cudanakiju.pl

cudanakiju.pl

czwartek, 9 lipca 2015

"Czarna, Klifka i tajemnica z dna morza" – gniew, przyjaźń, pasja, odpowiedzialność i przygoda

Powieść "Czarna, Klifka i tajemnica z dna morza" różni się od książek Barbary Gawryluk, które czytaliśmy dotychczas (większość po dwa razy), a były to: "Baltic. Pies, który płynął na krze", "Dżok. Legenda o psiej wierności", "Kaktus, dobry pies" (i kolejne części) oraz "Gwizdek nie chce spać" (i dalsze tomy). Po pierwsze, są to publikacje dla najmłodszych czytelników, dotyczące przede wszystkim zwyczajów zwierząt i ochrony przyrody. Tymczasem omawiana powieść adresowana jest do rówieśników bohatera – dwunastoletniego Ivana. Okładka i opis wydawcy informują, że do najważniejszych postaci tej historii należą schroniskowy pies i bałtycka foka, pozornie więc autorka nie odrywa się od realizowanego zazwyczaj (umiejętnie!) modelu opowieści "przyrodniczej", często wzruszającej, ale służącej przede wszystkim edukowaniu, opartej na prawdziwych zdarzeniach i przypominającej reportaż. Rzeczywiście, pomoc potrzebującym zwierzętom należy do ważniejszych elementów konstrukcji fabuły, ale jest to przede wszystkim powieść o gniewie, przyjaźni, pasji, odpowiedzialności i przygodzie, a zatem o emocjach i marzeniach towarzyszących dorastaniu.
Tytuł "Czarna, Klifka i tajemnica z dna morza" skojarzył mi się z innym segmentem twórczości literackiej Barbary Gawryluk – przekładem. Popularna seria "Biuro detektywistyczne Lassego i Mai", której każdy tom zawiera w tytule słowo "tajemnica", została spolszczona właśnie przez autorkę przygód Ivana, Czarnej i Klifki. Niezależnie od niewątpliwego talentu Barbary Gawryluk jako tłumacza, jej własne utwory uważam za bardziej wartościowe, zgrabniejsze i dojrzalsze od książek szwedzkich, które przekłada. "Czarna, Klifka i tajemnica z dna morza" przewyższa "Tajemnicę wyścigu", "Tajemnicę urodzin", "Tajemnicę pływalni" i inne książeczki Martina Widmarka choćby pod względem języka, oryginalności historii, rozbudowanej, zróżnicowanej i niestereotypowej grupy bohaterów, nieprzewidywalności akcji oraz ogólnie poważnego podejścia do czytelnika.
Ivan przeżywa prawdziwe życiowe problemy: ojciec wyprowadza się z domu, chłopiec zostaje sam z matką, pogarsza się ich sytuacja materialna, fałszywi przyjaciele, którzy interesowali się tylko technologicznymi gadżetami w domu Ivana, zmieniają się z kompanów (do gier) we wrogów i szkolnych prześmiewców. Dochodzi do bójki, która wpływa na rozwój wydarzeń, prowadzi nie tylko do spotkania ze schroniskowym psem Czarną, dziką bałtycką foką Klifką, ale pośrednio także do nawiązania przyjaźni z koleżanką z klasy – Nikolą, oraz, co najważniejsze, do szczerych rozmów z rodzicami.
"– Daj jej spokój. Odczep się. I ode mnie też się odczep. Nie chcę mieć z wami nic wspólnego!
Ty nie chcesz? – roześmiał się Michał – Nie ty tu decydujesz, chłopczyku. To my nie chcemy się z tobą zadawać, mięczaku. Podobno nawet ojciec cię olał i zostawił?
Ivan widział tylko rozdziawioną, paskudną gębę Michała. Prawa ręka jakby sama, bez jego udziału, podniosła się i wymierzyła mocny cios prosto w nos chłopaka. Potem druga poprawiła od dołu w podbródek. I jeszcze raz z prawej, potem z lewej. Ivan nie słyszał krzyków, nie widział nic dookoła. Wymierzał karę, wyładowywał złość, która gromadziła się w nim od wielu tygodni. Przestał bić, kiedy Michał upadł."

Po tym mocnym wstępie w powieści nie następują kolejne obrazy agresji. To i dalsze przeżycia bohatera są realne oraz wiarygodne, w Ivanie drzemią siła, miłość, pasja (w znaczeniu hobby) i wielkie emocje, które powoli sobie uświadamia, uczy się nad nimi panować, wykorzystywać je w życiu, w kontaktach z bliskimi i niemal obcymi ludźmi. A osób poznajemy wiele: zagubioną, ale silną matkę Ivana, jego ojca, starającego się o zbudowanie nowych relacji z byłą żoną oraz synem, Marka – studenta wynajmującego od matki Ivana pokój i pracującego jako wolontariusz w Błękitnym Patrolu, pracowników schroniska dla zwierząt, wspomnianą wyżej Nikolę, mieszkającą z dziadkiem – emerytowanym marynarzem, od kiedy jej rodzice wyjechali do Holandii, dalej rybaków, a także zwykłych ludzi, mieszkańców Szwecji. Pojawiają się również postacie żyjące tylko w pamięci współczesnych bohaterów.

Mimo pozornego przeładowania fabuły "ciężkimi" tematami, książkę czyta się dobrze. Mój syn nie czuł się pouczany przez autorkę, natomiast kilkakrotnie wspominał, że "to są takie prawdziwe problemy". Barbarze Gawryluk udało się uniknąć przesytu i moralizatorstwa, mimo że w jednej powieści połączyła zagadnienia ochrony zwierząt dziko żyjących i "schroniskowych", rozwodu, przemocy psychicznej i fizycznej w szkole, pierwszej miłości, relacji z najstarszym pokoleniem (dziadkiem Nikoli), rodzinnej tragedii z przeszłości, determinującej życie Ivana, jego matki i ciotki, wyjazdu rodziców za granicę "za pracą", a nawet relacji polsko-szwedzkich w powojennej historii. Lekkość pióra i akcji została zachowana, może dlatego, że Ivan nie tylko rozmyśla nad swoimi nieszczęściami, kłóci się z matką i bije z kolegami, ale też interesuje się tajemnicą wraku spoczywającego na dnie Morza Bałtyckiego, odwiedza fokarium w Helu, schronisko w Trójmieście (lub okolicach), antykwariat, odbywa rowerową wycieczkę po Gotlandii, pracuje na Zawiszy Czarnym. We wszystkich tych miejscach i zajęciach odnajduje mniejsze lub większe przygody, prowadzące go do przełomu w życiu każdego nastolatka – dorastania. Wiele tu morza, marzeń o wolności, niezależności i żegludze. 
 
Wartość powieści "Czarna, Klifka i tajemnica z dna morza" wynika z bogactwa problematyki, ciekawych charakterologicznie postaci, wysokiego poziomu językowego i "reportażowej" ścisłości w opisie realiów. Dla mnie istotny jest również sposób, w jaki autorka pisze o wspomnieniach, poglądach, uprzedzeniach, urazach. Barbara Gawryluk pokazuje bowiem, jak różnie mogą być interpretowane, zależnie od punktu widzenia, te same sytuacje, zachowania, fakty. Przygoda niby zawsze jest czymś pozytywnym, ale rodzic może ją uznać za śmiertelne zagrożenie. Ochrona i rozmnażanie fok w Bałtyku nie wszystkich cieszy, oprócz rozentuzjazmowanych ekologów i turystów są też rybacy, którym te zwierzęta rujnują połowy i dochody. Rozwód rodziców Ivana nie następuje tylko dlatego, że ojciec nagle postanawia porzucić rodzinę, a książka nie kończy się pełnym porozumieniem chłopca z matką i ojcem (ani rodziców między sobą), choć pierwsze kroki zostały wykonane. W schronisku nie mieszkają jedynie słodkie, smutnie zerkające czworonogi, ale i ciężko doświadczone, agresywne psy, utrudniające funkcjonowanie innym zwierzętom i ich opiekunom. Większość wątków została zamknięta szczęśliwymi zakończeniami, choć świat w ujęciu Barbary Gawryluk bywa surowy, nie ma tu miejsca na deus ex machina, a bohaterowie muszą się porządnie napracować, by coś osiągnąć.
Bożena Itoya
Barbara Gawryluk, Czarna, Klifka i tajemnica z dna morza, okładka i ilustracje Magdalena Kozieł-Nowak, Wydawnictwo Literatura, Łódź 2014.

Dlaczego nie La Fontaine?


Czy na półce współczesnego młodego czytelnika znajdzie się miejsce na siedemnastowieczne rymowane bajki? Takie będące najlepszym przykładem moralizatorstwa, idealnie wpisujące się w określenie "klasyka"? Czy początkującym degustatorom literatury mogą smakować "Bajki" Jeana de La Fontaine'a, podane w najczystszej formie – w przekładach Mickiewicza, Krasickiego i innych historycznych, podręcznikowych postaci? Nie są za trudne, zbyt archaiczne, niezrozumiałe, nieaktualne? O jakich wartościach i cechach mówią, czy wychodzą poza ramy nudnej lektury szkolnej, są uniwersalne? Uczą, a może jedynie pouczają?
"Dobrze małpa mówiła, bowiem i u świata
Więcej popłaca rozum niż wytworna szata;
Ten się nigdy nie sprzykrzy – ta po chwili znudzi.
Ale że nikt półgłówka w mędrca nie przerobi,
Więc nigdy nie brak nam lampartów – ludzi,
Których tylko suknia zdobi"

Edycja "Bajek" przygotowana w 2012 roku przez wydawnictwo Media Rodzina bardzo nam się spodobała i spełnia wszelkie funkcje, jakie można przypisać książce satyrycznej. Czytamy sobie z synem po kawałku, czasem jedną bajkę dziennie, kiedy indziej kilka, zdarzają się też kilkudniowe przerwy. Z niektórych utworów się śmiejemy, inne muszę komentować, co dla syna niewątpliwie bywa nudne. Wspólnie oglądamy barwne ilustracje, równie trafne, bezlitosne i "ostre", jak pióro La Fontaine'a i jego zacnych tłumaczy. Rozważamy siłę nałogu, zazdrości, próżności, miłości, mody. A ja z uśmiechem zastanawiam się nad rolą dzisiejszych krytyków literackich, recenzentów, blogerów...

"Wy, co pozorem wiedzy błyszczycie na świecie,
Zoile, pełni dumy, chytrości i jadu!
Na wielu dziełach, które kąsać chcecie,
Ząb wasz,choć ostry, nie zostawi śladu"

Publikacja ta zdecydowanie nie jest przeznaczona dla przeciętnych dziewięcio- czy dziesięciolatków (czytających samodzielnie lub z rodzicami), raczej dla bystrych nastolatków i dorosłych. Książka została atrakcyjnie wydana: w dużym formacie, z ładną obwolutą, na solidnym kredowym papierze. Może być dobrym prezentem, a zawarte w niej komentarze moralne, polityczne czy po prostu społeczne, znakomicie pasują do naszej rzeczywistości. "Bajki" La Fontaine'a z ilustracjami Adolfa Borna mogłyby zastąpić i prześcignąć wiele memów i wpisów królujących w mediach społecznościowych, a także nieumiejętnie sklecanych tekstów publicystycznych. Wygląda na to, że utwory te nigdy się nie "przeterminują", cóż z tego, że napisane zostały starodawną polszczyzną i reprezentują niemodny dziś typ tekstu satyrycznego, niewskazujący "po nazwisku" wyśmiewanej osoby czy ugrupowania politycznego. Jak w siedemnastym, tak i w dwudziestym pierwszym wieku istnieją sfery czytelnicze preferujące dosłowność i dosadność, a także koneserzy Słowa, wielbiący przenośnię i zgrabny żart. A zatem powtórzę: dlaczego nie La Fontaine na półkach naszych i naszych dzieci, w wypowiedzi publicznej?

"A Jowisz na to: Milcz niesforny tłumie!
Skoro wzgardziłeś w nierozsądnej dumie
Prostaczym pradziadów stanem,
Skoro władcy dobrego nie umiałeś cenić,
Znośże swą dolę w pokorze
I pomnij, że łatwo może
Los zły na gorszy się zmienić!"

Bożena Itoya

Jean de La Fontaine, Bajki, przekłady Franciszek Kniaźnin, Stanisław Komar, Ignacy Krasicki, Włodzimierz Lewik, Adam Mickiewicz, Władysław Noskowski, Julian Rogoziński, Leopold Staff, Stanisław Trembecki, ilustracje Adolf Born, Media Rodzina, Poznań 2012.

czwartek, 2 lipca 2015

(Dziewiąty) Rok z Findusem

Książkowa seria "Pettson i Findus" ukazuje się w Polsce, dzięki wydawnictwu Media Rodzina, od 2006 roku. Mój syn jest jej rówieśnikiem, a opowiadanie "Kiedy mały Findus się zgubił" było jedną z jego pierwszych książek. Z radością kupowałam kolejne przygody zwariowanego staruszka i sprężynującego kota z charakterkiem, zazwyczaj czytając je w ukryciu jeszcze przed wręczeniem dziecku. Wyposażyłam też domową audiotekę w książki zinterpretowane przez Jerzego Stuhra (i opatrzone wesołym akompaniamentem muzycznym). Poza tym Findus zerka na nas z plakatu i kalendarza ("urodzinowego") na ścianie w pokoju syna, z pocztówek na biurku, piórnika, półki z puzzlami... Jest wszędzie, bo uwielbiamy nie tylko historyjki Svena Nordqvista, ale i jego ilustracje. Zawsze obawiałam się chwili, gdy mój syn wyrośnie z książek tego szwedzkiego autora, na szczęście jeszcze nie nadeszła i mogliśmy sięgnąć po nową, nietypową publikację o wszechświecie Findusa.
"Rok z Findusem" jest poradnikiem majsterkowicza i skarbnicą domowych eksperymentów z przyrodą. Książkę tę z poprzednimi odsłonami serii łączy osoba ilustratora, bohaterowie (tytułowy kocurek, Pettson, mukle, krowy, kury i inne stworzonka), format i zbliżona oprawa graficzna. Inni są autorzy oraz przeznaczenie książki, jak powiedziano we wstępie: "Eva-Lena i Kennert sami mają w domu dwóch małych ciekawskich chłopców i pracują w Göteborgu nad zachęcaniem dorosłych i dzieci do przebywania w krainie przyrody. Pomogli nam [Findusowi i Pettsonowi – przyp. B.I.] napisać tę książkę, by również dorośli mogli zrozumieć, że przyroda i technika są ze sobą połączone".
Najnowsza propozycja dla findusomaniaków (i laików) zawiera przede wszystkim opisy zabaw, budowli oraz doświadczeń związanych z cyklem przyrody, a przeznaczona jest dla dzieci w wieku przedszkolnym (bawiących się i czytających z pomocą rodziców) oraz wczesnoszkolnym. Znajdziemy tu również mini opowiastki nawiązujące nieco do wcześniejszych opowiadań, skrzących się poczuciem humoru i kocim łobuzerstwem. Jednak dla nas najweselszą częścią tej lektury było oglądanie obrazków, na których spotkaliśmy dawnych znajomych – w tym pewnego zrzędę z innej serii ilustrowanej przez Svena Nordqvista.
Findus taszczący drewnianą roślinę doniczkową, kura w hełmie ze skorupki jajka, koci muzykant śpiewający serenadę (oczywiście w rozdziale marcowym), miniaturowy gospodarz niesiony "na barana" przez gospodynię (na wzór kwietniowych żab), nieznane gatunki ptaków (np. wróbluszek przypominający pewnego znanego nam staruszka) – niektóre ilustracje w "Roku Findusa" z miejsca podbiły nasze serca i rozśmieszyły do bólu brzucha. Podobnie jak w narracji, tak i w warstwie plastycznej reprezentowane są różne style. Obok drobiazgowych, zabawnych obrazków czasami pojawiają się krótkie kwestie, nasuwające skojarzenie z komiksem – z takim rozwiązaniem nie spotkaliśmy się w poprzednich książkach o Findusie, opatrzonych "niemymi" (choć wiele wyrażającymi) ilustracjami. W innych fragmentach "Roku Findusa" rysunkowa opowieść Nordqvista przypomina profesjonalny atlas przyrody, dziecko może dokładnie obejrzeć na przykład powiększoną podobiznę gąsienicy, typy owadów czy grzybów.
 
Jeśli chcecie zbudować domek z patyczków od lodów, wyhodować cebulę na płynie do zmywania naczyń, podziwiać niebieskie tulipany, tworzyć fasolowe naszyjniki, siatki do łowienia kijanek, ziołowe memo, jabłkowe liczydła – sięgnijcie po tę książkę. Pomysły zabaw zaprezentowanych przez Findusa i spółkę w większości przypadły do gustu mojemu synowi, ale są tak różne pod względem dostępności materiałów, stopnia trudności i tematyki, że nie sposób, by komukolwiek spodobały się wszystkie. Po prostu każde dziecko może zainteresować się innym fragmentem tego kolorowego poradnika, który wydaje się być kopalnią pomysłów na prezenty dla rodziny czy zapełnienie nadmiaru wolnego (wakacyjnego) czasu.
Bożena Itoya
Rok z Findusem
Sympatyczny kot Findus zaprasza do wspólnej zabawy wszystkich ciekawskich - dzieci i dorosłych - i pokazuje, jak można zrobić coś z niczego. Findus nie potrafi usiedzieć bezczynnie, kiedy tyle ciekawych rzeczy dzieje się dookoła!
Eva-Lena Larsson i Kennert Danielsson, Rok z Findusem, ilustrował Sven Nordqvist, tłumaczyła ze szwedzkiego Magdalena Landowska, Media Rodzina, Poznań 2015.

Wojna. Wojna nigdy się nie zmienia…


„Porwanie w Tiutiurlistanie” Wojciecha Żukrowskiego to tytuł, który zawsze obijał mi się o uszy. Ktoś opowiadał, że to doskonała lektura dla młodzieży. Ktoś inny mówił, że klasyka, i to w dodatku polska. No, po prostu tomik obowiązkowy dla każdego młodego człowieka. Ja jednak jako nastolatek po uszy tkwiłem w twardej fantastyce i nawet do głowy nie przyszło mi zabierać się za przygody trójki zwierzaków na pograniczu Tiutiurlistanu i Blablacji. To przecież dobre dla dzieci. Myślę, że gdybym po „Porwanie…” sięgnął trochę wcześniej, to pewnie doceniłbym je bardziej niż teraz, kiedy nadrabiam dawne zaległości.
Zaskoczyło mnie to, jak mało zestarzała się ta książka. W ogóle nie czułem tego, że była wydana po raz pierwszy w czasie okupacji, w 1946 roku. Mogłaby równie dobrze powstać dziś w identycznej formie. „Porwanie w Tiutiurlistanie” to intrygująca mieszanka humoru i dramatu, poruszająca temat wojny i jej okrucieństwa. Na początku trudno mi było zagłębić się w przedstawiony w książce fantastyczny świat. Na każdym kroku podziwiałem niesamowitą wyobraźnię Żukrowskiego, zachwycałem się postaciami i genialnymi nazwami (Mysibrat Miauczura, Blablacja i jej stolica Blabona), ale sama historia jakoś do mnie nie przemawiała. Zdawałem sobie sprawę, że można tu wszystko interpretować na różne sposoby, że każdy element ma drugie dno. Cała ta wieloznaczność była dla mnie trochę męcząca, odrywała od opowieści. Nabrałem wiatru w żagle, kiedy przestałem się tym przejmować i cieszyłem się po prostu zwrotami akcji oraz uroczymi absurdami opowieści. Wtedy jakby mimochodem zacząłem doceniać pojawiające się tu i tam nawiązania do powiedzeń lub modyfikacje znanych w kulturze motywów. Bawiło mnie specyficzne poczucie humoru: „Boże, Ty słyszysz i nie grzmisz! – załamał łapki Mysibrat. Słyszał. Zagrzmiało”. Autor unika sztampowych rozwiązań fabularnych. Nie sądziłem, że zdobędzie się na uśmiercenie któregokolwiek z bohaterów, i te śmierci, które spotkałem na kartach opowieści, były dla mnie dużym zaskoczeniem. Muszę jednak przyznać, że doskonale wpisały się w całość wydarzeń. Taki powiew melancholii jest niezwykle potrzebny, bo trzeba pamiętać, że "Porwanie w Tiutiurlistanie" to opowieść z pogranicza wojny, która mimo humoru i zabawnych nazw potrafi pokazać okrucieństwo, jakie człowiek człowiekowi zgotował już niejeden raz. Cała ta melancholia i humor, a na dodatek pewna swojskość sprawiają, że czytając o wojnie Tiutiurlistanu i Blabacji, czułem, że to walczą ze sobą Polacy. Polskość przebija tu przez każde zdanie: szlachetność i jednocześnie zaściankowość, królewskie myszy Popiela i biedroneczka, co przynosi kawałek chleba.
 
Najnowsze wydanie książki przygotowane przez wydawnictwo Babaryba prezentuje się bardzo estetycznie. Okładka i cały projekt, wraz z prostymi, stylizowanymi na klasyczny plakat ilustracjami Pawła Kłudkiewicza, utrzymane są w czerwono-białej kolorystyce (znów na myśl przychodzi polska flaga). Na marginesie każdej strony z tekstem mamy czerwony pasek, co sprawia, że książka widoczna z boku to nie jest zwykła szara masa ściśniętych kartek, ale czerwono-biały miszmasz. Efekt ciekawy i przykuwający wzrok. Zacząłem się nawet zastanawiać, czemu częściej nie stosuje się takiego rozwiązania. Co jakiś czas w tekście trafimy na dużą ilustrację, a każdy rozdział kończy mała ikonka luźno związana z jego treścią. Wszystkie ikony, ułożone jedna obok drugiej, zdobią wewnętrzną stronę okładki. Rysunki, chociaż dość ascetyczne, potrafią przekazać bardzo dużo. Mistrzowska jest na przykład szelmowska mina Koziołka, kiedy kupuje mikstury od Drumli (strona 149). Ilustrator przemyślał, jak ma wyglądać całość, i konsekwentnie realizował swoją wizję. Dzięki temu, pomimo prostoty, jego praca robi bardzo dobre wrażenie. Brakuje mi trochę wydania z twardą oprawą, ale nie można mieć wszystkiego.
Kto zna powieść Wojciecha Żukrowskiego i chciałby kupić nowe wydanie, spokojnie może sięgnąć po książkę z wydawnictwa Babaryba. Jest to też dobra okazja, aby nadrobić zaległości, bo w tym wypadku miano klasyki jest w pełni zasłużone.
Marcin Szulik

Porwanie w Tiutiurlistanie
Niezwykłe przygody trójki przyjaciół – koguta Pypcia, kota Mysibrata oraz lisicy Chytraski – opowiedziane z humorem, trzymają w napięciu do ostatniej strony!

Papierowy błazen




Wydana przez Zamek Królewski na Wawelu  seria "Legendy wawelskie" została przygotowana z iście królewskim rozmachem. Nie są to byle broszurki na cienkim papierze, o nie. Każdemu elementowi - od okładki przez rodzaj papieru po ilustracje - poświęcono wiele uwagi. Książki są duże, kwadratowe, w twardej, matowej oprawie. Wewnątrz znajdziemy kredowe, bogato ilustrowane karty. W efekcie, przewracając kolejne strony, mamy wrażenie przeglądania albumu, a nie książki dla dzieci. W dodatku każdy tom zachwyca rewelacyjną oprawą graficzną, która jest bez wątpienia największym atutem tych pozycji.
Anita Andrzejewska i Andrzej Pilichowski-Ragno, ilustratorzy legendy "Jak Stańczyk z dworzan zażartował", zdecydowali się na bardzo ciekawą technikę kolażu: postacie Stańczyka i innych bohaterów książki zostały powycinane z kartonu, po czym ozdobione skrawkami materiału, metalowymi guzikami, śrubkami i drucikami. Kartonowa jest też scenografia: zamkowe krużganki, sukiennice, rzędy kamienic. Wszystko zostało umiejętnie sfotografowane i poddane obróbce komputerowej - w efekcie ilustracje dają lekkie złudzenie trójwymiaru, a rozmycie postaci przedstawionych w biegu dodaje opowieści dynamiki.
Historia spisana przez Annę Chachulską opowiada oczywiście o błaźnie Stańczyku - jedynym człowieku na dworze, któremu wolno było żartować nawet z króla. Tym razem ofiarami jego psot zostają zarozumiali dworzanie (i kilka glinianych garnków). Dla dorosłego zakończenie opowieści jest dość przewidywalne (ja w każdym razie szybko się domyśliłam, na czym polega sprytny żart błazna), ale młodsi czytelnicy z pewnością będą się przy niej świetnie bawić. Tekstu nie ma dużo - akurat tyle, by nie dominował nad pięknem ilustracji, w sam raz na jedno wieczorne posiedzenie.
"Jak Stańczyk z dworzan zażartował" to pozycja z rodzaju tych, które przegląda się z lekkim nabożeństwem i obawą, żeby przypadkiem tego cudeńka nie pognieść ani nie zachlapać. Ja w każdym razie póki co trzymam ją poza zasięgiem rąk mojej ciekawskiej dwulatki. Albo może inaczej: jest to taka książka, którą aż chce się ułożyć na półce okładką w stronę pokoju. Co może być zresztą najlepszym rozwiązaniem, biorąc pod uwagę zupełnie nieprzystający do większości półek rozmiar. Nie zrozumcie mnie źle: sama historia Stańczyka jest naprawdę zabawna i sama z siebie warta przeczytania, ale ja nieodmiennie jestem pod wrażeniem formy, w jakiej została zaprezentowana. Bardzo polecam.
Joanna Pietrulewicz

Jak Stańczyk z dworzan zażartował
Anna Chachulska, Anita Andrzejewskia i Andrzej Pilichowski-Ragno
Od wydawcy: Bajkowa wersja legendy o Stańczyku zatytułowana Jak Stańczyk z dworzan zażartował, z ilustracjami Anity Andrzejewskiej i Andrzeja Pilichowskiego-Ragno oraz tekstem Anny Chachulskiej.

piątek, 26 czerwca 2015

Kino w trampkach 2015 – 3. festiwal filmowy dla dzieci i młodzieży

Czerwcowa filmowa Warszawa w tym roku naprawdę nas rozpieszcza. Nas, czyli rodziców, którzy starają się zabierać dzieci do kina na różne filmy, nie tylko te reklamowane na billboardach i w telewizji. Tym razem mieliśmy wielki wybór – od 13 do 21 czerwca w ramach festiwalu Kino w trampkach w trzech warszawskich kinach zaprezentowano kilkadziesiąt filmów. Projekcje adresowane były do dzieci w wieku przedszkolnym, uczniów szkół podstawowych i gimnazjów, a nawet młodzieży licealnej. Seansom towarzyszyły spotkania i warsztaty z twórcami filmów, wystawy oraz feta urodzinowa książkowo-filmowego króliczka.

 
Spośród szerokiej oferty wybraliśmy z synem pozycje pasujące do jego wieku (9 lat), których zwiastuny i opisy festiwalowe zainteresowały tego konkretnego małego widza, a emisje odbywały się w osiągalnych dla nas godzinach i kinach (bez konieczności wagarowania z pracy i szkoły). Podczas festiwalu zobaczyliśmy 6 filmów: "Świat według T.S. Spiveta" (kategoria "Przegapiłeś? Musisz zobaczyć!"), "Daleko, daleko" (poza konkursem), "Goonies" (kategoria "Dziecięce olśnienia"), "Wojna o przyjaźń" (konkurs filmów dziecięcych), "Niezwykła maszyna" (konkurs filmów dziecięcych) oraz "Gang szklanych kulek" (konkurs filmów dziecięcych). Trzy kolejne tytuły, znajdujące się w programie Kina w trampkach, oglądaliśmy niedawno: "Wilcze dzieci" (kategoria "Przegapiłeś? Musisz zobaczyć!") oraz "Tajemniczy ogród" i "Hair" (to tylko ja), na festiwalu wyświetlane w kategorii "Dziecięce olśnienia".
W mojej świadomości "Hair" funkcjonuje jako symbol, jeden wielki protest song. Jestem bardzo ciekawa, jak odbierają ten musical nastolatki dwudziestego pierwszego wieku. Wprowadzenie filmu Miloša Formana do programu Kina w trampkach było jedną z ciekawszych decyzji organizatorów, choć interesujący jest cały blok "Dziecięce olśnienia", skomponowany przez gości festiwalu – aktora Rafała Maćkowiaka i piosenkarkę Marikę. Na przykładzie mojego syna mogę stwierdzić, że wciąż elektryzuje magia "Tajemniczego ogrodu", natomiast "Goonies" nieco się postarzeli, niby bawią, ale jednak trącą przerysowaniem, naciąganym aktorstwem i takąż fabułą. Sądzę, że koledzy syna (co nie znaczy, że wszyscy jego rówieśnicy) i ich rodzice chętniej obejrzeliby na wielkim ekranie inne komercyjne, "zachodnie" olśnienia lat 80. i 90. XX wieku: "Batmana" i "Powrót Batmana" (oba Tima Burtona), "Gremliny rozrabiają", "Critters", "Willow" czy "Niekończącą się opowieść". Większość z tych filmów nie była adresowana do młodych, a przynajmniej nie do najmłodszych widzów, ale i tak oglądaliśmy je jako dzieci, podobnie jak nasze dzieci widują (czy to w kinie, czy w telewizji, że o platformach nie wspomnę) Thora czy Władcę Pierścieni. Oczywiście wymienione przeze mnie kultowe produkcje mojego dzieciństwa to tytuły lekkie i rozrywkowe, ale, jak powiedział na festiwalu reżyser Mariusz Palej, kino pozostaje sztuką jarmarczną. Na szczęście nie zapomnieli o tym twórcy pozostałych filmów obejrzanych przez nas w ramach Kina w trampkach.
Dzieci w kinie chcą się bawić. Nie przeszkadzają im filmy mądre, z których można dowiedzieć się czegoś o poważnych problemach, ale przeważnie nie sprawdza się "polecanie" młodzieży (zwłaszcza tej młodszej) pozycji "ciężkich", które "pomogą się oswoić", "poradzić sobie" czy "zrozumieć" – tu można uzupełniać różnymi wersjami pojęć "inność", "samotność", "choroba", "śmierć". Właśnie śmierć pojawiła się jako jedna z głównych bohaterek we wszystkich pozakonkursowych propozycjach Kina w trampkach, jakie widzieliśmy: w "Wilczych dzieciach", "Daleko, daleko" oraz "Świecie według T.S. Spiveta". Uczucia pustki, bólu, zagubienia i buntu zostały jednak przedstawione w tych filmach w sposób tak różny i bogaty, że mój syn nie był znudzony ani przygnębiony tematem. Właściwie nawet nie zauważył podobieństwa, każdy z tych filmów podobał mu się z innych względów, mówił do niego innym językiem, a zdecydowanym faworytem został "Świat według T.S. Spiveta".
Po porywającej podróży pociągiem towarowym, jaką odbyliśmy z T.S. Spivetem, wydawało mi się, że już nic na Kinie w trampkach nie zachwyci mojego dziecka bardziej. A jednak, wraz z filmami konkursowymi nadeszły większe, nowe emocje. "Niezwykła maszyna" pozornie jest kolejnym tytułem opowiadającym o pożegnaniach, ale dla mnie była to fascynująca, surowa, bardzo plastyczna wizja s-f. Ten film zapewne nie spodoba się każdemu dziecku, natomiast jeżeli trafi na widza o odpowiedniej wrażliwości, zostanie w nim na zawsze, wraz ze swoją ciszą, pauzami, niezwykłym oświetleniem i panokleksowatością.
W konkursie brały udział również historie bardziej uniwersalne, przygodowe, a właściwie awanturnicze: "Wojna o przyjaźń" i "Gang szklanych kulek". O, jak się ucieszyłam, kiedy po obejrzeniu drugiego z wymienionych filmów syn i jego przyjaciel wygrzebali naszą kolekcję stu kilkudziesięciu szklaków, by nimi grać i łowić w nie światło! Z kolei "Wojna o przyjaźń" okazała się nie tylko wciągającą, prawdziwą i jakby nieocenzurowaną przez dorosłych opowieścią o przyjaciołach, zazdrośnikach, łobuzach, amantach oraz wojownikach, ale i komentarzem naszej rzeczywistości. Film widzieliśmy sześć dni temu i odtąd rozmawiamy o nim chyba co dzień. Ocena dorosłego widza nie jest tu decydująca, dla mnie najważniejszym wskaźnikiem wartości filmu jest jego powodzenie u dzieci, z tego punktu widzenia "Wojna o przyjaźń" oraz "Gang szklanych kulek" wygrały Kino w trampkach.


Program festiwalu dla rówieśników mojego syna nie był aż tak obszerny, by nie można obejrzeć wszystkiego – o ile dysponuje się odpowiednim zapleczem finansowym i transportowym, a dziecko nie chodzi do szkoły na zmiany. Kino w trampkach trwało 9 dni, seanse odbywały się o różnych porach dnia i przeważnie były powtarzane w każdym z festiwalowych kin. Jak wspominałam, wybieraliśmy się jedynie na pozycje wybrane lub zaakceptowane przez syna. Nie obejrzeliśmy tylko jednego filmu, na który oboje mieliśmy chrapkę (bo ja chętnie zobaczyłabym jeszcze o kilka więcej) – wyróżnionego w konkursie dziecięcym "Wroniego jaja". Na ten seans czekał przede wszystkim syn, oczarowany "łobuzerskim" zwiastunem. Kopia filmu jednak nie dotarła na pierwszy dzień festiwalu i zamiast "Wroniego jaja" zobaczyliśmy "Świat według T.S. Spiveta", czego wcale nie żałujemy, bo było to kino, jakie lubimy najbardziej. Niemniej nie możemy się wypowiedzieć na temat żadnej z pozycji nagrodzonych lub wyróżnionych przez jury festiwalu, mamy więc nadzieję, że filmy te będzie można jeszcze zobaczyć.
Żałuję, że sale kinowe nie pękały w szwach, przynajmniej na seansach, w których uczestniczyłam. Może polska widownia dopiero przyzwyczaja się do dobrego kina dla dzieci, a może warto poświęcić więcej uwagi promocji poszczególnych filmów (zwłaszcza tych przygodowych) przed festiwalem, tak, by widzowie indywidualni i grupy szkolne w przyszłym roku przybywali na konkretne, wymarzone seanse. Jestem przekonana, że na przykład "Wojna o przyjaźń" i "Gang szklanych kulek" mogą przyciągnąć do kin nie tylko wielbicieli ambitnego, "problemowego" kina czy bywalców kin studyjnych i festiwali filmowych. Każdy nauczyciel / rodzic znający te pozycje chciałby na nie zabrać swoją klasę / pociechę.
Organizatorzy Kina w trampkach odpowiedzieli na wracające wciąż (i słuszne) pytanie: co z polskim filmem dla dzieci? Otóż podczas festiwalu zapowiedziany został znajdujący się w postprodukcji film "Za niebieskimi drzwiami" w reżyserii Mariusza Paleja, z udziałem między innymi Ewy Błaszczyk, Teresy Lipowskiej i Michała Żebrowskiego. Ta adaptacja książki Marcina Szczygielskiego według mnie ma szansę przyćmić dotychczasowe, raczej telewizyjne, polskie produkcje filmowe adresowane do dzieci. Wygląda na to, że twórcy nie chcą zapełnić czymkolwiek dziury w polskiej kinematografii, ale że będzie to fajny film przygodowy "z dreszczykiem", oparty na dobrej książce. Tak wnioskuję na podstawie wypowiedzi producentów, reżysera, autora powieści oraz po pierwszych ujęciach wyświetlanych podczas festiwalu. Przekonamy się w przyszłym roku, bowiem reżyser zapowiedział, że do premiery dojdzie między kwietniem a wrześniem 2016 roku.
Nasze artystyczne przeżycia związane z festiwalem nie ograniczały się do oglądania filmów, bowiem udało nam się spotkać z twórcami wspomnianego filmu "Za niebieskimi drzwiami" oraz aktorem Rafałem Maćkowiakiem, który występował jako lektor (na żywo!) w trzech z sześciu obejrzanych przez nas filmów. Dla nas, wielbicieli audiobooków, słuchowisk i sztuki dubbingu, uczestnictwo w takich niepowtarzalnych projekcjach było ważnym przeżyciem, wzbogaconym o rys teatralny i nutkę magii dawnego kina. Dzięki tym kilku seansom syn poczuł "od środka" atmosferę "Cinema Paradiso" czy "Lisbon Story", może nawet obecność lektora w większym stopniu niż repertuar uczyniła z festiwalu filmowego dla dzieci święto kina. Teraz, wchodząc na salę kinową, mój syn rozgląda się za stolikiem z lampką i plikiem kartek (i za panem Maćkowiakiem), niestety, przyjdzie mu poczekać rok – do kolejnej edycji Kina w trampkach.
Bożena Itoya

Jest kupa! Czyli jak nauczyć dziecko korzystać z nocnika.


Życie małolatka to ciągła zmiana, której towarzyszy permanentne oczekiwanie otoczenia, że każde kolejne umiejętności będą opanowywane szybko i możliwie bezboleśnie.
Sprawa "odpieluszkowywania" i korzystania z nocnika nie jest tutaj wyjątkiem. Rodzice na pewnym etapie liczą, że ich  chodzący już potomek sam zrezygnuje z drenowania ich portfela kolejnymi paczkami pieluch. Jednym słowem odejdzie w kierunku, nocnikowego światła samodzielności.
Niestety takie osiągnięcia przychodzą zdecydowanie łatwiej na stronach poradnika niż w rzeczywistości. Rodzic, taki jak ja, w walce z zasikaną pieluchą, ma nadzieję na szybki efekt!  Z nieskrywanym optymizmem spogląda w stronę fachowej literatury dla dzieci.
Oto książki, które aktualnie okupują naszą łazienkę: Nocnik nad nocnikami, Ale Kupa!, Tronik, O sukcesie na sedesie, Nocnik Maksa, Basia Franek i pielucha.
Jest ich całkiem spora kupka...
Jedna z nich, „Ale kupa!”, zwróciła naszą uwagę. Napisana i zilustrowana przez Guido van Genechtena, wydana przez wydawnictwo Nasza Księgarnia początkowo wydała mi się przeciętna.
Ilustracja ok. Tekst ok, solidne ok. Taka mocna trójka z plusem. I jakie było moje zaskoczenie, gdy 3+ zmieniła się w ocenę celującą!
Oparta jest na dość prostym pomyśle i bardzo czytelnej ilustracji. Okazało się, że dla powodzenia sprawy pieluszkowej to zupełnie wystarczy. Miano bestsellera zostało tej książce przyznane nie bez kozery.

Czytaliśmy o dociekliwej myszce, która każdego spotkanego zwierzaka pytała, co ma w swojej pieluszce. Zwierzęta jej pokazywały placuszki, pączki, bobki, paróweczki…, co tam każde miało. A miała i krowa, i koń, i piesek, i owieczka… Dociekliwa Myszka na końcu też pokazała swoją pieluszkę, która było o dziwo… pusta! Sprytna Myszka robi kupę do NOCNIKA.

Z reguły czytaliśmy książkę najczęściej zaraz po zapełnieniu pieluchy, siadając bezproduktywnie na nocnik.
Ale... nastąpił zwrot. Syn mój wbiegł do łazienki chwycił książkę i zaczął siadać. Ja spokojnie, nie wierząc w żadne efekty, pytam:
Synku kochany chcesz kupkę? kiwnięcie głową
Robimy na nocniku? nie ma reakcji
Zdejmujemy spodnie? nie ma reakcji
Siadamy na nocnik? siada
Ja szybko uwijam się z trzema zatrzaskami body, spodniami i pieluchą i sadzam delikwenta na dokładnie na niebieskim nocniku. Chłopak czyta książkę, od tylu, bardzo koncentrując się na stronie o autorze... i nastąpił pełen sukces!
Nie wiem czy dlatego, że Autor jest łysy jak kolano… Czy ten sukces można przypisać, książce, matce, matce naturze czy inteligencji (?) mojego syna… Tego nie jestem do końca pewna, ale to jest dziś moja największa uciecha.
To był nasz pierwszy raz, … więc nie chwalę dnia przed zachodem słońca, czekam na jutrzejsze produkty przemiany materii, nie zaprzestając lektury o dzielnej myszce.
Anna Łukasik
Ale kupa! Co masz w pieluszce
Poznajcie Myszkę. Myszka lubi wiedzieć wszystko o świecie, który ją otacza. Jest bardzo dociekliwa. Nosi pieluszkę i zastanawia się, co też kryje się w pieluszkach jej przyjaciół. Dlaczego tak ją to interesuje? Zaraz się dowiecie!