cudanakiju.pl

cudanakiju.pl
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Literatura. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Literatura. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 28 października 2021

Czemu tata siedzi w garnku?


Szczęśliwi, których ulubionymi autorami są współcześni polscy pisarze publikujący w wydawnictwie Literatura. Tu ukazuje się tak dużo i często, że niekiedy trudno nadążyć. Nowości, wznowienia, zmiany układów autorsko-ilustratorskich, no po prostu wielkie bogactwo i raj czytelnika lubiącego mieć wybór. Ja na przykład uwielbiam przebierać między książkami Pawła Beręsewicza, które już czytałam i które dopiero pojawiły się na rynku. Zazwyczaj wygrywają te drugie, tym razem musiałam czym prędzej dowiedzieć się "Czemu tata siedzi w garnku?".

Specjaliści od reklamy pewnie powiedzieliby, że "wow!", chwytliwy tytuł to połowa sukcesu książki. Paweł Beręsewicz jest co prawda mistrzem w tej dziedzinie, ale intrygujący tytuł to jeszcze nic, koncept fabularny przebija tu zdolności marketingowe autora. Opowiadania powstałe we współpracy z ilustratorką Asią Gwis tworzą rodzinny album zdjęć z dzieciństwa pewnego taty. Poszczególne ujęcia fotograficzne rozwijane są w cudowne, nieco fantazyjne historie przez dziadka-bajarza, a pytania, to tytułowe i będące tytułem każdego kolejnego opowiadania, zadaje kilkuletni synek taty-niegdyś-bobasa.

– No a co z tymi butami, dziadek? Po co tacie buty, skoro śpi? – Na razie śpi. Ale na tym zdjęciu jeszcze się nie stało to, co się stało zaraz potem. – A co się stało? – Ziemia się zatrzęsła, pociemniało, zaryczało... – I co to było? – Chyba dinozaur. W każdym razie trzeba było szybko uciekać. – I uciekliście? – Tylko dzięki temu, że nie musieliśmy zakładać tacie butów.

Czytając "Czemu tata siedzi w garnku?" zaznałam wielkiej pociechy – nie jesteśmy jedyną szaloną rodziną! To opowieści o dziecku wybierającym się do wojska, a trafiającym do garnka, dla ludzi, którzy zazdroszczą odkurzaczom i sami zaczynają wciągać piasek. Żyją z tygrysami i małymi siostrami w parkowych kałużach. Chowają kluczyki w brzuchu, wmawiają radiu swoje własne wiadomości i mijają się z przeznaczeniem, gdy piłka do gry przepowiada im karierę Leo Messiego. Jeśli wydaje się wam, że nie przeżyliście nic podobnego, upewnijcie się sięgając po tę książkę. Może tylko niewłaściwie interpretowaliście zdarzenia z dzieciństwa waszego, waszych dzieci lub wnuków?

Potem śmiertelnie się pogniewali i nie odzywali się do siebie aż do kolacji. Od tamtej pory wszystko już było normalnie. Twój tata i twoja ciocia kłócili się regularnie co trzy i pół dnia, a przez resztę tygodnia nawet trochę się lubili.

Przenikliwość autora w materii stosunków rodzinnych świadczy o latach wnikliwych badań empirycznych. Już wcześniejsze prace, jak seria o rodzinie Ciumków czy "Na przykład Małgośka", stanowiły cenny wkład w nauki o wesołych familiach, ale najnowsza książka sięga dalej, głębiej w historię. Można by wręcz pokusić się o przypuszczenie, że chłopcem pięknie odmalowanym przez Asię Gwis jest sam pisarz. Wątpliwości naszły mnie jednak w rozdziale omawiającym stosunkowo nową dyscyplinę sportową: wyścig po dziecięcy wózek zakupowy w supermarkecie. Jak zapewne wiecie, tych samochodzików czy innych ozdobnych pojazdów nigdy nie starcza w kluczowych dniach i godzinach tygodnia, dlatego też dziadek opowiada wnukowi, jak z wielkim poświęceniem podjął bieg po ostatni wózek-samochodzik oraz dlaczego tata śpi za kierownicą. Historyjkia Pawła Beręsewicza zachęcą was do wielu rodzinnych aktywności, może niekoniecznie do takiej sztafety, ale na przykład do stworzenia cowieczornego rytuału czytania, najlepiej z dziadkami i z rodzinnymi albumami. Na rozgrzewkę polecam lekturę spisu treści "Czemu tata siedzi w garnku?", my już na tym etapie bawiliśmy się świetnie. 
 

Bożena Itoya
 

Paweł Beręsewicz, Czemu tata siedzi w garnku?, ilustracje Asia Gwis, Wydawnictwo Literatura, Łódź 2021.

wtorek, 23 lutego 2021

Świat Mundka

 

Katarzyna Wasilkowska napisała nietypową powieść dla młodzieży (zwłaszcza młodszej) i chwała jej za to. Oczywiście, mój odbiór prawdopodobnie różni się zarówno od wrażeń innych czytelników, jak i zamierzeń samej pisarki, w końcu książka przepuszczona przez filtr czytelnika może już nie być tym, czym stworzył ją autor. Dla mnie okazała się ulotna, ciepła i pachnąca jak późne letnie popołudnie, jednak niekiedy ciężka i gęsta jak bryły zlodowaciałego śniegu zbitego z grudami błota i piachu, blokujące przejścia dla pieszych, ścieżki rowerowe i wysiadanie na przystankach komunikacji miejskiej. Nie może być inaczej, jeśli wśród poruszanych tematów znalazły się ambicje (i kompleksy) dorosłych przelewane na dzieci oraz przemoc psychiczna (i fizyczna, pokazana z fotograficzną dokładnością) w domu i szkole. Mówcie, co chcecie, chwalcie pod niebiosa w samych superlatywach publikacje, które was poruszyły, ale te wywierające jakiś szczególny wpływ na mnie mają w sobie coś z drzazgi... albo kleszcza. Dobre pisarstwo bywa bolesne do łez, nie daje zapomnieć o tym, co chcielibyśmy wyprzeć ze świadomości jako nieprzyjemne czy niewygodne. Jednak początek "Świata Mundka" nie zapowiada późniejszych emocji, wszystko zdaje się spokojne i powolne, jak przystało na małe miasteczko leniwie przeciągające się w cieniu metropolii.

Lipiec był wyjątkowo piękny tego roku. Ponad ogrodzeniami ogródków zieleń wylewała się na ulice. Dojrzewające owoce spadały na wybrzuszone korzeniami drzew chodniki, na zdeformowaną i dziurawą asfaltową jezdnię. Ginęły pod podeszwami butów przechodniów, pod kolami samochodów, potem rozkładały się w słońcu i dodawały ciężkiej woni lata tej wyjątkowej, słodko-kwaśnej, sfermentowanej nuty. Geste powietrze wibrowało niskimi tonami trzmieli, ciut wyższymi pszczół, a przenikliwe ptasie trele były tłumione szelestem liści i szumem pobliskiego strumienia. Od czasu do czasu rozdarła się gdzieś sroka, kawka czy sójka albo strzelił gaźnik starego auta ‒ i to by było wszystko, jeśli chodzi o hałasy.

Tytuł powieści jest nieco zwodniczy, bo właściwie przemieszczamy się między dwoma światami: Mundka i Ingi. Są rówieśnikami, szatanami, to znaczy kolegami z siódmej klasy, mieszkają po sąsiedzku w miasteczku, którego nazwy się nie pamięta, ale żyją i myślą zupełnie inaczej. Oboje dorastają w pełnych rodzinach, jednak Mundek jako jedynak, a Inga jest najstarszą z pięciorga rodzeństwa. On ma zapewniony tak zwany byt materialny, ona funkcjonuje jako wieczna darmowa opiekunka, zarabiająca na siebie w nie wiadomo skąd wyszperanych wolnych chwilach, a i tak pozbawiona prawa do własności i prywatności. Siła tej książki tkwi między innymi w zwyczajności świata przedstawionego, chociaż toksyczność relacji rodzinnych kształtujących życie młodych bohaterów jest mi obca i mam nadzieję, że nietypowa. Natomiast podejście Mundka do wrześniowych sobót wydało mi się bardzo swojskie, myślałam, że tylko ja odczuwam je w ten sposób. Katarzyna Wasilkowska pisze tak intymnie, jakby wyjmowała całe strony myśli z mojej głowy.

Dla Mundka piękna sobota we wrześniu była jak kawałki spieczonego placka, które przywarły do katów blaszanej formy. Nie spalone, ale ciut mocniej przypieczone, na tyle, że lekko ciągnęły się w zębach (i najlepiej, żeby był to placek ze śliwkami).

Mundek zwykle zostawiał sobie blachę na deser i kiedy ciasto było już zjedzone, wydłubywał z niej chrupiące okruchy. Nie spieszył się wcale, żuł wspomnienia po śliwkowym placku i rozmyślał o swoich bohaterach.

Piękne wrześniowe soboty były wyskrobywaniem z blachy resztek lata, wspomnień po wolności wakacji. Warto było wstawać wcześnie.

Ilustracja na okładce i wyklejki autorstwa Roberta Konrada nawiązują do centralnego punktu świata Mundka, czyli rysowania i tworzenia historii. Te oryginalne, klimatyczne i dowcipne obrazki przypominają nam o najważniejszym, uzdrawiającym luzie i zaangażowaniu w swoje własne uniwersum w chwilach, gdy bohaterowie przeżywają kryzysy, a my za bardzo przejmujemy się ich potknięciami. Zamykasz książkę i widzisz zatopionego w komiksowych marzeniach Mundka, więc od razu sam wpadasz na tory jego rozmyślań (zwłaszcza, jeśli i tak często interpretujesz świat kadrowanymi historyjkami, jak ja). Temat komiksów, rysowania, talentu, przedstawiony został z wielką pasją i znawstwem, a do tego otulony humorem i chłopięcą przyjaźnią.

E tam. Wymyślisz coś. Przecież będziesz słynnym komiksiarzem, bogatym jak Sknerus McKwacz. Tyle że nie taki skąpy ‒ zastrzegł Kazik. ‒ Będziesz po mnie przysyłał czarną limuzynę na przyjęcia w swoim nowoczesnym domu na skale, jak Bruce Wayne albo Tony Stark, albo...

Jasne, Kaziu, ale wiesz, że oni wszyscy nie istnieją?

Jasne, Mundziu, ale wiesz, że na tym właśnie polega twoja przewaga?

Ta urocza aura trwa do czasu, gdy zostanie ogłoszony konkurs na stypendium piłkarskie w Warszawie. Wszyscy chłopcy z otoczenia Mundka co dzień grają, raczej towarzysko, ale niektórzy naprawdę mają futbol we krwi. Rytuały z boiska są częścią stałego rytmu, który nagle zostaje zburzony, pojawiają się sprzężenia i bardzo fałszywe tony. A są to przede wszystkim wrzeszczące głosy rodziców, którzy sami nie wyjechali, ale ich dzieci to już nie mogą sobie zmarnować życia, więc trzeba trenować i pokazać, że jest się lepszym. Miasteczko wpada w szał, talenty, jak ten komiksowy Mundka, popadają w odrętwienie lub zapomnienie, ewentualnie, jeśli rzeczywiście sprowadzają się do piłki nożnej, zostają okaleczone, obdarte ze sportowego ducha, pozbawione zdrowej rywalizacji i czystej radości. Słowo "szansa" zaczyna znaczyć tyle, co "klatka".

Wszystko, co Mundek widział i słyszał, zmieniało się w jego głowie w komiksowe kadry: ojcowie w garniturach i matki na obcasach wczepieni w siatkę otaczająca boisko, ich twarze w przerażających grymasach, oszalały wzrok, na murawie dzieci bombardowane tekstowymi chmurkami w kształcie bomb.

Mundek odpychał od siebie te myśli, naprawdę z nimi walczył. Od jesieni nie wyjął szkicownika, całą zimę wytrwale trenował. Jak inni postanowił wykorzystać szansę. Potrzeba rysowania jednak nie poddawała się bez walki. Pomysły gotowały się pod czaszką, a ręka tęskniła do kubusia. Marginesy we wszystkich zeszytach były gęsto zasmarowane postaciami, napisami i ornamentami. Nauczyciele w większości machnęli ręką, chyba rozumieli, że robi to nieświadomie. Albo mieli większe zmartwienia.

Sprawa wydaje się poważna i smutna, jednak czytelnika gnębi coś mroczniejszego. Im głębiej bowiem w książkę, tym pewniejsi jesteśmy zaawansowanej, długotrwałej terapii, jakiej potrzebuje Inga. Jest wspaniała, ale dostrzegamy przede wszystkim jej poczucie niespełnienia, niską samoocenę i wściekłość. Ta złość i rozżalenie wręcz wylewają się z dziewczyny, prędko przyjmującej postawy nieprzyjemnej, wiecznie niezadowolonej matki. Matkowanie czwórce młodszego rodzeństwa nie jest wzmacniającym doświadczeniem, nie wpływa dobrze na dorastanie młodej kobiety wobec braku jakichkolwiek pochwał, wdzięczności czy wsparcia ze strony rodziców. To dziecko po prostu przeskoczy z jednego domu, w którym odrabiało pańszczyznę rodzicom, do drugiego, gdzie będzie się nią wysługiwać mąż, zapewne taki silny i kochany wzór, jakim jest ojciec-bokser (w obu znaczeniach tego słowa). Świat Ingi sypie się w takim tempie, że czytając byłam pewna nadchodzącego samobójstwa. Otoczenie pozbawia ją prawa do indywidualności, własnych rzeczy, na które sama zarobiła, nawet do marzeń. Bo trzeba obrać ziemniaki i usunąć się z drogi przebojowej lasce z klasy.

W dużych rodzinach, gdzie prawie wszystko jest wspólne, można się czasem poczuć bardzo samotnie. Tak bardzo, że trzeba czegoś osobistego, czegoś, co nie należy do domu, czegoś, co potwierdzi twoją ważność w sekretnej wiadomości do świata. Moim zdaniem to całkiem zrozumiałe. Jesteśmy dziećmi swoich rodziców, ale też dziećmi świata i każde z nas ma ze światem swoje prywatne porachunki, czyż nie?

Presja rodziców jest odczuwalna także w domu Mundka, dorastającego przecież, w porównaniu z Ingą, w warunkach cieplarnianych. Autorka zna wiele rodzicielskich zagrań, mechanizmów i schematów postępowania, odruchów bezwarunkowych, figur stylistycznych i filozoficznych monologów. Patrzy na to wszystko z punktu widzenia dziecka, z jego inteligencją i ironią, ale też jakby odczuwając dziecięce znużenie, a czasem też ból. Dlatego "Świat Mundka" jest tak prawdziwy, wzruszający i chce się go czytać. Mimo fragmentów wyciskających łzy i tak doskwierających, że wymagają zawieszenia lektury choć na jeden dzień.

Znał to uczucie.

Te pytania. Mają znaki zapytania w kształcie wkrętów, wwiercają się pod skórę w milionie miejsc naraz i oddzielają ją od reszty człowieka. Jeśli nie przytrzymasz jej dostatecznie mocno, zostajesz tak goły, że trudno to sobie wyobrazić. I choćbyś nie wiem, jak się kulił, jesteś odsłonięty i wystawiony na żer.

Te pytania, które do czegoś zmierzają i chcą cię tam zabrać ze sobą, a ty wcale nie masz na to ochoty.

Pytania, z którymi jest ci najbardziej nie po drodze i od których nie ma ucieczki. Bo zadają je rodzice.

I co dalej? Jaki twist przyszykowała dla nas autorka? Oczywiście tego nie zdradzę, podobnie jak nie streszczę kilku znakomicie poprowadzonych wątków: jednej z prac Ingi, przyjaźni Mundka z ciotką, przyjaźni ciotki z panią Sabinką i jej kotem, upiornej, wiecznie panującej w całym miasteczku dyrektorki szkoły, bliźniaków trochę przypominających Weasley'ów, bogatego biznesmena maltrtującego psychicznie swojego syna (co nikogo nie obchodzi, bo przecież to sponsor stypendium piłkarskiego, a jego synalek to rozpieszczony bananowy młodzieniec) czy potwornej Klaudii, która trafi na gorszego od siebie potwora. Zło nie zostanie pokonane w spektakularny sposób, może trochę przekonane przez dobro, częściowo przekabacone na jego stronę. Ale postaci, które nas drażnią, przerażają czy wzbudzają wściekłość nie ulegną magicznej przemianie, nie nawrócą się ani nie odkupią swoich win, może tylko coś zrozumieją. W sam raz na miarę prawdziwego życia.

Czasem młody człowiek wyniesie z lektury jakąś wartość, perełkę, wchłonie co nieco i wykorzysta w przyszłości. W przypadku "Świata Mundka" będzie to cały arsenał niezapomnianych wrażeń i mądrości nieświadomie wchłanianych przez nastolatka, istne bogactwo, może nie aż szkielet moralny, bo to nie pisarz odpowiada za jego kształtowanie, tylko rodzic, ale Katarzyna Wasilkowska angażuje się w wychowanie i dorastanie swoich czytelników w najrozsądniejszy z możliwych sposób pokazuje, nie nakazuje, rozśmiesza, nie tragizuje, zwraca uwagi na kolory w szarej zazwyczaj rzeczywistości, ale jej nie lukruje na różowo.

Bożena Itoya

Katarzyna Wasilkowska, Świat Mundka, okładka i wyklejka Robert Konrad, Wydawnictwo Literatura, Łódź 2020.

poniedziałek, 2 grudnia 2019

Bajczary i czarbaje


Ta książka oczarowała nas bajkami. Dzięki niej wróciliśmy do początków wspólnego czytania w naszym domu, do dawnych form literackich i tamtej atmosfery sprzed ponad dziesięciu lat, ale też dotknęliśmy źródeł literatury dziecięcej w ogóle. Nasza lektura "Bajczarów i czarbai" (wyd. Literatura) zbiegła się w czasie z premierą książki "Powstawanie tożsamości narodowych. Europa w wiekach XVIII-XIX" (wyd. Volumen), w którym to opracowaniu autorka (Anne-Marie Thiesse) poświęca wiele uwagi początkom zbierania baśni w Europie. Pięknie współgrają ze sobą te dwie publikacje, bo, jak pisze we wstępie do "Bajczarów" ich autorka, Joanna Papuzińska: "Jeśli ktoś uważa, że na świecie nie ma już bajarek ani bajarzy, nie do końca ma rację. Otóż istnieją, tylko są trochę inni niż ci dawniejsi i trzeba umieć ich szukać. Potrafi to robić mój syn, Antoni". Zwięzła, rzeczowa, ale też nieco poetycka przedmowa informuje o projekcie, polegającym na zapisie audio i publikacji w internecie opowieści współczesnych bajarzy polskich, a także o zupełnie osobnym pomyśle literackiego opracowania nagrań i ich wydrukowania. Inicjatywa Joanny Papuzińskiej okazała się według mnie ideą genialną, bo nie dość, że upowszechnia badania, o których mało kto wie, to jeszcze zaowocowała świetnymi, świeżymi i tradycyjnymi zarazem bajkami dla współczesnych dzieci. Są to krótkie, proste utwory literackie na wysokim poziomie, kolorowo i nastrojowo zilustrowane przez młodą artystkę, Annę Łazowską, znakomicie partnerującą królowej polskiej książki dla dzieci. Treść, forma i zespół twórców tej publikacji łączą pokolenia, na pewno taki sam scalający efekt odniesie ona w czytających rodzinach.
Anna Łazowska przygotowała na potrzeby "Bajczarów i czarbai" jedną z najładniejszych okładek, jakie widziałam w mijającym roku. Jest to kompilacja postaci i wątków występujących we wszystkich dwunastu bajkach, pokazująca i wiry, i spokojniejsze fragmenty akcji. Silna reprezentacja ciemniejszych barw oddaje atmosferę wieczornych czy zimowych opowieści przy ognisku, bo przecież właśnie w takich okolicznościach powstawały i trwały ludowe bajki. Artystka wczuwa się w klimat książki już od pierwszych stron, czego dowodzą dyskretne, śliczne akcenty graficzne towarzyszące wprowadzeniu i wstępnemu wierszykowi. Te drobiazgi należą do moich ulubionych ilustracji w "Bajczarach". Później dominują całostronicowe obrazy, po jednym przy każdej bajce, portretujące głównego bohatera i kluczowy moment jego przygód – mamy tu pełne sceny z tłem, często całym pejzażem. Oprócz tych bajkowych pocztówek, utworom towarzyszy więcej grafik, mniejszych, wplatanych w tekst. Zbiorek Joanny Papuzińskiej okazał się książką ilustrowaną tak bogato, jak mało która współczesna pozycja literacka dla młodych.
Konstrukcja publikacji jest dobrze pomyślana i spójna, przy czy nawiązuje do ulubionych książek z dzieciństwa dzisiejszych rodziców, dziadków, a nawet pradziadków. Bajki zawsze rozpoczynają się tytułem, jednozdaniowym, powiększonym tekstem wprowadzającym i wspomnianą pocztówkową ilustracją. Autorzy wybrali dla nas historię kobiety, która zyskując skarb straciła większe bogactwo – syna, dalej bajki: o dziewczynie, która niedoceniana przez macochę, idzie na służbę do surowego pana mieszkającego w bogatej komnacie ukrytej w studni; o fragmencie Księżyca, który spadł na Ziemię, stał się jajem, pisklęciem i podopiecznym pani Heli; o figurze świętego Jana, radzącego w sprawach urody. Znalazła się w "Bajczarach" również opowieść o matce, która leczyła padaczkę ukochanej córki według rady "dziwnej jakiejś kobiety, jakby Cyganki czy wróżki": popiołem uzyskanym po spaleniu fragmentu obrusa z ołtarza miejscowego kościoła. Są i zabawne perypetie chłopca rozumiejącego śpiew ptaków, wzruszająco-bohaterska bajka "O niedźwiedziu królewiczu", budująca opowieść o wdzięczności drzew, ciekawe historie o wędrującym między ludźmi Jezusie i o kościelnym dzwonie, a nawet o pozyskiwaniu ognia od smoka w zimną, niewdzięczną dla pasterza noc. Zwyczajowe bajania o mitycznych istotach mieszają się tu zatem z ludową religijnością, dając mieszkankę jak najbardziej naturalną dla polskiej (czy ogólnie słowiańskiej) bajki. Książkę czyta się bardzo dobrze, ba, najlepiej! Po jej skończeniu żałowaliśmy, że nie ma żadnej kontynuacji, drugiego, trzeciego, czwartego tomu. Choć właściwie "Bajczary" nie całkiem się skończyły, bo wpłynęły na nas długotrwale: przełamały pewien zastój w naszym rodzinnym czytaniu na głos, teraz znowu połykamy książki jedna za drugą.
Książka Joanny Papuzińskiej, Antoniego Beksiaka i Anny Łazowskiej sprawi przyjemność miłośnikom starannego języka, sztuki opowiadania, etnografii, nowej polskiej ilustracji, ciekawych rozwiązań kolorystycznych i po prostu ładnych publikacji. Moją uwagę zwróciła też praktyczna strona użytkowania tego tomiku. Wyraźna, duża czcionka i "światło" między wierszami zachęcą do samodzielnego czytania najmłodszych uczniów, sprawią też radość starszym osobom, które chcą poczytać wnukom – wszak sami seniorzy chętnie korzystają z serii "Duże litery", prowadzonych przez niektóre wydawnictwa dla dorosłych. "Bajczary" sprawdzą się jako piękna pierwsza książka lub nagroda za cokolwiek, niekoniecznie w oficjalnej, szkolnej dziedzinie, ale choćby za umiejętność ładnego opowiadania młodszemu rodzeństwu albo dorosłym. Bo te bajki łatwo się zapamiętuje, a mimo to chce się do nich wracać, dzielić nimi i trochę dodawać od siebie, jak to na bajarza przystało.
Bożena Itoya

Joanna Papuzińska, Antoni Beksiak, Bajczary i czarbaje, ilustracje Anna Łazowska, Wydawnictwo Literatura, Łódź 2019.

sobota, 30 listopada 2019

Awaria


Joannę Wachowiak kojarzyliśmy dotychczas przede wszystkim z literaturą dla najmłodszych czytelników. Bardzo ucieszyłam się z zapowiedzi powieści dla młodzieży autorstwa właśnie tej pisarki, bo mój trzynastoletni syn niestety wyrósł już z "Opowiastek dla małych uszu" czy "Bartka, Lenki i snów" (obie serie ukazują się w wydawnictwie BIS), powoli kończy się też dla niego etap "Ali Baby" (wyd. BIS) i "Baby Blagi" (wyd. Literatura). Na szczęście w tym momencie nadeszła "Awaria" (wyd. Literatura). Po lekturze stwierdzam, że twórczość Joanny Wachowiak rośnie wraz z moim synem: dojrzewa styl pisarstwa, poważnieją tematy i bohaterowie, rozrasta się przestrzeń pozostawiana czytelnikowi do własnych wniosków. Niezależnie od naszych wcześniejszych doświadczeń czytelniczych, "Awaria" jest świetną powieścią, doskonale wyważoną, nieprzesadzoną i, co naprawdę rzadko się zdarza w literaturze dla młodszej młodzieży, w pełni oryginalną. Żadnych notek "dla fanów Harry'ego Pottera" i tym podobnych odniesień na okładce (ani w treści książki), co za ulga!
Autorka i ilustratorka (Marta Krzywicka) przedstawiają nam pewną rodzinę w skomputeryzowanym świecie niedalekiej przyszłości. Bez zbędnych wstępów, w sposób zupełnie naturalny, wnikamy w codzienność Maćka (najmłodszy z nastoletniego rodzeństwa), Anity, Tymka i ich mamy. Nie znamy dokładnej daty i lokalizacji wydarzeń, ale też wcale ich nie potrzebujemy, bo akcja jest bardzo bliska współczesnym młodym ludziom z naszego kręgu kulturowego.
"Awaryjne" dzieci właściwie nie rozłączają się ze swoimi kieszonkowymi komputerkami, czyli smartfonami. Czerpią energię z techniki i obecności w świecie wirtualnym, choć, jak się z czasem okaże, znaczenie ma również prezencja, czy raczej autoprezentacja, w realu. Jednak i prawdziwe życie tych nastolatków jest warunkowane przez liczne czynniki internetowe. Poznajemy też matkę zlecającą najdrobniejsze czynności Pinie, centralnemu domowemu komputerowi, a może już sztucznej inteligencji? Poza tym nowoczesnym akcentem, starsze pokolenia nie zaskakują właściwie niczym, bo dostrzegliśmy tu stereotypowe pozycje dobrej mamy i babci z innej epoki. Takie tło społeczne jest niezbędne, by pokazać wszystkie niespodzianki czekające na bohaterów. A zaczyna się od tajemniczej przesyłki.

Od kogo to?
Dobre pytanie.
Sprawdź nadawcę – radzi Anita. – Przecież musi być podany.
Genialna jesteś. Ale wiesz co? Napis jest nieczytelny. Kartka jest wilgotna, litery się rozmazały. Kompletnie nie do odczytania.
Rozumiem, że żadne z was nie zamawiało niczego w internecie? – włącza się do rozmowy mama. – W takim razie to musi być od babci, przecież co roku coś wam przysyła.
Nie "coś". Wełniane skarpety, szale albo swetry – krzywi się Maciek. – O nie, no i właśnie mnie dopadła! – Odkłada telefon, na ekranie którego, jako gepard, został właśnie zagryziony przez hienę. – Kurczę, mam nadzieję że to nie jest paczka pełna robionych na drutach skarpet!
Tymek kiwa głową z powagą.
To może być to. Zapas skarpet na całe życie.
Słuchajcie, to ma sens! – woła z przestrachem Maciek. – Pewnie babcia stwierdziła, że zapłaci za przesyłkę raz, zamiast rok w rok wysyłać paczkę!

Babcia osobiście w książce się nie pojawia, ale nawet zacytowana scena charakteryzuje nie tyle starszą panią, co panujące w rodzinie stosunki i kontakty. Mama nie jest rodzicem samotnym, ale dominującym w domu – tata odezwie się właściwie dopiero w dwunastym rozdziale. Rola ojca w "Awarii" jest bardzo ograniczona i dlatego uważam ją za ciekawy temat do dyskusji, rodzinnej czy klasowej, o funkcjach pełnionych przez członków "podstawowej komórki społecznej". Otóż tata istnieje, bywa wspominamy, ale w akcji praktycznie nie uczestniczy, bo odbywa służbową podróż z opóźnieniami lotniskowymi w tle. Ileż go omija! Prawdziwa rodzinna rewolucja, może najważniejsze wydarzenia w życiu jego dzieci, przełamujące wzajemne uprzedzenia, zmuszające je do współpracy i pokazujące (albo wręcz objawiające), że naprawdę się lubią. Co początkowo wydaje się bardzo wątpliwe, bo ciągnące się przez wiele stron kłótnie rodzeństwa bywają obciążające emocjonalnie nawet dla czytelnika. Naprawdę podziwiam bohaterstwo znoszącej tę atmosferę mamy, która zadziwiająco późno przeżywa własną awarię, przez atak grypy (czy raczej dzięki niemu) wyłączając się z wiecznej awantury.
Po pierwszym kontakcie z głównymi bohaterami czytelnik ma mieszane uczucia, z przewagą tych negatywnych. Dzieci wypadają bowiem głupiutko, uzależnione od ocen internautów, potrzebujące ich nawet w trakcie... przygotowywania śniadania. Ale może nie powinniśmy zbyt pochopnie oceniać Maćka i jego rodziny, bo czy nie jesteśmy tacy sami? Szczerze mówiąc, młodym czytelnikom zachowanie bohaterów książki prawdopodobnie wyda się fajne, a nie godne potępienia. Może nawet sami zechcą nagrać na swoich kanałach takie same filmiki. Postrzeganie i wartościowanie świata przez nas, rodziców, bardzo różni się od tego, jak rzeczywistość widzą współczesne nastolatki, a nawet dzieci ośmioletnie.

Wycofując się do kuchni, Maciek słyszy, jak mama zarządza:
Pina, kawa. Podwójne espresso.
Okej.
Z szafek Maciek wyjmuje puszkę i kubek. Przygotowuje kakao i wstawia kubek do mikrofalówki. Sięga po smartfon i włącza nagrywanie, a dopiero potem wciska przycisk "start" na mikrofalówce.
Widzicie to? Czas płynie, odliczanie włączone. Na pewno zauważyliście, że na każdym filmie licznik zatrzymuje się na sekundę przed wybuchem bomby. Dlatego teraz ja... – I dokładnie w momencie, gdy na wyświetlaczu pojawia się jedynka, błyskawicznym ruchem zatrzymuje urządzenie. – Jest! Ha, widzieliście? Rozbroiłem.
Synku, z kim ty rozmawiasz? – pyta mama, pojawiając się w kuchni.
Nie, nic... Z nikim – odpowiada szybko Maciek i odkłada telefon.

Zachowanie Maćka, najmłodszego z trojga dzieci, wiele mówi o standardowych układach rodzinnych. "Maluch", "syneczek", "córeczka" – to ci starsi są skażeni przesadnym zamiłowaniem do techniki, ale on/ona jest ostatnią nadzieją rodziców, ostoją czystości, szczerości i realu, dzieciństwa, jakie pamiętają i jakie sobie wyobrażają jako idealne. Może to te wyobrażenia sprawiają, że takie Maćki chowają smartfony i udają, że wcale nie prowadzą swoich kanałów? Których zresztą wstydzą się po roku.
W powieści Joanny Wachowiak dość szybko na pierwszy plan wysuwają się stosunki między rodzeństwem, umiejętność i konieczność współpracy, dogadania się. Dorośli i nowinki techniczne zostają zepchnięci na drugi plan, a skłóceni, przyzwyczajeni do codziennych potyczek bracia i siostra muszą opanować niepojęty bunt robotów.

Anita chwyta Tymka za ramiona.
Ty nic nie rozumiesz! – powtarza słowa Maćka. – Może masz rację, może to wszystko moja wina! Przecież podłączyłam Evo do sieci, to wszystko się zaczęło od podłączenia go do sieci! A jeśli ktoś z zewnątrz dostał się do niej, jeśli to jest atak hakerski?... Można z zewnątrz kontrolować wszystkie urządzenia! Wiem, że to brzmi niedorzecznie, ale to nie jest niemożliwe, to jest do zrobienia, jest wykonalne! – W głosie Anity, zawsze opanowanej, pobrzmiewa nuta histerii.
Ja się boję – łka Maciek. – Ten dom nas atakuje!

"Awaria" zachwyciła mnie językiem: naturalnym, ale nie na siłę potocznym. W wypowiedziach dziecięcych bohaterów pojawia się niekiedy szyk charakterystyczny dla języka mówionego oraz ten sznyt ciętych ripost, małych złośliwości, wiecznej gotowości do walki. Często słyszę, jak młodzi porozumiewają się właśnie na zasadzie "pocisków" i "dissów", zupełnie jak Tymek, Anita, a w pewnym stopniu też Maciek. Tej polszczyźnie daleko do wpadek charakterystycznych dla polskich "młodzieżówek" pisanych przez dojrzałych pisarzy. Zbyt często bowiem trafiamy w naszej literaturze na sztywne, ugrzecznione komunikaty w języku literackim, tylko przeplatane dziwnymi "nowoczesnymi" wtrętami leksykalnymi, które akurat wydały się autorowi odświeżające czy "cool". Natomiast Joanna Wachowiak pisze po prostu dobrze, nie stylizuje się na literacką raperkę z osiedla, przez co jest dla młodych wiarygodna.
Tak samo, jak ja język, mój syn docenił konstrukcję fabularną powieści. Ucieszył się, że nie było nadmiernych kombinacji fantastycznonaukowych. Niektóre motywy (ludzkie i fabularne) pozostały w cieniu podczas awarii i po niej to bardzo dobrze, bo książka adresowana jest do starszych dzieci, które powinny już myśleć bardzo samodzielnie, przeżywać opowieść analizując ją po swojemu. Akcja bywa mroczna (nie tylko przez brak światła w domu), co bardzo nam przypadło do gustu, podobnie jak odniesienia do blockbusterów, z naszym ukochanym Terminatorem na czele. Przebłysk z chyba najsłynniejszym zbuntowanym robotem świata jest mocny i zapada w pamięć, ale na plastyczność powieści, jej artystyczny odbiór, jeszcze bardziej wpływa ilustratorka.
Marta Krzywicka zapewniła "Awarii" niepowtarzalną, "spersonalizowaną" oprawę graficzną, współtworząc atmosferę zagubienia bohaterów zarówno w świecie uczuć, jak i sztucznej inteligencji. Ilustratorka znakomicie spełnia się w oszczędnych w barwy, ale silnie akcentujących opowieść obrazkach. Całe uniwersum "Awarii" oświetlone jest bladą niebieskością ekranów, bo właśnie ten kolor jest jedynym intensywnym, wmalowanym w czarno-biało-szarą ilustrację książkową. Lubię grę cieni w twórczości Marty Krzywickiej to, jak steruje światłem, ale też zabawę w chiński teatr (na stronie 58.). Warto przyjrzeć się również tłu poszczególnych obrazków, czasem złożonemu z kropkowanych chlapnięć farbą w spreju, budowanemu z zarysu przedmiotów, sugerującemu nastrój bohaterów lub ich uwikłanie w elektronikę. Tu nawet bożonarodzeniowe ozdoby nie ocieplają atmosfery.

Choinka jednak się pojawiła. Tymek wniósł ją do salonu i osadził w metalowym stojaku. Było przy tym trochę nerwów, bo z początku pień był zbyt gruby i nie mieścił się w obejmie, z kolei po ociosaniu stał się zbyt wąski i choinka przechylała się niebezpiecznie to w jedną, to w drugą stronę. Gdy wreszcie udało się ją ustabilizować, Czika dwa razy wychłeptała wodę z podstawki stojaka, chlapiąc dokoła i robiąc mokre ślady – szybko wyszło na jaw, że wypiła wodę, bo jej miska była sucha. Później okazało się, że "szmata", którą Tymek wycierał resztki wody z podłogi, była ulubioną koszulką Anity. Tymek zapewniał, że nie rozpoznał jej koszulki z logo NASA, ale nawet mamie trudno było w to uwierzyć.
Koniec końców kryzys został zażegnany i ustawianie choinki zakończyło się.
Mama robi teraz krok w tył.
Tak – stwierdza z zadowoleniem. – Nawet całkiem niezła, jak na kupioną prawie na ostatnią chwilę.
Wyraźnie czeka na to, że ktoś ją poprze i wyrazi entuzjazm.
Mmm – mruczy więc w odpowiedzi Maciek, odrywając na chwilę wzrok od ekranu, na którym właśnie toczy drugie życie jako gepard.

Choć w książce zdarzają się typowe sytuacje znane nam z grudniowych wieczorów spędzanych w rodzinnym gronie, to lektura wydaje się nieoczywistym wyborem na sezon gwiazdkowy. Nie głaszcze naszych oczekiwań, tylko daje do myślenia, bo sporo w niej krytycznego, niewyrażonego wprost dystansu do polskości, a równocześnie zaspokaja okołoświąteczną potrzebę ciepła. Z jednej strony pojawiają się tu stałe atrybuty rodzimego Bożego Narodzenia – drzewko, prezenty w postaci skarpet, kłótnie, rozmyślanie o jedzeniu, a nie o duchu świąt, ale jest i coś głębszego, prawdziwszego: atmosfera. Ta zmienia się, oczyszcza, przestaje być gęsta, wartko płynie ku rozwiązaniu zupełnie fantastycznemu, ale nie przez wątki science fiction, tylko dzięki wyciszeniu, zamknięciu zakończenia we wnętrzu rodziny. Czyż nie o to chodzi w finale adwentu?

Bożena Itoya

Joanna Wachowiak, Awaria, ilustracje Marta Krzywicka, Wydawnictwo Literatura, Łódź 2019.

niedziela, 18 sierpnia 2019

Zaczekaj


Tomik wierszy Joanny Papuzińskiej "Zaczekaj", który ukazał się na początku 2019 roku w wydawnictwie Literatura Piętro Wyżej, jest wyjątkowy nie tylko dlatego, że zawiera poezję adresowaną do dorosłych. Wybitna pisarka dziecięca i poetka stworzyła dziesiątki tekstów dla dojrzałych czytelników, choć przeważnie są to utwory krytycznoliterackie. Jednak i wśród wierszy tej autorki spotykałam już takie głębsze, poważniejsze, trafiające do mnie na równi z moim synem, jak choćby w przypadku zbioru "Opowieść". Na niepowtarzalność "Zaczekaj" składają się według mnie i zawarte w tomiku utwory, i okoliczności wydania książki, i moje subiektywne z nią spotkania. Premiera publikacji towarzyszyła obchodom jubileuszu 80. urodzin Joanny Papuzińskiej, na które to spotkanie zostałam zaproszona przez wieloletniego wydawcę pani profesor, Wydawnictwo Literatura. Styczniowy wieczór pełen był literackich sław, wzruszeń, przemów, kwiatów i dedykacji. Po autografy jubilatki, właśnie w tomiku "Zaczekaj", i po chwilę rozmowy ustawili się w długiej kolejce cenieni przeze mnie pisarze, od których dedykacje sama zdobywam przy okazji rozmaitych wydarzeń czy spotkań autorskich. Swój egzemplarz tej publikacji dostałam na Warszawskich Targach Książki, podczas których tradycyjnie stawiłam się na "dyżur autografowy" pani profesor i zrobiłam sobie z nią pamiątkowe zdjęcie. Właśnie takie książki jak "Zaczekaj" są dla mnie pełnowartościowe – ciekawe treścią, uzupełnione osobistymi spotkaniami, wspomnieniami i dedykacjami. A do tego moimi własnymi słowami, bo recenzja bardzo mocno wiąże piszącego z omawianą publikacją i jej autorem, wydobywa z recenzenta głęboko ukryte lub często mu towarzyszące, ale rzadko wypowiadane publicznie myśli oraz smutki i radości, w każdym razie zawsze prowadzi do pewnego obnażenia, niekiedy krępującego. Stąd relację recenzenta z pisarzem, nawet jeśli nie byłaby odczuwana przez tego ostatniego, określiłabym jako bliską, często wręcz intymną.

Zapalę

Zapalę czarną świecę
przez obłoki podrepcę
do tej bożej przedsieni
co się w zachmurach mieni
świetlistą mgłą usłana
pójdę zawołam znajdę
bo to niemożliwe
żeby już nic

Intymności nie brakuje również wierszom należącym do zbioru "Zaczekaj". W krótkich utworach poetyckich Joanna Papuzińska oddała wielość i rozległość stanów, którym podlega człowiek kochający, chorujący, modlący się, tęskniący, odchodzący, ale wciąż pytający, wierzący, czy to w znaczeniu religijnym, czy w sensie posiadania nadziei. Niektóre wiersze wydały się zamknięte dla mnie, niedostępne – może jestem na nie za młoda, a może po prostu nie przeżyłam tego, co trzeba, by je zrozumieć. Większość jednak poruszyła mnie, często do łez, przypominając o starości mojej nieżyjącej babci, o niespełnionej, od i na zawsze tej samej miłości, o chwilach spędzonych w kościołach w różnych częściach Polski i Europy. To poezja refleksyjna, rozjątrzająca i kojąca zarazem. A do tego bywa, że mówi o samej sobie zupełnie bez romantyzmu, gorzko diagnozując swoje pochodzenie i sens.

Poezja

Poezja zaczyna się od naszej dziwności,
że plączą się po głowie myśli których ani
przy rodzinnym obiedzie
ni przy herbacie w pracy
wypowiedzieć nie sposób nie budząc popłochu.
Szukamy zatem kogoś
kto może włada tą samą mową.
Zwinięte arkusiki nosimy w kieszeniach.
Powoli zarastamy
samotnością,
coraz mniej nas obchodzi
cokolwiek nie jest wierszem.
Wreszcie spotykamy poetów
lecz oni
nie zamierzają słuchać, pragną tylko mówić.
Możliwe jest jedynie wspólne narzekanie.
Zostaje jeszcze Pan Bóg
z jego cierpliwością
dla wszelkich naszych stękań.
W końcu zatracamy granicę
między wierszem a pacierzem.

Tom "Zaczekaj" to wyznanie, podsumowanie, może nawet testament, który powierza nam Joanna Papuzińska. Przypuszczalnie jego pełne zrozumienie dostępne będzie tylko dla czytelników znających osobowość twórczą autorki, jednak w znacznej mierze przekaz jest uniwersalny. Dowolnie, odnosząc do własnych doświadczeń możemy interpretować choćby wiersz "Jemioła", bo przecież każdy człowiek wrażliwy na poezję czuje się czasem wycięty z innych czasów czy świata.

Jemioła

Upuszczona przez ptaka pomiędzy konary
przyrastam do wieczności
ona mnie przygarnia
choć liść mój niepodobny
i zieleń nie taka
przytulam się
i zrzucam białe łzy na ziemię
z wysoka

Autorka tych poruszających wierszy kilkakrotnie wspomina o poczuciu wykorzenienia, czy to pokoleniowego, czy osobistego. Ludzka materia opiera się jednak temu "pieleniu", przywierając mocno do ziemi i życia, nawet mimowolnie. Och, jakbym chciała, by współcześni uczniowie analizowali tę poezję w szkołach, odnosząc ją do bliskich osób lub zasłyszanych w mediach historii z terenów doświadczonych konfliktami...

Perz

Już mnie wyrwali, wykopali
wszystką ziemię ze mnie wytrzepali
ułożyli ciało w słońcu, żeby wyschło.
Dobrze mi jest. Nie cierpię.
Uchodzi ze mnie wilgoć jak krew.
Z jasności w ciemność
i z ciemności w jasność
łagodnym kołysaniem.
I tylko powoli
od spodu
w ziemię wkręcam
te kłącza
doprawdy niechcący.

Na co dzień nie chcemy słuchać zwierzeń ludzi starych, zwłaszcza mówienie o starzeniu się ciała krępuje nas, młodych. Wolimy z kpiną uznawać te tłumy chorujących, przesiadujących w poczekalniach za gderliwe gaduły mające zbyt dużo czasu. Dzięki "Zaczekaj" zaglądamy głębiej, poznajemy smutek, samotność, rezygnację. Szpitalne odchodzenie jest straszne, a w obiektywie poezji Joanny Papuzińskiej staje się tak realne, pierwszoosobowe, że czytelnik zmienia punkt widzenia, chce ratować wszystkich bliskich, którzy są, byli lub będą zmuszeni tracić nadzieję w "sterylnych" salach.

Dostałam tylko

Dostałam tylko kawałeczek światła
Jak w dzieciństwie, gdy kładło się na głowę worek
Z wyciętymi szparkami by udawać ducha
Albo kata
z piosenki o tej krakowiance
Co listeczki zbierała pod zieloną lipką.
W okienku czasem srebrny termometr zaświeci
To ręka się pokaże
Mocująca kroplówkę
Twarze bliskich pocięte smutkiem
Historia o poranku
I w pustej dali ułamek sufitu.

Najbardziej poruszającym dla mnie tematem tomiku "Zaczekaj" jest miłość. Dojrzałe, głębokie uczucie zostało oddane zwięźle, obrazowo i przejmująco jak w najlepszych piosenkach, choć wierszom Joanny Papuzińskiej nie towarzyszy przecież (jeszcze) żadna muzyka. Są tu rozważania o wieczności, o możliwości bycia razem, zjednoczenia gdzieś tam, nawet jeśli rozstanie dwojga ludzi nastąpi na długo przed śmiercią lub w ogóle dopiero po niej dojdzie do bliskiego spotkania.

Pytanie

Dwie proste równoległe czy też się spotkają
w nieskończoności
Niby biegły tak blisko tak długo
ale oddzielone
i nigdy jak jedno
owszem ciała niekiedy ale nigdy dusze
a umysły tym bardziej
za tą szklaną szybą równoległości
nie do dotknięcia
więc to jest pytanie
czy też się roztopi
ta ściana osobności
i wiecznej tęsknoty

Wbrew matematyce i innym ścisłym podejściom wierzymy, że nieskończoność istnieje i przełamuje wszelkie racjonalne zasady, nie jest wyłącznie przedłużeniem teraźniejszości, może coś zmienić, dodać – zwłaszcza jeśli chodzi o ziemskie niespełnienie. Miłość, choć ogólnie w poezji bywa banalna, ujmująca tylko dla aktualnie zakochanych, według mnie zajmuje tu pierwszy plan. Skąd bowiem tytuł zbioru, co oznacza? Znalazł się w "Zaczekaj" taki utwór, którego nie można psuć żadnym opisem, każdy wers, nawet słowo ma moc wymykającą się omówieniom. I jest to właśnie wiersz tytułowy.

Zaczekaj

Jeśli wyruszysz pierwszy, to na mnie zaczekaj
w tych korytarzach gdzie za bielą biel
i jeszcze zdążą chwycić końce palców
nim też stały się bielą
i teraz wirują we dwoje
jak nigdy nie umieli blisko
zniknęły
ściany
osób

Książka została opatrzona tylko jedną ilustracją Piotra Fąfrowicza. Grafika znalazła się na okładce i starczy za wszelkie obrazy, nic więcej do tych wierszy dodawać nie trzeba. Oto kamienica pokreślona znakami przypominającymi wojenne napisy na warszawskich budynkach, tak bliskich autorce "Asiuni", "Mojego taty szczęściarza" i "Krasnali i olbrzymów". Ten dom poezji jakby unosi się na nocnym niebie, wygaszone lub zarośnięte zieloną ścianą okna osób, których już nie ma, zostały zestawione z górującym nad nimi, jedynym rozświetlonym, symbolem jasnej obecności poetki.

Bożena Itoya

Joanna Papuzińska, Zaczekaj, ilustracja na okładce Piotr Fąfrowicz, wstęp Grzegorz Leszczyński, Wydawnictwo Literatura (Literatura Piętro Wyżej), Łódź 2019.

środa, 29 maja 2019

Ściśle tajne. Czy wojna jest dla dziewczyn?


Ostatnio przeczytaliśmy dwie małe, ale wielkie książki Pawła Beręsewicza: "Czy wojna jest dla dziewczyn?" oraz "Ściśle tajne". Pierwsza z nich ukazała się już kilka lat temu (mój egzemplarz jest jej szóstym wydaniem), nakładem wydawnictwa Literatura w koedycji z Muzeum Powstania Warszawskiego, zdążyła nawet trafić na listę lektur szkolnych. Wojennych zbirów i przeciętnych, mimowolnych uczestników zdarzeń zilustrowała tam Olga Reszelska. Również druga z omawianych pozycji, "Ściśle tajne" z 2018 roku, rozpoczyna się (wewnątrz) ilustracją mężczyzny w niemieckim mundurze z II wojny światowej, choć ta książka opowiada o innym czasie. Tym razem, mimo prostoty i przystępności opowieści, mamy do czynienia z pewnymi figurami, dyskretnymi przenośniami, bardzo dobrze współgrającymi z nieco abstrakcyjnymi ilustracjami Macieja Szymanowicza, który często współpracuje z wydawnictwem Literatura przy serii "Wojny dorosłych – historie dzieci". Książka "Ściśle tajne" nie należy do tego cyklu, a jednak ma wydźwięk poważny przynajmniej na równi z publikacjami historycznymi.

O pradziadku nie mówiliśmy w domu "pradziadek", tylko Mały Dziadek – w odróżnieniu od dużego dziadka, który był po prostu dziadkiem, czyli tatą mojej mamy. Mały Dziadek kiedyś już chyba bardziej urósł, ale potem z powrotem zmalał i ze wszystkich dorosłych na świecie był ode mnie najmniej wyższy. Miał tak dużo lat, że kiedy próbowałem do tylu policzyć, zawsze myliłem się po drodze i musiałem trzy razy zaczynać od początku. Któregoś dnia opowiedział mi nawet, że jak był naprawdę mały, znalazł na ulicy szczeniaczka dinozaura i potem codziennie wyprowadzał go na spacer!

Już po pierwszym akapicie wiedziałam, że pojęcia wielkości i małości są w tym utworze względne, podszywają się pod siebie i zastępują. Mała historia jednej rodziny ma ogromną moc, mały chłopiec przyjmuje świat z wielkim sercem, a Mały Dziadek jest tak naprawdę kimś wielkim, spajającym rodzinę, mającym dystans do własnego wieku i świetny kontakt z prawnukiem. Wesoły tekst wywołuje też wzruszenie, zwłaszcza u osób dbających o relacje dziecka z seniorami rodu, tych rodziców czy dziadków, którzy często opowiadają o nieobecnych już przodkach, by zagościli oni na stałe w życiu najmłodszych członków rodziny. Wspominając zmarłych trzeba poruszyć temat śmierci, a książka Pawła Beręsewicza jest najlepszym środkiem łagodnie wprowadzającym w podobne rodzinne rozmowy.

Na grób Małej Babci chodziliśmy zawsze pierwszego listopada, w dzień Wszystkich Świętych. Stawialiśmy doniczkę z wielką kępą chryzantem i zapalaliśmy świeczki. To był jedyny dzień w roku, kiedy wolno mi było wziąć do ręki zapałki. Wyryte w kamieniu literki układały się w imię i nazwisko Małej Babci, a cyferki w daty – kiedy się urodziła i kiedy umarła. Mały Dziadek też miał tam swoje literki i cyferki, ale data była jedna. Bo Mały Dziadek na razie tylko się urodził.

Dziadek odchodzi, jednocześnie zostając z wnukiem na jeden z najpiękniejszych sposobów w polskiej literaturze dla młodych. Właśnie takich metafor i narracji potrzebują dzisiejsze starsze dzieci i młodsze nastolatki. Również grafikę zdobiącą "Ściśle tajne" cenię za niedosłowność i czegokolwiek-wykorzystanie rodem z dziecięcego rysunku: chmury wycięte są z zeszytu w kratkę, oprawki okularów nie łączą się na nosie, jakby zostały zrobione dla zabawy z drucików znalezionych w szufladzie dziadka. Takie obrazki, pochodzące z opisanego wyżej opowiadania "Kloss", znalazły się na okładce publikacji. Jednak historia chłopca "spiskującego" z Małym Dziadkiem nie jest jedyną w książce, drugie opowiadanie nosi tytuł "Pięć niedźwiedzi". Funkcję narratora i bohatera pełni ten sam młodzieniec, co w "Klossie", a rzecz dotyczy tym razem średniego i najmłodszego pokolenia rodziny, wliczając osoby jeszcze nienarodzone.

Jest ważna sprawa, usiądź, kolego,
tylko spokojnie, to nic groźnego,
równo oddychaj, nic się nie stało.
No? – ja im na to. – Śmiało!

Wiesz, jak to bywa, synku, na świecie.
Różnie się ludziom ich życie plecie,
raz jest pogoda, a raz jest plucha.
Hm! – ja im na to. – Słucham.

Bo widzisz, chłopie, czasem jest zdrowo
zmienić coś w życiu, zacząć na nowo.
Z wszystkim się człowiek w końcu oswoi.
Więc? – ja im na to. – No i?

Nie ma obawy, nic się nie wali,
wciąż cię będziemy, synku, kochali,
wciąż pomagali, wciąż się troszczyli.
Hej! – ja im na to. – Czyli?

Czyli w tym roku, gdy minie lato,
będziesz miał brata – i co ty na to?
Za pięć miesięcy rączkę ci poda.
Brat? – ja im na to. – Zgoda.

"Misie" rozłożyły nas na łopatki. Początkowo wydaje się, że może być to kolejny łagodny "oswajacz" adresowany do przyszłych starszych braci i sióstr, ale czytelnicy szybko zauważają, że autor i ilustrator wypracowali inny, szalony i szalenie zabawny koncept. Obejmuje on między innymi eksperyment dotyczący pamięci wyniesionej z życia prenatalnego. Badania sumiennie przeprowadza starszy brat, czyli nasz bohater. Ta lektura ubawi wszystkich, niezależnie od wieku i posiadania rodzeństwa. Nie wiem, kiedy ostatnio czytaliśmy lub oglądaliśmy coś równie śmiesznego. Na obu płaszczyznach: tekstu oraz ilustracji, sielanka wspomnień i wyobrażeń przeplata się z bajką o niedźwiedziach oraz orzeźwiającą jak wiadro zimnej wody rzeczywistością. "Ściśle tajne" stanowi przykład emocjonującego romansu literatury (i Literatury) z jakże modną książką obrazkową.

Mamo, mogę przemówić do brata? – spytałem, kiedy wszystko było gotowe.
Po uzyskaniu zgody delikatnie przytknąłem tubę do brzucha mamy i powiedziałem przyjaźnie, ale stanowczo:
Dzień dobry, bracie. Tu mówi brat. Zaraz będę czytał. Tylko się skup, żebyś mi potem nie mówił, że nie pamiętasz.
Zacząłem od pierwszego rozdziału. Brzmiał tak:
"Pięć niedźwiedzi mieszkało tam,
gdzie czerniał gąszcz puszczy,
pierwszy wielkie miał ciało i uwielbiał swój tłuszczyk.
Czule taszczył po chaszczach kołyszące się sadło
i szczęśliwy był, zwłaszcza gdy coś w paszczę mu wpadło.
Przez cały miesiąc codziennie czytałem bratu to samo. Żeby mu się dobrze utrwaliło. Żeby nie wyleciało mu z głowy. Kiedy kończyłem, przystawiałem do węższego końca tuby ucho zamiast ust i sprawdzałem, co mój brat na to. On na to nic, ale ja się nie zrażałem. Trzydzieści jeden razy przeczytałem o taszczeniu kołyszącego się sadła, zanim przeszedłem do następnej zwrotki.

W tekst "Klossa" i "Pięciu niedźwiedzi" wplecione zostały wierszyki, pozytywnie wpływające na atmosferę lektury – nie pozwalają za bardzo wzruszyć się czy zirytować losami i przemyśleniami bohatera. Poezja w pewnym sensie równoważy więc emocje, zresztą w ogóle "Ściśle tajne" to takie literackie jin-jang. Paweł Beręsewicz skomponował książkę idealną, złożoną z dwóch pasujących do siebie utworów: intensywnych, dotyczących trudnych tematów (końca i początku życia), ale też lekkich, przynoszących rozluźnienie obok rozmyślań, śmiech i nostalgię zarazem. Takie to opowieści z dwóch krańców.

Podpełzłam jeszcze bliżej. Przed Antkiem na ziemi leżało dziesięć kulek ulepionych z wilgotnego piasku. Chłopiec przelewał właśnie wodę z wiaderka do niewielkiego dołka, żeby przygotować materiał na kolejne kule.
Dwa pączki poproszę! – zawołałam wesoło, a on znowu nerwowo podskoczył.
Już cię tu nie ma, szpiegu jeden! – warknął, ale ja postanowiłam się nie zrażać.
Mogę z tobą polepić pączki? – zapytałam grzecznie.
Popatrzył na mnie ze zgrozą.
Pączki?! – krzyknął. – Dziewczyno! Wojna idzie, a ty mi tu o pączkach! To są pociski, a nie pączki!


Dylematy zupełnie innego dzieciństwa zostają poruszone w drugiej z moich ulubionych małych-wielkich książek Pawła Beręsewicza. Opowiadanie "Czy wojna jest dla dziewczyn?" zostało wydane jako jedna z pierwszych odsłon serii "Wojny dorosłych – historie dzieci". Chronologiczne pierwszeństwo łączy się z tym literackim – utwór Pawła Beręsewicza należy do najlepszych polskich książek dla dzieci opowiadających o wojnie, z pewnością więc przysługuje mu miejsce na podium Literatury w mistrzostwach dziecięcych historii o historii. To znakomicie skonstruowane opowiadanie z reportażową bezpośredniością i poetycką czułością oddaje wojenne dorastanie bohaterki (oraz częściowo jej kolegi), proces przyspieszony, zdeformowany i traumatyczny, a przecież rozpoczynający się niby normalnie, bo plażową zabawą w udawanie dorosłych rozmów i zachowań. Nawet później dzieciństwo próbuje radzić sobie z ciemnymi sprawami złych dorosłych poprzez odnoszenie rzeczywistości do ulubionej książki, nakładanie na zachowania ludzi filtrów z baśni: czy ten pan nie zachowuje się jak wilk z "Czerwonego Kapturka"? Bohaterowie tej opowieści są bardzo autentyczni: dziewczynka – dziewczęca, chłopiec – chłopięcy, dzięki czemu nie tylko przemawiają do młodych umysłów i serc, ale też do nich docierają. A niełatwo jest przebić się do dzisiejszych trzecio-, czwartoklasistów. Natomiast dorośli są tą narracją dogłębnie poruszeni, głównie dzięki fragmentom takim, jak zacytowany poniżej. Chyba właśnie te dwa akapity zapewniły książce "Czy wojna jest dla dziewczyn?" wszystkie wyróżnienia i nagrody, które zdobyła, a jest ich długa lista.

Kiedy tydzień później na Warszawę spadły bomby, nie było komu dmuchać i wtykać palców w lufy karabinów. Tatę wezwano do wojska i walczył gdzieś z Niemcami, a my z mamą zostałyśmy same i bałyśmy się i za siebie, i za niego. Najpierw jak rój złośliwych szerszeni bzyczały silniki samolotów. Potem słychać było świst lecących bomb. Mogły spaść wszędzie. Na Marszałkowską, Łazienki, na plac Zamkowy, na nasz stołowy pokój. Wtulałam się w mamę najmocniej, jak mogłam. To zawsze była najlepsza kryjówka – ciepła, ciemna, pachnąca. Jeszcze się nie zdarzyło, żeby ktoś zły mnie tam kiedyś odnalazł. Tym razem, choćbym nie wiem jak mocno zamykała oczy i zatykała uszy, i tak słyszałam głośne wybuchy i czułam drżenie mamy i miasta.
Mama była lekarką. W czasie wojny lekarze mają o wiele więcej pracy niż zwykle. Normalne pokojowe ospy, różyczki i świnki nie przestają atakować, nadal przez nieuwagę spada się ze schodów i rozcina palce przy krojeniu cebuli, a jeszcze na dodatek ludzie specjalnie robią sobie nawzajem krzywdę bombami, czołgami, ogniem i żelastwem. Przez to wszystko moja mama, zamiast po prostu być moją mamą, moim aniołem stróżem, moim bunkrem i schronem, dzień i noc pracowała w szpitalu, zszywając rany, składając połamane kości, lecząc oparzenia, a czasami patrząc smutno na tych, którym nie mogła już pomóc.

Dziecięcy i sugestywny jest również język książki. Krótkie, stanowcze zdania, ograniczone do minimum dialogi, słownictwo (celowo zahaczające o przedwojenną polszczyznę) i styl myślenia charakterystyczny dla kilkulatka czy młodszego nastolatka chwilami rozśmieszają, ale w finale poruszają w zupełnie odmienny sposób. Przypuszczalnie będzie to pierwsza książka bez happy endu, jaką przeczytają wasze dzieci, stąd zapamiętają ją na długo, może na zawsze. Dlatego to takie ważne, że jest dobrze napisana i mądra. Autor puentuje wyliczeniem, niemal wyliczanką – kto przeżył, kto zginął, podsuwając czytelnikom mocne przesłanie: w wojnie nie ma w pełni szczęśliwych zakończeń. W opowiadaniu "Czy wojna jest dla dziewczyn?" do pojęć życia i śmierci przykłada on zupełnie inną miarę niż w książce "Ściśle tajne". Niełatwo jest uniknąć patosu, a z drugiej strony infantylizmu, gdy mówi się dzieciom o wojnie. Również w tym zakresie Paweł Beręsewicz osiągnął pełny sukces.

Bożena Itoya

Paweł Beręsewicz, Ściśle tajne, ilustracje Maciej Szymanowicz, Wydawnictwo Literatura, Łódź 2018.
Paweł Beręsewicz, Czy wojna jest dla dziewczyn?, ilustracje Olga Reszelska, wydanie VI, pierwsze wydanie zostało zrealizowane w koedycji z Muzeum Powstania Warszawskiego, Wydawnictwo Literatura, Łódź 2017.

piątek, 4 stycznia 2019

Bjørn – Syn burzy


Pierwsza powieść Pawła Wakuły wydana w młodzieżowej odsłonie serii "A to historia!" wydawnictwa Literatura zaskakuje rozmachem, literacką doskonałością i czystością gatunkową. Trudno uwierzyć, że "Bjørn – Syn burzy" ukazał się w 2018 roku, jako utwór całkiem nowy, nasz, rodzimy, nie dzieło życia jakiegoś klasyka ślęczącego przez dziesiątki lat nad rękopisem, tylko powieść współczesnego, jak najbardziej aktywnego pisarza. To jedna z aż trzech książek Pawła Wakuły wydanych w świeżo minionym roku, niby bardzo "historycznym", bo doświadczyliśmy potopu publikacji i serii wpisujących się w obchody 100-lecia odzyskania niepodległości przez Polskę, jednak "Bjørn" nie pasuje ani do tego jubileuszu, ani do potocznego myślenia o nauczaniu historii w książce dla dzieci, ani w ogóle do powszechnego podejścia do książki dla młodych. W czasach dominacji obrazu oraz mody na nieodróżnianie literatury od książek popularnonaukowych i obraz(k)owych, w epoce krótkich, prostych form (para)literackich, gdy literatura młodzieżowa identyfikowana jest z nieco skandalizującymi, ale równocześnie pouczającymi książkami o palących problemach współczesności (przy czym często są to lektury kalkujące amerykańskie hity), kiedy granice między literaturą piękną a popularną ulegają zatarciu lub zapomnieniu, dostajemy obszerną (386 stron), klasycznie rozumianą powieść historyczno-awanturniczą osadzoną w realiach Europy sprzed nie 100, ale 1000 lat.
Powieść historyczna Pawła Wakuły jest zarazem kryminałem i młodzieżową "przygodówką", każdy z tych typów prozy został w "Bjørnie" znakomicie dopracowany, a zarazem dopasowany do oczekiwań współczesnych nastolatków. Autorzy i wydawcy literatury popularnej "dla niedorosłych" i tak zwanego nurtu young adult nie krępują się poruszać kwestii niegdyś wstydliwych, ba, w dobie #metoo wręcz należy łamać tabu i pisać o sprawach kontrowersyjnych, królujących w hasztagach, memach, filmikach, postach o tysiącach czy milionach udostępnień. "Paradokumentalizacja" książki młodzieżowej jest faktem, więc gdzie tu miejsce dla powieści historycznej? Otóż Paweł Wakuła wykorzystał modę na dosadność i realizm tekstu dla swoich literackich celów, pokazując jedenastowieczne realia z bezpośredniością godną serialu "Gra o tron" (i odwołując się do masowej, popkulturowej fascynacji wikingami). Jeśli więc sądzicie, że moglibyście zanudzić się "Bjørnem", bo przyzwyczailiście się, że w prozie adresowanej do młodzieży poruszane są tematy takie, jak problemy rodzin mieszanych kulturowo i narodowo, patchworkowych, homoseksualizm, przemoc rówieśnicza i seksualna, bullying, to bez obaw, znajdziecie je i tu.

Stare kobiety spluwały na mój widok, a mężczyźni przyglądali mi się ponuro. Pewnie zastanawiali się, co zrobiliby, gdyby to ich spotkała taka hańba. Jak wiesz, dzieci na całym świecie naśladują dorosłych, lecz są od nich o wiele okrutniejsze, więc prędko dały mi poznać, co to znaczy być odmieńcem.

Moim zadaniem nie jest streszczanie fabuły, nie mogę też zdradzić za wiele o tym, kim jest tytułowy bohater i które wydarzenia oraz osoby przedstawione w książce są prawdziwe (to znaczy udokumentowane w kronikach i innych dokumentach uznawanych przez historyków za wiarygodne). Tę wiedzę najlepiej uzyskać po lekturze, zasięgając informacji u autora, który przygotował bardzo rzeczową (i dowcipną) Notę autorską oraz szczegółowe Noty biograficzne i Noty historyczne. Wcześniej najważniejsza jest dobra zabawa czytelnika, jego "wejście" w historię, obcowanie z literackim kunsztem, a nie znajomość i rozpoznawanie faktów. My zostaliśmy wciągnięci przez tę niezwykłą opowieść już na jej pierwszej karcie, zupełnie niehistorycznej.

Norny – Szepczące, boginie przeznaczenia – siedziały u podnóża olbrzymiego jesionu Yggdrasil – drzewa światów i przędły nici ludzkiego żywota. Ponad ich głowami wisiały trzy księżyce, z których jednego przybywało, drugi był w pełni, a trzeci właśnie zmieniał się w cienki sierp.
(...) Nagle Skuld wydała stłumiony okrzyk:
Siostry, spójrzcie! Widziałyście już coś podobnego?
Urdhr zbliżyła swoje niewidzące oczy do kądzieli dziewczyny i wciągnęła powietrze, obwąchując kilka splątanych ze sobą złotych nici.
To znak, że w Midgardzie właśnie narodził się śmiertelnik, którego dola na dobre i na złe połączyła się z losem wielkich królów i potężnej królowej. Będzie mu dane życie pełne przygód, łaska bogów i podziw śmiertelników... Zobaczy cuda tego świata, zazna miłości, przyjaźni i zdrady, niejeden raz zanurzy swój miecz w krwi wrogów, jak przystało na bohatera, który po śmierci ma zasiąść w Walhalli u boku Odyna... Lecz nim nadejdzie ten dzień, ty, Skuld, będziesz musiała przeciąć splątane nici i nigdy nie będziesz wiedziała, kogo pozbawisz w ten sposób życia!

Arne Ingvarsson, Saga o Bjørnie Stenskalle

Paweł Wakuła jako pisarz porusza się na granicy powieści i sagi królewskiej czy bohaterskiej, nawiązuje też do (chlubnej lub nie, według mnie cennej i ciekawej) dziewiętnastowiecznej tradycji europejskiej polegającej na tworzeniu... falsyfikatów średniowiecznych podań, utworów poetyckich, epickich czy innych skarbów kultury pisanej. Tłem wymyślonej przez autora akcji są niesnaski i sojusze panujące w jedenastowiecznej Europie: w krainach Polan, Normanów, Dunów, w wielu innych miejscach, które odwiedza Żyd Ibrahim, jedna z najciekawszych postaci, wędrowiec i (przypuszczalnie) szpieg znający każdego istotnego władcę i mający radę na wszystko. Podopiecznym Ibrahima zostaje kilkuletni Bjørn, którego my poznajemy kilkadziesiąt lat później, na początku XI wieku, jako siwego wikinga. Za więzienie (a może schronienie?) służy mu wówczas zrujnowany klasztor na wyspie Lindisfarne (Anglia). Stary woj ma sławę berserka, mężczyzny wpadającego w zwierzęcy szał, może też zmieniającego się w niedźwiedzia – to właśnie jego widzimy na okładce (autorstwa Marcina Minora) z niedźwiedzią głową. Bjørnowi towarzyszy ośmiu mnichów "rezydujących" na Lindisfarne, w miarę rozwoju fabuły stają się oni nie tylko słuchaczami dramatycznych, krwawych opowieści wikinga o jego młodości, ale także świadkami i uczestnikami sensacyjnych wydarzeń w czasie aktualnym. Aktorami w tym spektaklu są również czterej zbrojni wikingowie zesłani na wyspę z rosłym, groźnym, legendarnym wręcz Bjørnem jako jego strażnicy.
Retrospekcje Bjørna Stenskalle na żądanie Knuta Wielkiego (króla Danii, Anglii i Norwegii) spisuje opat Brendan. Wyjątkowo interesująco wypada właśnie opis procesu tworzenia historii o człowieku swoich czasów. Obserwujemy porozumienie łączące mnicha z wojownikiem, obustronną zgodę na swój los i tych losów połączenie. Przeplatają się tu relacje sojusznik-zdrajca (swoich zasad lub władcy), powiernik-doradca, obrońca-podopieczny, przy czym niekiedy ulegają one zamianie – niespodziewanie ten, który miał słuchać, zwierza się, a spodziewany złoczyńca okazuje się cennym pomocnikiem, nawet ratownikiem. Niespodzianki zdarzają się także w stosunkach między innymi postaciami, wiarygodnie zarysowanych, czasem pokazanych dokładniej. Autor rozpala naszą ciekawość i wyobraźnię pozostawiając wiele niedopowiedzeń, a portrety psychologiczne bohaterów są tak realistyczne, że czytając mieliśmy wrażenie kontaktu z żywymi osobami.

Dobrze byłoby też, gdyby znalazło się jakieś piwo – ciągnął wiking. – Opróżniliśmy do dna beczułkę, którą zabraliśmy ze statku, a wcale nie była pełna, bo jak dobrze wiesz, musieliśmy przedtem upić więźnia...
Brendan nie przerywał pisania, stawiał obok siebie równe, zaokrąglone litery, raz po raz maczając pióro w inkauście. Wiedział, jak taka czynność onieśmiela prostych ludzi.
Ojcze? – mruknął niepewnie woj. – Czy ty mnie słyszysz?
Brendan nieśpiesznie podniósł na niego wzrok, najwyraźniej ten człowiek rządził pozostałymi, bo wypowiadał się w ich mieniu. Właśnie jego należało przede wszystkim poskromić.
Jak ci na imię? – spytał.
Jestem Bork, syn Jorunda... – Mężczyzna oblizał suche spierzchnięte wargi. – Ci tutaj to Czarny Glum i Uve Krzykacz, tego zaś z obwiązaną gębą zwą Małym Ormem. Co będzie z naszym posiłkiem?
Brendan odłożył pióro i posypał pergamin drobnym piaskiem, żeby wchłonął inkaust. Nie śpieszył się, każda sekunda zwłoki coraz bardziej wyprowadzała jego rozmówcę z równowagi.
Ojcze...
Milcz! – głos opata zabrzmiał jak trzask bicza. – Muszę znać wasze imiona, bo właśnie piszę list do earla Northumbrii. Eryk z Lade musi dowiedzieć się o waszym niegodziwym zachowaniu! – Bork Jorundsson wytrzeszczył oczy, ale Brendan nie pozwolił mu ochłonąć. – Może wasi następcy będą zachowywali się lepiej!
Czterech mężczyzn wymieniło zdumione spojrzenia.
Nasi następcy?
A coś ty myślał? – Brendan roześmiał się wzgardliwie. – Że będę tolerował w opactwie podobnych łotrów? Mam nadzieję, że Eryk każe was wychłostać... Choć nie postawiłbym nawet oberżniętego pensa na to, że ujdziecie z tego z życiem! Napaść na ludzi będących pod ochroną opactwa Lindisfarne, kradzież owiec, awantury w poświęconym miejscu... Król Knut karze takie zachowanie gardłem!
Jak to owiec? To było tylko jedno małe jagnię! – wybełkotał Mały Orm.

Autor doskonale wywiązuje się także z roli historyka, sprawozdawcy dawnych czasów i zwyczajów, znawcy systemów wartości odmiennych od współczesnych. Poznajemy dzieje ziem polskich z innej, nierodzimej perspektywy. Paweł Wakuła detronizuje mity o początkach Polski, te wkuwane na pamięć dumne sformułowania o chrzcie, europejskości i światłości zeń płynących. Nas wychowano na skrótowej, szkolnej wiedzy, ale następne pokolenie, czytając dobrą młodzieżową literaturę historyczną, ma szansę na odejście od tej bezrefleksyjnej nauki. Jest to oczywiście bardzo optymistyczna wizja, bo samych zajęć z przedmiotu "Historia i społeczeństwo" w szkole podstawowej jest aktualnie mniej niż w moim dzieciństwie, trzeba więc wiedzieć, gdzie szukać skutecznych i ciekawych sposobów na poszerzanie żałosnej bazy (45 minut historii na tydzień w piątej klasie, 90 minut w szóstej klasie).
Przygody (i tragedie) Bjørna Stenskalle wplecione w wielką historię zapadają w pamięć, przybliżają funkcjonowanie machiny dziejów, pozwalają zrozumieć, jak w Europie kształtowały się rządy dynastii, ogromne i małe państwowości, narody. Są to historie opowiadane niczym legenda albo poemat epicki, taka "Kalevala" naszych czasów, niepozbawiona humoru i nowoczesnego myślenia o literaturze. Powieść "Bjørn – Syn burzy" zawiera nie tylko opis tak dziś modnych wierzeń skandynawskich (nordyckich) i słowiańskich, ale także szerszą charakterystykę trudnych czasów przejścia od pogaństwa do chrześcijaństwa, pokazanych czasem z etnograficzną precyzją, kiedy indziej zaś z przymrużeniem oka. Do konwencji bohaterskiej opowieści podanej półżartem pasują nawet tytuły rozdziałów, małe arcydziełka, sformułowane w sposób przemyślany, intrygujące, czasem w pełni zrozumiałe (w tym zabawne) dopiero po lekturze danego rozdziału.

Cieszę się twoim szczęściem, panie powiedział uroczyście Żyd. (...)
To tylko kolejna nic niewarta dziewczynka... – ciągnął Dobromir, pocierając z zakłopotaniem podbródek. – Mam ich już sześć, ale co zrobić, takie są wyroki boskie. Ten obmierzły cap Sulgast rozpowiada, że to klątwa za to, że w swoim czasie wyparłem się starych bogów, ale nie ma racji! Czyż nie składam obiat w świątyni na wzgórzu, tak jak to czynili moi przodkowie? Rok w rok darowuję Trzygłowowi dwanaście najlepszych jałówek i sześć beczułek miodu. A może nie dbam o siano i owies dla wyrocznego konia? Nie sądzę, żeby Trzygłów był ze mnie niezadowolony! Być może Sulgast wolałby, żebym kazał złożyć w ofierze człowieka, jak to bywało dawniej, ale na to niech nie liczy! My tu, w Brennie, jesteśmy dobrymi chrześcijanami!

Proza Pawła Wakuły nie zawsze jest wesoła, ale nigdy nie przestaje być fascynująca, wręcz uwodzicielska, nawet gdyby było to kuszenie niepokojące i ciut niemoralne. "Bjørn – Syn burzy" to jeden z niewielu znanych mi utworów literackich dla młodzieży, w których pojawia się miłość zmysłowa, bez sztucznego romantyzmu, po prostu prawdziwe nastoletnie pożądanie. Oczywiście takie ujęcie może zbulwersować część dorosłych czytelników, podobnie jak fizyczność i dosadność w scenach batalistycznych oraz innych związanych z wojaczką. Do mnie i mojego syna te obrazy przemawiają, wydają się nam potrzebne i dobrze umotywowane, stanowią po prostu istotny element obrazu Europy w powijakach, występnej, prymitywnej, innej niż znamy z dumnych pocztów władców i dynastii. Zwłaszcza że w najpopularniejszych źródłach wiedzy niewiele się wspomina o bastardach, nieślubnych synach władców, którzy w historii Bjørna grają pierwsze skrzypce.
Kolejnym zaskoczeniem, jakie przyniosła mi lektura "Syna burzy", był wizerunek starości poczciwej, trochę zagubionej, zdziecinniałej, graniczącej ze śmiercią. Taki obraz rzadko zdarza się w książkach dla młodych czytelników, przypominam sobie tylko stetryczałego staruszka z opowieści o córce burzy – "Ronji, córki zbójnika". U Astrid Lindgren był Łysy Per, Paweł Wakuła przedstawił nam brata Kaliksta. Narrator zręcznie przełącza się na myślenie poszczególnych postaci, pokazując ich sposób postrzegania i odczuwania świata, a mnie najbardziej wzruszyło właśnie to, co w duszy Kaliksta gra.

Rzeka płynęła, klasztor trwał, a tymczasem on z małego chłopca zmienił się w mężczyznę, potem starca. Wreszcie kazano mu resztę życia spędzić na Lindisfarne... Dlaczego?

Kalikst poruszył się niespokojnie. Nie lubił tej wyspy, wszystko było mu tu obce. Jego młodsi bracia szeptali coś po kątach, a on miał już słaby słuch i nie wiedział, o co im chodzi, był pewien, że śmieją się z niego. W wieży mieszkał siwy wiking, który posiadł jakąś straszną tajemnicę. Dionizy, Cynebald, Euzebiusz, Remigiusz, Anzelm i Will... Oni wszyscy skradali się pod drzwi jego celi, żeby posłuchać, co ma do powiedzenia. Po co?
Wiedziony impulsem, Kalikst wstał z pryczy i zapalił kaganek. Przeszedł przez pusty refektarz i wyszedł na wewnętrzny dziedziniec. W oknie narożnej wieży nie paliło się światło, ale mimo to zaczął wspinać się na schody. Ostrożnie i powoli, czyli tak jak zwykle, bo od jakiegoś czasu nogi zaczęły odmawiać mu posłuszeństwa. W słabym świetle widział, że schody są dziurawe, ale nie bał się. W jego wieku niewiele było rzeczy, których warto było się bać.
Udowodnię im wszystkim, że nie jestem gorszy... – szeptał sam do siebie.
Gdy mijał okno, jakiś podmuch zgasił płomień. Staruszek zawahał się, teraz naprawdę miał kłopoty. Nagle opuściła go cała złość, jedyne, czego teraz pragnął, to z powrotem znaleźć się w łóżku pod ciepłym kocem z owczej wełny. Ostrożnie odwrócił się na pięcie i, macając dłonią po ścianie, zaczął schodzić z wieży. Wciąż jeszcze nie bał się. Nie było czego.
Szło mu dobrze, ale mimo to zatrzymał się. Wydało mu się, że cień przed nim jest czarniejszy niż powinien. Wyraźnie słyszał czyjś stłumiony oddech, a może to był tylko szum wiatru. Ostrożnie wyciągnął przed siebie drżącą rękę.

Lektura "Bjørna" uświadamia, jak złożona i wymagająca jest praca pisarza. Po pierwsze, dostrzegam ogrom pracy badawczej, jaką autor musiał wykonać przygotowując materiały do książki. Jednak rekonesans (teoretycznie) może przeprowadzić każdy, trudniej napisać utwór o walorach artystycznych. Po drugie zatem, docenić należy koncept powieści, dwutorowy sposób prowadzenia narracji (obie płaszczyzny akcji są równie ciekawe!), głębię fabuły, przy zachowaniu jej przejrzystości, język (archaizowany, kiedy trzeba) oraz humor "Syna burzy". Książka Pawła Wakuły sprawiła ogromną przyjemność mojemu dwunastoletniemu synowi, najbardziej docenią ją właśnie oczytani chłopcy w tym wieku i starsi fascynaci bohaterskich przygód z przeszłości. Oczywiście nie wykluczam żeńskiego grona czytelniczego, sama należę do (zapewne) najzagorzalszych fanek Bjørna.

Przed zajęciami ojca Wicelina Luca podszedł do mnie z nadąsaną miną.
Gdzie mój chleb? – spytał.
Tutaj! – roześmiałem się, głaszcząc się po brzuchu. – Naprawdę myślałeś, że ci go oddam?
Poczerwieniał z gniewu i zamierzył się na mnie pięścią, ale ja nie czekałem, aż wyprowadzi cios, skoczyłem do przodu i z całej siły grzmotnąłem go w nos.
Luca chciał złapać mnie wpół, ale ja już wskoczyłem mu na plecy, złapałem za szyję i zacząłem okładać kułakiem po tłustym karku. Mój prześladowca ryczał z wściekłości, ale nie mógł mi nic zrobić.
Kilku wyrostków z bandy, której przewodził Luca, jakiś chłopak z Rawenny i dwaj Niemcy, rzuciło się, żeby ściągnąć mnie z jego pleców, ale Bolko, niewiele myśląc, przewrócił im pod nogi ławę. Natychmiast z dzikim krzykiem doskoczyli do nich synowie księcia Rasława i zaczęli walić, ile wlezie. W sali rozpętała się istna bitwa, Wieleci rzucili się na Obodrzyców, Sasi na Turyngów, Longobardowie na Rzymian, drewniane pulpity łamały się z trzaskiem, a wzbity z podłogi kurz skrył walczących. Tamtego dnia wszystkie sąsiedzkie spory i plemienne waśnie wybuchły ze zdwojoną siłą. Nasi ojcowie byliby z nas dumni.

Mocną stroną powieści i bodaj ulubionym wątkiem mojego syna jest braterstwo książęcych synów, chłopców przetrzymywanych jako zakładnicy wysłani cesarzowi niemieckiemu przez własnych ojców. Akcja prowadzona w Zamku Sokołów (Falkenburgu) obfituje w sceny zabawne, dynamiczne, przepełnione atmosferą młodzieńczej przyjaźni, która później może przetrwać najtrudniejsze próby. Czy tak będzie, jeszcze nie wiemy, ponieważ książka nie pomieściła całej relacji starego wikinga o jego dzieciństwie i wczesnej młodości. W "Bjørnie – Synu burzy" zostało zawiązanych kilka bliskich znajomości, sojuszy i wątków, których rozwinięcia nie możemy się doczekać, bo powieść kończy się wieloma znakami zapytania, a autor oznajmiał w mediach, że pracuje nad jej kontynuacją. Póki co snujemy domysły, różne wersje zdarzeń z życia Bjørna Stenskalle, jakbyśmy dalej czytali opowieść o nim. I to też jest świetna zabawa.

Bożena Itoya

Paweł Wakuła, Bjørn – Syn burzy, okładka: Marcin Minor, Wydawnictwo Literatura, Łódź 2018.