cudanakiju.pl

cudanakiju.pl
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Joanna Wachowiak. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Joanna Wachowiak. Pokaż wszystkie posty

sobota, 30 listopada 2019

Awaria


Joannę Wachowiak kojarzyliśmy dotychczas przede wszystkim z literaturą dla najmłodszych czytelników. Bardzo ucieszyłam się z zapowiedzi powieści dla młodzieży autorstwa właśnie tej pisarki, bo mój trzynastoletni syn niestety wyrósł już z "Opowiastek dla małych uszu" czy "Bartka, Lenki i snów" (obie serie ukazują się w wydawnictwie BIS), powoli kończy się też dla niego etap "Ali Baby" (wyd. BIS) i "Baby Blagi" (wyd. Literatura). Na szczęście w tym momencie nadeszła "Awaria" (wyd. Literatura). Po lekturze stwierdzam, że twórczość Joanny Wachowiak rośnie wraz z moim synem: dojrzewa styl pisarstwa, poważnieją tematy i bohaterowie, rozrasta się przestrzeń pozostawiana czytelnikowi do własnych wniosków. Niezależnie od naszych wcześniejszych doświadczeń czytelniczych, "Awaria" jest świetną powieścią, doskonale wyważoną, nieprzesadzoną i, co naprawdę rzadko się zdarza w literaturze dla młodszej młodzieży, w pełni oryginalną. Żadnych notek "dla fanów Harry'ego Pottera" i tym podobnych odniesień na okładce (ani w treści książki), co za ulga!
Autorka i ilustratorka (Marta Krzywicka) przedstawiają nam pewną rodzinę w skomputeryzowanym świecie niedalekiej przyszłości. Bez zbędnych wstępów, w sposób zupełnie naturalny, wnikamy w codzienność Maćka (najmłodszy z nastoletniego rodzeństwa), Anity, Tymka i ich mamy. Nie znamy dokładnej daty i lokalizacji wydarzeń, ale też wcale ich nie potrzebujemy, bo akcja jest bardzo bliska współczesnym młodym ludziom z naszego kręgu kulturowego.
"Awaryjne" dzieci właściwie nie rozłączają się ze swoimi kieszonkowymi komputerkami, czyli smartfonami. Czerpią energię z techniki i obecności w świecie wirtualnym, choć, jak się z czasem okaże, znaczenie ma również prezencja, czy raczej autoprezentacja, w realu. Jednak i prawdziwe życie tych nastolatków jest warunkowane przez liczne czynniki internetowe. Poznajemy też matkę zlecającą najdrobniejsze czynności Pinie, centralnemu domowemu komputerowi, a może już sztucznej inteligencji? Poza tym nowoczesnym akcentem, starsze pokolenia nie zaskakują właściwie niczym, bo dostrzegliśmy tu stereotypowe pozycje dobrej mamy i babci z innej epoki. Takie tło społeczne jest niezbędne, by pokazać wszystkie niespodzianki czekające na bohaterów. A zaczyna się od tajemniczej przesyłki.

Od kogo to?
Dobre pytanie.
Sprawdź nadawcę – radzi Anita. – Przecież musi być podany.
Genialna jesteś. Ale wiesz co? Napis jest nieczytelny. Kartka jest wilgotna, litery się rozmazały. Kompletnie nie do odczytania.
Rozumiem, że żadne z was nie zamawiało niczego w internecie? – włącza się do rozmowy mama. – W takim razie to musi być od babci, przecież co roku coś wam przysyła.
Nie "coś". Wełniane skarpety, szale albo swetry – krzywi się Maciek. – O nie, no i właśnie mnie dopadła! – Odkłada telefon, na ekranie którego, jako gepard, został właśnie zagryziony przez hienę. – Kurczę, mam nadzieję że to nie jest paczka pełna robionych na drutach skarpet!
Tymek kiwa głową z powagą.
To może być to. Zapas skarpet na całe życie.
Słuchajcie, to ma sens! – woła z przestrachem Maciek. – Pewnie babcia stwierdziła, że zapłaci za przesyłkę raz, zamiast rok w rok wysyłać paczkę!

Babcia osobiście w książce się nie pojawia, ale nawet zacytowana scena charakteryzuje nie tyle starszą panią, co panujące w rodzinie stosunki i kontakty. Mama nie jest rodzicem samotnym, ale dominującym w domu – tata odezwie się właściwie dopiero w dwunastym rozdziale. Rola ojca w "Awarii" jest bardzo ograniczona i dlatego uważam ją za ciekawy temat do dyskusji, rodzinnej czy klasowej, o funkcjach pełnionych przez członków "podstawowej komórki społecznej". Otóż tata istnieje, bywa wspominamy, ale w akcji praktycznie nie uczestniczy, bo odbywa służbową podróż z opóźnieniami lotniskowymi w tle. Ileż go omija! Prawdziwa rodzinna rewolucja, może najważniejsze wydarzenia w życiu jego dzieci, przełamujące wzajemne uprzedzenia, zmuszające je do współpracy i pokazujące (albo wręcz objawiające), że naprawdę się lubią. Co początkowo wydaje się bardzo wątpliwe, bo ciągnące się przez wiele stron kłótnie rodzeństwa bywają obciążające emocjonalnie nawet dla czytelnika. Naprawdę podziwiam bohaterstwo znoszącej tę atmosferę mamy, która zadziwiająco późno przeżywa własną awarię, przez atak grypy (czy raczej dzięki niemu) wyłączając się z wiecznej awantury.
Po pierwszym kontakcie z głównymi bohaterami czytelnik ma mieszane uczucia, z przewagą tych negatywnych. Dzieci wypadają bowiem głupiutko, uzależnione od ocen internautów, potrzebujące ich nawet w trakcie... przygotowywania śniadania. Ale może nie powinniśmy zbyt pochopnie oceniać Maćka i jego rodziny, bo czy nie jesteśmy tacy sami? Szczerze mówiąc, młodym czytelnikom zachowanie bohaterów książki prawdopodobnie wyda się fajne, a nie godne potępienia. Może nawet sami zechcą nagrać na swoich kanałach takie same filmiki. Postrzeganie i wartościowanie świata przez nas, rodziców, bardzo różni się od tego, jak rzeczywistość widzą współczesne nastolatki, a nawet dzieci ośmioletnie.

Wycofując się do kuchni, Maciek słyszy, jak mama zarządza:
Pina, kawa. Podwójne espresso.
Okej.
Z szafek Maciek wyjmuje puszkę i kubek. Przygotowuje kakao i wstawia kubek do mikrofalówki. Sięga po smartfon i włącza nagrywanie, a dopiero potem wciska przycisk "start" na mikrofalówce.
Widzicie to? Czas płynie, odliczanie włączone. Na pewno zauważyliście, że na każdym filmie licznik zatrzymuje się na sekundę przed wybuchem bomby. Dlatego teraz ja... – I dokładnie w momencie, gdy na wyświetlaczu pojawia się jedynka, błyskawicznym ruchem zatrzymuje urządzenie. – Jest! Ha, widzieliście? Rozbroiłem.
Synku, z kim ty rozmawiasz? – pyta mama, pojawiając się w kuchni.
Nie, nic... Z nikim – odpowiada szybko Maciek i odkłada telefon.

Zachowanie Maćka, najmłodszego z trojga dzieci, wiele mówi o standardowych układach rodzinnych. "Maluch", "syneczek", "córeczka" – to ci starsi są skażeni przesadnym zamiłowaniem do techniki, ale on/ona jest ostatnią nadzieją rodziców, ostoją czystości, szczerości i realu, dzieciństwa, jakie pamiętają i jakie sobie wyobrażają jako idealne. Może to te wyobrażenia sprawiają, że takie Maćki chowają smartfony i udają, że wcale nie prowadzą swoich kanałów? Których zresztą wstydzą się po roku.
W powieści Joanny Wachowiak dość szybko na pierwszy plan wysuwają się stosunki między rodzeństwem, umiejętność i konieczność współpracy, dogadania się. Dorośli i nowinki techniczne zostają zepchnięci na drugi plan, a skłóceni, przyzwyczajeni do codziennych potyczek bracia i siostra muszą opanować niepojęty bunt robotów.

Anita chwyta Tymka za ramiona.
Ty nic nie rozumiesz! – powtarza słowa Maćka. – Może masz rację, może to wszystko moja wina! Przecież podłączyłam Evo do sieci, to wszystko się zaczęło od podłączenia go do sieci! A jeśli ktoś z zewnątrz dostał się do niej, jeśli to jest atak hakerski?... Można z zewnątrz kontrolować wszystkie urządzenia! Wiem, że to brzmi niedorzecznie, ale to nie jest niemożliwe, to jest do zrobienia, jest wykonalne! – W głosie Anity, zawsze opanowanej, pobrzmiewa nuta histerii.
Ja się boję – łka Maciek. – Ten dom nas atakuje!

"Awaria" zachwyciła mnie językiem: naturalnym, ale nie na siłę potocznym. W wypowiedziach dziecięcych bohaterów pojawia się niekiedy szyk charakterystyczny dla języka mówionego oraz ten sznyt ciętych ripost, małych złośliwości, wiecznej gotowości do walki. Często słyszę, jak młodzi porozumiewają się właśnie na zasadzie "pocisków" i "dissów", zupełnie jak Tymek, Anita, a w pewnym stopniu też Maciek. Tej polszczyźnie daleko do wpadek charakterystycznych dla polskich "młodzieżówek" pisanych przez dojrzałych pisarzy. Zbyt często bowiem trafiamy w naszej literaturze na sztywne, ugrzecznione komunikaty w języku literackim, tylko przeplatane dziwnymi "nowoczesnymi" wtrętami leksykalnymi, które akurat wydały się autorowi odświeżające czy "cool". Natomiast Joanna Wachowiak pisze po prostu dobrze, nie stylizuje się na literacką raperkę z osiedla, przez co jest dla młodych wiarygodna.
Tak samo, jak ja język, mój syn docenił konstrukcję fabularną powieści. Ucieszył się, że nie było nadmiernych kombinacji fantastycznonaukowych. Niektóre motywy (ludzkie i fabularne) pozostały w cieniu podczas awarii i po niej to bardzo dobrze, bo książka adresowana jest do starszych dzieci, które powinny już myśleć bardzo samodzielnie, przeżywać opowieść analizując ją po swojemu. Akcja bywa mroczna (nie tylko przez brak światła w domu), co bardzo nam przypadło do gustu, podobnie jak odniesienia do blockbusterów, z naszym ukochanym Terminatorem na czele. Przebłysk z chyba najsłynniejszym zbuntowanym robotem świata jest mocny i zapada w pamięć, ale na plastyczność powieści, jej artystyczny odbiór, jeszcze bardziej wpływa ilustratorka.
Marta Krzywicka zapewniła "Awarii" niepowtarzalną, "spersonalizowaną" oprawę graficzną, współtworząc atmosferę zagubienia bohaterów zarówno w świecie uczuć, jak i sztucznej inteligencji. Ilustratorka znakomicie spełnia się w oszczędnych w barwy, ale silnie akcentujących opowieść obrazkach. Całe uniwersum "Awarii" oświetlone jest bladą niebieskością ekranów, bo właśnie ten kolor jest jedynym intensywnym, wmalowanym w czarno-biało-szarą ilustrację książkową. Lubię grę cieni w twórczości Marty Krzywickiej to, jak steruje światłem, ale też zabawę w chiński teatr (na stronie 58.). Warto przyjrzeć się również tłu poszczególnych obrazków, czasem złożonemu z kropkowanych chlapnięć farbą w spreju, budowanemu z zarysu przedmiotów, sugerującemu nastrój bohaterów lub ich uwikłanie w elektronikę. Tu nawet bożonarodzeniowe ozdoby nie ocieplają atmosfery.

Choinka jednak się pojawiła. Tymek wniósł ją do salonu i osadził w metalowym stojaku. Było przy tym trochę nerwów, bo z początku pień był zbyt gruby i nie mieścił się w obejmie, z kolei po ociosaniu stał się zbyt wąski i choinka przechylała się niebezpiecznie to w jedną, to w drugą stronę. Gdy wreszcie udało się ją ustabilizować, Czika dwa razy wychłeptała wodę z podstawki stojaka, chlapiąc dokoła i robiąc mokre ślady – szybko wyszło na jaw, że wypiła wodę, bo jej miska była sucha. Później okazało się, że "szmata", którą Tymek wycierał resztki wody z podłogi, była ulubioną koszulką Anity. Tymek zapewniał, że nie rozpoznał jej koszulki z logo NASA, ale nawet mamie trudno było w to uwierzyć.
Koniec końców kryzys został zażegnany i ustawianie choinki zakończyło się.
Mama robi teraz krok w tył.
Tak – stwierdza z zadowoleniem. – Nawet całkiem niezła, jak na kupioną prawie na ostatnią chwilę.
Wyraźnie czeka na to, że ktoś ją poprze i wyrazi entuzjazm.
Mmm – mruczy więc w odpowiedzi Maciek, odrywając na chwilę wzrok od ekranu, na którym właśnie toczy drugie życie jako gepard.

Choć w książce zdarzają się typowe sytuacje znane nam z grudniowych wieczorów spędzanych w rodzinnym gronie, to lektura wydaje się nieoczywistym wyborem na sezon gwiazdkowy. Nie głaszcze naszych oczekiwań, tylko daje do myślenia, bo sporo w niej krytycznego, niewyrażonego wprost dystansu do polskości, a równocześnie zaspokaja okołoświąteczną potrzebę ciepła. Z jednej strony pojawiają się tu stałe atrybuty rodzimego Bożego Narodzenia – drzewko, prezenty w postaci skarpet, kłótnie, rozmyślanie o jedzeniu, a nie o duchu świąt, ale jest i coś głębszego, prawdziwszego: atmosfera. Ta zmienia się, oczyszcza, przestaje być gęsta, wartko płynie ku rozwiązaniu zupełnie fantastycznemu, ale nie przez wątki science fiction, tylko dzięki wyciszeniu, zamknięciu zakończenia we wnętrzu rodziny. Czyż nie o to chodzi w finale adwentu?

Bożena Itoya

Joanna Wachowiak, Awaria, ilustracje Marta Krzywicka, Wydawnictwo Literatura, Łódź 2019.

czwartek, 28 czerwca 2018

Ala Baba. Kosmiczne zadania


Zeszyt ćwiczeń "Ala Baba. Kosmiczne zadania" był dla nas dużym, pozytywnym zaskoczeniem. Publikacja została przygotowana przez Joannę Wachowiak (tekst i koncepcja) i Teresę Zalewską Hoyę (rysunki), a więc autorki książki "Ala Baba i dwóch rozbójników" (obie publikacje ukazały się w wydawnictwie BIS). My sięgnęliśmy po uzupełnienie wartościowej lektury, ale z "Kosmicznych zadań" skorzystają również osoby nieznające przygód Ali, wielkiej kreatorki Kosmosu.
Na 47 czarno-białych stronach w formacie A4 mieszczą się całe pokłady pomysłów, zabaw, humoru i "aktywizatorów" wyobraźni. Autorki pobudzają do działania nie tylko małe dłonie i spostrzegawczość czytelników, ale też pielęgnują ich sprawność i kreatywność językową. Zadania są wszechstronne, ciekawe, świeże i błyskotliwe. Rozwiązując je młody człowiek wciela się w bohaterkę literacką, która w pierwotnej książce wymyślała całe światy i odkrywała je przed młodszymi braćmi. Tutaj to my tworzymy: nazwy obiektów należących do osiedla "Kosmiczne", wizerunki stworzeń przywiezionych w dziwacznych (wiele mówiących) pojemnikach do minizoo na planecie Frajdus, lustrzane odbicia nas samych jako stworów z 8 rozmaitych światów, fantastyczne rozwinięcia niby zwyczajnych imion, a tak naprawdę kosmicznych skrótowców (np. mój syn rozszyfrował "POLA" jako "Polsko-Ormiański Lek Antypadaczkowy", a "AZOR" jako "Antykwariat Zepsutych Oczu Rabusiów"), podobiznę najmniej sympatycznej formy życia z planety Y-7541, na której najsympatyczniej wypada coś przypominającego ziemskiego krokodyla, pozytywne przekazy o Ziemi adresowane do kosmitów porozumiewających się tylko rysunkami, definicje kosmicznych znaków drogowych (czy innych tabliczek informacyjnych), propozycje nazwy sklepu ze słodyczami sprowadzanymi z całego kosmosu (wymyśliliśmy m.in.: "Droga mleczna, czekoladowa i ciągutkowa", "Smakołyki z galaktyki", "Donuty z obcej chaty", "Słodkości z przyszłości"), zestaw kosmicznych zwyczajów Kretongan (odpowiadamy na pytania o ich zwierzęta domowe, letniska, ulubione prezenty, przebieg kataru, powitania i in.), nazwy i podobizny krzyżówek różnych zwierząt zamieszkujących stację badawczą profesora Mózgowca, patenty na ulepszenie naszych ziemskich przedmiotów, definicje haseł ze słownika obcych, zastosowania tajemniczego przedmiotu zostawionego nam przez poprzedniego użytkownika rakiety, krajobraz zapomnianej planety, ledwie zarysowany na wyblakłej pocztówce, spis czynności, które mógłby za nas wykonywać wymarzony robot i działań, jakie wolimy pozostawić sobie samym, nazwy dotychczas bezimiennych gwiazdozbiorów. Jest jeszcze kilka innych ćwiczeń otwartych, bardzo indywidualnych, gwarantujących świetną rozrywkę i personalizację "Kosmicznych zadań". Ponadto w zbiorze znalazły się bardziej tradycyjne łamigłówki – znajdujemy: skomplikowaną drogę ucieczki z planety Graturn, pięć szczegółów różniących dwie istoty podszywające się pod mieszkańców Lusterusa, nazwy obcych planet ukryte wśród rozrzuconych liter, dwie identyczne postacie w tłumie kosmitów; łączymy kropki w dowolny sposób i wyobrażamy sobie, co przedstawia powstały tak rysunek (trochę jak wróżba z wosku) czy wykonujemy ćwiczenie przygotowane przez komputer pokładowy, miłośnika "połącz ponumerowane kropki" (od 1 do 211, więc to zadanie dla starszych dzieci).
W "Ali Babie. Kosmicznych zadaniach" zachwyciło mnie podejście do języka. Wspomniałam już o ćwiczeniach słowotwórczych czy tych z formułowania wypowiedzi, ale warto zwrócić też uwagę, jak Joanna Wachowiak zwraca się do dzieci. Niewiele tu zwykłych, króciutkich poleceń, królują dłuższe, "pisarskie", zgrabne i zabawne, jakby wyimki z literatury. Użytkownik "Kosmicznych zadań" niepostrzeżenie korzysta i uczy się czegoś już czytając treść zadań. Zbiór ćwiczeń jest zresztą ogólnie doskonale skonstruowany, czytelny i praktyczny pod względem czcionki, obrazków, miejsca na samodzielną pracę, typu papieru i numeracji zadań (jest ich 26). Jeśli jeszcze nie mieliście w rękach tej pozycji, koniecznie spróbujcie, nawet jeżeli nie czytaliście "Ali Baby i dwóch rozbójników" i na co dzień nie pałacie sympatią do "książek aktywnościowych". Te zabawy zachęcają do czytania, wypowiadania się, bycia radosnym i twórczym.
Bożena Itoya

Joanna Wachowiak, Ala Baba. Kosmiczne zadania, rysunki Teresa Zalewska Hoya, Wydawnictwo BIS, Warszawa.

wtorek, 31 października 2017

Opowiastki i historyjki dla małych uszu

Co robią zwierzęta w polskim literackim lesie? To samo, co we francuskim i frygijskim, bo Joanna Wachowiak przygotowała dla nas opowiastki i historyjki przypominające bajki La Fontaine'a i Ezopa. Podobnie jak u klasycznych (lub klasycystycznych) twórców, na "naszym podwórku" zwierzaki odwzorowują pewne ludzkie typy i zachowania, z tym że autorka koncentruje się na sytuacjach, z jakimi często stykają się dzieci. Małe uszy z zaciekawieniem słuchają, jak na ich miejscu zachowałyby się żabka, myszka, zając, orzeł czy kotek.
Na "Opowiastki dla małych uszu" składa się osiem krótkich, kilkustronicowych opowiadań wydrukowanych dużą, czytelną czcionką. To dobra metafora treści tej książki – to, co dotyczy małych, musi być duże. Mała żabka ma wielkie marzenie: chce skoczyć na księżyc. Niemożliwe? Zdziwicie się! Chyba że nie zapomnieliście o dziecięcym myśleniu poza torami dosłowności. Wiewiórka z kolei przeżywa szczęśliwy dzień, pełen smakołykowych odkryć, dopóki nie spotka kolejnych zwierząt w potrzebie, którym odda swoje zbiory. A może właśnie wtedy zacznie się ten szczęśliwy dzień z tytułu opowiadania? Odkrycie królika pomoże maluchom zrozumieć, że kaprysy na temat tego, iż innym jest lepiej, przeważnie są bezpodstawne, ponieważ "inaczej" nie zawsze znaczy "lepiej". Opowiastka "Dwie biedronki z jednej łąki" uświadomi natomiast, jak wielkie są różnice w postrzeganiu optymisty i pesymisty – i to zarówno w tym, jak każdy z nich patrzy na świat, jak i w sposobie, w jaki są widziani przez świat. Biedne myszki odnajdują skarb, który cały czas miały, podobnie jak bohaterki innego opowiadania Joanny Wachowiak, zamieszczonego w tomie "Czarownice są wśród nas" oraz, jako rozdział, w "Babie Bladze" (wyd. Literatura). To piękna, przygodowo-filozoficzna przypowiastka. Latająca mysz łamie za to wszelkie stereotypy i uprzedzenia, równocześnie daleko jej i blisko do Ikara. To jedno z tych opowiadań, które powinny być czytane kilkulatkom kilka razy w miesiącu (albo i tygodniu), by zrozumiały, że zawsze jest kilka rozwiązań, punktów widzenia, a wiara czyni cuda. O przełamywaniu ograniczeń mówi też przykład ślimaka ("Zabawy ślimaka"), z kolei "Pajęcza pułapka" świetnie definiuje współzależność dnia i nocy, ciepła i zimna, przyjemności i obowiązków oraz wszelkich podobnych par przeciwieństw.
Również "Historyjki dla małych uszu" zawierają osiem zwięzłych opowiadań przeplatanych jasnymi ilustracjami stylizowanymi na dziecięce rysunki. Podobnie jak w "Opowiastkach", autorka trafia do czytelników i ich rodziców konkretną treścią, pozbawioną rozpoetyzowanych dygresji, jakie drażnią niektórych dorosłych narzekających na "wydziwione" bajki. Zresztą i mój syn denerwuje się czasem podczas lektury, dokładnie widząc, w którym miejscu autor chce, by czytelnik się wzruszył i westchnął nad pięknem opowieści, ale jedynym skutkiem takiego zabiegu pisarskiego pozostaje wrażenie sztuczności czy napuszenia. Joanna Wachowiak nie dopuszcza do podobnych sytuacji. W "Spadającej gwieździe" poznajemy motyla, który marzy o nieosiągalnym zamiast skoncentrować się na tym, co w zasięgu ręki. Proste "Rady żaby" mogą objawić małemu dziecku, jak inni odbierają jego humorki i jak samo sobie szkodzi chodząc ze skwaszoną miną. Są w tym tomie także historyjki o współpracy maluczkich ("Siła niedźwiedzia"), wytrwałości i oczekiwaniu na swój czas ("Orzeł czy kura?"), wykluczeniu z grupy na własne życzenie ("Tajemnica trzmiela", "Przyjaciele"), o przydatności osób (i ich cech), które pozornie wszystkim przeszkadzają ("Najlepszy dom na świecie"), a także o wierze w siebie ("Pomyłka").
"Opowiastki" i "Historyjki" są dla nas nie do rozróżnienia, nie wiemy, które były pierwsze i nie ma to znaczenia. Teksty w obu zbiorach są jednakowo pozytywne i pouczające – czyli tak w sam raz, bez nadmiaru słodyczy i dydaktyzmu. Pogodny charakter opowiadań jest jednak pomnażany przez łagodne, pastelowe, niemal cukierkowe ilustracje Anity Głowińskiej. Ten typ obrazków często podoba się najmłodszym dzieciom, odpowiada ich zamiłowaniom kolorystycznym, utrzymuje uwagę dzięki wyrazistości i niewielkiej ilości szczegółów. Właśnie bywalcy żłobków i młodszych grup przedszkolnych wydają się wymarzonymi słuchaczami "Opowiastek dla małych uszu" oraz "Historyjek dla małych uszu", wszystko więc się zgadza. Samodzielne czytanie mogą trenować na tych opowiadaniach także starsze dzieci. Tekst mierzy bowiem nieco wyżej niż ilustracje, sprzyja kształtowaniu czytelnika, który pewne rzeczy musi zrozumieć sam, dopowiedzieć sobie morał. Wracając do otwierającego tę recenzję porównania z La Fontainem i Ezopem, Joanna Wachowiak nie poucza tak dobitnie, jak czynią to klasyczni bajkopisarze, jest w końcu pisarką nowoczesną, wierzącą w możliwości swoich odbiorców i oryginalną.
Bożena Itoya

Joanna Wachowiak, Opowiastki dla małych uszu, ilustracje Anita Głowińska, Wydawnictwo BIS, Warszawa 2016.
Joanna Wachowiak, Historyjki dla małych uszu, ilustracje Anita Głowińska, Wydawnictwo BIS, Warszawa 2017.

środa, 5 lipca 2017

Czarownice są wśród nas


Zawsze czekam z niecierpliwością na kolejną odsłonę serii "Polscy pisarze dzieciom", konsekwentnie, od wielu lat prowadzoną przez wydawnictwo Literatura. Zbiory opowiadań zawierające za każdym razem ponad 10 tekstów różnych autorów dają pewien obraz współczesnej polskiej literatury dla dzieci, można bowiem poznać indywidualny styl pisarzy, leitmotivy ich twórczości lub przynajmniej zaobserwować, na jakie sposoby wywiążą się ze wspólnego zadania. Tym razem Joanna Papuzińska, Zuzanna Orlińska, Liliana Bardijewska, Beata Ostrowicka, Grzegorz Kasdepke, Paweł Wakuła, Agnieszka Urbańska, Katarzyna Wasilkowska, Renata Piątkowska, Joanna Wachowiak, Kalina Jerzykowska, Katarzyna Ziemnicka oraz Marcin Brykczyński mieli napisać o czarownicach i uprawianiu magii w codziennym życiu współczesnych dzieci, stąd tom zatytułowano "Czarownice są wśród nas".
Katarzyna Wasilkowska wprowadziła magię do świata bohaterów znanych z powieści "Jowanka i gang spod Gilotyny". Był to pomysł bardzo ciekawy i satysfakcjonujący dla nas, wielbicieli literackiego debiutu tej autorki, czyli dopracowanej pod każdym względem "obyczajowej przygodówki", w której wyróżniona została między innymi rola samotnego ojca i relacja dziecka z dziadkiem. W opowiadaniu "Wiedźmka i mag", opublikowanym w zbiorze"Czarownice są wśród nas", poznajemy lepiej jednego z dziecięcych, a właściwie już młodzieżowych, bohaterów "Jowanki" – Wawrzyńca, a także jego młodsze rodzeństwo, przedszkolaków Zuzkę i Patysia. To maluchy wchodzą w rolę czarodziejów, zabiegając o magiczną metamorfozę starszego brata, jak dotychczas przykro doświadczanego przez dojrzewanie, pozbawionego pewności siebie, a przypuszczalnie także samoświadomości i tożsamości. Działania spółki wiedźmka&mag są łobuzerskie i zarazem urocze, a problemy Wawrzka do bólu prawdziwe. Autorce udało się dokonać czegoś, co dotąd wydawało mi się niemożliwe: w jednym tekście połączyła utwór literacki dla najmłodszych i najstarszych uczniów szkoły podstawowej. Ci pierwsi będą się identyfikować z brojącymi kombinatorami, a drudzy z dorastająca "ofiarą" czarów. Opowiadanie jest wciągające, zabawne ze względu na "magię" i równocześnie poważne, bo dojrzewającemu nastolatkowi jego stan zawsze wydaje się dramatem. Tekst został napisany lekko, z dużym wyczuciem literackim i rodzicielskim. Wszystko to sprawia, że uważam "Wiedźmkę i maga" za jedno z najlepszych opowiadań w tomie "Czarownice są wśród nas".
Palmę pierwszeństwa przyznaję jednak Zuzannie Orlińskiej, która w opowiadaniu "Czarodziej Złota Rączka" wywraca wszystko do góry nogami, zamieniając to, co zwyczajne z magią, igrając z przyzwyczajeniami i oczekiwaniami czytelników.

Lubiłem warsztat dziadka. Znajdowało się tu mnóstwo niezwykłych narzędzi, dłutek, pilników i wiertarek, pełno tajemniczych tubek, słoiczków, buteleczek. Pachniało mocno jakimiś wyziewami, od których czasem kręciło się w głowie. Na półkach nad stołem leżały różne zapasowe części ciała: stopy, ramiona, dłonie. Niektóre, misternie wykończone, wyglądały jak żywe, inne, z wiadomych tylko sobie względów, dziadek porzucił w trakcie roboty lub zostawił na potem. Niedopracowane czekały na swój moment.
Wyżej, zamknięci w czystych sześcianach, drzemali ludzie stworzeni wcześniej. Ci byli już całkiem gotowi: mieli włosy, szeroko otwarte szkliste oczy, ubrania. Czekali tylko na jedna decyzję, na słowo, które ich ożywi.
/Zuzanna Orlińska, Czarodziej Złota Rączka/

Dziadek-demiurg jest według bohatera (Jędrusia) jednym z całkiem zwyczajnych mieszkańców ulicy Czarodziejskiej, zdaniem chłopca niesłusznie noszącej taką nazwę. Cóż bowiem dziwnego w majsterkowiczu składającym i ożywiającym istoty ludzkie? Mama też jest typowa, zabiegana jak każda inna, nic specjalnego.

Mama akurat dzisiaj podróżowała w czasie. Domyśliłem się tego od razu, gdy tylko zobaczyłem te blade, smutne ziemniaczki na dnie garnka z zimną wodą. Musiała je obrać, kiedy wróciła na chwilę do naszego świata, ale że spieszyło jej się w dalszą drogę, nawet nie zdążyła włączyć palnika.
Po cichutku uchyliłem drzwi pokoiku, w którym pracowała. Tak jak się spodziewałem. Nie było jej tam. To znaczy – spoza stosów książek, rozłożonych na biurku, dostrzegłem jej nieruchomy profil oblany srebrzystą, mżącą poświatą, ale to było tylko jej ciało, które zawsze zostawiała na miejscu.
/Zuzanna Orlińska, Czarodziej Złota Rączka/

Kiedy już myślimy, że poznaliśmy całą możliwą magię tkwiącą w tym (czy tamtym?) świecie, dzieje się coś niespodziewanego i dla bohaterów straszliwego, a do akcji wkracza tytułowa Złota Rączka, czyli pan Janusz. Dla Jędrusia czary dopiero się zaczynają.
Opowiadanie "Kocie sztuczki" Liliany Bardijewskiej urzeknie właścicieli i wielbicieli kotów, zwłaszcza tych czarnych. To historia jednego z literackich kuzynów Mikołajka, który próbuje wprowadzić w życie pewien magiczny plan. Scenerią przygody stają się kocia piwnica (w bloku) i miejskie boisko, akcja prowadzona jest po mistrzowsku i czytając czujemy się jak widzowie kinowi lub teatralni. Wyobraźnia działa, autorka wciąga nas w opowieść do tego stopnia, że marzymy o pogłaskaniu pomiaukujących bohaterów.
Ciekawe wydało się nam również opowiadanie "Ciotka Jaga" Pawła Wakuły, w którym, podobnie jak w kilku innych utworach tego pisarza (seria książek o leśniczym Piątku z Doliny Bagiennej Trawy), do głosu – dosłownie – dochodzą nasze rodzime, legendarne straszydła. Tajemnicze talizmany, chatka poza zasięgiem (telefonów, elektryczności, cywilizacji i może nawet czasu), tytułowa ciotka, od której stronią miejscowi, bo ponoć jest czarownicą, pożeracze dzieci, zapętlona przestrzeń, do tego masa przesądów – takie elementy świata przedstawionego sprawiają, że aż strach się bać.

Zakopałem się pod kołdrą i czekałem. Przyszli szybciej, niż się tego spodziewałem. Usłyszałem skrobanie do drzwi i czyjś natrętny, oślizgły głos spytał:
Jesteś tam, Tymoteuszu?
Nic nie odpowiedziałem, zakryłem głowę kołdrą i czekałem.
Grubasku, otwórz nam! – zamlaskał ktoś pod drzwiami. – Przecież wiemy, że tam jesteś! Zrobiliśmy wszystko, żebyś przyjechał do nas i został zupełnie sam tej nocy! Nie wymkniesz się!
/Paweł Wakuła, Ciotka Jaga/

Bardzo osobiście odebrałam "Druhnę ciotunię" Joanny Papuzińskiej, ponieważ miałam szczęście spotkać własną cudowną "ciocię" w szkole średniej. To niepozorne opowiadanie zawiera dawkę prawdziwych czarów, bo młody człowiek znajdując w szkole dorosłego przyjaciela czuje się właśnie tak, jakby to była bajka, magia, cud. Bohaterowie "Druhny ciotuni" przeżywają dodatkowo pokręcone (naprawdę!) przygody, których pozazdrości im każdy znudzony bywalec zajęć pozalekcyjnych. Joanna Papuzińska po raz kolejny dowiodła, że jest wielką indywidualnością i mistrzynią polskiej literatury dla dzieci.
W zbiorze "Czarownice są wśród nas" znalazło się więcej interesujących opowiadań, jak choćby zamykający tom "Punkt spełniania marzeń" Marcina Brykczyńskiego, utwór prosty, ale przewrotny i nietypowo odnoszący się do zagadnienia przemocy w szkole. Są również teksty, które znamy z wcześniejszych wydań: świetna "Zwodnicza mapa" Joanny Wachowiak (wcześniej jako rozdział "Baby Blagi", książki recenzowanej przez nas w listopadzie 2016 r.) oraz "Magia w kolorze lilaróż" Grzegorza Kasdepke – opowiadanie najkrótsze, ale w pewnym sensie dominujące, bo do jego tytułu nawiązuje kolorystyka całego zbioru.
Warto przyjrzeć się dokładnie ilustracjom Joanny Kłos, po raz pierwszy zdobiącym serię "Polscy pisarze dzieciom" (i jakąkolwiek książkę wydawnictwa Literatura). Ilustratorka wykorzystała tylko trzy barwy: czerń, biel i najbardziej zauważalny kolor lawendowo-liliowy. Takie zestawienie było świetnym wyborem, bo czyni szatę graficzną wyjątkową, zarazem niepokojąco-intrygującą i wesołą. Charakterystyczne twarze wywołują uśmiech i skojarzenia z literaturą skandynawską, jakimiś skrzatami czy innymi trollami. W ilustracjach z tomu "Czarownice są wśród nas" można też dostrzec niewielkie inspiracje komiksowe, przy czym nie chodzi o konkretnych twórców, ale ogólnie o formę wyrazu. Szczególnie spodobały się nam rysunki towarzyszące opowiadaniom Joanny Papuzińskiej, Zuzanny Orlińskiej, Pawła Wakuły, Katarzyny Wasilkowskiej oraz Joanny Wachowiak, ponieważ są najdowcipniejsze, najbardziej dynamiczne, zróżnicowane, zaskakujące i najodważniejsze. Właściwie bardzo podobnie oceniam ilustracje do utworów Kaliny Jerzykowskiej, Katarzyny Ziemnickiej i Marcina Brykczyńskiego, zatem wśród tekstów, których oprawa plastyczna nas oczarowała, wymieniłam aż 8 z 13 opowiadań. Trudno się temu dziwić, skoro sukienka druhny ciotuni jest tak wzorzysta, jej stopy tak wielkie, zaklęcia zakręcone, podopieczni zakrzywiają przestrzeń (i drzwi), "niemagiczna" ulica Czarodziejska (czarodzieja Złotej Rączki) tak umiejętnie żongluje perspektywami i cieniami, do jej mieszkańców zaliczają się tak fascynujące sztuczne osoby, a na dodatek światło gaśnie na całe dwie strony. Udane nocne (i inne) obrazki zastaliśmy też w opowiadaniach "Ciotka Jaga" oraz "Wiedźmka i mag", w którym rozśmieszył nas również Wawrzyniec rosnący tak szybko, ze przestał się mieścić w książce. Przerastający oczekiwania bohaterowie zdarzają się zresztą w tym tomie częściej, począwszy od druhny ciotuni na pierwszej stronie pierwszego opowiadania. Swoje wyjątkowe portrety zyskały również zwierzęta, na które warto zwrócić uwagę zwłaszcza w "Zwodniczej mapie" i "Kocich sztuczkach".
Tak zróżnicowany tematycznie zbiór krótkich form prozatorskich zasługuje na uwagę rodziców i dzieci, a także na obecność na ich półkach. Wszystkie opowiadania mają dobrą atmosferę i optymistyczny wydźwięk, a po ich lekturze czytelnik zacznie się uważniej przyglądać swojej rodzinie, sąsiadom oraz innym osobom z najbliższego otoczenia, w poszukiwaniu magii, takiej codziennej i tej nadprzyrodzonej.
Bożena Itoya

Czarownice są wśród nas, różni autorzy, zilustrowała Joanna Kłos, seria Polscy pisarze dzieciom, Wydawnictwo Literatura, Łódź 2017.