cudanakiju.pl

cudanakiju.pl
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Bajka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Bajka. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 17 grudnia 2018

"Mama Gęś" Małgorzaty Strzałkowskiej i Adama Pękalskiego


Stale wypatruję nowych utworów literackich, które połączą pokolenia: mnie, mojego syna i jego babcię, ale zdarzają się one niezwykle rzadko. Wiadomo, można sięgnąć po klasykę z dzieciństwa rodziców lub dziadków, ale prawie nigdy nie będzie ona atrakcyjna dla dzisiejszych młodych czytelników. Podobnie opiekunowie tylko umiarkowanie przyswajają nowinki literackie (nie mówię o książkach popularnonaukowych!). Czyżbyśmy zestarzeli się tak bardzo, że nie "czujemy" nowych książek, czytamy je tylko ze względu na dzieci, a nie dla własnej przyjemności? No bo jak często premierowa publikacja staje się ulubioną, wspólną zabawką rodziny? Ostatnio trafiliśmy na taką nowość, która sprawdzi się jako prezent zarówno na dzień dziecka, jak też dzień matki, ojca, babci czy dziadka, a pod choinką odnaleźć może ją ktokolwiek z nich, bo i tak skorzystają wszyscy.

Hen, z dalekich stron do dzieci
Mama Gęś na skrzydłach leci,
by snuć dziwne historyjki,
znane w świecie od stuleci...

"Mama Gęś" jest zbiorem tradycyjnych angielskich rymowanek określanych jako nursery rhymes, częściowo przełożonych na język polski, a częściowo spolszczonych w szerszym znaczeniu. Wiele utworów to całkiem nowe, autorskie interpretacje, podany po polsku koncept, który treścią może się różnić od oryginału. Małgorzata Strzałkowska występuje więc nie tylko w roli tłumaczki, ale także jako autorka polskich wersji trzydziestu pięciu wierszyków i ich wyboru, ponieważ w oryginale istnieje znacznie więcej historyjek Mamy Gęsi. Dodatkowo poetka przygotowała solidne opracowanie literaturoznawcze, wplatając je przed i między wierszami.

(...) Ile ich jest? Nie wiemy. Źródła podają różne liczby – od 300 do 800. A może więcej?
Kiedy powstały? Na przestrzeni wielu stuleci – najstarsze sięgają ponoć XII wieku!
Kim jest tytułowa Mama Gęś? Nie wiadomo. Niektórzy łączą ją z królową Franków Bertradą z Laonu (ok. 720–723), matką Karola Wielkiego, zwaną z powodu deformacji prawej stopy Bertą o Wielkiej Stopie (Berthe au grand pied). Podobno królowa opowiadała swym dzieciom rozmaite historie i recytowała wierszyki, uczące mądrości i szlachetnego postępowania. Potwierdzeniem tej historii ma być fakt, że w starych francuskich legendach występuje postać niestrudzonej gawędziarki, Berty o Gęsich Stopach.

Dzieci mogą bawić się samym rymowanym słowem, a dorośli poznać ciekawe historie o rymowankach, koncepcje dotyczące ich powstania, anegdoty, niemal ploteczki. Wszystko to pomoże zrozumieć charakter tych pozornie niewinnych utworów, ich stałą obecność w kulturze anglosaskiej.

Trzech mędrców z Gotham o rannej porze
raz wypłynęło w misce na morze.
Cóż, gdyby miska nie przeciekała,
piosenka więcej zwrotek by miała.

Wśród wierszyków zamieszczonych i omówionych w tomie "Mama Gęś" szczególnie zainteresowały mnie dzieje i konteksty "Trzech mędrców z Gotham". Kultura popularna, zwłaszcza komiksy oraz ich adaptacje, to moja (nieprofesjonalna) pasja, dlatego rozpatrywanie komiksów i filmów o Batmanie jako wariacji na temat rymowanki o... zwariowanych (pozornie) mieszkańcach Gotham bardzo przypadło mi do gustu. W książce Małgorzaty Strzałkowskiej i Adama Pękalskiego można zresztą znaleźć więcej tropów prowadzących do amerykańskiej kultury masowej, zwłaszcza kina. Rozbawiła mnie wzmianka i ilustracja dotycząca filmu "Szklana Pułapka 3" (wierszyk "Gdy wędrowałem do wsi Zgon"), zaś portret bohatera "Krzywego człowieka" wygląda jak złagodzona, weselsza wersja szwarccharakteru z horroru "Obecność 2" – złowrogiego pana recytującego (w oryginale) tę właśnie rymowankę. Krzywy człowiek skojarzył mi się również z wygibasami Johna Cleese'a w skeczu "Ministerstwo głupich kroków" grupy Monty Python. Sam tekst nie uruchomiłby tych asocjacji (autorka w komentarzu do rymowanki omawia jedynie prawdziwą "krzywą osadę"), i tu widać olbrzymi wkład artysty-ilustratora w kształt oraz wydźwięk publikacji.

Stąpa konik pam! pam! pam! pam!
stępa jeździ większość dam, dam.
Pam! pam! pam! pam! Pam! pam! pam! pam!
Ta-kie tem-po jest dla dam, dam! (...)

Grafiki Adama Pękalskiego wykraczają poza funkcje tradycyjnej ilustracji książkowej, bo uzupełniają, komentują i interpretują zarówno wiersze Małgorzaty Strzałkowskiej, jak i jej metaliteracki wywód. Omówienia wybranych utworów zamieszczono na osobnych stronach i bogato zilustrowano, co dowodzi, że są czymś więcej niż rozbudowanymi przypisami – to po prostu równoprawne elementy "Mamy Gęsi". Trudno też wyobrazić sobie tę publikację bez obrazków, i to właśnie tych stworzonych przez Adama Pękalskiego. Doskonałe wyczucie humoru, groteski, czasem grozy tekstu, a także jego melodii, sprawiło, że grafiki idealnie pasują do pomysłów i rytmów podanych przez Małgorzatę Strzałkowską. Ilustrator daje się wciągnąć w zabawę rozpoczętą przez autorkę i odbija piłeczkę w stronę czytelnika, który dzięki temu może podjąć podwójną grę szczegółów, znaczeń, odniesień.

Mnożenie jest udręką,
dzielenie też mi szkodzi,
działanie na ułamkach
nie bardzo mi wychodzi
i czuję, że pomału
dostaję chyba szału!

Dorosły odbiorca zachwycając się całą koncepcją oraz konstrukcją "Mamy Gęsi" łatwo może, jak widać powyżej, zapomnieć o podstawowej roli zbiorku: są to genialne, proste, melodyjne, zabawne i absurdalne wierszyki dla dzieci. Małemu czytelnikowi na pewno sprawią wiele radości, będzie do nich często wracał i szybko pochwali się znajomością "na pamięć". Są tu rymowanki-zagadki, pioseneczki, kołysanki, "powtarzanki" (cudowny "Pajączek z łączki"!), "dogryzanki" ("Marysiu na opak, kapryśna nieznośnie", "Piotr Łotr", "Roch Chudzielec"), łamańce językowe, wyliczanki jakby stworzone do skakania przez linę, na skakance i w gumę, do nadawania rytmu w marszu (takie nowe "raz, dwa, trzy, cztery, maszerują oficery..."), po prostu wierszyki na każdą okazję, co komu w danej chwili w duszy gra. Oczywiście poza nauką, bo Mama Gęś gwarantuje tylko beztroskę.

(...) a ja szedłem i śpiewałem,
i pstro w głowie miałem!

"Mama Gęś" jest uniwersalna, nieśmiertelna treścią, została też przywdziana w atrakcyjne piórka – niestarzejącą się powłokę edytorską. Mamy do czynienia z publikacją trwałą, solidnie szytą, wydrukowaną na ładnym i mocnym papierze, z ilustracjami w żywych, ciekawie zestawionych barwach i z czytelną czcionką. Elegancka, twarda okładka zwraca uwagę oryginalną, choć zarazem tradycyjną kolorystyką, prostotą obrazka, estetycznym liternictwem, wyjątkową fakturą oprawy i sposobem nakładania kolorów (nawet jeśli rogi lub grzbiet ulegną obtarciom, będzie to wyglądało jak zamierzony efekt). Mrugająca z ilustracji na okładce Mama Gęś zapowiada charakter książki, w której spotkamy postaci dobrotliwe i karykaturalne, zachwycimy się dbałością o historyczne drobiazgi (w ilustracji i tekście) połączoną z jak najbardziej aktualnym poczuciem humoru.

Bożena Itoya

Mama Gęś, spolszczyła Małgorzata Strzałkowska, zilustrował Adam Pękalski, Wydawnictwo Bajka, Warszawa 2018.

czwartek, 14 grudnia 2017

Mydło. Koala nie pozwala!

Książeczki kartonowe przeważnie są pierwszymi książkami dziecka, bo też rodzice, dziadkowie, ciocie, wujkowie i wszyscy inni zainteresowani bez trudu znajdą wydane w ten sposób publikacje z adnotacją "0+". Mój syn będąc noworodkiem nie korzystał jeszcze z dobrodziejstw literatury, ale jako kilkumiesięczny bobas posiadał już kilka indywidualnych wydań piosenek i innych wierszy. Kiedy był nieco starszy, czytywaliśmy w bibliotece wesołe "kartonówki" Małgorzaty Strzałkowskiej, ukazujące się w Wydawnictwie Bajka ("Mały duszek", "Piłka" i inne), a teraz nadeszła pora, by nieco zdziecinnieć, ponieważ ten sam wydawca zajął się kolejnymi, według nas jeszcze ciekawszymi książkami kartonowymi.
Wydawnictwo Bajka w przypadku książek dla najmłodszych dzieci stawia na wysoką jakość tekstu i obrazu. To nie są jakieś tam obrazeczki do przeglądania, tylko pełnowartościowe utwory literackie dla najmłodszych opatrzone ilustracjami na świetnym poziomie. Warto schować głęboko wszystkie takie sobie książeczki, które przypadkowo trafiły do naszego domu oraz w ręce malucha, a wyeksponować tylko te, które rzeczywiście mu coś dadzą i są pod każdym względem estetyczne. Tak właśnie oceniam "Mydło" Małgorzaty Strzałkowskiej z ilustracjami Adama Pękalskiego oraz "Koala nie pozwala!" Rafała Witka z ilustracjami Emilii Dziubak.
Miłością do "Mydła" zapałałam od pierwszego wejrzenia, spodobał mi się bowiem zestaw kolorów, portret bohatera, "papierowy" wygląd tytułu, format ilustracji okładkowej i samej publikacji, która tylko wzorem muru (w tle) nawiązuje do cegły, bo w użytkowaniu jest poręczna i pod każdym względem doskonała. W książkach kartonowych strona tytułowa przeważnie nie występuje, czytelność i atrakcyjność okładki jest więc tym ważniejsza. Adam Pękalski spisał się znakomicie, bowiem na pierwszy rzut oka widać, że jest to publikacja dla dzieci, trafiająca w gust najmłodszych, ale na dobrym poziomie artystycznym, nieprzesłodzona.
Jako pierwszą i największą zaletę wierszowanej bajki Małgorzaty Strzałkowskiej wskazać należy samą koncepcję. Każdemu dziecku przynajmniej raz uciekło w kąpieli mydło, taka sytuacja to zatem świetny punkt wyjścia dla szalonego pościgu literackiego, a także dla wyobraźni czytelnika, który co wieczór może tworzyć własne historie o dzielnym kosmetyku, jego perypetiach, krainach, do jakich zawitał po karkołomnej ucieczce. Tymczasem Małgorzata Strzałkowska miejscem akcji uczyniła zamek oraz gród królewski, a bohaterami mydło, posiadające ręce, nogi i twarz (a dokładniej dość zawadiacką minę), króla obdarzonego słuszną tuszą i fryzurą oraz jego brudnych obywateli. Koronowana głowa boleje nad brakiem higieny, na co łazienkowy przyjaciel, nosem i kolorem przypominający księżyc, w pełni sił i bąbelkowej aurze wyślizguje się przez okno, by pomóc w akcji czyszczenia świata bajki. Pan Mydło, jak każdy superbohater, zmienia świat, nie zważając na to, że wszyscy wokół się... pienią. I biegają w częściowym negliżu. Jest coraz weselej, bardziej kolorowo i jaśniej, a wyliczankowa powtarzalność tekstu przywołuje skojarzenia z klasyką polskiej poezji dla dzieci (na przykład z "Rzepką" Juliana Tuwima). Według mnie, ten utwór góruje jednak nad wierszami z dzieciństwa dzisiejszych rodziców i dziadków, jest świeższy, pachnący zabawą, lekki i perlisty jak mydlane bańki. Ilustracje w cudowny wprost sposób podążają za tekstem i gdyby tak wyglądały wszystkie książki obrazkowe, pewnie na naszych półkach przeważyłyby nad "poważną" literaturą. Twarze mieszkańców bajkowego grodu (w tym zwierząt) są prześmieszne, wpatrywanie się w nie dało mi więcej uciechy od niejednego komiksu czy satyry.
"Koala nie pozwala!" to publikacja dla kilkuletnich rozrabiaków i starszych niepokornych, dla każdego, kogo drażnią zbyt grzeczne książki. Nawet ci niecierpliwi zazwyczaj czytelnicy z pewnością wytrzymają tę liczącą 30 stron kombinację zwariowanych scenek, z 15 zwrotkami Rafała Witka (które można również odbierać jako odrębne wierszyki) i 30 ilustracjami Emilii Dziubak. Wszyscy zainteresowani polską książką dla dzieci znają tę ilustratorkę, ale jej prace jeszcze nigdy nie przypadły nam do gustu aż tak. Koala powala! Tekst jest zwięzły i zadziorny, a obrazki nie tylko do niego pasują, one się z nim rymują! Mamy tu do czynienia z rymowano-plastyczną rewią, koala, to obrażony, to brylujący na scenie, zachwyca feerią barw i czupurności. Można się obruszyć, można też dojść do wniosku, że nie każdy zwierz jest i chce być słodziakiem oraz nie każdy pisarz czy ilustrator chce ugłaskać czytelnika, lukrując swoją książkę i czyniąc ją mięciutką jak futerko pluszaka. Nie można natomiast pozostać obojętnym na spotkanie z tą książką i samym charakternym torbaczem.
Tylko czy na pewno bohaterem jest australijski smakosz eukaliptusa? Jeśli przyjrzeć się ilustracjom i porozmyślać o tych prostych rymowankach, to koala jawi się niczym zrzędliwy dziadek, przyjazny, ale na jego zasadach, ludzki bardziej od dziecka, przypominającego raczej jakieś małe stworzonko, niezbyt rozgarnięte, posiadające buzię sympatycznego trolla, z natury lekko łobuzujące i wchodzące dorosłym na głowę. Cała książka opowiada tak naprawdę o zabawie, przypuszczalnie właśnie dziadka z malutkim wnukiem, w którego oczach starszy pan ze swoimi okularami, dziwnymi zwyczajami i siwą miękkością jest podobny bardziej do zwierzątka albo maskotki niż znanych dziecku młodych dorosłych, czyli rodziców. Czy ten misiowaty dziadek pozwoli dokazywać tak, jak można to robić przy wiecznie zajętych rodzicach? Cóż, tę wątpliwość wyjaśniono już w tytule, zresztą na wypadek, gdyby ktoś nie zrozumiał, ostatnia zwrotka dobitnie przypomina, że "koale to nie misie!". A interpretacja, czy chodzi o zwyczajnego torbacza, czy też książka jest pamiętnikiem z wakacji spędzanych pod opieką niezwykłego dziadka, należy już do każdego czytelnika z osobna. Tak czy siak, nas bardzo ubawiły próby ugłaskania tego powolnego, zaspanego jegomościa na emeryturze, działkowicza niekiedy pławiącego się w dmuchanym baseniku ogrodowym. Pamiętam podobne działkowe wakacje z własnego dzieciństwa, choć zapomniałam już, jakim zwierzem stawała się w mojej wyobraźni surowa babcia.
Obie omawiane publikacje zostały znakomicie wydane: papier jest trwały, format i waga dopasowane w sam raz do możliwości kilkulatka, strony odpowiedniej grubości, wygodne w użytkowaniu przez małe dłonie, a barwy tak intensywne, że po lekturze przychodzi chętka na owoce i warzywa. Skosztujcie tego literacko-graficznego dobra, niezależnie od wieku, bo nawet taka staruszka, jak ja, często sięga po "Mydło" i "Koalę", by podtrzymać wysoki poziom radości i koloru.
Bożena Itoya

Małgorzata Strzałkowska, Mydło, ilustracje Adam Pękalski, Wydawnictwo Bajka, Warszawa 2017.
Rafał Witek, Koala nie pozwala!, ilustracje Emilia Dziubak, Wydawnictwo Bajka, Warszawa 2016.

środa, 22 listopada 2017

Pan Kardan i przygoda z vetustasem







Najnowsza książka Justyny Bednarek przebojem podbiła nasze serca. Autorka "Niesamowitych przygód dziesięciu skarpetek" jest stałym gościem w wielu polskich książkolubnych domach, co znam z autopsji, wypowiedzi znajomych i internautów. My sięgnęliśmy po tę lekturę (szkolną!) z ilustracjami Daniela de Latoura, gdy pozornie byliśmy na nią dużo za duzi – mój syn miał dziesięć czy nawet jedenaście lat, a ja odpowiednio więcej. Bawiliśmy się wesoło, ale dopiero książka "Pan Kardan i przygoda z vetustasem" spełniła nasze czytelnicze marzenia o, napisanej przez tę autorkę o niepowtarzalnym stylu, fantastycznej opowieści dla starszych dzieci. Myślę, że idealnym odbiorcą tej książki może być i siedmio- lub ośmiolatek, i rówieśnik mojego syna, czyli piątoklasista.
Dziecięcym bohaterem jest tu Michałek, "chłopiec w waszym wieku", mieszkający płot w płot z panem Waldemarem Kardanem, dobrotliwym staruszkiem i zwariowanym wynalazcą w jednym. Michałek przygląda się sąsiadowi zafascynowany jego szalonymi przedsięwzięciami zmierzającymi do pobicia rekordu Guinessa w kategoriach rozmaitych, nigdy typowych. Pewnego dnia chłopiec przełazi po drzewie na posesję pana Kardana i zostaje jego pomocnikiem. Przedtem jednak poznajemy kilka postaci drugoplanowych, a dzięki ich porównaniu z Michałkiem oraz panem Waldemarem zauważamy, jak pasują do siebie chłopiec i staruszek, na czym polega ich podobieństwo oraz przyciąganie. Więź między głównymi bohaterami wzrusza i wzbudza uśmiech, jak sam Michałek, na żywo podobno zarażający swoją pogodą oraz radością.
Zupełnie innymi typami są tata i mama Michałka oraz "deweloper" Błażej Bałamut. Te postacie wpisują się w szablon, czy raczej kajdany, dorosłości. Ci państwo są poważni, zależy im na dobrobycie, wygodzie i szacunku. Michałek należy do innego świata, może bliższego obcym wymiarom i czasom, jakie będzie poznawał z panem Kardanem, niż życiu własnych rodziców. Ten gorzki wątek zostanie jednak przełamany smakowitymi i zabawnymi komponentami historii, do jakich zaliczają się pani Kapusta, pan Kazimierz, dwie rasowe kury oraz jeden kot dwojga imion (i wymiarów!). Prawdopodobnie właśnie udział oraz znaczenie tychże zwierzęcych asystentów (i przyjaciół!) wynalazców sprawił, że staliśmy się fanami tej książki, a, może także serii?
Kurki pojawiają się w domu pana Kardana, gdy ma on ochotę na rosół. Bazarowa legenda, obrotna przekupka pani Krystyna-wspomniana-Kapusta, wciska staruszkowi to, czego mu potrzeba – w życiu, nie w rosole.
Nigdy wcześniej nie gotował rosołu, wiedział jednak, że do tego potrzebna jest kura, a gdzie ją znaleźć, jeśli nie na targu. Traf chciał, że tuż za bramą targowiska rozsiadła się na drewnianych skrzynkach pani Krystyna Kapusta, przekupka pierwsza klasa, słynna z tego, że każdemu potrafiła sprzedać to, czego akurat potrzebował. Gdy jej bystre oko wyłowiło z tłumu pana Kardana, od razu zrozumiała, że właśnie trafia się klient idealny, więc uniosła się odrobinę, otrzepała wzorzystą spódnicę, a potem wlepiła w wynalazcę swój hipnotyzujący wzrok. Nikt nie był w stanie mu się oprzeć, a już na pewno nie pan Kardan, który przydreptał do stoiska pani Krystyny i spytał:
– Czy może wie pani, gdzie kupię kurę na rosół?
– Ale dlaczego kurę?! – Brwi pani Krystyny uniosły się w wyrazie ogromnego zdziwienia.
– No... sądziłem, że do zrobienia rosołu potrzebna jest kura – wymamrotał pan Kardan nieco zbity z tropu.
– Nie kura, lecz kury. – Przekupka pierwsza klasa zorientowała się, że ma do czynienia z kompletnym kuchennym nowicjuszem i postanowiła kuć żelazo póki gorące. – Kury, drogi panie, co najmniej dwie, jeśli ma wyjść z tego przyzwoita zupa.
Pan Kardan odetchnął z ulgą, bo już podejrzewał, że palnął jakieś okropne głupstwo. Tymczasem chodziło wyłącznie o liczbę mnogą...
– W takim razie być może jest pani zorientowana, gdzie nabędę dwie kury.
– Ależ nabędzie je pan u mnie – uśmiechnęła się promiennie pani Krystyna, a potem wstała z drewnianej skrzynki, delikatnie ją uniosła i oczom pana Kardana ukazała się metalowa klatka, w której siedziały dwie kury. Albo leżały, trudno było stwierdzić.

Gdy kurki przebudzą się z drzemki, będą już w nowym domu, a rozważania o ich ugotowaniu przerwie Michałek, właśnie wtedy pojawiwszy się u sąsiada i nadawszy zagrożonym kokoszkom imiona Sherlock i Watson. Słuszne to przydomki, bo, jak się szybko okaże, trudno o lepszych śledczych czasoprzestrzennych.
Prezencja nie była ich jedynym atutem. Bo trzeba wam jeszcze wiedzieć o przedstawicielkach rasy sussex, że choć wyglądają jak najzwyklejsze kury na świecie, mają niesamowite zdolności, wręcz paranormalne. I tak jak świnie są wyjątkowo utalentowane w wyszukiwaniu bardzo drogich grzybów zwanych truflami, tak kury sussex potrafią znaleźć dawno zagubione przedmioty. Wystarczy, że grzebną pazurkiem raz i drugi, a spod ziemi wychodzą srebrne łańcuszki, zagubione pierścionki, portfele pełne dawno nieaktualnych banknotów, spinki do krawata, a czasem nawet trafia się złoty ząb. Wiedzą o tym niektórzy poszukiwacze skarbów i zabierają kury rasy sussex na każdą znaczącą ekspedycję. Kiedy więc zobaczycie gdzieś w górach lub w lesie brodacza z łopatą, prowadzącego na smyczy białą kurę, nie dziwcie się! Będzie to po prostu poszukiwacz skarbów.
Owa zdolność do wynajdywania przedmiotów nie wynika ani z wybitnego węchu, ani słuchu, ani wzroku. Przeciwnie. Kury sussex, choć sympatyczne, zachowują się, jakby postradały zmysły. Potykają się o własne łapy, obijają o siebie, biegają to tu, to tam zupełnie bez sensu. Znikają w jednej części ogrodu, by wyłonić się nagle w zupełnie innej, gdzie nikt się ich nie spodziewa. Przykro to mówić, ale wśród hodowców kur ta biała rasa uchodzi za wyjątkowo mało inteligentną. Błąd! Dziwne zachowanie nie jest bowiem dowodem na głupotę drobiu, ale na szczególny talent: kury sussex potrafią wypatrzeć nawet najmniejszą dziurę między wymiarami, przełażą przez nią i w ten sposób podróżują w czasie.

Natomiast kot, w domostwie Michała nazywany Puszkiem, a za bytności u pana Kardana – Młotkiem, okazuje się narzędziem naprawczym dla zagubionych dusz. Jak działa? Musicie wyczytać sami. I choć jest to jeden z fantastycznych elementów tej historii (poza tym mającej wiele z powieści obyczajowej), to my uznajemy go za metaforę naszej rzeczywistości, bo sami mamy czarnego kota, który od lat ogrzewa rodzinne serca i zmienia nas w lepszych ludzi. Oj, bardzo drżał mi głos gdy czytałam te fragmenty, zwłaszcza że nasza Puszka-Młotka akurat ciężko zachorowała.
Cudowne umiejętności kur wiążą się z przeznaczeniem wynalazku pana Kardana, tytułowym vetustasem. To kawał maszyny, złożonej z urządzeń nowoczesnych, jak smartfon, i urzekających antyków, jak fotoplastykon. Niezwykłe działanie projektora marzeń pana Waldemara (i nie tylko jego) oparte jest na połączeniu nowego ze starym, dosłownie i w czasoprzestrzennej przenośni. Pierwszym i ostatnim człowiekiem korzystającym na eksperymentalnym zastosowaniu vetustasu jest imć Kazimierz, projekcja melancholijnej strony naszej natury.
W książce Justyny Bednarek znaleźliśmy wszystko, co cenimy i czego szukamy w literaturze: zwariowany, lekko absurdalny humor, wzruszenie, odrobinę refleksji, uczucia rodzinne (wykraczające poza rodzinę), elementy fantastyki, zaświaty, "zaczasy", dopracowane charakterologicznie postacie, otwarte zakończenie, zapowiadające przecież kontynuację, no i czarnego kota oraz kurki. (Gdyby ktoś z szanownych czytelników zabierał się za rozprawę naukową na temat kur i/lub czarnych kotów w literaturze dziecięcej, służę pomocą w opracowywaniu bibliografii – śledzimy temat od lat.)
Do ulubionego zestawu literackiego dostaliśmy gratis świetne ilustracje Adama Pękalskiego, klimatyczne, bo widać na nich odcienie danego klimatu: morskiego, ogrodowego, ogrodowo-morskiego, willowego (sceny z rodzicami Michałka), bazarowego, dziadkowego, sentymentalno-PRLowskiego (drabinki i piaskownica na placu zabaw, stroje starszej pani i chłopca – strona 47). Trzeba przyznać, że artysta ten nigdy się nie powtarza, choć podbródki i oczęta jego autorstwa rozpoznalibyśmy wszędzie. Pani Krystyna pasowałaby co prawda do "Sanatorium" (nie, nie tego z "Jesteśmy na wczasach" Młynarskiego, choć właściwie...) Doroty Gellner, ale tej twarzy i "stylówy" tam nie było. Wprawdzie tata Michałka i pan Kardan mogliby uchodzić za dalekich kuzynów praktycznego pana, jednak postacie narysowane przez Adama Pękalskiego tym razem są nieco inne, może ze względu na towarzystwo wielu szczegółów i tła – po raz pierwszy dostrzegłam u tego twórcy tak rozbudowany drugi plan. Również kolorystyka "Pana Kardana" różni się od "Praktycznego pana" Roksany Jędrzejewskiej-Wróbel, wspomnianego "Sanatorium", "Mydła" Małgorzaty Strzałkowskiej, nie mówiąc już o jakby szkicowanym "Mazurku Dąbrowskiego" tej samej autorki. Każda z wymienionych publikacji (a wszystkie ukazały się w Wydawnictwie Bajka) zajmuje ważne miejsce w naszej biblioteczce i prawie wszystkie przyciągnęły nas w pierwszej kolejności twarzami pana Pękalskiego. Te miny to prawdziwa bomba!
Książkę "Pan Kardan i przygoda z vetustasem" czyta się bardzo dobrze również dzięki jej formie edytorskiej: ładnej czcionce, wyraźnym oznaczeniom rozdziałów, czytelnym tytułom, mocnemu, ale nie śliskiemu papierowi, o ładnym, ale nie najbielszym z białych odcieniu. Całość jest bardzo atrakcyjna oraz trwała, bo pamięć o tej opowieści i sam wolumin przetrwają wiele innych książek dla dzieci.
Bożena Itoya

Justyna Bednarek, Pan Kardan i przygoda z vetustasem, ilustracje Adam Pękalski, Wydawnictwo Bajka, Warszawa 2017.

poniedziałek, 15 maja 2017

Moje cudowne dzieciństwo w Aleppo


Poznajcie książkę, która wspiera działania Polskiej Akcji Humanitarnej w Syrii, mieszkańcom Aleppo pomaga być zrozumianymi, może czyni ich odrobinę mniej opuszczonymi, zapomnianymi przez świat, a nam, czytelnikom, pozwala zrozumieć, co tam się tak naprawdę dzieje (i nie chodzi o charakter konfliktów politycznych, kto jest winny i kto ma rację). "Moje cudowne dzieciństwo w Aleppo" Grzegorza Gortata możemy postrzegać jako książkę niosącą wiedzę i pomoc, ale jest i inna płaszczyzna odbioru. To powieść pełna poetyckich obrazów literackich i plastycznych (ilustracje Marianny Sztymy), intensywnie oddziaływająca na czytelnika, lektura, o której myśli się zasypiając, śpiąc, budząc się i żyjąc przez cały dzień.
Grzegorz Gortat zapoznaje nas z pięcioosobową rodziną z Aleppo i jej sąsiadami. Narratorką uczynił Jasmin, najstarsze z trojga dzieci bardzo kochających rodziców. Jej braćmi są sześcioletni Nabil i całkiem mały, trzyletni Tarik, który nie pamięta nic poza wojną, bo urodził się w jej trakcie. Jasmin niby matkuje młodszemu rodzeństwu tak, jak czyni to każda starsza siostra, jednak w warunkach "cudownego" dzieciństwa w Aleppo opieka i częściowe zastępowanie dorosłych (zajętych choćby zdobywaniem jedzenia) ma nieco inny wymiar. Trudno jest zorganizować bezpieczne zabawy w zaminowanych gruzach, pod niebem wzbudzającym lęk, kojarzącym się nie z lotem ptaka, ale z nalotami.
Rodzice Jasmin są wspaniali, ciepli, opiekuńczy, rozsądni, ludzcy. Gorąco im kibicujemy jako czytelnicy. Ważne wydało mi się, że tata Jasmin i kilka osób z jej otoczenia są byłymi nauczycielami, naukowcami, ludźmi teraz, podczas wojny, zdegradowanymi i zawodowo, i moralnie. Opis ich losu może otworzyć oczy wielu młodym (a może i starszym?) Polakom, którzy Syrię i okoliczne kraje kojarzą tylko z tabunami obszarpanych, bezimiennych uchodźców i zagrożeniem terrorystycznym dla Europy. Czwartoklasiści w szkole mojego syna nie mają pojęcia, co dzieje się w Syrii, bywa, że na przerwach bawią się w terrorystów (nie szczędząc towarzyszących detonacji okrzyków chwalących Allaha), wyzywają się od "arabów" i "islamów". Na tych uprzedzeniach kończą się skojarzenia z krajami Bliskiego Wschodu. Teoretycznie nie należy się spodziewać, by powieść "Moje cudowne dzieciństwo w Aleppo" dotarła do takich uczniów, ale, wbrew pozorom, przeważnie są to "dzieci z dobrych rodzin", w których książki są obecne i prawdopodobnie uświadamianie z użyciem literatury jest możliwe.
Powieść liczy 39 krótkich rozdziałów, na jej kartach poza głównymi bohaterami pojawia się kilka postaci, zazwyczaj silnie zarysowanych i wracających po kilkunastu lub kilkudziesięciu stronach. Czytelnikowi szczególnie doskwiera obecność stryja Jasmin, brodatego Husajna. Podejrzana działalność dalekiego krewnego, jego moc, ignorowanie i poniżanie kobiet, namawianie taty Jasmin na coś, co bardzo nie podoba się jej mamie – wszystko to tworzy wokół postaci stryja Husajna nastrój grozy, który odczuwają i dziecięcy bohaterowie, i czytelnicy. Nie trzeba nawet rozumieć, co oznacza ta broda i skąd bierze się władza brodacza, wystarczy ta niepokojąca atmosfera.
Akcją książki jest codzienność, ale taka, jakiej polskie dzieci nie znają. Mamy do czynienia z literacką fikcją, a jednak tyle tu prawdy: niesprawiedliwości, nagle urwanych rozmów, znajomości i istnień. Jasmin jest wyjątkowo dojrzałą ośmiolatką, mieliśmy nawet wrażenie, że pewne obserwacje zostały "włożone" w jej usta czy myśli, a tak naprawdę są wnioskami dorosłych, wzruszającymi szczególnie dla nas, rodziców, którym zależy, by nasze dzieci wychowywały się w pokoju i nie musiały podejmować podobnych rozważań. Cóż, nie zarzucam nic autorowi, wcale nie chciałabym się przekonać, czy zanurzone, wręcz podtopione w wojnie dziecko rzeczywiście jest tak poważne, rozważne, mądre i filozoficznie nastawione do życia.

(...) Nabil zapytał, nie przerywając wznoszenia muru z klocków:
– Co to znaczy "oblężone miasto"?
– Tak mówimy, kiedy wróg otacza z każdej strony i atakuje jakieś miasto. – Widziałam, że odpowiedź nie przychodzi tacie łatwo. Przyciszył radio, które puszczało teraz muzykę. – Wtedy ani mieszkańcy nie mogą się wydostać, ani żadna pomoc do takiego miasta nie może dotrzeć.
– A kto właściwie jest naszym wrogiem?
Tata poczerwieniał jak mały chłopiec przyłapany na braku pracy domowej. Przypomniało mi się, co tak niedawno z tego samego miejsca mówił pan Safik – i wcale się tacie nie dziwiłam. Bo rzeczywiście, na jakiej podstawie z tej długiej listy wybrać tych, którzy przelali najwięcej syryjskiej krwi? Komu powinien przypaść tytuł naszego największego wroga? Wojskom rządowym? Islamistom? Powstańcom? Rosjanom? Amerykanom? Gdyby stał tu teraz pan Safik, powiedziałby pewnie, że los zwykłych Syryjczyków tak naprawdę nikogo już nie obchodzi. Po pięciu latach wojny naszym wrogom i przyjaciołom zależy już tylko na jednym: chcą całemu światu udowodnić, że oni i tylko oni mieli od samego początku rację.
(33. Trudne pytanie)

Jaka jest historia tej rodziny? Uciekną z Aleppo? Dotrą do obozu dla uchodźców? Trafią do Polski lub innej spokojnej przystani, gdzie idąc ulicą nie trzeba bać się ostrzału? Przeczytajcie, ja zdradzę tylko, że w tej książce chyba nic nie jest typowe, zresztą to widać nawet na pierwszy rzut oka. Jedni oceniają książkę po okładce, inni nie, ale w przypadku "Mojego cudownego dzieciństwa w Aleppo" już patrząc na okładkę można wiele stwierdzić: to pozycja dla dzieci i dorosłych (lub po prostu: dla rodzin), nie będzie zbyt kolorowo, ale mimo wszystko delikatnie i jasno. Autor i ilustratorka nie próbują przypodobać się dziecięcemu odbiorcy, nie udają, nie przybierają literackich czy artystycznych póz, mówią szczerze, po swojemu, świetnie się do siebie dopasowując. Obrazów nie ma w tej książce zbyt wiele, ale nie można ich pominąć ani zapomnieć. Zapadały w nas stopniowo, a zaczęło się od małego Tarika narysowanego na stronie 13, ale widocznego i na odwrocie, na białej części strony 14, pod tekstem. To wrażenie było chyba niezamierzone przez wydawcę, przez co wydało się nam magiczne i takie zupełnie nasze, osobiste. Zaczęliśmy zastanawiać się, czemu Tarik tak prześwituje? Czy w tej czerwonej koszulce nie ma stanowić celu ostrzału, bombardowania albo całej opowieści? Potem były jeszcze prześcieradła prasowane przez mamę Jasmin, wyfruwające przez okno jako chmury i tata chmurę przytulający, a także inne niezapomniane ilustracje (broda stryja!). Gdyby te obrazy krążyły po Internecie zamiast memów o uchodźcach, czy świat nie byłby lepszy?
Oczywiście wiele osób czytających dzieciom woli ten wspólny czas przeznaczyć na opowiastki rozrywkowe, dodatkowo też starszym dzieciom, które książkę zrozumieją, rodzice rzadko czytają. Warto jednak zmienić zwyczaje dla "Mojego cudownego dzieciństwa w Aleppo", bo tę powieść najlepiej przeżywać i omawiać wspólnie. My czytaliśmy ją właśnie w ten sposób: rodzinnie, na głos, na życzenie syna odłożywszy na później inne lektury, w tym lubianą przez niego serię science fiction dla młodzieży. Jeśli jedenastolatek rozmiłowany w literaturze przygodowej, książkach humorystycznych i wszelkich komiksach z taką uwagą słucha rodzica czytającego "Moje cudowne dzieciństwo w Aleppo", z takim zaangażowaniem domaga się kolejnych rozdziałów, nie może to być tylko przygnębiająca powieść o wojnie. Oczywiście nie jest też wesoła, więc jaka?

Kiedy po kolacji mama ułożyła nas do snu, tata zaczął nam czytać książkę przy zapalonej lampie.
Kiedy skończył, miałam kluchę w gardle. Spytałam:
– Dlaczego jest taka smutna?
– Czy na pewno smutna?
– Prawie się popłakałam.
– Ja też – wsparł mnie Nabil. – Temu niby Szczęśliwemu Księciu pęka serce, a jaskółka ginie na mrozie. To ma być wesoła bajka?
– Nie powiedziałem, że jest wesoła. Nie zgadzam się tylko ze stwierdzeniem, że jest smutna.
– Jaka to różnica? – Podniosłam się na łokciu.
– Niesie optymistyczne przesłanie. Uczy, ze prawdziwa miłość wymaga poświęceń. I że jeśli kogoś kochamy, gotowi jesteśmy zrobić dla niego wszystko. To chyba dobre zakończenie?
(32. Prezent od Nabila)

Nie odpowiem na to pytanie, bo książka Grzegorza Gortata dla każdego może okazać się czymś innym, wywołać przebudzenie, oburzenie, wzruszenie, ból, oczyszczenie, nadzieję, ale zakładam, że przypadkowych młodych czytelników, zwłaszcza takich skoncentrowanych na swoim codziennym tu i teraz, może pozostawić niewzruszonymi, niezainteresowanymi, obojętnymi. Nie wszyscy lubią rozmyślać, nie każdy chce być świadomy, przeważnie niewiedza jest łatwiejsza. Podobnie jak wiele osób przejeżdżając samochodem lub przechodząc obok człowieka leżącego na ulicy nie sprawdzi, co się stało, nie wezwie pogotowia, tylko uspokoi swoje sumienie stwierdzając, że to pewnie pijak albo narkoman, a jeśli w dodatku jest z nami dziecko, trzeba zadbać, by nie zobaczyło sinego odcienia twarzy czy krwi, odgrodzić jego dzieciństwo od przykrych widoków i faktów – tak też nie każdy zwróci uwagę (swoją i dziecka) na losy Aleppo.

Dorośli są naiwni. Wydaje im się, że jak rozmawiają szeptem, dzieci nic nie usłyszą. Jest dokładnie na odwrót.
(37. Rzeczy, które nie powinny się wydarzyć)
Bożena Itoya

Grzegorz Gortat, Moje cudowne dzieciństwo w Aleppo, ilustracje Marianna Sztyma, Wydawnictwo Bajka, Warszawa 2017.