cudanakiju.pl

cudanakiju.pl
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Nasza Księgarnia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Nasza Księgarnia. Pokaż wszystkie posty

sobota, 25 kwietnia 2020

Atlas Cudów Świata

Kiedy szukam skojarzeń związanych z „cudami świata”, przed oczami pojawia mi się okładka książki „Siedem Cudów Świata” z wydawanej w latach 90. serii Świat Wczoraj i Dziś. Statua Wolności na tle antycznych budowli i piramid. Mimo, że jako kilkulatka przeglądałam tę książkę niezliczoną ilość razy, po latach w pamięci ostała się jedynie stopklatka strony z jednym z najsłynniejszych posągów świata, wewnątrz którego są schody, po których chodzą ludzie. Wobec tego czy współczesne publikacje poświęcone tej tematyce mają szansę lepiej zapisać się w umysłach przedszkolaków żyjących w trzeciej dekadzie XXI w?

„Atlas Cudów Świata” zilustrowany przez Lucy Letherland (odpowiedzialnej między innymi za grafikę rewelacyjnego „Atlasu Przygód Zwierząt”) przełamuje stereotyp „cudu świata” jako jedynie wytworu człowieka. W szranki z budowlami świata antycznego i współczesnymi perłami architektury stają - niemniej okazałe - cuda Matki Natury. Rezygnacja z antropocentryzmu idzie w parze z wyjściem poza wąsko rozumiany europocentryzm: czytelnik otrzymuje przegląd wytworów materialnych wielu kultur, z różnych epok, ze wszystkich kontynentów. Warto zauważyć, że sklasyfikowane w książce „cuda” (zarówno należące do świata przyrody, jak i te stworzone przez człowieka) wychodzą poza dobrze znany wszystkim kanon i zostały wybrane również te rzadziej prezentowane szerszej publiczności. To co, ruszamy?

Podróż rozpoczynamy w Australii, ale przemieszczamy się w nietypowej kolejności - zaglądamy do Europy, przeprawiamy się do Ameryki Północnej, następnie czeka na nas w kolejce Azja z Bliskim Wschodem, po której znów wracamy na półkulę zachodnią do Ameryki Środkowej i Południowej, by stamtąd ruszyć do Afryki i zakończyć zwiedzanie na Antarktydzie. Każdemu kontynentowi poświęcona jest osobna mapa, na której zaznaczone są różne przyrodniczo-architektoniczne punkty. Uwaga - jest ich więcej, niż wybranych do bliższej charakterystyki obiektów, co może budzić lekką dezorientację u młodszych czytelników, którzy np. chcieliby bardzo przeczytać o Moście Golden Gate w San Francisco, ale niestety nie został on uwzględniony w dalszej części „Atlasu”. Schemat omawiania „cudu” jest identyczny w każdym przypadku i koresponduje z całą serią „Atlasów” wydaną przez Naszą Księgarnię. Mamy tutaj więc lead wprowadzający w temat, a pozostała część tekstu jest rozstrzelona po całej stronie - zdania są wkomponowane w szczegóły ilustracji. Taka prezentacja informacji ma z mojego punktu widzenia plusy i minusy: można czytać opisy w różnej kolejności (np. podążając za skojarzeniami dziecka), ale dla osób preferujących spójne teksty, śledzenie narracji może być w tym przypadku wyzwaniem. Ciekawym zabiegiem ilustratorskim jest zaznaczenie omawianego miejsca/obiektu na mapie świata, który widzimy w przybliżeniu, jak za pomocą lupy. Jest on również wykorzystywany w prezentacji różnych elementów np. mozaiki na ścianie, elementów dekoracyjnych znajdujących się we wnętrzu budowli czy też budowie zwierzęcia. Generalnie oprawa graficzna „Atlasu” stanowi jego najmocniejszą stronę: piękne realistyczne grafiki sprawiają, że nie mamy problemu z rozpoznaniem zwierząt, roślin, czy budynków. Informacje zebranie przez Bena Handicotta są mieszanką danych statystycznych i faktograficznych. Ożywają jedynie w połączeniu z obrazami, które żywo pobudzają wyobraźnię czytającego. Na końcu „Atlasu” na małych Odkrywców czeka niespodzianka - zabawa w wyszukiwanie szczegółów pochodzących z różnych części książki.

W dobie szalejącej po całym świecie epidemii, rozbudzanie pragnienia podróży może nie jest najszczęśliwszym wyborem z możliwych. Jednak kto wie, jak długo będziemy skazani na podróżowanie jedynie palcem po mapie? Chwile spędzone z „Atlasem Cudów Świata” na pewno nie będą czasem straconym - choć informacje zawarte w książce nie zaspokoją głodu żądnych wiedzy czytelników, z pewnością zaostrzą apetyty na dalsze podążanie szlakiem wszelkich „cudów”, na które możemy się natknąć gdziekolwiek jesteśmy.

Aleksandra Adamowicz

Ben Handicott, Ilustracje Lucy Letherland, Altas Cudów Świata, Nasza Księgarnia 2020


wtorek, 7 kwietnia 2020

Tak wiele rzeczy/ So Many Things


Lubię książki dla dzieci, które przykuwają wzrok. Zachęcają do otwarcia, kartkowania stron. Dzieci też takie lubią, choć czasem pociąga nas inna estetyka. W przypadku „Tak wielu rzeczy” odczucia mieliśmy podobne - okładka ujęła nas głębokimi, wyrazistymi kolorami i wszyscy chcieliśmy zobaczyć, co książka kryje w środku.

    Jest to słownik obrazkowy polsko-angielski obejmujący 17 tematów (w ogrodzie, sporty i rekreacja, czas na posiłek, pogoda i geografia, na wsi, ubieranie się, w ruchu, w supermarkecie, na targu, na plaży, w szkole, w mieście, przedmioty w domu, świętowanie i zabawa, zwierzęta, kwiaty, ptaki). Na każdej stronie odnajdziemy krótki wstęp oraz ilustracje rozmieszczone na stronie w formie rozsypanki, „kontrolowanego bałaganu” przyporządkowane do danego działu. Każda  jest podpisana w języku polskim (na czarno ) i angielskim (na czerwono).
Słownik jest wydany w twardej oprawie, z miękkimi stronami w środku (cenna informacja dla rodziców pociech książko-lubnych i zarazem książko- niszczących/ pożerających)
Tyle z informacji formalnych.

    Przyznam szczerze, że książki obrazkowe zajmują specjalne miejsce w moim matczynym sercu. Chyba każdy rodzic ma doświadczenie w czytaniu tysięcy razy tego samego tekstu, tej najbardziej ulubionej z lubianych historii, które dziecko podtyka pod nos ze słodkim zaśpiewem „przecytas?” bądź rozkazem: „cytaj!”. Właśnie. Książki bez tekstu są takim cudownym wynalazkiem, który za każdym - pierwszym, drugim, dziesiątym i setnym razem można oglądać z dzieckiem inaczej. Ba - dzieci same z siebie też chętnie po nie sięgają, przez co stają się one niezastąpionym towarzyszem podróży, umilaczem czasu w kolejce do lekarza, czy w restauracji przed podaniem posiłku. Kolejną    z wielu supermocy książek obrazkowych jest ich uniwersalność: inaczej czytamy ją z niemowlakiem, inaczej z dwulatkiem, a jeszcze czymś innym staje się kiedy czytającym jest zaawansowany przedszkolak - innymi słowy wraz z rozwojem dziecka zmienia się też jego percepcja takiej pozycji. Gdy dzieci w rodzinie jest więcej, bogato ilustrowane książki stają się kolejną, atrakcyjną propozycją wspólnego spędzania czasu i budowania więzi: starsze rodzeństwo nawet nie potrafiąc czytać może objaśniać świat „młodszakom”.

    Nie ma jednej recepty, jednego najlepszego sposobu „używania” „Tak wielu rzeczy”. Sądzę, że każdy może znaleźć tutaj temat, który go kręci: pojazdy, zwięrzęta, moda, jedzenie, sport, przyroda, pogoda. Obrazki pobudzają wyobraźnię, zapraszają do porównań, odszukiwania wspomnień, rzeczy w pokoju. Stają się pretekstem do rozmowy o minionych wakacjach, wizycie w sklepie, zoo, planowaniu obiadu. Dwujęzyczność książki zdejmuje z braków czytającego ciężar odgrzebywania  w czeluściach pamięci niszowych słówek dotyczących gatunków ptaków i zachęca również do wprowadzania kolejnego języka. Bogactwo ilustracji staje się wyzwaniem dla „poszukiwaczy rzeczy”, ćwiczeniem orientacji, czy inspiracją do tworzenia dzieł plastycznych, czy układania zagadek.

    Szczere gratulacje dla Autorki za stworzenie takiej książki, w której - mimo starań!, trudno zaspokoić głód wrodzonego czepialstwa.

Aleksandra Adamowicz

Maya Hanisch, Tak wiele rzeczy / So Many Things, Nasza Księgarnia 2020

poniedziałek, 27 stycznia 2020

Atlas mitów od Naszej Księgarni

Wydawnictwo Nasza Księgarnia opublikowało w ostatnich latach liczne wielkoformatowe książki obrazkowe, z dużym udziałem tych popularnonaukowych. Zalicza się do nich "Atlas mitów. Potwory, bestie i bogowie oraz mapy dwunastu mitologicznych krain" angielskiego ilustratora, a także autora tekstu, Thiago de Moraesa. Na stronie internetowej artysty zamieszczono informację, że "Atlas", wydany w Londynie w 2016 roku, został już przełożony na 16 języków. Czy warto bezwarunkowo zaufać międzynarodowej popularności podobnego dzieła, czy lepiej przyjrzeć się bliżej jego formie i treści? Choćby ze względu na wysoką cenę, moim zdaniem warto rozważyć zakup bardzo dokładnie, by stwierdzić, czy właśnie takiej książki szukamy dla rozrywki lub w celach edukacyjnych.
Przygodę z mitologią zaczynamy klasycznie, od Olimpu, i, jak z samym panteonem, tak i z jego autorską oraz edytorską prezentacją, należy się przygotować na podobieństwa czy powtórzenia w całym atlasie. Moja ocena pierwszego rozdziału w dużym stopniu dotyczy więc również innych. Mity greckie wciągają efektowną "mapą krain, przedmiotów i istot zamieszkujących", po której poruszamy się zgodnie z ruchem wskazówek zegara. Przeszkadzają tu tylko zbyt mała czcionka i niewyraźne, tycie liczby odnoszące opisy postaci do ich graficznych przedstawień (w świecie azteckim dwie liczby-odnośniki, jako szare na szarym tle, okazały się właściwie niewidoczne). Pozostając przy stronie praktyczno-technicznej publikacji, pionowe rozkładówki są bardzo trudne w obsłudze, zwłaszcza gdy podpisy znajdują się na dole jednej wielkoformatowej karty, a rysunki na drugiej. Nawet dorosłemu niewygodnie operuje się ogromną książką z malutkimi literkami.
W "Atlasie mitów" od razu odnaleźliśmy powszechne we współczesnej książce dla dzieci niezdecydowanie autorów: piszemy (i ilustrujemy) dla najmłodszych dzieci, czy dla nastolatków, upraszczamy, czy podajemy wyciąg z całkiem poważnej działki wiedzy? A może dwa w jednym? Wszak mamy tu dużo imion i faktów podanych w bardzo lekkiej formie, trochę dla zaawansowanych, trochę dla początkujących miłośników mitologii. To rozchwianie jest silnie odczuwalne, wręcz daje czytelnikowi w kość, irytuje, przynajmniej mojego syna. Podobnie zareagował na "luzackie" notatki, dowcipne komentarze, takie, jak ten dotyczący wyroczni w Delfach. Na dalszych etapach lektury te sucharki już nie bawiły, jedynie męczyły, a dodatkowo nie wnosiły żadnej wiedzy.

Ludzie wybierali się do Delf, kiedy chcieli zapytać Apollina o przyszłość. Zadawali apollińskiej kapłance pytanie. Kapłanka wpadała w trans, robiła dziwaczne rzeczy i odpowiadała im w kompletnie niezrozumiały sposób. Znajdujący się w świątyni wielki kamień zwany Omfalos stanowił ponoć pępek świata.



W opisie wierzeń egipskich naszą uwagę zwróciło unikanie słowa "zmarły" przy równoczesnym nadużywaniu określenia "mumia". Mieliśmy wrażenie, że autor chce coś załagodzić, uatrakcyjnić zwyczaje pogrzebowe, zbliżyć mitologię egipską do jej uproszczonego przez popkulturę obrazu, znanego na przykład z kreskówek o Scooby-Doo. To nie jedyny zabieg formalny, który zwolnił w naszym domu proces czytania "Atlasu". Zniechęcająco podziałały również szablony językowe: wspomniane żarciki i dygresje oraz, również humorystyczne, powtarzane sformułowania, na przykład dotyczące kazirodztwa bogów. Znudzenie i rozdrażnienie dopadną nie tylko starsze dziecko, ale też po prostu czytelnika wyczulonego językowo, zwłaszcza jeśli czyta książkę jako całość, od deski do deski, a nie na wyrywki, dzieląc na hasła jak w przypadku encyklopedii. Analogiczne znużenie wywołują pod koniec lektury refleksyjne, pocztówkowe ujęcia bogów i przykurzona kolorystyka, kojarząca się z zaśniedziałymi pomnikami.
Ogólnie jednak treść książki jest ciekawa, czasem fascynująca, na pewno żywo pobudza wrażliwą wyobraźnię. To także ładny przedmiot, a ilustracje przedstawiające niesamowite mutanty mogą śmiało konkurować z komiksami bohaterskimi. Wśród bohaterów dojrzycie groźnych, zwierzęco okrutnych bogów, piękne, żeńskie i męskie duchy przyrody, spajające żywioły i ludzkość w baśni ludowej. Ludzie bywają obecni, ale jako małe ludziki-cienie, zwiewane z krawędzi świata boskim podmuchem, pożerane przez jaguary, palone i topione. Całość składa się w upiornie uroczą opowieść o wierzeniach, doprawioną pijanymi królikami czy gigantycznym afrykańskim kurakiem tworzącym Ziemię. Obok powtórzeń spotkaliśmy tu zaskakujące, zupełnie niedziecinne przedstawienia mitologii azteckiej i innych, egzotycznych lub niemal rodzimych (geograficznie albo popkulturowo) opowieści.
Wartość etnograficzna książki może być bardzo wysoka, o ile trafi się uważny czytelnik. Ten może wyłowić dużo szczegółów, dotyczących na przykład przyrody – typów lasu, roślinności i zwierząt towarzyszących ludziom na co dzień, odkrywać analogie między mitologiami z przeciwnych stron globu, a czasem też chyba niezamierzone zbieżności w strojach ludowych, jakie przywdziewają bóstwa (co zresztą bywa niezgodne z wzornictwem danej krainy etnograficznej). W świecie Indian Ameryki Północnej intryguje wielość ludów i opowieści, dla naszych dzieci kryjących się zazwyczaj w ogólnym określeniu "Indianie", zlewających w abstrakcyjną całość rodem z westernu. Tu znajdą małe oświecenie. Podobnie wzbogacające oddziaływanie dotyczy niepozornego aneksu z wymową egzotycznych imion. Niby to szczegół, ale wprowadza dzieci w świat profesjonalnych wydawnictw popularnonaukowych, uczy korzystania z nich, oswaja z obcymi językami, a już samo to poszerza horyzonty.
Lektura "Atlasu mitów" otwiera niezliczone możliwości dalszej zabawy. Można sobie wybrać ulubioną postać, rysować jej przygody, najlepiej w formie komiksu, bo do niej nawiązują rozkładówki z mitycznymi "mapami". Kusi organizacja rodzinnego quizu, w którym pytania nawiązywać będą do specyfiki danych mitologii lub przeciwnie – ich wspólnych mianowników, powtarzających się fantastycznych stworzeń lub zwierząt, boskich i bohaterskich fachów, związków z żywiołami lub ukształtowaniem terenu. Od tego, kto, gdzie i dlaczego wymyślał takie a nie inne opowieści łatwo przejść do mechanizmów tworzenia współczesnych mitów, choćby miejskich legend. Podobne rozważania bardzo przydadzą się starszym dzieciom i młodzieży, wzmocnią ich umiejętności interpretacyjne i "metamyślenie", tak istotne dla ludzi, którzy z biernych uczestników kultury właśnie awansują na jej aktywnych współtwórców.

Bożena Itoya

Thiago de Moraes, Atlas mitów. Potwory, bestie i bogowie oraz mapy dwunastu mitologicznych krain, przełożyła Anna Nowak, Wydawnictwo "Nasza Księgarnia", Warszawa 2018.

czwartek, 31 października 2019

Zwierzoobjaśniarka


"Zwierzoobjaśniarka" jest książką niby dla dzieci, ale też dla dorosłych, italianistycznym cacuszkiem docenionym przez kapitułę Nagrody Literackiej im. Leopolda Staffa za przekład Joanny Wajs. Rzeczywiście, pod względem językowym publikacja wyróżnia się na tle innych propozycji chociażby tego (wielkiego!) wydawcy – Naszej Księgarni. Stylizacja na starodawną, nieco naukową polszczyznę podkreśla humorystyczny charakter przedstawionych przez autora mądrości, ale do przedziwnych wynalazków najlepiej pasuje słowotwórcza odkrywczość tłumaczki. W "Zwierzoobjaśniarce" ujawnia się bowiem moc neologizmów. Chociaż właściwie sama już nie wiem, może najbardziej ujęła mnie umiejętność przekładu włoskiego tekstu na polską frazeologię.

Jak powszechnie wiadomo, w sprzedaży są obecnie różne typy zwierzoobjaśniarek. Można dostać objaśniarki brzuchomówcze i teleobjaśniarki (supernowoczesne modele, w których rozwiązano już problemy nie do przejścia dla Bonawentury Karczocha). Istnieją też jednak objaśniarki nakręcane, na baterie słoneczne i na fale mózgowe. Wszystko zależy od ceny.
Bywają również eleganckie objaśniarki designerskie (te, które mają z tyłu nadgryzioną wiśnię). Żeby sobie taką kupić, trzeba się nieźle wykosztować!
Zwierzoobjasniarki najnowszej generacji, o których mówimy, że są smart, to urządzenia bardzo zaawansowane technicznie. Pozwalają rozmawiać (za pośrednictwem czatu) z ponad setką gatunków zwierząt, łączyć się ze stworzeniami na drugim końcu świata, a nawet przygotować posiłek dla stołowników o bardzo różnych gustach. Co ugotować, gdy na kolację wpadną: znajomy adwokat, jego pies Szamburek i pan Orzeszko, twój przyjaciel weganin? Zostaw decyzję pichcizwierzoobjaśniarce. To urządzenie w mig przyrządzi smaczne zrazy z liści sałaty w panierce z prosa na podściółce z psich chrupek.

Książka Sergia Olivottiego łączy traktat (popularno)naukowy z przewodnikiem czy poradnikiem użytkowania omawianego urządzenia i skarbczykiem anegdot. Oczywiście i niestety zwierzoobjaśniarka jest wynalazkiem fikcyjnym i ten fakt leży u źródła całego dowcipu. Autor nasycił tekst aluzjami do współczesnej techniki, mód, języka marketingu, lifestyle'u, dawniejszej literatury włoskiej, światowej sztuki oraz odwiecznych i nieprzemijalnych cech ludzkości oraz wybranych gatunków fauny. Niektóre z tych akcentów pozostaną niezrozumiałe dla młodszych czytelników, zwłaszcza odniesienia do literatury, która na włoskim gruncie jest powszechnie znana, a u nas – niekoniecznie. Mnie natomiast trochę przytłoczył nadmiar "easter eggów", bo też książka jest zbudowana właściwie tylko z nich. I z miłości do zwierząt. To właśnie głęboka sympatia do omawianych obiektów, bardziej niż humorystyczny opis sposobów, na jakie psy, koty i inne zwierzęta domowe postrzegają świat i czego od niego oczekują, sprawia, że "Zwierzoobjaśniarka" bardzo mi się podoba. Rzecz jasna są też zwariowane, kolażowo-satyryczne ilustracje autora wchodzące w skórę rozmaitych epok i konwencji artystycznych, ale bez słów byłyby tylko zbiorem wesołych, pozbawionych kontekstu (jeśli nie sensu) obrazków.

"Codex Moclob" (1848) traktuje o perypetiach i wynalazkach Bonawentury Karczocha, czyli Karczochiusza, którego wszyscy znamy jako genialnego konstruktora zwierzoobjaśniarki.
Karczochiusz, urodzony pod koniec XVIII wieku w dolinie rzeki Wieprzobobroświniotygrys, młodość spędził w Egongu, gdzie wynalazł swój słynny doplamiacz żyraf (jedna z jego podopiecznych zdobyła dzięki temu specyfikowi tytuł Miss Sawanny 1812). Następnie udał się w podróż po świecie, podczas której odkrywał zwyczaje osobliwych plemion, co najmniej tak tajemniczych jak ich narzecza: Rzępolaków, Miauczykanów, Dlaelizejczyków i wielu innych.
P przyjeździe do Włoch w 1815 roku Karczochiusz miał zaledwie dwadzieścia pięć lat, lecz już wtedy dużo potrafił: zagrać pod pachą "Panie Janie", niepostrzeżenie przylepić glut z nosa pod stołem, określić trajektorię lotu pijanej muchy. Lecz przede wszystkim władał niezliczonymi językami (ponoć podczas strzyżenia u fryzjera udało mu się przetłumaczyć "A wczora z wieczora" na nepalski).

Nawet w tak krótkiej próbce tekstu widać, że niektóre żarty dotrą tylko dla dorosłych, a te o glutach, graniu pod pachą i pijanej musze spotkają się z uznaniem maluchów, które jeszcze nie wiedzą, co to XVIII wiek ani "codex". Kolejne rozdziały streszczają życiorys Bonawentury i jego zmagania z przekładem języków zwierząt na ludzki, a następnie relacjonują, o czym rozmawiają koty, psy i "inne zwierzęta". Są to tematy ważkie z punktu widzenia dysputantów, choć dla nas niepoważne i zabawne, zwłaszcza, jeśli obcujemy ze zwierzętami na co dzień i mieliśmy dotąd wrażenie, że rzeczywiste pragnienia i uczucia naszych podopiecznych odbiegają nieco od tych opisanych w "Zwierzoobjaśniarce" – przecież powinny się koncentrować na nas, właścicielach!Tymczasem tu wszystkie czworonogi, istoty żyjące w wodzie i powietrzu rozmawiają o: łowach (pozyskiwaniu żywności od staruszek), miłości (ale nie do człowieka), terytorium, rasach, jedzeniu, kupach; owce lubią sobie popić, ryby – pokoncertować, kury ciągle się kłócą, mrówki wymieniają wojskowe komendy, a pająki – uwagi o inżynierii pajęczyn. Spośród moich ulubieńców, to jest dzikich ptaków, rozpracowane zostały tylko jaskółki, ale w jednozdaniowym, niezbyt ciekawym skrócie. Ogólnie część książki streszczająca rozmowy zwierząt wydała się nam najmniej udana, przy powtórnej lekturze ledwie się uśmiechaliśmy, a i to tylko w niektórych momentach. Przypuszczam, że obrazkowo-satyryczna miniatura Olivottiego wpisuje się po prostu w nurt rozrywki, który niezbyt pasuje do naszych gustów, może jest zbyt wykwintny lub zanadto skoncentrowany na zabawie z samym sobą, zamiast z czytelnikiem. Niewątpliwie jednak należy do publikacji spójnych, przemyślanych i dopracowanych (meta)artystycznie.

Bożena Itoya

Sergio Olivotti, Zwierzoobjaśniarka. Wynalazek, który zmienił świat, przełożyła Joanna Wajs, Nasza Księgarnia, Warszawa 2018.

środa, 21 sierpnia 2019

Niezwykłe przyjaźnie w świecie roślin i zwierząt


"Niezwykłe przyjaźnie w świecie roślin i zwierząt" to książka Emilii Dziubak i kota Homera. Właśnie sympatyczny kocur zwiedzający labirynty przyjaźni zwierzęcych, roślinnych i roślinno-zwierzęcych "kradnie każdą scenę", podkręca humor i scala zupełnie odmienne historie współżycia, rozgrywające się na ziemi i pod nią, w wodzie, na drzewach, w drzewach i innych roślinach, a nawet w organizmach zwierząt. Niezwykłość tej książki polega również na jej formie: mimo że należy do "kartonówek", i to tych w dużym formacie, kojarzonym raczej z odbiorcą w wieku przedszkolnym, to spodoba się nawet młodszym nastolatkom (potwierdzono empirycznie). Choć obrazkowe i nawiązujące do sztuki komiksu, "Niezwykłe przyjaźnie" zachowują wysoki poziom merytoryczny i dostarczają profesjonalnych informacji czytelnikom w każdym wieku, zaś charakter i wartość grafiki czynią z publikacji niepowtarzalne, artystyczne dziełko.
Zaokrąglone kocisko opuszcza bezpieczną przystań domu, obrażone z powodu przeludnienia, to znaczy przekocenia, a właściwie przezwierzęcenia ukochanego dotąd lokum. Podąża własnymi ścieżkami poszukując idealnego przyjaciela, a my dzięki tej książce drogi odwiedzamy zakątki niedostępne zazwyczaj człowiekowi. W warstwie tekstu zjawiska przyrodnicze opisane są zgodnie z rzeczywistością i antropomorfizacja ogranicza się do określania związków między organizmami mianem przyjaźni, natomiast w sferze ilustracji autorka popuściła wodze fantazji, dodając oczy, usta i mimikę wszystkim bohaterom "Niezwykłych przyjaźni", nawet jeśli są nimi glon, grzyb, kwiat czy żołądź. Obrazki te są zabawne, wielobarwne, choć stonowane, wnoszą do publikacji lekkość i wyobraźnię, które w zestawieniu z naukową ścisłością tekstu dają oryginalny, świeży i po prostu wspaniały efekt. Całość jest czytelna i ciekawa, jak przystało na dobrą pozycję popularnonaukową.
Wśród nietypowych "zaprzyjaźnionych" par poznajemy między innymi mrówki i mszyce, krowę i bakterie, koźlarza i brzozę, mysz i kwiat, wilka i kruka, żółwia sępiego i żabę (uwaga! fałszywy przyjaciel! i to wcale nie tłumacza...). Szczególnie interesujące wydały nam się działy "Fałszywy przyjaciel", "Przyjaciel od święta" i "Zakochany przyjaciel" – podobnie jak pozostałych sześć ("Przyjaciel opiekun", "Przyjaciel na dobre i na złe", "Nieświadomy przyjaciel", "Idealny przyjaciel", "Przyjaciel z pracy", "Przyjaciel z sąsiedztwa") zajmują po dwie strony, a na poświęconej im rozkładówce tuli się lub zjada od 4 do 7 duetów. Między bohaterami spaceruje, zasiada lub zwija się w kłębuszek Homer, prezentując typowe kocie pozy i podejście do życia. Najbardziej ubawiło nas ugniatanie łapkami wiewiórczego ogona, obserwacja rybek (koniecznie w pozycji z łapkami podwiniętymi pod ciało), leniwe mycie brzuszka, obojętne wobec ostrzegawczego śpiewu pawiana oraz intensywne drapanie na stronie opowiadającej o czyszczeniu "przyjaciela" z insektów. Głębokie zainteresowanie przejawia Homer w przypadku opowieści o krzyżowaniu gatunków: kota domowego i żbika. Zapewne odczuł pokrewieństwo i zew natury, chociaż tylko na chwilę, bo zaraz wrócił do ciepłego, miłego domku i oddającego mu właściwą cześć właściciela.
Oprócz wysokiej dawki wiedzy i wesołej historii Homera, książka Emilii Dziubak zawiera też aktywizujące dodatki: test "Jakim przyjacielem jesteś?" (oczywiście z ilustracjami i odpowiedziami) oraz labirynt. To naprawdę dobra i jedyna w swoim rodzaju lektura, ucząca, pogodna, ładna, poczciwa, mądra i troszkę szalona.

Bożena Itoya

Emilia Dziubak, Niezwykłe przyjaźnie w świecie roślin i zwierząt, konsultacja merytoryczna dr Julita Korczyńska, dr Anna Szczuka, Wydawnictwo "Nasza Księgarnia", Warszawa 2018.

poniedziałek, 15 lipca 2019

Krasnoludki. Fakty. Mity. Głupoty

"Krasnoludki. Fakty. Mity. Głupoty" to oryginalny projekt podjęty przez Macieja Szymanowicza we współpracy z wydawnictwem Nasza Księgarnia. Nawiązując do form atlasu przyrodniczego, przewodnika etnograficznego czy popularnonaukowego leksykonu, znany ilustrator i plakacista stworzył skarbczyk fantastycznej wiedzy o małym ludku. Książka ta, adresowana teoretycznie do młodszych dzieci, podbiła serce trzynastolatka, a mnie, jego mamę, rozbawiła do łez i na pewien czas stała się moją ulubioną lekturą. Autor spakował w okładki "ponad 465 sztuk" zwariowanych ludzików, poczciwych i uroczych, ale przedstawionych w sposób tak absurdalny, że niejeden czytelnik tradycyjnych bajek może, za przeproszeniem, zgłupieć.
Karty dużej, kartonowej książki zmieniły się w wyobraźni autora (i naszej) w baśniowe plenery oraz zwyczajne, znajome wnętrza, choć szuflady, szafy czy zwykły stolik w powiększonej skali wyglądają zupełnie inaczej niż przywykliśmy. "Przestrzenność" tej publikacji jest niezwykła, krasnoludki wyłażą z każdej, choćby najmniej spodziewanej płaszczyzny (jak notka redakcyjna, z takim trudem wygospodarowana w mrowiu krasnoludkowej bieganiny), gapią się na nas, gadają do autora i do czytelników. Radzą, jakie sporty ekstremalne uprawiać, by schudnąć (na przykład: wirowanie na skrzydłach wentylatora, skok do kosza, wyścigi w miodzie na chlebku z twarożkiem), jak niefrasobliwie bawić się po krasnoludkowemu (każde dziecko temu przytaknie – należy wypić dużo wody i skakać, wywołując wewnętrzny chlupot), a także zdradzają tajemnice swojego pochodzenia ("Skąd się biorą krasnoludki? Z książek o krasnoludkach (zwłaszcza czytanych przed zaśnięciem (...), z ciastek w kieszeni, z wyobraźni, z kwiatków, ze sklepu, z dużego deszczu z małej chmurki"), chorób, które przechodzą lub wywołują (krasnoludoza wesołkowata, łac. Crasnoludosum chachachum). Wszystko to zostało opowiedziane i odegrane w stosownej skali ("Olimpiada Krasnoludkowa odbywa się zwykle co kwadrans"). Aby kompendium krasnoludkologii było pełne, autor przedstawił nam również osiągnięcia zacnych pzedstawicieli w dziedzinie kultury i sztuki oraz przybliżył życie odmiany leśnej oraz... kosmicznej.
Po przeczytaniu i obejrzeniu "Krasnoludków" chyba nie da się o nich zapomnieć, dzieci na pewno zachcą też wrócić do tej jedynej w swoim rodzaju lektury. Rozmaite odmiany wymyśl(o)nych stworków zaludniły, czy raczej "zaludkowały", moją wyobraźnię, delikatnie przypominając o wrażeniach wywołanych chyba dwadzieścia pięć lat temu przez książkę "Skrzaty". Ten album z mojego dzieciństwa, zresztą niedawno wznowiony, charakteryzował się jednak zupełnie innym poczuciem humoru i podejściem do mitologii czy baśni ludowej. W "Skrzatach" spotkałam odgałęzienia dawnych opowieści, głównie skandynawskich, i lustrzane odbicie ludzkiego świata, a "Krasnoludki" kojarzą się raczej z Szuflandią, zabawą na całego na zasadach wyznaczonych przez autora, luźno zakorzenionych w twórczości literackiej czy folklorystycznej wcześniejszych "badaczy". Maciej Szymanowicz zaszalał, puszczając wodze fantazji, która płynnie pokonuje granice wieku czytelnika, książkowych gatunków i konwencji. Autor przyjął tym samym jedyną słuszną metodę badawczą w dziedzinie krasnoludkoznawstwa, angażując w wymyślanie tej nauki także czytelników.

Krasnoludki. Fakty. Mity. Głupoty, zmyślił i narysował Maciej Szymanowicz, Wydawnictwo Nasza Księgarnia, Warszawa 2018.

środa, 29 maja 2019

Ale historia... Mamy niepodległość!


Szósty tom serii "Ale historia..." spełnia oczekiwania stałych czytelników i jednocześnie ich zaskakuje. Mamy tu do czynienia z nietypowym podejściem do historii i wyjątkowo celnymi rozwiązaniami fabularnymi łączącymi przeszłość naszego kraju, codzienne drobne wyzwania bliskie współczesnym dzieciom i atrakcyjną, nieco utopijną przyszłość. W 2018 roku księgarnie doświadczyły zalewu publikacji dziecięcych wpisujących się w obchody 100-lecia odzyskania przez Polskę wolności i właśnie tamtych wydarzeń dotyczy książka "Mamy niepodległość!", a jednak Grażyna Bąkiewicz (tekst) oraz Artur Nowicki (ilustracje, komiksy) potrafili nas oczarować, opowiadając o końcu zaborów w sposób oryginalny, ciekawy, a częściowo też zabawny.
Klasa prowadzona przez ekscentrycznego historyka, pana Cebulę, po raz kolejny podejmuje wyprawę w daleką przeszłość. O ile naszym dzieciom koniec XIX i pierwsze dziesięciolecia XX wieku wydają się trochę abstrakcyjne, o tyle dla jeszcze nienarodzonych pokoleń okres ten okaże się zapewne zupełnie nieprawdopodobny i prehistoryczny. A bohaterowie "Ale historii..." to właśnie dzieci przyszłości podróżujące w czasie, patrzące z bliska, z fantastycznonaukowym zadziwieniem na to, co my znamy z nudnych podręczników. Świeżość ich spojrzenia jest niezwykła, a rozwiązania techniczne związane ze szkolnym wehikułem czasu za każdym razem wzbudzają mój podziw. Nie ma się tu do czego przyczepić, choć kwestia ławek przenoszących o setki lat wstecz i działającej w przeszłości ochrony("pola siłowego") czy obowiązujących tam zasad kontaktowania się z przodkami to teoretycznie tylko drobiazgi, pewne przenośnie i uproszczenia, jednak autorka z zapobiegliwością charakterystyczną dla najlepszych pisarzy uprzedziła ewentualne wątpliwości czytelników, wskazując skrótowo, acz kategorycznie, reguły postępowania pomiędzy startem z ławki a lądowaniem w niej (i pewne pole pozostawione dla buntowników).
Tę przygodę przeżywamy z punktu widzenia Oli, dziewczynki nietypowej, niby wyzwolonej, ale przed rodzicami udającej słodką, różową laleczkę. Jej historia może okazać się dla małych czytelniczek równie ciekawa, co mniej znane dzieje odzyskania przez Polskę niepodległości. W najnowszej odsłonie serii "Ale historia..." młodsza młodzież, niezależnie od płci, znajdzie inspirację nie tylko do nauki, ale też do rozmaitych osobistych działań, choćby radzenia sobie z rodziną czy radzenia się przyjaciół. Grażyna Bąkiewicz gładko wchodzi we współczesny dziecięcy świat wyzwań, zakładów, konkurowania, zawierania sojuszy, przy czym korzysta też ze sprawdzonych motywów dawnych powieści przygodowych, jak choćby poszukiwanie skarbów. Młodzi podróżnicy w czasie starają się bowiem odnaleźć królewskie insygnia, czy raczej to, co z nich zostało po haniebnym przetopieniu polskich koron i bereł na pruskie monety. Ola i jej koledzy z klasy są oburzeni, mają różne pomysły na prześledzenie losów kosztowności, odzyskanie ich i przywrócenie do dawnej formy. Transformację przechodzą symboliczne przedmioty, ostatecznie w niespodziewany sposób przysługując się narodowi, ale również w najważniejszych postaciach opowieści zachodzą w jej toku ważne przemiany. Także młody czytelnik doświadcza odmiany, bo nie może oderwać się od lektury, co w przypadku książek historycznych dla dzieci zdarza się bardzo rzadko.
Książka "Mamy niepodległość" nie jest typem bohaterskiej epopei, przyciąga poważnym traktowaniem małych historii i ludzi. Oby powstawało jak najwięcej takich porywających lektur, przenoszących dziesięcio- i nastolatków do innych epok oraz perspektyw.

Bożena Itoya

Grażyna Bąkiewicz, Mamy niepodległość!, ilustrował Artur Nowicki, seria Ale historia..., Nasza Księgarnia, Warszawa 2018.

środa, 31 października 2018

Stasiu, co ty robisz?


Bohaterem piątej odsłony serii "Ale historia..." jest ostatni król polski, Stanisław August Poniatowski, i to właśnie do niego zwraca się Grażyna Bąkiewicz w tytule książki: "Stasiu co ty robisz?". Właściwie można mówić raczej o antybohaterze, ponieważ autorka i ilustrator w tekście głównym oraz w komiksowych przerywnikach rozpatrują przyczyny trzeciego rozbioru, szukają "morderców ojczyzny", a osoba króla jest głównym podejrzanym. To ze strony historii, której w znacznej mierze dotyczy akcja, jednak w przypadku tego cyklu na pierwszym planie zawsze znajduje się bohater dziecięcy pochodzący nie z naszych dziejów, nawet nie z teraźniejszości, ale z Polski przyszłości. Tym razem szkolne science fiction opisuje nam Słoniu, postać w poprzednich tomach najmniej sympatyczna, ba, irytująca i nielubiana zarówno przez kolegów z klasy, jak i przez nas, czytelników. Mamy więc dwóch pierwszoplanowych bohaterów negatywnych, jak na literaturę dziecięcą całkiem nietypowo. Od pierwszej do ostatniej strony książki byłam ciekawa, jak autorka poprowadzi tak intrygująco zawiązaną dwutorową akcję.
Słoniu jest synem dyrektora szkoły, w której uczą się bohaterowie wszystkich pozostałych "Ale historii...", a naucza między innymi ekscentryczny historyk pan Cebula. Uczniowie poznają dzieje swojego kraju podróżując w czasie, za wehikuły służą im specjalne, niemal nieszwankujące ławki szkolne. Nauczyciel emocjonuje się przebiegiem misji badawczych, zdejmując z siebie kolejne kurtki, swetry, bluzy i marynarki. Jego podopieczni starają się jak najbardziej rozgrzać profesora swoimi wybrykami, bo urządzają w klasie rodzaj zawodów – kto spowoduje, że pan Cebula zrzuci najwięcej warstw ubrań, ten wygrywa. Od początku "Stasiu, co ty robisz?" widzimy, że Słoniu może zostać czempionem. Rzadko kto posiada taki dar do denerwowania rówieśników, wykorzystywania swojej pozycji (wynikającej nie z zasług, a z koligacji rodzinnych – zupełnie jak u młodego Stanisława Poniatowskiego!), gnębienia dzieci i dorosłych, a także pakowania siebie i innych w kłopoty. Słoniu może się cieszyć także innym darem, bo każdy z młodych bohaterów "Ale historii..." będąc narratorem odkrywa nową, niezwykłą umiejętność będącą efektem pewnego wypadku ze sprzętem z przyszłości w roli głównej. Dzieci mają tu coś z X-Menów, rycerzy Jedi czy innych superbohaterów, co dodaje książkom historycznym modnego kolorytu.
Grażyna Bąkiewicz uczy młodzież w sposób atrakcyjny, przekonujący, zachęcający do sięgania w poszukiwaniu wiedzy głębiej niż tylko do szkolnego plecaka. Treści historyczne przekazywane są skutecznie, czytelnik rzeczywiście zapamiętuje fakty i ciekawostki, te znane powszechnie i mało popularne. Obiektywna ocena poczynań ostatniego króla, pupilka carycy Katarzyny, okazuje się nie tak jednoznaczna jak przywykliśmy sądzić. Poznajemy też ból związany z odkryciem, że nasi przodkowie nie byli wzorowymi Polakami, wstyd towarzyszący przyznaniu się do tego przed samym sobą i przed innymi. "Stasiu, co ty robisz?" jest bardzo mądrą książką, aż kipiącą od drobiazgów, których zgromadzenie, opracowanie i wplecenie w dobrą fabułę musiało się wiązać z ogromem pracy. Koronkową robotą są również wszystkie elementy graficzne przygotowane przez Artura Nowickiego: ilustracje, mapki, błyskotliwe komiksy, czasami dosadnie informujące o stanie intelektu, higieny czy moralności naszych rodaków z XVIII wieku.
Oprócz walorów edukacyjnych czy popularyzatorskich lektura ta posiada i inne zalety, bowiem podsuwa czytelnikom pewne refleksje na temat relacji rówieśniczych. Na początku książki Słoniu myśli tylko o sobie i wykorzystywaniu wszystkich, łącznie z ojcem, do własnych celów. Nie ma kolegów, nie potrzebuje ich (tylko kogo zaprosić na urodziny organizowane przez mamę?), wszystkim robi głupie kawały. Stara się wyśmiewać ludzi i szkodzić im w każdym możliwym momencie. Wyruszając w podróż w czasie potajemnie kasuje ogólne hasło powrotu i ustanawia nowe, tak, by z całej klasy tylko on mógł decydować, kiedy wszyscy wrócą do sali lekcyjnej pana Cebuli. Podczas wizyty w osiemnastowiecznej Warszawie coś się w Słoniu zmienia i choć chce dobrze, nikt nie wierzy w jego intencje, za dużo razy zawiódł zaufanie kolegów z klasy. Bardzo spodobało mi się, jak autorka poprowadziła ten wątek, bez załagodzeń czy wmawiania nam sympatii do bohatera, wskazując wszystkie jego przewinienia i chwile opamiętania, aż do wyważonego finału. Czytelnikom pozostawiono tu przestrzeń do rozmyślań, krytyki, może nawet sporów w grupie omawiającej wspólnie "Stasiu, co ty robisz?". Na pewno byłaby to znakomita lektura szkolna, sprawdzi się również jako materiał dla książkowych klubów dyskusyjnych oraz w charakterze łącznika między pokoleniami czytających rodzin.
Bożena Itoya

Grażyna Bąkiewicz, Stasiu, co ty robisz, ilustrował Artur Nowicki, konsultacja historyczna: Leszek Lewkowicz, seria Ale historia..., Wydawnictwo Nasza Księgarnia, Warszawa 2018.

sobota, 20 października 2018

Mój dziadek był drzewem czereśniowym


Do książki "Mój dziadek był drzewem czereśniowym" zachęcił mnie jej okładkowy opis autorstwa Jarosława Mikołajewskiego. Choć tu występuje on "tylko" jako tłumacz, jest również poetą i pisarzem, może dlatego skomponował tak czarującą notatkę – poetycką i konkretną zarazem, sięgającą głęboko w opowieść, ale niezdradzającą zbyt wiele. Och, gdyby tak zawsze poeci reklamowali prozę, skorzystałaby na tym cała literatura. Tylko recenzenci pewnie nie byliby już potrzebni, bo zdolniejsi od nich wypowiedzieliby już wszystkie potrzebne słowa.
Omawiana edycja książki ukazała się w 2018 roku, ale oryginał włoski ma już 20 lat, polski przekład Jarosława i Magdaleny Mikołajewskich powstał w roku 2007, a ilustracje Anastazji Stefurak pochodzą z ukraińskiego wydania sprzed 3 lat. O mądrą i ładną całość zadbało wydawnictwo "Nasza Księgarnia". Publikacja ma twardą oprawę, ciekawe, opowiadające minihistorię wyklejki, czytelną, dużą czcionkę, mocny, nietypowy papier oraz oryginalne ilustracje. Pod względem wyglądu zewnętrznego i użyteczności nie można jej więc nic zarzucić, jednak najważniejsza jest oczywiście treść.
"Mój dziadek był drzewem czereśniowym" jest opowieścią o małym dziecku przeznaczoną dla dzieci starszych oraz dorosłych. Podobna nastrojowość, sentymentalność i poetyckość znana jest mi z innych dzieł włoskiej literatury dziecięcej, zwłaszcza książek Roberta Piuminiego. Polskiemu młodemu czytelnikowi ten typ prozy może nie odpowiadać, bo też nie wychowuje się już na "Sercu" Edmunda de Amicisa. Ja jako dziecko kochałam tę łzogenną klasykę i teraz z przyjemnością pochłonęłam książkę Angeli Nanetti, natomiast mój syn nie zna "Serca", a tematyka "Mojego dziadka" go nie zainteresowała ("Pinokia" Collodiego nie znosi, natomiast Piumini kilka lat temu bardzo mu się podobał, przeczytaliśmy też całego Rodariego wydanego po polsku, więc różnie to bywa z sympatią do książek włoskich...).
Książka opowiada o kilku latach życia chłopca (od wieku czterech lat do mniej więcej drugiej klasy szkoły podstawowej), przy czym albo całe to życie, albo zainteresowanie autorki ogranicza się do rodziny. Antoś mieszka w mieście z rodzicami i dziadkami od strony taty. Rodzice mamy mieszkają na wsi, w domu rodzinnym, przy którym po narodzinach mamy, Felicji, zasadzono czereśnię, nazwaną przez dziadka Felicjanem. Drzewo rozrasta się wraz z rodziną i wplata w jej losy, staje się istotniejsze w momentach przełomowych dla dziadków, rodziców oraz dziecka, czasem wręcz spaja ich i przypomina, co najważniejsze. Jednak nie jest to opowieść fantastyczna, nie musi być, Felicjan nie mówi, nie działa bezpośrednio, wystarczy, że istnieje. O roli drzewa czereśniowego dla akcji i dla rodziny decyduje właściwie dziadek Oktawian, postać w całej książce najważniejsza, związana z naturą i ze swoją ziemią, takie stare drzewo, którego nie należy przesadzać. Mały Antoni traci najpierw żonę dziadka Oktawiana, babcię Teodorę od gąsek, później, jako dorastające dziecko, jest świadkiem stopniowego odchodzenia dziadka. Książka Angeli Nanetti to właściwie mały traktat o życiu i śmierci, wykładany przez najstarszych członków rodziny najmłodszemu, który wkrótce przecież stanie się dla kogoś starszym i przejmie pałeczkę – nauczy, jak wspinać się na drzewo, jak spadać, jak kochać, cieszyć się, jak płakać i przeżywać żałobę. "Mój dziadek był drzewem czereśniowym" jest również pięknym i cennym wykładem o asertywności, bo dorośli bohaterowie nie wahają się podejmować odważnych decyzji, zatrzymać się, gdy trzeba, czasem zawrócić, niekiedy być "dziwnymi", ale zawsze sobą. Takimi, by najbliżsi byli z nich dumni i chcieli przejmować ich postawy. A kiedy dziecko stanie się silne, zyska własne zachowania, ukształtuje swój charakter, potrafią uszanować jego decyzje, nie złamać go podważaniem tego, co sami przekazali i jakimi byli kiedyś.
Bożena Itoya

Angela Nanetti, Mój dziadek był drzewem czereśniowym, przełożyli Jarosław Mikołajewski i Magdalena Mikołajewska, ilustracje Anastazja Stefurak, Wydawnictwo Nasza Księgarnia, Warszawa 2018.

Zosia z ulicy Kociej. Na psa urok


O naszej sympatii do serii "Zosia z ulicy Kociej" i w ogóle do twórczości Agnieszki Tyszki pisałam już wielokrotnie, ale każda kolejna książka jest okazją do nowych spostrzeżeń i wniosków. W tegoroczne walentynki ukazała się dziesiąta odsłona cyklu (nie licząc książki aktywnościowej): "Na psa urok", której akcja wcale nie rozgrywa się w święto zakochanych, choć pojawi się co nieco także o młodzieńczych uczuciach. Tym razem Zosia opisuje zimowe ferie świąteczne, zaczynające się tuż przed Wigilią, a kończące zaraz po Nowym Roku. Pojawi się również halloweenowa retrospekcja, więc nowa "Zosia" będzie jak znalazł i na trwającą już jesień, i na nadchodzącą zimę.
Na przeszło dwustu stronach książki znaleźliśmy kilka ciekawych wątków i mnóstwo zabawnych ilustracji doskonale obrazujących tekst (świat Zosi narysowała, jak zawsze, Agata Raczyńska). Czytelnik poznaje skomplikowane relacje mamy Zosi z dziadkiem Dyziem, niektóre zwyczaje i ulubione słowa małego Wilusia, brata Zosi, oraz szkolne problemy jej młodszej siostry Mani. W tym tomie wyjątkowo mocno i ciepło zaznaczona zostaje obecność taty, psychologa i bezwarunkowego ukochanego każdego członka rodziny. Do familii z Kociej 5 dołącza nowa postać – na czterech łapach i "na wariata", wprowadzając nowe porządki, a raczej "chaosądki", jak pewnie powiedziałaby Mania. Siostry Wierzbowskie dostają na Boże Narodzenie "Dezyderatę" (czy też "dezodorantę", według Mani) i ten zbiór mądrości jest motywem powracającym w całej książce. To niespotykany w publikacjach dla dzieci pomysł, koncept niezwykły nawet na tle współczesnej polskiej literatury młodzieżowej, ambitny, a do tego dobrze zrealizowany. Agnieszka Tyszka reprezentuje śmietankę polskiego pisarstwa, pisze o sprawach bieżących (dla Polski) i życiowych (dla młodszej młodzieży i dzieci). Ja także widzę na co dzień wszystko to, co zaobserwowała autorka. I w dzieciństwie dostałam od kogoś bliskiego karnet z "Dezyderatą", rozumiem więc, że Zosia może być bratnią duszą dla wielu szóstoklasistów (a także dzieci nieco młodszych oraz starszych).
Agnieszka Tyszka uwrażliwia czytelnika na rozmaite sprawy i dziedziny życia, a nawet bytu ludzkiego: stosunki rodzinne, w tym "nieprzerobione" relacje dorosłych dzieci z ich rodzicami, sposoby na codzienne odstresowanie, organizację życia po przyjęciu pod dach zwierzęcia ze schroniska, wartości oraz zasady, którymi warto się kierować w życiu ("Dezyderata"), kontakty z rówieśnikami, wydłużony w czasie proces adaptacyjny dziecka w szkole, świadomość społeczną i polityczną, rozumienie i przeżywanie patriotyzmu. Z okazji stulecia odzyskania niepodległości w polskich szkołach urządzane są setki konkursów (mój ulubiony dotyczył tabliczki mnożenia: "100 przykładów na 100 sekund z okazji 100 lat Niepodległości"), akademii, pojawiają się liczne publikacje dla dzieci, ale według mnie w tym jubileuszowym roku to właśnie Agnieszka Tyszka najlepiej pobudza dzieci do myślenia o kraju, a przede wszystkim do autorefleksji. Bo patriotyzm bezrefleksyjny to tylko "etykietowanie", jak celnie zauważa Mania.
W książce "Zosia z ulicy Kociej. Na psa urok" bardzo spodobał mi się realizm opisu klasowych historii miłosnych i domowych perypetii z psem. Nie znajdziemy tu ani grama lukru, przygarnięcie zwierzęcia to masa kłopotów, wyrzeczeń, sprzątania i konieczność dogadywania się z domownikami na całkiem nowej płaszczyźnie. Co do romansów, to wśród rówieśników Zosi panuje zmienność uczuć, a bohaterkę często ogarnia niepokój, bo wbrew własnej woli staje się obiektem towarzyskich "podchodów" na imprezach i w sieci. Sami widzicie, że nie jest to stereotypowa walentynkowa (czy ogólnie romantyczna) książka dla dziewcząt. Tym bardziej warto ją przeczytać.
Bożena Itoya

Agnieszka Tyszka, Zosia z ulicy Kociej. Na psa urok, ilustracje Agata Raczyńska, Nasza Księgarnia, Warszawa 2018.

poniedziałek, 4 czerwca 2018

Agnieszka Osiecka dzieciom i wszystkim innym

Po tom "Agnieszka Osiecka dzieciom", aktualnie dostępny już w drugim wydaniu Naszej Księgarni, sięgają zapewne osoby nieprzypadkowe, a mianowicie wielbiciele twórczości tej poetki i autorki piosenek. Są to przeważnie dorośli – rodzice i dziadkowie, którzy chcą upowszechniać dobrej jakości słowo i humor wśród dzieci, według tytułu będących podstawowymi adresatami książki. Choć nie zdziwiłabym się, gdyby ten pokaźny, kolorowy tom spoczywał również na półkach rodzin bezdzietnych. Charakter i tematyka niektórych tekstów są zresztą przyswajalne dopiero dla współczesnych starszych nastolatków i dorosłych. Bywają tu bowiem utwory satyryczne nawiązujące do realiów lat 60. czy 70. XX wieku, podszyte absurdem, dla kilkulatka zbyt ironiczne, długie i odnoszące się do niedostępnej dlań wiedzy.
Zbiór zawiera osiem utworów, głównie prozatorskich, z których cztery ("Dzień dobry, Eugeniuszu", "Dixie", "Wzór na diabelski ogon", "Ptakowiec") zostały podzielone na rozdziały i, wedle dzisiejszego nazewnictwa stosowanego w odniesieniu do książki dla dzieci, mogą zostać uznane za minipowieści. Pozostałe teksty ("Pantoflisko", "Zaszumiało jesienią", "Kolęda myszki", "Szczególnie małe sny") są krótsze i również nie zaliczają się do klasycznych opowiadań dziecięcych – raz mamy piosenkę, kiedy indziej opowiadanie z elementami dramatu (podział na role). Objętość i wewnętrzne zróżnicowanie tego tomu wprawiły mnie w podziw. Te 273 strony starczyły nam na kilka tygodni czytania, wspólnego i indywidualnego, w upały i słoty, przy nastrojach podróżniczych i domatorskich.
Bogactwo czytelniczych wrażeń nie ogranicza się do słów, również sfera plastyczna książki gwarantuje przeżywanie najpiękniejsze, bo przez zapatrzenie. Ilustracje towarzyszące tekstowi układają się jakby w osobny album prac Elżbiety Wasiuczyńskiej, który można przeglądać w nieskończoność, zachwycając się choćby niezwykłą zdolnością do przetwarzania utworu literackiego w paraplakat z elementami komiksu ("Wzór na diabelski ogon", "Dzień dobry, Eugeniuszu"). Nie wiedziałam, że artystka znana głównie jako ilustratorka książek da małych dzieci (z "Panem Kuleczką" na czele) posiada i taki talent. Poza dowcipnymi podsumowaniami poczynań przyjacielskiego diabła, rysowanymi na niby-kartkach w kratkę, oraz akwarelowymi obrazami odnoszącymi się do przygód glinianego ptaka Eugeniusza, w książce znalazło się dużo mniejszych malunków charakterystycznych dla twórczości Elżbiety Wasiuczyńskiej, choćby na okładce i w stopce.
Nasze wrażenia z lektury są rozmaite jak sam tom, zebrano w nim bowiem teksty różniące się nie tylko formalnie, ale także, a może przede wszystkim, z uwagi na wiek adresata. Pierwszy utwór ("Dzień dobry, Eugeniuszu") czytało nam się znakomicie i uważam, że spodoba się i najmłodszym, i nieco starszym dzieciom. To wesoła, trochę sentymentalna, odrobinę melancholijna opowiastka – pokrewna dusza piosenek Agnieszki Osieckiej. Oczarowały nas zabawy słowem i konwencją baśni, a gliniany niby-ptak z krótkim dziobkiem przemówił do nas dużo bardziej niż sławny drewniany niby-chłopiec z długim nosem.

(...) Słowem, bycie ptakiem nie jest zupełnie złe.
Nie jest też zupełnie dobre. Po pierwsze – nie ma się czterech nóg. Nie ma się także dwóch rąk i dwóch nóg. Można się najwyżej pocieszyć, że to, co się ma, to jest jedna ręka (na przykład lewa) i jedna noga (na przykład prawa). Można opowiadać różne rzeczy i nadawać im różne nazwy, ale w niczym nie zmieni to rzeczywistości. Rzeczywistość to jest to, że mamy tylko dwie łapy.
Bycie ptakiem nie jest też zupełnie dobre ze względu na zimę. Jak wiadomo, jedne ptaki odfruwają jesienią do gorących krajów, a drugie marzną przeraźliwie.
Na oko marznięcie jest gorsze, ale odfruwanie też bywa do niczego. Chmury są wilgotne i smutne jak kocie łby.
Mimo to można powiedzieć, że życie ptaków jest wesołe, a to ze względu na śpiewanie, skakanie, przygody oraz pióra. Takie życie, które się dzieli na:
A) Śpiewanie
B) Skakanie
C) PRZYGODY
oraz
D) PIÓRA
nazywamy Życiem Ptasim.

Natomiast już "Dixie" nie okazała się takim czytelniczym przebojem, znudziła mojego syna, choć to dobrze napisana przygoda miejskich dzieci wyruszających w fantastyczną podróż. Ożywający samochód-przyjaciel przypuszczalnie pobudzi wyobraźnię licznych fanów motoryzacji, ale my nigdy się do nich nie zaliczaliśmy, zresztą i bohaterkę, i samą minipowieść można opisać jako "retro" lub "oldskulową", a za takimi nie przepadamy. Dla nas opowieść ta okazała się nadto archaiczna i chyba zbyt podobna do poprzedniej, ale na pewno zyska sympatyków wśród starszych przedszkolaków. Powinna sprawdzić się choćby w domach czytujących "Akademię Pana Kleksa". W każdym razie najlepiej przeplatać lekturę "Agnieszki Osieckiej dzieciom" innymi książkami, by uniknąć znużenia, które przytrafiło się nam.
"Wzór na diabelski ogon" jest moją ulubioną odsłoną "Agnieszki Osieckiej dzieciom", pełną kabaretowego, błyskotliwego humoru, warszawskiej ikry i absurdu á la Monty Python. Bohaterami trzynastu rozdziałów są pechowy fizyk, jego uczeń Pietruch i inne szatany z (prawdopodobnie) siódmej klasy, a także diabeł Belo, niechciany asystent nauczyciela, naginający prawa fizyki żartowniś. To najdojrzalszy z utworów ujętych w tym zbiorze, adresowany do nastolatków i dorosłych. Ja bawiłam się lepiej od mojego syna, dla którego fantazje na temat formułek z lekcji fizyki okazały się większą abstrakcją, niż było to zamiarem autorki, wszak przedmiot ten pojawia się dopiero w programie siódmej klasy. Mimo że jest to właściwie "Osiecka młodzieży", a nie "dzieciom", "Wzór na diabelski ogon" słusznie znalazł się w omawianym tomie, dodaje mu charakteru i pazura. Również młodsi czytelnicy będą zachwyceni pomysłowością bohaterów i szalonymi czarami. To wyśmienita próbka polskiej literatury i społecznej satyry z czasów, gdy kabaret był rozrywką znacznie bardziej wymagającą niż dziś.
Po szkolnych przypadkach młodzieży następują cztery króciutkie utwory przeznaczone dla dzieci w każdym wieku (także tych dorosłych...) oraz "Ptakowiec", ostatnia z minipowieści. Zakończenie tomu przypomina jego początek ("Dzień dobry, Eugeniuszu") – myśląc o "ptasim" bohaterze czytelnik znów odczuwa sympatię, trochę melancholii, podziwu, a przede wszystkim uczy się marzyć. Ptakowiec to ożywiony pojazd, jak Dixie, choć tym razem maszyna jest narratorem, a nie tylko towarzyszem dziecięcej wędrówki. Fantazje o ptaku-samolocie pobudzają wyobraźnię malucha, co sprawdziłam już kilka lat temu, gdy kupiłam indywidualne wydanie "Ptakowca" synowi, wówczas przedszkolakowi. Międzygwiezdny kot pasażerski oraz wszystkie koty marsjańskie wydobywają z dzieci ich własne sny – opowieści o miejscach i istotach, o jakich nie śniło się filozofom. Ani nawet Agnieszce Osieckiej.
Bożena Itoya

Agnieszka Osiecka dzieciom, ilustracje Elżbieta Wasiuczyńska, Wydawnictwo Nasza Księgarnia, Warszawa 2017.

poniedziałek, 9 kwietnia 2018

Brzechwa dzieciom. Dzieła wszystkie: Teatrzyki

"Teatrzyki" Jana Brzechwy są czwartym tomem kolekcji nawiązującej do dawnych, wieloczęściowych wydań polskich klasyków, zatytułowanej "Brzechwa dzieciom. Dzieła wszystkie". Nasza Księgarnia przypomniała, przybliżyła lub objawiła różne typy twórczości pisarza, dramatopisarza oraz poety, którego nasze maluchy nadal poznają częściej i wcześniej od innych polskich autorów. To już trzecie pokolenie wychowywane na Brzechwie, nie jestem przekonana, czy słusznie, ponieważ znam przynajmniej kilku poetów dziecięcych tworzących w XX i XXI wieku, którzy powinni, ale nie mogą się przebić do zbiorowej świadomości czytelniczej, blokowani przez pomnikowość Jana Brzechwy. Społeczeństwo niewiele czyta, pewnie jeszcze mniej dyskutuje o poezji z księgarzami, więc kiedy ktoś szuka wierszyków dla dzieci, w pierwszej kolejności sięgnie po coś sprawdzonego, przystępnego i dostępnego, bo zawsze obecnego w kilku(nastu) równoległych wydaniach. A skoro bajki (tom 1. "Dzieł wszystkich"), wiersze (tom 2.) i lekturowa "Akademia Pana Kleksa" (element tomu 3.) Brzechwy tak dobrze się sprzedają, to są publikowane ciągle na nowo. Ocenę ich wartości oraz aktualności umożliwia właśnie seria "Brzechwa dzieciom. Dzieła wszystkie", dająca szeroki pogląd o profilu artystycznym Jana Lesmana i, według mnie, częściowo obalająca jego status trwalszy niż ze spiżu.
Autor ten pisał dużo i każdy tom "Brzechwy dzieciom" jest wielki, wręcz zbyt obszerny na możliwości kilkulatka, czy nawet dziesięciolatka (w przypadku "Pana Kleksa"). Lektura "Teatrzyków" nam zajęła tydzień, a czytaliśmy na głos, na przemian ja i mój jedenastoletni syn. Postanowiłam nie uprzedzać, jakiego typu sztuki znajdzie w tej ogromnej książce, by zbadać jego autentyczną reakcję. Dorośli na pewno mają inne podejście, bo po pierwsze pamiętają lub wiedzą co nieco o dawnym ustroju przygniatającym naszą część Europy i tworzących w niej literatów (chodzi przede wszystkim o lata 50. i 60. XX wieku), a po drugie mogą zapoznać się z drobnym drukiem na początku zbioru sztuk teatralnych Jana Brzechwy. Ciekawa, rzeczowa i wiele wyjaśniająca przedmowa Grzegorza Leszczyńskiego nie jest adresowana do dzieci, one nie czytują wstępów, tylko do rodziców, pedagogów i badaczy. A czym są "Teatrzyki" dla współczesnych najmłodszych czytelników?

WILK (Śpiewa).
"W las dam nurka
I Kapturka
Sprytnie zmylę.
W mą pułapkę
Złapię babkę
Już za chwilę.
Gdy w brzuchu burczy,
Dostaję kurczy
I jem wszystko, że aż furczy,
Taki ze mnie wilk!

Moim wrogom
Dzisiaj srogą
Dam nauczkę,
Bo mam chrapkę
I na babkę,
I na wnuczkę.
Gdy w brzuchu burczy,
Dostaję kurczy
I jem wszystko, że aż furczy,
Taki ze mnie wilk!"

Przede wszystkim zaproszeniem do dobrej zabawy w teatr i do eksperymentowania z klasyką. Tom zawiera naprawdę udane, wyjątkowo rytmiczne i sceniczne "Bajki samograjki", czyli znane jeszcze z płyt gramofonowych adaptacje znanych bajek: "Czerwonego Kapturka", "Kota w butach", "Kopciuszka" oraz "Jasia i Małgosi". Te dźwiękowe teatry zawierały piosenki, które osiągnęły już pułap utworów kultowych, były śpiewane w dzieciństwie przez pokolenie moje i mojego syna, zresztą przeze mnie nucone są do dziś. Wydanie "Bajek samograjek" w wersji drukowanej jest dla mnie ważnym wydarzeniem, bo nareszcie mogę je mieć zawsze pod ręką i uczyć ulubionych fragmentów kolejne dzieci z naszej rodziny. Szykuje się seria domowych przedstawień!
Tom zawiera też dział "Teatr Pietruszki" z pięcioma widowiskami kukiełkowymi, przeważnie pouczającymi, czasami zabawnymi. To dawne jarmarczne przedstawienia w wydaniu rosyjskim, bowiem autor upamiętnił w nich przedstawienia podwórkowe, których był widzem jako dziecko, w "niezmierzonej", "przedrewolucyjnej" Rosji, czego dowiadujemy się z przedmowy do "Teatru Pietruszki".

Po zakończonym przedstawieniu my, dzieci, pomagaliśmy człowiekowi z parawanem zebrać rzucone z okien miedziaki, nie mogąc rozstać się z Pietruszką, szliśmy za nim od podwórka do podwórka, stanowiąc wędrowną widownię tego wędrownego teatrzyku.
Twórczość ludowa innych narodów stworzyła postacie podobne do Pietruszki, ale żadna z nich nie osiągnęła tej popularności, co on. Znali go wszyscy i wszędzie witali serdecznie jak starego znajomego, słuchali jego hałaśliwych tyrad, a młodociani widzowie dostawali wypieków z zachwytu i odpowiadali wesołym śmiechem na niewymyślne żarty kukiełki.
Mieszkałem w wielu innych miastach i miasteczkach niezmierzonej Rosji – w Petersburgu, Kazaniu, Ługańsku, Witebsku, Żmerynce, Zdołbunowie – wszędzie spotykałem Pietruszkę, tego uroczego świszczypałę, wyskakującego zza parawanu i okładającego kijem nienawistne dla ludu postacie. Był to niekiedy jedyny teatr, jaki widziano w tej czy innej zapadłej mieścinie, a już z pewnością jedyny teatr dla dzieci.

Brzechwa nieco uwspółcześnił przygody bohatera, dodając do nich rys dydaktyczny, postacie milicjanta czy sprzedawcy w PDT. Mocnymi stronami tych tekstów są uniwersalna ludyczność, przebieranki, komizm sytuacyjny, które nie zmieniły się od wieków i nadal bawią dzieci do łez, co wiem z letniego festiwalu teatrów lalkowych w Warszawie.
"Brzechwa dzieciom. Dzieła wszystkie: Teatrzyki" to także utwory przygotowane z myślą o szkolnych i lokalnych teatrach amatorskich, służące jako wyznania – politycznej wiary i wierności władzy komunistycznej. Obok wesołych, rozśpiewanych Czerwonych Kapturków, Wilków, Kopciuszków, księżniczek, kota w butach i im podobnych, poznajemy przykładnych obywateli, przedstawicieli różnych zawodów, ale broń Boże nie złych inteligentów, tylko dobry lud pracujący. Zbiór widowisk Brzechwy trzeba więc uznać, zależnie od nastawienia, za wielostronny, dwoisty, dwubiegunowy albo nawet schizofreniczny.
Autor raz podejmuje się adaptacji klasycznych bajek, a kiedy indziej jakby sam z siebie kpi, negując założenia bajkopisarstwa, przyjmując jako jedyny słuszny model twórczości taką będącą w służbie socjalizmu. Czy Jan Brzechwa naprawdę wyznawał takie poglądy, czy też była to (podszyta ironią) postawa zawodowa, jakiej wymagały okoliczności – interpretować mogą dorośli. Dzieci otrzymują surowe utwory, z którymi same muszą się zmierzyć.

Siedmiomilowe buty
Wymyślił sobie człek
I w buty te obuty –
Nie wiedzieć dokąd biegł.
To taka bajka była
I treść jej każdy zna –
Ta bajka dziś odżyła,
Lecz inny sens już ma.
W siedmiomilowych butach
Maszeruj przyjacielu!
Kroczymy w rytmie pieśni
Do wielkich, nowych zmian,
W siedmiomilowych butach
Zbliżamy się do celu
I wykonamy wcześniej
Sześcioletni Plan!

Zróżnicowanie twórczości literackiej Brzechwy podkreślone zostało przez oprawę graficzną serii, bowiem ilustracje do każdego z tomów "Dzieł wszystkich" przygotował inny artysta. W "Teatrzykach" podziwiamy rysunki Magdaleny Kozieł-Nowak, będące dla nas najjaśniejszą stroną mocy tej książki. To dzięki ilustratorce znosiliśmy najbardziej dydaktyczne i ideologiczne fragmenty sztuk, choć przyznam, że niektóre czytałam sama, bo mój syn był już zbyt znużony przodowniczą perfekcją, robotniczym trudem, nieróbstwem bumelantów i leni czy cięgami spuszczanymi im przez bałwana. Jednak zapowiadane przez wydawcę jako rarytas widowisko "Siedmiomilowe buty", mimo że najdłuższe i pozornie najcięższe gatunkowo, nie odstraszyło jedenastolatka, tylko ogromnie go rozbawiło. Ta niespodziewana reakcja częściowo wynika z humorystycznego podejścia Magdaleny Kozieł-Nowak do najpoważniejszego z zagadnień – Planu Sześcioletniego.

Siedmiomilowe buty
Prowadzą dzisiaj tam,
Gdzie w piecach Nowej Huty
Wre Sześcioletni Plan.
Gdzie walka trwa o pokój,
Gdzie prawda zgniecie fałsz –
Przyśpieszmy wszyscy kroku,
Bo to nasz wielki marsz!
W siedmiomilowych butach
Maszeruj, przyjacielu!
Kroczymy w rytmie pieśni
Do wielkich, nowych zmian,
W siedmiomilowych butach
Zbliżamy się do celu
I wykonamy wcześniej
Sześcioletni Plan!

W kluczowych, najpodnioślejszych momentach ilustratorka otula tekst czerwoną kurtyną, świetnie odzwierciedlającą czasy krwistych sztandarów. Utwór ten jest scenicznym odpowiednikiem naszego "ulubionego" wiersza Jana Brzechwy (wspominanego w recenzji "Wierszy"), a mianowicie tego traktującego o potwornych stonkach zrzucanych przez wroga. Po blisko siedemdziesięciu latach "Siedmiomilowe buty" straciły swój propagandowy błysk, ale nie stały się zupełnie bezwartościowe, ponieważ aktywizujące społecznie widowisko przeobraziło się w groteskę. Nie zdradzę nic więcej z treści tego przedziwnego przedstawienia, ale dawno nie mieliśmy w domu tak udanego teatru i zaangażowanej deklamacji. Aż do bólu brzucha, ze śmiechu oczywiście.
Jeśli nie będziemy rozpatrywać tych niebajkowych, zaangażowanych politycznie "Teatrzyków" w kategoriach komizmu, zawsze mogą posłużyć jako źródło wiedzy o socrealizmie w kulturze dziecięcej. Używam liczby mnogiej, ponieważ w ślad za "Siedmiomilowymi butami" maszerują "Wagary", a ocierają się o nie również "Wieloryb" i niektóre odsłony "Teatru Pietruszki", tworząc pochód raczej jednobarwny i nieciekawy. Zdały się nam toporne, bliźniaczo podobne, jakby wyszły z jednej, precyzyjnie zaprogramowanej taśmy produkcyjnej w doświadczonej, odpowiednio przystosowanej do swoich czasów fabryce literatury. Pomijając rzadką ewentualność odgrywania tych utworów przez grupy kabaretowe, wymienione "Teatrzyki" uznać trzeba za współcześnie "niewystawialne" oraz nieczytelne dla dzieci w wieku mojego syna, nieco od niego starszych, a już zwłaszcza młodszych. Pamiętam, jak na studiach łowiliśmy w bibliotekach i antykwariatach pojedyncze egzemplarze socrealistycznych tekstów przerabianych na zajęciach z historii literatury. Podobne "dzieła" (szczególnie zapadła mi w pamięć pewna czeska sztuka robotnicza – prawdziwy dramat!) wycofywano z obiegu, bo kto by chciał pamiętać o czymś takim. Studentom polonistyki "Teatrzyki" z pewnością więc ułatwią życie, jednak wrócę do początkowego stwierdzenia, że mnie interesuje odbiór właściwego adresata publikacji, czyli dziecka. Pod tym względem ostatni tom serii "Brzechwa dzieciom. Dzieła wszystkie" sprawdza się tylko połowicznie, w części bajkowej. Cztery wesołe, czarujące "Bajki samograjki" i podobna "Księżniczka na ziarnku grochu" przeplatają się z pozostałymi ośmioma tekstami, a do rodzica czy wychowawcy należy wyłowienie ze spisu treści tego, co warte jest przeczytania lub wystawienia z dziećmi.
Bożena Itoya

Jan Brzechwa, Brzechwa dzieciom. Dzieła wszystkie: Teatrzyki, ilustrowała Magdalena Kozieł-Nowak, wstęp: Grzegorz Leszczyński, Nasza Księgarnia, Warszawa 2017.

wtorek, 5 grudnia 2017

Mały atlas ptaków Ewy i Pawła Pawlaków


Wśród licznych książek kartonowych ukazujących się w seriach wydawnictwa Nasza Księgarnia, jest jedna pozycja indywidualna, w każdym znaczeniu tego słowa. Nie należy do żadnego cyklu, jest bardzo autorska i "własna", trudno też zaklasyfikować ją pod względem gatunku. Obrazkowa? Ale przecież tyle tu wiadomości, podanych w formie tekstowej i graficznej! To może ilustrowany przewodnik ornitologiczny? Nie do końca, bo tytuł "Mały atlas" nie tłumaczy wszystkiego, tematem nie jest też budowa i wyposażenie karmnika, choć wszystko zaczyna się od "ptasich pyz", przez nas nazywanych "kuleczkami". Przedmiotem zainteresowania w tej książce jest nie domek, a dom dla ptaków, dom Ewy i Pawła Pawlaków.

Przeczytaliśmy w atlasie, że ten ptaszek nazywa się kopciuszek... i że najchętniej zasiedla ruiny. No cóż, nie był to komplement dla naszego domu. Ale i tak zamieszkaliśmy w nim razem z kopciuszkiem...

Autorzy opowiadają nam mniej o budynku, a więcej o jego bezpośrednim otoczeniu – ogrodzie, w którym mieszkają lub przynajmniej bywają rozmaite ptaki. Jest to opowieść osobista, oparta na subiektywnym wyborze gatunków, niekoniecznie najpopularniejszych w Polsce, oraz na kilku typach obrazu. Każdemu opisowi towarzyszy zdjęcie ptaka, ilustracje "rysowane" i takie komponowane z materiałowych wycinanek; niektóre opatrzono też zdjęciem piór albo dziecięcym rysunkiem tajemniczej Hani. Nie ma więc szans, że jakiś sąsiad zza okna zostanie z kimś pomylony lub pozostanie nierozpoznany. Nawet zamieszanie z czapeczkami wróbli i mazurków znajduje rozwiązanie, czytając można też zastanowić się nad pochodzeniem niektórych ptasich "imion".

Podczas mrozów zięba jest zziębnięta. Podobno zimując w naszym klimacie, bardzo ryzykuje. Gdy siedzi na gałęzi, stroszy pióra, żeby zakryć swoje chude nóżki. Wygląda wtedy jak mała puszysta kura na grzędzie.

"Mały atlas" jest przydatny, prosty oraz czytelny pod względem merytorycznym, a także przyjemny dla oka i po prostu sympatyczny. To znakomicie pasuje do obiektów obserwacji, bo przyglądając się ptakom z bardzo bliska – przez szybę balkonu, pojmujemy je z synem przede wszystkim właśnie jako istotki sympatyczne, rozjaśniające dzień, rozweselające. Zależnie od gatunku, przylatują pojedynczo, parami lub całymi bandami, które oczywiście mają swoich nastroszonych przywódców. Jedne ptaki bez oporów dziobią przy dalekich kuzynach, inne czekają, aż w ptasim radiu nastanie cisza w eterze. Są tacy, którzy wypatrują ziarenek jeszcze przed pierwszym przymrozkiem, i amatorzy "kuleczek" zimujący poza Polską, odwiedzający nas dopiero z nastaniem przedwiośnia. Po sezonie dokarmiania na deseczce pod karmnikiem zawsze wyrasta kilka źdźbeł któregoś ze zbóż, a my tęsknimy za sąsiedzkim gwarem, więc niektóre ptaki wpadają ot tak, posiedzieć i chwilę poćwierkać. Wszyscy właściciele karmników znają moc takich historii, ale nie każdy ma talent i wdzięk plastyczny, by ująć je w formie książki obrazkowej. Państwo Pawlakowie są mistrzami w swojej dziedzinie, stąd ich dziełko spełnia wszelkie wymogi i oczekiwania stawiane przed książką do przeglądania przez malucha.
Najmłodsza młodzież sprawnie przerzuca kartonowe karty, na których poznaje: kopciuszka, szpaka, trzy sikory, słowika rdzawego, srokę, wilgę, kosa, dzięcioła zielonego, pokrzewki, dudka, dzwońca, szczygła, makolągwę, sójkę, raniuszka, mazurka (i przy okazji wróbla), rudzika, kowalika, grubodzioba oraz ziębę. Jest to skład dużo bogatszy niż w naszym miejskim mikrokarmniku, ale też wśród skrzydlatych przyjaciół państwa Pawlaków brakuje kilku naszych sąsiadów zza szyby, zwłaszcza tych dużych, lubiących miasta: gołębi, kawek, gawronów, wron, mew. Którymi ptasimi gatunkami chata bogata, tymi rada! Porównywanie, jakie gatunki odwiedzają ludzi w miastach, a które mogą zagościć w ogrodach leżących blisko lasu, znakomicie poszerza wiedzę małych adeptów ornitologii czy ogólnie zoologii.

Ptaki są wszędzie i nawet jeśli o tym nie wiesz, często znajdują się tuż obok. Żeby zobaczyć ich niezwykły świat, wystarczy tylko być uważnym...

Podobizny ptaków są duże, wyraźne i bardzo urokliwe, w sam raz do głaskania i całowania. Każdy z ilustratorów przedstawił bohaterów po swojemu, a ten osobisty charakter książki oddany jest również w treści i wyglądzie tekstu. Zastosowano bowiem czcionkę i ułożenie (lekko pochyłe) poszczególnych segmentów tekstu, które przypominają pismo odręczne. W ten sposób "Mały atlas ptaków Ewy i Pawła Pawlaków" zachęca do komponowania własnych albumów ze zdjęciami, rysunkami, piórami, obserwacjami i wesołymi wspomnieniami. Niechaj powstaną tysiące "Małych atlasów"!
Bożena Itoya

Mały atlas ptaków Ewy i Pawła Pawlaków, ilustracje: Ewa Kozyra-Pawlak i Paweł Pawlak, tekst i zdjęcia: Ewa Kozyra-Pawlak, projekt graficzny: Paweł Pawlak, konsultacja merytoryczna: Stanisław Łubieński, rysunki: Hania Cisło, Wydawnictwo Nasza Księgarnia, Warszawa 2017.