cudanakiju.pl

cudanakiju.pl

niedziela, 16 października 2016

Biblioteka pana Lemoncella



Książka Chrisa Grabensteina wciągnęła nas dosłownie od pierwszej strony, na której bohater rzuca się w wir zwariowanej rodzinnej gry – mamy takie same zwyczaje! Następnie z zachwytem odkryliśmy, że w świecie pana Lemoncella biblioteki i ich pracownicy cieszą się ogromnym szacunkiem, a ich działalność wzbudza powszechne zainteresowanie. Bibliotekarze są tu wręcz celebrytami, a autorzy gier planszowych i rodzinnych stają się miliarderami.

Tymczasem na drugim końcu miasta dr Janina Zinczenko, sławna na całym świecie bibliotekarka, szła szybkim krokiem przez wielki jak jaskinia budynek, którego uroczyste otwarcie miało nastąpić za parę dni.
Nową bibliotekę miasta Alexandriaville budowano od pięciu lat. Wszystkie prace odbywały się w największej tajemnicy pod najbardziej ścisłym nadzorem. Jedna ekipa zajmowała się odnawianiem elewacji niegdyś najwspanialszego w tym małym miasteczku budynku, dawnej siedzibie banku. Inne – stolarze, murarze, elektrycy – pracowały wewnątrz. Każdą z tych ekip zwalniano po sześciu tygodniach i zatrudniano następną. Nikt z robotników nie wiedział, co robią (lub będą robić) inni. A kiedy wreszcie ukończono prace, kilka supertajnych zespołów (wysokopłatnych robotników, którzy mieli za zadanie wyprzeć się, że kiedykolwiek byli w bibliotece, Alexandriaville czy Ohio) potajemnie wprowadziło parę ostatnich poprawek. Dr Zinczenko nadzorowała je w imieniu swojego pracodawcy, bardzo ekscentrycznego (niektórzy twierdzili, że szalonego) miliardera. Tylko ona wiedziała, jakie zagadki i cudowności kryje nowa, niewiarygodna biblioteka.

Przygotowania do inauguracji działalności tajemniczej biblioteki brzmią intrygująco, a w ich cieniu poznajemy przyszłych uczestników przedstawienia reżyserowanego przez pana Lemoncella. Czy przyjmą rolę pionków w tej przedziwnej grze? Galeria postaci i cała sytuacja nieco przypomina "Charliego i fabrykę czekolady", do której to książki wydawca (Wilga) odwołuje się nawet na okładce. Analogie nie przeszkadzają jednak czerpać przyjemności z lektury, która jest bardziej współczesna niż klasyczna opowieść Roalda Dahla. Prawdopodobnie większości rówieśników mojego syna (10 lat) powieść Chrisa Grabensteina wyda się atrakcyjniejsza, choćby ze względu na nowinki techniczne zastosowane w bibliotece pana Lemoncella. Jednak duch Roalda Dahla odżył w tej książce, niczym postacie z przeszłości pana Lemoncella i historii literatury ożywione w formie hologramów podczas niezwykłej bibliotecznej gry terenowej.

Zasady bibliotecznej imprezy zamkniętej – oznajmiła dr Zinczenko – przedstawi wam pani Fail Tobin, główna bibliotekarka biblioteki miasta Alexandriaville w latach sześćdziesiątych, gdy pan Lemoncello miał tyle lat co wy.
Cudowna Kopuła znowu podzieliła się na dziesięć działów Deweya.
Ile ma lat? – spytał Sean Keegan.
Miałaby sto dziesięć, gdyby nadal żyła.
Umarła i nadal tu pracuje?
Powiedzmy, że jej duch przetrwał w tym hologramie.
Tu nie ma okien – zauważył Andrew Peckleman. – Pewnie po to, żeby zniechęcić złodziei do włamań. Ale czy biblioteka nie powinna mieć okien?
Biblioteka ich nie potrzebuje. Mamy książki, które sa oknami na światy, o jakich nawet nie śniliśmy.

Akcja zbudowana jest właściwie z kilku rozgrywek: wstępnych, właściwych, mniej ważnych i kluczowych. Pan Lemoncello czasem odurza technologicznymi rozwiązaniami, kiedy indziej stawia na znajomość tradycyjnych, analogowych gier. Dzieci uczestniczące w zamkniętej imprezie inauguracyjnej muszą się też wykazać miłością do książek i nieustającą czujnością.

Kto z was zna klasyczną grę planszową pana Lemoncella – Wyścig na Szczyt Stogu?
Uniosło się dwanaście rąk.
Bardzo dobrze.
Cudowna Kopuła zmieniła się w gigantyczne, wypukłe wieczko pudełka gry.
To będzie żywa, trójwymiarowa wersja tej gry. Wszyscy usłyszycie pytanie. Jeśli odpowiecie poprawnie, będziecie mogli rzucić kostką i przemieścić się o odpowiednią ilość biurek. Gdy wrócicie do punktu wyjścia, przeniesiecie się do następnego kręgu biurek. Zakończywszy to okrążenie, przejdziecie do następnego i tak dalej. Ten, kto dotrze do mojego biurka na środku, zostanie zwycięzcą.

Przygoda, którą przeżywa Kyle i kilkoro innych dzieci, opiera się na rywalizacji i zawieraniu sojuszy, uczciwości i sprycie, rozwiązywaniu szyfrów, a w dużym stopniu także na umiejętności zastosowania wiedzy z zakresu bibliotekoznawstwa i literatury. To gra dla małych geniuszów.

Na podłodze zamigotały czerwone strzałki. Sean poszedł za nimi.
Co się wydarzy, jeśli postanowimy zostać? – spytała Akimi.
Dostaniecie szansę zagrania w zupełnie nową, ciekawą grę!
Czy jest nagroda dla zwycięzcy? – chciała wiedzieć Haley Daley.
O, tak.
Teraz Miguel uniósł rękę.
A co musimy zrobić, żeby wygrać?
To proste: znaleźć drogę wyjścia biblioteki, posługując się tylko tym, co w niej znajdziecie.

Wspaniale czyta się o tych tropicielach zagadek zainscenizowanych w przestrzeni biblioteki ze snów, o ożywających książkach oraz ich twórcach. Czytelnik prędko zaczyna marzyć o udziale w podobnej grze. Tempo sprzyja i szybkiej lekturze, i pracy szarych komórek: O czym autor już pisał? Jakie to może mieć znaczenie dla kolejnych zadań? Kto odpadnie, kiedy i dlaczego – z własnej woli, winy, a może kłopoty ściągną na niego inni gracze?
Zastanawia Was też pewnie, po co to wszystko? O co walczą pierwsi posiadacze kart czytelnika biblioteki pana Lemoncella? Cóż, trapi to również samych uczestników gry. Wczytajcie się w tę historię i czekajcie na kolejne wyzwania, gra jest warta świeczki!

Może nam pan zdradzić, jaką nagrodę przewidziano dla zwycięzcy?
(...) – Sława i chwała!

Bożena Itoya

Chris Grabenstein, Biblioteka pana Lemoncella, tłumaczenie Maciejka Mazan, Wilga, Warszawa 2015.

Podróż ‏– migracja – ucieczka


Przeglądając nowości wydawnicze dla dzieci i młodzieży często rzucam okiem na stronę londyńskiej oficyny Flying Eye Books. Odwiedzenie tej witryny przypomina wizytę na wystawie sztuki, bo wydawnictwo specjalizuje się w obrazach, a dokładniej w książkach obraz(k)owych. O tę samą dziedzinę zahacza Kultura Gniewu, wydawca nie tylko komiksów, ale też na przykład książek Shauna Tana czy "Wyprawy Shackletona". Właśnie dzięki temu wydawnictwu już kilka miesięcy po premierze "The Journey" polski czytelnik może sięgnąć po "Podróż".
Debiutująca autorka tekstu i ilustracji, Francesca Sanna, skomponowała plastyczną opowieść o wojnie, strachu i ucieczce przed nimi, o poszukiwaniu lepszego miejsca do życia, marzeniu i wytrwałości. Wojna jest punktem wyjścia, impulsem i substancją, która przenika bohaterów książki, popychając ich do tytułowej podróży ku egzotycznej krainie, na przykład Polsce.
Chociaż tułaczkę rodziny emigrantów poznajemy z punktu widzenia dziecka, jest to opowieść bardzo dojrzała. Znaleźliśmy w niej wiele poetyckich wrażeń, sennych mar i wzruszeń. Podróż uchodźców porównywana jest do migracji ptaków, jednak według mnie ptasi instynkt i natura mają niewiele wspólnego z losami prześladowanych ludzi. Metaforę tę zamknęłabym w stwierdzeniu, że uciekające dzieci chowają się (w obu znaczeniach tego słowa) w miarę bezpiecznie pod skrzydłami matki.

Ptaki migrują tak jak my. Ich podróż jest bardzo długa. Ale nie muszą przekraczać żadnych granic. Mam nadzieję,że pewnego dnia, podobnie jak ptaki, znajdziemy wreszcie swój dom. Dom, w którym będziemy bezpieczni i w którym zaczniemy wszystko od nowa.

W wyobraźni dziecka i czytelnika włosy mamy zmieniają się w parasol, namiot, spadochron, tworzą świat, w którym jakoś można przetrwać najcięższe chwile. Moc mamy-czarodziejki rozświetla mrok i czyni go fantastycznym, uchodźstwo nazywa podróżą. I choćby matka tak naprawdę, w głębi siebie, niosła niemoc, o czym świadczy jeden z malunków, nie okazuje tego.
Łódź się buja i kołysze, podczas gdy fale robią się większe i większe. Morze zdaje się nie mieć końca. Opowiadamy więc sobie nowe historie. O lądzie, do którego płyniemy, gdzie w wielkich zielonych lasach żyją wróżki, które tańczą i uczą nas zaklęć kończących wojnę.

Jeśli więc nie interesują was, nie wzruszają lub zbyt angażują politycznie obrazy przedstawiające jeden z krajów arabskich pogrążonych w wojnie, gigantycznych, upiornych strażników granicznych, przypominających kilkumetrowe maszkary z teatru ulicznego, przemyt ludzi w bydlęcych warunkach oraz przewodnika-cień przeprowadzającego przez zieloną granicę, to może ujmie was ten najdyskretniejszy, matczyno-ptasi wymiar "Podróży".
Ilustracje, ich siła wyrazu, kolorystyka, urok i metaforyczność czynią tę książkę niepowtarzalną. Oszczędność słów równoważy ciężar emocji, jakimi obarcza nas autorka za pośrednictwem obrazu. Całość zamknięta została w pięknej oprawie z płóciennym grzbietem zdobionym malowanymi ptakami i literami. Kolorowa okładka może trochę zmylić rodzica, bo choć książkę można czytać i najmłodszym dzieciom, to trudno byłoby im zrozumieć, że to jest ta lepsza wersja uchodźstwa. Każda taka magiczno-upiorna podróż ległaby w gruzach gdyby, jak to często bywa, pisklęta musiały migrować bez rodzica.
Bożena Itoya

Francesca Sanna, Podróż, tłumaczenie Agata Napiórska, Krótkie Gatki – Kultura Gniewu, Warszawa 2016.

piątek, 14 października 2016

Tata w sieci sieci



Nie trzeba pisać zbyt wiele o książce "Tata w sieci" Philippe'a de Kemmetra wydanej przez Muchomor, bo jeśli kogoś rozbawi lub zaintryguje już jej zapowiedź, to będzie wolał uciec z macek internetu, w którym właśnie czyta niniejszą recenzję, i poczytać z dzieckiem samą publikację. Jeżeli zaś ktoś poczuje się zirytowany lub urażony tematem tej książeczki, tym bardziej powinien się z nią zapoznać.

Ten pingwin z komputerem to mój tata. Od samego rana tata czyta swoją internetową gazetę, sprawdza pogodę i spędza dużo czasu ze swoimi internetowymi przyjaciółmi. Ostatnimi czasy między mamą i tatą panuje chłód.

Tak rozpoczyna się opowiadanie małego pingwina, któremu towarzyszą ładne, kolorowe, całostronicowe ilustracje. Tekstu znajdziemy tu niewiele, jak to w książce obrazkowej dla dzieci. Treść czasem przenika do rysunków, bez których ta opowieść nie mogłaby istnieć, są też komiksowe dymki, chmurki nad głowami i "traachy!!!". Autor pod każdym względem dopracował pomysł na książkę o uzależnieniu od wirtualnego świata: od samej historyjki, przez imiona przyjaciół z Icebooka (Pola R., Lodwik, Coolpack... choć to akurat zasługa polskich tłumaczy), po rysunki na wyklejce przedstawiające ryby złożone z rozmaitych "klawiaturowych" znaków i poleceń. Jako temat książki obrazkowej dla dzieci, problem życia sztucznym życiem wypada przezabawnie.
Szukając zasięgu, tata coraz bardziej zbliża się do morza. Mama i ja ruszamy za nim. Nagle słychać straszny trzask. Odgłos pękającego lodu...

Tata jest tu pewną figurą, przykładem, bo przecież równie dobrze internetowe zmrożenie rzeczywistości może przytrafić się dziecku, mamie, ewentualnie też dziadkowi i babci. A może wszystkim im razem wziętym? Rozejrzyjmy się dookoła (wystarczy metr, no, może kilka) – zjawisko "zinternecenia" zazwyczaj dotyczy więcej niż jednego członka rodziny czy innej grupy społecznej, często nawet wszystkich, i wykracza poza komputer, który jest ulubionym przedmiotem i towarzyszem pingwiniego taty. Ostatnio ilekroć jestem w kinie, jakaś mama komunikuje się przez smartfona do ostatniej sekundy reklam wyświetlanych przed filmem, a czasem i w trakcie właściwego seansu. W autobusach wszyscy przerzucają strony internetowe i tworzą dymki (niestety nie te komiksowe) na swoich małych komputerkach / dużych telefonach, a spotkania towarzyskie i zawodowe przeważnie odbywają się z akompaniamentem dźwięków przychodzącej wiadomości (lub innych niecierpiących zwłoki informacji). Trudno mi sobie wyobrazić, że w jakiejś rodzinie tylko jedna osoba jest stale "podłączona", "wpięta" (tytuł oryginalny książki: "Papa est conecté"), online, offreal... o przepraszam, odrealniona, czy "wirtualna", jak mówi o swoim tacie mały pingwin. Takie indywidualne przypadki zdarzały się często jeszcze kilka lat temu, teraz nieco się zdezaktualizowały.

Autor, zapewne ze względu na młodego adresata książki, przyjął optymistyczną wersję rozwiązania problemu uzależnienia od internetu, przedstawionego zresztą z przymrużeniem oka. W "realu" byłoby drugie zakończenie: nowe wykorzystanie laptopów (które poznacie na końcu opowiastki) czy tabletów wynikałoby stąd, że zapowiedziano pojawienie się kolejnej generacji tychże sprzętów. Skoro nowsze modele niebawem zawitają pod każdą strzechę, to stare, do niedawna ukochane i nieodłączne, już są passé i można się ich pozbyć. Jednak w "Tacie w sieci" wszystko kończy się dobrze i pogodnie, a książka zasługuje na wielkie brawa za ostrzeganie najmłodszych przed pułapkami cywilizacji oraz za pochwałę życia rodzinnego i sąsiedzkiego.
Bożena Itoya

Philippe de Kemmeter, Tata w sieci, przekład Michał i Szymon Radziwiłłowie, Wydawnictwo Muchomor, Warszawa 2016.

środa, 12 października 2016

Noc w Muzeum Narodowym


Twórcy książek stosują różne metody przekonywania dzieci, że sztuka nie jest nudna, a wizyta w muzeum może być wielką przygodą. Mamy więc publikacje edukacyjne z zadaniami plastycznymi, typowe przewodniki z tekstem i oprawą plastyczną dostosowanymi do możliwości młodszych dzieci, niebywających zbyt często w muzeach i galeriach. Słynne dzieła sztuki oraz instytucje zajmujące się kolekcjonowaniem czy konserwacją eksponatów od czasu do czasu wskakują również do literatury pięknej dla najmłodszych. Nowo powstałe wydawnictwo "druganoga" obrało tę właśnie drogę, publikując książkę przygodową z wątkiem kryminalnym, której akcja rozgrywa się w warszawskim Muzeum Narodowym.

Wyjąłem plan Muzeum, który w biegu udało mi się capnąć w holu. Czegoś takiego jeszcze nie widziałem. Same kwadraty i prostokąty, w dodatku jeden bardziej szary od drugiego. Kto to narysował? Właśnie odkryłem, dlaczego tak niewielu ludzi włamuje się do Muzeum! To wszystko jest bardzo skomplikowane i nieprawdopodobnie męczące. Naprawdę.

"Draka w Muzeum" jest historią pewnego zakładu, jaki lekkomyślnie podejmuje z rówieśnikami Janek, wciągając w swoje zadanie również młodszego brata, Stefka. Właśnie ten wspólnik mimo woli relacjonuje nam przechwałki brata, który zapowiada, że włamie się do Muzeum Narodowego, przygotowania do kradzieży oraz przyjęcie trzeciego kompana do spółki. Pomocnikiem przyszłych młodocianych gangsterów zostaje ich dziadek, emerytowany pracownik Muzeum, posiadający specjalistyczną wiedzę – znający każdy kąt budynku.

No jasne. – Janek próbował załagodzić sytuację. – My jesteśmy porządnie wychowani rabusie, tak jak w starych dobrych czasach. Najważniejsze to dobre maniery, prawda Stefek?
Tak, tak – mruknąłem. Ale mój brzuch mruczał coś zupełnie innego. Byłem zły. Miałem być mistrzem włamu. Sympatycznym Stefkiem, który w nocy zamienia się w przebiegłego włamywacza. Ale na filmach nie pokazują, jakie to wszystko męczące! Ile się trzeba napracować, żeby coś gwizdnąć. Byłem głodny jak wilk. I spocony jak mysz. Myśl, że dalej będę się plątał przez całą noc o pustym brzuchu po ciemnym, pełnym schodów, korytarzy i szalejących wartowników Muzeum, była trudna do zniesienia.

Opowieść została bardzo dobrze napisana. Autorka (Agata Loth-Ignaciuk) umiejętnie żongluje humorem, zagadką, prawdziwym przestępstwem, nie unika też rzeczywistych wrażeń dziecka z wizyty w muzeum. Cóż, nie ma co ukrywać, że zwiedzanie podobnych przybytków kultury i sztuki często kojarzy się młodszej młodzieży z nudnymi starociami.

Wreszcie wdrapaliśmy się na drugie piętro. Wyglądało właściwie tak samo, jak pierwsze, więc nie wiem, po co się tak męczyliśmy.

Oprócz szeregu zabawnych i tajemniczych zdarzeń, bohaterowie doświadczają również ciekawego spotkania ze sztuką. Mimo dystansu, jaki odczuwają względem budynku, na który "napadają", niewątpliwie sami padają ofiarą dziadka-edukatora. Ten przebojowy przodek z łatwością zamienia zwiedzanie w przygodę. Chłopcy spędzają w gmachu muzeum kilka nocnych godzin i w tych wyjątkowych okolicznościach oglądają obrazy i inne artefakty, dowiadują się co nieco o ich historii, przechowywaniu i konserwacji, na tyle skutecznej, że jeden z eksponatów ożywa. W pewnym momencie Stefek i Janek zyskują też praktyczną wiedzę z wymarzonego zakresu sztuki kradzieży (lub kradzieży sztuki).

Panie Edwardzie. Dobrze, że pan mnie znalazł – szeptała wąsata mumia stłumionym głosem.
To wy się znacie? – Nie docierało do mnie to, co wydarzało się w tej chwili.
Janek wpatrywał się w eksponat równie zaskoczony.
W końcu Dziadek ma już swoje lata – wydukał.


"Drakę w Muzeum" nie tylko dobrze się czyta, ale i ogląda. Publikacja ma nietypowy format, twardą oprawę, mocny papier i zawiera intrygujące ilustracje w intensywnej, zapadającej w pamięć kolorystyce. Ilustrator (Bartek Ignaciuk) wplata reprodukcje obrazów w swoje rysunki i szkice, podobnie jak autorka przeplata tekst literacki fachowymi (ale zwięzłymi) przypisami. Cała książka stanowi montaż i kolaż: przygodowości z edukacją, humoru ze sztuką, tego, co wymyślili i stworzyli autorka oraz ilustrator z tym, co znane i uznane od dawna. Na pewno okaże się świetnym prezentem lub nagrodą dla każdego przygodowo nastawionego czytelnika.
Bożena Itoya

Agata Loth-Ignaciuk, Draka w Muzeum, ilustracje Bartek Ignaciuk, druganoga, Warszawa 2016.

wtorek, 11 października 2016

3. Festiwal Filmowy Kino Dzieci w Warszawie (17–25.09.2016)


W dniach 17–25 września 2016 roku w wielu polskich miastach odbywało się święto filmu dla młodych widzów: 3. Festiwal Filmowy Kino Dzieci. Mieliśmy okazję uczestniczyć w seansach i wydarzeniach towarzyszących festiwalowi odbywających się w Warszawie (kino Muranów, Kinoteka, dwa kina należące do sieci Multikino).
W głównym konkursie 3. Kina Dzieci wystartowało 8 filmów pełnometrażowych (w tym tylko jeden animowany): "Biuro Detektywistyczne Lassego i Mai. Stella Nostra" (Szwecja, 2015), "Jak ukraść psa?" (Korea Południowa, 2014), "Kacper i Emma na safari" (Norwegia, 2015), "Rabarbar" (Holandia, 2014), "Sekrety wojny" (Holandia, 2014), "Sonia" (Szwecja, 2016), "Syn Winnetou" (Niemcy, 2015), "Wielka wyprawa Molly" (Niemcy, 2016, animacja). Statuetki Kwiatu Paproci powędrowały do dwóch filmów z kategorii wiekowej 9+: "Sekrety wojny" (jury twórców) oraz "Jak ukraść psa?" (jury dziennikarzy), natomiast Nagroda Publiczności przyznana została filmowi "Stella Nostra", podobnie jak seria książek, których jest adaptacją, adresowanemu do dzieci w wieku 6+. Wybór widzów wcale nas nie zaskoczył, bo wciąż, z różnych stron, doświadczamy lasso-majomanii. Sympatia małych kinomanów, zdobyta już na poprzednich edycjach Kina Dzieci, skierowana była także ku bohaterom serii "Kacper i Emma". Pokazy konkursowe "Stelli Nostry" i "Kacpra i Emmy na safari", na które udało nam się dostać do kina Muranów, odbyły się przy pełnych salach. Tak jak bywało w minionych latach, gdy również Lasse i Maja oraz Kacper i Emma byli czarnymi końmi plebiscytu, publiczność w trakcie seansów śmiała się, emocjonowała i klaskała. Dzieci wracają na festiwal co roku – słyszałam potwierdzające to rozmowy i sama rozpoznawałam niektóre rodziny. Rośnie nam więc nowe pokolenie świadomych widzów ukształtowanych na Kinie Dzieci.
W festiwalu biorą udział oczywiście nie tylko dzieci z rodzicami, ale i grupy szkolne. Mój syn wybrał się z klasą na pokaz "Lokator idealny i inne filmy krótkie" (kategoria wiekowa 9+), zawierający sześć filmów animowanych: z Francji ("Bardzo mały lis", "Dwaj przyjaciele"), USA ("Lokator idealny", "Ciasteczkowe banjo") i Czech ("Mitopolis", "Mały Cousteau"), oraz jeden hiszpański film aktorski ("O Ndugu"). Pokaz trwał tylko 42 minuty, ale obfitował we wrażenia i różnorakie techniki, więc wydawał się dużo dłuższy. Taki seans zamiast tradycyjnej szkolnej lekcji to naprawdę wyjątkowe doświadczenie. Wspomniany zestaw brał udział w, organizowanym po raz pierwszy, plebiscycie "Bajka będzie krótka" na ulubionego bohatera filmu krótkometrażowego. Spośród 18 kandydatów (z różnych zestawów) zwyciężyła mysz z filmu "Lokator idealny", postać bardzo poczciwa, choć ja i mój syn kibicowaliśmy mniej oczywistym bohaterom produkcji czeskich: "Małemu Cousteau" i Mino z rewelacyjnego "Mitopolis". Filmy te wciągnęły nas w swój fantastyczny świat, choć tak krótkie i pozornie oszczędne w środki wyrazu (bez efektów i słodyczy znanych z amerykańskich animacji), okazały się wielką przygodą. Przednią zabawę zagwarantowali również twórcy filmów "Najlepsi przyjaciele" oraz zwycięski "Lokator idealny" – te dwie krótkie formy filmowe wywołały wrażenia i emocje zbliżone do przeżyć, jakie pamiętamy z synem ze wspólnego czytania zabawnych książeczek z puentą, w czasach jego przedszkola.
Związek Kina Dzieci z literaturą dla dzieci jak zwykle był odczuwalny w trakcie całej imprezy. Oprócz wspomnianych już, niezwykle udanych ekranizacji z sekcji konkursowej "Na kogo wypadnie na tego bęc" ("Kacper i Emma na safari", "Biuro Detektywistyczne Lassego i Mai. Stella Nostra"), filmowe adaptacje książkowych hitów znalazły się również w pozostałych festiwalowych sekcjach ("Bajka będzie krótka", "Witajcie w naszej bajce – panorama Kina Dzieci", "Voyage, voyage – sekcja francuska", "Totoro i inni, czyli filmy studia Ghibli", wydarzenia specjalne).
Film polski reprezentowany był na Kinie Dzieci tylko przez serial "Kacperiada", którego pięć odcinków zostało wyemitowanych w kinie Muranów 17 września 2016 roku, w ramach wydarzenia towarzyszącego festiwalowi. Premiera okazała się wielkim sukcesem, sala była przepełniona (nie wszyscy weszli!), a każdy z siedmiominutowych filmów nagrodzono brawami i śmiechem. Mam nadzieję, że to tylko początek współpracy Kina Dzieci z polskimi filmowcami, a filmowców z twórcami rodzimej literatury. My, czytelnicy i widzowie, fani polskiej kultury dla dzieci, obiecujemy oblegać wszystkie podobne wydarzenia.
Bohaterami historyjek z cyklu "Kacperiada" są, a jakże, Kacper i Ada, zwykłe współczesne dzieci, z którymi mogą identyfikować się starsze przedszkolaki i młodsi uczniowie. Kolega ma gadżety z najnowszych reklam, rodzice każą posprzątać pokój zanim przyjdzie czas na przyjemności, ktoś oskarża kogoś innego o kradzież zabawki – to problemy, o jakich słyszał niemal każdy rodzic. Filmy animowane studia Human Ark pomagają okiełznać rzeczywistość, ale też, a dla nas nawet przede wszystkim, są wyjątkowo zabawne. Dowcip opowiadań Grzegorza Kasdepkego, których adaptacją jest serial, został wzbogacony humorem scenarzysty (w tej roli wystąpił inny polski pisarz – Rafał Skarżycki), reżyserów i rysowników. Powstała nowa jakość, ze względu na osoby twórców, jak Tomasz Lew Leśniak (jeden z reżyserów i twórców postaci) oraz wspomniany autor scenariusza, silnie związana z komiksem. My oglądając premierowe odcinki dostrzegliśmy pokrewieństwo Kacpra, Ady oraz ich kolegów z Jędrkiem i ich szkolnym towarzystwem (seria książek "Hej, Jędrek!"). Natomiast Muchomściciel, suberbohaterski idol Kacpra, przyfrunął jakby prosto z polskich komiksowych zinów.
Ciekawym akcentem komiksowym były spotkania z polskim rysownikiem Piotrem "Jaszczurem" Nowackim ("Detektyw Miś Zbyś na tropie", "Leśniaki", "Tim i Miki", "Moe", "Om", "Niebieska Kapturka), zorganizowane po warszawskich projekcjach filmu "Ptyś i Bill" (Francja/Belgia/Luksemburg, 2013). Adaptacja belgijskiego komiksu "Boule et Bill", wydawanego w latach 1959-2003 (na listopad 2016 roku zaplanowano kontynuację przygotowywaną przez nowy duet autorski, jak donosi strona http://www.bouleetbill.com/site/actualites/), zawiera tez historię narodzin tej 36-tomowej serii i właśnie o powstawaniu komiksów opowiadał gość Kina Dzieci. Piotr Nowacki udzielił młodym widzom festiwalu szeregu praktycznych rad (np. jakich przyborów używać, jak rozplanować kadr, co najpierw: tekst czy rysunek), a po spotkaniu, we foyer kina, można było potrenować tworzenie własnych kadrów o Ptysiu i Billu. Dwa pierwsze "okienka" narysował Piotr Nowacki i taki fanart stał się dla nas unikatową pamiątką z festiwalu. Na pewno nie zapomnimy też samego filmu, wesołego, utrzymanego w niecodziennej stylistyce, bardzo charakterystycznego i mocno "mikołajkowatego".
Festiwal Kino Dzieci dla nas oznacza niesamowite filmy, o których rozmawiamy jeszcze kilka miesięcy po ich obejrzeniu, oraz niepowtarzalną fetę dla młodych smakoszy kultury. Organizatorzy traktują dzieci poważnie, wiedzą, że są to wymagający widzowie. Na jaką sekcję byśmy się nie wybrali, zawsze znajdywaliśmy niezwykłe obrazy i spotykaliśmy innych zaangażowanych kinomanów. Wielkim walorem festiwalu jest jego olbrzymi zasięg: filmy z różnych stron świata, starannie dobrane przez komitet Kina Dzieci, można oglądać w wielu miastach i nie tylko wtedy, gdy są nowościami, ponieważ wyświetlane bywają również starsze produkcje (wystartowała także seria dvd Kina Dzieci). Mnie i mojego dziesięcioletniego syna najmocniej dotknął i rozbawił "Zigzag Kid" (Holandia, 2012), film, który powinien zobaczyć każdy świeżo upieczony nastolatek spragniony kina przygodowego. Niestety, nie wszyscy będą mieli tę przyjemność, bo w zwyczajnych kinach, na co dzień, młodzież ma dostęp tylko do premier znajdujących się w szerokiej dystrybucji. Pięknym przeżyciem okazał się też inny starszy film: "Ernest i Celestyna" (Francja/Belgia/Luksemburg, 2012), kojarzący się nieco z "Opowiastkami Beatrix Potter". I tej produkcji nie można znaleźć ani w polskich kinach, ani w sklepach z dvd.
Mimo szczerych chęci i gorących starań nie zdołaliśmy "zaliczyć" wszystkich oznaczonych przez nas punktów harmonogramu festiwalu, mamy więc nadzieję na ich obecność w przyszłorocznej sekcji "Witajcie w naszej bajce". Oby panorama Kina Dzieci rozrastała się z każdą kolejną edycją festiwalu, aż opanuje całoroczny repertuar polskich kin. Póki co niecierpliwie czekamy na czwartą odsłonę Kina Dzieci, ciekawi premier, spotkań z twórcami filmów i książek, warsztatów plastycznych i innych wydarzeń towarzyszących.
Bożena Itoya

Wojtek spod Monte Cassino

W bibliotekach i księgarniach można znaleźć kilka książek o niedźwiedziu Wojtku, towarzyszu polskich żołnierzy z Armii Andersa. Pierwszą z nich, pierwowzorem i, w dużym stopniu, źródłem późniejszych publikacji dla dzieci o bohaterskim niedźwiedziu, był "Wojtek spod Monte Cassino" Wiesława A. Lasockiego. Autor nie uczestniczył bezpośrednio w opisanych wydarzeniach, ale sam był żołnierzem Polskich Sił Zbrojnych w ZSRR, a przygody żywej maskotki 22. Kompanii Zaopatrywania Artylerii opisał na podstawie wspomnień opiekuna Wojtka.

Najbardziej jednak zachwyciła ludzi opowieść o niedźwiedziu Wojtku Pięć lat po jego śmierci Dziadek zasiadł do opisywania przygód tego szczególnego misia. Nic tu nie było wymyślonego lub fikcyjnego, wszystkie przytoczone wydarzenia pochodziły ze wspomnień opiekuna Wojtka w czasie wojny, Piotra Prendysza, który mieszkał w tej samej dzielnicy co Dziadek, w południowym Londynie. Piotr przez wiele tygodni spotykał się z Dziadkiem i opowiadał historię Wojtka ze wszystkimi szczegółami, a Dziadek, swoim zwyczajem, wszystko spisywał.
(Posłowie: Jan Lasocki, O dziadku pisarzu, niedźwiedziu legendzie i losach Polaków na obczyźnie)

Książka została napisana w 1968 roku, ale nie mogła się ukazać w powojennej Polsce, była więc wydawana w Wielkiej Brytanii i innych krajach, w języku angielskim, ale i po polsku. Na podstawie katalogów Biblioteki Narodowej można prześledzić krótką historię "Wojtka spod Monte Cassino" w Polsce. Pierwsze z oficjalnych polskich wydań (do innych nie mam dostępu, podobnie jak współczesne dzieci) ukazało się w roku 1995 (wyd. Delta), a następnie w 1997 (dwa tomy) staraniem Zakładu Nagrań i Wydawnictw Związku Niewidomych, w druku Braille'a. Wcześniejsze edycje pochodzą z lat 1968, 1976, 1987 i 1989, ale ich zasięg był ograniczony – ukazały się w Anglii nakładem instytucji emigracyjnych (Gryf Publications : Stowarzyszenie Polskich Kombatantów; Polska Fundacja Kulturalna) oraz warszawskiej oficyny Prom (1987), prawdopodobnie wydawnictwa "podziemnego". Potem nastał już czas Muchomora – warszawskie wydawnictwo dla dzieci od 2012 roku wznawia "Wojtka spod Monte Cassino" z ilustracjami Jana Bajtlika, cennymi wstępami i posłowiem.
Opowieść ta jest interesująca nie tylko ze względu na przygody oswojonego niedźwiedzia z charakterkiem, ale i z uwagi na sposób opowiadania o losach żołnierzy z oddziału Wojtka u schyłku wojny i po niej. Walory edukacyjne i historyczne tej książki nie kończą się na opisie przebiegu walk w okresie II wojny światowej, może nawet ważniejszą lekcją naszych dziejów są pojedyncze zdania wyrażające umiarkowany optymizm, a nawet zawód, z jakimi żołnierze Armii Andersa odbierali zakończenie wojny.

Dawniej, w czasie wojny, marzyli, że powrócą do Polski i wraz z Wojtkiem maszerować będą ulicami stolicy, wśród witających ich tłumów. Ale Warszawa legła w gruzach, w Polsce stały wciąż jeszcze oddziały Armii Czerwonej, a polsie Ziemie Wschodnie, skąd pochodziła większość żołnierzy Korpusu, zabrane zostały przez Rosję Radziecką. Będą więc musieli szukać chleba w obcych krajach. Ale co się wówczas stanie z Wojtkiem?

Trudno uznać "Wojtka spod Monte Cassino" za historię z happy endem, bo niedźwiedź nie umarł wśród swoich i, mimo że był bohaterem polskiej armii, nigdy do Polski nie dotarł. Dlaczego? Co takiego działo się w naszym kraju, że nie tylko żołnierze, ale i niedźwiedź pozostali na emigracji? Ta książka jest świetnym punktem wyjścia do rozmów z dziećmi o żelaznej kurtynie, komunizmie i zimnej wojnie.

"Czekamy z niecierpliwością na przybycie Wojtka" – pisały gazety w Polsce, zamieszczając bardzo wiele listów czytelników, proszących o jego przyjazd.
"Wojtek nie może być wydany" – odpowiadały gazety szkockie. Drukowały przy tym na swych łamach treść rozmów z dowódcą i żołnierzami 22. Kompanii oraz przypominały, że niedźwiedź został oddany do edynburskiego ogrodu zoologicznego jedynie "na przechowanie", pod warunkiem, że nie zostanie wysłany do Polski tak długo, dopóki nie będzie ona zupełnie wolna.

Przeżycia i wyczyny tytułowego bohatera przeważnie są zabawne. Przyjacielsko-łobuzerska natura niedźwiedzia gwarantuje wzruszenia i śmiech młodego czytelnika. Wojtek lubił przytulać się do żołnierzy, siłować z nimi, zażywać kąpieli we wszelkich możliwych zbiornikach wodnych i pod prysznicami (które sam włączał), a także... popijać piwko i jeść papierosy.

Największą przyjemność sprawiały mu wycieczki nad morze, bo ogromnie lubił się kąpać. Często, zanim jeszcze samochód się zatrzymał, wyskakiwał w biegu i wielkimi susami pędził do wody. Zdarzało się, że na plaży wygrzewało się na słońcu wiele osób cywilnych, mężczyzn i kobiet. Można sobie wyobrazić, jaką panikę wywoływało nagłe pojawienie się niedźwiedzia pędzącego wprost na nich!
Pływał szybko i wytrwale. Ulubioną jego zabawą było nurkowanie i wynurzanie się koło kąpiących się żołnierzy.
Nieraz, niezauważony przez nikogo, odpływał daleko i zbliżał się do kąpiących się Włochów. Zdaje się, że specjalną przyjemność sprawiało mu straszenie ich, zwłaszcza kobiet, które bardzo głośno krzyczały z przerażenia gdy niespodziewanie, tuż koło nich, wynurzał się z wody kudłaty łeb jakby jakiegoś potwora morskiego.

Ta żołnierska opowieść ma w sobie sporo surowości i realizmu. Mimo sympatii, jaką wzbudza Wojtek w dzieciach, bohater ten pozostaje dużym, groźnym zwierzęciem, a nie baśniowym misiem.
Książka Wiesława Lasockiego została przywrócona młodym czytelnikom w świeżej, nowoczesnej oprawie graficznej. Ilustracje Jana Bajtlika sprawiają wrażenie wykonanych ręcznie, tylko w tym egzemplarzu, który właśnie trzymamy w rękach. Zabawnie wyolbrzymione postacie, złoty "spray", cienie, oszczędność barw, niespodziewane rozwiązania i rozmieszczenie ilustracji, a także wariacje typograficzne składają się na oryginalną zabawę plastyczną, w której dziecko uczestniczy z przyjemnością. Ale i dorosły podziwia szwejkowatość interpretacji "Wojtka spod Monte Cassino", jaką zaprezentował Jan Bajtlik.
Bożena Itoya

Wiesław A. Lasocki, Wojtek spod Monte Cassino, projekt graficzny Jan Bajtlik i Urszula Woźniak, ilustracje Jan Bajtlik, Muchomor, Warszawa 2012.

Osobliwy dom pani Peregrine (powieść)

"Osobliwy dom pani Peregrine", pierwsza część trylogii amerykańskiego pisarza Ransoma Riggsa, ukazała się w Polsce nakładem wydawnictwa Media Rodzina już w 2012 roku (rok po premierze), ale w roku 2016 poświęca się jej więcej uwagi z powodu ekranizacji. Film w reżyserii Tima Burtona właśnie wchodzi na ekrany polskich kin. Chociaż zwiastun jest według mnie oraz mojego syna bardzo zachęcający, a nazwisko reżysera podziałało na nas wręcz elektryzująco, to wydaje się niemożliwe, by film wywarł na nas tak silne wrażenie jak literacki pierwowzór. Siłę tej powieści stanowią bowiem nie tylko wyobraźnia, fantastyczne obrazy i osobliwości "dobrych" oraz "złych" istot, ale też słowo. Autor i tłumaczka (Małgorzata Hesko-Kołodzińska) stworzyli niepokojący, pełen tajemnic i silnych emocji (wyrażanych mocnymi zdaniami), kompletny świat przedstawiony, wiarygodny i wciągający w dużym stopniu dzięki narracji pierwszoosobowej, którą na ekran można przenieść tylko w ograniczonym zakresie. Tu prawdziwe czary odprawia się właściwą kompozycją tekstu, konstrukcją fabuły, charakterystykami i wypowiedziami postaci, a nie ich magicznymi zdolnościami i przygodami. Gdyby powieść została źle napisana, na nic nie zdałyby się wszystkie fantastyczne elementy i sztuczki, mniej lub bardziej oryginalne pierwiastki grozy i "Osobliwy dom pani Peregrine" byłby kolejnym takim sobie utworem, którego popularność przemija wraz z modą na określony typ literatury... popularnej. Tymczasem jest to książka wyjątkowa, której wróżę długą karierę. Raczej nigdy nie zostanie zapomniana (Horace pewnie by potwierdził).
Rozpoczynając lekturę "Osobliwego domu pani Peregrine" nie wiemy, z czym mamy do czynienia, obojętnie czy czytaliśmy opis wydawniczy, widzieliśmy zwiastun filmu lub nawet byliśmy już w kinie. Książka ta zbudowana jest z opowieści o osobliwcach, istotach zbliżonych do mutantów z komiksowego świata X-Menów, o trudnych rodzinnych relacjach, o piętnie Holocaustu i miłości dorastających nastolatków. Aby zrozumieć depresje i wzniesienia głównego bohatera, trzeba wniknąć w każdy z tych elementów świata przedstawionego. Książki nie zrozumieją więc dzieci poniżej 12-13 lat, a przynajmniej nie zdołają w pełni jej przeżyć.
Wbrew sobie zacząłem myśleć o wszystkim, co złe, i nakręciłem się tak, że w końcu ryczałem bez opamiętania, z trudem chwytając powietrze między jednym szlochem a drugim. Rozmyślałem o moich pradziadkach umierających z głodu, wyobraziłem sobie, jak ich wyniszczone ciała trafiły do krematorium dlatego, że zupełnie obcy ludzie ich nienawidzili. Myślałem o dzieciach, które mieszkały w tym domu, dopóki nie spłonęły w wybuchu, gdy jakiś obojętny pilot nacisnął guzik, i o dziadku, któremu odebrano rodzinę, przez co w dzieciństwie mój tata czuł się pozbawiony ojca, mnie dręczyły niepokoje i senne koszmary, a teraz utknąłem samotnie w ruinie domu i zalewałem się gorącymi, idiotycznymi łzami. Wszystko dlatego, że siedemdziesięcioletnie cierpienie wniknęło we mnie niczym trujące dziedzictwo, razem z potworami, których nie zdołałem pokonać, bo były już martwe. Nie dało się ich zabić, ukarać ani w żaden sposób osądzić. Dziadek mógł przynajmniej wstąpić do wojska i z nimi walczyć. A co ja mogłem zrobić?

Akcja powieści zawiązuje się w naszych czasach i naszej rzeczywistości, by stopniowo zagłębić się w świat fantazji dziadka głównego bohatera i pozornej choroby psychicznej samego narratora, szesnastoletniego Jacoba. Gdzie dokładnie mieści się dom pani Peregrine i którędy do niego trafić? Tę kwerendę przeprowadzamy stopniowo, krok po kroku, wraz z Jacobem. W badaniach przeszłości i analizie dziadkowych bajek nie brakuje potknięć, pomyłek, błędnych uliczek labiryntu. To długa, pod każdym względem dopracowana powieść, pobudzająca szare komórki, serce i wyobraźnię.

Wędrowałem od pokoju do pokoju, badając zawartość niczym archeolog. Natrafiłem na pleśniejące w pudle drewniane zabawki i kredki na parapecie, wyblakłe w świetle dziesiątków tysięcy popołudni, znalazłem też domek z lalkami, skazanymi na dożywocie w ozdobnym więzieniu. Półki w skromnej bibliotece zdeformowały się pod wpływem wilgoci, przybierając kształt krzywych uśmiechów. Przesunąłem palcem po płowiejących grzbietach, jakbym się zastanawiał, którą książkę wybrać.

Samo odnalezienie tytułowej przystani osobliwości nie jest jeszcze sukcesem, o czym prędko przekonuje się bohater. Pytania nie prowadzą do odpowiedzi, ale do kolejnych wątpliwości, trudy się potęgują, wzrasta napięcie rodem z horroru, momentami zbliżające prozę Riggsa do twórczości Stephena Kinga.

Pani Peregrine? – zacząłem, a ona podniosła na mnie wzrok. – Kiedy zamierzała mi pani powiedzieć?
Chciała spytać, co mam na myśli, ale zerknęła na Emmę i najwyraźniej wyczytała odpowiedź z jej twarzy. Przez chwilę wyglądała na rozzłoszczoną, ale błyskawicznie się uspokoiła, najwyraźniej wyczuwając mój gniew.
Wkrótce, młody człowieku – odparła. – Musi mnie pan zrozumieć, nie mogłam wyjawić całej prawdy podczas naszego pierwszego spotkania, gdyż doznałby pan straszliwego wstrząsu. Zachowywał się pan nieobliczalnie, był gotów uciec i nigdy nie wrócić. Uznałam, że ryzyko jest zbyt duże.
Więc postanowiła pani kokietować mnie jedzeniem, zabawą i dziewczętami, a wszystko, co złe, zachować w tajemnicy?

Dorastający bohater i jego zawieszeni w czasie przyjaciele przeżywają emocje tak silne, jakie zdarzają się tylko nastolatkom. Opis uczuć, zwłaszcza namiętności, jest w "Osobliwym domu pani Peregrine" komplementarny względem historii z dreszczykiem i wątków fantastycznych. O ile filmowy dom pani Peregrine, sądząc po wieku i wyglądzie aktorów pierwszoplanowych oraz po zwiastunie, wydał nam się wersją szkoły profesora Xaviera dla młodszych widzów, o tyle książka jest dużo dojrzalsza (także od filmowego świata X-Menów).
Powieść Riggsa trzyma w napięciu, jest zaskakująca, pobudza czytelnika do rozmyślań nad przyczynami i możliwymi rozwiązaniami sytuacji, w której utkwili bohaterowie, pozornie zapadając się w przeciwnościach losu niczym w bagnie na (fikcyjnej) walijskiej wyspie Cairnholm, gdzie bytują lub bytowali młodzi osobliwcy. Ta książka jest najlepszym przykładem lektury uzależniającej – po jej skończeniu natychmiast poszukuje się kontynuacji. Na szczęście przed nami jeszcze "Miasto cieni" (tom drugi "Osobliwego domu...") i "Biblioteka dusz" (tom trzeci), a także świeżo wydane w Stanach Zjednoczonych "Tales of the Peculiar", zbiór baśni i mitów ze świata wychowanków pani Peregrine. Po przeczytaniu wszystkich tych utworów z pewnością wrócimy do pierwszego, by ciągle na nowo przeżywać te fascynujące opowieści – taka czytelnicza pętla czasu może być tylko dobra!
Bożena Itoya

Ransom Riggs, Osobliwy dom pani Peregrine, tłumaczyła Małgorzata Hesko-Kołodzińska, projekt oryginalny książki Doogie Horner, opracowanie polskiej wersji okładki i wyklejki Rafael Martins, Media Rodzina, Poznań 2012.