cudanakiju.pl

cudanakiju.pl
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rafał Witek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rafał Witek. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 17 grudnia 2018

Michał i 38


Lubicie czytać o swojej okolicy? Ja – bardzo, ale też wiele razy widziałam, jaka to frajda dla mojego syna, gdy na kartach książki rozpoznaje znajome miejsca, obiekty czy fakty (zwłaszcza, jeśli nie chodzi tylko o Pałac Kultury czy Zamek Królewski, bo mieszkamy w Warszawie, często identyfikowanej tylko z tymi budowlami). Literatura jest świetnym zwierciadłem prawdziwego świata, potrafi zwrócić naszą uwagę na szczegóły, których nie dostrzegaliśmy własnymi oczami, oczywiście o ile jest dziełem dobrego pisarza, który oprócz realnej scenografii zadba o wiarygodne postacie i wciągającą fabułę. Niby taki prosty przepis, ale rzadko bywa realizowany do końca lub bez przedobrzenia, wszak w książkach dla dzieci roi się od literackich zakalców i przypaleń. Tym bardziej delektowaliśmy się czytelniczym smakołykiem, który przygotował ostatnio Rafał Witek (ze wsparciem wydawnictwa Literatura i ilustratorki Joanny Kłos). To z pewnością najlepsza historia rozgrywająca się w Warszawie, o Warszawie i warszawiakach, jaką czytaliśmy w tym roku. Jest wiele innych punktów widzenia, które można przyjąć omawiając tę pozycję, na pewno nie wyczerpię wszystkich, ale spróbuję wspomnieć choć o kilku.
Bohaterowie najnowszej książki Rafała Witka zostali określeni w jej tytule: "Michał i 38". Chłopiec ma osiem lat i przezwisko Ryba, bo niemal się nie odzywa. Lubi milczeć jak każdy (wielce!) nieśmiały człowiek. 38 jest liczbą przystanków, które przebywa (w dwie strony) warszawskimi tramwajami i metrem, by dotrzeć na próbę chóru, do którego poza Michałem należy 38 dziewcząt. W zespole znalazła się i Marianka, starsza o trzy lata siostra Michała. Właśnie bratersko-siostrzane relacje podane bez lukru były pierwszym elementem świata przedstawionego, który ujął mnie w tej książce i do niej przekonał.

Przestańcie paplać! – syknąłem w końcu. – Jak Ewa będzie chciała, to sama wam powie, o co chodzi.
O, znalazł się pan obrońca! – zaszczebiotała Alicja.
No właśnie, Michał, może ty ją pocieszysz? – zaproponowała złośliwie moja niezastąpiona siostra Marianka. – W końcu jesteś jedynym chłopakiem...
Spojrzałem na nią nienawistnie i spróbowałem zapaść się pod ziemię. Niestety, nie udało mi się. Wciąż stałem na korytarzu, otoczony przez zaciekawione chórzystki.
Michał, spróbuj!
Pogadaj z nią. Może tobie powie!
No, nie wstydź się!
To było okropne! Teraz wszystkie na mnie patrzyły i wszystkie coś do mnie mówiły. Po co ja się w ogóle odzywałem?
Chciało mi się płakać i uciekać stamtąd jak najdalej. Ale żeby opuścić Loch Kultury, musiałbym się przeciskać wśród wszystkich chórzystek. Nie widząc innego wyjścia, usiadłem na schodach obok posępnej Ewy.
Oczywiście nie zamierzałem się do niej odzywać ani jej pocieszać. Po prostu chciałem tam siedzieć, żeby mieć święty spokój.
Siedzieliśmy więc w milczeniu aż do rozpoczęcia próby. A kiedy pojawiła się pani Karolina i zawołała wszystkich do sali, Ewa nagle spojrzała na mnie i uśmiechnęła się.
Dziękuję – powiedziała.
Za co? – wydukałem.

"Michał i 38" to publikacja wyróżniająca się ciekawym obrazem grupy artystycznej i w ogóle rówieśniczej, opisem jej integracji, a także silnego, empatycznego i dyskretnego dorosłego przywódcy, trenera, autorytetu, którego dzieci tak często szukają poza domem. Między wierszami książki Rafała Witka można wyczytać odpowiedź na dręczącą wielu rodziców kwestię, czemu to nie oni stają się wzorem własnego dorastającego syna (to częściej) albo córki, jak to jest, że obcy człowiek lepiej od nas rozumie nasze dziecko i wpływa na nie.
Zajęcia dodatkowe ukazane zostały zarówno jako ambicja rodzica, jak i rzeczywista pasja dziecka. Autor świetnie sportretował zmienność zainteresowań młodszej młodzieży i jej szybkie dojrzewanie. Mariankę niby chce chodzić na chór, ale do zespołu zapisuje ją mama i to głównie ona słucha w domu dziecięcych piosenek (po włosku... domownicy nazywają twórczość Piccolo Coro dell' Antoniano "włoszczyzną"). Michał zgłasza się do chóru, mimo że będzie pierwszym i jedynym chłopcem, bo chce podróżować tramwajami oraz metrem. Mama jest w siódmym niebie, pomaga w organizacji prób i występów, angażuje się w życie chóru "pełną parą". Co dalej? Czy to aby nie zmierza w kierunku rodzinnego konfliktu pragnień – rodzicielskich z dziecięcymi? Rozwiązania oczywiście nie zdradzę, mogę za to przywołać budujący fragment książki.

Byłem ciekawy dźwięku, jaki wydają moje australijskie pałeczki. Zacząłem nimi uderzać jedną o drugą. Dźwięk się zmieniał w zależności od siły i miejsca uderzenia. Może to dlatego, że pałeczki na jednym końcu były cieńsze, a na drugim grubsze i bardziej zaokrąglone. W dodatku pokrywały je tajemnicze wzory, które przypominały rzekę albo piaskowe wydmy. Te wzory były wypalone bezpośrednio na drewnie. Podobno Aborygeni właśnie tak ozdabiają swoje instrumenty, naczynia, a nawet skały. Wiedziałem to, bo oglądałem kiedyś książkę o najdłuższej australijskiej linii kolejowej i tam były różne informacje dotyczące miejscowości, przez które ta linia biegnie.
Michał, świetnie trzymasz rytm! – Pochwała pani Karoliny wyrwała mnie z zamyślenia. – Teraz dołączają bębenki! I kołatki! I trójkąty!
Po chwili cała sala prób trzęsła się od naszego dzwonienia, bębnienia, grzechotania i dudnienia. Czułem się jak dyrygent orkiestry, bo wszyscy dostosowywali się do rytmu, który podawałem. A najlepsze było to, że wreszcie nic nie musiałem mówić. Pałeczki timpi mówiły za mnie.

Wśród najnowszych książek z chłopięcymi bohaterami rzadko zdarzają się takie jak ta, dominują raczej publikacje o małych strongmenach miewających fantastyczne przygody i przechodzących jaskrawą, łopatologicznie pokazywaną przemianę. Tu mamy małego szaraczka, co podkreślają też ilustracje Joanny Kłos. Przebojowość Michała nie sprowadza się do podboju świata, polega po prostu na śpiewaniu przebojów chóru dziecięcego. Ten bohater jest rodzynkiem nie tylko w chórze, ale też we współczesnej literaturze dla dzieci. Polska książka nieczęsto pochyla się nad wrażliwymi, cichymi chłopcami w wieku około 7-10 lat, a podobni im czytelnicy potrzebują wsparcia, by nie zgasł ich olbrzymi potencjał, żeby nie został okiełznany ocean tkwiących w nich możliwości, aby nie wkomponowali się w tłum jednakowych młodzieńców z alergią na robienie czegokolwiek nietypowego (zwłaszcza w opinii "kolegów" z klasy), co może zostać uznane za niemęskie. W "Michale i 38" presję środowiska rówieśniczego (niewyobrażalną dla osób niemających styczności z tym zjawiskiem) i dążenie do ujednolicenia reprezentuje Koza, jedyny dobry znajomy Michała. Starcie z Kozą to prawdopodobnie najpoważniejsza batalia naszego bohatera, stoczy ją z pomocą pani Karoliny i koleżanek z chóru, ale zwycięstwo będzie należało przede wszystkim do samego Michała.
W historii opowiedzianej przez Rafała Witka są też inne momenty zwrotne, doniosłe mimo pozornej powszedniości. Ta książka jest ważnym głosem brzmiącym w imieniu dzieci, by każdy rodzic, dziadek czy nauczyciel mógł zrozumieć, co myślą, jak się czują te nieśmiałe, niczym się niewyróżniające, jak łatwo i bez namysłu dorośli im szkodzą, pogłębiają ich problemy swoimi naciskami. Tu dostrzeżemy, dlaczego należy słuchać, a nie tylko pytać i prawić morały. "Michał i 38" jest dla mnie opowieścią o samodzielności dziecka, której uczy się rodzic.

Ale ja naprawdę chcę chodzić! powtórzyłem.
Tak? – uśmiechnęła się złośliwie Marianka. – A mnie się wydawało, że zależy ci tylko na jeżdżeniu metrem i tramwajem!
Mama złapała się za głowę.
Że też sama na to nie wpadłam! – jęknęła i spojrzała na mnie z wyrzutem. – Oczywiście! Teraz już rozumiem, skąd ten twój nagły zapał do śpiewania! A ja się łudziłam, myślałam...
To wcale nie tak! – zdenerwowałem się. – To znaczy... na metrze i tramwajach też mi zależy, ale nie tylko!
W takim razie proszę... – powiedziała chłodnym głosem mama. – Wyjaśnij, dlaczego chcesz chodzić na chór.
Pomyślałem, że to nie w porządku, żebym musiał tłumaczyć się z takich rzeczy. Czasami przecież jest tak, że człowiek coś czuje albo czegoś chce, ale nie potrafi tego wytłumaczyć słowami. Pani Karolina uważa, że dlatego właśnie niektórzy ludzie komponują muzykę.
Dlaczego chcę chodzić na chór? – dudniło mi w głowie. – Dlaczego?
Bo tam... bo tam przynajmniej ktoś mnie słucha! – wybuchłem. – Nawet wtedy, gdy nic nie mówię! A jak ci się nie chce ze mną jeździć, to będę jeździł sam. Jestem duży i znam na pamięć cały rozkład tramwajów! I metra też!

Bardzo spodobał mi się sposób, w jaki autor pisze o muzyce i muzykowaniu: bez nadęcia, z polotem i uczuciem. Celny opis pasji nie ogranicza się w tej książce do śpiewania. Rafał Witek napomyka też o innym, na pewnym etapie życia dużo popularniejszym hobby. Miłość młodych ludzi do środków komunikacji, zwłaszcza pojazdów szynowych, wycieczki na stacje i końcowe przystanki, kolekcjonowanie biletów, początki zainteresowania modelarstwem – znają to wszystko zwłaszcza rodziny mieszkające w większych miastach. Również ilustratorka dobrze czuje ducha "szynofilii", łącząc dwie pasje Michała w cudownej ilustracji okładkowej, na której charakterystyczny warszawski tramwaj jedzie po torach pięciolinii. To zrozumienie dla spraw dzieci, przejawiane przez oboje twórców, jest kluczem (niekoniecznie wiolinowym) do sukcesu "Michała i 38" w naszej czytelniczej rodzinie, a także, mam nadzieję, szerszego, ogólnopolskiego, a może międzynarodowego powodzenia książki. Przecież na całym świecie mieszkają młodzi ludzie tacy jak Michał i jego koleżanki oraz działają chóry podobne do Mille Voci czy Piccolo Coro dell' Antoniano.
Zazwyczaj uważa się, że bohater książki dla dzieci powinien być w wieku czytelnika lub odrobinę od niego starszy, by odbiorca mógł wczuć się w przygody protagonisty, zidentyfikować z nim. W przypadku "Michała i 38" zasada ta się nie sprawdza, bo nawet chłopiec starszy od Michała o cztery lata dał się wciągnąć, ponieść lekturze i był bardzo usatysfakcjonowany wszystkimi pointami wieńczącymi rozdziały. Publikacja jest pełna wesołych, ciepłych ilustracji, co gwarantuje, że lektura przyciągnie również młodsze dzieci. Treść i oprawa graficzna znajdą uznanie u wyjątkowo szerokiego grona czytelników, w wieku mniej więcej 6-13 lat, tu przerwa, a potem 25+, już bez górnej granicy. Wszyscy dorośli, pracujący lub przebywający na co dzień (i od święta, choćby w przypadku dziadków) z dziećmi, wiele skorzystają obcując z książką Rafała Witka, który tak naturalnie kontynuuje pisarskie, pedagogiczne i moralne dzieło Janusza Korczaka. "Michał i 38" sprawdzi się jako punkt wyjścia do rodzinnych, międzypokoleniowych rozmów, lektura szkolna (nie tylko na lekcjach języka polskiego, także w ramach zajęć z wychowawcą czy pedagogiem), podstawa scenariusza teatralnego lub filmowego czy wreszcie impuls do stawienia się na najbliższej próbie dowolnego chóru.

Bożena Itoya

Rafał Witek, Michał i 38, zilustrowała Joanna Kłos, Wydawnictwo Literatura, Łódź 2018.

poniedziałek, 23 kwietnia 2018

Chłopiec z Lampedusy i dziewczynka z daleka


Książka Rafała Witka "Chłopiec z Lampedusy" przypomina o sensie, istocie literatury dla dzieci. Autor piszący dla najmłodszych powinien podpowiadać, ale nie narzucać – czy to całościowe życiowe postawy, czy pojedyncze rozwiązania sytuacji problematycznych. A takimi mogą okazać się dla dziecka nie tylko dosadne, rzadkie kryzysy, jak rozwód rodziców albo śmierć kogoś bliskiego, ale też elementy najzwyklejszej codzienności: kontakty z rówieśnikami, rodzicami, relacje w grupie, reagowanie na zachowania, które pozornie nie dotyczą nas bezpośrednio, jak przemoc w klasie lub... na świecie. Dobra publikacja pobudza też wyobraźnię i pokazuje światy, o jakich dziecko nie miało pojęcia, nawet jeśli istnieją na Ziemi.
"Chłopiec z Lampedusy" to pozycja wartościowa, mocna przekazem, z solidnie, ale też delikatnie splecionymi charakterystykami postaci i sytuacjami, zdobiona minimalną, koronkową metaforą. Nic dziwnego, że książka ta została dostrzeżona przez jury kilku konkursów literackich: Nagrody Literackiej im. Leopolda Staffa (nagroda), trzeciego ogólnopolskiego konkursu Książka przyjazna dziecku Muzeum Zabawek i Zabawy w Kielcach (wyróżnienie), 24. Ogólnopolskiej Nagrody Literackiej im. Kornela Makuszyńskiego (nominacja), konkursu Książka Roku Polskiej Sekcji IBBY (pokonkursowa "lista bis").
Opowieść Rafała Witka zaczyna się jeszcze przed pojawieniem się Tandżina, tytułowego chłopca z Lampedusy, a właściwie z Erytrei, i toczy także chwilę po jego zniknięciu. Główną bohaterką jest tak naprawdę dziewczynka z Polski – Andżelika, tymczasowo mieszkająca z mamą na włoskiej wyspie Lampedusa. Sytuacja afrykańskiego uchodźcy stanowi punkt zapalny akcji i przemyśleń czytelnika, ale przynajmniej w równym stopniu istotne jest położenie polskiej, środkowoeuropejskiej czy każdej innej imigracji zarobkowej, a dokładniej jej biernych uczestników, "pasażerów" – dzieci, których rodzice wyjechali "za pracą". Autor wyraźnie i z niezwykłą przenikliwością kreśli charakterystykę Andżeliki: odczucia, tożsamość, umiejętność przystosowania się i sumienie dziecka imigranta.
Czytelnik obserwuje, kim jest i kim czuje się Andżelika, jak wyróżnia się we włoskiej szkole, a jak do niej dopasowuje, w jaki sposób reagują na nią miejscowi, czy jest już traktowana jako "swój" i co dzieje się, gdy styka się (i zostaje zestawiona) z kolejnym stopniem "obcości" – nieproszonym gościem, rozbitkiem, uciekinierem, uchodźcą. Ona pierwsza dostrzega łódkę wyglądającą jak śmieć, gdzieś na morskim horyzoncie, ledwie widocznym nawet w powiększeniu lornetki i z podwyższenia dachu. Jak daleko dziewczynka potrafi spojrzeć przez swoją lornetkę, co jest w stanie dostrzec i zrozumieć? Ten zwyczajny przedmiot, zdawałoby się: dziecięca zabawka, staje się symbolem umiejętności (i chęci!) spojrzenia poza własne podwórko, za granicę znanego, ciasnego i bezpiecznego świata. Andżelika dostała lornetkę od ojca i każdy z nas też może ofiarować swojemu dziecku tę nową perspektywę, przybliżenie widoków zza horyzontu. Wystarczy kupić lub wypożyczyć książkę "Chłopiec z Lampedusy" i porozmawiać.
Poza ustalone granice swojej przestrzeni potrafi wyjść osoba pozornie antypatyczna, mocno zakorzeniona w Lampedusie i dawnych czasach signora Ragusa. Zrzędliwa starsza pani pomaga najpierw Polkom, potem Erytrejczykowi. Można powiedzieć, że jest otwarta, tolerancyjna, ale na pewno trzeba stwierdzić, że jest po prostu ludzka. Odbiega od wyobrażenia dobrej wróżki z bajki, ale niewątpliwie realizuje ten wzór we współczesnym surowym i bezwzględnym świecie. Uważny czytelnik zauważy podobieństwo brzmienia imion obojga małych bohaterów i to, jak zbliża, a wręcz zrównuje ich perspektywa przyjmowana przez signorę Ragusę: to tylko dzieci, nieważne skąd pochodzą i jaka jest ich historia, mają prawo do szacunku, godnego życia i miłości.
Książka Rafała Witka łamie różne stereotypy. Nam, żyjącym w dobrobycie i wolności, wydaje się, że jesteśmy pod każdym względem lepsi od mieszkańców tak zwanego Trzeciego Świata, że w Afryce to dzieci tylko głodują i nic nie mają. Tymczasem dziecięce rysunki Tandżina i Andżeliki dowodzą, jak bogata jest kultura i myślenie o ojczyźnie tego chłopca, w porównaniu z tą dziewczynką, która czuje się zawstydzona własnymi ograniczeniami, tym, co w sobie nosi. Próbkę twórczości rysunkowej Tandżina widzimy na okładce (autorstwa Joanny Rusinek, która przygotowała również wyklejki i 5 ilustracji wewnątrz) – moją uwagę przyciągnęły właśnie lakierowane motywy w tle, bo portret chłopca, choć piękny, wydał się mnie i mojemu synowi smutny. W środku książka jest dużo bardziej optymistyczna. Losy Tandżina okazują się niemal bajkowe, przekaz opowieści – pozytywny, Andżelika wychodzi z niej wzmocniona pełna marzeń, mimo że zostaje na skromnym pięterku wynajmowanym od apodyktycznej, choć jak się okazuje obdarzonej dobrym sercem signory Ragusy. Nie należy obawiać się tej książki, nawet jeśli uważamy, że świat wojen czy uchodźców leży gdzieś daleko, w sferze zainteresowań oraz obowiązków innych ludzi, a naszych dzieci nie dotyczy i nie ma ich co straszyć. W ujęciu autora temat nie jest ciężki, nie spędza snu z powiek, a polska tułaczka zarobkowa stanowi dobre odniesienie, dyskretnie zbywające argument, że "to nie nasza sprawa".
"Chłopiec z Lampedusy" aktywizuje, jeśli nie do działania, to chociaż do myślenia, wdraża wartości bodaj najtrudniejsze do stosowania w praktyce: obiektywizm i empatię. To właśnie poszerzanie horyzontów dziecka jest istotą literatury dla najmłodszych, niezależnie od jej gatunku. Ponadto, według mnie, sens posiada tylko książka dla dzieci dobrej jakości, a "Chłopiec z Lampedusy" został napisany znakomitym językiem i stylem, ciekawie i prosto, bez wyniosłości oraz egzaltacji, jakich można by się spodziewać po tak trudnym i ważnym temacie.
Bożena Itoya

Rafał Witek, Chłopiec z Lampedusy, ilustracje Joanna Rusinek, Wydawnictwo Literatura, Łódź 2016.

czwartek, 14 grudnia 2017

Mydło. Koala nie pozwala!

Książeczki kartonowe przeważnie są pierwszymi książkami dziecka, bo też rodzice, dziadkowie, ciocie, wujkowie i wszyscy inni zainteresowani bez trudu znajdą wydane w ten sposób publikacje z adnotacją "0+". Mój syn będąc noworodkiem nie korzystał jeszcze z dobrodziejstw literatury, ale jako kilkumiesięczny bobas posiadał już kilka indywidualnych wydań piosenek i innych wierszy. Kiedy był nieco starszy, czytywaliśmy w bibliotece wesołe "kartonówki" Małgorzaty Strzałkowskiej, ukazujące się w Wydawnictwie Bajka ("Mały duszek", "Piłka" i inne), a teraz nadeszła pora, by nieco zdziecinnieć, ponieważ ten sam wydawca zajął się kolejnymi, według nas jeszcze ciekawszymi książkami kartonowymi.
Wydawnictwo Bajka w przypadku książek dla najmłodszych dzieci stawia na wysoką jakość tekstu i obrazu. To nie są jakieś tam obrazeczki do przeglądania, tylko pełnowartościowe utwory literackie dla najmłodszych opatrzone ilustracjami na świetnym poziomie. Warto schować głęboko wszystkie takie sobie książeczki, które przypadkowo trafiły do naszego domu oraz w ręce malucha, a wyeksponować tylko te, które rzeczywiście mu coś dadzą i są pod każdym względem estetyczne. Tak właśnie oceniam "Mydło" Małgorzaty Strzałkowskiej z ilustracjami Adama Pękalskiego oraz "Koala nie pozwala!" Rafała Witka z ilustracjami Emilii Dziubak.
Miłością do "Mydła" zapałałam od pierwszego wejrzenia, spodobał mi się bowiem zestaw kolorów, portret bohatera, "papierowy" wygląd tytułu, format ilustracji okładkowej i samej publikacji, która tylko wzorem muru (w tle) nawiązuje do cegły, bo w użytkowaniu jest poręczna i pod każdym względem doskonała. W książkach kartonowych strona tytułowa przeważnie nie występuje, czytelność i atrakcyjność okładki jest więc tym ważniejsza. Adam Pękalski spisał się znakomicie, bowiem na pierwszy rzut oka widać, że jest to publikacja dla dzieci, trafiająca w gust najmłodszych, ale na dobrym poziomie artystycznym, nieprzesłodzona.
Jako pierwszą i największą zaletę wierszowanej bajki Małgorzaty Strzałkowskiej wskazać należy samą koncepcję. Każdemu dziecku przynajmniej raz uciekło w kąpieli mydło, taka sytuacja to zatem świetny punkt wyjścia dla szalonego pościgu literackiego, a także dla wyobraźni czytelnika, który co wieczór może tworzyć własne historie o dzielnym kosmetyku, jego perypetiach, krainach, do jakich zawitał po karkołomnej ucieczce. Tymczasem Małgorzata Strzałkowska miejscem akcji uczyniła zamek oraz gród królewski, a bohaterami mydło, posiadające ręce, nogi i twarz (a dokładniej dość zawadiacką minę), króla obdarzonego słuszną tuszą i fryzurą oraz jego brudnych obywateli. Koronowana głowa boleje nad brakiem higieny, na co łazienkowy przyjaciel, nosem i kolorem przypominający księżyc, w pełni sił i bąbelkowej aurze wyślizguje się przez okno, by pomóc w akcji czyszczenia świata bajki. Pan Mydło, jak każdy superbohater, zmienia świat, nie zważając na to, że wszyscy wokół się... pienią. I biegają w częściowym negliżu. Jest coraz weselej, bardziej kolorowo i jaśniej, a wyliczankowa powtarzalność tekstu przywołuje skojarzenia z klasyką polskiej poezji dla dzieci (na przykład z "Rzepką" Juliana Tuwima). Według mnie, ten utwór góruje jednak nad wierszami z dzieciństwa dzisiejszych rodziców i dziadków, jest świeższy, pachnący zabawą, lekki i perlisty jak mydlane bańki. Ilustracje w cudowny wprost sposób podążają za tekstem i gdyby tak wyglądały wszystkie książki obrazkowe, pewnie na naszych półkach przeważyłyby nad "poważną" literaturą. Twarze mieszkańców bajkowego grodu (w tym zwierząt) są prześmieszne, wpatrywanie się w nie dało mi więcej uciechy od niejednego komiksu czy satyry.
"Koala nie pozwala!" to publikacja dla kilkuletnich rozrabiaków i starszych niepokornych, dla każdego, kogo drażnią zbyt grzeczne książki. Nawet ci niecierpliwi zazwyczaj czytelnicy z pewnością wytrzymają tę liczącą 30 stron kombinację zwariowanych scenek, z 15 zwrotkami Rafała Witka (które można również odbierać jako odrębne wierszyki) i 30 ilustracjami Emilii Dziubak. Wszyscy zainteresowani polską książką dla dzieci znają tę ilustratorkę, ale jej prace jeszcze nigdy nie przypadły nam do gustu aż tak. Koala powala! Tekst jest zwięzły i zadziorny, a obrazki nie tylko do niego pasują, one się z nim rymują! Mamy tu do czynienia z rymowano-plastyczną rewią, koala, to obrażony, to brylujący na scenie, zachwyca feerią barw i czupurności. Można się obruszyć, można też dojść do wniosku, że nie każdy zwierz jest i chce być słodziakiem oraz nie każdy pisarz czy ilustrator chce ugłaskać czytelnika, lukrując swoją książkę i czyniąc ją mięciutką jak futerko pluszaka. Nie można natomiast pozostać obojętnym na spotkanie z tą książką i samym charakternym torbaczem.
Tylko czy na pewno bohaterem jest australijski smakosz eukaliptusa? Jeśli przyjrzeć się ilustracjom i porozmyślać o tych prostych rymowankach, to koala jawi się niczym zrzędliwy dziadek, przyjazny, ale na jego zasadach, ludzki bardziej od dziecka, przypominającego raczej jakieś małe stworzonko, niezbyt rozgarnięte, posiadające buzię sympatycznego trolla, z natury lekko łobuzujące i wchodzące dorosłym na głowę. Cała książka opowiada tak naprawdę o zabawie, przypuszczalnie właśnie dziadka z malutkim wnukiem, w którego oczach starszy pan ze swoimi okularami, dziwnymi zwyczajami i siwą miękkością jest podobny bardziej do zwierzątka albo maskotki niż znanych dziecku młodych dorosłych, czyli rodziców. Czy ten misiowaty dziadek pozwoli dokazywać tak, jak można to robić przy wiecznie zajętych rodzicach? Cóż, tę wątpliwość wyjaśniono już w tytule, zresztą na wypadek, gdyby ktoś nie zrozumiał, ostatnia zwrotka dobitnie przypomina, że "koale to nie misie!". A interpretacja, czy chodzi o zwyczajnego torbacza, czy też książka jest pamiętnikiem z wakacji spędzanych pod opieką niezwykłego dziadka, należy już do każdego czytelnika z osobna. Tak czy siak, nas bardzo ubawiły próby ugłaskania tego powolnego, zaspanego jegomościa na emeryturze, działkowicza niekiedy pławiącego się w dmuchanym baseniku ogrodowym. Pamiętam podobne działkowe wakacje z własnego dzieciństwa, choć zapomniałam już, jakim zwierzem stawała się w mojej wyobraźni surowa babcia.
Obie omawiane publikacje zostały znakomicie wydane: papier jest trwały, format i waga dopasowane w sam raz do możliwości kilkulatka, strony odpowiedniej grubości, wygodne w użytkowaniu przez małe dłonie, a barwy tak intensywne, że po lekturze przychodzi chętka na owoce i warzywa. Skosztujcie tego literacko-graficznego dobra, niezależnie od wieku, bo nawet taka staruszka, jak ja, często sięga po "Mydło" i "Koalę", by podtrzymać wysoki poziom radości i koloru.
Bożena Itoya

Małgorzata Strzałkowska, Mydło, ilustracje Adam Pękalski, Wydawnictwo Bajka, Warszawa 2017.
Rafał Witek, Koala nie pozwala!, ilustracje Emilia Dziubak, Wydawnictwo Bajka, Warszawa 2016.

piątek, 13 października 2017

Elvis i Agenci Pamięci


Seria "Bzik & Makówka przedstawiają" przebojem wtargnęła na rynek polskiej książki dla dzieci w 2014 roku – za pierwszy tom ("Zgniłobrody i Luneta Przeznaczenia") Rafał Witek otrzymał Nagrodę Literacką im. Kornela Makuszyńskiego, czyli "Koziołka". Autor nie spoczął na laurach, a my, czytelnicy, nie powinniśmy tracić z oczu tego cyklu, ponieważ każdy tom jest ciekawszy i lepiej dopracowany. Oprócz dobrej literatury znajdziemy w "Bziku & Makówce" niepowtarzalne ilustracje z satyryczno-plakatowym rysem. Jeśli, jak ja, nie możecie odżałować, że nie trafiliście na wystawę prac Magdy Wosik, sięgnijcie po "Elvisa i Agentów Pamięci", takie małe portfolio artystki. Piąta odsłona "ponadczasowych" przygód Gabrysi Bzik i Nilsona Makówki kwitnie znakomitymi rozwiązaniami graficznymi i pomysłami literackimi.
Jedyną sprzecznością, zresztą bardzo pozytywną, jaką zastałam w tej książce, jest jej dwoisty wpływ na czytelnika. Z jednej strony, autor uporządkował wiele spraw, nawiązując do poprzednich podróży w czasie ("Zgniłobrody i Luneta Przeznaczenia", "Ucieczka z tajemniczego ogrodu", "Autograf za milion dolarów", "Maliny zza żelaznej kurtyny") i częściowo wyjaśniając ich przyczyny, czym zaspokoił naszą ciekawość. Jednak równocześnie skończyliśmy lekturę tego tomu umierając z ciekawości, co będzie dalej. I kiedy to będzie? To znaczy, w jak niedalekiej (miejmy nadzieję) przyszłości przeczytamy kontynuację? Oraz: w jaką przeszłość kolejnym razem zostaną wrzuceni bohaterowie? A może szykuje się niespodzianka, jakiś powrót do przyszłości? Wszystko jest możliwe, w końcu w "Elvisie i Agentach Pamięci" to nie duet rozrabiak & mózgowiec cofnął się w czasie, jak zazwyczaj (z wyjątkiem pierwszego tomu) bywało, tylko przeszłość zawitała w progi dwudziestego pierwszego wieku.
Gabrysia i Nilson bywali już i dawno, dawno temu, i tuż za swoją czasową miedzą, za górami i lasami, ale też w niespodziewanych zakątkach własnego miasta. Teraz są po prostu... w czwartej klasie. Drugi semestr, dużo prac domowych, opinia uczniów sprawiających (nietypowe) problemy – oto codzienna strawa genialnych detektywów i podróżników w czasie. Aby podbudować swój wizerunek, Bzik & Makówka zabierają się za przygotowanie klasowej strony internetowej. Chcą być ekspertami i dokonać elektronicznych cudów, więc odpowiadają na wywieszone w warzywniaku ogłoszenie o kursie "programowania i grafiki komputerowej dla nieletnich". Brzmi podejrzanie, prawda? Przewidujący Nilson Makówka, fascynat prawa i przepisów wszelkiej maści, też węszył niebezpieczeństwo i w rozmowie telefonicznej wypytał o wszystko, co trzeba. Uspokojeni, przyszli kursanci udali się pod wskazany adres, ale go nie znaleźli, poznali za to wesołego sprzedawcę kebabu. W jego toalecie odkryli przejście... nie, nie do Ministerstwa Magii, tylko do biura Agentów Pamięci. Na miejscu okazało się, że są dobrze znani tej dziwnej "fundacji" i zostali przez nią zwabieni w celach innych niż produkcja strony internetowej. Choć i takowa w końcu powstanie. Będzie nawet wątek miłosny, i to nie jeden!
Bzik & Makówka porwani nie zostaną, staną się za to asystentami Elvisa Presley'a i pewnego wynalazcy z innej bajki. Akcja zacznie niepostrzeżenie gnać, aż nagle książka się skończy i na Waszych ustach (albo klawiaturach) pojawi się, jak na naszych, pytanie: Panie Autorze, kiedy ciąg dalszy? Wcześniej jednak zaszalejecie na koncercie Elvisa, bo główny wątek humorystyczny oparty jest na słynnej teorii głoszącej, że król rocka nie umarł, żyje gdzieś, nie wiadomo, gdzie. Czemu więc nie miałoby chodzić o współczesną Polskę? Mam nadzieję, że piąci "Bzik & Makówka" zostaną przetłumaczeni na wiele języków i zagoszczą w każdym muzeum poświęconym Elvisowi Presley'owi na świecie. Żarty żartami, ale rzadko zdarza się tak udane wpisanie popkulturowego mitu w (porządną!) literaturę dla dzieci.
Konstrukcji tej ilustrowanej minipowieści nie można nic zarzucić, doskonale realizuje szablon przyjęty przez Rafała Witka oraz Magdę Wosik już w pierwszym tomie, przy czym, jak już wspomniałam, od czasu "Zgniłobrodego" koncepcja została udoskonalona, rozwinięta. Czytamy i oglądamy na tych samych zasadach, które ustalono w poprzednich "Bzikach & Makówkach", tylko sięgamy głębiej, bawimy się lepiej, dowiadujemy więcej. Po raz kolejny zastanawiałam się, jak to możliwe, że rysownik tak znakomicie "dogaduje się" z tekstem, skoro nie jest jego współautorem. Ja odbieram tę lekturę jako eksperymentalny projekt z pogranicza sztuk, prawdziwe zjawisko, którego miejsce jest zarówno na półkach zwykłych dziesięciolatków lubiących książki rozrywkowe, jak w muzeach literatury, kultury popularnej czy galeriach karykatury i plakatu.
Bożena Itoya

Rafał Witek, Elvis i Agenci Pamięci, seria Bzik & Makówka przedstawiają, rysunki Magda Wosik, Nasza Księgarnia, Warszawa 2017.

środa, 23 września 2015

Bzik & Makówka – seria zaskoczeń

Cykl książek "Bzik & Makówka" został napisany dla dzieci około dziesięcioletnich. Właśnie w tym wieku są tytułowi bohaterowie: Gabrysia Bzik i Nilson Makówka, wykreowani przez Rafała Witka (tekst) i Magdę Wosik (ilustracje). Dzieci lubią się i polegają na sobie, choć początkowo Gabrysia jest do kolegi uprzedzona, a ich kontakty wpisują się w szkolne zasady "zadawania się".

"To było następnego dnia, kiedy wracaliśmy z Nilsonem ze szkoły. Od afery z toaletą i tak wszyscy o nas plotkowali, więc przestaliśmy ukrywać naszą znajomość. A może przyjaźń? Natalka trochę się o tę przyjaźń gniewa. Na najbliższym treningu spuszczę jej porządne manto, to od razu się pogodzimy."
("Zgniłobrody i Luneta Przeznaczenia")

W każdym tomie dzieci przeżywają nową przygodę, bawiąc się w detektywów lub dobroczyńców, wpadając do ciekawych miejsc, czasów, natrafiając na niezwykłe przedmioty i osoby. A wszystko zaczyna się od spotkania z pewnym kloszardem, a może piratem?

"Właśnie miałam odgryźć pierwszy kawałek kabanosa, kiedy usłyszałam za sobą coś jakby kroki. W tej samej sekundzie czyjaś łapa wyrwała mi kabanosa i przy okazji ubrudziła bluzkę substancją przypominającą błoto.
Ej, no! – krzyknęłam.
Za moimi plecami stał obcy mężczyzna. Był zwalisty, potwornie brudny, zarośnięty i obszarpany. W dodatku śmierdziało od niego, jakby się wykąpał w przenośnej toalecie."

Pierwszy tom serii ("Zgniłobrody i Luneta Przeznaczenia") napisany został prostym, młodzieżowym językiem. Narratorką jest Gabrysia Bzik, wszystkie wydarzenia poznajemy z jej punktu widzenia. Dziewczę to trudno uznać za potulne i skromne, momentami jest nawet przesadnie złośliwe. Przygoda toczy się wartko, bywa zaskakująca, wciąga i bawi młodego czytelnika od pierwszej do ostatniej strony, czyli na około dwie, trzy godziny. Płynność lektury w dużym stopniu jest zasługą ilustracji, utrzymujących uwagę tych dzieci, które dotychczas wolały komiksy, a od książek stroniły. Humor, umowność i skrótowość tych czarno-białych obrazków znakomicie odpowiadają fabule oraz sposobowi narracji. W drugim tomie ("Ucieczka z tajemniczego ogrodu") rysunki niekiedy nawet dominują nad tekstem, mniej porywającym i dynamicznym niż w "Zgniłobrodym i Lunecie Przeznaczenia".

Zmiana tematu, a raczej jego zawężenie do dziedziny odległej początkującym czytelnikom (nie mogę za wiele zdradzić), jak również eksperymenty z językiem, wpłynęły na niekorzyść książki. Po prostu przy "Ucieczce z tajemniczego ogrodu" chwilami prawie się nudziliśmy, mimo że znamy i lubimy książkę, do której odnosi się, nawet w tytule, Rafał Witek.
Druga część "Bzika & Makówki" zaskoczyła mnie nietypowymi rozwiązaniami stylistycznymi: użyciem w wypowiedziach (narracji) dziesięciolatki czasu zaprzeszłego ("Powinniśmy byli sami na to wpaść!", "Powinien był przenieść nas do dnia, w którym...") oraz słów za trudnych dla dzieci w tym wieku. Równocześnie starodawny, staranny sposób wysławiania się jednej z postaci określony został jako "egzaltowany, pompatyczny styl" oraz "maniera".
Jednak i w "Ucieczce z tajemniczego ogrodu" znaleźliśmy fragmenty zabawne, cierpkie, po prostu charakterystyczne dla pisarstwa Rafała Witka. Na przykład, co decyduje o tym, że czujemy się w Polsce dwudziestego pierwszego wieku jak u siebie?

"Widok linii wysokiego napięcia bardzo by mnie uspokoił. Dowolny znak informacyjny – choćby to nawet było: "Uwaga, seryjni mordercy!" – wzbudziłby mój entuzjazm. Dałabym się pokroić za możliwość wypatrzenia i podniesienia najnędzniejszego skrawka plastikowego opakowania. Ale żadnej z tych rzeczy po drodze NIE BYŁO! Były za to ptaki, muchy i meszki, koński nawóz, przydrożne kwiatki i kilometry, kilometry, kilometry wrzosowisk..."
Trzecia odsłona serii spodobała się nam najbardziej. Objętość "Autografu za milion dolarów" jest mniej więcej taka sama, jak w przypadku dwóch pierwszych części, ale tę książkę przeczytaliśmy błyskawicznie i byliśmy zawiedzeni, że "już" się skończyła.
Po pierwsze, mocną stroną tej lektury jest autorefleksja bohaterów. W przeciwieństwie do poprzednich części, więź między nimi jest naprawdę mocna, szczera i jakby bardziej realna. Gabrysia i Nilson zaczynają się nieśmiało zastanawiać, co ich łączy. To ważne, bo przyjaźnie damsko-męskie w wieku dziesięciu lat zdarzają się naprawdę rzadko, choć roi się od nich w literaturze dla dzieci. Nie wystarczy powiedzieć młodemu czytelnikowi, że bohaterowie książki najpierw patrzyli na siebie z ukosa, a potem tak po prostu się polubili i stali nierozłączni. Tak dzieje się tylko w bajkach.
Autorefleksja Gabrysi i Nilsona nie ogranicza się wyłącznie do ich przyjaźni, rozmyślają także o przyczynach swoich przygód.

"– Nie sądzisz, że to wszystko jest chore? Gdziekolwiek się ruszymy, wpadamy w to, co było. Tak jakby przeszłość... w jakiś sposób nas przyciągała. Inni żyją w teraźniejszości inie mają takich problemów."

Drugim atutem "Autografu za milion dolarów" jest niewymuszone, świeże poczucie humoru. Bywa cynicznie, ale tak właśnie lubią się śmiać rówieśnicy bohaterów, zwłaszcza wielbiciele komiksów i rozmaitych ilustrowanych "dzienników". Zresztą, z niewielkimi wyjątkami, Gabrysia ma jakby mniej cięty język niż we wcześniejszych tomach. Planując omówienie tej książki wynotowałam aż sześć najśmieszniejszych fragmentów, nie mogłam się zdecydować, który tu przytoczyć, musiałam więc dokonać wyboru drogą losowania. Wizje trupa w brudnych ciuchach Gabrysi, studenta z ośmiopakiem piwa w bagażu podręcznym, rozpaczających badyli, konsultacji psychiatrycznych oraz alkomatu telefonicznego pozostawiam do samodzielnego odnalezienia.

"Cóż było robić? Kiedy sława puka do drzwi, nie warto udawać, że nikogo nie ma w domu. Grzecznie się przedstawiłam, pozdrowiłam pana dyrektora Sztorca i całą klasę III A (która już za tydzień zmieni się w IV A), a także naszą dozorczynię, żeby było jej miło."

Kolejną wielką zaletą trzeciej części "Bzika & Makówki" jest nietypowy wymiar edukacji artystycznej. Forma, w jakiej Rafał Witek opowiada o surrealizmie (!) jest lekka, ale książka zachowuje wszelkie walory informacyjne. Nie wyobrażam sobie lepszego sposobu na przekazanie słowem wiedzy o sztuce. Mój syn zapamiętał z tej lektury dużo więcej, niż z książek może cenniejszych literacko, ale dla dziesięciolatka zbyt dydaktycznych, na przykład z "Pana Jaromira i zagadki aniołów" Heinza Janischa. W "Autografie za milion dolarów" do tradycyjnych lekcji muzealnych, odbywanych w ciszy i filcowych kapciach, nawiązuje tylko sceneria, w jakiej zawiązuje się intryga.
"Z ciekawością przyglądałam się kolejnym pracom. Były niewielkie i musiałam podchodzić do każdej naprawdę blisko. Przez cały czas czułam na plecach wzrok pani w granatowym sweterku. Nie miałam wątpliwości, że gdybym wykonała choć jeden podejrzany ruch, wyjęłaby spod sweterka miniaturowy karabin maszynowy i otworzyła do mnie ogień. To w każdym razie sugerowało jej spojrzenie. Dlatego się pilnowałam i cały czas trzymałam dłonie splecione za plecami."

Konwencja i tempo akcji nie rozmywają się, jak w części drugiej. "Autograf za milion dolarów" uważam za najbardziej dopracowaną i spójną odsłonę serii, choć wciąż nie jest to rozbudowana narracja, trudno nawet uznać ją za powieść. Pozostaje dynamiczną książką z elementami komiksu, odwołującą się do gustów czytelników "Dziennika cwaniaczka", "Magicznego drzewa" czy "Biura detektywistycznego Lassego i Mai". Na pewno jest to jedna z lepszych pozycji z grupy modnych, krótkich, bogato ilustrowanych lektur dla uczniów młodszych klas szkoły podstawowej.
Bożena Itoya
Rafał Witek, Bzik & Makówka przedstawiają: Zgniłobrody i Luneta Przeznaczenia, Ucieczka z tajemniczego ogrodu, Autograf za milion dolarów, ilustracje Magda Wosik, Nasza Księgarnia, Warszawa 2014, 2015.