności, jak przyroda wkracza w ich artystyczny świat, jak współpracują ze sobą na gruncie literackim i graficznym. Dla najmłodszych czytelników książka ta będzie subtelną, czarowną opowieścią o ulotnych chwilach spotkań z motylami, o stadiach ich rozwoju, a nawet o długości życia. Właśnie to ciekawiło mnie w pradzieciństwie i jakoś nikt mnie nie oświecił, aż do czasu, gdy dorosłam do szkolnego przedmiotu "biologia". Zresztą wszystkie szczegóły prezentowane przez autorów należą do gatunku "co zawsze chciałeś wiedzieć"... i czego na pewno nie zapomnisz, bo pod względem edukacyjnym "Atlas" jest niezwykle trafny i skuteczny. Piękne ujęcia malarskie, kolażowe, fotograficzne, dziecięce (autorstwa Hani, znanej już z rysunków do "Małego atlasu ptaków") wprowadzają wielość spojrzeń na sprawy najurokliwszych z owadów. Każdy z typów opisu graficznego i tekstowego przepełniony jest uczuciem, a dzięki ludziom będącym tak ciepłymi i aktywnymi sąsiadami motyli sami czujemy się naprawdę blisko natury.

W naszym domu książka Ewy i Pawła Pawlaków została przyjęta bardzo ciepło i przyprowadziła miłego gościa. Podobnie jak we wstępnym haśle atlasu, otwieranym przez fotografię motyla grzejącego się w świetle pracowni autorów, i nas odwiedziła rusałka pawik, przysiadając na podłodze obok "ogrodowego pamiętnika" i wdzięcznie pozując do zdjęcia. Sami rozumiecie, że taki cudowny przypadek nastraja pozytywnie do lektury i sprawia, że książka staje się całkiem "nasza".
Atlas jest wymarzonym materiałem do zajęć przyrodniczych w przedszkolach i pierwszych klasach szkoły podstawowej oraz warsztatów plastycznych dla dzieci w każdym wieku. O niektórych motylach autorzy opowiadają z punktu widzenia rodzinnych historii (i zdjęć), kiedy indziej podają zwięzłą charakterystykę lub też przytaczają zwyczaje typowe dla wszystkich motyli czy dokładnie na odwrót – wskazują, co wyróżnia danego owada spośród najbliższej rodziny (długość snu, latanie w deszczu, sposób poruszania się gąsienicy...). Czasem zadają nam też proste pytania, jeszcze bardziej wiążące czytelnika z lekturą. Struktura haseł w motylim minileksykonie zmienia się więc w zależności od pomysłu autorów, ale ta niestałość nie wpływa negatywnie na odbiór publikacji i jej poziom, wręcz przeciwnie. Humanistyczno-artystyczne podejście do nauk przyrodniczych jest ostatnio bardzo modne, takie urozmaicenie w postaci omówienia tematu "od serca", a nie w formie ścisłych, słownikowych formułek, podoba się i dzieciom, i dorosłym. W ten sposób łatwiej też zarazić małe, chłonące naturę dusze swoją pasją. A że okołodomowa przyroda jest wielką fascynacją Ewy i Pawła Pawlaków, widać od pierwszej strony każdego z atlasów i bardzo dziękujemy, że dzielą się z nami tą miłością.

Bożena Itoya

Mały atlas motyli Ewy i Pawła Pawlaków, ilustracje: Ewa Kozyra-Pawlak i Paweł Pawlak, tekst i zdjęcia: Ewa Kozyra-Pawlak, projekt graficzny serii: Paweł Pawlak, rysunki: Hania Cisło, konsultacja merytoryczna: dr inż. Kamila Twardowska, Wydawnictwo "Nasza Księgarnia", Warszawa 2018.

środa, 21 sierpnia 2019

Niezwykłe przyjaźnie w świecie roślin i zwierząt


"Niezwykłe przyjaźnie w świecie roślin i zwierząt" to książka Emilii Dziubak i kota Homera. Właśnie sympatyczny kocur zwiedzający labirynty przyjaźni zwierzęcych, roślinnych i roślinno-zwierzęcych "kradnie każdą scenę", podkręca humor i scala zupełnie odmienne historie współżycia, rozgrywające się na ziemi i pod nią, w wodzie, na drzewach, w drzewach i innych roślinach, a nawet w organizmach zwierząt. Niezwykłość tej książki polega również na jej formie: mimo że należy do "kartonówek", i to tych w dużym formacie, kojarzonym raczej z odbiorcą w wieku przedszkolnym, to spodoba się nawet młodszym nastolatkom (potwierdzono empirycznie). Choć obrazkowe i nawiązujące do sztuki komiksu, "Niezwykłe przyjaźnie" zachowują wysoki poziom merytoryczny i dostarczają profesjonalnych informacji czytelnikom w każdym wieku, zaś charakter i wartość grafiki czynią z publikacji niepowtarzalne, artystyczne dziełko.
Zaokrąglone kocisko opuszcza bezpieczną przystań domu, obrażone z powodu przeludnienia, to znaczy przekocenia, a właściwie przezwierzęcenia ukochanego dotąd lokum. Podąża własnymi ścieżkami poszukując idealnego przyjaciela, a my dzięki tej książce drogi odwiedzamy zakątki niedostępne zazwyczaj człowiekowi. W warstwie tekstu zjawiska przyrodnicze opisane są zgodnie z rzeczywistością i antropomorfizacja ogranicza się do określania związków między organizmami mianem przyjaźni, natomiast w sferze ilustracji autorka popuściła wodze fantazji, dodając oczy, usta i mimikę wszystkim bohaterom "Niezwykłych przyjaźni", nawet jeśli są nimi glon, grzyb, kwiat czy żołądź. Obrazki te są zabawne, wielobarwne, choć stonowane, wnoszą do publikacji lekkość i wyobraźnię, które w zestawieniu z naukową ścisłością tekstu dają oryginalny, świeży i po prostu wspaniały efekt. Całość jest czytelna i ciekawa, jak przystało na dobrą pozycję popularnonaukową.
Wśród nietypowych "zaprzyjaźnionych" par poznajemy między innymi mrówki i mszyce, krowę i bakterie, koźlarza i brzozę, mysz i kwiat, wilka i kruka, żółwia sępiego i żabę (uwaga! fałszywy przyjaciel! i to wcale nie tłumacza...). Szczególnie interesujące wydały nam się działy "Fałszywy przyjaciel", "Przyjaciel od święta" i "Zakochany przyjaciel" – podobnie jak pozostałych sześć ("Przyjaciel opiekun", "Przyjaciel na dobre i na złe", "Nieświadomy przyjaciel", "Idealny przyjaciel", "Przyjaciel z pracy", "Przyjaciel z sąsiedztwa") zajmują po dwie strony, a na poświęconej im rozkładówce tuli się lub zjada od 4 do 7 duetów. Między bohaterami spaceruje, zasiada lub zwija się w kłębuszek Homer, prezentując typowe kocie pozy i podejście do życia. Najbardziej ubawiło nas ugniatanie łapkami wiewiórczego ogona, obserwacja rybek (koniecznie w pozycji z łapkami podwiniętymi pod ciało), leniwe mycie brzuszka, obojętne wobec ostrzegawczego śpiewu pawiana oraz intensywne drapanie na stronie opowiadającej o czyszczeniu "przyjaciela" z insektów. Głębokie zainteresowanie przejawia Homer w przypadku opowieści o krzyżowaniu gatunków: kota domowego i żbika. Zapewne odczuł pokrewieństwo i zew natury, chociaż tylko na chwilę, bo zaraz wrócił do ciepłego, miłego domku i oddającego mu właściwą cześć właściciela.
Oprócz wysokiej dawki wiedzy i wesołej historii Homera, książka Emilii Dziubak zawiera też aktywizujące dodatki: test "Jakim przyjacielem jesteś?" (oczywiście z ilustracjami i odpowiedziami) oraz labirynt. To naprawdę dobra i jedyna w swoim rodzaju lektura, ucząca, pogodna, ładna, poczciwa, mądra i troszkę szalona.

Bożena Itoya

Emilia Dziubak, Niezwykłe przyjaźnie w świecie roślin i zwierząt, konsultacja merytoryczna dr Julita Korczyńska, dr Anna Szczuka, Wydawnictwo "Nasza Księgarnia", Warszawa 2018.

środa, 29 maja 2019

Ale historia... Mamy niepodległość!


Szósty tom serii "Ale historia..." spełnia oczekiwania stałych czytelników i jednocześnie ich zaskakuje. Mamy tu do czynienia z nietypowym podejściem do historii i wyjątkowo celnymi rozwiązaniami fabularnymi łączącymi przeszłość naszego kraju, codzienne drobne wyzwania bliskie współczesnym dzieciom i atrakcyjną, nieco utopijną przyszłość. W 2018 roku księgarnie doświadczyły zalewu publikacji dziecięcych wpisujących się w obchody 100-lecia odzyskania przez Polskę wolności i właśnie tamtych wydarzeń dotyczy książka "Mamy niepodległość!", a jednak Grażyna Bąkiewicz (tekst) oraz Artur Nowicki (ilustracje, komiksy) potrafili nas oczarować, opowiadając o końcu zaborów w sposób oryginalny, ciekawy, a częściowo też zabawny.
Klasa prowadzona przez ekscentrycznego historyka, pana Cebulę, po raz kolejny podejmuje wyprawę w daleką przeszłość. O ile naszym dzieciom koniec XIX i pierwsze dziesięciolecia XX wieku wydają się trochę abstrakcyjne, o tyle dla jeszcze nienarodzonych pokoleń okres ten okaże się zapewne zupełnie nieprawdopodobny i prehistoryczny. A bohaterowie "Ale historii..." to właśnie dzieci przyszłości podróżujące w czasie, patrzące z bliska, z fantastycznonaukowym zadziwieniem na to, co my znamy z nudnych podręczników. Świeżość ich spojrzenia jest niezwykła, a rozwiązania techniczne związane ze szkolnym wehikułem czasu za każdym razem wzbudzają mój podziw. Nie ma się tu do czego przyczepić, choć kwestia ławek przenoszących o setki lat wstecz i działającej w przeszłości ochrony("pola siłowego") czy obowiązujących tam zasad kontaktowania się z przodkami to teoretycznie tylko drobiazgi, pewne przenośnie i uproszczenia, jednak autorka z zapobiegliwością charakterystyczną dla najlepszych pisarzy uprzedziła ewentualne wątpliwości czytelników, wskazując skrótowo, acz kategorycznie, reguły postępowania pomiędzy startem z ławki a lądowaniem w niej (i pewne pole pozostawione dla buntowników).
Tę przygodę przeżywamy z punktu widzenia Oli, dziewczynki nietypowej, niby wyzwolonej, ale przed rodzicami udającej słodką, różową laleczkę. Jej historia może okazać się dla małych czytelniczek równie ciekawa, co mniej znane dzieje odzyskania przez Polskę niepodległości. W najnowszej odsłonie serii "Ale historia..." młodsza młodzież, niezależnie od płci, znajdzie inspirację nie tylko do nauki, ale też do rozmaitych osobistych działań, choćby radzenia sobie z rodziną czy radzenia się przyjaciół. Grażyna Bąkiewicz gładko wchodzi we współczesny dziecięcy świat wyzwań, zakładów, konkurowania, zawierania sojuszy, przy czym korzysta też ze sprawdzonych motywów dawnych powieści przygodowych, jak choćby poszukiwanie skarbów. Młodzi podróżnicy w czasie starają się bowiem odnaleźć królewskie insygnia, czy raczej to, co z nich zostało po haniebnym przetopieniu polskich koron i bereł na pruskie monety. Ola i jej koledzy z klasy są oburzeni, mają różne pomysły na prześledzenie losów kosztowności, odzyskanie ich i przywrócenie do dawnej formy. Transformację przechodzą symboliczne przedmioty, ostatecznie w niespodziewany sposób przysługując się narodowi, ale również w najważniejszych postaciach opowieści zachodzą w jej toku ważne przemiany. Także młody czytelnik doświadcza odmiany, bo nie może oderwać się od lektury, co w przypadku książek historycznych dla dzieci zdarza się bardzo rzadko.
Książka "Mamy niepodległość" nie jest typem bohaterskiej epopei, przyciąga poważnym traktowaniem małych historii i ludzi. Oby powstawało jak najwięcej takich porywających lektur, przenoszących dziesięcio- i nastolatków do innych epok oraz perspektyw.

Bożena Itoya

Grażyna Bąkiewicz, Mamy niepodległość!, ilustrował Artur Nowicki, seria Ale historia..., Nasza Księgarnia, Warszawa 2018.

niedziela, 5 maja 2019

Hej, Jędrek! Kłopoty z dziewczynami?


Szósty "Jędrek!" to książka na szóstkę. Jako fani rozmaitych serii wydawniczych rzadko w tak zaawansowanym stadium cyklu trafiamy na perełkę, tymczasem tom "Hej, Jędrek! Kłopoty z dziewczynami?" następuje po "Przepraszam, czy tu borują?", "Gdzie moja forsa?", "Kto tu rządzi?", "Masz cykora?" oraz "Szukasz guza?" i naprawdę nas zaskoczył. W ogóle publikacja i napisana, i zilustrowana w sposób prosty, ale przemyślany, zabawny, ale nie głupi, a przede wszystkim pociągający dla nastolatka zdarza się we współczesnej polskiej książce bardzo rzadko.

Wyszczerzyliśmy się wszyscy jak do klasowego zdjęcia. Przeszklone drzwi się otworzyły i naprzeciwko nas stanęła gromadka dzieciaków, których rodzice musieli się naczytać dziwnych rzeczy o Polsce.
Brakowało im tylko harpunów albo innej broni do walki z niedźwiedziami polarnymi. Ech, południowcy! Na dworze raptem minus kilka stopni, a ci ubrani, jakby szykowali się na podbój bieguna północnego. Przez ten tydzień będą musieli się wiele nauczyć. Najważniejsze, że przynajmniej znają podstawy języka – pani Reszka powiedziała nam, że przyjezdni należą do Koła Przyjaciół Polski (w większości nasi rówieśnicy, ale w grupie są też starsi – na przykład mój przydziałowy w tym roku kończy 12 lat) i od jakiegoś czasu uczą się polskiego. Szczerze – szacun! Na miejscu Włocha, który ma do wyboru pływać w ciepłym morzu i zajadać najlepsze lody na świecie albo męczyć się wygibasami w stylu: "W Szczebrzeszynie chrząszcz brzmi w trzcinie", raczej nie postawiłbym na to drugie. Nie dlatego, że jestem leniwy. Po prostu doceniam przyjemności w życiu.

Najnowszy "Jędrek!" spodoba się też rodzicom, choć niektórym z nas może być trudno w to uwierzyć. Obrazki? Dymki? Szkolne perypetie? Przecież to nie nasze pokolenie i w ogóle nie ten poziom. A jednak warto się przełamać i wczytać w tekst Rafała Skarżyckiego oraz przyjrzeć się rysunkom w części komiksowej (przeplatanej z tekstem, uzupełniającej go i niezbędnej, stąd cytowane tu fragmenty są niepełne). Jeśli dotąd myśleliście, że komiksy i inne kumplowsko-młodzieżowe publikacje (nazywane przeze mnie "komiksowanymi") są banalne, płytkie czy głupawe, to czytając "Kłopoty z dziewczynami?" przypuszczalnie zmienicie zdanie. Nie nazwałabym tej lektury dydaktyczną czy moralizującą, ale na pewno bohater jest mądry, postępuje w zgodzie z ważnymi wartościami, tylko ciągle jego dobroć jest przyćmiewana przez zwariowane zbiegi okoliczności i wpadki.

Sofija nie raczyła nawet na mnie spojrzeć. A Karola... Sami zobaczcie.
Równie dobrze mógłbym z miejsca dać się zmasakrować Siwemu i Karkowi – może nawet mniej by bolało – albo zmienić szkołę. Niby wciąż byłem tym samym chłopakiem, inteligentnym, dowcipnym, z głową pełną pomysłów, ale bez kumpli te wszystkie cechy raptem przestały być tak ważne. Jakie to miało teraz znaczenie?

Najnowsze przygody Jędrka i jego ekipy kręcą się wokół niespodziewanego przyjazdu włoskich uczniów z międzynarodowej wymiany oraz spodziewanego i wyczekiwanego balu karnawałowego. Obok stałych starć głównego bohatera ze starszą siostrą (Anką zwaną Wyjcem) i wyrostkami ze szkoły (Łysym i Karkiem) czeka nas szereg niespodzianek. Po pierwsze, tym razem mama-policjantka nie będzie musiała interweniować, bo też nie zajdzie taka potrzeba – autorzy skoncentrowali się na relacjach postaci, chwilowo rezygnując z wątków kryminalno-detektywistycznych. Po drugie, dojdzie do zaskakujących sytuacji: przyjaciele Jędrka staną się mu wrodzy, a wrogowie na chwilę zmienią się w prawie kumpli. Książka "Kłopoty z dziewczynami?" nie jest ani filmem, ani komiksem czy powieścią graficzną, a jednak ma znakomity scenariusz i wyborne, dynamiczne ujęcia. Przeczytaliśmy ją z prawdziwą frajdą, wszystko tu gra jak w perfekcyjnie dopasowanym mechanizmie. Oby zabawa z Jędrkiem trwała jak najdłużej, przynajmniej kolejnych sześć tomów!

Bożena Itoya

Hej, Jędrek! Kłopoty z dziewczynami?, tekst: Rafał Skarżycki, rysunki: Tomasz Lew Leśniak, Nasza Księgarnia, Warszawa 2018.

W świecie małp


Nowa publikacja Asi Gwis, w której występuje nie tylko jako ilustratorka, ale też autorka koncepcji i tekstu, jest przedmiotem ładnym i pożytecznym. Na widok książki "W świecie małp" nasz rodzinny maluch zakrzyknął: "Dżungla!", bo rzeczywiście, najpierw widzi się tu morze liści, wśród których różnobarwne małpy wyglądają jak dojrzałe owoce na drzewie. Ja natychmiast wpadłam w wir fotografowania tego albumu: tak jak w przypadku kwitnących w tej chwili jabłoni i bzów, musiałam zrobić choć jedno zdjęcie, a skończyło się na ujęciach z każdej strony, każdej strony. Po obróceniu karty zawsze doświadczaliśmy kolejnego wybuchu kolorów, soczystych i miękkich zarazem, aż chciało się pogłaskać wszystkie uformowane z nich zwierzęta.
Autorka nie tylko pięknie namalowała swoich bohaterów, ale też przygotowała o nich ważne i dobrze podane informacje. Tekst został przemyślany pod każdym względem: jak powiązać narrację z obrazami, by jedno nie przyćmiewało drugiego, ile danych jest w stanie przyjąć małe dziecko, które słowa zrozumie, ale też w jaki sposób uniknąć protekcjonalnego traktowania młodego czytelnika. Wszystkie te sprawdziany Asia Gwis przeszła celująco.

Planeta małp
Gdzie żyją małpy?
Małpy można spotkać na trzech kontynentach: w Ameryce, Afryce i Azji.

Krótkie komunikaty popularnonaukowe podawane są w formie komiksowych dymków wypływających z pyszczków małp, kiedy indziej na owalnych polach bardzo przypominających dymki (niekiedy pojawiają się też pojedyncze zdania zapisane przy krawędzi prostokątnego obrazka). Zagęszczenie tak zaprezentowanych wiadomości jest właściwe, czyli niskie – po kilka na rozkładówce. Ta forma przekazu ułatwia jednorazowe przyswojenie odpowiedniej dawki informacji, a ich zapamiętanie jest dla dzieci łatwe, bo od razu kojarzą określoną ciekawostkę z "wypowiadającym" ją zwierzęciem.

Jeśli chcecie mnie zobaczyć, nie musicie wybierać się do Afryki. Mieszkam z rodziną na skałach Gibraltaru.
magot (makak magot)

Oprócz charakterystyki rozmaitych gatunków małp w książce Asi Gwis znaleźliśmy pewne ogólne mądrości związane z tymi zwierzętami, obecnymi przecież w tradycji regionów, w których występują i miewających znaczenie wręcz filozoficzne.

Oto trzy mądre małpki:
Kikazaru zakrywa uszy i nie słyszy nic złego, Iwazaru zakrywa pyszczek, więc nie może powiedzieć niczego złego, a mała Mizaru z zakrytymi oczami niczego złego nie widzi.
Trzy mądre małpki to przedstawienie starego japońskiego przysłowia, które uczy nas, aby być miłym, nie krytykować i nie szukać w ludziach niczego złego.

Małpy zostały narysowane realistycznie, ale równocześnie z kreskówkowym polotem. Malarskie portrety zwierząt wtapiają się w tło, są częścią środowiska – dżungli, sawanny, ośnieżonych gór, nawet miasta. Na kartach "W świecie małp" znalazło się dużo wesołości i brykania, ale nie zabrakło też miejsca na sprawy poważne. Autorka nie poprzestaje na rozbawieniu czytelnika i pobudzeniu jego zainteresowania ładnymi obrazkami, cały czas konsekwentnie przekazuje wiedzę, choćby o konturach kontynentów i charakterystycznych dla nich lasach czy krainach, a na koniec dodaje co nieco o naszym wpływie na środowisko życia małp, pozornie mieszkających tak daleko.

Większość opisanych w tej książeczce gatunków jest zagrożona wyginięciem z powodu działalności człowieka. Oznacza to, że jeśli nie zmienimy naszego postępowania, za kilkanaście lat wiele z tych pięknych zwierząt będziemy mogli oglądać tylko na archiwalnych fotografiach lub w filmach.
Na przykład orangutany tracą swoje domy w wyniku wycinki lasów tropikalnych pod uprawy olejowca gwinejskiego, z którego otrzymuje się olej palmowy.
Co ty możesz zrobić? Całkiem dużo! Poproś rodziców, aby podczas zakupów zawsze sprawdzali, czy w składzie waszych ulubionych słodyczy lub kosmetyków nie ma oleju palmowego lub czy pochodzi on tylko z certyfikowanych upraw.

Koncept książki Asi Gwis jest świetny, przy czym obejmuje nie tylko wygląd publikacji i poziom przekazywanych wiadomości, ale też sposób ich podziału. Małe dzieci najłatwiej uczą się, czy to języka, czy na przykład biologii, przez zastosowanie przeciwieństw i właśnie do tej metody nawiązują niektóre plansze "W świecie małp": wysoko / nisko, małe / duże, śnieżne małpy / leśni ludzie (biel w zestawieniu z zielenią kolejnych kart). Inne rozkładówki pozwalają przyzwyczaić się do trybu omawiania tematów przyrodniczych, jaki stosowany jest w szkole i przedszkolu, to jest wyodrębnienia mniejszych działów dotyczących danego zwierzęcia – jak zmysły, zwyczaje, sąsiedztwo z ludźmi, pora aktywności (dzień lub noc), dieta, funkcjonowanie w stadzie i rodzinie, sposoby na wyróżnianie się samców (w celu przyciągnięcia uwagi samic i zaakcentowania przywództwa). Te ostatnie naturalne ozdoby przedstawione zostały (wraz z modelami) w oryginalnej formie obrazów zawieszonych na ścianie... lasu? Tytuł poświęconego im działu – "Wyróżnij się!" – można rozumieć metaforycznie, bo też są to najbardziej stonowane strony pstrokatej książki. Bardzo się nam spodobały, zresztą cała galeria małpich portretów pędzla (i pióra) Asi Gwis jest wyjątkowo poukładana, pouczająca, egzotyczna i estetyczna.

Bożena Itoya

Asia Gwis, W świecie małp, Nasza Księgarnia, Warszawa 2019.

sobota, 20 października 2018

Mój dziadek był drzewem czereśniowym


Do książki "Mój dziadek był drzewem czereśniowym" zachęcił mnie jej okładkowy opis autorstwa Jarosława Mikołajewskiego. Choć tu występuje on "tylko" jako tłumacz, jest również poetą i pisarzem, może dlatego skomponował tak czarującą notatkę – poetycką i konkretną zarazem, sięgającą głęboko w opowieść, ale niezdradzającą zbyt wiele. Och, gdyby tak zawsze poeci reklamowali prozę, skorzystałaby na tym cała literatura. Tylko recenzenci pewnie nie byliby już potrzebni, bo zdolniejsi od nich wypowiedzieliby już wszystkie potrzebne słowa.
Omawiana edycja książki ukazała się w 2018 roku, ale oryginał włoski ma już 20 lat, polski przekład Jarosława i Magdaleny Mikołajewskich powstał w roku 2007, a ilustracje Anastazji Stefurak pochodzą z ukraińskiego wydania sprzed 3 lat. O mądrą i ładną całość zadbało wydawnictwo "Nasza Księgarnia". Publikacja ma twardą oprawę, ciekawe, opowiadające minihistorię wyklejki, czytelną, dużą czcionkę, mocny, nietypowy papier oraz oryginalne ilustracje. Pod względem wyglądu zewnętrznego i użyteczności nie można jej więc nic zarzucić, jednak najważniejsza jest oczywiście treść.
"Mój dziadek był drzewem czereśniowym" jest opowieścią o małym dziecku przeznaczoną dla dzieci starszych oraz dorosłych. Podobna nastrojowość, sentymentalność i poetyckość znana jest mi z innych dzieł włoskiej literatury dziecięcej, zwłaszcza książek Roberta Piuminiego. Polskiemu młodemu czytelnikowi ten typ prozy może nie odpowiadać, bo też nie wychowuje się już na "Sercu" Edmunda de Amicisa. Ja jako dziecko kochałam tę łzogenną klasykę i teraz z przyjemnością pochłonęłam książkę Angeli Nanetti, natomiast mój syn nie zna "Serca", a tematyka "Mojego dziadka" go nie zainteresowała ("Pinokia" Collodiego nie znosi, natomiast Piumini kilka lat temu bardzo mu się podobał, przeczytaliśmy też całego Rodariego wydanego po polsku, więc różnie to bywa z sympatią do książek włoskich...).
Książka opowiada o kilku latach życia chłopca (od wieku czterech lat do mniej więcej drugiej klasy szkoły podstawowej), przy czym albo całe to życie, albo zainteresowanie autorki ogranicza się do rodziny. Antoś mieszka w mieście z rodzicami i dziadkami od strony taty. Rodzice mamy mieszkają na wsi, w domu rodzinnym, przy którym po narodzinach mamy, Felicji, zasadzono czereśnię, nazwaną przez dziadka Felicjanem. Drzewo rozrasta się wraz z rodziną i wplata w jej losy, staje się istotniejsze w momentach przełomowych dla dziadków, rodziców oraz dziecka, czasem wręcz spaja ich i przypomina, co najważniejsze. Jednak nie jest to opowieść fantastyczna, nie musi być, Felicjan nie mówi, nie działa bezpośrednio, wystarczy, że istnieje. O roli drzewa czereśniowego dla akcji i dla rodziny decyduje właściwie dziadek Oktawian, postać w całej książce najważniejsza, związana z naturą i ze swoją ziemią, takie stare drzewo, którego nie należy przesadzać. Mały Antoni traci najpierw żonę dziadka Oktawiana, babcię Teodorę od gąsek, później, jako dorastające dziecko, jest świadkiem stopniowego odchodzenia dziadka. Książka Angeli Nanetti to właściwie mały traktat o życiu i śmierci, wykładany przez najstarszych członków rodziny najmłodszemu, który wkrótce przecież stanie się dla kogoś starszym i przejmie pałeczkę – nauczy, jak wspinać się na drzewo, jak spadać, jak kochać, cieszyć się, jak płakać i przeżywać żałobę. "Mój dziadek był drzewem czereśniowym" jest również pięknym i cennym wykładem o asertywności, bo dorośli bohaterowie nie wahają się podejmować odważnych decyzji, zatrzymać się, gdy trzeba, czasem zawrócić, niekiedy być "dziwnymi", ale zawsze sobą. Takimi, by najbliżsi byli z nich dumni i chcieli przejmować ich postawy. A kiedy dziecko stanie się silne, zyska własne zachowania, ukształtuje swój charakter, potrafią uszanować jego decyzje, nie złamać go podważaniem tego, co sami przekazali i jakimi byli kiedyś.
Bożena Itoya

Angela Nanetti, Mój dziadek był drzewem czereśniowym, przełożyli Jarosław Mikołajewski i Magdalena Mikołajewska, ilustracje Anastazja Stefurak, Wydawnictwo Nasza Księgarnia, Warszawa 2018.

Zosia z ulicy Kociej. Na psa urok


O naszej sympatii do serii "Zosia z ulicy Kociej" i w ogóle do twórczości Agnieszki Tyszki pisałam już wielokrotnie, ale każda kolejna książka jest okazją do nowych spostrzeżeń i wniosków. W tegoroczne walentynki ukazała się dziesiąta odsłona cyklu (nie licząc książki aktywnościowej): "Na psa urok", której akcja wcale nie rozgrywa się w święto zakochanych, choć pojawi się co nieco także o młodzieńczych uczuciach. Tym razem Zosia opisuje zimowe ferie świąteczne, zaczynające się tuż przed Wigilią, a kończące zaraz po Nowym Roku. Pojawi się również halloweenowa retrospekcja, więc nowa "Zosia" będzie jak znalazł i na trwającą już jesień, i na nadchodzącą zimę.
Na przeszło dwustu stronach książki znaleźliśmy kilka ciekawych wątków i mnóstwo zabawnych ilustracji doskonale obrazujących tekst (świat Zosi narysowała, jak zawsze, Agata Raczyńska). Czytelnik poznaje skomplikowane relacje mamy Zosi z dziadkiem Dyziem, niektóre zwyczaje i ulubione słowa małego Wilusia, brata Zosi, oraz szkolne problemy jej młodszej siostry Mani. W tym tomie wyjątkowo mocno i ciepło zaznaczona zostaje obecność taty, psychologa i bezwarunkowego ukochanego każdego członka rodziny. Do familii z Kociej 5 dołącza nowa postać – na czterech łapach i "na wariata", wprowadzając nowe porządki, a raczej "chaosądki", jak pewnie powiedziałaby Mania. Siostry Wierzbowskie dostają na Boże Narodzenie "Dezyderatę" (czy też "dezodorantę", według Mani) i ten zbiór mądrości jest motywem powracającym w całej książce. To niespotykany w publikacjach dla dzieci pomysł, koncept niezwykły nawet na tle współczesnej polskiej literatury młodzieżowej, ambitny, a do tego dobrze zrealizowany. Agnieszka Tyszka reprezentuje śmietankę polskiego pisarstwa, pisze o sprawach bieżących (dla Polski) i życiowych (dla młodszej młodzieży i dzieci). Ja także widzę na co dzień wszystko to, co zaobserwowała autorka. I w dzieciństwie dostałam od kogoś bliskiego karnet z "Dezyderatą", rozumiem więc, że Zosia może być bratnią duszą dla wielu szóstoklasistów (a także dzieci nieco młodszych oraz starszych).
Agnieszka Tyszka uwrażliwia czytelnika na rozmaite sprawy i dziedziny życia, a nawet bytu ludzkiego: stosunki rodzinne, w tym "nieprzerobione" relacje dorosłych dzieci z ich rodzicami, sposoby na codzienne odstresowanie, organizację życia po przyjęciu pod dach zwierzęcia ze schroniska, wartości oraz zasady, którymi warto się kierować w życiu ("Dezyderata"), kontakty z rówieśnikami, wydłużony w czasie proces adaptacyjny dziecka w szkole, świadomość społeczną i polityczną, rozumienie i przeżywanie patriotyzmu. Z okazji stulecia odzyskania niepodległości w polskich szkołach urządzane są setki konkursów (mój ulubiony dotyczył tabliczki mnożenia: "100 przykładów na 100 sekund z okazji 100 lat Niepodległości"), akademii, pojawiają się liczne publikacje dla dzieci, ale według mnie w tym jubileuszowym roku to właśnie Agnieszka Tyszka najlepiej pobudza dzieci do myślenia o kraju, a przede wszystkim do autorefleksji. Bo patriotyzm bezrefleksyjny to tylko "etykietowanie", jak celnie zauważa Mania.
W książce "Zosia z ulicy Kociej. Na psa urok" bardzo spodobał mi się realizm opisu klasowych historii miłosnych i domowych perypetii z psem. Nie znajdziemy tu ani grama lukru, przygarnięcie zwierzęcia to masa kłopotów, wyrzeczeń, sprzątania i konieczność dogadywania się z domownikami na całkiem nowej płaszczyźnie. Co do romansów, to wśród rówieśników Zosi panuje zmienność uczuć, a bohaterkę często ogarnia niepokój, bo wbrew własnej woli staje się obiektem towarzyskich "podchodów" na imprezach i w sieci. Sami widzicie, że nie jest to stereotypowa walentynkowa (czy ogólnie romantyczna) książka dla dziewcząt. Tym bardziej warto ją przeczytać.
Bożena Itoya

Agnieszka Tyszka, Zosia z ulicy Kociej. Na psa urok, ilustracje Agata Raczyńska, Nasza Księgarnia, Warszawa 2018.

niedziela, 2 września 2018

Bruno i siostry


Kto czytał i polubił książki Doroty Suwalskiej "Znowu kręcisz, Zuźka!" oraz "Zuźka w necie i w realu", temu na pewno spodoba się powieść "Bruno i siostry" tej samej autorki. Spotkamy tu nawet niektórych znanych nam już bohaterów. Narratorem tym razem jest Bruno, cichy szóstoklasista, który szerzej wypowiada się tylko na piśmie, dlatego też spisuje swoje losy w postaci książki. Mamy zatem do czynienia nie z pamiętnikiem, tylko z formą książki w książce.

Wypadałoby teraz przedstawić bohaterów, ale o tym już napisałem w pierwszej księdze. No dobra! Napiszę coś o sobie. Jestem Bruno, jak już wiecie, i wcale nie mam pewności, czy jestem głównym bohaterem tej książki. Właściwie to chyba nikt tego nie wie. Nawet autorka. Bo tak naprawdę to autorka pisze tę książkę, to znaczy pisze, że ja piszę. Znów się zaplątałem. To znaczy autorka się zaplątała, bo to ona pisze, że ja piszę, jak już napisałem. Ciekawe, czy jakiś redaktor to poprawi.

Bohater jest rówieśnikiem mojego syna, co pewnie wpłynęło na znakomity odbiór "Bruna i sióstr" w naszym domu. Najważniejsze jednak, że jest to książka wciągająca, zabawna, inteligentna i zupełnie niewymuszona. Po prostu czuje się, że autorka lubi pisać, sympatyzuje ze swoimi bohaterami, a i czytelników traktuje jak mądrych przyjaciół. Takiego wzajemnego traktowania uczą się również Bruno i jego siostry: osiemnastoletnia Kaśka oraz debiutująca w roli uczennicy Miłka. Dziewczęta niekiedy zabierają głos (odbierając go niezadowolonemu Brunonowi) w formie krótkich notatek dyskutujących z głównym tekstem. Taka narracja wypada naturalnie i bardzo wesoło. Wszelkie eksperymenty Doroty Suwalskiej, w tym typograficzne, na pewno przydadzą się czytelnikom, zwiększą ich świadomość tekstu, a może też zainspirują do własnych działań.
Opowiadanie w tym miejscu o elementach fabuły "Bruna i sióstr" nie przysłuży się specjalnie książce, bo takie wyliczenie mogłoby wypaść typowo. W końcu większość pisarzy tworzących dla dzieci bierze na warsztat szkolne problemy, relacje w grupie, nastoletnie poszukiwanie własnej tożsamości, pierwszą miłość czy przepychanki z rodzeństwem. Mamy jednak do czynienia z autorką wyjątkową i aby docenić pełnię jej możliwości, trzeba samemu przeczytać całą książkę, pochylić się oraz roześmiać nad poprzestawianym układem "Bruna" (wstęp i zakończenie wcale nie znajdują się na samym początku i końcu), dowcipem, sposobem łączenia wątków i wplatania weń życiowych (ale nie przemądrzałych) prawd czy... muzyki rockowej. Partia tekstu z fragmentami piosenki Maanamu jest niepowtarzalna, genialnie psychodeliczna i powalająca jak atak "głupawki". Natomiast po skończeniu książki, wracając do wybranych scen (co robiliśmy już kilkakrotnie – tak jak przewija się ulubiony film), można potraktować "Bruna" jako kopalnię gagów o szalonych pomysłach i niespożytej energii młodszej młodzieży.

Jaszko będzie naszym tekściarzem, a być może również menedżerem, ponieważ nie umie grać na żadnym instrumencie. Problem w tym, że Karol (bas) i Marek (perkusja) również nie grają, ale obiecali, że będą ćwiczyć. Nie wiem tylko, w jaki sposób, ponieważ nie mają jeszcze instrumentów.
(...)
Kolejny problem polega na tym, że w dzisiejszych czasach okropnie trudno znaleźć wokalistę (przynajmniej w Brzezinie).
Najpierw zaproponowałem, żeby śpiewała Zuźka, bo ona jest bardzo fajna.
Ale Jaszko się nie zgodził. Chociaż to jego dziewczyna. Powiedział, że właśnie dlatego się nie zgadza, ponieważ zna doskonale jej możliwości wokalne i nie życzy sobie, żeby jego dziewczyna ośmieszała się publicznie. On sam też nie zamierza ośmieszać się pisaniem dla zespołu z taką beznadziejną wokalistką.

Dorota Suwalska dobrze opisuje świat początkujących nastolatków słowem, a Przemysław Liput – obrazem. Ilustracje pasują do konwencji literackiej przyjętej przez autorkę, są wesołe i nie potrzebują koloru (poza czernią i bielą), by oddać wszystko, co jest do pokazania. Okładkowy portret Bruna wbija się w pamięć, odcień włosów, poharatana brew, wyraz twarzy czy padający na nią cień decydują o rozpoznawalności książki, czytelności jej ogólnej "identyfikacji graficznej", do której przyczyniają się też zastosowane na okładce (także tylnej) barwy i czcionki. Dobrze mieć tę pozycję, kiedyś na pewno przyda się któremuś z młodszych członków rodziny, obojętnie jakiej jest płci i czy już do niej dorósł. Ta powieść nie poddaje się upływowi czasu, wszak po raz pierwszy ukazała się w 2007 roku, opisane tu wydanie jest kolejnym (ale pierwszym z ilustracjami Przemysława Liputa), ale rówieśnicy książkowego Brunona nie odczuwają jego realnego "starszeństwa".
Bożena Itoya

Dorota Suwalska, Bruno i siostry, ilustracje Przemysław Liput, Nasza Księgarnia, Warszawa 2018.

poniedziałek, 4 czerwca 2018

Agnieszka Osiecka dzieciom i wszystkim innym

Po tom "Agnieszka Osiecka dzieciom", aktualnie dostępny już w drugim wydaniu Naszej Księgarni, sięgają zapewne osoby nieprzypadkowe, a mianowicie wielbiciele twórczości tej poetki i autorki piosenek. Są to przeważnie dorośli – rodzice i dziadkowie, którzy chcą upowszechniać dobrej jakości słowo i humor wśród dzieci, według tytułu będących podstawowymi adresatami książki. Choć nie zdziwiłabym się, gdyby ten pokaźny, kolorowy tom spoczywał również na półkach rodzin bezdzietnych. Charakter i tematyka niektórych tekstów są zresztą przyswajalne dopiero dla współczesnych starszych nastolatków i dorosłych. Bywają tu bowiem utwory satyryczne nawiązujące do realiów lat 60. czy 70. XX wieku, podszyte absurdem, dla kilkulatka zbyt ironiczne, długie i odnoszące się do niedostępnej dlań wiedzy.
Zbiór zawiera osiem utworów, głównie prozatorskich, z których cztery ("Dzień dobry, Eugeniuszu", "Dixie", "Wzór na diabelski ogon", "Ptakowiec") zostały podzielone na rozdziały i, wedle dzisiejszego nazewnictwa stosowanego w odniesieniu do książki dla dzieci, mogą zostać uznane za minipowieści. Pozostałe teksty ("Pantoflisko", "Zaszumiało jesienią", "Kolęda myszki", "Szczególnie małe sny") są krótsze i również nie zaliczają się do klasycznych opowiadań dziecięcych – raz mamy piosenkę, kiedy indziej opowiadanie z elementami dramatu (podział na role). Objętość i wewnętrzne zróżnicowanie tego tomu wprawiły mnie w podziw. Te 273 strony starczyły nam na kilka tygodni czytania, wspólnego i indywidualnego, w upały i słoty, przy nastrojach podróżniczych i domatorskich.
Bogactwo czytelniczych wrażeń nie ogranicza się do słów, również sfera plastyczna książki gwarantuje przeżywanie najpiękniejsze, bo przez zapatrzenie. Ilustracje towarzyszące tekstowi układają się jakby w osobny album prac Elżbiety Wasiuczyńskiej, który można przeglądać w nieskończoność, zachwycając się choćby niezwykłą zdolnością do przetwarzania utworu literackiego w paraplakat z elementami komiksu ("Wzór na diabelski ogon", "Dzień dobry, Eugeniuszu"). Nie wiedziałam, że artystka znana głównie jako ilustratorka książek da małych dzieci (z "Panem Kuleczką" na czele) posiada i taki talent. Poza dowcipnymi podsumowaniami poczynań przyjacielskiego diabła, rysowanymi na niby-kartkach w kratkę, oraz akwarelowymi obrazami odnoszącymi się do przygód glinianego ptaka Eugeniusza, w książce znalazło się dużo mniejszych malunków charakterystycznych dla twórczości Elżbiety Wasiuczyńskiej, choćby na okładce i w stopce.
Nasze wrażenia z lektury są rozmaite jak sam tom, zebrano w nim bowiem teksty różniące się nie tylko formalnie, ale także, a może przede wszystkim, z uwagi na wiek adresata. Pierwszy utwór ("Dzień dobry, Eugeniuszu") czytało nam się znakomicie i uważam, że spodoba się i najmłodszym, i nieco starszym dzieciom. To wesoła, trochę sentymentalna, odrobinę melancholijna opowiastka – pokrewna dusza piosenek Agnieszki Osieckiej. Oczarowały nas zabawy słowem i konwencją baśni, a gliniany niby-ptak z krótkim dziobkiem przemówił do nas dużo bardziej niż sławny drewniany niby-chłopiec z długim nosem.

(...) Słowem, bycie ptakiem nie jest zupełnie złe.
Nie jest też zupełnie dobre. Po pierwsze – nie ma się czterech nóg. Nie ma się także dwóch rąk i dwóch nóg. Można się najwyżej pocieszyć, że to, co się ma, to jest jedna ręka (na przykład lewa) i jedna noga (na przykład prawa). Można opowiadać różne rzeczy i nadawać im różne nazwy, ale w niczym nie zmieni to rzeczywistości. Rzeczywistość to jest to, że mamy tylko dwie łapy.
Bycie ptakiem nie jest też zupełnie dobre ze względu na zimę. Jak wiadomo, jedne ptaki odfruwają jesienią do gorących krajów, a drugie marzną przeraźliwie.
Na oko marznięcie jest gorsze, ale odfruwanie też bywa do niczego. Chmury są wilgotne i smutne jak kocie łby.
Mimo to można powiedzieć, że życie ptaków jest wesołe, a to ze względu na śpiewanie, skakanie, przygody oraz pióra. Takie życie, które się dzieli na:
A) Śpiewanie
B) Skakanie
C) PRZYGODY
oraz
D) PIÓRA
nazywamy Życiem Ptasim.

Natomiast już "Dixie" nie okazała się takim czytelniczym przebojem, znudziła mojego syna, choć to dobrze napisana przygoda miejskich dzieci wyruszających w fantastyczną podróż. Ożywający samochód-przyjaciel przypuszczalnie pobudzi wyobraźnię licznych fanów motoryzacji, ale my nigdy się do nich nie zaliczaliśmy, zresztą i bohaterkę, i samą minipowieść można opisać jako "retro" lub "oldskulową", a za takimi nie przepadamy. Dla nas opowieść ta okazała się nadto archaiczna i chyba zbyt podobna do poprzedniej, ale na pewno zyska sympatyków wśród starszych przedszkolaków. Powinna sprawdzić się choćby w domach czytujących "Akademię Pana Kleksa". W każdym razie najlepiej przeplatać lekturę "Agnieszki Osieckiej dzieciom" innymi książkami, by uniknąć znużenia, które przytrafiło się nam.
"Wzór na diabelski ogon" jest moją ulubioną odsłoną "Agnieszki Osieckiej dzieciom", pełną kabaretowego, błyskotliwego humoru, warszawskiej ikry i absurdu á la Monty Python. Bohaterami trzynastu rozdziałów są pechowy fizyk, jego uczeń Pietruch i inne szatany z (prawdopodobnie) siódmej klasy, a także diabeł Belo, niechciany asystent nauczyciela, naginający prawa fizyki żartowniś. To najdojrzalszy z utworów ujętych w tym zbiorze, adresowany do nastolatków i dorosłych. Ja bawiłam się lepiej od mojego syna, dla którego fantazje na temat formułek z lekcji fizyki okazały się większą abstrakcją, niż było to zamiarem autorki, wszak przedmiot ten pojawia się dopiero w programie siódmej klasy. Mimo że jest to właściwie "Osiecka młodzieży", a nie "dzieciom", "Wzór na diabelski ogon" słusznie znalazł się w omawianym tomie, dodaje mu charakteru i pazura. Również młodsi czytelnicy będą zachwyceni pomysłowością bohaterów i szalonymi czarami. To wyśmienita próbka polskiej literatury i społecznej satyry z czasów, gdy kabaret był rozrywką znacznie bardziej wymagającą niż dziś.
Po szkolnych przypadkach młodzieży następują cztery króciutkie utwory przeznaczone dla dzieci w każdym wieku (także tych dorosłych...) oraz "Ptakowiec", ostatnia z minipowieści. Zakończenie tomu przypomina jego początek ("Dzień dobry, Eugeniuszu") – myśląc o "ptasim" bohaterze czytelnik znów odczuwa sympatię, trochę melancholii, podziwu, a przede wszystkim uczy się marzyć. Ptakowiec to ożywiony pojazd, jak Dixie, choć tym razem maszyna jest narratorem, a nie tylko towarzyszem dziecięcej wędrówki. Fantazje o ptaku-samolocie pobudzają wyobraźnię malucha, co sprawdziłam już kilka lat temu, gdy kupiłam indywidualne wydanie "Ptakowca" synowi, wówczas przedszkolakowi. Międzygwiezdny kot pasażerski oraz wszystkie koty marsjańskie wydobywają z dzieci ich własne sny – opowieści o miejscach i istotach, o jakich nie śniło się filozofom. Ani nawet Agnieszce Osieckiej.
Bożena Itoya

Agnieszka Osiecka dzieciom, ilustracje Elżbieta Wasiuczyńska, Wydawnictwo Nasza Księgarnia, Warszawa 2017.