cudanakiju.pl

cudanakiju.pl
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marta Krzywicka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marta Krzywicka. Pokaż wszystkie posty

sobota, 30 listopada 2019

Awaria


Joannę Wachowiak kojarzyliśmy dotychczas przede wszystkim z literaturą dla najmłodszych czytelników. Bardzo ucieszyłam się z zapowiedzi powieści dla młodzieży autorstwa właśnie tej pisarki, bo mój trzynastoletni syn niestety wyrósł już z "Opowiastek dla małych uszu" czy "Bartka, Lenki i snów" (obie serie ukazują się w wydawnictwie BIS), powoli kończy się też dla niego etap "Ali Baby" (wyd. BIS) i "Baby Blagi" (wyd. Literatura). Na szczęście w tym momencie nadeszła "Awaria" (wyd. Literatura). Po lekturze stwierdzam, że twórczość Joanny Wachowiak rośnie wraz z moim synem: dojrzewa styl pisarstwa, poważnieją tematy i bohaterowie, rozrasta się przestrzeń pozostawiana czytelnikowi do własnych wniosków. Niezależnie od naszych wcześniejszych doświadczeń czytelniczych, "Awaria" jest świetną powieścią, doskonale wyważoną, nieprzesadzoną i, co naprawdę rzadko się zdarza w literaturze dla młodszej młodzieży, w pełni oryginalną. Żadnych notek "dla fanów Harry'ego Pottera" i tym podobnych odniesień na okładce (ani w treści książki), co za ulga!
Autorka i ilustratorka (Marta Krzywicka) przedstawiają nam pewną rodzinę w skomputeryzowanym świecie niedalekiej przyszłości. Bez zbędnych wstępów, w sposób zupełnie naturalny, wnikamy w codzienność Maćka (najmłodszy z nastoletniego rodzeństwa), Anity, Tymka i ich mamy. Nie znamy dokładnej daty i lokalizacji wydarzeń, ale też wcale ich nie potrzebujemy, bo akcja jest bardzo bliska współczesnym młodym ludziom z naszego kręgu kulturowego.
"Awaryjne" dzieci właściwie nie rozłączają się ze swoimi kieszonkowymi komputerkami, czyli smartfonami. Czerpią energię z techniki i obecności w świecie wirtualnym, choć, jak się z czasem okaże, znaczenie ma również prezencja, czy raczej autoprezentacja, w realu. Jednak i prawdziwe życie tych nastolatków jest warunkowane przez liczne czynniki internetowe. Poznajemy też matkę zlecającą najdrobniejsze czynności Pinie, centralnemu domowemu komputerowi, a może już sztucznej inteligencji? Poza tym nowoczesnym akcentem, starsze pokolenia nie zaskakują właściwie niczym, bo dostrzegliśmy tu stereotypowe pozycje dobrej mamy i babci z innej epoki. Takie tło społeczne jest niezbędne, by pokazać wszystkie niespodzianki czekające na bohaterów. A zaczyna się od tajemniczej przesyłki.

Od kogo to?
Dobre pytanie.
Sprawdź nadawcę – radzi Anita. – Przecież musi być podany.
Genialna jesteś. Ale wiesz co? Napis jest nieczytelny. Kartka jest wilgotna, litery się rozmazały. Kompletnie nie do odczytania.
Rozumiem, że żadne z was nie zamawiało niczego w internecie? – włącza się do rozmowy mama. – W takim razie to musi być od babci, przecież co roku coś wam przysyła.
Nie "coś". Wełniane skarpety, szale albo swetry – krzywi się Maciek. – O nie, no i właśnie mnie dopadła! – Odkłada telefon, na ekranie którego, jako gepard, został właśnie zagryziony przez hienę. – Kurczę, mam nadzieję że to nie jest paczka pełna robionych na drutach skarpet!
Tymek kiwa głową z powagą.
To może być to. Zapas skarpet na całe życie.
Słuchajcie, to ma sens! – woła z przestrachem Maciek. – Pewnie babcia stwierdziła, że zapłaci za przesyłkę raz, zamiast rok w rok wysyłać paczkę!

Babcia osobiście w książce się nie pojawia, ale nawet zacytowana scena charakteryzuje nie tyle starszą panią, co panujące w rodzinie stosunki i kontakty. Mama nie jest rodzicem samotnym, ale dominującym w domu – tata odezwie się właściwie dopiero w dwunastym rozdziale. Rola ojca w "Awarii" jest bardzo ograniczona i dlatego uważam ją za ciekawy temat do dyskusji, rodzinnej czy klasowej, o funkcjach pełnionych przez członków "podstawowej komórki społecznej". Otóż tata istnieje, bywa wspominamy, ale w akcji praktycznie nie uczestniczy, bo odbywa służbową podróż z opóźnieniami lotniskowymi w tle. Ileż go omija! Prawdziwa rodzinna rewolucja, może najważniejsze wydarzenia w życiu jego dzieci, przełamujące wzajemne uprzedzenia, zmuszające je do współpracy i pokazujące (albo wręcz objawiające), że naprawdę się lubią. Co początkowo wydaje się bardzo wątpliwe, bo ciągnące się przez wiele stron kłótnie rodzeństwa bywają obciążające emocjonalnie nawet dla czytelnika. Naprawdę podziwiam bohaterstwo znoszącej tę atmosferę mamy, która zadziwiająco późno przeżywa własną awarię, przez atak grypy (czy raczej dzięki niemu) wyłączając się z wiecznej awantury.
Po pierwszym kontakcie z głównymi bohaterami czytelnik ma mieszane uczucia, z przewagą tych negatywnych. Dzieci wypadają bowiem głupiutko, uzależnione od ocen internautów, potrzebujące ich nawet w trakcie... przygotowywania śniadania. Ale może nie powinniśmy zbyt pochopnie oceniać Maćka i jego rodziny, bo czy nie jesteśmy tacy sami? Szczerze mówiąc, młodym czytelnikom zachowanie bohaterów książki prawdopodobnie wyda się fajne, a nie godne potępienia. Może nawet sami zechcą nagrać na swoich kanałach takie same filmiki. Postrzeganie i wartościowanie świata przez nas, rodziców, bardzo różni się od tego, jak rzeczywistość widzą współczesne nastolatki, a nawet dzieci ośmioletnie.

Wycofując się do kuchni, Maciek słyszy, jak mama zarządza:
Pina, kawa. Podwójne espresso.
Okej.
Z szafek Maciek wyjmuje puszkę i kubek. Przygotowuje kakao i wstawia kubek do mikrofalówki. Sięga po smartfon i włącza nagrywanie, a dopiero potem wciska przycisk "start" na mikrofalówce.
Widzicie to? Czas płynie, odliczanie włączone. Na pewno zauważyliście, że na każdym filmie licznik zatrzymuje się na sekundę przed wybuchem bomby. Dlatego teraz ja... – I dokładnie w momencie, gdy na wyświetlaczu pojawia się jedynka, błyskawicznym ruchem zatrzymuje urządzenie. – Jest! Ha, widzieliście? Rozbroiłem.
Synku, z kim ty rozmawiasz? – pyta mama, pojawiając się w kuchni.
Nie, nic... Z nikim – odpowiada szybko Maciek i odkłada telefon.

Zachowanie Maćka, najmłodszego z trojga dzieci, wiele mówi o standardowych układach rodzinnych. "Maluch", "syneczek", "córeczka" – to ci starsi są skażeni przesadnym zamiłowaniem do techniki, ale on/ona jest ostatnią nadzieją rodziców, ostoją czystości, szczerości i realu, dzieciństwa, jakie pamiętają i jakie sobie wyobrażają jako idealne. Może to te wyobrażenia sprawiają, że takie Maćki chowają smartfony i udają, że wcale nie prowadzą swoich kanałów? Których zresztą wstydzą się po roku.
W powieści Joanny Wachowiak dość szybko na pierwszy plan wysuwają się stosunki między rodzeństwem, umiejętność i konieczność współpracy, dogadania się. Dorośli i nowinki techniczne zostają zepchnięci na drugi plan, a skłóceni, przyzwyczajeni do codziennych potyczek bracia i siostra muszą opanować niepojęty bunt robotów.

Anita chwyta Tymka za ramiona.
Ty nic nie rozumiesz! – powtarza słowa Maćka. – Może masz rację, może to wszystko moja wina! Przecież podłączyłam Evo do sieci, to wszystko się zaczęło od podłączenia go do sieci! A jeśli ktoś z zewnątrz dostał się do niej, jeśli to jest atak hakerski?... Można z zewnątrz kontrolować wszystkie urządzenia! Wiem, że to brzmi niedorzecznie, ale to nie jest niemożliwe, to jest do zrobienia, jest wykonalne! – W głosie Anity, zawsze opanowanej, pobrzmiewa nuta histerii.
Ja się boję – łka Maciek. – Ten dom nas atakuje!

"Awaria" zachwyciła mnie językiem: naturalnym, ale nie na siłę potocznym. W wypowiedziach dziecięcych bohaterów pojawia się niekiedy szyk charakterystyczny dla języka mówionego oraz ten sznyt ciętych ripost, małych złośliwości, wiecznej gotowości do walki. Często słyszę, jak młodzi porozumiewają się właśnie na zasadzie "pocisków" i "dissów", zupełnie jak Tymek, Anita, a w pewnym stopniu też Maciek. Tej polszczyźnie daleko do wpadek charakterystycznych dla polskich "młodzieżówek" pisanych przez dojrzałych pisarzy. Zbyt często bowiem trafiamy w naszej literaturze na sztywne, ugrzecznione komunikaty w języku literackim, tylko przeplatane dziwnymi "nowoczesnymi" wtrętami leksykalnymi, które akurat wydały się autorowi odświeżające czy "cool". Natomiast Joanna Wachowiak pisze po prostu dobrze, nie stylizuje się na literacką raperkę z osiedla, przez co jest dla młodych wiarygodna.
Tak samo, jak ja język, mój syn docenił konstrukcję fabularną powieści. Ucieszył się, że nie było nadmiernych kombinacji fantastycznonaukowych. Niektóre motywy (ludzkie i fabularne) pozostały w cieniu podczas awarii i po niej to bardzo dobrze, bo książka adresowana jest do starszych dzieci, które powinny już myśleć bardzo samodzielnie, przeżywać opowieść analizując ją po swojemu. Akcja bywa mroczna (nie tylko przez brak światła w domu), co bardzo nam przypadło do gustu, podobnie jak odniesienia do blockbusterów, z naszym ukochanym Terminatorem na czele. Przebłysk z chyba najsłynniejszym zbuntowanym robotem świata jest mocny i zapada w pamięć, ale na plastyczność powieści, jej artystyczny odbiór, jeszcze bardziej wpływa ilustratorka.
Marta Krzywicka zapewniła "Awarii" niepowtarzalną, "spersonalizowaną" oprawę graficzną, współtworząc atmosferę zagubienia bohaterów zarówno w świecie uczuć, jak i sztucznej inteligencji. Ilustratorka znakomicie spełnia się w oszczędnych w barwy, ale silnie akcentujących opowieść obrazkach. Całe uniwersum "Awarii" oświetlone jest bladą niebieskością ekranów, bo właśnie ten kolor jest jedynym intensywnym, wmalowanym w czarno-biało-szarą ilustrację książkową. Lubię grę cieni w twórczości Marty Krzywickiej to, jak steruje światłem, ale też zabawę w chiński teatr (na stronie 58.). Warto przyjrzeć się również tłu poszczególnych obrazków, czasem złożonemu z kropkowanych chlapnięć farbą w spreju, budowanemu z zarysu przedmiotów, sugerującemu nastrój bohaterów lub ich uwikłanie w elektronikę. Tu nawet bożonarodzeniowe ozdoby nie ocieplają atmosfery.

Choinka jednak się pojawiła. Tymek wniósł ją do salonu i osadził w metalowym stojaku. Było przy tym trochę nerwów, bo z początku pień był zbyt gruby i nie mieścił się w obejmie, z kolei po ociosaniu stał się zbyt wąski i choinka przechylała się niebezpiecznie to w jedną, to w drugą stronę. Gdy wreszcie udało się ją ustabilizować, Czika dwa razy wychłeptała wodę z podstawki stojaka, chlapiąc dokoła i robiąc mokre ślady – szybko wyszło na jaw, że wypiła wodę, bo jej miska była sucha. Później okazało się, że "szmata", którą Tymek wycierał resztki wody z podłogi, była ulubioną koszulką Anity. Tymek zapewniał, że nie rozpoznał jej koszulki z logo NASA, ale nawet mamie trudno było w to uwierzyć.
Koniec końców kryzys został zażegnany i ustawianie choinki zakończyło się.
Mama robi teraz krok w tył.
Tak – stwierdza z zadowoleniem. – Nawet całkiem niezła, jak na kupioną prawie na ostatnią chwilę.
Wyraźnie czeka na to, że ktoś ją poprze i wyrazi entuzjazm.
Mmm – mruczy więc w odpowiedzi Maciek, odrywając na chwilę wzrok od ekranu, na którym właśnie toczy drugie życie jako gepard.

Choć w książce zdarzają się typowe sytuacje znane nam z grudniowych wieczorów spędzanych w rodzinnym gronie, to lektura wydaje się nieoczywistym wyborem na sezon gwiazdkowy. Nie głaszcze naszych oczekiwań, tylko daje do myślenia, bo sporo w niej krytycznego, niewyrażonego wprost dystansu do polskości, a równocześnie zaspokaja okołoświąteczną potrzebę ciepła. Z jednej strony pojawiają się tu stałe atrybuty rodzimego Bożego Narodzenia – drzewko, prezenty w postaci skarpet, kłótnie, rozmyślanie o jedzeniu, a nie o duchu świąt, ale jest i coś głębszego, prawdziwszego: atmosfera. Ta zmienia się, oczyszcza, przestaje być gęsta, wartko płynie ku rozwiązaniu zupełnie fantastycznemu, ale nie przez wątki science fiction, tylko dzięki wyciszeniu, zamknięciu zakończenia we wnętrzu rodziny. Czyż nie o to chodzi w finale adwentu?

Bożena Itoya

Joanna Wachowiak, Awaria, ilustracje Marta Krzywicka, Wydawnictwo Literatura, Łódź 2019.

czwartek, 28 czerwca 2018

Czacha się buntuje


"Czacha się buntuje" jest długo przez nas wyczekiwaną kontynuacją pierwszej książki Joanny Jagiełło dla młodszej młodzieży – "Pamiętnika Czachy" z 2014 roku. Od tamtej premiery minęła 1/3 życia mojego syna, trudno się zatem dziwić, że właściwie zapomniał przygody Amelii Parch. Usłyszawszy o powrocie najweselszej z dziesięcioletnich bohaterek literackich, czym prędzej ponownie przeczytaliśmy pierwszy tom jej zwierzeń i bezpośrednio po nim tegoroczny sequel. To był wspaniały maraton Czachy!
Tym razem polska Pippi i żeński Mikołajek w jednym kontempluje świat, przeżywa katusze związane z nowymi obowiązkami właścicielki psa oraz sprawdza się jako aktywistka społeczna. Aktywizowaną społecznością bywa i rodzina, i klasa, i cała szkoła. W nowym roku szkolnym Amelia vel Czacha niekiedy chadza na zajęcia (i do zdjęcia) poczochrana i właściwie w piżamie, bo przed lekcjami musi wyprowadzać uroczego Bustera, nowego, "psiego" członka rodziny. Ale to nie co dzień, ponieważ ta dziewczynka ma dwa domy – mówiąc dorosłymi słowy, rozwiedzeni rodzice Czachy sprawują nad nią opiekę naprzemienną, więc pół tygodnia mieszka ze starszą siostrą (z wcześniejszego małżeństwa mamy), Busterem, mamą i jej chłopakiem, a w pozostałe dni z tatą i jego dziewczyną. Tę skomplikowaną sytuację czytelnik rozpracowuje bardzo szybko dzięki ilustrowanemu "katalogowi rodzinnemu" i prostym wyjaśnieniom narratorki. Wszystkie wymienione osoby, a także dziadek-jogin, koleżeństwo z klasy, sąsiedztwo z bloku, współpasażerowie z autobusu i kilka innych postaci, wystąpią w zwariowanym spektaklu rozpisanym na 30 rozdziałów. Czacha zaś przeważnie pełni funkcję reżyserki tego pozytywnego chaosu. Naszą sympatię zyskała przede wszystkim jako inicjatora lub sprawczyni takich akcji jak walizkowy protest Klubu Bunt, szkolna akademia poprowadzona przez dziadka, dobieranie mamie towarzystwa do uprawiania chodu z kijkami, pożyczka udzielona Panu Pijakowi z bloku, zarabianie na domowych porządkach u sąsiadów czy spontaniczny sylwester.
Książkę Joanny Jagiełło czyta się bardzo dobrze z kilku powodów. Pierwszym jest lekkie, szalone, trochę zadziorne poczucie humoru. Drugim – szczerość autorki, piszącej otwarcie o blaskach i cieniach rodziny "patchworkowej", polskiej edukacji, posiadania zwierząt domowych czy ogólnie dorastania. Kolejną przyczyną znakomitej przyswajalności lektury jest dobrze skonstruowana postać tytułowej Czachy, jej wiarygodność dziesięcioletniego oryginała. Do jej świata zostajemy skutecznie wciągnięci także dzięki dwojakim ilustracjom: tym głównym, autorstwa Marty Krzywickiej, i pobocznym bazgrołkom z pamiętnika Czachy (narysowanym przez Joannę Jagiełło). W obu ujęciach rzeczywistość i portrety ludzi są dalekie od ideału, ale bardzo zabawne, podtrzymują atmosferę tekstu nie przyduszając go. Wśród atutów powieści Joanny Jagiełło trzeba wymienić także budowę fabuły, świetnie komplikowaną i po prostu wciągającą młodego czytelnika w kolejne wyzwania codzienności. Wydarzenia i "numery" Czachy nawarstwiają się, prowadząc do spektakularnego finału, którego przeczytanie zajęło mi wyjątkowo długo z powodu dławienia się śmiechem. "Czacha się buntuje" to scenariuszowy majstersztyk, porównywalny z najlepszymi komediami filmowymi.
Bożena Itoya

Joanna Jagiełło, Czacha się buntuje, zilustrowała Marta Krzywicka, rysunki Czachy: autorka, Wydawnictwo Literatura, Łódź 2018.

środa, 20 września 2017

Uciekinierzy


Książka "Uciekinierzy" Tomasza Trojanowskiego zaspokoiła moją tęsknotę za absurdem w literaturze dla starszych dzieci i młodzieży. Nieco surrealistyczne powieści czy opowiadania rzadko zajmują współczesnych polskich autorów, za to bardzo interesują czytelników, przynajmniej tych obytych w humorystycznej beletrystyce. Na naszych półkach stoi dużo prześmiesznych, prostych, często "komiksowanych" (albo w ogóle komiksowych) publikacji dla początkujących czytelników i jeszcze więcej książek dla nastolatków (młodszych i starszych): fantastycznych, obyczajowych, ale bardzo rzadko opartych na inteligentnym, absurdalnym poczuciu humoru. Chyba uważa się, że śmichy-chichy są dla dzieci w wieku wczesnoszkolnym – do 8, ewentualnie 10 lat, a potem już czas na dosłowność, przyziemność, przygotowanie do dorosłości (bo i fantastyka młodzieżowa służy najczęściej oswajaniu rzeczywistych demonów, radzeniu sobie z inicjacją, odnajdywaniu swojego miejsca w systemie – nawet wybrańcy, outsiderzy pełnią jakąś użyteczną funkcję). Ale w takim razie dlaczego literatura piękna, ta "duża", "dorosła", jest tak zróżnicowana gatunkowo? Przecież według tego, oczywiście nieoficjalnego, programu kształcenia literackiego młodzieży jego absolwenci powinni gustować tylko w skrajnych typach pisarstwa: literaturze faktu oraz fantastyce (najlepiej naukowej – szeroko rozumianej, bo tak naprawdę i tu, i tu chodzi o literaturę popularną), a do śmiechu to jest kabaret, rozrywka dla mas.
Nie wiem, czy za kilkadziesiąt lat ktoś w Polsce będzie czytywał na przykład Samuela Becketta, Toma Sharpe'a albo Kira Bułyczowa, ale jeśli tak, pewnie będą to ludzie dziś przepadający za błyskotliwo-zwariowanymi koncepcjami Marcina Pałasza ("Straszyć nie jest łatwo", "Opowieści z Krany Potworów", "Powrót do Krainy Potworów", "Zwłokopolscy" i inne), Pawła Beręsewicza ("Opowiadania (nie) dla wszystkich", "A niech to czykolada", opowiadania w tomie "Gorzka czekolada") i Tomasza Trojanowskiego. W dzisiejszych okolicznościach wydawniczych takie podejście do literatury dla dzieci i młodzieży można uznać za ambitne, wręcz odważne. Edytorzy na pewno ryzykują wydając mniej "masowe", może nawet niszowe powieści i opowiadania, a utwory Tomasza Trojanowskiego (i dwóch pozostałych wspomnianych autorów) publikuje wydawnictwo Literatura i należą się mu za to wyrazy uznania.
Powieść "Uciekinierzy" Tomasza Trojanowskiego rozpoczyna się spokojnie, w jednym z wielu podobnych do siebie miast, na zwyczajnym blokowisku, w towarzystwie przeciętnej staruszki wyprowadzającej swojego małego pieska w śmiesznym ubranku. Jeśli dzieciom wydaje się, że to ponura i nudna sceneria, po lekturze "Uciekinierów" będą inaczej patrzeć na "blokową" codzienność, oczekując nieoczekiwanego w okolicznościach pozornie najbardziej przewidywalnych.

Był pierwszy tydzień listopada. Tydzień spowity w mgłę i nieustannie siąpiący deszcz.

Starsza pani Florczakowa i jej psia pupilka Kropka po zaledwie trzech stronach doświadczają bliskiego (przez drzwi) spotkania z... na razie nie wiadomo czym. Akcja przeskakuje do centrali policji, gdzie poznajemy oryginalnych stróżów prawa, którzy niebawem zajmą się sprawą kontaktów z nienazwanym, ale póki co zmagają się z inną, dość dziwaczną zagadką.

Podinspektor bez słowa podszedł do biurka, położył na nim pudełko i gestem wskazał na jego zawartość.
W pudełku spał sobie w najlepsze pingwin. Pingwin w Kasku.
Bardzo ładny – ocenił pingwina Inspektor. – Pamiątka z wycieczki?
Nie byłem ostatnio na wycieczce.
To w takim razie skąd to wytrzasnąłeś?
Z pomieszczenia gospodarczego Centrali. Skończyło się mleko do kawy. Poszedłem, otwieram lodówkę i widzę, że zamrażalnik jest niedomknięty. Próbuję domknąć, nie mogę. Coś blokuje.
Pingwin?
Niezupełnie. Kij hokejowy. Miał ze sobą kij hokejowy.
A łyżwy?
W życiu nie widziałem pingwina na łyżwach – Podinspektor zmarszczył czoło, jak zwykle zresztą, kiedy chodziło o poważną zagadkę. – I co ty na to? – dodał po chwili.

Kolejne rozdziały "Uciekinierów" są krótkie, tajemnicze i na tyle śmieszne, że mój syn dobrze się bawił, śmiał z rozmów i opisów postaci, choć jeszcze nie miał pojęcia, do czego to wszystko prowadzi. Chciał po prostu, ciągle rechocząc, czytać dalej. A dalej następuje zetknięcie wytrawnych inspektorów z miejscem potencjalnego przestępstwa oraz z naocznym świadkiem, czyli Panią Florczakową. Nieprędko jednak dowiemy się, o co właściwie chodzi w tej książce.

Do jutra będziemy sprawdzać. Tutaj wszystko wygląda tak samo, każde dziesiąte piętro jest identyczne. Może jednak wezwać wsparcie?
Nic nigdy nie wygląda tak samo. Zwłaszcza jeśli się ma wyobraźnię – powiedział Inspektor. To była druga z rzeczy, w które głęboko wierzył, dlatego teraz bacznie rozglądał się wokół, usiłując odgadnąć, co się za tym wszystkim kryje.

Bohaterowie i dziwne sytuacje mnożą się, ale nie osiągają poziomu nieprzyswajalnego dla około dziesięcioletniego czytelnika. Nie ma mowy o zagubieniu się w zbyt licznych wątkach, bo autor wraca do wcześniej wspomnianych postaci i łączy ze sobą ich niesamowite przypadki.
Przede wszystkim po stronach tej powieści grasują rozmaite zwierzęta, a czasem też inne stworzenia, raczej mało spodziewane w takich miejscach, jak Biuro Rzeczy Znalezionych, supermarket, lodówka czy pralka. Ich zachowania są jeszcze bardziej zaskakujące, czasem bardzo ludzkie, niemal do ostatniej strony wydają się irracjonalne. Główni dziecięcy bohaterowie "Uciekinierów", Franek i Jasiek, badają jednak nie sprawę dziwnego sprawowania się fauny, tylko próbują odnaleźć porwany... sprzęt RTV. Jak jedno łączy się z drugim, dowiemy się w wielkim finale, który będzie należał do detektywa nad detektywami. Ja, mimo szkolenia kryminalnego odbytego pod kierunkiem samej Agathy Christie, nijak się nie domyśliłam rozwiązania tej zagadki.

(...) do biura weszli Podejrzani Osobnicy.
Dlaczego podejrzani? Dlatego, że osobnicy mieli na sobie skafandry z łuską na plecach, pięciopalczaste płetwy zamiast dłoni i wyłupiaste seledynowe oczy na trzech czułkach.
Na ich widok Jasiek i Franek zamarli z przerażenia.
Mieli do tego zupełne prawo.
Spotkanie z Gośćmi z Kosmosu nie trafia się zbyt często.
Ere bere, ure are – powiedział grzecznie jeden z gości w kosmicznym języku.
Ure ure, barebure – dodał równie grzecznie drugi i porozumiewawczo mrugnął jednym z trzech oczu.
Jasiek z Frankiem z krzykiem rzucili się do ucieczki. Kosmici, myśląc, że to jest jakiś tutejszy zwyczaj, również rzucili się do ucieczki. I też z krzykiem. Kosmicznym.
I tak sobie uciekali. Chłopcy w tę, kosmici w tamtą stronę. Zanosiło się na bardzo długie uciekanie, na całe szczęście do biura wrócił Właściciel.
No proszę, kogo ja widzę. Znowu to samo. Już raz wam mówiłem, żebyście pamiętali, gdzie zostawiacie talerz. A państwo co?
Goście z Kosmosu przestali uciekać. Jasiek i Franek też.
Ure bure, ćmok, ćmok – powiedział jeden z gości.
Oczywiście, teraz to ćmok, ćmok. A gdyby wasz talerz znalazł ktoś nieuczciwy? I by go do mnie nie przyniósł? To co? Jak byście wrócili do domu? Na piechotę? Milion lat świetlnych?
Goście z Kosmosu wyraźnie się zmieszali, bo ich czułki z seledynowych zrobiły się fioletowe.
Bure, bure – przyznali ze skruchą.

Szare i pozornie oszczędne ilustracje Marty Krzywickiej bywają pełne ekspresji, cieni, wiatru, deszczu. Ilustratorka dba o nastrój – tajemniczy lub wesoły – oraz każdy szczegół, jak plakaty na ścianie budynku mijanego przez postaci czy inne, moje ulubione tło: olbrzymi, wielopiętrowy blok pokrojony na dziesiątki okienek i balkoników. Do tego dochodzą ciekawe, nieoczywiste ujęcia, na przykład przed wspomnianym gigantycznym budynkiem stoją dwie osoby, jedna tyłem, druga lekko odwraca twarz w naszą stronę, deszcz i wiatr trochę rozmazują obie sylwetki, a trzymany przez jednego z panów parasol słucha chyba bardziej pogody niż właściciela. Powieść "Uciekinierzy" jest po prostu pod każdym względem udana, nietypowa i zaskakująca.
Bożena Itoya

Tomasz Trojanowski, Uciekinierzy, ilustracje Marta Krzywicka, wydanie II (pierwsze w Wydawnictwie Literatura), Wydawnictwo Literatura, Łódź 2017.