cudanakiju.pl

cudanakiju.pl
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Grażyna Bąkiewicz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Grażyna Bąkiewicz. Pokaż wszystkie posty

środa, 29 maja 2019

Ale historia... Mamy niepodległość!


Szósty tom serii "Ale historia..." spełnia oczekiwania stałych czytelników i jednocześnie ich zaskakuje. Mamy tu do czynienia z nietypowym podejściem do historii i wyjątkowo celnymi rozwiązaniami fabularnymi łączącymi przeszłość naszego kraju, codzienne drobne wyzwania bliskie współczesnym dzieciom i atrakcyjną, nieco utopijną przyszłość. W 2018 roku księgarnie doświadczyły zalewu publikacji dziecięcych wpisujących się w obchody 100-lecia odzyskania przez Polskę wolności i właśnie tamtych wydarzeń dotyczy książka "Mamy niepodległość!", a jednak Grażyna Bąkiewicz (tekst) oraz Artur Nowicki (ilustracje, komiksy) potrafili nas oczarować, opowiadając o końcu zaborów w sposób oryginalny, ciekawy, a częściowo też zabawny.
Klasa prowadzona przez ekscentrycznego historyka, pana Cebulę, po raz kolejny podejmuje wyprawę w daleką przeszłość. O ile naszym dzieciom koniec XIX i pierwsze dziesięciolecia XX wieku wydają się trochę abstrakcyjne, o tyle dla jeszcze nienarodzonych pokoleń okres ten okaże się zapewne zupełnie nieprawdopodobny i prehistoryczny. A bohaterowie "Ale historii..." to właśnie dzieci przyszłości podróżujące w czasie, patrzące z bliska, z fantastycznonaukowym zadziwieniem na to, co my znamy z nudnych podręczników. Świeżość ich spojrzenia jest niezwykła, a rozwiązania techniczne związane ze szkolnym wehikułem czasu za każdym razem wzbudzają mój podziw. Nie ma się tu do czego przyczepić, choć kwestia ławek przenoszących o setki lat wstecz i działającej w przeszłości ochrony("pola siłowego") czy obowiązujących tam zasad kontaktowania się z przodkami to teoretycznie tylko drobiazgi, pewne przenośnie i uproszczenia, jednak autorka z zapobiegliwością charakterystyczną dla najlepszych pisarzy uprzedziła ewentualne wątpliwości czytelników, wskazując skrótowo, acz kategorycznie, reguły postępowania pomiędzy startem z ławki a lądowaniem w niej (i pewne pole pozostawione dla buntowników).
Tę przygodę przeżywamy z punktu widzenia Oli, dziewczynki nietypowej, niby wyzwolonej, ale przed rodzicami udającej słodką, różową laleczkę. Jej historia może okazać się dla małych czytelniczek równie ciekawa, co mniej znane dzieje odzyskania przez Polskę niepodległości. W najnowszej odsłonie serii "Ale historia..." młodsza młodzież, niezależnie od płci, znajdzie inspirację nie tylko do nauki, ale też do rozmaitych osobistych działań, choćby radzenia sobie z rodziną czy radzenia się przyjaciół. Grażyna Bąkiewicz gładko wchodzi we współczesny dziecięcy świat wyzwań, zakładów, konkurowania, zawierania sojuszy, przy czym korzysta też ze sprawdzonych motywów dawnych powieści przygodowych, jak choćby poszukiwanie skarbów. Młodzi podróżnicy w czasie starają się bowiem odnaleźć królewskie insygnia, czy raczej to, co z nich zostało po haniebnym przetopieniu polskich koron i bereł na pruskie monety. Ola i jej koledzy z klasy są oburzeni, mają różne pomysły na prześledzenie losów kosztowności, odzyskanie ich i przywrócenie do dawnej formy. Transformację przechodzą symboliczne przedmioty, ostatecznie w niespodziewany sposób przysługując się narodowi, ale również w najważniejszych postaciach opowieści zachodzą w jej toku ważne przemiany. Także młody czytelnik doświadcza odmiany, bo nie może oderwać się od lektury, co w przypadku książek historycznych dla dzieci zdarza się bardzo rzadko.
Książka "Mamy niepodległość" nie jest typem bohaterskiej epopei, przyciąga poważnym traktowaniem małych historii i ludzi. Oby powstawało jak najwięcej takich porywających lektur, przenoszących dziesięcio- i nastolatków do innych epok oraz perspektyw.

Bożena Itoya

Grażyna Bąkiewicz, Mamy niepodległość!, ilustrował Artur Nowicki, seria Ale historia..., Nasza Księgarnia, Warszawa 2018.

środa, 31 października 2018

Stasiu, co ty robisz?


Bohaterem piątej odsłony serii "Ale historia..." jest ostatni król polski, Stanisław August Poniatowski, i to właśnie do niego zwraca się Grażyna Bąkiewicz w tytule książki: "Stasiu co ty robisz?". Właściwie można mówić raczej o antybohaterze, ponieważ autorka i ilustrator w tekście głównym oraz w komiksowych przerywnikach rozpatrują przyczyny trzeciego rozbioru, szukają "morderców ojczyzny", a osoba króla jest głównym podejrzanym. To ze strony historii, której w znacznej mierze dotyczy akcja, jednak w przypadku tego cyklu na pierwszym planie zawsze znajduje się bohater dziecięcy pochodzący nie z naszych dziejów, nawet nie z teraźniejszości, ale z Polski przyszłości. Tym razem szkolne science fiction opisuje nam Słoniu, postać w poprzednich tomach najmniej sympatyczna, ba, irytująca i nielubiana zarówno przez kolegów z klasy, jak i przez nas, czytelników. Mamy więc dwóch pierwszoplanowych bohaterów negatywnych, jak na literaturę dziecięcą całkiem nietypowo. Od pierwszej do ostatniej strony książki byłam ciekawa, jak autorka poprowadzi tak intrygująco zawiązaną dwutorową akcję.
Słoniu jest synem dyrektora szkoły, w której uczą się bohaterowie wszystkich pozostałych "Ale historii...", a naucza między innymi ekscentryczny historyk pan Cebula. Uczniowie poznają dzieje swojego kraju podróżując w czasie, za wehikuły służą im specjalne, niemal nieszwankujące ławki szkolne. Nauczyciel emocjonuje się przebiegiem misji badawczych, zdejmując z siebie kolejne kurtki, swetry, bluzy i marynarki. Jego podopieczni starają się jak najbardziej rozgrzać profesora swoimi wybrykami, bo urządzają w klasie rodzaj zawodów – kto spowoduje, że pan Cebula zrzuci najwięcej warstw ubrań, ten wygrywa. Od początku "Stasiu, co ty robisz?" widzimy, że Słoniu może zostać czempionem. Rzadko kto posiada taki dar do denerwowania rówieśników, wykorzystywania swojej pozycji (wynikającej nie z zasług, a z koligacji rodzinnych – zupełnie jak u młodego Stanisława Poniatowskiego!), gnębienia dzieci i dorosłych, a także pakowania siebie i innych w kłopoty. Słoniu może się cieszyć także innym darem, bo każdy z młodych bohaterów "Ale historii..." będąc narratorem odkrywa nową, niezwykłą umiejętność będącą efektem pewnego wypadku ze sprzętem z przyszłości w roli głównej. Dzieci mają tu coś z X-Menów, rycerzy Jedi czy innych superbohaterów, co dodaje książkom historycznym modnego kolorytu.
Grażyna Bąkiewicz uczy młodzież w sposób atrakcyjny, przekonujący, zachęcający do sięgania w poszukiwaniu wiedzy głębiej niż tylko do szkolnego plecaka. Treści historyczne przekazywane są skutecznie, czytelnik rzeczywiście zapamiętuje fakty i ciekawostki, te znane powszechnie i mało popularne. Obiektywna ocena poczynań ostatniego króla, pupilka carycy Katarzyny, okazuje się nie tak jednoznaczna jak przywykliśmy sądzić. Poznajemy też ból związany z odkryciem, że nasi przodkowie nie byli wzorowymi Polakami, wstyd towarzyszący przyznaniu się do tego przed samym sobą i przed innymi. "Stasiu, co ty robisz?" jest bardzo mądrą książką, aż kipiącą od drobiazgów, których zgromadzenie, opracowanie i wplecenie w dobrą fabułę musiało się wiązać z ogromem pracy. Koronkową robotą są również wszystkie elementy graficzne przygotowane przez Artura Nowickiego: ilustracje, mapki, błyskotliwe komiksy, czasami dosadnie informujące o stanie intelektu, higieny czy moralności naszych rodaków z XVIII wieku.
Oprócz walorów edukacyjnych czy popularyzatorskich lektura ta posiada i inne zalety, bowiem podsuwa czytelnikom pewne refleksje na temat relacji rówieśniczych. Na początku książki Słoniu myśli tylko o sobie i wykorzystywaniu wszystkich, łącznie z ojcem, do własnych celów. Nie ma kolegów, nie potrzebuje ich (tylko kogo zaprosić na urodziny organizowane przez mamę?), wszystkim robi głupie kawały. Stara się wyśmiewać ludzi i szkodzić im w każdym możliwym momencie. Wyruszając w podróż w czasie potajemnie kasuje ogólne hasło powrotu i ustanawia nowe, tak, by z całej klasy tylko on mógł decydować, kiedy wszyscy wrócą do sali lekcyjnej pana Cebuli. Podczas wizyty w osiemnastowiecznej Warszawie coś się w Słoniu zmienia i choć chce dobrze, nikt nie wierzy w jego intencje, za dużo razy zawiódł zaufanie kolegów z klasy. Bardzo spodobało mi się, jak autorka poprowadziła ten wątek, bez załagodzeń czy wmawiania nam sympatii do bohatera, wskazując wszystkie jego przewinienia i chwile opamiętania, aż do wyważonego finału. Czytelnikom pozostawiono tu przestrzeń do rozmyślań, krytyki, może nawet sporów w grupie omawiającej wspólnie "Stasiu, co ty robisz?". Na pewno byłaby to znakomita lektura szkolna, sprawdzi się również jako materiał dla książkowych klubów dyskusyjnych oraz w charakterze łącznika między pokoleniami czytających rodzin.
Bożena Itoya

Grażyna Bąkiewicz, Stasiu, co ty robisz, ilustrował Artur Nowicki, konsultacja historyczna: Leszek Lewkowicz, seria Ale historia..., Wydawnictwo Nasza Księgarnia, Warszawa 2018.

wtorek, 15 maja 2018

Zdarzyło się w Polsce. Odzyskana niepodległość


Piąty tom cyklu "Zdarzyło się w Polsce" zatytułowany został "Odzyskana niepodległość. 10 opowiadań z XX wieku", jego autorami są Grażyna Bąkiewicz, Kazimierz Szymeczko i Paweł Wakuła (pomysłodawca serii), zaś o ilustracje zadbał Mikołaj Kamler. Jest to ładna, solidnie wydana publikacja, zamykająca tę odsłonę serii "A to historia", która ukazuje się w wydawnictwie Literatura. Teksty wchodzące w skład zbioru zostały ułożone chronologicznie, ale nie łączą się ze sobą bezpośrednio, często luka czasowa między akcją kolejnych opowiadań wynosi kilka, kilkanaście, a w jednym wypadku nawet trzydzieści lat. Autorzy podjęli tematy trudne, opisując te chwile z dziejów Polski i, co ważne, narodu polskiego (nie zawsze zamieszkującego obszar dzisiejszego państwa narodowego), które wiązały się z jakimiś konfliktem, stanowiły punkty zwrotne lub zapalne. Publikacja idealnie wpisuje się w obchody setnej rocznicy odzyskania niepodległości przez Polskę, choć, ze względu na wspomniany przekrojowy charakter, nie dotyczy dokładnie lat 1918-2018 – dolną cezurą jest rok 1920, a ostatnie opowiadanie kończy się w czerwcu 1989 roku.
Akcja pierwszych czterech utworów rozgrywa się w okresie dwudziestolecia międzywojennego, od wojny polsko-bolszewickiej do ataku Niemiec na Polskę w 1939 roku. W tym bloku znalazły się opowiadania Grażyny Bąkiewicz "Czerwony autobus. Wojna 1920 roku i bitwa warszawska" i "Szklana kulka Julka. Prezydenci II Rzeczpospolitej", Kazimierza Szymeczki "Pielgrzymka w intencji Polski. Powstania śląskie" oraz Pawła Wakuły "Burza nad miastem. Wybuch II wojny światowej". Autorzy znakomicie przybliżają dziesięcio-, jedenasto- czy dwunastolatkom czasy tak odległe, wyraziście szkicując rozmaite niuanse, w tym inną od dzisiejszej strukturę narodowościową w Polsce oraz sytuację dzieci (bohaterami wszystkich utworów są rówieśnicy czytelników). Opowiadania te dla wielu odbiorców mogą się okazać prawdziwym objawieniem, bo nawet dorośli niewiele wiedzą o okolicznościach bitwy warszawskiej czy przebiegu powstań śląskich.
Słynne powstanie warszawskie jest w zbiorowej świadomości Polaków najpopularniejszym dwudziestowiecznym zrywem, tymczasem młodzi Ślązacy z opowiadania Kazimierza Szymeczki są bardzo podobni do bohaterów stolicy i zasługują na taką samą uwagę. Autor wykazał się świetnym wyczuciem tematu i talentem pisarskim, bo opowiadanie "Pielgrzymka w intencji Polski" czyta się jednym tchem, wnikając w świat przedwojennego Śląska. Z kolei prawdziwe wydarzenia poprzedzające starcie wojsk polskich z bolszewickimi pod Warszawą w 1920 roku, przez Grażynę Bąkiewicz przedstawione na sposób literacki, fascynują swoją przypadkowością, bohaterstwem jednej osoby, dziś właściwie nikomu (poza historykami) nieznanej, która w pewnym sensie ocaliła Europę. Atmosferę podkręcają również ilustracje Mikołaja Kamlera – mroczni czerwonoarmiści i tytułowy jaskrawoczerwony autobus (czyżby nawiązanie do obrazu B.W. Linkego i piosenki J. Kaczmarskiego?) reprezentują dwa bieguny kulturowe: Wielką Brytanię, a więc Europę Zachodnią, oraz Wschód – Rosję, między którymi zawieszona jest Polska. Opowiadanie, choć przygodowo-dramatyczne, jako adresowane do dzieci nie oddaje oczywiście pełni grozy inwazji radzieckiej, zażegnanej, czy raczej odroczonej, dzięki decyzji pewnego dowódcy. Ważnym motywem "Czerwonego autobusu" jest również powszechne zaangażowanie Polaków (i obywateli innych narodowości) w obronę kraju, wręcz garnięcie się do walki ludzi, którzy dopiero co odzyskali niepodległość, w tym dzieci, chociaż im, na szczęście, wybija się z głów walkę wręcz.
Grażyna Bąkiewicz doskonale poradziła sobie również z najtrudniejszym, bo najogólniejszym, najmniej dynamicznym i najbardziej politycznym tematem w tym tomie: prezydentami II Rzeczpospolitej. Dzięki przebojowej i miłującej się w awanturniczym żywocie bohaterce oraz zabawnym cytatom z roznoszonych przez nią gazet, opowiadanie "Szklana kulka Julka" okazało się wręcz jednym z najciekawszych i najlżejszych w odbiorze. W zupełnie inny nastrój wprowadza "Burza nad miastem" Pawła Wakuły, przejmująca, niepokojąca do szpiku kości relacja o pierwszych, mniej znanych od ataku na Westerplatte incydentach uważanych za początek drugiej wojny światowej. Utwór rozpoczyna się sielankowym obrazem wypoczynku chłopca na wsi u dziadków (Był upalny sierpniowy dzień. Marek leżał na trawie i wpatrywał się w srebrzystozielony baldachim z liści, przez który z trudem przebijały się promienie słońca. Ciszę przerywało jedynie senne brzęczenie pszczół i głuche pacnięcia spadających jabłek.), a kończy kadrem niczym z filmu wojennego (Nad ich głowami rozległ się przerażający ryk pikujących samolotów, a potem nagle zrobiło się widno jak w dzień. W blasku pożaru widzieli Wieluń, na który spadały setki bomb. Płonęły dachy kamienic, kościoły i szpital Wszystkich Świętych. Wyrwani ze snu ludzie biegli ulicami i padali na ziemię, skoszeni ogniem karabinów maszynowych.). Cisza przyrody zostaje przegoniona przez huk maszyn, spokojne, jasne kolory zastąpione ciemnością, dymem, zamiast letniego słońca za dnia, świecą nocne płomienie. Tak właśnie musiały odbierać wybuch wojny dzieci, których świat z dnia na dzień legł w gruzach, w przenośni i dosłownie. Stały się one świadkami bestialstw, jak Marek, który przypadkiem odkrył niemiecką prowokację, i moim zdaniem dzisiejsza młodzież powinna poznać tę i inne zawarte w "Odzyskanej niepodległości" historie, by nigdy nie dopuścić do wojny.
Podobnie myśli zapewne dziadek Antoni, jeden z bohaterów "Długiej drogi do Polski", którego retrospekcja adresowana jest do znudzonego (początkowo) wnuka, Maćka, dzisiejszego młodszego nastolatka. Pojękujący młodzieniec towarzyszy seniorowi, sybirakowi, w spacerze z okazji Dnia Zwycięstwa, a cel wycieczki poznajemy dopiero w zakończeniu opowiadania Pawła Wakuły. To porywająca opowieść, lepiej od wszystkich lekcji i podręczników razem wziętych wyjaśniająca, czym były wojenne deportacje. Równie czytelnie zawiłości wojenne tłumaczy Kazimierz Szymeczko w kolejnym wojennym opowiadaniu – "Jak kto może", nie ograniczając się tylko do powstania w getcie warszawskim (figurującego w podtytule utworu).

Witek wszedł do mieszkania, zajrzał do ostatniego pokoju, w którym ukrywał się Weiss, a potem skręcił w stronę łazienki.
– Dwa dni temu wykonano wyrok na szmalcowniku. Pewnie już wiecie, ale mam najnowszy biuletyn Państwa Podziemnego.
Ignaś sięgnął po ulotkę. Krótka notatka informowała, że na mocy wyroku sądu Państwa Podziemnego skazany został na śmierć człowiek, który szantażował Żydów i wydawał ich Niemcom. Rozstrzelany był konfidentem gestapo.
– A nie mówiłem, że tutaj nic panu nie grozi? – podał kartkę lekarzowi.
– Na wojnie ludzie dziczeją. Dobrze, że Polacy rozprawiają się ze zdrajcami, ale...
– Ale? – chłopiec zajrzał Żydowi w oczy.
– Ale przekonałem się, że granica między bohaterstwem a podłością nie przebiega między narodami, ale w poprzek nich. Wielu Polaków mi pomogło. Wy ryzykujecie dla mnie życiem. A jednocześnie są wśród was ludzie, którzy wydadzą bliźniego na śmierć. Co gorsza Żydzi też nie zawsze się wspierają. Bogaty ni jest bratem biednego, urzędnicy Judenratu jednych wysyłają na pewną śmierć, a innych chronią. Za łapówki, za szansę przeżycia dla siebie lub rodziny. Dzicz. O Niemcach nie wspominam, bo oni są tu jakby... jakby w pracy? Palą i mordują od ósmej do szesnastej, a potem wspominają żony i dzieci, które zostawili w domach w Niemczech. Wojna to szaleństwo... Znałem kilku szeregowych wermachtu, którzy przymykali oko na uciekinierów i szmuglowanie żywności. Czasem za łapówkę, czasem przez pamięć o swoich bliskich pozwalali przeżyć. Ale większość wierzy w bzdury o narodzie aryjczyków – nadludzi i Żydów – podludzi.
[Kazimierz Szymeczko, Jak kto może. Powstanie w getcie warszawskim]

Zarówno dzięki minisłowniczkowi na końcu publikacji (dla każdego utworu osobny wykaz słów i pojęć), jak i kontekstowi opowiadania dziecko poznaje słowa-klucze opisujące drugą wojnę światową, na przykład: "aryjczyk", "szmalcownik", "getto", "Państwo Podziemne", "Palmiry", "szmuglowanie". W kolejnym tekście ("Hej, chłopcy!" Grażyny Bąkiewicz) pojawiają się też "Szwaby", "szkopy", "szpicel", "godzina policyjna", czytelnik dowiaduje się, czym była kolaboracja, jak w codziennym życiu ulegano naciskowi okupacji oraz jak się mu przeciwstawiano.

Widać stąd było anioła wymalowanego nad komórkami, na bocznej ścianie kamienicy. Anioł z koroną na głowie i skrzydłami orła to dzieło pana Antoniego spod szóstki. "Szkopy i tak nie poznają, ze to orzeł w przebraniu – powiedział, gdy to malował – a nam będzie weselej". No i miał rację, bo niemiecki patrol wezwany przez pana Krola powzruszał tylko ramionami i poszedł dalej. Mieliśmy uciechę z zawiedzionej min naszego szpicla. Pan Krol myśli, że jak będzie wiernym poddanym okupantów, to dostanie obywatelstwo niemieckie i lepsze prawa niż reszta. Zmienił nawet nazwisko z Króla na Krola i obserwuje wszystko z okna, żeby donosić na sąsiadów. Ale nie zawsze mu się udaje. Anioł w każdym razie został i gdy się na niego patrzy, robi się człowiekowi raźniej na duszy. Stara pani Olejnikowa modli się co dzień do tego anioło-orła, a zamiast "amen" mówi: "żeby tych Szwabów szlag trafił. I to też jest powód do uśmiechu.
[Grażyna Bąkiewicz, Hej, chłopcy! Powstanie warszawskie]

Opowiadanie "Hej, chłopcy!" uważam za jedno z najciekawszych w tym tomie. Autorka przerywa chronologię opowieści, po jakimś czasie wraca do kluczowej sceny, budując w ten sposób napięcie i wywołując żywą reakcję czytelnika. Oczy wilgotnieją, głos się łamie, gdy czytamy o przypadkowej, niepotrzebnej i bezsensownej śmierci dziecka. Wbrew podtytułowi opowiadania, nie chodzi tu o okres powstania warszawskiego, ani o szeroko dyskutowany sens jego wywoływania czy udziału w nim dzieci, bo akcja "Hej, chłopcy!" poprzedza powstanie o rok i rozgrywa się w czasie, gdy skomponowana została tytułowa "najsłynniejsza piosenka powstańcza". Opisana tu historia może jednak uświadomić, co sprawiało, że młodzi warszawiacy chcieli działać 1 sierpnia 1944 roku, niekoniecznie z bronią w ręku.

I znów na nowo przeżywam tamtą chwilę. Hymn nadany ze szczekaczki sprawił, że zaroiło się na ulicach od Niemców. Szukali tych, co podłączyli się do megafonów i puścili niedozwoloną melodię. Gdybym nie zszedł ze stanowiska, zauważyłbym patrol i w porę ostrzegł przyjaciela. Zwialibyśmy obaj naszą ścieżką i szukaj wiatru w polu. Ale nie było mnie tam, gdzie powinienem stać.
– Tam, tam! – pan Krol wskazał patrolowi jabłoń, gdzie jego zdaniem działo się coś podejrzanego.
– Złaź, schneller! – wrzasnął Niemiec.
Kazik zaczął się gramolić, popłakując pewnie z bólu. Ale źle umocowana platforma przechyliła się i zsunął się młotek, spadając pod nogi oficerowi, Biedak pomyślał, że to granat i odskoczył. Jednocześnie wyciągał pistolet z kabury i strzelił między liście jabłoni. Ten strzał usłyszałem, gdy wychodziłem z domu z mokrą szmatką. Pierwsze, co zobaczyłem, to przestraszonego oficera z pistoletem w ręku i lufą skierowaną w koronę drzewa. Strzał już padł i nic nie można było zrobić, poza czekaniem.
Najpierw pojawił się samolot. Zsunął się po pochylni i zanim spadł na ziemię, pięknie zakołował wokół jabłoni. Szwankowało lewe skrzydło, bo robił zbyt duży zwrot w tamtą stronę. Zdążyłem pomyśleć, że trzeba to będzie poprawić, i wtedy gałęzie rozsunęły się i spadł Kazik.
[Grażyna Bąkiewicz, Hej, chłopcy! Powstanie warszawskie]

Podtekstem opowiadań z tomu "Odzyskana niepodległość" bywa znaczenie i moc polskich symboli narodowych. Hymn, flaga oraz godło są tu synonimami nadziei, uniesienia, wspólnoty, wolności, choćby tylko wewnętrznej. Autorzy nie nakazują wprost szacunku, nie nazywają zespołu zachowań i pojedynczych gestów patriotyzmem, ale uczą go, pokazując, czym w przeszłości były dla Polaków biały orzeł, Mazurek Dąbrowskiego oraz biało-czerwona flaga. To najlepsza droga do zrozumienia, czemu podczas hymnu trzeba stanąć na baczność, a na fladze nie wolno pisać. Znakomici pisarze w wyważony, pozbawiony nakazów i zakazów sposób, posługując się literaturą piękną wykładają historię w ujęciu przyswajalnym, ba, fascynującym dla mojego dwunastoletniego syna. Cykl "Zdarzyło się w Polsce" nie jest przejawem mody na książki patriotyczne, ale efektem świadomej polityki wydawniczej, znakomitego warsztatu pisarskiego oraz wiedzy historycznej i talentu pedagogicznego autorów, a więc prawdziwym skarbem. W czasach mojego dzieciństwa młodsza młodzież nie mogła korzystać z podobnych dobrodziejstw, pozostawały nam podręcznikowe notki. Na szczęście dziś można wczytywać się w dużo przystępniejsze i zapadające w pamięć narracje, co zawdzięczamy dynamicznemu rozwojowi polskiej książki dla dzieci, do jakiego doszło w ostatnich kilkunastu latach.
Autorzy zbioru "Odzyskana niepodległość" dokonali nieoczekiwanego, zaskakującego wyboru wydarzeń, które stały się podstawą opowiadań. Rodzice czy pedagodzy spodziewali się zapewne bitew (o Westerplatte), akcji (pod Arsenałem) oraz postaci (Józefa Piłsudskiego, Lecha Wałęsy) kluczowych w literaturze dziecięcej i edukacji. Tymczasem twórcy cyklu "Zdarzyło się w Polsce" uniknęli stereotypów, wyszli poza potoczne myślenie o historii XX wieku. Ostatni tom serii ma zdecydowanie charakter uzupełniający względem programu szkolnego, a ja polecam "przerobić" go zanim dziecko zacznie uczyć się na pamięć dat i nazwisk do testów sprawdzających. Utwory Grażyny Bąkiewicz, Kazimierza Szymeczki i Pawła Wakuły pomagają zrozumieć historię, obiektywnie, bo bez złagodzeń i peanów, a zarazem subiektywnie, bo wczuwając się w losy dziecięcych bohaterów.
Podjęcie nieoczywistych i niełatwych wątków historii najnowszej niewątpliwie jest aktem pisarskiej odwagi, bo grozi krytyką zarówno środowisk uznających patriotyzm za synonim bezkrytycznej pochwały polskiej przeszłości, jak i tych, którzy samo wspominanie o walce zbrojnej uznają za błąd i propagowanie wojny. Opowiadania zgromadzone w "Odzyskanej niepodległości" są uczciwe, rozliczeniowe w skali dopuszczalnej dla 10-12-latków. Autorzy pokazują, że nie jesteśmy święci, ale możemy być dumni z walk, które podjęliśmy, nawet przegrywając.

Trzy tygodnie później Radek, jego rodzice i Ewka stali na stacji i patrzyli na tłum Niemców zapełniających wagony pociągu jadącego na zachód. Był to taki sam pociąg, jakim oni kilka miesięcy temu przyjechali do miasteczka. Ludzie w wagonach też byli podobni, mieli takie same bagaże przytroczone do wózków, smutne twarze i łzy w oczach.
[Paweł Wakuła, Mój dom. Opowieść o ziemiach odzyskanych]

Po czterech opowiadaniach z okresu międzywojennego i trzech wojennych następują trzy utwory dotyczące narodzin i schyłku Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej: "Mój dom. Opowieść o ziemiach odzyskanych" i "Pamiętnik małego Polaka. Opowieść o powstaniu Solidarności i upadku PRL" Pawła Wakuły oraz "Dobrobyt nie dla każdego. Protesty robotników w PRL" Kazimierza Szymeczki. W tej części tomu najbardziej poruszył nas "Mój dom" – portret zbiorowy Polaków po II wojnie światowej. Na przykładzie przesiedleń na ziemie odzyskane czytelnik poznaje skutki wojny w świecie dziecka, które traci przyjaźń (nie wolno pożegnać się z przyjacielem Ukraińcem, nie wolno zbliżać się do kolegi Niemca i mu współczuć) oraz krainę dzieciństwa, jest odcinane od korzeni. Nie pierwszy raz w tym zbiorze czytamy o bardzo młodych ludziach, których dzieciństwo zostało brutalnie przekreślone, którzy przeszli nagłe i przyspieszone dojrzewanie. Mali chłopcy muszą opiekować się rodzeństwem, czasem też matkami, odnaleźć się w świecie nienawiści, w którym ofiary natychmiast chcą stać się oprawcami... oprawców. Obserwujemy spiralę nienawiści, sprężyny i przekładnie wojennej machiny, odzwierciedlające się w myśleniu prostych ludzi – musieliśmy uciekać, ginęli nasi, to teraz my przegonimy i niech giną ich bliscy/ludzie/cywile. Absurdy historii okazują się wyraźniejsze, gdy jej bohaterami i zarazem ofiarami są dzieci, niezależnie od miejsca zamieszkania, wiary i narodowości niezasługujące na przydzielanie im win i kar.

Fakt, że Ewa i Radek zadają się ze Szwabem, nie uszedł uwadze mieszkańców willi Ambrozja. Pani Kuklowa urządziła córce straszną awanturę, krzyczała o zdrajczyniach i przypominała, kto spalił ich dom w Warszawie. Tak naprawdę nie było do końca wiadomo, czy ma żal o nową znajomość, czy szuka pretekstu do kłótni z Hartmannami, których jasna i przestronna kuchnia bardzo jej się spodobała.
Mama Radka nie robiła mu wyrzutów.
– Tęsknisz za Stiopą? spytała cicho.
– Może... Nie wiem... – odparł niechętnie. – Karl nie jest taki zły, na wojnie przecież do nikogo nie strzelał, jest za młody. Zresztą niedługo wyjedzie. A ty jak się czujesz? – zmienił temat. – Dobrze ci tu, nie tęsknisz za naszym Wołyniem?
[Paweł Wakuła, Mój dom. Opowieść o ziemiach odzyskanych]

Z własnych obserwacji i rozmów z niektórymi autorami cyklu "Zdarzyło się w Polsce" wiem, że najtrudniej pisać o najnowszej historii, którą pamiętają nie tylko dziadkowie, ale i rodzice czytelników. To już nie są jakieś abstrakcyjne, odległe dzieje rycerzy i królów, tylko wczorajsza codzienność. Każdy dorosły chciałby, aby w tekście literackim uwzględnione zostało jego stanowisko względem tak niedawnych wydarzeń, punkt widzenia grupy zawodowej czy miejscowości, z której sam się wywodzi, ocena, jaką wypracował z czasem – mitologizacja lub krytyka przeszłości. Wyzwanie polegające na omówieniu przemian ustrojowych, kulturowych i społecznych, jakie zaszły w Polsce w latach 1979-1989, podjął Paweł Wakuła, autor "Pamiętnika małego Polaka. Opowieści o powstaniu Solidarności i upadku PRL".

27 maja 1979
Dzisiaj z całą klasą przystąpiłem do Pierwszej Komunii Świętej. To znaczy prawie z całą. Wojtek Banach nie mógł, on nie chodzi na religię, bo jego tata jest milicjantem.
Było dużo gości, od wujka Gienka dostałem zegarek, a od cioci Basi medalik na szyję. Uzbierałem też dziewięćset pięćdziesiąt złotych w kopertach! Ciocia Ela, która mieszka w Australii razem z kangurami, przysłała aż dwadzieścia dolarów! Tata mówi, że to cała jego pensja!
Rodzice powiedzieli, że jak będę miał dobre oceny na świadectwie, to mi trochę dołożą i kupią rower. Nie mogli tak od razu mówić? Uczyłbym się pilniej!
[Paweł Wakuła, Pamiętnik małego Polaka. Opowieść o powstaniu "Solidarności" i upadku PRL]

Oczywiście o to, dlaczego syn milicjanta nie bywał w kościele, czytelnicy muszą spytać rodziców lub dziadków, dorośli przydadzą się też jako przelicznik prezentowo-walutowy (stary a nowy polski złoty). W "Odzyskanej niepodległości" jest kilka podobnych niedopowiedzeń, stąd ta charakterystyka czasów wymaga uzupełnienia rozmową "na żywo", dzięki czemu dorośli mogą wtrącić swoje wspomnienia i interpretacje. Wiele fragmentów "Pamiętnika małego Polaka" nie wymaga jednak komentarza, jak narodziny kultury popularnej trwającej do dziś, której odbiorcami i uczestnikami są sami młodzi czytelnicy.

1 czerwca 1980
Z okazji Dnia Dziecka tata zabrał mnie do kina na "Gwiezdne wojny – Imperium kontratakuje". Ale czad! Wszyscy chłopacy już go widzieli i każdy chce w przyszłości zostać rycerzem Dżedaj /Chyba Jedi, matołku!/ Kuba Olejnik i Marcin Socha podczas długiej przerwy wyciągnęli ze składziku pod schodami jarzeniówki i zaczęli się nimi bić jak świetlnymi mieczami, ale one się od razu potłukły i była straszna chryja.

1 czerwca 1980
W Jarocinie odbył się festiwal rockowy. Dynia chciała tam jechać z koleżanką, ale mama powiedziała, że jest na to za mała i że jak bardzo chce, to ona jej coś zaśpiewa. I kto tu jest dzieciuch i smark? Wielka mi czternastolatka!
[Paweł Wakuła, Pamiętnik małego Polaka. Opowieść o powstaniu "Solidarności" i upadku PRL]

Autor zastosował zabieg zbliżający narratora do czytelnika, polegający na uwiarygodnieniu przekazu historycznego formą pamiętnika, luźnymi, dziecięcymi komentarzami, opisem stosunków bratersko-siostrzanymi (poza tym siostra Kordiana, Balladyna zwana Dynią, podczytuje pamiętnik i poprawia w nim błędy). To bardzo skuteczne techniki, "Pamiętnik małego Polaka" czyta się płynnie, z zainteresowaniem, jak prawdziwy pamiętnik spisany przez rówieśnika, a nie lekcję podyktowaną przez nauczyciela. Takiemu komunikatowi bardziej się ufa. To ważne, bo dziesięciolatkom niełatwo jest uwierzyć, jak wyglądały rodzinne zakupy nieco ponad trzydzieści lat temu, gdy nie było kredytów (i dzieci po komunii bywały niekiedy bogatsze od rodziców), a nawet mając pieniądze trudno było kupić to, czego akurat się potrzebowało.

16 czerwca 1980
Tato odbył ze mną poważną rozmowę. Chodzi o to, że nie stać nas na nowy telewizor, a niedługo zaczyna się olimpiada w Moskwie. Zaproponował, żebym się dołożył do zakupu, a dokładniej, żebym "pożyczył" mu te dziewięćset pięćdziesiąt złotych i dwadzieścia dolców, które dostałem na komunię.
Spytałem go, co z rowerem, bo chciałem kupić składak Wigry 2, a on kosztuje aż dwa tysiące złotych. Tata obiecał, że kupimy używany rower. Zgodziłem się.

19 lipca 1980
Nowy telewizor nazywa się Rubin i uwaga... jest kolorowy! Tata musiał jechać po niego z Wrocławia aż do Katowic, ale było warto! (...)
[Paweł Wakuła, Pamiętnik małego Polaka. Opowieść o powstaniu "Solidarności" i upadku PRL]

Najlepszym łącznikiem między przeszłością a teraźniejszością często okazuje się dźwięk: muzyka, radio, głosy radiowców. I tak w "Pamiętniku małego Polaka" czytamy o popularnej audycji prezentującej muzykę rozrywkową (zob. cytat niżej), kultowej, ale wciąż obecnej w ramówce Polskiego Radia. Wystarczy kliknąć w sieci na odpowiedni Player i sami stajemy się świadkami lub uczestnikami (jeśli zagłosujemy) historii. Podobnie jak "eLPeTrójka", historia opisana w "Odzyskanej niepodległości" trwa, bierzemy w niej udział, wpływając na to, które wydarzenia z najnowszych dziejów zostaną zapamiętane i uznane za przełomowe, kształtując tę specyficzną listę społecznych przebojów, polski top niepodległego (dokładnie w połowie!) stulecia, na które składają się dwudziestolecie międzywojenne, sześcioletnia wojna, PRL-owska 44-latka i trzydziestolecie postkomunistyczne. Autorzy "Odzyskanej niepodległości" wybrali wymienione wyżej miejsca i momenty historii, a my możemy z nimi dyskutować lub rozważać, jakie wydarzenia i osobistości powinny trafić do potencjalnego zbioru 10 opowiadań o latach 1990-2018.

Fajnie, że tata wrócił, może we dwójkę jakoś przekonamy dziadka. On wciąż słucha tylko tej Wolnej Europ, a w piątek o 20.00 jest nowa świetna audycja – "Lista przebojów Programu Trzeciego". Prowadzi ją bardzo sympatyczny pan Marek Niedźwiecki.
Jestem bardzo ciekaw, czy utwór "51" zespołu TSA obronił pierwszą pozycję, ale żeby się przekonać, będziemy chyba musieli kupić drugie radio!
[Paweł Wakuła, Pamiętnik małego Polaka. Opowieść o powstaniu "Solidarności" i upadku PRL]
Bożena Itoya

Grażyna Bąkiewicz, Kazimierz Szymeczko, Paweł Wakuła, Odzyskana niepodległość. 10 opowiadań z XX wieku, cykl: Zdarzyło się w Polsce, część piąta, okładka i ilustracje: Mikołaj Kamler, pomysłodawca serii: Paweł Wakuła, Wydawnictwo Literatura, Łódź 2018.

czwartek, 1 lutego 2018

Zygmuncie, i kto tu rządzi?


Był Mieszko, po nim Kazimierz, następnie Jadwiga z Jagiełłą, a teraz nastał Zygmunt – tylko który? I czy będąc władcą rzeczywiście sprawował władzę? Czwarty tom serii "Ale historia..." to dotychczas najbardziej zaawansowana i najmniej oczywista jej odsłona. Autorką cyklu jest Grażyna Bąkiewicz, ilustratorem Artur Nowicki, a wydawcą Nasza Księgarnia. Ta niekonwencjonalna lekcja historii Polski dla dzieci i młodszej młodzieży prowadzona jest nowoczesnymi narzędziami: w formie ilustrowanej minipowieści uzupełnionej krótkimi komiksami, z użyciem współczesnego, codziennego języka oraz zabawnej kreski, akcentów fantastycznonaukowych i obyczajowych. Ten literacko-graficzny koktajl nosi tytuł "Zygmuncie, i kto tu rządzi?" i został skomponowany z niezwykłym smakiem.
Każda część cyklu przeskakuje w czasie z dość odległej przyszłości do wydarzeń sprzed kilkuset lat. Współczesny czytelnik jest więc pośrednikiem między fantastycznonaukową wizją a faktycznymi dziejami Polski. Nieco utopijna, zaawansowana technologicznie, ale pozbawiona książek przyszłość naszego kraju jest punktem startowym podróży w czasie, jakie odbywają uczniowie z klasy, w której historię wykłada profesor Cebula. Właściwie nie prowadzi on lekcji, tylko wysyła dzieci w przeszłość, ale nie w wehikułach, tylko w szkolnych ławkach. Kontrast między dwoma planami czasowymi jest oczywiście bardzo wyraźny. Co ciekawe, mimo że odbywamy z bohaterami książki wycieczkę do konkretnego okresu dziejów Polski, wraz z nimi spotykamy historyczne postacie i uczestniczymy w wydarzeniach znanych z podręczników historii, w ujęciu Grażyny Bąkiewicz rzeczywista przeszłość okazuje się przynajmniej tak samo zaskakująca i tajemnicza, jak wymyślona przyszłość. Nie doświadczymy tu jednak zabiegów ubarwiających, żadnej słodyczy dla małych księżniczek i rycerzyków, po prostu autorka bierze na warsztat mniej znane fakty, pewne tezy i fascynujące wątki, wykazując się przy tym znakomitym warsztatem pisarskim i, rzecz jasna, bogatym podłożem merytorycznym. Na atrakcyjność oraz skuteczność "Zygmunta" (i całej serii "Ale historia...") wpływa również doświadczenie pedagogiczne pisarki, czytając wyczuwa się bowiem, że wie ona, jakimi słowami i treściami dotrzeć do młodych ludzi, zainteresować ich i sprawić, by zapamiętali.
W książkach "Mieszko, ty wikingu!", "Kazimierzu, skąd ta forsa?" i "Jadwiga kontra Jagiełło" narratorami były kolejne dzieci z klasy o profilu eksperymentalno-historycznym (choć autorka nie stosuje tego określenia, to bardzo mi ono pasuje). Tym razem naszą przewodniczką po przyszłości i przeszłości jest Jolka, taka sobie zwykła dziewczynka mająca problemy z ortografią i różnymi innymi sprawami. Zwyczajność ustępuje jednak miejsca nadprzyrodzonej mocy, która pojawia się w wyniku pewnego wypadku wspominanego już w poprzednich tomach. Choć koledzy z klasy raz po raz odkrywali swoje nowe, przedziwne zdolności, akurat Jolka na nie nie liczyła, a tymczasem wraz z rozwojem akcji odkrywa swoją łączność z badanym tematem. A przedmiotem lekcji historii są czasy rządów Zygmunta Starego, bo też pan Cebula poleca uczniom sprawdzić, "kto właściwie rządził Polską w XVI wieku?". Pomocnikiem Jolki jest pewien wędrowny... właściwie nie wiadomo, kto, ale jako dodatkowy cel do zbadania ustanawia sobie ona znalezienie książki imć Twardowskiego – tak, tego od księżyca i karczmy "Rzym"! Dzieci włóczą się po szesnastowiecznej Polsce, poznając naturę szlachty, plotki o królu, stają się nawet asystentami maga i pomagają w seansie spirytystycznym.
Dzieje się dużo i śmiesznie, choć niewątpliwie im późniejszy okres historii Polski, tym czytelnicy (a może i ich opiekunowie...) mniej kojarzą autentyczne postacie i wydarzenia, więc pewnie mniej osób skusi się na książkę o tytule "Zygmuncie, i kto tu rządzi?" niż na takie pozycje jak "Mieszko, ty wikingu!" czy "Kazimierzu, skąd ta forsa?". Warto jednak być wiernym serii, bo w tym wypadku każdy następny tom jest równie dobry, jeśli nie lepszy. Dotyczy to nie tylko treści książek, ale również ich oprawy graficznej (autorstwa Artura Nowickiego), która zdaje się nam coraz weselsza, bardziej dopracowana i rozbudowana. Obok portretów i scenek znaleźliśmy tu humorystyczne komentarze do tekstu, jak w przypadku mistrzowskiego zobrazowania kwestii, co przeciętny uczeń chciałby zrobić wynalazcy ortografii. Za wyjątkowo ciekawe, wartościowe i zarazem zabawne (bo jakże trafne!) uznaliśmy w "Zygmuncie, i kto tu rządzi?" komiksowe wstawki, w których przewijają się wzmianki o tradycyjnej polskiej tolerancji, ale i skłonności do propagowania wolności dla wybranych. Ta dychotomia daje do myślenia i warto o niej rozmawiać, czy to w szkole, czy w domu.
Bożena Itoya

Grażyna Bąkiewicz, Zygmuncie, i kto tu rządzi?, ilustrował Artur Nowicki, Nasza Księgarnia, Warszawa 2017.

czwartek, 28 grudnia 2017

Zdarzyło się w Polsce. Walka o wolność



Czwarta odsłona cyklu "Zdarzyło się w Polsce" poświęcona jest okresowi rozbiorów (dokładnie latom 1812-1914) i powinna usatysfakcjonować nie tylko wiernych czytelników serii "A to historia!", ale i osoby sceptycznie nastawione do wychowywania dzieci w kulcie dziewiętnasto- i dwudziestowiecznych ruchów narodowowyzwoleńczych. Dorośli, którzy chcieliby przewartościować rozumienie patriotyzmu, dyskutować na temat potrzeby i sensu wszczynania powstań i wojen, powinni sprawdzić, jak rozsądnie podchodzą do sprawy autorzy zbioru "Walka o wolność. 10 opowiadań z czasów rozbiorów". Nie przeczytamy tu o dzieciach ofiarnie, w kałużach krwi i z bronią w ręku poległych za chwałę ojczyzny, za to poznamy rzetelny, dobrze spisany obraz czasów. Tu młodzi nie giną na barykadach, ale są zaciągani do domu przez dziadka, nieprzyjmowani do Legionów Polskich, mimo próby zawyżania wieku, zniechęcani przez przyjaciół do walki wręcz.

– Na Węgry! Będziesz walczył pod komendą Józefa Bema! On tam nieźle łoi Austriaków, pobił ich w trzydziestu bitwach!
– Nie – odparł spokojnie Ignacy. – Mam już dosyć rewolucji, nie tak chcę zmieniać świat. Wyjeżdżam na studia farmaceutyczne do Krakowa. Dostałem już pozwolenie Mikolascha i zgodę gubernatora Lwowa. O to ostatnie nie było łatwo, bo mam opinię niebezpiecznego buntownika.
Karol osłupiał.
– Jak to?! Więc chcesz mieszać w probówkach, podczas gdy rewolucjoniści walczą o ideały?! Co się z tobą stało?!
– Zmądrzałem – odparł Łukasiewicz. – Nie chcę być przez całe życie pomocnikiem aptekarskim. Zamierzam wiele się nauczyć, a potem pomagać ludziom najlepiej jak umiem. To lepsze niż strzelanie do nich z karabinu albo dźganie bagnetem. A co do ciebie, Karolu... Uwierz starszemu koledze, są lepsze sposoby, aby zapomnieć o dziewczynie, niż udział w wojnie.
/Paweł Wakuła, "Pod szczęśliwą gwiazdą. Wynalazek Ignacego Łukasiewicza"/

W tym tomie na znaczeniu zyskują biograficzne miniatury literackie, obok podtytułów "Napoleon i sprawa polska", "Powstanie listopadowe", "Powstanie styczniowe", "Rewolucja 1905 roku" czy "Legiony Piłsudskiego" pojawiają się bowiem "Pierwszy koncert Fryderyka Chopina", "Dziady Adama Mickiewicza", "Wynalazek Ignacego Łukasiewicza", "W pracowni Jana Matejki" oraz "Młodość Marii Skłodowskiej-Curie". Poszerzają się także horyzonty i paleta barw ilustratora. Na pierwszy rzut oka widać, że to już nowe czasy, historie, twarze i stroje. Tę zmianę cywilizacyjną znakomicie uchwycił Mikołaj Kamler, dodając od siebie interpretacje plastyczne scen i nastrojów opisanych w tekście. Znalazło się i miejsce na dosłowne odwzorowanie tematów zajmujących społeczeństwo polskie, w tym wypadku zaboru austriackiego w roku 1914: widzimy "Gazetę Lwowską" z ważnymi nagłówkami, pobocznymi ogłoszeniami lokalnymi i jednym nadzwyczajnym anonsem literackim z naszych czasów. Obok pożogi i chaosu listopadowej nocy 1830 roku, łuny "czerwonego" powstania łódzkiego (rewolucja 1905 roku) odbijającej się w broni oraz czapie kozaka czy czarno-szarego, jakby popielejącego już tłumu po drugiej stronie ulicznej barykady, szczególnie poruszył nas obraz wojsk napoleońskich zamarzających w marszu przez Rosję. Zupełnie inną atmosferę rozsiewa obrazkowy zapis melodii Fryderyka Chopina, złożony z roślin, ziemi, pluskającej fontanny, pracy kowali, ale i wspomnienia konfrontacji z Rosjanami. Kompozycje muzyczne mieszają się tu z rysunkowymi, dopasowując do tekstu opowiadania (autorstwa Grażyny Bąkiewicz) tak skutecznie, że była to jak dotąd jedyna opowieść o Fryderyku Chopinie, jakiej mój jedenastoletni syn wysłuchał z zainteresowaniem. Również ja czytałam "Frycka" z przyjemnością, bo miejscem akcji są głównie Pałac Saski i Ogród Saski, ważne dla mnie punkty na sentymentalnej mapie Warszawy.
Historie wielkich osobistości są równocześnie portretami czasów. Kazimierz Szymeczko w opowiadaniu "Kto nie był człowiekiem ni razu... Dziady Adama Mickiewicza" pokazuje życie wieszcza w Odessie w 1825 roku, przy okazji określając ogólnie kierunki i przyczyny zesłań Polaków pod zaborem rosyjskim (a także innych mieszkańców Imperium Rosyjskiego). A były to często kary bez winy. Nie wiem, na ile ciężar bezsensu i beznadziei zesłańczego losu odczują młodzi czytelnicy, ale na pewno przypomną sobie o tym opowiadaniu, gdy zaczną omawiać w szkole "Dziady", "Konrada Wallenroda" czy "Sonety krymskie", a powróciwszy do niego będą najlepiej w klasie rozumieć sens, genezę i kontekst twórczości Adama Mickiewicza.
Analogiczne okoliczności doskwierające Polakom pod zaborem austriackim opisuje Paweł Wakuła w utworze "Pod szczęśliwą gwiazdą. Wynalazek Ignacego Łukasiewicza". Akcja opowiadania, wyjątkowo dopracowanego i wszechstronnego, toczy się w latach 1847-1853 we Lwowie. Autor w zrozumiały i ciekawy sposób przybliża i dzieje polityczne, i historię nauki, i języka, bo pojawiają się elementy gwary miejskiej. Te różnorakie dane zostały po mistrzowsku splecione z fikcją literacką, przy czym młody bohater (czternastoletni przyjaciel Ignacego Łukaszewicza) wymyka się schematom: popełnia błędy, ale też ma na koncie dobre i ważne (choć raczej drugoplanowe) uczynki, nie zostaje ocalony z więzienia cudem, tylko wpływami ojca-kupca, poznaje co prawda "księżniczkę" z bajki, ale wcale jej nie zdobywa.
Opowiadania biograficzne z tego tomu są znakomitym ekwiwalentem popularnych, ale zazwyczaj bardzo płytkich opracowań lektur oraz ogólnego, skrótowego sposobu przekazywania wiedzy historycznej (z zakresu dziejów politycznych, kulturowych, literatury) w szkole, odpowiadającego "testowemu" trybowi nauczania. Czytelnik "Walki o wolność" nauczy się czegoś więcej niż wyboru odpowiedzi a), b) lub c). Będzie potrafił odnajdywać i tworzyć powiązania, zależności między ludźmi i dziełami kultury materialnej oraz duchowej, ważnymi postaciami polityki, sztuki, nauki i literatury. Efektem tej lektury jest, jednym słowem, myślenie. Samodzielne, niewymuszone, skutkujące lepszymi wynikami teraz, w szkole, ale też z pewnością procentujące w przyszłości. Jeśli jesteście zainteresowani kształtowaniem w dzieciach zmysłu analitycznego, a nie podsuwaniem im gotowców (słyszałam, że rodzice niekiedy pomagają piątoklasistom, którzy "nie dali rady" lekturze szkolnej!), to opowiadanie "Ku pokrzepieniu serc. W pracowni Jana Matejki" Pawła Wakuły pozwoli uniknąć sięgania po bryki. Jest to znakomite wprowadzenie do dziewiętnastowiecznych utworów literackich i dzieł malarskich omawianych w szkole, a także do wizyt w muzeach.
Grażyna Bąkiewicz opowiadaniem "Mania na uniwersytecie. Młodość Marii Skłodowskiej-Curie" umożliwia z kolei inne od współczesnego, bardziej uniwersalne i przekrojowe spojrzenie na, tak dziś modny, feminizm. Skłodowska to umysł ścisły, a jej życie odpowiadało sposobowi pracy – było olśnienie geniuszu, plan opracowany z laboratoryjną precyzją, konkretne punkty do osiągnięcia, ciężka praca i nareszcie efekt. Nie chodzi tu tylko o polon i rad, ale i o prawa kobiet. Bohaterka, nastoletnia Mania Skłodowska, podaje krótki przepis na udaną emancypację, opartą na współpracy wielu osób i wspomnianej ciężkiej pracy, a nie tyko na jałowym krzyku i bezproduktywnym proteście, tych współczesnych walkach z wiatrakami, odbywanych zza monitora, gdzie kopie zamienione zostały na memy i hasztagi. Znając program pierwszych pięciu klas szkoły podstawowej muszę też zaznaczyć, że Grażyna Bąkiewicz objaśniła pojęcie pozytywizmu bardzo czytelnie, bo w szerszym kontekście. Dzięki temu dzieci nie są zdane tylko na podręczniki do języka polskiego, a zdarzyło nam się, że syn został rzucony na głęboką pozytywistyczną wodę – pierwszym kontaktem z tym nurtem polskiej literatury i kultury była zadana na święta lektura, bez żadnego wprowadzenia. Jeśli nie chcecie, by dla młodszej młodzieży jedynym łącznikiem między "Katarynką" a pozytywizmem było skojarzenie z pozytywką, sami zadbajcie o odpowiednie książki, jak właśnie "Walka o wolność".
Oprócz miniaturowych biografii, w czwartej odsłonie cyklu "Zdarzyło się w Polsce" tradycyjnie znalazły się opowiadania, których najważniejszymi bohaterami są wydarzenia, nie osoby. Istotne według autorów punkty na linii czasu zaborów wskazałam już wyżej, wymieniając podtytuły utworów. Choć zabrzmi to górnolotnie, muszę podkreślić, że teksty te są skarbnicą wiedzy historycznej dla młodszych i starszych nastolatków. Fakty z naszej narodowej przeszłości podano tu bez patosu, z dokładnością niemal doskwierającą fizycznie (temperatury, w których wojsko zamarza w marszu, zapachy oraz wygląd Warszawy pierwszej połowy XIX wieku i inne podobne bodźce). Starsi, ale wciąż będący dziećmi czytelnicy lubią taką bezpośredniość i surowość przekazu, wszak często są też widzami "Gry o tron" czy "Wikingów". Miejmy nadzieję, że "Walka o wolność" (jak i cały cykl "Zdarzyło się w Polsce") dowiedzie, że polska literatura historyczna dla młodych w niczym nie ustępuje okołohistorycznemu fantasy. Mamy w naszych dziejach gotowe scenariusze, owszem, dyskusyjne, ale to dobrze, ponieważ uważam, że o przeszłości trzeba dyskutować, a nie tylko bezmyślnie ją wynosić na piedestał lub potępiać. Autorzy omawianych opowiadań wstrzymują się od głosu, relacjonują na równi podniosłość idei i bestialstwo wojny (w tym powstań). Ocenę podjąć muszą czytelnicy.

Humor kadetom zepsuła wiadomość, że nie udał się zamach na Konstantego. Akcja studentów prowadzona była bez ładu i składu, a zamachowcy nie wiedzieli nawet, gdzie szukać księcia. Strzelali na oślep, ranili prezydenta miasta i wycofali się w popłochu, puszczając w obieg plotkę, że książę uciekł przebrany w kobiecy strój. Prawda była inna, ale kto by to sprawdzał w takim zamieszaniu. Kadeci maszerowali przez wymarłe miasto, coraz bardziej wystraszeni ciszą, bo poza obdartym chłopakiem, którego zmusili, by z nimi szedł, nikt więcej nie zamierzał się przyłączyć. Nie tak wyobrażali sobie tę noc. Spodziewali się tłumów, okrzyków, śpiewów, tymczasem miasto było jak wymarłe. Żaden z generałów, którzy wychodzili im naprzeciw, nie chciał przejąć dowództwa.
– Dzieci, co wy robicie? Uspokójcie się i wracajcie do koszar – mówili, próbując ich powstrzymać.
Zaczęli więc strzelać. zabili ministra wojny, generała Haukego, generała Trembickiego, pułkownika Maciszewskiego i szli dalej. Pietrek był kompletnie oszołomiony. To, co się działo, było jak zły sen, z którego nie mógł się przebudzić.
Jeszcze jeden generał zastąpił im drogę. Kadeci zaczęli krzyczeć z radości:
– Hurra! W tej trudnej godzinie musi pojawić się właściwy człowiek, i pan, generale Potocki, jest tym człowiekiem.
Ale jeśli liczyli, że tamten przejmie dowództwo, mylili się.
– Nie stanę na waszym czele, bo jesteście nikczemni, jesteście mordercy!
Pietrek zamknął oczy, przerażony tym, co się za chwilę stanie. I miał rację, bo usłyszał strzał. Wolał nie oglądać się za siebie.
/Grażyna Bąkiewicz, "Pietrkowe buty. Powstanie listopadowe"/

Nie czytałam nigdy książki dla dzieci lub młodzieży tak mocno i sugestywnie opisującej wybuch powstania listopadowego. To odważne słowa, w tych i każdych innych czasach, jak na kraj, w którym przywykło się gloryfikować ludzi przelewających krew za wolność ojczyzny, nieważne czy robili to rozsądnie, czy niepotrzebnie. Równocześnie "Walka o wolność" odstaje od znanej nam dotychczas beletrystyki historycznej dla dzieci, zazwyczaj podającej tylko jednoznaczne i przeważnie pozytywne oceny walki zbrojnej (u Grażyny Bąkiewicz dostaje się także niewalczącej, ale rozpitej, interesownej i mściwej ludności miejskiej). Cieszę się, że mój syn może czytać różne ujęcia polskich dziejów, dopytywać, samodzielnie szukać odpowiedzi. Kiedyś byłoby to nie do pomyślenia.
Jakość merytoryczna i literacka nie są jedynymi walorami omawianych utworów, do podstawowych zalet dochodzi jeszcze piękny język: literacki, w partiach dialogów zróżnicowany pod względem stylistycznym, czasem wzbogacony słownictwem gwarowym (elementy slangu, regionalizmy, archaizmy). Bardzo dobrze czyta się teksty, których autorzy wierzą w inteligencję młodego czytelnika oraz w słuszność zamieszczania not historycznych (z definicjami wyrazów potencjalnie niezrozumiałych) na końcu publikacji – tak, nadal zdarzają się dziesięcio- i nastolatki, które zapoznają się z przypisami. Cykl "Zdarzyło się w Polsce" należy do nielicznych polskich serii wydawniczych, które nie ograniczają grona młodych odbiorców do nielubiących czytać, autorzy nie starają się dopasować do wszystkich, zachęcić niechętnych, choć też nie trzeba być małym olimpijczykiem, by rozsmakować się w tych opowiadaniach historycznych. Jak każdy dotychczasowy tom tej serii, "Walka o wolność" wypadła według nas lepiej od poprzedniej części, co stawia wysoko poprzeczkę nadchodzącemu finałowi cyklu: "Odzyskanej niepodległości" (podtytuł "Dziesięć opowiadań z czasów XX wieku").
Bożena Itoya

Grażyna Bąkiewicz, Kazimierz Szymeczko, Paweł Wakuła, Walka o wolność. 10 opowiadań z czasów rozbiorów, ilustracje Mikołaj Kamler, cykl: Zdarzyło się w Polsce. Część czwarta, seria: A to historia!, Łódź 2017.

środa, 22 listopada 2017

Bursztynowy szlak. Podarunek królowej Jadwigi


Wielu dziadkom i rodzicom zależy na zaszczepieniu dzieciom pasji historycznej, tylko jak to zrobić? Może wystarczy sprawić przedszkolakowi przebranie rycerza i drewniany rynsztunek? Niektórzy polegają na dobrym przykładzie, od najmłodszych lat otaczając potomka "dorosłymi" publikacjami historycznymi (krytycznymi, beletrystycznymi), które sami czytają, portretami, dokumentami, sepiowymi fotografiami i pamiątkami po przodkach. Inni na własną rękę uczą dziejów kraju i świata, narzucając jednak pewien pryzmat – własną ocenę, bo przecież w takich opowieściach wartościujemy wydarzenia oraz osoby. Każda z wymienionych dróg będzie dobra, jeśli choć trochę podziała i młody człowiek zdobędzie jako taką orientację, pozwalającą na bezbolesną, a nawet przyjemną naukę historii w szkole. Przedmiot ten pojawia się w czwartej klasie szkoły podstawowej, ale już wcześniej wprowadzane są jego elementy, a we wszelkich akademiach uczestniczą nawet przedszkolaki, więc i najmłodszym dzieciom należy umożliwić kontakt z historią pisaną. Nie musimy już w domowej edukacji historycznej ograniczać się do poważnych, profesjonalnych lektur. Po cyklu opowiadań "Zdarzyło się w Polsce", adresowanym do starszych uczniów szkoły podstawowej, oraz kilku powieściach dla nastolatków, wydawnictwo Literatura rozbudowało serię "A to historia!" o blok krótkich książek dla przedszkolaków i początkujących uczniów. Co roku na warszawskich Targach Książki Historycznej obserwuję kolejki przy stoisku wydawnictwa Literatura i zastanawiam się, dla kogo kupowane są te książki, jaki będzie ich odbiór, czy ci czytelnicy wrócą tu za rok. Tego ostatniego można być już właściwie pewnym. Nowa seria jest tak łatwo przyswajalna i uniwersalna, że trudno o lepszą zachętę do zgłębiania tajników dawnych stuleci. To pierwszy poziom, po którego osiągnięciu chce się zdobyć kolejny – przeczytać opowiadania o Piastach, Jagiellonach, Rzeczpospolitej szlacheckiej, rozbiorach i wolnej Polsce, by przejść na ostatni stopień wtajemniczenia, czyli do rozmaitych powieści Zuzanny Orlińskiej, Katarzyny Ryrych oraz Grażyny Bąkiewicz.
"Bursztynowy szlak" oraz "Podarunek królowej Jadwigi" to dwa (wydane osobno) opowiadania o treści i stylistyce zbliżonej do baśni lub legendy, ale napisane współczesnym językiem, jak zwykła beletrystyka. Tekst opatrzono dużymi (format zbliżony do A4), kolorowymi ilustracjami, stosując układ jedna strona tekstu – jeden całostronicowy obrazek.
Książka "Bursztynowy szlak" przyciągnęła mnie i syna nazwiskiem autorki, czytywanej przez nas regularnie. Zwróciliśmy też uwagę na nietypową szatę graficzną: delikatnie stylizowane, kilkupłaszczyznowe ilustracje, lekko (celowo) pościerane, starodawne napisy w kolorze bursztynu oraz morza na twardej, ciemnej okładce oraz wycięte w niej okienko ze złoceniem i widokiem na kulminacyjną scenę opowieści. A jest to historia o dawnej Europie i ziemiach polskich sprzed czasów Słowian. Tę antyczność czujemy od początku do schyłku pięknie niezakończonej przygody.
Na pierwszej ilustracji widzimy dwóch chłopców pod tym samym bursztynowym słońcem, ale rozdzielonych rozgałęzioną konstrukcją, którą można interpretować jako bursztynowy szlak lub bursztynodajne drzewo, a może nawet korzenie naszej kultury?

Dawno, dawno temu, na przełomie er, żyło dwóch chłopców. Jeden miał na imię Lisyniusz, drugi Farko. Mieszkali na dwóch końcach tej samej drogi. Jeden na jej początku, drugi na końcu. A droga była długa, tak długa, ze wydawała się łączyć dwa różne światy. Właściwie nie było szansy, by Lisyniusz i Farko kiedykolwiek się spotkali. Ale życie bywa dziwne.

Jak to bywa w prawdziwych przygodach, wszystko zaczyna się od nudy i nieprzystosowania do otoczenia. Lisyniusza poznajemy, gdy zadaje pytanie "Daleko jeszcze?" swojemu ojcu, rzymskiemu kupcowi, przez wiele tygodni zmierzającemu nad Bałtyk, by tam wymienić żelazne noże, miecze, siekiery i ostrza do włóczni na bursztyn. O celu swojej podróży chłopiec wie niewiele, za to dużo sobie wyobraża.

– A jacy ludzie tam mieszkają? Podobno mają dzioby i pióra zamiast włosów.
– Nie wierz we wszystko, co usłyszysz – prychnął tata. – Ludzie znad Bałtyku nie różnią się niczym od nas. Ale wśród nich też pewnie są tacy, co myślą, że to my mamy dzioby zamiast nosów i skrzydła zamiast rąk.

A na drugim krańcu nitki tej drogi mieszka Farko, żyjąc skromniej, w odmiennym klimacie, z innymi troskami, ale podobnymi rozmyślaniami o odległych krainach. To jakby literacka realizacja twierdzenia, że wszystkie dzieci są jednakowe, mają takie same serca i marzenia, a także prawa do uwagi oraz szczęścia.

Potem mrużąc oczy od słonecznego blasku, patrzył na ptaki lecące kluczem wysoko na niebie. "Odlatują do krajów, gdzie nie ma zimy", mówił dziadek. Dowiedział się tego od kupców, którzy za czasów jego młodości przyjechali po jantar. Farko nie bardzo wierzył w te opowieści. No, bo jak może nie być zimy? Ale patrząc na niknący w oddali klucz, pomyślał, że może istnieją dwa różne światy? Chętnie by to sprawdził, ale jeszcze był za mały. Co prawda już rok temu miał postrzyżyny i przeszedł spod opieki matki pod władzę ojca, ale musiało minąć jeszcze trochę czasu, by urósł, nabrał sił i mógł podejmować własne decyzje.
– Może za jakiś czas... – mruknął i zaraz westchnął żałośnie: – Albo i nie.
W jego rodzinie wszyscy od wieków byli rybakami, więc i on nim zostanie. A jako rybak nie będzie miał wielkiej szansy, by wybrać się gdzieś indziej niż łodzią na połów.

Farko jako rybak... Czy to na pewno jego przeznaczenie? W następnym segmencie opowieści dowiadujemy się, że jest on w pewnym sensie wyklęty, bo nie może wytrzymać na morzu, cierpiąc na zawroty głowy i stany lękowe. Być wykluczonym ze wspólnoty pracujących mężczyzn, to chyba największy koszmar chłopca dorastającego w tamtych czasach. Znalezienie wyjątkowego jantaru stanowi pewną pociechę, a przede wszystkim ten mały skarb pociągnie opowieść dalej i, choć nie jest bardzo ciężki, przeważy w sprawie dalszych losów Farko.

Lubił zbierać słoneczne kamyki, szczególnie odkąd dowiedział się od dziadka, że to okruchy pałacu bogini Juraty. Dzisiaj jednak miał pecha, bo nie znalazł nawet kawałka bursztynu.
– Co za dzień! – jęknął. – Nic mi się nie udaje.
W końcu wypatrzył krążące nad czymś mewy, a chwilę potem dostrzegł unoszący się na falach niedaleko brzegu kłąb wodorostów. Namęczył się, nim wciągnął je na piasek, ale warto było, bo pod liśćmi przyklejone były bursztyny. Niewielkie i zaledwie garstka, ale dobre i to. Już miał wrzucić rośliny do wody, gdy poczuł pod ręką jeszcze jeden kawałek. Bursztyn miał piękny żółty kolor, a w jego wnętrzu zatopiona była mucha. Kolorowe skrzydła miała rozłożone jak do lotu, a otwartymi oczami spoglądała wprost na Farko.

Zacytowany fragment ożywił moje wspomnienia z dzieciństwa, czas grzebania w piachu, pod wodorostami wyrzuconymi na brzeg, w poszukiwaniu choćby najmniejszych bursztynów... Cóż, nadal mi została ta fascynacja. I jeszcze to znalezisko Farko, kojarzące się z "Parkiem Jurajskim" – nie ma co ukrywać, że nie tylko mojemu synowi lektura "Bursztynowego szlaku" sprawiła przyjemność.
Opowieść Grażyny Bąkiewicz jest bardzo ciekawa, zarówno z uwagi na zetknięcie dwóch odmiennych kultur, jak i pewną surowość relacji o czasach, w których także człowiek bywał towarem, wycenianym ze względu na swoją użyteczność. Doceniam również sztukę pisarską autorki, bo tylko prawdziwy artysta pióra potrafi stworzyć tak przyjemny w odbiorze tekst, niezwykły nastrój oraz scenariusz. Gdyby "Bursztynowy szlak" doczekał się ekranizacji, mógłby stać się małym dziełem sztuki filmowej, ale też zjawiskiem kultury popularnej, takim "Gladiatorem" dla dzieci.
"Podarunek królowej Jadwigi" Beaty Ostrowickiej wpisuje się w trend beletrystyki historycznej czerpiący z fantastyki naukowej, bo dzielący akcję między dwa plany czasowe. Współczesny bohater dziecięcy, tu jest nim siedmioletni Jasiek, podróżuje w czasie, w tym wypadku do średniowiecza za panowania królowej Jadwigi, gdzie staje się naocznym świadkiem wspaniałomyślności władczyni oraz spotyka swojego przodka. W opowiadaniu Beaty Ostrowickiej spodobały nam się okoliczności oraz towarzystwo, w jakich chłopiec przeskakuje o ponad sześćset lat wstecz.

(...) Nie chcesz, to nie – wstaję, a ptak lekko wzbija się w górę i przysiada mi na ramieniu.
– Jasiek, będziesz mieć superzdjęcie – cieszy się mama. – Oj, zmień minę. Może zamiast tej zasępionej po prostu się uśmiechnij.
Nie jestem zasępiony, cokolwiek to znaczy. Jestem zdziwiony aż po końce włosów, aż po czubek zadartego nosa. Bo srebrny grucha mi do ucha, a ja wszystko rozumiem.
– Niebywałe, niebywałe. Te kolory, gru gru. Rzadko spotykane.
– No, wszyscy w klasie mi zazdrościli – odpowiadam z dumą. – Fajnie się w nich biega. I na rowerze jeździ.
– Oj, ja nie o ciżmach.
– To o czym?
– O twoich oczach, gru gru.
Krzywię się, humor mi się psuje. Musiał przypominać, że jedno oko mam zielone, a drugie niebieskie? Mało mi w szkole dokuczają?
– Jest w tobie cząstka krwi Jana– grucha ptak. – Masz dwukolorowe oczy. Zwróciłeś uwagę na chromego ptaka. Coś ci pokażę. Nie bój się.
– Nie boję się – prycham. Co to chromy ptak?
– Kulawy. Czyli ja.
– Zdjęcie zrobione... – Czekaj, dzwoni – mama wyjmuje z kieszeni telefon. – To z pracy – wzdycha i daje znak, że zaraz wraca, a ja mam się nie oddalać.
Coś mi się jeszcze przypomina.
– A te piżmy?
– Ciżmy, czyli buty, gruu, gruu.
Mama skończyła rozmowę i macha do mnie.
– Jasiek, wchodzę do sklepu. Tego z aniołami. Kupię coś na pamiątkę. Poczekaj tu na mnie, okej?
– Okej, okej – mruczę.
– Gru, gru, zanim mama wróci, będziemy z powrotem. Nie bój się – powtarza.
– Dobra – podejmuję decyzję.
A wtedy Srebrny uderza mnie dziobem w czoło. Trzy razy. Delikatnie.

Interesująco wypada jeszcze jeden, polonijny wątek, który wpływa na wykrzesanie tej przygody. Jasiek ma bowiem polskie imię, ale mieszka w Anglii, a jego ojciec jest Anglikiem. Mimo to chłopiec dobrze zna Kraków, w którym rozgrywa się akcja opowiadania (niezależne od aktualnego czasu i postaci, w jakich funkcjonuje bohater). Nie rozumie natomiast niektórych staropolskich słów, poznając je dopiero w rozmowie z gołębiem.
Ilustracje autorstwa Marcina Bruchnalskiego koncentrują się na wybranych scenach z życia dawnego Krakowa, przy czym są pokazane tak, jak widzi je bohater, jego samego nie zobaczymy (poza niewielkim, niewyraźnym, bo oddalonym portretem dwóch podróżników w czasie). Współczesność w sferze ilustracji nie istnieje, co wydaje się dobrą decyzją, bo uniknięto rysunkowych "spoilerów" (dzieci uwielbiają z nich korzystać i po zapoznaniu się z tym, co będzie, odmawiać dalszego czytania), a partie tekstu dotyczące XXI wieku i tak wyróżniono inną czcionką. Kadry z życia krakowskiego średniowiecza są realistyczne, lupa ilustratora skierowana została na pracę rozmaitych fachów oraz stroje różnych stanów, a w stole odbijają się nawet odpowiednie fragmenty otoczenia. Ponadto podziwiamy rysunki jasne i pogodne, jak zawsze u tego artysty. Dla rozweselenia atmosfery pojawiają się też krewni naszego ulubionego kota Cagliostro (seria książek ilustrowanych przez Marcina Bruchnalskiego). Oryginalnym rozwiązaniem jest wyjście obrazem poza treść opowiadania, którego zakończenie częściowo zostało dopowiedziane ostatnimi dwiema ilustracjami.
Dalej czytelnikowi pozostaje rozważanie charakterystyczne dla wszystkich pasjonatów science-fiction: czy bohater narodziłby się, gdyby sytuacja z przeszłości, której był świadkiem lub uczestnikiem, przebiegła inaczej? Może wtedy zniknąłby ze współczesności? A my, czy nie przestaniemy istnieć, jeżeli będziemy pomijać ważne momenty naszej historii? Jeśli nieprzeczytanie takiej pozornie niewielkiej "książeczki" będzie miało w przyszłości naszego dziecka jakieś doniosłe, teraz trudne do przewidzenia skutki – co wtedy? Lepiej nie igrajcie z losem i przeskakujcie w przeszłość jak najczęściej, by nie żałować straconej teraźniejszości, gdy już nadejdzie przyszłość młodego człowieka.
Bożena Itoya

Grażyna Bąkiewicz, Bursztynowy szlak, ilustracje Ewa Beniak-Haremska, Wydawnictwo Literatura, Łódź 2017.
Beata Ostrowicka, Podarunek królowej Jadwigi, ilustracje Marcin Bruchnalski, Wydawnictwo Literatura, Łódź 2017.

poniedziałek, 20 listopada 2017

Husarskie skrzydła


Zastanawialiście się kiedyś, w jaki sposób powstaje książka dla dzieci? Jak wygląda proces twórczy? Trochę natchnienia, szczypta nawiązań, nutka edukacji, bach bach, jeszcze ilustracje i już jest książeczka? A co, jeśli adresatem ma być nieco starsze dziecko, na przykład jedenastolatek, tematem historia Polski, a formą beletrystyka? Czy właśnie tak Henryk Sienkiewicz pisał "W pustyni i w puszczy" albo "Krzyżaków", nie mówiąc już o "Panu Wołodyjowskim"? Tu na pewno można mówić o ciężkiej pisarskiej pracy. W "Husarskich skrzydłach. 10 opowiadaniach z czasów Rzeczpospolitej szlacheckiej" nie zauważycie wysiłku twórczego, bo autorskie trio (Grażyna Bąkiewicz, Paweł Wakuła, Kazimierz Szymeczko) napisało książkę lekko i naturalnie, po prostu świetnie, jednak w jej powstanie wyraźnie włożono wiele pracy i dobrego warsztatu pisarskiego. Zwykła kwerenda historyczna nie wystarczy, by powołać do życia bohaterów tak barwnych, realistycznych i ciekawych. Jeśli lubiliście Jagienkę ze Zgorzelic, mieliście sentyment do Basi Wołodyjowskiej, to koniecznie poznajcie Zuzannę Bobolę z "Raptus puellae" Pawła Wakuły i cały orszak postaci występujących w tym zbiorze literackich miniatur historycznych.
Opowiadania obejmują okres od 1573 do 1794 roku, to jest od czasów Henryka Walezego, przez władanie Stefana Batorego, Zygmunta III Wazy, Jana II Kazimierza, Jana III Sobieskiego, Stanisława Leszczyńskiego do Stanisława Augusta Poniatowskiego, którego kojarzy większość dzieci, ale niektórych jego poprzedników – niekoniecznie. W spisie treści pod tytułem danego utworu podano lata, w jakich toczy się akcja oraz aktualnego króla, więc czytelnik już tutaj może się sporo nauczyć. Nie wyszczególniono natomiast miejsca akcji, to trzeba już wyczytać z pełnego tekstu. Jestem pewna, że wielu rówieśników mojego syna zdziwiłoby się, czemu w książce o historii Polski znalazły się opowieści o dzisiejszej Białorusi, Ukrainie, Rosji, a czasem jeszcze odleglejszych krainach. Ano właśnie, nawet powierzchowna analiza zawartości tego tomu wiele daje czytelnikom, ośmielę się twierdzić, że więcej niż tradycyjna szkolna lekcja. Tu czuć ożywionego ducha i czasów, i miejsc, a podręcznik to tylko słowa, reprodukcje, mapy. Ja (i pewnie liczni reprezentanci mojego pokolenia) więcej nauczyłam się o Rzeczpospolitej szlacheckiej czytając trylogię Sienkiewicza, niż ucząc do klasówek oraz matury. "Husarskie skrzydła" są dobrym wstępem do poważniejszych lektur i etapów edukacji.
Grażyna Bąkiewicz napisała na potrzeby tego tomu dwa opowiadania: "Kolorowego ptaka" oraz "Od Sasa do Lasa". Pierwsze z nich otwiera zbiór i widok na dwór królewny Anny Jagiellonki. Obserwujemy zamieszanie elekcyjne, przyjazd Henryka Walezego do Krakowa i dziwne zwyczaje jego otoczenia. Wielka polityka przeplata się z kuchennymi plotkami, a całość czyta się przyjemnie i z zainteresowaniem. Dziewczęca bohaterka – szlachcianka, dwórka Anny Jagiellonki, gwarantuje, że nie jest to lektura tylko dla chłopców, jak często bywają szufladkowane powieści i opowiadania historyczne.
W drugim opowiadaniu Grażyny Bąkiewicz poznajemy z kolei Marcyjankę, dziewczynkę ze wsi leżącej na trasie ucieczki rodziny Stanisława Leszczyńskiego. Autorka dobrze scharakteryzowała skomplikowaną sytuację polityczną roku 1709, oczywiście nie wdając się w szczegóły, których dziecko by nie zrozumiało. Ciekawie wypadło również zetknięcie dwóch światów, zazwyczaj dla siebie niedostępnych: rodziny królewskiej oraz chłopów.
Kazimierz Szymeczko jest autorem czterech opowiadań ujętych w zbiorze "Husarskie skrzydła": "Spotkania Pod Fortuną", "Ducha wuja Samuela", "Wrócę przed żniwami" oraz "Prezentu na Boże Narodzenie". Pierwsze z nich, "Spotkanie pod Fortuną", relacjonuje rozmowy (fikcyjne, choć silnie związane z rzeczywistością), jakie w 1576 prowadził Jan Kochanowski z Mikołajem Rejem synem na temat poezji, języka polskiego oraz innych ówcześnie ważnych kwestii. Jest to dość trudny tekst, bo niewiele w nim przygody, a dużo rozważań, ale dziesięcio- czy jedenastolatek na pewno sobie z nim poradzi, a skondensowana wiedza o epoce przemawia za tym, by opowiadanie omawiać w szkołach. Jako dodatkowy materiał można wykorzystać również notę historyczną, którą zostało zakończone, przy czym komentarz ma charakter wartościujący, to znaczy sugeruje czytelnikowi, jak należy oceniać poruszane sprawy i portretowane osoby ("W tym utalentowanym gronie...", "Pierwsi pisarze kształtujący języki narodowe zasługują na szczególne uznanie..."). Na końcu zbioru znajdziemy też krótki słowniczek do każdego opowiadania.
Bardzo interesująco wypada "Duch wuja Samuela", szczera i przez to dwuznaczna (moralnie, etycznie) opowieść z czasów Stefana Batorego.

Wuj Andrzej podniósł naczynie, ukłonił się lekko Semenowi, a głębiej drzwiom, za którymi znajdowała się trumna brata, i wypił kilka łyków wina.
– Dobre, mołdawskie – otarł usta rękawem.
– Ech... Podokazywaliśmy w Mołdawii z batką Samuelem. Dobre to były czasy.
– Podobno wyprawialiście się jeszcze dalej? – spytał chłopiec.
– A jakże! Tłukliśmy Rusinów, Turków, a nawet, au! – przerwał, bo wuj Jędrzej trzepnął go w ucho.
– Na pograniczu różnie bywa. Nie trzeba o wszystkim opowiadać. Czasami się spali jakąś wieś przez pomyłkę i mogą być nieprzyjemności – mruknął Jędrzej.
– Kto by pytał, do kogo należy jakiś graniczny zameczek? – wzruszył ramionami Kozak.
– Oblegaliście zamki? – spytał Dominik.
– Wielkie tam oblężenie. Spaliliśmy kilka, jak to na wojnie, a potem się okazało, że dwa należały do kanclerza Zamoyskiego. Ot, przykre nieporozumienie. Kto by się przejmował byle wioską – Semen pociągnął z gąsiorka.
Dominik słyszał już, że wuj Samuel brał udział w wyprawie Batorego przeciw carowi Iwanowi Groźnemu. Banita miał nadzieję, że odkupi winy na polu walki i odzyska dobre imię. Niestety, i przed wojną, i po niej pustoszył z Kozakami pogranicze tureckie. Co tam robił, lepiej było nie pytać. Doszło do tego, że sułtan Murad III zagroził Polsce wojną, jeśli winni nie zostaną ukarani.

W tej historii wędrujemy między 1574 a 1584 rokiem, a autor wywołuje dla nas demony i widma polskiej historii. Niech czyta, kto ma odwagę.
Nie wszystko w naszych dziejach jest czytelne i możliwe do zamknięcia w kilku datach oraz prostych stwierdzeniach. Kazimierz Szymeczko zadał sobie wiele trudu, by te co trudniejsze zagadnienia rozsnuć w opowiadania przyswajalne i ciekawe dla młodych czytelników. Wielonarodowościowe tradycje Polski, powstanie pod wodzą Bohdana Chmielnickiego, "potop szwedzki" – czy myśleliście, że takie kwestie można rozpisać na beletrystykę adresowaną do osób całkiem młodych, które w szkole dobrną do tych tematów dopiero za kilka lat? Moim zdaniem Kazimierz Szymeczko z tej wielkiej próby wyszedł obronną ręką, czego dowodzą także opowiadania "Wrócę przed żniwami" oraz "Prezent na Boże Narodzenie".
Również Paweł Wakuła przygotował cztery utwory i są to, według mnie i mojego syna, najmocniejsze punkty tej odsłony cyklu "Zdarzyło się w Polsce": "Raptus puellae", "Szlachecki honor", "Kawa po wiedeńsku" oraz "Szewska pasja". Akcja "Raptus puellae" rozpoczyna się na Kremlu w 1606 roku, a oprócz historycznych wydarzeń młody czytelnik liźnie tu nieco łaciny, staropolszczyzny, ówczesnych obyczajów i geografii, bo jest to po części opowiadanie drogi.

Zuzanna niechętnie zerknęła na odległy koniec stołu. Tkwił tam nastroszony jak raróg młodzieniec. Od razu widać, że nikt znaczny, usadzili go za daleko od możnych... Polak, Rusin czy Litwin... nie wiadomo. A może jeden z tutejszych, moskwicin?
Dziewczyna znowu obrzuciła wzrokiem ponurego kawalera.
– Nie dla psa kiełbasa... – uśmiechnęła się mimo woli.
Do fraucymeru carycy Maryny należały wyłącznie dziewczęta z dobrych szlacheckich rodów spokrewnionych z Mniszchami, ochmistrzyni Barbara Kazanowska miała na to wielkie baczenie. Zuzanna Bobola nie była co prawda senatorską córką, ale sroce spod ogona nie wypadła! Każdy w Polsce wie, kto są Bobolowie! Gdzie do nich takiemu chudopachołkowi?
Nieznajomy chyba opacznie zrozumiał jej uśmiech, bo podszedł, zdjął czapkę i skłonił się do samej ziemi, zamiatając czaplim piórem podłogę.
– Wyświadczysz mi, waćpanna, łaskę? Zatańczysz ze mną?
– Zaszczyt to dla mnie – zaszczebiotała przyjmująca zaproszenie do chodzonego. Kątem oka złowiła pełen niedowierzania wzrok przyjaciółki i surowe spojrzenie ochmistrzyni Kazanowskiej.
Ruszyli w korowodzie par w takt granej przez kapelę muzyki. Dopiero teraz uważniej przyjrzałam się swojemu wielbicielowi. Młody był, kilka lat starszy od niej, wąs nad wargą ledwo mu się sypał. Wysoki, szczupły, jasnowłosy... Żeby się jeszcze choć odrobinę uśmiechał!
– Panna rozkwitasz na tej sali jak róża w rajskim ogrodzie... – wysilił się na nędzny komplement.
– Naprawdę? – zatrzepotała rzęsami. – Pan chciałbyś zostać moim ogrodnikiem? A wiesz, że róże mają kolce? Można się zakłuć w palec!
Gołowąs zrobił się czerwony na twarzy.

Piętnastoletnia bohaterka jest świadkiem "Krwawej jutrzni", zostaje wywieziona z Moskwy przez paskudnego, interesownego typa, który chce ją zmusić do małżeństwa. Z odsieczą przybywa niedoceniany tancerz, jak się okazuje świetny szermierz, zasłużony żołnierz i uczciwy człowiek. Historia jest nietypowa pod wieloma względami: tematyki, bohaterów, języka, zakończenia. To małe arcydzieło, do którego na pewno jeszcze wrócimy.
O wielkich przygodach, sporach i brutalności tamtych czasów przeczytamy także w "Szlacheckim honorze". Kilkadziesiąt lat po akcji poprzedniej opowieści dwóch bieszczadzkich chłopców kłóci się o korzenie swojego szlachectwa. Dzięki tej zwadzie, opowieści szacownego dziada jednego z młodzieńców oraz zachowaniu ojca drugiego chłopca, dowiadujemy się, jak to wówczas bywało ze szlachetnością szlachty. Poznamy też kulisy obrony Chocimia, bo główny tor opowieści płynie w okolicach roku 1621, gdy relacjonujący swoją historię dziadek nie był jeszcze nawet ojcem.
Niezwykłe czyny i słynne oblężenie Wiednia (1683) przybliżył Paweł Wakuła w opowiadaniu "Kawa po wiedeńsku". Będą fortele, tytułowe husarskie skrzydła, będzie i zabawnie, i emocjonująco. To kawał dobrej literatury, a dodatkowo skuteczna forma zainteresowania młodszych nastolatków historią. Mój syn dzięki "Kawie po wiedeńsku" i kilku podobnym utworom lubi uczyć się tego przedmiotu jak mało którego.
Opowiadanie "Szewska pasja" zamyka tom "Husarskie skrzydła" i niejako wprowadza cykl "Zdarzyło się w Polsce" w nowe, złe czasy. Dzięki ciekawskim bohaterom, rówieśnikom czytelnika, z bardzo bliska obserwujemy insurekcję warszawską z 1794 roku, a zatem epizod insurekcji kościuszkowskiej. Jak się łatwo domyślić, tytułową pasję przejawia sam Jan Kiliński. Równie gwałtowne są porywy serc nastoletnich wychowanków i służby Szkoły Rycerskiej, współspiskowców i uczestników walki wręcz. Finał książki jest smutny, ale w końcu nie inaczej było ze sławetną Rzeczpospolitą szlachecką, a ci autorzy nie mydlą oczu młodemu odbiorcy. Swoją drogą, opowiadania doprawiono zabawami językowymi, zwłaszcza nawiązaniami do polskiej frazeologii, o czym świadczy choćby tytuł ostatniego tekstu. Jeszcze raz podkreślę więc, że omawiany tom ma nie tylko dużą wartość merytoryczną i dydaktyczną, ale też literacką i artystyczną.
Zbiór "Husarskie skrzydła" wyróżnia się na polskim rynku książki, mimo tak dużej popularności pozycji beletrystycznych o tematyce historycznej adresowanych do młodszej młodzieży. Po pierwsze, w takich utworach autorzy przeważnie wykorzystują motyw podróży w czasie, by przybliżyć współczesnym, często opornym czytelnikom dawne i nowsze dzieje Polski. W tej publikacji jednak nie doświadczymy fantastyki, oczywiście w beletrystyce nie obędzie się bez fikcji literackiej, ale nawet niektórzy bohaterowie pierwszoplanowi są autentycznymi postaciami historycznymi, a jeśli nie, to stykają się z nimi w swoich przygodach. Innym, chyba najistotniejszym czynnikiem decydującym o oryginalności treści tej książki jest jej surowość, bezkompromisowość. Autorzy znakomicie dali nam odczuć realia epoki, oddali je słowem i obrazem. Jest tu trochę brzydoty, brudu, kurzu i postaw, które trudno jednoznacznie ocenić. Jak to z historią bywa, prawda i dobro okazują się pojęciami względnymi.
Tradycyjnie przy lekturze cyklu "Zdarzyło się w Polsce" dużo czasu spędziliśmy na wpatrywaniu się w ilustracje Mikołaja Kamlera. Zaczęliśmy od zajrzenia za kotary przysłaniające okładkę, przy czym na tylnej znalazła się mała metafora czasów, o których opowiada ten tom: ciemna noc, samotny jeździec, drzewo i burza w szczerym polu. Działa w opowiadaniu "Prezent na Boże Narodzenie" strzelają od jednego do drugiego krańca tekstu, komentując go, opatrując historię historyjką obrazkową o dwóch stronach tego samego konfliktu. Oczywiście prace Mikołaja Kamlera mieszczą się w ramach ilustracji książkowej (choć nie całkiem tradycyjnej), a nie książki obrazowej wczepianej niekiedy w literaturę. I dla nas tak właśnie jest dobrze, najlepiej, jak może być w ilustrowanej literaturze historycznej dla dzieci i młodzieży. Z inną szatą graficzną cykl "Zdarzyło się w Polsce" nie byłby dla mnie i mojego syna aż tak ciekawy i cenny. Przed nami lektura czwartego tomu – "Walka o wolność", czekamy na wydanie piątego – "Odzyskana niepodległość", by oglądać do woli błyszczące na okładkach orły, godła Polski z różnych okresów jej dziejów (w tym orła, który będzie widoczny dopiero po zestawieniu ze sobą pięciu grzbietów serii).
Bożena Itoya

Grażyna Bąkiewicz, Kazimierz Szymeczko, Paweł Wakuła, Husarskie skrzydła. 10 opowiadań z czasów Rzeczpospolitej szlacheckiej, ilustrował Mikołaj Kamler, seria: A to historia!, cykl: Zdarzyło się w Polsce, część trzecia, Wydawnictwo Literatura, Łódź 2017.