cudanakiju.pl

cudanakiju.pl
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Artur Nowicki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Artur Nowicki. Pokaż wszystkie posty

środa, 29 maja 2019

Ale historia... Mamy niepodległość!


Szósty tom serii "Ale historia..." spełnia oczekiwania stałych czytelników i jednocześnie ich zaskakuje. Mamy tu do czynienia z nietypowym podejściem do historii i wyjątkowo celnymi rozwiązaniami fabularnymi łączącymi przeszłość naszego kraju, codzienne drobne wyzwania bliskie współczesnym dzieciom i atrakcyjną, nieco utopijną przyszłość. W 2018 roku księgarnie doświadczyły zalewu publikacji dziecięcych wpisujących się w obchody 100-lecia odzyskania przez Polskę wolności i właśnie tamtych wydarzeń dotyczy książka "Mamy niepodległość!", a jednak Grażyna Bąkiewicz (tekst) oraz Artur Nowicki (ilustracje, komiksy) potrafili nas oczarować, opowiadając o końcu zaborów w sposób oryginalny, ciekawy, a częściowo też zabawny.
Klasa prowadzona przez ekscentrycznego historyka, pana Cebulę, po raz kolejny podejmuje wyprawę w daleką przeszłość. O ile naszym dzieciom koniec XIX i pierwsze dziesięciolecia XX wieku wydają się trochę abstrakcyjne, o tyle dla jeszcze nienarodzonych pokoleń okres ten okaże się zapewne zupełnie nieprawdopodobny i prehistoryczny. A bohaterowie "Ale historii..." to właśnie dzieci przyszłości podróżujące w czasie, patrzące z bliska, z fantastycznonaukowym zadziwieniem na to, co my znamy z nudnych podręczników. Świeżość ich spojrzenia jest niezwykła, a rozwiązania techniczne związane ze szkolnym wehikułem czasu za każdym razem wzbudzają mój podziw. Nie ma się tu do czego przyczepić, choć kwestia ławek przenoszących o setki lat wstecz i działającej w przeszłości ochrony("pola siłowego") czy obowiązujących tam zasad kontaktowania się z przodkami to teoretycznie tylko drobiazgi, pewne przenośnie i uproszczenia, jednak autorka z zapobiegliwością charakterystyczną dla najlepszych pisarzy uprzedziła ewentualne wątpliwości czytelników, wskazując skrótowo, acz kategorycznie, reguły postępowania pomiędzy startem z ławki a lądowaniem w niej (i pewne pole pozostawione dla buntowników).
Tę przygodę przeżywamy z punktu widzenia Oli, dziewczynki nietypowej, niby wyzwolonej, ale przed rodzicami udającej słodką, różową laleczkę. Jej historia może okazać się dla małych czytelniczek równie ciekawa, co mniej znane dzieje odzyskania przez Polskę niepodległości. W najnowszej odsłonie serii "Ale historia..." młodsza młodzież, niezależnie od płci, znajdzie inspirację nie tylko do nauki, ale też do rozmaitych osobistych działań, choćby radzenia sobie z rodziną czy radzenia się przyjaciół. Grażyna Bąkiewicz gładko wchodzi we współczesny dziecięcy świat wyzwań, zakładów, konkurowania, zawierania sojuszy, przy czym korzysta też ze sprawdzonych motywów dawnych powieści przygodowych, jak choćby poszukiwanie skarbów. Młodzi podróżnicy w czasie starają się bowiem odnaleźć królewskie insygnia, czy raczej to, co z nich zostało po haniebnym przetopieniu polskich koron i bereł na pruskie monety. Ola i jej koledzy z klasy są oburzeni, mają różne pomysły na prześledzenie losów kosztowności, odzyskanie ich i przywrócenie do dawnej formy. Transformację przechodzą symboliczne przedmioty, ostatecznie w niespodziewany sposób przysługując się narodowi, ale również w najważniejszych postaciach opowieści zachodzą w jej toku ważne przemiany. Także młody czytelnik doświadcza odmiany, bo nie może oderwać się od lektury, co w przypadku książek historycznych dla dzieci zdarza się bardzo rzadko.
Książka "Mamy niepodległość" nie jest typem bohaterskiej epopei, przyciąga poważnym traktowaniem małych historii i ludzi. Oby powstawało jak najwięcej takich porywających lektur, przenoszących dziesięcio- i nastolatków do innych epok oraz perspektyw.

Bożena Itoya

Grażyna Bąkiewicz, Mamy niepodległość!, ilustrował Artur Nowicki, seria Ale historia..., Nasza Księgarnia, Warszawa 2018.

środa, 31 października 2018

Stasiu, co ty robisz?


Bohaterem piątej odsłony serii "Ale historia..." jest ostatni król polski, Stanisław August Poniatowski, i to właśnie do niego zwraca się Grażyna Bąkiewicz w tytule książki: "Stasiu co ty robisz?". Właściwie można mówić raczej o antybohaterze, ponieważ autorka i ilustrator w tekście głównym oraz w komiksowych przerywnikach rozpatrują przyczyny trzeciego rozbioru, szukają "morderców ojczyzny", a osoba króla jest głównym podejrzanym. To ze strony historii, której w znacznej mierze dotyczy akcja, jednak w przypadku tego cyklu na pierwszym planie zawsze znajduje się bohater dziecięcy pochodzący nie z naszych dziejów, nawet nie z teraźniejszości, ale z Polski przyszłości. Tym razem szkolne science fiction opisuje nam Słoniu, postać w poprzednich tomach najmniej sympatyczna, ba, irytująca i nielubiana zarówno przez kolegów z klasy, jak i przez nas, czytelników. Mamy więc dwóch pierwszoplanowych bohaterów negatywnych, jak na literaturę dziecięcą całkiem nietypowo. Od pierwszej do ostatniej strony książki byłam ciekawa, jak autorka poprowadzi tak intrygująco zawiązaną dwutorową akcję.
Słoniu jest synem dyrektora szkoły, w której uczą się bohaterowie wszystkich pozostałych "Ale historii...", a naucza między innymi ekscentryczny historyk pan Cebula. Uczniowie poznają dzieje swojego kraju podróżując w czasie, za wehikuły służą im specjalne, niemal nieszwankujące ławki szkolne. Nauczyciel emocjonuje się przebiegiem misji badawczych, zdejmując z siebie kolejne kurtki, swetry, bluzy i marynarki. Jego podopieczni starają się jak najbardziej rozgrzać profesora swoimi wybrykami, bo urządzają w klasie rodzaj zawodów – kto spowoduje, że pan Cebula zrzuci najwięcej warstw ubrań, ten wygrywa. Od początku "Stasiu, co ty robisz?" widzimy, że Słoniu może zostać czempionem. Rzadko kto posiada taki dar do denerwowania rówieśników, wykorzystywania swojej pozycji (wynikającej nie z zasług, a z koligacji rodzinnych – zupełnie jak u młodego Stanisława Poniatowskiego!), gnębienia dzieci i dorosłych, a także pakowania siebie i innych w kłopoty. Słoniu może się cieszyć także innym darem, bo każdy z młodych bohaterów "Ale historii..." będąc narratorem odkrywa nową, niezwykłą umiejętność będącą efektem pewnego wypadku ze sprzętem z przyszłości w roli głównej. Dzieci mają tu coś z X-Menów, rycerzy Jedi czy innych superbohaterów, co dodaje książkom historycznym modnego kolorytu.
Grażyna Bąkiewicz uczy młodzież w sposób atrakcyjny, przekonujący, zachęcający do sięgania w poszukiwaniu wiedzy głębiej niż tylko do szkolnego plecaka. Treści historyczne przekazywane są skutecznie, czytelnik rzeczywiście zapamiętuje fakty i ciekawostki, te znane powszechnie i mało popularne. Obiektywna ocena poczynań ostatniego króla, pupilka carycy Katarzyny, okazuje się nie tak jednoznaczna jak przywykliśmy sądzić. Poznajemy też ból związany z odkryciem, że nasi przodkowie nie byli wzorowymi Polakami, wstyd towarzyszący przyznaniu się do tego przed samym sobą i przed innymi. "Stasiu, co ty robisz?" jest bardzo mądrą książką, aż kipiącą od drobiazgów, których zgromadzenie, opracowanie i wplecenie w dobrą fabułę musiało się wiązać z ogromem pracy. Koronkową robotą są również wszystkie elementy graficzne przygotowane przez Artura Nowickiego: ilustracje, mapki, błyskotliwe komiksy, czasami dosadnie informujące o stanie intelektu, higieny czy moralności naszych rodaków z XVIII wieku.
Oprócz walorów edukacyjnych czy popularyzatorskich lektura ta posiada i inne zalety, bowiem podsuwa czytelnikom pewne refleksje na temat relacji rówieśniczych. Na początku książki Słoniu myśli tylko o sobie i wykorzystywaniu wszystkich, łącznie z ojcem, do własnych celów. Nie ma kolegów, nie potrzebuje ich (tylko kogo zaprosić na urodziny organizowane przez mamę?), wszystkim robi głupie kawały. Stara się wyśmiewać ludzi i szkodzić im w każdym możliwym momencie. Wyruszając w podróż w czasie potajemnie kasuje ogólne hasło powrotu i ustanawia nowe, tak, by z całej klasy tylko on mógł decydować, kiedy wszyscy wrócą do sali lekcyjnej pana Cebuli. Podczas wizyty w osiemnastowiecznej Warszawie coś się w Słoniu zmienia i choć chce dobrze, nikt nie wierzy w jego intencje, za dużo razy zawiódł zaufanie kolegów z klasy. Bardzo spodobało mi się, jak autorka poprowadziła ten wątek, bez załagodzeń czy wmawiania nam sympatii do bohatera, wskazując wszystkie jego przewinienia i chwile opamiętania, aż do wyważonego finału. Czytelnikom pozostawiono tu przestrzeń do rozmyślań, krytyki, może nawet sporów w grupie omawiającej wspólnie "Stasiu, co ty robisz?". Na pewno byłaby to znakomita lektura szkolna, sprawdzi się również jako materiał dla książkowych klubów dyskusyjnych oraz w charakterze łącznika między pokoleniami czytających rodzin.
Bożena Itoya

Grażyna Bąkiewicz, Stasiu, co ty robisz, ilustrował Artur Nowicki, konsultacja historyczna: Leszek Lewkowicz, seria Ale historia..., Wydawnictwo Nasza Księgarnia, Warszawa 2018.

czwartek, 1 lutego 2018

Zygmuncie, i kto tu rządzi?


Był Mieszko, po nim Kazimierz, następnie Jadwiga z Jagiełłą, a teraz nastał Zygmunt – tylko który? I czy będąc władcą rzeczywiście sprawował władzę? Czwarty tom serii "Ale historia..." to dotychczas najbardziej zaawansowana i najmniej oczywista jej odsłona. Autorką cyklu jest Grażyna Bąkiewicz, ilustratorem Artur Nowicki, a wydawcą Nasza Księgarnia. Ta niekonwencjonalna lekcja historii Polski dla dzieci i młodszej młodzieży prowadzona jest nowoczesnymi narzędziami: w formie ilustrowanej minipowieści uzupełnionej krótkimi komiksami, z użyciem współczesnego, codziennego języka oraz zabawnej kreski, akcentów fantastycznonaukowych i obyczajowych. Ten literacko-graficzny koktajl nosi tytuł "Zygmuncie, i kto tu rządzi?" i został skomponowany z niezwykłym smakiem.
Każda część cyklu przeskakuje w czasie z dość odległej przyszłości do wydarzeń sprzed kilkuset lat. Współczesny czytelnik jest więc pośrednikiem między fantastycznonaukową wizją a faktycznymi dziejami Polski. Nieco utopijna, zaawansowana technologicznie, ale pozbawiona książek przyszłość naszego kraju jest punktem startowym podróży w czasie, jakie odbywają uczniowie z klasy, w której historię wykłada profesor Cebula. Właściwie nie prowadzi on lekcji, tylko wysyła dzieci w przeszłość, ale nie w wehikułach, tylko w szkolnych ławkach. Kontrast między dwoma planami czasowymi jest oczywiście bardzo wyraźny. Co ciekawe, mimo że odbywamy z bohaterami książki wycieczkę do konkretnego okresu dziejów Polski, wraz z nimi spotykamy historyczne postacie i uczestniczymy w wydarzeniach znanych z podręczników historii, w ujęciu Grażyny Bąkiewicz rzeczywista przeszłość okazuje się przynajmniej tak samo zaskakująca i tajemnicza, jak wymyślona przyszłość. Nie doświadczymy tu jednak zabiegów ubarwiających, żadnej słodyczy dla małych księżniczek i rycerzyków, po prostu autorka bierze na warsztat mniej znane fakty, pewne tezy i fascynujące wątki, wykazując się przy tym znakomitym warsztatem pisarskim i, rzecz jasna, bogatym podłożem merytorycznym. Na atrakcyjność oraz skuteczność "Zygmunta" (i całej serii "Ale historia...") wpływa również doświadczenie pedagogiczne pisarki, czytając wyczuwa się bowiem, że wie ona, jakimi słowami i treściami dotrzeć do młodych ludzi, zainteresować ich i sprawić, by zapamiętali.
W książkach "Mieszko, ty wikingu!", "Kazimierzu, skąd ta forsa?" i "Jadwiga kontra Jagiełło" narratorami były kolejne dzieci z klasy o profilu eksperymentalno-historycznym (choć autorka nie stosuje tego określenia, to bardzo mi ono pasuje). Tym razem naszą przewodniczką po przyszłości i przeszłości jest Jolka, taka sobie zwykła dziewczynka mająca problemy z ortografią i różnymi innymi sprawami. Zwyczajność ustępuje jednak miejsca nadprzyrodzonej mocy, która pojawia się w wyniku pewnego wypadku wspominanego już w poprzednich tomach. Choć koledzy z klasy raz po raz odkrywali swoje nowe, przedziwne zdolności, akurat Jolka na nie nie liczyła, a tymczasem wraz z rozwojem akcji odkrywa swoją łączność z badanym tematem. A przedmiotem lekcji historii są czasy rządów Zygmunta Starego, bo też pan Cebula poleca uczniom sprawdzić, "kto właściwie rządził Polską w XVI wieku?". Pomocnikiem Jolki jest pewien wędrowny... właściwie nie wiadomo, kto, ale jako dodatkowy cel do zbadania ustanawia sobie ona znalezienie książki imć Twardowskiego – tak, tego od księżyca i karczmy "Rzym"! Dzieci włóczą się po szesnastowiecznej Polsce, poznając naturę szlachty, plotki o królu, stają się nawet asystentami maga i pomagają w seansie spirytystycznym.
Dzieje się dużo i śmiesznie, choć niewątpliwie im późniejszy okres historii Polski, tym czytelnicy (a może i ich opiekunowie...) mniej kojarzą autentyczne postacie i wydarzenia, więc pewnie mniej osób skusi się na książkę o tytule "Zygmuncie, i kto tu rządzi?" niż na takie pozycje jak "Mieszko, ty wikingu!" czy "Kazimierzu, skąd ta forsa?". Warto jednak być wiernym serii, bo w tym wypadku każdy następny tom jest równie dobry, jeśli nie lepszy. Dotyczy to nie tylko treści książek, ale również ich oprawy graficznej (autorstwa Artura Nowickiego), która zdaje się nam coraz weselsza, bardziej dopracowana i rozbudowana. Obok portretów i scenek znaleźliśmy tu humorystyczne komentarze do tekstu, jak w przypadku mistrzowskiego zobrazowania kwestii, co przeciętny uczeń chciałby zrobić wynalazcy ortografii. Za wyjątkowo ciekawe, wartościowe i zarazem zabawne (bo jakże trafne!) uznaliśmy w "Zygmuncie, i kto tu rządzi?" komiksowe wstawki, w których przewijają się wzmianki o tradycyjnej polskiej tolerancji, ale i skłonności do propagowania wolności dla wybranych. Ta dychotomia daje do myślenia i warto o niej rozmawiać, czy to w szkole, czy w domu.
Bożena Itoya

Grażyna Bąkiewicz, Zygmuncie, i kto tu rządzi?, ilustrował Artur Nowicki, Nasza Księgarnia, Warszawa 2017.

poniedziałek, 4 grudnia 2017

Opowiem ci, mamo, co robią pociągi

Seria "Opowiem ci, mamo...", ukazująca się w wydawnictwie Nasza Księgarnia, nie jest nowością, ale my sięgnęliśmy po nią pierwszy raz. Mój syn był za duży na te książki kartonowe już kiedy pojawiły się w księgarniach cztery lata temu, zaś jego półtoraroczny kuzyn dopiero do nich dorasta. Adresatami cyklu są bowiem dzieci od około drugiego roku życia do pierwszej klasy szkoły podstawowej.
Nasz wybór padł na "Opowiem ci, mamo, co robią pociągi", bo to zagadnienie obecnie nurtujące najmłodszego członka rodziny. Każdy rodzic, dziadek czy ciocia, taka, jak ja, posiada doświadczenie w zakresie małych dziecięcych fascynacji. Jeśli akurat na topie są jakieś określone pojazdy albo zwierzęta, maluch wypatruje ich wszędzie, naśladuje, nie zauważa innych. W ciągu kilku miesięcy mogą być to na przykład: śmieciarki, kaczki, helikoptery, psy czy, a jakże, pociągi. Na tę ostatnią okazję publikacja, w której (jak głosi strona tytułowa) pociągi namalował Artur Nowicki, a do rysunków wiersze napisał Marcin Brykczyński, będzie jak znalazł. Jest to książka kartonowa złożona z 14 dwustronicowych obrazków (rozkładówek). Obawiałam się, że okaże się zbyt duża (format nieznacznie mniejszy od A4) i ciężka dla rąk malucha, ale niepotrzebnie – przeglądanie z podpórką (nogi taty, ciocia, kanapa...) nie sprawia mu żadnego problemu. A kartkowanie oraz wypatrywanie szczegółów przebiega z dynamicznym zachwytem, odnotowaliśmy bardzo wysoki poziom czytelniczych uniesień. Co prawda czytelnik jeszcze niewiele mówi, więc tytułowe opowiadanie mamie jest dość odległe od poprawnej polszczyzny, ale i tak nastąpił wzrost rozmowności (choć pociągi, jak dotąd, nie odpowiedziały na żadną z przemów pod ich adresem). Ponadto wierszowane opisy i zagadki skomponowane zostały przez specjalistę, zatem możemy ze spokojem powierzyć mu edukację naszych dzieci oraz oczekiwać, że pierwsze pełne zdania wypowiedziane przez młodych ludzi będą rymowane. Jeśli zaś fan pociągów jest już nieco starszy, dawka kolejowej poezji dobrze wpłynie także na niego: wyostrzy słuch muzyczny, pokaże, jak można rymować codzienność, prawdopodobnie pobudzi do pierwszych prób samodzielnego czytania i wierszowania.
Największa wartość edukacyjna tkwi jednak w samej koncepcji tej książki, ponieważ nie są to przypadkowe obrazki, ale kolorowa i wesoła historia kolei oraz przegląd rozmaitych pojazdów szynowych. Artur Nowicki prezentuje kilka ważnych, przełomowych parowozów (jeden występuje w stroju rodem z Dzikiego Zachodu), łącznie z przekrojem poprzecznym ukazującym budowę i działanie dawnych lokomotyw. Są również przykładowe (autentyczne) dworce, wagony towarowe najrozmaitszych typów, semafory i zwrotnice z kluczowymi komendami. Ciekawie wypadła też ilustracja poświęcona historii metra, starszaki mogą śledzić także słynne szlaki kolejowe, wzrost prędkości pociągów od 1829 roku (56 km/h) do 2015 roku (603 km/h). Ostatni rekord wiąże się z zastosowaniem szyn magnetycznych – także o nich można się dowiedzieć z tego miniprzewodnika.
Obok nowoczesnych modeli i modelek kolejnictwa, tradycyjnych zwrotnic i zajezdni, śledzimy fantastyczne labirynty torów, bo seria "Opowiem ci, mamo..." to także łamigłówki, wpisane nawet w rysunki, które pozornie służą tylko prezentacji jakiegoś zagadnienia (funkcja informacyjna). Na wspomnienie zasługuje również ilustracja zamykająca książkę i... oczy czytelnika. Obraz nocnej zajezdni (czy może bocznicy) jest uroczy i nastrojowy, lokomotywom kleją się oczy, czuwają za to szerokookie latarnie, rozsnuwające żółte poświaty na uśpiony świat kolei. Jest i inny nocny akcent: gdy pociąg śpi, koty harcują – znalezienie wszystkich mruczków zajęło nam dłuższą chwilę.
Z publikacją "Opowiem ci, mamo, co robią pociągi" przedszkolak poznaje zatem fakty, uczy się opowiadać, ale też trenuje spostrzegawczość, na przykład szukając różnic, dopasowując elementy elektrowozu (a ja uczę się nowej dla mnie nazwy...), rozpoznając przeznaczenie nietypowych pojazdów jeżdżących po torach, choć nie są pociągami. Ta książka obrazkowa poszerza horyzonty, bo dziecko zaczyna zerkać dalej niż na najbliższą stację kolejową (czy metra), widzi historyczne zmiany, ogromne zróżnicowanie pociągów, ich rozmaite zastosowanie. Fakt, że szyny służą nie tylko pociągom, maluchom może wydać się mało interesujący, bo dla nich wyłącznie prawdziwa kolej jest magiczna, ma "to coś". Jednak w przypadku starszych dzieci, rozmyślania o tym, dlaczego w niektórych miejscach na świecie takie wehikuły występują zamiast zwyczajnych samochodów osobowych czy ciężarówek, mogą urosnąć do całkiem poważnych zainteresowań. A wszystko zaczęło się od szeroko otwartych oczu i dźwiękonaśladowczego "ciuch ciuch!"... Nie każdy potrafi dobrze wykorzystać tak prostą i popularną fascynację, ale Artur Nowicki zrobił to znakomicie.
Ilustracje są jasne, czytelne, w sam raz artystyczne. Na początku trochę przestraszyłam się tego, że pociągi mają twarze, ale po wesołej reakcji adresata książki oraz rozważeniu jej tytułu uznałam: tak trzeba. Dziecko cieszy się mogąc personifikować ukochane maszyny, a i element "co robią" (pociągi, samoloty, statki i inni bohaterowie serii) sugeruje dziecięce podejście do sprawy – mówi się, że ktoś robi coś, a nie coś robi coś (coś może najwyżej działać), więc robiący coś pociąg musi mieć oczy i uśmiech, prawda? W warstwie plastycznej szczególnie spodobało mi się wplatanie torowisk w krajobrazy (z rzekami, krowami, owcami...), w miasto (samolot na niebie, statek w porcie – maluchy wielbią takie drobiazgi, mogą też znać wcześniejsze "Opowiem ci, mamo, co robią statki" oraz "...samoloty"), w życie człowieka, który nigdzie się nie pojawia, tylko zostawia po sobie ślady – a to znaki drogowe, bagaże na dworcu, to znów bazgroły na wiaduktach, no i same pociągi. A do pociągów mamy pociąg!
Bożena Itoya

Artur Nowicki, Opowiem ci, mamo, co robią pociągi, tekst wierszy Marcin Brykczyński, Nasza Księgarnia, Warszawa 2017.

poniedziałek, 17 lipca 2017

Gru i Jadwiga kontra Jagiełło

Humorystyczno-edukacyjna seria "Ale historia...", pisana fachowo oraz ciekawie przez Grażynę Bąkiewicz, ilustrowana wesołym ołówkiem Artura Nowickiego i ukazująca się w wydawnictwie Nasza Księgarnia, liczy trzy tomy i kwitnie. Ostatnia (jak dotychczas) odsłona bawi już samym tytułem: "Jadwiga kontra Jagiełło" brzmi jak prasowy nagłówek, i to raczej dotyczący sportowego ringu niż wielkiej historii. Wszystko się mniej więcej zgadza, bo w tej książce historię badają uczniowie, podejmując, na życzenie nauczyciela historii (imć Cebuli), wyzwanie zbliżone do zakładu: kto był lepszym królem – Jadwiga czy jej mąż Jagiełło? Powagi znajdziemy tu tylko tyle, ile jest niezbędne dla zachowania historycznej "czystości" danych, które przekazywane są już w sposób mniej konwencjonalny, bo poprzez wypowiedzi małych (fikcyjnych) bohaterów, ich obserwacje podejmowane "na żywo" w XIV i XV wieku oraz w formie krótkich, zabawnych komiksów. Poza graficznymi wstawkami i tradycyjnymi ilustracjami mamy do czynienia z przygodowym opowiadaniem czy też minipowieścią, bez historycznych notek, przypisów i wykładów. To czysta beletrystyka, choć autorka odwołuje się do licznych ciekawostek i faktów z dziejów Polski.
Bohaterem każdej trzeciej serii "Ale historia..." jest inny uczeń tej samej klasy. W "Mieszko, ty wikingu!" poznaliśmy Aleksa, w "Kazimierzu, skąd ta forsa?" przez historię prowadziła nas Zuzka, a "Jadwiga kontra Jagiełło" należy do Grubego.

Cześć, jestem Gruby. Naprawdę mam na imię Karol, ale jakoś nikt o tym nie pamięta. Nawet w domu mówią na mnie Gru, co podobno było pierwszym słowem skierowanym do mnie przez mojego młodszego brata. Że niby taka pamiątka, ale przecież wyraźnie słychać, że to skrót od Grubego, i świadczy raczej o tym, że mój brat już pierwszym słowem chciał mnie obrazić. Nie skarżę się, bo w końcu na pierwszy rzut oka widać, że jestem za gruby. Już ze sto razy próbowałem zerwać ze słodyczami, ale na postanowieniach się kończy. No cóż, każdy ma jakąś słabostkę. Chociaż nie, nie każdy. Mój brat jest idealny, w dodatku nie lubi cukierków. Podobnie jak rodzice. Wszyscy w tej rodzinie (poza mną) jedzą sałatę, liczą kalorie i mają sprawy pod kontrolą.

Karol vel Gruby vel Gru jest bardzo wdzięcznym bohaterem, chyba bardziej ludzkim od poprzednich, może dlatego, że mniej przebojowym i bliższym zwykłym dzieciom, do jakich zapewne zaliczają się czytelnicy. Czytając książkę pozornie traktującą tylko o historii, poznajemy jedną z wielu rodzin oraz należącego do niej chłopca, który ma i kolegów, i kompleksy, i marzenia – jak każdy młody człowiek. Trochę śmiejemy się z tego, co myśli i mówi, ale głównie kibicujemy mu, mamy nadzieję, że zostanie dostrzeżony i doceniony przez swoje środowisko, zwłaszcza rodzinne, bo tego pragnie chyba najbardziej.
Niektóre problemy świata przedstawionego odbiegają od naszych, współczesnych, bo rzecz dzieje się w przyszłości i rodzice Grubego borykają się na przykład z wymianą starego samochodu na kapsułę do przemieszczania się w przestrzeni. Również nauczanie historii przebiega inaczej niż w szkole choćby mojego syna, i właśnie dlatego książki Grażyny Bąkiewicz są takie ciekawe dla czytelników, nawet tych początkujących.

Wciskając guzik, patrzyłem na drzwi, czy aby w ostatniej chwili się nie otworzą i ktoś nie powstrzyma startu. Ale nie. Udało się. Hurra!
Szuuuu... mknąłem przez warstwy czasu. Jak mówię "mknąłem", to nie jest to żadna przenośnia. Ławki Cebuli, w przeciwieństwie do publicznych środków transportu, przenoszą w przeszłość błyskawicznie. Wystarczy wstrzymać oddech i już jest się dawno temu.
Raz, dwa, trzy... i wylądowałem. Szczęśliwie w jednym kawałku, chociaż nieźle zagruchotało, gdy osiągnąłem cel. Ale ławka się nie rozsypała i zaraz zniknęła w czasoprzestrzeni. Cebula przyśle ją we właściwej chwili.

Te niewielkie próbki tekstu dobrze pokazują, jakim językiem pisane są książki z cyklu "Ale historia...": zwięzłym, lekkim, elastycznym, niemal potocznym, ale nadal poprawnym i skodyfikowanym, odpowiadającym podręcznikom. Ta charakterystyka znakomicie odpowiada także obrazowi historii, jaki przekazują autorka i ilustrator. Naprawdę żałuję, że podobnych publikacji nie było w moim dzieciństwie (lub na nie nie trafiłam) i dzieje Polski jawiły mi się zbiorem dat oraz nudnych opisów koligacji władców. Książka "Jadwiga kontra Jagiełło" oswaja z egzotyką dawnych wieków i porządkuje wiedzę już na samym początku jej zdobywania, bo w polskich szkołach dzieci dostają podręcznik do historii w czwartej klasie, w wieku dziesięciu lat, a po serię "Ale historia..." mogą sięgnąć nawet wcześniej.
Władysław Jagiełło, Jadwiga Andegaweńska i inne postaci historyczne przedstawione zostały w ciekawy, często wesoły sposób, jako osoby, które moglibyśmy minąć na ulicy i trochę je poznać, jak politycy, o jakich słyszy się na co dzień w mediach (bo zakładam, że dzieci o nich nie czytają). Pojawia się też wątek przedmałżeńskiej miłości młodej Jadwigi, porywający dla dziewcząt po obu stronach książki. Chłopcy pewnie zainteresują się opisami Krakowa i wzmiankami o bitwach, oblężeniach oraz szpiegach. Do Krzyżaków dołączy nawet jeden z uczniów (określenie "kolega" nie bardzo tu pasuje) z klasy Grubego, jeśli czytaliście poprzednie książki z tej serii, zgadnijcie, który? Powrót w pełnym składzie z wycieczki w czasie będzie ostatnim, ale też najtrudniejszym zadaniem, jakie Grubemu i jego kompanii wyznaczy profesor Cebula.
Zaletą i specyficzną cechą tej historycznej przygody jest, pod kolejnym już względem, charakter bohatera. Gruby to smakosz, w podróżach do przeszłości najbardziej interesują go przepisy na słodycze. Dzięki temu z lektury dowiemy się dużo o wyposażeniu czternasto- i piętnastowiecznej kuchni, sposobach przyprawiania oraz podawania potraw, pracy kucharza, zwyczajach przy stole, a nawet poznamy przybliżoną cenę cukru. Wszystko to zostało smakowicie doprawione obrazkami Artura Nowickiego, tym razem jeszcze bardziej satysfakcjonującymi, pełnymi humoru, szczegółów, śmiesznych min, cieni (łącznie ze śladami po poruszonych i znajdujących się już gdzie indziej przedmiotach), szczerbatych uśmiechów i wciąganych do przeszłości, rozciągniętych postaci. I choć kolor pojawia się tylko na okładce, są to ilustracje wyjątkowo barwne oraz nowoczesne.
Jeśli wasze dzieci lub podopieczni jeszcze nie zetknęli się z cyklem "A to historia...", koniecznie zadbajcie o uzupełnienie tej luki. Można zacząć nawet od książki "Jadwiga kontra Jagiełło" – mimo że jest to trzecia część, wszystkie elementy świata przedstawionego zostały czytelnie objaśnione i są zrozumiałe dla debiutującego konesera historii Polski w ujęciu obrazkowo-przygodowym.
Bożena Itoya

Grażyna Bąkiewicz, Jadwiga kontra Jagiełło, ilustracje Artur Nowicki, seria Ale historia..., Nasza Księgarnia, Warszawa 2017.