cudanakiju.pl

cudanakiju.pl
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Justyna Bednarek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Justyna Bednarek. Pokaż wszystkie posty

środa, 20 lutego 2019

Sylaboratorium, czyli leksykon młodego erudyty


"Sylaboratorium" jest zbiorowym dziełem dziesięciorga polskich pisarzy i jednego ilustratora (wszyscy tworzą dla starszych lub młodszych dzieci), wydanym ze wsparciem agencji kreatywnej Huncwot (autorów bardzo w książce istotnych liter pozyskanych z typo.polona.pl) w ramach serii Egmont Art. Publikacja ta reprezentuje nowe, w dużym stopniu także nowatorskie spojrzenie na książkę dla dzieci. Młodego czytelnika nie traktuje się protekcjonalnie, co właściwie stanowi już normę w wydawnictwach z pewną renomą, specjalizujących się w literaturze na dobrym poziomie (do których Egmont, gigant wydawniczy, dotąd zdawał się nie pasować, zwłaszcza po "skasowaniu" Literackiego Egmontu). Tutaj dziecko uważa się za inteligentnego człowieka, który w rozmaitych książkach szuka nie tylko wiedzy (a na pewno nie pouczania w starym, bo chyba jeszcze dziewiętnastowiecznym stylu, którym raczono w dzieciństwie nas, dzisiejszych rodziców, i naszych rodziców), ale też pożywki intelektualnej i wrażeń artystycznych. Wszystko to znaleźliśmy w "Sylaboratorium", i to w smakowitej otoczce literackiej. Mnie osobiście bardzo ubawiła obserwacja, jak dorośli, zasłużeni autorzy wcielają się w rolę ucznia wykonującego zadanie z języka polskiego: "na podstawie definicji słownikowej przygotuj o danym pojęciu krótki tekst zgodny z wymogami wybranego gatunku literackiego".

Sentymentalny wierszyk kryty gontem

W moim kącie za szafą leniwie płyną dni.
Dzikie gęsi kursują po trzy, co trzy, na trzy.

Jan Mruk pomruk wydaje przeciętnie raz na noc.
Można go zlekceważyć, wciskając łeb pod koc.

Nie ma tu żadnych węży, pająków ani os.
Na ścianie wisi zegar, w zegarze gwiżdże kos.

Nie zegar to, lecz domek, ma gontem kryty dach.
Pod dachem krytym gontem niestraszny żaden strach!

Ach, jak mi tutaj dobrze, ach, jak cieplutko mi!
Choć zbliża się już burza i gdzieś hen, hen już grzmi.

/Gont, Justyna Bednarek/

Idei publikacji najwierniejsze wydają się wiersze, choć moje serce podbiły i inne literackie drobiazgi, będące fantazjami na temat terminu czy po prostu słowa. Te humorystyczne objaśnienia obrazują, jak dogłębnie pisarze rozumieją wzięte na warsztat pojęcia, ale także ogólnie język polski, oraz w jakim stopniu są pedagogami. Miernikiem wszystkich wymienionych wartości będzie reakcja młodego czytelnika, bo nie wątpię, że "Sylaboratorium" spodoba się dorosłym erudytom. Inaczej może być z dziesięcio- i nastolatkami. Świadomość uniwersum młodszej młodzieży, chęć i umiejętność przenikania doń wcale nie są cechami wszystkich współczesnych polskich autorów piszących dla dzieci, ba, nawet nie każdego współtwórcy "Leksykonu małego erudyty". Dużo mówi się o upadku kultury i obniżaniu się poziomu intelektualnego w najmłodszym pokoleniu, ale te dzieci i nastolatki, które są inteligentne i obyte w kulturze (także języka), funkcjonują na naprawdę wysokich obrotach. Ich sposób postrzegania świata, mądrość i bystrość przewyższają często metody oraz kryteria oceny, jakie odnoszono do nas, kiedy mieliśmy po kilka czy kilkanaście lat. Beletrystyka i literatura użytkowa rzadko nadążają za totalnością myślenia młodych, pod tym względem "Sylaboratorium" bywa publikacją w starym, nieco zdezaktualizowanym stylu, choć zdarzają się tu perełki, które śmiało mogą konkurować z celnością i dowcipem komiksów lub innych popularnych form definiowania "młodej" rzeczywistości. Daje to nadzieję na odrodzenie popularności literatury pięknej czy wysokiej dla młodych, dziś raczej elitarnego tworu kultury, powszechnie aplikowanego tylko dzieciom (i przez dzieci) do chwili nauki samodzielnego czytania. Filozofia i symboliczne przedstawienia świata obecne w publikacjach dla przedszkolaków, pierwszaków i innych młodszych uczniów, dla tych nieco starszych, już dorastających okazują się często banalne, infantylne, nudne, potrzebują oni wrażeń czytelniczych (czy to estetycznych, czy literackich) kontynuujących linię ambitnej książki z wcześniejszego dzieciństwa. Oczekiwania te w naszej rodzimej książce spełniają niemal wyłącznie powieść graficzna i komiks, z nielicznymi wyjątkami, jak "Nikt nas nie upomni" Agnieszki Wolny-Hamkałło, "Detektywi z klasztornego wzgórza" i "Biały Teatr panny Nehemias" Zuzanny Orlińskiej czy "Bjørn – Syn burzy" Pawła Wakuły. Przeważająca część publikacji dla młodzieży to literatura popularna i beletrystyka obyczajowa relacjonujące współczesność tak, by w pełni odpowiadała codziennym doświadczeniom szkolnym, koleżeńskim, rodzinnym. Niewiele jest tu mowy o wnętrzu ambitnych, pełnych wyobraźni, zainteresowań młodych ludzi, którzy poszukują nowych wyzwań, chcą budować własną tożsamość w oparciu o kulturę. Książki częściej adresuje się do osób, które niechętnie czytają niż do tych nastolatków, którzy czytać kochają. "Sylaboratorium" należy pod tym względem do chwalebnych wyjątków, nikt tu się nie cacka z książkofobami.

Ładne cacko

Cackać się należy z cackiem,
takie prawo ma cudackie.

Bo gdy cacka się nie cacka,
to natura w nim się chwacka
ze snu budzi i ladacko
psoci gracko.
To wariacko stuka packą,
to się tłucze pod posadzką,
to znów w błocko pac! omackiem...

Wnet nie będzie cacko cackiem.

/Cacko, Agnieszka Frączek/

Niektórzy autorzy włączyli do "Sylaboratorium" serie powiązanych ze sobą tekstów. Z jednej strony jest to ciekawy zabieg formalny, ale też młodszy czytelnik gubi się w odniesieniach i musi wracać do wcześniejszych haseł. Przypuszczam, że nikt poniżej dziesiątego roku życia nie czyta takiego leksykonu jednym tchem, wszak liczy 50 haseł, po 2 na każdą literę alfabetu. Wobec mnogości omawianych pojęć oraz wielokrotnego przerywania lektury i wracania do niej trudno się dziwić, że dziecko zapomina, co dokładnie i przez kogo zostało napisane kilka czy kilkanaście haseł wcześniej. U nas sprawdziło się czytanie "Sylaboratorium" nie w przyjętym przez wydawnictwo układzie alfabetycznym, ale naszym własnym, autorskim – po kolei wszystkie opowiastki Emilii Kiereś, następnie Marcina Wichy, później Mikołaja Golachowskiego i tak dalej.

Cichy, spokojny Eufemizm

Eufemizm przyjechał do nas z zagranicy. Urządził się w mysiej dziurze i tam pozostał.
– Pałac to nie jest, ale zawsze... – mówił Eufemizm.
Nie sprawiał najmniejszych kłopotów. Żywił się przesadą, a czasem złym wychowaniem.
Gdy słyszałem na przykład czyjeś głośne "Ożeż!", a potem nagle jakieś niespodziewanie gładkie słówka, wiedziałem, kto to sprawił. Eufemizm!

/Eufemizm, Wojciech Widłak/

Różnorodne doświadczenia językowe w "Sylaboratorium" zaprezentowali: Justyna Bednarek, Agnieszka Frączek, Mikołaj Golachowski, Roksana Jędrzejewska-Wróbel, Emilia Kiereś, Ewa Nowak, Zuzanna Orlińska, Zofia Stanecka, Marcin Wicha oraz Wojciech Widłak. Swoją genialną koncepcją i grafiką scalił je Paweł Pawlak, ilustrator nad ilustratorami, którego wizja dominuje w publikacji, nadaje jej charakter, dodaje dowcipu (z kapką cynizmu i abstrakcji). Wystarczy spojrzeć na moich faworytów – prace towarzyszące hasłom giezło, euforia, mezalians, prestidigitator, trybunał, wiorsta, zachciewajka i zagwozdka, by zrozumieć ideę leksykonu małego erudyty, pełnioną przez niego funkcję małej galerii literatury i sztuki.
Drobiazgowe artystyczne ilustracje, często z efektem 3D zapewnionym przez fotografowanie papierowych figurek lub tworzenie kolaży, podkreślają moje ogólne wrażenie z tej książki. Jej podtekstem jest dla mnie kult papieru: tradycyjnej książki, niekomputerowej grafiki, ujmowania wiedzy w hasła, organizowania wieloosobowego zespołu specjalistów, którzy notują, gromadzą fiszki, są współautorami, a nie researcherami czy "opracowującymi". Również czytelnik może dołączyć do grona twórców, bo na końcu publikacji znajdują się plansze z literami-naklejkami, które przydadzą się do wypełnienia kart poświęconych na "notes erudyty". Zabawa w wyklejanie własnych, nikomu nieznanych słów zajęła nam długie godziny i była naprawdę wyśmienita.

Bożena Itoya

Sylaboratorium, koncepcja graficzna książki, ilustracje i skład: Paweł Pawlak, teksty: Justyna Bednarek, Agnieszka Frączek, Mikołaj Golachowski, Roksana Jędrzejewska-Wróbel, Emilia Kiereś, Ewa Nowak, Zuzanna Orlińska, Zofia Stanecka, Marcin Wicha, Wojciech Widłak, Wydawnictwo Egmont, Warszawa 2017.

środa, 20 grudnia 2017

Niesamowite przygody dziesięciu skarpetek


Książka Justyny Bednarek (tekst) i Daniela de Latoura (ilustracje) jest jedną najlepiej przyjętych i najweselszych lektur – także szkolnych! – współczesnych przedszkolaków i młodszych uczniów. Tu humor, niezwykła pogoda ducha i superbohaterska moc biją już z tytułów: głównego oraz tych nazywających poszczególne opowiadania (rozdziały). Zawsze rozpoczynam czytanie książki od spisu jej treści, a w przypadku "Niesamowitych przygód dziesięciu skarpetek (czterech prawych i sześciu lewych)" zajmuje on dłuższą chwilę, bo tytuły są długie i wiele mówiące, na starodawną modłę. Rozwiązanie to jest wielką zaletą publikacji i świetnym chwytem marketingowym, podobnie jak oznaczenie rozdziału barwą i wzorem danej skarpetki. Po przejrzeniu tego indeksu każdy młody człowiek stanie się molem książkowym, przynajmniej na czas od przedniej do tylnej okładki "Niesamowitych przygód". Po zamknięciu książki nadzieja na wzrost czytelnictwa nie podupada, wszak są jeszcze "Nowe przygody skarpetek (jeszcze bardziej niesamowite)", detektywistyczny notatnik "Skarpetka na tropie, czyli kto ukradł złoty guzik?", a podobno dany nam będzie także trzeci tom skarpetkowego kanonu.

Hydraulik najpierw pralkę opukał, potem wyjął filtr, wyczyścił go, zajrzał do silnika, sprawdził pasek klinowy. Następnie poprosił o herbatę, obwąchał gumowy kołnierz, pomanipulował pokrętłami i guziczkami, podrapał się w głowę i jeszcze raz obstukał bęben.
– Zajrzyjmy pod spód – powiedział w końcu. – Może one po prostu wpadają pod pralkę.
Wspólnymi siłami, wraz z mamą i małą Be, przesunęli urządzenie. Ale nie znaleźli ani jednej skarpetki, za to okazało się, że w podłodze jest dość spora dziura.
– No proszę – twarz hydraulika rozjaśniła się w tryumfalnym uśmiechu. – I już wiemy, co się stało.
– A co się stało? – zapytały jednocześnie Mama i Be.
– Zwiały, cwaniary! – Fachowiec wsadził palec w dziurę, ale niczego nie wymacał. – Po prostu skarpety dały nogę. Nic tu po mnie, miłe panie, nie pomogę. Jeśli skarpeta wybiera wolność, to jestem bezsilny.

Uzależniająca siła tych opowiadań przejawia się w ten sposób, że dzieci chcą czytać tylko "Skarpetki", czasem na okrągło (a więc pamiętając, co się wydarzy na następnej stronie!), choć mają do dyspozycji dużo innych publikacji. Zjawisko to wynika z prostego, błyskotliwego pomysłu na całą książkę i jej oprawę graficzną. Oto autorka fantazjuje na temat jednej z największych tajemnic ludzkości (przynajmniej jej młodszej części): czemu wkładamy do prania parę skarpetek, a odzyskujemy tylko jedną sztukę? Sprawa, zdawałoby się, całkiem przyziemna, ale z Justyną Bednarek uniesiemy się wysoko nad ziemię, pobujamy w obłokach i zawędrujemy do krańców wyobraźni. Po rzeczowej analizie zagadnienia, dokonanej przez fachowca, następuje istna eksplozja bajkowości i irracjonalności. Ilustrator oddaje drugie życie konfekcji oszczędną kreską, w swoim minimalizmie zawierając jednak całą gamę emocji i charakterów. Daniel de Latour posuwa się o krok dalej niż polski mistrz prostego rysunku, Bohdan Butenko, ponieważ "Skarpetki" kipią kolorami o różnych odcieniach i nasyceniach. Przygody skarpetek są wielobarwne w znaczeniu plastycznym i fabularnym, choć zarazem cechuje je zwięzłość pod każdym względem.

– To nie jest towarzystwo dla mnie – szepnęła do swojej prawej siostry bliźniaczki, odsuwając się z niechęcią od dość nieświeżego podkoszulka, który opowiadał właśnie głupie dowcipy i sam się z nich głośno zaśmiewał.
– Ej, nie zadzieraj nosa – krzyknął podkoszulek do lewej jedwabnej skarpetki. – Tutaj nie ma bardziej i mniej brudnych, wszyscy elegancko powędrujemy do pralki, czy to ci się podoba, czy nie!
– Sama widzisz – mruknęła jedwabna skarpetka. – Ja się tu duszę, ginę. Nie gniewaj się, kochana, ale muszę cię opuścić. Ruszam w świat, gdzie czekają na mnie wielkie możliwości i kariera.

Wyczuwacie ten filozoficzny smaczek? Czy pomyślelibyście, że nasze skarpety przeżywają boleści egzystencjalne i duszą się w swoich społecznych ramach? Że roznosi je od środka wola działania, zmieniania świata na lepszy, poszukiwania swojego przeznaczenia, odkrywania sensu? Jak widać, książka przeznaczona jest do rodzinnej lektury, rodziców bawi przynajmniej tak samo jak dzieci, które przecież nie w pełni zrozumieją zacytowane rozterki skarpetki pierwszej: lewej czarnej jedwabnej, oraz wypowiedź podkoszulka. Nawet najmłodsi wyczują jednak paradoksalność sytuacji: skarpeta rzuca wszystko i wyrusza na casting, z planem zrobienia kariery filmowej. A wcześniej następuje wzruszająca scena pożegnania z siostrą bliźniaczką – tyle ekspresji w dwóch czarnych ledwo kształtach!

Musicie wiedzieć, że choć skarpetki wydają się identyczne, to jednak każda z nich doskonale wie, na którą stopę ma trafić i to, czy pochodzi z prawej, czy z lewej pięty jest dla niej bardzo, bardzo ważne. Jednak nasza prawa skarpetka pomyślała, ze jeśli zmieniać życie, to odważnie i całkowicie, dlatego ciągle kierowała się w lewą stronę.

Opowiadanie drugie, traktujące o skarpetce – mysiej mamie zastępczej, jest wyjątkowe ze względu na kontrasty nastrojów w tekście i barw na ilustracjach. Czerń, smutek i samotność służą efektownemu wprowadzeniu jaskrawych, wybuchających kwiatami scen, w których skarpetka odnajduje nową rodzinę, początkowo bardzo odstającą od radosnego otoczenia, bo gnieżdżącą się w szarości, strachu i traumatycznych wspomnieniach. Autorka oraz rysownik sprawiają jednak, że nie mamy czasu na rozpaczanie i banie się, bo akcja gna naprzód, a na końcu wszyscy żyją długo i szczęśliwie. Nawet straszliwy jastrząb jest tu piękny i fascynujący, zaś skarpetka obrończyni uciśnionych, w pewnym momencie posiadająca wiele ogonków, to bohaterka literacka pełną... stopą. Tu też po raz pierwszy pojawia się kwestia skarpetkowego recyklingu – podczas gdy skarpetka druga ratuje mysie sieroty, jej siostra bliźniaczka towarzyszy dziewczynce, Basi nazywanej małą Be, jako maskotka obdarzona guzikowymi oczami i dżinsowymi uszami.
Trzecia opowieść oferuje trzecie wyjście tym, którzy uważają, że można być tylko po jednej lub po drugiej stronie barykady – przede wszystkim politycznej, ale nie tylko. Po prześmiesznym początku historii następuje refleksyjne rozwinięcie, a całość jest zaskakująca, trafna i uniwersalna. Czwarta skarpetka z kolei ociepla wizerunek i jedyną stopę pewnego bezdomnego. Co prawda jest to bezdomny książę, niby tylko z bajki, ale jeśli się zastanowić, każdy omijany przez nas na ulicy szerokim łukiem brzydko pachnący typ może mieć podobną historię. Wybór takiego bohatera, opisanie i narysowanie go bez odświeżaczy (te muchy!) i odplamiaczy (te kolory...), ale z sympatią, to z pewnością projekt odważny i godny pochwały.
Piąta skarpetka musi zmierzyć się z dzieckiem, które skrada się, by dręczyć kotka. Autorka przekonuje nas, że nie ma całkiem złych ludzi, nikt nie jest okrutnikiem bez powodu, jednak przytoczona argumentacja nie wydała się nam przekonująca i nie usprawiedliwiła małego, nieludzkiego antybohatera. W tym opowiadaniu po raz kolejny pojawia się skarpetkowy recykling, tym razem w większym i jeszcze ciekawszym wymiarze. Nietypowe i wtórne wykorzystanie skarpetki jest też tematem opowieści szóstej, w której czerwona jedwabna lewa zwija się w różę (niczego nie zdradzam, bo w samym tytule powiedziano więcej).
Pomysły na drugie życie "otulistopek" bywają bardziej i mniej kosmiczne, a niektóre opowiadania łączą oba typy koncepcji. Dwie pasiaste skarpetki niemowlęce ozdobione czarną kotwicą (jedna z nich jest tytułową siódmą, "która popłynęła okrętem do Hilo – jednak wróciła i zaczęła wszystko do początku") są razem na początku i końcu opowiastki, a w międzyczasie dowiadujemy się, co wynikło, a co nie z ich rozdzielenia. Nie do końca wiemy, w jakim świecie czy wymiarze jesteśmy w środku tej historii, ale zaczynamy i kończymy w bliskiej każdemu czytelnikowi (dziecku i rodzicowi) strefie dzieciństwa. Są zabawy w wannie, wymiana ciuszków między rodzicami, snucie bajek przez mamę lub dziadka, zatem książka zawiera nie tylko zupełnie fantastyczne przygody skarpetek, czasem są one bliskie codzienności, ale zawsze jednakowo rozgrzewają serca i sprawiają, że czytelnicy stają się lepsi.
O tym, że ambicją autorki jest zmienić świat, świadczą wyśmienicie przygody skarpetki ósmej i dziesiątej, a że chce to czynić przez zabawę, dowodzi opowieść o skarpetce dziewiątej. Ósma – prawa zielona – była uprzejma dla drzew, "uszczelniła wronie gniazdo i zaprzyjaźniła się z wroną – bo wrony są fajne!". Oto więc Justyna Bednarek wyróżnia kolejną niedocenianą, nieszczególnie lubianą istotę, rzadko pojawiającą się w książkach dla dzieci jako bohater pozytywny. Natomiast skarpeta dziesiąta, biała prawa w czerwone kropki, spełni się jako wolontariusz w szpitalu dziecięcym, pracując niczym aktywiści z Fundacji Czerwone Noski – Klown w Szpitalu. Opowiadanie dziewiąte poświęcone jest detektywistycznym talentom seledynowej skarpetki (noszonej przez tatę do sandałów...), mamy więc do czynienia z zagadką, a dzieci uwielbiają takie historie, i z zupełnie nieporzuconą (na przykład w koszu na bieliznę) bohaterką. Po raz kolejny ważną rolę odgrywają zwierzęta – pewien kot i jamnik, a wcześniej czytaliśmy już o innym kocie, wronach, myszach, na ilustracjach gościły też rozmaite stworzenia latające i pływające. Pierwiastek fantastyczny "Niesamowitych przygód dziesięciu skarpetek" jest wzmacniany właśnie przez osadzenie opowieści w prawdziwym świecie, w którym żyją normalne rodziny i przeciętne zwierzęta, a tylko czasem do głosu dochodzi garderoba.
"Skarpetki" zawdzięczają sukces konceptowi autorskiemu oraz czarowi ilustracji, ale nie bez znaczenia jest również język, prosty i niestroniący od potocyzmów, jak na przykład stosowane na wzór języka mówionego sformułowania: "dość", "sporo", "ciągle coś", "no bo tak"; celowe, "podkreślające" powtórzenia: "zupełnie, ale to zupełnie" czy "bardzo, bardzo". Nie tylko z uwagi na atrakcyjną oraz wartościową treść i formę, ale i pod względem językowym jest to lektura odpowiedniejsza dla współczesnych małych uczniów niż, powiedzmy, "Plastusiowy pamiętnik" albo "Jak Wojtek został strażakiem".
Bożena Itoya

Justyna Bednarek, Niesamowite przygody dziesięciu skarpetek (czterech prawych i sześciu lewych), ilustrował Daniel de Latour, Poradnia K, Warszawa 2015.

środa, 22 listopada 2017

Pan Kardan i przygoda z vetustasem







Najnowsza książka Justyny Bednarek przebojem podbiła nasze serca. Autorka "Niesamowitych przygód dziesięciu skarpetek" jest stałym gościem w wielu polskich książkolubnych domach, co znam z autopsji, wypowiedzi znajomych i internautów. My sięgnęliśmy po tę lekturę (szkolną!) z ilustracjami Daniela de Latoura, gdy pozornie byliśmy na nią dużo za duzi – mój syn miał dziesięć czy nawet jedenaście lat, a ja odpowiednio więcej. Bawiliśmy się wesoło, ale dopiero książka "Pan Kardan i przygoda z vetustasem" spełniła nasze czytelnicze marzenia o, napisanej przez tę autorkę o niepowtarzalnym stylu, fantastycznej opowieści dla starszych dzieci. Myślę, że idealnym odbiorcą tej książki może być i siedmio- lub ośmiolatek, i rówieśnik mojego syna, czyli piątoklasista.
Dziecięcym bohaterem jest tu Michałek, "chłopiec w waszym wieku", mieszkający płot w płot z panem Waldemarem Kardanem, dobrotliwym staruszkiem i zwariowanym wynalazcą w jednym. Michałek przygląda się sąsiadowi zafascynowany jego szalonymi przedsięwzięciami zmierzającymi do pobicia rekordu Guinessa w kategoriach rozmaitych, nigdy typowych. Pewnego dnia chłopiec przełazi po drzewie na posesję pana Kardana i zostaje jego pomocnikiem. Przedtem jednak poznajemy kilka postaci drugoplanowych, a dzięki ich porównaniu z Michałkiem oraz panem Waldemarem zauważamy, jak pasują do siebie chłopiec i staruszek, na czym polega ich podobieństwo oraz przyciąganie. Więź między głównymi bohaterami wzrusza i wzbudza uśmiech, jak sam Michałek, na żywo podobno zarażający swoją pogodą oraz radością.
Zupełnie innymi typami są tata i mama Michałka oraz "deweloper" Błażej Bałamut. Te postacie wpisują się w szablon, czy raczej kajdany, dorosłości. Ci państwo są poważni, zależy im na dobrobycie, wygodzie i szacunku. Michałek należy do innego świata, może bliższego obcym wymiarom i czasom, jakie będzie poznawał z panem Kardanem, niż życiu własnych rodziców. Ten gorzki wątek zostanie jednak przełamany smakowitymi i zabawnymi komponentami historii, do jakich zaliczają się pani Kapusta, pan Kazimierz, dwie rasowe kury oraz jeden kot dwojga imion (i wymiarów!). Prawdopodobnie właśnie udział oraz znaczenie tychże zwierzęcych asystentów (i przyjaciół!) wynalazców sprawił, że staliśmy się fanami tej książki, a, może także serii?
Kurki pojawiają się w domu pana Kardana, gdy ma on ochotę na rosół. Bazarowa legenda, obrotna przekupka pani Krystyna-wspomniana-Kapusta, wciska staruszkowi to, czego mu potrzeba – w życiu, nie w rosole.
Nigdy wcześniej nie gotował rosołu, wiedział jednak, że do tego potrzebna jest kura, a gdzie ją znaleźć, jeśli nie na targu. Traf chciał, że tuż za bramą targowiska rozsiadła się na drewnianych skrzynkach pani Krystyna Kapusta, przekupka pierwsza klasa, słynna z tego, że każdemu potrafiła sprzedać to, czego akurat potrzebował. Gdy jej bystre oko wyłowiło z tłumu pana Kardana, od razu zrozumiała, że właśnie trafia się klient idealny, więc uniosła się odrobinę, otrzepała wzorzystą spódnicę, a potem wlepiła w wynalazcę swój hipnotyzujący wzrok. Nikt nie był w stanie mu się oprzeć, a już na pewno nie pan Kardan, który przydreptał do stoiska pani Krystyny i spytał:
– Czy może wie pani, gdzie kupię kurę na rosół?
– Ale dlaczego kurę?! – Brwi pani Krystyny uniosły się w wyrazie ogromnego zdziwienia.
– No... sądziłem, że do zrobienia rosołu potrzebna jest kura – wymamrotał pan Kardan nieco zbity z tropu.
– Nie kura, lecz kury. – Przekupka pierwsza klasa zorientowała się, że ma do czynienia z kompletnym kuchennym nowicjuszem i postanowiła kuć żelazo póki gorące. – Kury, drogi panie, co najmniej dwie, jeśli ma wyjść z tego przyzwoita zupa.
Pan Kardan odetchnął z ulgą, bo już podejrzewał, że palnął jakieś okropne głupstwo. Tymczasem chodziło wyłącznie o liczbę mnogą...
– W takim razie być może jest pani zorientowana, gdzie nabędę dwie kury.
– Ależ nabędzie je pan u mnie – uśmiechnęła się promiennie pani Krystyna, a potem wstała z drewnianej skrzynki, delikatnie ją uniosła i oczom pana Kardana ukazała się metalowa klatka, w której siedziały dwie kury. Albo leżały, trudno było stwierdzić.

Gdy kurki przebudzą się z drzemki, będą już w nowym domu, a rozważania o ich ugotowaniu przerwie Michałek, właśnie wtedy pojawiwszy się u sąsiada i nadawszy zagrożonym kokoszkom imiona Sherlock i Watson. Słuszne to przydomki, bo, jak się szybko okaże, trudno o lepszych śledczych czasoprzestrzennych.
Prezencja nie była ich jedynym atutem. Bo trzeba wam jeszcze wiedzieć o przedstawicielkach rasy sussex, że choć wyglądają jak najzwyklejsze kury na świecie, mają niesamowite zdolności, wręcz paranormalne. I tak jak świnie są wyjątkowo utalentowane w wyszukiwaniu bardzo drogich grzybów zwanych truflami, tak kury sussex potrafią znaleźć dawno zagubione przedmioty. Wystarczy, że grzebną pazurkiem raz i drugi, a spod ziemi wychodzą srebrne łańcuszki, zagubione pierścionki, portfele pełne dawno nieaktualnych banknotów, spinki do krawata, a czasem nawet trafia się złoty ząb. Wiedzą o tym niektórzy poszukiwacze skarbów i zabierają kury rasy sussex na każdą znaczącą ekspedycję. Kiedy więc zobaczycie gdzieś w górach lub w lesie brodacza z łopatą, prowadzącego na smyczy białą kurę, nie dziwcie się! Będzie to po prostu poszukiwacz skarbów.
Owa zdolność do wynajdywania przedmiotów nie wynika ani z wybitnego węchu, ani słuchu, ani wzroku. Przeciwnie. Kury sussex, choć sympatyczne, zachowują się, jakby postradały zmysły. Potykają się o własne łapy, obijają o siebie, biegają to tu, to tam zupełnie bez sensu. Znikają w jednej części ogrodu, by wyłonić się nagle w zupełnie innej, gdzie nikt się ich nie spodziewa. Przykro to mówić, ale wśród hodowców kur ta biała rasa uchodzi za wyjątkowo mało inteligentną. Błąd! Dziwne zachowanie nie jest bowiem dowodem na głupotę drobiu, ale na szczególny talent: kury sussex potrafią wypatrzeć nawet najmniejszą dziurę między wymiarami, przełażą przez nią i w ten sposób podróżują w czasie.

Natomiast kot, w domostwie Michała nazywany Puszkiem, a za bytności u pana Kardana – Młotkiem, okazuje się narzędziem naprawczym dla zagubionych dusz. Jak działa? Musicie wyczytać sami. I choć jest to jeden z fantastycznych elementów tej historii (poza tym mającej wiele z powieści obyczajowej), to my uznajemy go za metaforę naszej rzeczywistości, bo sami mamy czarnego kota, który od lat ogrzewa rodzinne serca i zmienia nas w lepszych ludzi. Oj, bardzo drżał mi głos gdy czytałam te fragmenty, zwłaszcza że nasza Puszka-Młotka akurat ciężko zachorowała.
Cudowne umiejętności kur wiążą się z przeznaczeniem wynalazku pana Kardana, tytułowym vetustasem. To kawał maszyny, złożonej z urządzeń nowoczesnych, jak smartfon, i urzekających antyków, jak fotoplastykon. Niezwykłe działanie projektora marzeń pana Waldemara (i nie tylko jego) oparte jest na połączeniu nowego ze starym, dosłownie i w czasoprzestrzennej przenośni. Pierwszym i ostatnim człowiekiem korzystającym na eksperymentalnym zastosowaniu vetustasu jest imć Kazimierz, projekcja melancholijnej strony naszej natury.
W książce Justyny Bednarek znaleźliśmy wszystko, co cenimy i czego szukamy w literaturze: zwariowany, lekko absurdalny humor, wzruszenie, odrobinę refleksji, uczucia rodzinne (wykraczające poza rodzinę), elementy fantastyki, zaświaty, "zaczasy", dopracowane charakterologicznie postacie, otwarte zakończenie, zapowiadające przecież kontynuację, no i czarnego kota oraz kurki. (Gdyby ktoś z szanownych czytelników zabierał się za rozprawę naukową na temat kur i/lub czarnych kotów w literaturze dziecięcej, służę pomocą w opracowywaniu bibliografii – śledzimy temat od lat.)
Do ulubionego zestawu literackiego dostaliśmy gratis świetne ilustracje Adama Pękalskiego, klimatyczne, bo widać na nich odcienie danego klimatu: morskiego, ogrodowego, ogrodowo-morskiego, willowego (sceny z rodzicami Michałka), bazarowego, dziadkowego, sentymentalno-PRLowskiego (drabinki i piaskownica na placu zabaw, stroje starszej pani i chłopca – strona 47). Trzeba przyznać, że artysta ten nigdy się nie powtarza, choć podbródki i oczęta jego autorstwa rozpoznalibyśmy wszędzie. Pani Krystyna pasowałaby co prawda do "Sanatorium" (nie, nie tego z "Jesteśmy na wczasach" Młynarskiego, choć właściwie...) Doroty Gellner, ale tej twarzy i "stylówy" tam nie było. Wprawdzie tata Michałka i pan Kardan mogliby uchodzić za dalekich kuzynów praktycznego pana, jednak postacie narysowane przez Adama Pękalskiego tym razem są nieco inne, może ze względu na towarzystwo wielu szczegółów i tła – po raz pierwszy dostrzegłam u tego twórcy tak rozbudowany drugi plan. Również kolorystyka "Pana Kardana" różni się od "Praktycznego pana" Roksany Jędrzejewskiej-Wróbel, wspomnianego "Sanatorium", "Mydła" Małgorzaty Strzałkowskiej, nie mówiąc już o jakby szkicowanym "Mazurku Dąbrowskiego" tej samej autorki. Każda z wymienionych publikacji (a wszystkie ukazały się w Wydawnictwie Bajka) zajmuje ważne miejsce w naszej biblioteczce i prawie wszystkie przyciągnęły nas w pierwszej kolejności twarzami pana Pękalskiego. Te miny to prawdziwa bomba!
Książkę "Pan Kardan i przygoda z vetustasem" czyta się bardzo dobrze również dzięki jej formie edytorskiej: ładnej czcionce, wyraźnym oznaczeniom rozdziałów, czytelnym tytułom, mocnemu, ale nie śliskiemu papierowi, o ładnym, ale nie najbielszym z białych odcieniu. Całość jest bardzo atrakcyjna oraz trwała, bo pamięć o tej opowieści i sam wolumin przetrwają wiele innych książek dla dzieci.
Bożena Itoya

Justyna Bednarek, Pan Kardan i przygoda z vetustasem, ilustracje Adam Pękalski, Wydawnictwo Bajka, Warszawa 2017.