cudanakiju.pl

cudanakiju.pl
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mikołaj Kamler. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mikołaj Kamler. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 22 maja 2018

Matka Polka


"Matka Polka" jest kolejną po "Cierpieniach sięciolatka" humorystyczną, rodzinno-przygodową książką Zuzanny Orlińskiej z ilustracjami Mikołaja Kamlera. Już chwytliwy tytuł okazuje się małą pułapką, żartem językowym, zabawą z czytelnikiem, i tak samo będzie do ostatniej strony publikacji. Weźmiemy udział w grze wyobraźni, nikt nam nie powie wprost, co bohaterowie przeżyli naprawdę, a co wyczarowały opowieści i waleczne czyny matki i ojca Polka, kiełkujące też w chłopcu, jego kuzynie i kolegach z klasy.
W pierwszym rozdziale autorka przedstawia bohaterów – trzyosobową rodzinę, przy czym pisze zwięźle, ale na tyle obrazowo, że po kilku stronach znamy ich już doskonale i bardzo lubimy. Na tę sympatię wpływają też ilustracje Mikołaja Kamlera, wyjątkowo pozytywne i wyraziste, choć na wyklejkach i pierwszych stronach widzimy tylko fragmenty twarzy tytułowej matki, bo większość kadru zajmuje jej bujna czupryna. (Auto)portret taty-malarza skojarzył nam się z lepszą wersją Pana Kleksa – oryginalny profesor Ambroży wydawał nam się zawsze trochę niepoczytalny, a tata Polka jest przesympatyczny, choć też nie należy do typowych poważnych panów.

Ciasna pracownia taty ładnie pachnie farbami i terpentyną. Polek ma tam swój ulubiony fotel – lubi siedzieć w nim cichutko za plecami taty i patrzeć, jak na płótnie pojawiają się barwne plamy. Na początku kolory często za sobą nie przepadają – tata pomaga im się spotkać i porozumieć. Te, które chcą za bardzo zwracać na siebie uwagę, głaszcze płaskim pędzlem, żeby złagodniały; inne, bardziej nieśmiałe, łaskocze małym pędzelkiem, aż wybuchają całą swoją barwną wesołością. Kiedy tata maluje, wygląda jakby tańczył. Pogwizduje dziarskie melodyjki. Jego tęgie ciało nabiera lekkości, a uśmiech nie schodzi mu z ust.

Muszę zaznaczyć, że "Matka Polka" rozpoczyna się tak, jak uczniowie chcieliby, żeby zaczynały się wszystkie szkolne lektury – wyraźnymi, pełnymi charakterystykami najważniejszych postaci. Wyszukiwanie podobnych opisów zazwyczaj zajmuje mojemu synowi większość czasu przewidzianego na zadania domowe (wszak w piątej klasie lektury miewają po 300 stron). Zuzanna Orlińska już na wstępie zyskuje więc aprobatę najważniejszego, dziecięcego jury, zwłaszcza jeśli dziecko lubi czytać o osobach nietypowych, trochę dziwakach, bardzo energicznych i nieoglądających się na opinie przeciętnych obywateli.

Matka – także dlatego, że nie pasują do niej żadne zdrobnienia. Nie jest wcale drobna, o nie. Jest po prostu duża. Ma długie nogi i długie ręce. Jej włosy – dużo włosów koloru rdzawobrązowego – skręcone w maleńkie sprężynki fruwają swobodnie wokół głowy. Nos ma spory, ale nie haczykowaty jak u Baby-Jagi, lecz miękko i łagodnie zakończony, pokryty mnóstwem drobniutkich, brązowych piegów (matka Polka lubi te piegi – twierdzi, ze każdy z nich jest pamiątką jakiegoś słonecznego dnia). Jej usta także są duże mówi nimi szybko i głośno, a kiedy milczy, ładnie się uśmiecha. Oczka za to ma małe, jasne bystro i trochę jakby kpiąco łypiące.
Chłopcy z klasy Polka sądzą, że jego matka jest dziwna. Ubiera się śmiesznie, nie tak jak inne mamy. Na wielkich stopach nosi zawsze stare, sfatygowane trampki, nawet zimą, ale nigdy nie marznie.

Rozdział drugi obłaskawi już chyba wszystkich opornych czytelników, rówieśników Polka (właściwie: Apolinarego) częściej zaglądających do rozmaitych ekranów niż do książek. Tak wydaje się spędzać czas i sam literacki bohater, którego wciąga (w każdym tego słowa znaczeniu) najnowsza gra komputerowa. Przygody w wirtualnym świecie zostały opisane z humorem, choć kilkakrotnie wzbudzają w czytelniku również niepokój, ale tylko taki znany każdemu graczowi czy widzowi filmów fantasy. Matka Polka okazuje się superbohaterką, radzi sobie w każdych, nawet najbardziej nieprawdopodobnych okolicznościach, zna języki, stworzenia i portale, o których istnieniu chłopiec nawet nie wiedział. Wartkim przygodom towarzyszą świetne ilustracje, sprawiające wrażenie ruchomych, naprawdę przypominające grę komputerową i fantastyczne światy. Naszą uwagę przyciągnęły nietypowe ujęcia, zwłaszcza ilustracja rozciągnięta na dwie strony (jej obejrzenie wymaga przerzucenia kartki) oraz to, w którym kluczową postać, wrażego robala, widać tylko w celowniku gigantycznej broni (ale nie jest to opowiadanie pełne przemocy!). Co ciekawe, na tym etapie książki przestaliśmy już zauważać, że ilustrator używa jedynie trzech kolorów: szarego, białego oraz pomarańczowego, ponieważ obrazy są po prostu kompletne i całkowicie angażują czytelnika, zupełnie jak komiks.
Rozdział trzeci opowiada o przyjęciu urodzinowym, jakie chciałoby mieć każde dziecko. Matka i ojciec Polka podpytują go o preferencje imprezowe, a odpowiedź (pełna zabawnych i jakże realistycznych narzekań młodzieńca) zajmuje ponad dwie strony. Przyszły jubilat wyjawia wreszcie swoje marzenia, ale kto by się spodziewał, że rodzice są w stanie je urzeczywistnić. A jednak: będzie okręt, piraci, abordaże, bitwa morska, same cuda! Poza cudowną, nieokiełznaną zabawą znajdziemy tu wyjątkowo cenny morał: zawsze znajdzie się jakiś mały hejter, który będzie chciał się wyróżnić, zabłysnąć krytykując największą nawet atrakcję. Nie warto się przejmować, nigdy nie dogodzi się wszystkim, a nawet jeśli dogodzi, to trafi się ktoś nieszczery, sabotujący radość jubilata, solenizanta czy innego bohatera dnia.
W rozdziale czwartym poziom fantazji, abstrakcji, surrealizmu i humoru znacznie wzrasta. To nasza ulubiona historia z "Matki Polka", genialna farsa o sile reklamy, zilustrowana przez Mikołaja Kamlera w duchu telewizyjnej błyszczącej papki (z jednym wyjątkiem – obrazkiem lasu, zawieszonym między baśnią a horrorem). Bardziej przyziemny wydaje się rozdział piąty, w którym akcja koncentruje się wokół osiedlowej imprezy sąsiedzkiej organizowanej przez matkę oraz przyjazdu kuzyna Polka, przemądrzałego Dantego Gabriela. Matka Polka występuje w nowych stylizacjach, roi się od ilustracji wesołych (a wśród nich króluje lekko spękana lub zamoknięta, przytulona do drzew i wpleciona w tekst kamienica, której podwórkiem maszerują chłopcy) i takich z dreszczykiem (sceny piwniczne, w tym... bokserskie), a wszystkie pełne są wyrazu i wydarzeń. Finał opowieści z rozdziału piątego przynosi przemianę przynajmniej jednego z bohaterów, oczyszczenie atmosfery i rozluźnienie czytelnika.
Ten ładunek pozytywnego nastroju przyda się w ostatnim, szóstym rozdziale. Tutaj akcja staje się dramatyczna, choćby nawet rozgrywała się tylko w wyobraźni Polka i miała symbolizować rodzinne relacje. Dochodzi bowiem do sytuacji, przed którą drży chyba każda matka – kiedy dziecko przestanie w nią wierzyć, coś wyssie z niej energię, nie starczy sił na podtrzymywanie rodzinnej konstrukcji. Opowieść pełna jest baśniowych nawiązań i chwilami byliśmy właściwie przekonani, że Polek i jego rodzice są jakimiś dalekimi kuzynami Harry'ego Pottera. Zuzanna Orlińska znakomicie żongluje nastrojami czytelnika, bo po grozie, smutku i niepewności znów nastają światło, radość i bezpieczeństwo. Tylko bardzo chcielibyśmy poznać tę wspominaną w ostatnim zdaniu książki "zupełnie inną opowieść" o tacie Polka! Ale nawet jeśli autorka nie planuje kontynuacji, poradzimy sobie mając jedynie "Matkę Polka", którą czytaliśmy już dwa razy i na pewno jeszcze będziemy do niej wracać. To jedna z najbardziej wartościowych i "czytalnych" pozycji na półkach mojego syna, prawdziwie piękna literatura.
Bożena Itoya

Zuzanna Orlińska, Matka Polka, ilustracje Mikołaj Kamler, Wydawnictwo Literatura, Łódź 2017.

czwartek, 28 grudnia 2017

Zdarzyło się w Polsce. Walka o wolność



Czwarta odsłona cyklu "Zdarzyło się w Polsce" poświęcona jest okresowi rozbiorów (dokładnie latom 1812-1914) i powinna usatysfakcjonować nie tylko wiernych czytelników serii "A to historia!", ale i osoby sceptycznie nastawione do wychowywania dzieci w kulcie dziewiętnasto- i dwudziestowiecznych ruchów narodowowyzwoleńczych. Dorośli, którzy chcieliby przewartościować rozumienie patriotyzmu, dyskutować na temat potrzeby i sensu wszczynania powstań i wojen, powinni sprawdzić, jak rozsądnie podchodzą do sprawy autorzy zbioru "Walka o wolność. 10 opowiadań z czasów rozbiorów". Nie przeczytamy tu o dzieciach ofiarnie, w kałużach krwi i z bronią w ręku poległych za chwałę ojczyzny, za to poznamy rzetelny, dobrze spisany obraz czasów. Tu młodzi nie giną na barykadach, ale są zaciągani do domu przez dziadka, nieprzyjmowani do Legionów Polskich, mimo próby zawyżania wieku, zniechęcani przez przyjaciół do walki wręcz.

Na Węgry! Będziesz walczył pod komendą Józefa Bema! On tam nieźle łoi Austriaków, pobił ich w trzydziestu bitwach!
Nie – odparł spokojnie Ignacy. – Mam już dosyć rewolucji, nie tak chcę zmieniać świat. Wyjeżdżam na studia farmaceutyczne do Krakowa. Dostałem już pozwolenie Mikolascha i zgodę gubernatora Lwowa. O to ostatnie nie było łatwo, bo mam opinię niebezpiecznego buntownika.
Karol osłupiał.
Jak to?! Więc chcesz mieszać w probówkach, podczas gdy rewolucjoniści walczą o ideały?! Co się z tobą stało?!
Zmądrzałem – odparł Łukasiewicz. – Nie chcę być przez całe życie pomocnikiem aptekarskim. Zamierzam wiele się nauczyć, a potem pomagać ludziom najlepiej jak umiem. To lepsze niż strzelanie do nich z karabinu albo dźganie bagnetem. A co do ciebie, Karolu... Uwierz starszemu koledze, są lepsze sposoby, aby zapomnieć o dziewczynie, niż udział w wojnie.
/Paweł Wakuła, "Pod szczęśliwą gwiazdą. Wynalazek Ignacego Łukasiewicza"/

W tym tomie na znaczeniu zyskują biograficzne miniatury literackie, obok podtytułów "Napoleon i sprawa polska", "Powstanie listopadowe", "Powstanie styczniowe", "Rewolucja 1905 roku" czy "Legiony Piłsudskiego" pojawiają się bowiem "Pierwszy koncert Fryderyka Chopina", "Dziady Adama Mickiewicza", "Wynalazek Ignacego Łukasiewicza", "W pracowni Jana Matejki" oraz "Młodość Marii Skłodowskiej-Curie". Poszerzają się także horyzonty i paleta barw ilustratora. Na pierwszy rzut oka widać, że to już nowe czasy, historie, twarze i stroje. Tę zmianę cywilizacyjną znakomicie uchwycił Mikołaj Kamler, dodając od siebie interpretacje plastyczne scen i nastrojów opisanych w tekście. Znalazło się i miejsce na dosłowne odwzorowanie tematów zajmujących społeczeństwo polskie, w tym wypadku zaboru austriackiego w roku 1914: widzimy "Gazetę Lwowską" z ważnymi nagłówkami, pobocznymi ogłoszeniami lokalnymi i jednym nadzwyczajnym anonsem literackim z naszych czasów. Obok pożogi i chaosu listopadowej nocy 1830 roku, łuny "czerwonego" powstania łódzkiego (rewolucja 1905 roku) odbijającej się w broni oraz czapie kozaka czy czarno-szarego, jakby popielejącego już tłumu po drugiej stronie ulicznej barykady, szczególnie poruszył nas obraz wojsk napoleońskich zamarzających w marszu przez Rosję. Zupełnie inną atmosferę rozsiewa obrazkowy zapis melodii Fryderyka Chopina, złożony z roślin, ziemi, pluskającej fontanny, pracy kowali, ale i wspomnienia konfrontacji z Rosjanami. Kompozycje muzyczne mieszają się tu z rysunkowymi, dopasowując do tekstu opowiadania (autorstwa Grażyny Bąkiewicz) tak skutecznie, że była to jak dotąd jedyna opowieść o Fryderyku Chopinie, jakiej mój jedenastoletni syn wysłuchał z zainteresowaniem. Również ja czytałam "Frycka" z przyjemnością, bo miejscem akcji są głównie Pałac Saski i Ogród Saski, ważne dla mnie punkty na sentymentalnej mapie Warszawy.
Historie wielkich osobistości są równocześnie portretami czasów. Kazimierz Szymeczko w opowiadaniu "Kto nie był człowiekiem ni razu... Dziady Adama Mickiewicza" pokazuje życie wieszcza w Odessie w 1825 roku, przy okazji określając ogólnie kierunki i przyczyny zesłań Polaków pod zaborem rosyjskim (a także innych mieszkańców Imperium Rosyjskiego). A były to często kary bez winy. Nie wiem, na ile ciężar bezsensu i beznadziei zesłańczego losu odczują młodzi czytelnicy, ale na pewno przypomną sobie o tym opowiadaniu, gdy zaczną omawiać w szkole "Dziady", "Konrada Wallenroda" czy "Sonety krymskie", a powróciwszy do niego będą najlepiej w klasie rozumieć sens, genezę i kontekst twórczości Adama Mickiewicza.
Analogiczne okoliczności doskwierające Polakom pod zaborem austriackim opisuje Paweł Wakuła w utworze "Pod szczęśliwą gwiazdą. Wynalazek Ignacego Łukasiewicza". Akcja opowiadania, wyjątkowo dopracowanego i wszechstronnego, toczy się w latach 1847-1853 we Lwowie. Autor w zrozumiały i ciekawy sposób przybliża i dzieje polityczne, i historię nauki, i języka, bo pojawiają się elementy gwary miejskiej. Te różnorakie dane zostały po mistrzowsku splecione z fikcją literacką, przy czym młody bohater (czternastoletni przyjaciel Ignacego Łukaszewicza) wymyka się schematom: popełnia błędy, ale też ma na koncie dobre i ważne (choć raczej drugoplanowe) uczynki, nie zostaje ocalony z więzienia cudem, tylko wpływami ojca-kupca, poznaje co prawda "księżniczkę" z bajki, ale wcale jej nie zdobywa.
Opowiadania biograficzne z tego tomu są znakomitym ekwiwalentem popularnych, ale zazwyczaj bardzo płytkich opracowań lektur oraz ogólnego, skrótowego sposobu przekazywania wiedzy historycznej (z zakresu dziejów politycznych, kulturowych, literatury) w szkole, odpowiadającego "testowemu" trybowi nauczania. Czytelnik "Walki o wolność" nauczy się czegoś więcej niż wyboru odpowiedzi a), b) lub c). Będzie potrafił odnajdywać i tworzyć powiązania, zależności między ludźmi i dziełami kultury materialnej oraz duchowej, ważnymi postaciami polityki, sztuki, nauki i literatury. Efektem tej lektury jest, jednym słowem, myślenie. Samodzielne, niewymuszone, skutkujące lepszymi wynikami teraz, w szkole, ale też z pewnością procentujące w przyszłości. Jeśli jesteście zainteresowani kształtowaniem w dzieciach zmysłu analitycznego, a nie podsuwaniem im gotowców (słyszałam, że rodzice niekiedy pomagają piątoklasistom, którzy "nie dali rady" lekturze szkolnej!), to opowiadanie "Ku pokrzepieniu serc. W pracowni Jana Matejki" Pawła Wakuły pozwoli uniknąć sięgania po bryki. Jest to znakomite wprowadzenie do dziewiętnastowiecznych utworów literackich i dzieł malarskich omawianych w szkole, a także do wizyt w muzeach.
Grażyna Bąkiewicz opowiadaniem "Mania na uniwersytecie. Młodość Marii Skłodowskiej-Curie" umożliwia z kolei inne od współczesnego, bardziej uniwersalne i przekrojowe spojrzenie na, tak dziś modny, feminizm. Skłodowska to umysł ścisły, a jej życie odpowiadało sposobowi pracy – było olśnienie geniuszu, plan opracowany z laboratoryjną precyzją, konkretne punkty do osiągnięcia, ciężka praca i nareszcie efekt. Nie chodzi tu tylko o polon i rad, ale i o prawa kobiet. Bohaterka, nastoletnia Mania Skłodowska, podaje krótki przepis na udaną emancypację, opartą na współpracy wielu osób i wspomnianej ciężkiej pracy, a nie tyko na jałowym krzyku i bezproduktywnym proteście, tych współczesnych walkach z wiatrakami, odbywanych zza monitora, gdzie kopie zamienione zostały na memy i hasztagi. Znając program pierwszych pięciu klas szkoły podstawowej muszę też zaznaczyć, że Grażyna Bąkiewicz objaśniła pojęcie pozytywizmu bardzo czytelnie, bo w szerszym kontekście. Dzięki temu dzieci nie są zdane tylko na podręczniki do języka polskiego, a zdarzyło nam się, że syn został rzucony na głęboką pozytywistyczną wodę – pierwszym kontaktem z tym nurtem polskiej literatury i kultury była zadana na święta lektura, bez żadnego wprowadzenia. Jeśli nie chcecie, by dla młodszej młodzieży jedynym łącznikiem między "Katarynką" a pozytywizmem było skojarzenie z pozytywką, sami zadbajcie o odpowiednie książki, jak właśnie "Walka o wolność".
Oprócz miniaturowych biografii, w czwartej odsłonie cyklu "Zdarzyło się w Polsce" tradycyjnie znalazły się opowiadania, których najważniejszymi bohaterami są wydarzenia, nie osoby. Istotne według autorów punkty na linii czasu zaborów wskazałam już wyżej, wymieniając podtytuły utworów. Choć zabrzmi to górnolotnie, muszę podkreślić, że teksty te są skarbnicą wiedzy historycznej dla młodszych i starszych nastolatków. Fakty z naszej narodowej przeszłości podano tu bez patosu, z dokładnością niemal doskwierającą fizycznie (temperatury, w których wojsko zamarza w marszu, zapachy oraz wygląd Warszawy pierwszej połowy XIX wieku i inne podobne bodźce). Starsi, ale wciąż będący dziećmi czytelnicy lubią taką bezpośredniość i surowość przekazu, wszak często są też widzami "Gry o tron" czy "Wikingów". Miejmy nadzieję, że "Walka o wolność" (jak i cały cykl "Zdarzyło się w Polsce") dowiedzie, że polska literatura historyczna dla młodych w niczym nie ustępuje okołohistorycznemu fantasy. Mamy w naszych dziejach gotowe scenariusze, owszem, dyskusyjne, ale to dobrze, ponieważ uważam, że o przeszłości trzeba dyskutować, a nie tylko bezmyślnie ją wynosić na piedestał lub potępiać. Autorzy omawianych opowiadań wstrzymują się od głosu, relacjonują na równi podniosłość idei i bestialstwo wojny (w tym powstań). Ocenę podjąć muszą czytelnicy.

Humor kadetom zepsuła wiadomość, że nie udał się zamach na Konstantego. Akcja studentów prowadzona była bez ładu i składu, a zamachowcy nie wiedzieli nawet, gdzie szukać księcia. Strzelali na oślep, ranili prezydenta miasta i wycofali się w popłochu, puszczając w obieg plotkę, że książę uciekł przebrany w kobiecy strój. Prawda była inna, ale kto by to sprawdzał w takim zamieszaniu. Kadeci maszerowali przez wymarłe miasto, coraz bardziej wystraszeni ciszą, bo poza obdartym chłopakiem, którego zmusili, by z nimi szedł, nikt więcej nie zamierzał się przyłączyć. Nie tak wyobrażali sobie tę noc. Spodziewali się tłumów, okrzyków, śpiewów, tymczasem miasto było jak wymarłe. Żaden z generałów, którzy wychodzili im naprzeciw, nie chciał przejąć dowództwa.
Dzieci, co wy robicie? Uspokójcie się i wracajcie do koszar – mówili, próbując ich powstrzymać.
Zaczęli więc strzelać. zabili ministra wojny, generała Haukego, generała Trembickiego, pułkownika Maciszewskiego i szli dalej. Pietrek był kompletnie oszołomiony. To, co się działo, było jak zły sen, z którego nie mógł się przebudzić.
Jeszcze jeden generał zastąpił im drogę. Kadeci zaczęli krzyczeć z radości:
Hurra! W tej trudnej godzinie musi pojawić się właściwy człowiek, i pan, generale Potocki, jest tym człowiekiem.
Ale jeśli liczyli, że tamten przejmie dowództwo, mylili się.
Nie stanę na waszym czele, bo jesteście nikczemni, jesteście mordercy!
Pietrek zamknął oczy, przerażony tym, co się za chwilę stanie. I miał rację, bo usłyszał strzał. Wolał nie oglądać się za siebie.
/Grażyna Bąkiewicz, "Pietrkowe buty. Powstanie listopadowe"/

Nie czytałam nigdy książki dla dzieci lub młodzieży tak mocno i sugestywnie opisującej wybuch powstania listopadowego. To odważne słowa, w tych i każdych innych czasach, jak na kraj, w którym przywykło się gloryfikować ludzi przelewających krew za wolność ojczyzny, nieważne czy robili to rozsądnie, czy niepotrzebnie. Równocześnie "Walka o wolność" odstaje od znanej nam dotychczas beletrystyki historycznej dla dzieci, zazwyczaj podającej tylko jednoznaczne i przeważnie pozytywne oceny walki zbrojnej (u Grażyny Bąkiewicz dostaje się także niewalczącej, ale rozpitej, interesownej i mściwej ludności miejskiej). Cieszę się, że mój syn może czytać różne ujęcia polskich dziejów, dopytywać, samodzielnie szukać odpowiedzi. Kiedyś byłoby to nie do pomyślenia.
Jakość merytoryczna i literacka nie są jedynymi walorami omawianych utworów, do podstawowych zalet dochodzi jeszcze piękny język: literacki, w partiach dialogów zróżnicowany pod względem stylistycznym, czasem wzbogacony słownictwem gwarowym (elementy slangu, regionalizmy, archaizmy). Bardzo dobrze czyta się teksty, których autorzy wierzą w inteligencję młodego czytelnika oraz w słuszność zamieszczania not historycznych (z definicjami wyrazów potencjalnie niezrozumiałych) na końcu publikacji – tak, nadal zdarzają się dziesięcio- i nastolatki, które zapoznają się z przypisami. Cykl "Zdarzyło się w Polsce" należy do nielicznych polskich serii wydawniczych, które nie ograniczają grona młodych odbiorców do nielubiących czytać, autorzy nie starają się dopasować do wszystkich, zachęcić niechętnych, choć też nie trzeba być małym olimpijczykiem, by rozsmakować się w tych opowiadaniach historycznych. Jak każdy dotychczasowy tom tej serii, "Walka o wolność" wypadła według nas lepiej od poprzedniej części, co stawia wysoko poprzeczkę nadchodzącemu finałowi cyklu: "Odzyskanej niepodległości" (podtytuł "Dziesięć opowiadań z czasów XX wieku").
Bożena Itoya

Grażyna Bąkiewicz, Kazimierz Szymeczko, Paweł Wakuła, Walka o wolność. 10 opowiadań z czasów rozbiorów, ilustracje Mikołaj Kamler, cykl: Zdarzyło się w Polsce. Część czwarta, seria: A to historia!, Łódź 2017.

poniedziałek, 20 listopada 2017

Husarskie skrzydła


Zastanawialiście się kiedyś, w jaki sposób powstaje książka dla dzieci? Jak wygląda proces twórczy? Trochę natchnienia, szczypta nawiązań, nutka edukacji, bach bach, jeszcze ilustracje i już jest książeczka? A co, jeśli adresatem ma być nieco starsze dziecko, na przykład jedenastolatek, tematem historia Polski, a formą beletrystyka? Czy właśnie tak Henryk Sienkiewicz pisał "W pustyni i w puszczy" albo "Krzyżaków", nie mówiąc już o "Panu Wołodyjowskim"? Tu na pewno można mówić o ciężkiej pisarskiej pracy. W "Husarskich skrzydłach. 10 opowiadaniach z czasów Rzeczpospolitej szlacheckiej" nie zauważycie wysiłku twórczego, bo autorskie trio (Grażyna Bąkiewicz, Paweł Wakuła, Kazimierz Szymeczko) napisało książkę lekko i naturalnie, po prostu świetnie, jednak w jej powstanie wyraźnie włożono wiele pracy i dobrego warsztatu pisarskiego. Zwykła kwerenda historyczna nie wystarczy, by powołać do życia bohaterów tak barwnych, realistycznych i ciekawych. Jeśli lubiliście Jagienkę ze Zgorzelic, mieliście sentyment do Basi Wołodyjowskiej, to koniecznie poznajcie Zuzannę Bobolę z "Raptus puellae" Pawła Wakuły i cały orszak postaci występujących w tym zbiorze literackich miniatur historycznych.
Opowiadania obejmują okres od 1573 do 1794 roku, to jest od czasów Henryka Walezego, przez władanie Stefana Batorego, Zygmunta III Wazy, Jana II Kazimierza, Jana III Sobieskiego, Stanisława Leszczyńskiego do Stanisława Augusta Poniatowskiego, którego kojarzy większość dzieci, ale niektórych jego poprzedników – niekoniecznie. W spisie treści pod tytułem danego utworu podano lata, w jakich toczy się akcja oraz aktualnego króla, więc czytelnik już tutaj może się sporo nauczyć. Nie wyszczególniono natomiast miejsca akcji, to trzeba już wyczytać z pełnego tekstu. Jestem pewna, że wielu rówieśników mojego syna zdziwiłoby się, czemu w książce o historii Polski znalazły się opowieści o dzisiejszej Białorusi, Ukrainie, Rosji, a czasem jeszcze odleglejszych krainach. Ano właśnie, nawet powierzchowna analiza zawartości tego tomu wiele daje czytelnikom, ośmielę się twierdzić, że więcej niż tradycyjna szkolna lekcja. Tu czuć ożywionego ducha i czasów, i miejsc, a podręcznik to tylko słowa, reprodukcje, mapy. Ja (i pewnie liczni reprezentanci mojego pokolenia) więcej nauczyłam się o Rzeczpospolitej szlacheckiej czytając trylogię Sienkiewicza, niż ucząc do klasówek oraz matury. "Husarskie skrzydła" są dobrym wstępem do poważniejszych lektur i etapów edukacji.
Grażyna Bąkiewicz napisała na potrzeby tego tomu dwa opowiadania: "Kolorowego ptaka" oraz "Od Sasa do Lasa". Pierwsze z nich otwiera zbiór i widok na dwór królewny Anny Jagiellonki. Obserwujemy zamieszanie elekcyjne, przyjazd Henryka Walezego do Krakowa i dziwne zwyczaje jego otoczenia. Wielka polityka przeplata się z kuchennymi plotkami, a całość czyta się przyjemnie i z zainteresowaniem. Dziewczęca bohaterka – szlachcianka, dwórka Anny Jagiellonki, gwarantuje, że nie jest to lektura tylko dla chłopców, jak często bywają szufladkowane powieści i opowiadania historyczne.
W drugim opowiadaniu Grażyny Bąkiewicz poznajemy z kolei Marcyjankę, dziewczynkę ze wsi leżącej na trasie ucieczki rodziny Stanisława Leszczyńskiego. Autorka dobrze scharakteryzowała skomplikowaną sytuację polityczną roku 1709, oczywiście nie wdając się w szczegóły, których dziecko by nie zrozumiało. Ciekawie wypadło również zetknięcie dwóch światów, zazwyczaj dla siebie niedostępnych: rodziny królewskiej oraz chłopów.
Kazimierz Szymeczko jest autorem czterech opowiadań ujętych w zbiorze "Husarskie skrzydła": "Spotkania Pod Fortuną", "Ducha wuja Samuela", "Wrócę przed żniwami" oraz "Prezentu na Boże Narodzenie". Pierwsze z nich, "Spotkanie pod Fortuną", relacjonuje rozmowy (fikcyjne, choć silnie związane z rzeczywistością), jakie w 1576 prowadził Jan Kochanowski z Mikołajem Rejem synem na temat poezji, języka polskiego oraz innych ówcześnie ważnych kwestii. Jest to dość trudny tekst, bo niewiele w nim przygody, a dużo rozważań, ale dziesięcio- czy jedenastolatek na pewno sobie z nim poradzi, a skondensowana wiedza o epoce przemawia za tym, by opowiadanie omawiać w szkołach. Jako dodatkowy materiał można wykorzystać również notę historyczną, którą zostało zakończone, przy czym komentarz ma charakter wartościujący, to znaczy sugeruje czytelnikowi, jak należy oceniać poruszane sprawy i portretowane osoby ("W tym utalentowanym gronie...", "Pierwsi pisarze kształtujący języki narodowe zasługują na szczególne uznanie..."). Na końcu zbioru znajdziemy też krótki słowniczek do każdego opowiadania.
Bardzo interesująco wypada "Duch wuja Samuela", szczera i przez to dwuznaczna (moralnie, etycznie) opowieść z czasów Stefana Batorego.

Wuj Andrzej podniósł naczynie, ukłonił się lekko Semenowi, a głębiej drzwiom, za którymi znajdowała się trumna brata, i wypił kilka łyków wina.
Dobre, mołdawskie – otarł usta rękawem.
Ech... Podokazywaliśmy w Mołdawii z batką Samuelem. Dobre to były czasy.
Podobno wyprawialiście się jeszcze dalej? – spytał chłopiec.
A jakże! Tłukliśmy Rusinów, Turków, a nawet, au! – przerwał, bo wuj Jędrzej trzepnął go w ucho.
Na pograniczu różnie bywa. Nie trzeba o wszystkim opowiadać. Czasami się spali jakąś wieś przez pomyłkę i mogą być nieprzyjemności – mruknął Jędrzej.
Kto by pytał, do kogo należy jakiś graniczny zameczek? – wzruszył ramionami Kozak.
Oblegaliście zamki? – spytał Dominik.
Wielkie tam oblężenie. Spaliliśmy kilka, jak to na wojnie, a potem się okazało, że dwa należały do kanclerza Zamoyskiego. Ot, przykre nieporozumienie. Kto by się przejmował byle wioską – Semen pociągnął z gąsiorka.
Dominik słyszał już, że wuj Samuel brał udział w wyprawie Batorego przeciw carowi Iwanowi Groźnemu. Banita miał nadzieję, że odkupi winy na polu walki i odzyska dobre imię. Niestety, i przed wojną, i po niej pustoszył z Kozakami pogranicze tureckie. Co tam robił, lepiej było nie pytać. Doszło do tego, że sułtan Murad III zagroził Polsce wojną, jeśli winni nie zostaną ukarani.

W tej historii wędrujemy między 1574 a 1584 rokiem, a autor wywołuje dla nas demony i widma polskiej historii. Niech czyta, kto ma odwagę.
Nie wszystko w naszych dziejach jest czytelne i możliwe do zamknięcia w kilku datach oraz prostych stwierdzeniach. Kazimierz Szymeczko zadał sobie wiele trudu, by te co trudniejsze zagadnienia rozsnuć w opowiadania przyswajalne i ciekawe dla młodych czytelników. Wielonarodowościowe tradycje Polski, powstanie pod wodzą Bohdana Chmielnickiego, "potop szwedzki" – czy myśleliście, że takie kwestie można rozpisać na beletrystykę adresowaną do osób całkiem młodych, które w szkole dobrną do tych tematów dopiero za kilka lat? Moim zdaniem Kazimierz Szymeczko z tej wielkiej próby wyszedł obronną ręką, czego dowodzą także opowiadania "Wrócę przed żniwami" oraz "Prezent na Boże Narodzenie".
Również Paweł Wakuła przygotował cztery utwory i są to, według mnie i mojego syna, najmocniejsze punkty tej odsłony cyklu "Zdarzyło się w Polsce": "Raptus puellae", "Szlachecki honor", "Kawa po wiedeńsku" oraz "Szewska pasja". Akcja "Raptus puellae" rozpoczyna się na Kremlu w 1606 roku, a oprócz historycznych wydarzeń młody czytelnik liźnie tu nieco łaciny, staropolszczyzny, ówczesnych obyczajów i geografii, bo jest to po części opowiadanie drogi.

Zuzanna niechętnie zerknęła na odległy koniec stołu. Tkwił tam nastroszony jak raróg młodzieniec. Od razu widać, że nikt znaczny, usadzili go za daleko od możnych... Polak, Rusin czy Litwin... nie wiadomo. A może jeden z tutejszych, moskwicin?
Dziewczyna znowu obrzuciła wzrokiem ponurego kawalera.
Nie dla psa kiełbasa... – uśmiechnęła się mimo woli.
Do fraucymeru carycy Maryny należały wyłącznie dziewczęta z dobrych szlacheckich rodów spokrewnionych z Mniszchami, ochmistrzyni Barbara Kazanowska miała na to wielkie baczenie. Zuzanna Bobola nie była co prawda senatorską córką, ale sroce spod ogona nie wypadła! Każdy w Polsce wie, kto są Bobolowie! Gdzie do nich takiemu chudopachołkowi?
Nieznajomy chyba opacznie zrozumiał jej uśmiech, bo podszedł, zdjął czapkę i skłonił się do samej ziemi, zamiatając czaplim piórem podłogę.
Wyświadczysz mi, waćpanna, łaskę? Zatańczysz ze mną?
Zaszczyt to dla mnie – zaszczebiotała przyjmująca zaproszenie do chodzonego. Kątem oka złowiła pełen niedowierzania wzrok przyjaciółki i surowe spojrzenie ochmistrzyni Kazanowskiej.
Ruszyli w korowodzie par w takt granej przez kapelę muzyki. Dopiero teraz uważniej przyjrzałam się swojemu wielbicielowi. Młody był, kilka lat starszy od niej, wąs nad wargą ledwo mu się sypał. Wysoki, szczupły, jasnowłosy... Żeby się jeszcze choć odrobinę uśmiechał!
Panna rozkwitasz na tej sali jak róża w rajskim ogrodzie... – wysilił się na nędzny komplement.
Naprawdę? – zatrzepotała rzęsami. – Pan chciałbyś zostać moim ogrodnikiem? A wiesz, że róże mają kolce? Można się zakłuć w palec!
Gołowąs zrobił się czerwony na twarzy.

Piętnastoletnia bohaterka jest świadkiem "Krwawej jutrzni", zostaje wywieziona z Moskwy przez paskudnego, interesownego typa, który chce ją zmusić do małżeństwa. Z odsieczą przybywa niedoceniany tancerz, jak się okazuje świetny szermierz, zasłużony żołnierz i uczciwy człowiek. Historia jest nietypowa pod wieloma względami: tematyki, bohaterów, języka, zakończenia. To małe arcydzieło, do którego na pewno jeszcze wrócimy.
O wielkich przygodach, sporach i brutalności tamtych czasów przeczytamy także w "Szlacheckim honorze". Kilkadziesiąt lat po akcji poprzedniej opowieści dwóch bieszczadzkich chłopców kłóci się o korzenie swojego szlachectwa. Dzięki tej zwadzie, opowieści szacownego dziada jednego z młodzieńców oraz zachowaniu ojca drugiego chłopca, dowiadujemy się, jak to wówczas bywało ze szlachetnością szlachty. Poznamy też kulisy obrony Chocimia, bo główny tor opowieści płynie w okolicach roku 1621, gdy relacjonujący swoją historię dziadek nie był jeszcze nawet ojcem.
Niezwykłe czyny i słynne oblężenie Wiednia (1683) przybliżył Paweł Wakuła w opowiadaniu "Kawa po wiedeńsku". Będą fortele, tytułowe husarskie skrzydła, będzie i zabawnie, i emocjonująco. To kawał dobrej literatury, a dodatkowo skuteczna forma zainteresowania młodszych nastolatków historią. Mój syn dzięki "Kawie po wiedeńsku" i kilku podobnym utworom lubi uczyć się tego przedmiotu jak mało którego.
Opowiadanie "Szewska pasja" zamyka tom "Husarskie skrzydła" i niejako wprowadza cykl "Zdarzyło się w Polsce" w nowe, złe czasy. Dzięki ciekawskim bohaterom, rówieśnikom czytelnika, z bardzo bliska obserwujemy insurekcję warszawską z 1794 roku, a zatem epizod insurekcji kościuszkowskiej. Jak się łatwo domyślić, tytułową pasję przejawia sam Jan Kiliński. Równie gwałtowne są porywy serc nastoletnich wychowanków i służby Szkoły Rycerskiej, współspiskowców i uczestników walki wręcz. Finał książki jest smutny, ale w końcu nie inaczej było ze sławetną Rzeczpospolitą szlachecką, a ci autorzy nie mydlą oczu młodemu odbiorcy. Swoją drogą, opowiadania doprawiono zabawami językowymi, zwłaszcza nawiązaniami do polskiej frazeologii, o czym świadczy choćby tytuł ostatniego tekstu. Jeszcze raz podkreślę więc, że omawiany tom ma nie tylko dużą wartość merytoryczną i dydaktyczną, ale też literacką i artystyczną.
Zbiór "Husarskie skrzydła" wyróżnia się na polskim rynku książki, mimo tak dużej popularności pozycji beletrystycznych o tematyce historycznej adresowanych do młodszej młodzieży. Po pierwsze, w takich utworach autorzy przeważnie wykorzystują motyw podróży w czasie, by przybliżyć współczesnym, często opornym czytelnikom dawne i nowsze dzieje Polski. W tej publikacji jednak nie doświadczymy fantastyki, oczywiście w beletrystyce nie obędzie się bez fikcji literackiej, ale nawet niektórzy bohaterowie pierwszoplanowi są autentycznymi postaciami historycznymi, a jeśli nie, to stykają się z nimi w swoich przygodach. Innym, chyba najistotniejszym czynnikiem decydującym o oryginalności treści tej książki jest jej surowość, bezkompromisowość. Autorzy znakomicie dali nam odczuć realia epoki, oddali je słowem i obrazem. Jest tu trochę brzydoty, brudu, kurzu i postaw, które trudno jednoznacznie ocenić. Jak to z historią bywa, prawda i dobro okazują się pojęciami względnymi.
Tradycyjnie przy lekturze cyklu "Zdarzyło się w Polsce" dużo czasu spędziliśmy na wpatrywaniu się w ilustracje Mikołaja Kamlera. Zaczęliśmy od zajrzenia za kotary przysłaniające okładkę, przy czym na tylnej znalazła się mała metafora czasów, o których opowiada ten tom: ciemna noc, samotny jeździec, drzewo i burza w szczerym polu. Działa w opowiadaniu "Prezent na Boże Narodzenie" strzelają od jednego do drugiego krańca tekstu, komentując go, opatrując historię historyjką obrazkową o dwóch stronach tego samego konfliktu. Oczywiście prace Mikołaja Kamlera mieszczą się w ramach ilustracji książkowej (choć nie całkiem tradycyjnej), a nie książki obrazowej wczepianej niekiedy w literaturę. I dla nas tak właśnie jest dobrze, najlepiej, jak może być w ilustrowanej literaturze historycznej dla dzieci i młodzieży. Z inną szatą graficzną cykl "Zdarzyło się w Polsce" nie byłby dla mnie i mojego syna aż tak ciekawy i cenny. Przed nami lektura czwartego tomu – "Walka o wolność", czekamy na wydanie piątego – "Odzyskana niepodległość", by oglądać do woli błyszczące na okładkach orły, godła Polski z różnych okresów jej dziejów (w tym orła, który będzie widoczny dopiero po zestawieniu ze sobą pięciu grzbietów serii).
Bożena Itoya

Grażyna Bąkiewicz, Kazimierz Szymeczko, Paweł Wakuła, Husarskie skrzydła. 10 opowiadań z czasów Rzeczpospolitej szlacheckiej, ilustrował Mikołaj Kamler, seria: A to historia!, cykl: Zdarzyło się w Polsce, część trzecia, Wydawnictwo Literatura, Łódź 2017.