cudanakiju.pl

cudanakiju.pl
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Znak Emotikon. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Znak Emotikon. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 23 grudnia 2018

Kuba niedźwiedź. Historie z gawry


Autorka "Kuby niedźwiedzia. Historii z gawry" jest dziennikarką i dlatego jej książka ma podwójny, jeśli nie potrójny charakter. Publikacja składa się z opowiadań, fikcji literackiej nawiązującej do prawdziwych zachowań polskich niedźwiedzi, oraz rozdziałów "reporterskich", wyróżnionych innym kolorem czcionki. Fragmenty relacjonujące wydarzenia odnotowane przez obserwatorów przyrody i pracowników Tatrzańskiego Parku Narodowego to materiał popularnonaukowy, silnie dydaktyczny, podany swobodnym językiem, ale zawierający wiele bezpośrednich zwrotów do czytelnika (pamiętaj, nie należy, najlepiej zachowywać się...). Literackim partiom tekstu towarzyszą liczne ilustracje autorstwa Anny Łazowskiej.

A przecież to jemu, Kubie, należały się brawa. Był od brata silniejszy, sprawniejszy, no i o cały rok starszy. Niestety nie czuł się doceniany.
To niesprawiedliwe, wkurzające! Mógłbym go trzasnąć, a przynajmniej wrzucić w gniazdo os. Niech sobie potem moczy w potoku pokłuty zad.
Młodszy brat potrafił go wkurzyć tak bardzo, że potem Kuba chodził zły przez cały dzień. Mama, a nawet ta głupia wiewióra, którą nazywał Wióra, nie były lepsze.

Renata Kijowska podjęła się trudnego zadania spojenia wiadomości przyrodniczych z duchem reportażu i twórczością literacką. W publikacji czuć misję, jako książka szerząca wiedzę jest na pewno skuteczna i wartościowa (nawet ja dużo się z niej nauczyłam), jednak pod względem formalnym zamiar autorki nie do końca się powiódł. Książka "Kuba niedźwiedź" rozumiana jako utwór literacki ma szereg niedociągnięć, przede wszystkim warsztatowych i językowych (zwłaszcza stylistycznych). Narrator nie może się zdecydować, czy ma wgląd w myśli postaci (i których), czy nie. Potoczne zwroty i składnia (a właściwie jej brak) jakoś tu nie pasują, burzą harmonię, zdają się być wtrącane na siłę, by pozyskać dziecięcego czytelnika. Ciągłe przejścia od właściwej historii do dygresji zoologicznych autorki jeszcze potęgują wrażenie szorstkości tekstu, jego fabularnych dziur, przeskoków w czasie, ogólnego braku płynności.

Mama. Wielka, miękka i taka ciepła. Właściwie Kuba mógłby nie wychodzić z gawry, tylko tak spać wtulony, myśląc, że ma ją tylko dla siebie, że nie musi się tym ciepłem dzielić. Ale przyszła wiosna i wszystko zepsuła. Porzucili gawrę i ćwiczą.

Łagodność fragmentów opowieści skonfrontowana z późniejszymi dramatycznymi losami bohaterów nasuwa pytanie o wiek czytelników, który trudno mi określić. Pamiętam, że jako dziecko strasznie płakałam nad losem Dżekiego i Nuki z telewizyjnego serialu animowanego, przedszkolne maluchy i młodsi uczniowie szkoły podstawowej mogą jeszcze głębiej przeżyć przygody Kuby, jego brata Benka, ich mamy i przyjaciół (lisa i wiewiórki), bo w książce nie ma niedomówień czy metafor dostępnych twórcom filmu. Reality show z Tatr porusza bardzo poważne zagadnienia: żywienie się dzikich zwierząt na ludzkich śmietnikach i inne przejawy szkodliwego przenikania się światów człowieka i niedźwiedzia, kłusownictwo, obserwowanie mieszkańców lasu przez przyrodników używających nowych technologii (fotopułapki, obroże), życie i zachowania zwierząt urodzonych na wolności po przeniesieniu ich do ogrodu zoologicznego. Śmierć, przemoc oraz szaleństwo są elementami tej historii i zostają opisane bez ogródek. Książka "Kuba niedźwiedź" jak najbardziej może być czytana dzieciom i przez dzieci, jednak rodzice muszą wcześniej ocenić, czy wrażliwość potencjalnych czytelników jest odpowiednia dla tej lektury.

Gdy mężczyźni zbliżyli się do ogrodzenia, mama Kuby i Benia zobaczyła ich kątem oka. Coś w niej jakby drgnęło. Ale nie było to radosne ożywienie. Poderwała się z legowiska pełna wściekłej furii. Znów jak pierwszego dnia zaczęła biegać wzdłuż ogrodzenia.
Mamo, przestań – wołał Kuba przez łzy.
Mówiliśmy pani, ze takie kręcenie się w kółko zwyczajnie nam przeszkadza, o ryku nie wspomnę – wtrącił bez sensu Bolo.
Ale ona nie słuchała. Ich mały wybieg otaczała fosa. Nagle cofnęła się, rozpędziła. Wyglądało to tak, jakby miała zamiar przeskoczyć fosę, ogrodzenie, całe zoo...

Bardzo mocną stroną "Historii z gawry" są ilustracje. Anna Łazowska jest dla mnie graficznym objawieniem roku w książce dla dzieci ("Kuba niedźwiedź" to jej debiut w dziedzinie ilustracji książkowej dla młodych). Artystka operuje barwami dnia oraz nocy, wiosny, lata i jesieni, pokazując ich urok lub grozę, rozmaite rodzaje światła i cienia. Niemal odczuwamy ciepło letniej polany, zapach nocnej mgły albo jesiennego lasu, a na widok rzęsistego deszczu naprawdę się wzdrygnęłam. Matowa, ciemna okładka na pierwszy rzut oka może się wydać odrobinę ponura, ale proszę się jej dokładnie przyjrzeć: po pierwsze, ilustracja przedstawia noc w górach, podczas której jedynym oświetleniem jest księżyc, po drugie zaś, widzimy las i zwierzęta, którym człowiek wydarł kawałek domu. Jak na taką scenerię i nastrój, grafika Anny Łazowskiej i tak jest nadspodziewanie świetlista i pozytywna, pięknie wypada też tytuł złożony ze słomiano-księżycowych, lakierowanych liter. Po otwarciu książki trafiamy na ciekawe, nieco folklorystyczne wyklejki, które zapowiadają sympatię ilustratorki dla fioletów, często wracających w całej książce. Wewnątrz znalazło się mnóstwo kolorowych, choć stonowanych ilustracji. Są to obrazki artystyczne, ale podobające się dzieciom, nie nazbyt słodkie, w sam raz poetyckie i nowoczesne. Nawet małe niedźwiedzie pozostają groźnymi, dzikimi zwierzętami, a nie słodkimi misiami, choć wzbudzają wielką sympatię młodego czytelnika. Każdą z ilustracji oglądałam już po kilka razy, pochylając się to nad nasyceniem barw, to nad przepływem światła przez szpary w ścianie lasu, chmur czy w drewnianym ogrodzeniu, albo też przyglądając się sposobom pokazywania ruchu i ujęciom statycznym; kiedy indziej przekartkowałam całą książkę, by przyjrzeć się wszystkim odcieniom nieba, innym zależnie od miejsca akcji, trochę odzwierciedlającym nastroje bohaterów. Potem na stronie internetowej ilustratorki zobaczyłam, jak powstawały te prace i nie mogę się doczekać, kiedy galeria zostanie wzbogacona o kolejne ukończone projekty grafik w książkach dla dzieci.
Bożena Itoya

Renata Kijowska, Kuba niedźwiedź. Historie z gawry, ilustrowała Anna Łazowska, Znak Emotikon, Kraków 2018.

poniedziałek, 19 listopada 2018

Ach, jak cudowna jest Panama


Nasze pierwsze spotkanie z Misiem i Tygryskiem odbyło się około 8 lat temu, dzięki rekomendacji Fundacji ABCXXI Cała Polska Czyta Dzieciom. Powrót do tak specyficznej lektury, dla nas wręcz zamierzchłej, był ciekawym eksperymentem: czy w zmienionych warunkach wydawniczych, wobec takiej obfitości książek dla dzieci, maluchy nadal będą chciały zakrzyknąć "Ach, jak cudowna jest Panama"?
Tygrysek i Miś, choć całkiem samodzielni, są rówieśnikami czytelników, małymi dziećmi – myślą jak one, bawią się jak one i łapią zachwycający świat pełnymi haustami też jak one. Właściwie, jak w porządnej opowieści, należy o nich pisać w czasie przeszłym: "żyli sobie kiedyś", "mieli też własną łódkę", "mieszkali w małym, przytulnym domku z kominem", "Miś chodził co dzień z wędką na ryby, a Tygrysek chodził do lasu zbierać grzyby". Bohaterowie byli tak szczęśliwi, że aż chcielibyśmy być nimi. A potem było tylko lepiej: Miś znalazł w rzece pachnącą bananami skrzynkę z napisem "Panama". Przyjaciele zrobili więc drogowskaz i wyruszyli zgodnie z jego wskazówką na poszukiwanie krainy marzeń, bo to musi być coś wspaniałego, tak ładnie brzmi: Panama! I pachnie bananami.
Wędrowcy, niczym w baśni, napotykają różne służące radą (raczej nie za dobrą) osoby, a w miarę jak drogi za nimi przybywa, rośnie też mit arkadyjskiej Panamy. Miś i Tygrysek są w podróży już bardzo długo, może kilka dni albo tygodni, a każdy przedszkolak wie, jak wszystko może się diametralnie zmienić w tak kosmicznym okresie. Nawet postrzeganie własnej okolicy. Koncept autora obejmuje między innymi ścieżki, jakie obiera wyobraźnia najmłodszych dzieci oraz nawiązania do "Kubusia Puchatka", ale więcej o tej wycieczce zdradzić nie mogę, trzeba ją odbyć samodzielnie i w atmosferze, którą zapewnić może tylko sam Janosch.
Książka "Ach, jak cudowna jest Panama" należy do ciepłych, zabawnych i poczciwych opowieści, jakie mogą stać się kultowe dla wszystkich maluchów z wyobraźnią, instynktownie rozumiejących, czym są przyjaźń, przygoda oraz dom. Na ilustracjach autora Miś i Tygrysek są tacy zwyczajni, mięciutcy i pluszakopodobni, że z łatwością zdobywają małe serca. I większe też, pamiętam, że bardzo często wypożyczałam z biblioteki wszystkie publikacje Janoscha, nie tylko po to, by je czytać, ale też żeby na okrągło oglądać te urocze obrazki. Zwłaszcza tygryskowa kaczka zapadła w pamięć i mnie, i mojemu synowi, i na pewno milionom innych dzieci, także tych już dorosłych, bo w niemieckim oryginale książka "Ach, jak cudowna jest Panama" ukazała się po raz pierwszy w 1978 roku. W Polsce wydawana była w latach 1992 i 2003 (zawsze w przekładzie Emilii Bielickiej, tak też w 2018 r.), jeszcze przed złotymi czasami książki dla dzieci, a jej wznowienie jest słuszną decyzją, bo nie zestarzała się nic a nic i nadal powinna przodować w kanonie lektur czytających rodzin.
Bożena Itoya

Janosch, Ach, jak cudowna jest Panama. Opowieść o tym, jak Miś z Tygryskiem wędrowali do Panamy, przełożyła Emilia Bielicka, Znak Emotikon, Kraków 2018.

sobota, 10 listopada 2018

Mały Książę z ilustracjami Pawła Pawlaka


W katalogu Biblioteki Narodowej znalazłam mrowie polskich wydań i przekładów "Małego Księcia" (ja w dzieciństwie czytałam tłumaczenie Jana Szwykowskiego), jednak nie udało mi się wyśledzić żadnej edycji z ilustracjami innymi niż te autora. Projekt wydawnictwa Znak Emotikon i Pawła Pawlaka jest zatem odważny i nowatorski choćby na tym tle. Wizerunek głównego bohatera i fragmenty tekstu, sprawdzające się jako sentencje, są cytowane tak powszechnie, że od dawna nikt nie przejmuje się ich rozmyciem etyczno-filozoficznym oraz infantylizacją, bo przecież to nie jest "książeczka dla dzieci" czy "bajka" (animowana lub literacka), a tak właśnie bywa odbierana. Paweł Pawlak narysował niesłodkiego Małego Księcia w symbolicznym, geometrycznym świecie, moim zdaniem wpasowując się w intencje pisarza, ale niekoniecznie w preferencje szerokiej publiki.
Niesztampowa, choć masowo powielana pozycja z dorobku Antoine'a de Saint-Exupéry'ego – to duże wyzwanie dla edytora i ilustratora, bo mierzą się i z klasyką, i z przyzwyczajeniami (translatorskimi oraz plastycznymi) odbiorców, i z bezlitosnym rynkiem, zasypanym tanimi wydaniami "Małego Księcia". Edycja przygotowana przez Pawła Pawlaka nie należy do najtańszych, ale mam nadzieję, że trafi w ręce koneserów oraz dzieci, które jeszcze tej książki nie czytały, a mają ją przerabiać w szkole. Szczęśliwi, którzy poznają człowieczka z gwiazd właśnie w tej formie.
"Mały Książę" stał się nie tylko wizytówką autora, jedynym kojarzonym (czy wręcz identyfikowanym) z nim utworem, ale też domeną publiczną bez ograniczeń praw autorskich (od 2015 roku, dotyczy francuskiego oryginału, ale poza Francją). Z jednej strony, dla mnie ta "publiczność" książki jest paradoksem, bo uważam "Małego Księcia" za dzieło bardzo intymne – dla twórcy, ale i dla czytelnika, jeśli ma w sobie odpowiednią wrażliwość. Z drugiej strony, utwór tak wyjątkowy, głęboki, sięgający istoty człowieczeństwa powinien być własnością całej ludzkości. Wierzę, że od teraz będzie się rozprzestrzeniał po świecie właśnie w wersji z ilustracjami Pawła Pawlaka.




Nowe wyobrażenia Małego Księcia, zwiedzanych przez niego planet i zamieszkujących je stworzeń na książkę wpłynęły wielorako. Pozwoliły inaczej spojrzeć na tekst, odświeżyły go, poddały reinterpretacji. Ilustracje Antoine'a de Saint-Exupéry'ego za bardzo zrosły się z treścią literacką, ograniczając wyobraźnię czytelnika, przynajmniej dojrzałego. Wiele razy wracałam do tej lektury już w dorosłości i wydaje mi się, że nie było to "pełne" ponowne czytanie, tylko odtwarzanie dawnych wrażeń, jakbym recytowała wiersz zapamiętany z lekcji polskiego w podstawówce. Paweł Pawlak dodał całemu utworowi kolorytu, wyzwolił tekst z przyzwyczajeń czytelniczych, mówiąc potoczniej: dał mi do myślenia.
Pierwszym komponentem ilustracji, na który zwraca się uwagę sięgając po "Małego Księcia" w tej edycji, są barwy. Bywają zestawione kontrastowo, tak, by przykuwały wzrok, kiedy indziej (przede wszystkim na wyklejkach, stronie redaktorskiej i spisie treści) uspokajają, są stonowane, tworzą łagodne mury wszechświata, w którym rozgrywa się akcja książki. Uwagę przyciąga także sposób nakładania kolorów, bo jedne prześwitują spod drugich (zwłaszcza gdy chodzi o tło), jak w artystycznym wydaniu malarstwa pokojowego, a barwy oczu i przedmiotów trochę wychodzą poza ich linię, co skojarzyło mi się z jedną z ciekawszych serii komiksowych ostatnich lat – "W koronie" (kolory: Łukasz Mazur, ilustracje: Piotr Nowacki, scenariusz: Bartosz Sztybor, wyd. Tadam). Pod względem kolorystyki obrazy Pawła Pawlaka są na wskroś nowoczesne, chociaż (albo: nawet kiedy) ocenia je laik.
Kolejnym aspektem oryginalności prac Pawła Pawlaka zamieszczonych w "Małym Księciu" jest grafika, jej geometryczność i ostrość. Mamy tu osie, linie, kręgi, figury i "szkiełka" jak z kalejdoskopu, orbity fantazji i snu. Symboliczno-oniryczne podteksty pasują doskonale do materiału źródłowego – utworu filozoficznego, jakim przecież jest "Mały Książę". Najpierw spotykamy kapelusz, to znaczy węża boa, w którym "gości" poczciwy słoń, taki, jakiego narysowałoby dziecko. A zaraz obok widzimy pierwszy portret Księcia, "małego człowieczka" (jak określił go tłumacz, Henryk Woźniakowski) z wielką głową, wysokim czołem, niewielkimi, szeroko rozstawionymi oczami, malusimi kończynami, bardziej obcego, humanoidalnego ufoludka niż słodkiego chłopca, jak przywykliśmy go postrzegać na podstawie ilustracji Antoine'a de Saint-Exupéry'ego. Dalej jest jeszcze bardziej zaskakująco, bo jeden z baranków zyskuje groteskową starczą maskę i dostaje czarną skrzynkę, która skojarzyła mi się z thrillerem "Osada" (reż. M. Night Shyamalan). Skrzynka staje się leitmotivem galerii Pawła Pawlaka pt. "Mały Książę", od chwili pojawienia się jest obecna na niemal każdej ilustracji. Z tym bagażem otrzymanym od przyjaciela, po trosze po prostu bagażem przyjaźni, bohater podróżuje między planetami i chwilami, czyni z pudełka na baranka pojazd kosmiczny i wehikuł czasu, bo choć narysowane chwilę temu przez narratora, pojawia się ono także w retrospekcjach Małego Księcia.
Do moich ulubionych wizji Pawła Pawlaka należą wielka Róża (to pewnie to ego...) podlewana przez Małego Księcia i pan-Krzyk-Muncha z planety rozsadzanej przez baobaby, są też gołębie unoszące na linach Małego Księcia w skrzynce, lis odbijający się w oku bohatera (i odwrotnie), rozciągnięty na cztery strony obrazkowy wykaz zwiedzonych planet (wraz z turystą i mieszkańcami w różnych frapujących położeniach) i wreszcie "wyciemniony" portret narratora w chwili rozstania z ukochanym przyjacielem. Tego nie da się zapomnieć.
Ogólnie mamy tu do czynienia z udaną adaptacją plastyczną, dopasowaną do przekładu Henryka Woźniakowskiego. Moim zdaniem "Mały Książę" nie jest już tak przełomowy, ogólnie i w mniemaniu osoby, która pierwszy raz po niego sięga. Utwór ten jako tekst literacki zestarzał się, bo w międzyczasie w księgarniach polskich zakwitły dziesiątki (a na świecie setki, jeśli nie tysiące) genialnych konceptów, narodziły się nowe książki obrazkowe (picture book), wiele z nich jak baobaby wyrosło ciągnąc soki z planety "Małego Księcia" i rozsadzając ją. Odbiorcom poruszającym się w gąszczu (po)nowoczesnych publikacji jest obojętne, czy Antoine de Saint-Exupéry był pierwszy, książka musi do nich przemówić, być aktualna, a omawiana edycja "Małego Księcia" właśnie taka jest. Dzięki temu nowemu ujęciu klasyk nie tonie w morzu nowości, tylko jest niesiony na ich fali. O samej treści książki nie zamierzam pisać szerzej, ponieważ niemal wszyscy ją znają, przynajmniej mniej więcej, a pozostali powinni zapoznać się z książką, a nie jej omówieniem. Bliskie spotkania z galaktyką Małego Księcia proponuję przeprowadzić właśnie za pośrednictwem Pawła Pawlaka.
Bożena Itoya

Antoine de Saint-Exupéry, Mały Książę, przekład Henryk Woźniakowski, opracowanie graficzne, projekt okładki oraz ilustracje Paweł Pawlak, Znak Emotikon, Kraków 2018.

środa, 31 października 2018

Kefir w Kairze – limeryki z fabryki


Książka "Kefir w Kairze" jest kolejnym po "Wierszykach domowych", "Wierszykach rodzinnych" i "Jak przekręcać i przeklinać" tomikiem poezji (czy po prostu rymowanek) Michała Rusinka zilustrowanym przez Joannę Rusinek, a opublikowanym w wydawnictwie Znak Emotikon. Prawdziwa familijna fabryka wierszyka! Tym razem autor staje się naszym przewodnikiem w objazdowej wycieczce po świecie, która nie udałaby się bez udziału rezydentki biura rymowanych podróży, czyli ilustratorki. Niektóre wierszyki (para- i całkiem limeryki) pozbawione tych kolorowych, soczystych, wesołych obrazków okazałaby się za mało atrakcyjne dla dzieci, zbyt dla nich bezbarwne, suche i może nawet poważno-niezrozumiałe, bo zdarzają się tu zwięzłe rymowanki ironiczno-metaforyczne nazbyt abstrakcyjne dla kilkulatków.

Delhi,
gdybyście nie wiedzieli,
czyta się "Deli".
I więcej o nim powiedzieć nie potrafi
ktoś, kto nie uważał na lekcji geografii.

"Kefir w Kairze" to takie ćwiczenia z myślenia, językowy aerobik, zabawa raczej dla wprawionych użytkowników języka ojczystego. Cóż, właśnie tym charakteryzują się limeryki, choć nieco krótsze i dłuższe bywają Michała Rusinka wierszyki. Bardzo często nie rym jest tu najważniejszy, ale pomysł, niepowtarzalność skojarzenia, dowcip. Ja i mój syn już tak mamy, że dowcipy często nas nie bawią, może dlatego nie wszystkie przystanki w tej wierszowanej wycieczce przypadły nam do gustu.

Tajemnicę wam zdradzę,
że w Pradze
mieszkają prababcie i pradziadkowie.
I niech każdy się wreszcie dowie
oraz na zawsze zapamięta,
że także prawnuczęta.
Praga
(to nie blaga)
nie tylko jest stolicą Czech.
Niech
to się wreszcie stanie jasne i przejrzyste jak łza,
że także stolicą słów rozpoczynających się od "pra".
Ile znasz takich słów, czytelniku?
Mam nadzieję, że bez liku.

Wierszyki o poszczególnych miejscach poza nazwą rzadko mają coś wspólnego z rzeczywistymi miastami. Autor stara się pobudzić czytelników do śmiechu i własnych aktywności językowych, choć na przykład oczekując, że dziecko zna bez liku słów na "pra", sam wymienia tylko stopnie pokrewieństwa i kieruje wyliczankę na te tory; ze ślepego zaułka wyprowadza nas na szczęście ilustratorka.
Gdybym miała w jednym zdaniu zamknąć wrażenia naszej rodziny z lektury "Kefiru w Kairze", to powiedziałabym, że w tej poezji było dla nas za mało... poezji. Dysponując dwoma zdaniami, dodałabym jednak, że niektóre absurdalne wygibasy Michała Rusinka są bardzo zgrabne i zabawne. Poproszona o przytoczenie argumentów za i przeciw "Kefirowi" oraz przeprowadzenie analizy porównawczej, wsparłabym się na "Złotoustym zerze w zenicie" Marii Ekier (wyd. Hokus-Pokus), bo tam już kilka lat temu znaleźliśmy z synem wszystko to, czego można oczekiwać po zbiorze limeryków dla dzieci.
W zakresie ilustracji "Kefir w Kairze" cieszy oko niemal pełnym zarysowaniem, biel pojawia się na kartach tej książki tylko wraz ze śniegiem lub mgłą. Obrazki są wszędzie, w tle wierszyków i obok nich, duże, wyraźne (na jednym wyraźnie widać autora!), pastelowe i ciemniejsze, wkradają się też w sam tekst, bo tytuły (równoznaczne z miastami) ułożono z "malowanych", czasem ozdobnych, pasujących do "stylu" miasta liter, a i liternictwo głównego tekstu zostało dobrane w taki sposób, że świetnie komponuje się z rysunkami. Całość jest graficznym cackiem, małym dziełem sztuki, przy czym znacząco różni się od tradycyjnej ilustracji książkowej uprawianej przez Joannę Rusinek na przykład w wydawnictwie Literatura.
Bożena Itoya

Michał Rusinek, Kefir w Kairze, ilustracje Joanna Rusinek, Znak Emotikon, Kraków 2018.

czwartek, 13 września 2018

Cudowna wyspa dziadka. Mój wieloryb


Benji Davies napisał i zilustrował dwie opowieści o świecie małego chłopca: "Cudowną wyspę dziadka" oraz "Mojego wieloryba". Właściwie ten angielski twórca jest autorem jeszcze dwóch książek obrazkowych ("The Storm Whale in Winter", "The Grotlyn") i ilustratorem kolejnej ("All Right Already. A Snow Story", pomijam dwie "książki zabawki", jak w katalogu Biblioteki Narodowej określono publikacje z 2008 roku z ilustracjami B. Daviesa), ale w Polsce ukazały się dotychczas tylko wspomniane tytuły, oba nakładem wydawnictwa Znak Emotikon. Moje serce skradła zwłaszcza "Cudowna wyspa dziadka", jedna z najładniejszych historii o odejściu ukochanego dziadka. Jest to książka krótka, senno-poetycka, bardzo estetyczna i kolorowa, a przede wszystkim dziecięca. Świat jest tu bowiem widziany małymi oczami, wyobraźnia i fascynujące opowieści dziadka mieszają się z rzeczywistością, trochę ponurą, ale przeważnie raczej ciepłą i porywającą, bo bliską fantazji.

Na tyłach domu Syda znajdował się dom dziadka. Wchodziło się tam przez furtkę, ścieżką obok drzewa. Klucz schowany był pod doniczką i Syd mógł wpadać z wizytą, kiedy tylko miał na to ochotę.

Sąsiadem małego Syda jest dziadek-przyjaciel, taki towarzysz zabaw na życzenie, zawsze dostępny, będący bliziutko, niezawodny. Codzienne wycieczki za płot zostaną zaburzone nagłym niepokojem – dziadka nie ma w domu. A może jednak jest, bo woła chłopca na strych, gdzie odkrywa przed nim drzwi prowadzące w najdalszy rejs.

Zarzucili kotwicę i dotarli do brzegu.
Gdzie twoja laska, dziadku? – zapytał Syd.
Dam sobie bez niej radę – odparł staruszek.
(...) Na wzgórzu, między drzewami, czuło się powiew chłodnej bryzy. Znaleźli tam starą chatę. Wymagała solidnego sprzątania, lecz dzięki pomocy innych wkrótce zaczęła wyglądać czysto i schludnie.

Na niesamowitej wycieczce dziadek i wnuk poznają egzotyczną wyspę, znajdują urokliwe lokum, wypakowują bagaż, korzystając z pomocy miejscowych zwierząt i zwiedzają dżunglę. Ilustracje są tu właściwie ważniejsze niż tekst, który toczy się obok, raz czy dwa coś dopowiada, ale więcej informacji i przygód ukrytych jest w obrazkach. Najbardziej zapadł nam w pamięć portret nurkującego dziadka z brodą niczym wodospad; w zrozumieniu historii pomogło zaś śledzenie szczegółów na kolejnych obrazkach: strych przed rejsem, kufer na wyspie, strych po rejsie, strona tytułowa. Nie zdradzę, co wydarzyło się dalej i o jakie odejście dziadka chodzi, ale koncept autora jest bardzo ciekawy i efektowny. Warto poczytać i pooglądać tę książkę z maluchem, który jest zżyty z najstarszymi członkami rodziny. A potem oczywiście rozmawiać i odnajdywać własne cudowne wyspy.
`
Mniej przemówiła do mnie (i mojego syna) książka "Mój wieloryb". Wielorybie ogony na wyklejce wyglądają podobnie do jednej z ilustracji w "Cudownej wyspie dziadka", również chatki z obu opowieści przez chwilę uznaliśmy za ten sam budyneczek, jakby dom wędrujący między książkami Benjiego Daviesa. W drugim picturebook'u nad morzem, właściwie na samej plaży, mieszka sobie inny chłopiec – Noi w czarnej czapeczce. Początkowo nie wiemy, czy miejscem akcji jest wyspa (jak okazuje się później), półwysep czy zwykłe wybrzeże, ale na pewno nie ma tu wielu ludzi. W tle widzimy tylko "wyszarzony" budynek czy budynki, może letniskowe i w tej chwili opuszczone. Poza tatą nie poznajemy żadnej rodziny ani kolegów malucha. Noi bawi się sam, po dokładnym przejrzeniu ilustracji można stwierdzić, że radzi sobie całkiem nieźle. A jeśli jednak samotność mu doskwiera, gdy tata z brodą jak szare korale znika na wiele godzin? Jest jeszcze sześć kotów, ale Noi wynajduje sobie innego towarzysza, albo raczej podopiecznego. Kiedy tata-rybak łowi na morzu, syn przechadza się brzegiem i ratuje z opresji małego wieloryba. Tylko czy to rzeczywiście ratunek dla zwierzęcia, czy raczej dla dziecka? Jak długo da się ukrywać wieloryba w wannie przed tatą i prawdę przed sobą? Morał tej historii jest niewątpliwie mądry i zgrabny, jednak mam wątpliwości, na ile mały czytelnik będzie się identyfikował z sytuacjami z książki, raczej niespotykanymi na co dzień w naszym kraju. Dzieci nie bywają z reguły odseparowane od społeczeństwa i zdane na bliższy kontakt z dziką przyrodą niż z ludźmi. Jeśli jednak traktować "Mojego wieloryba" jako pewną przenośnię, mały traktat o zapracowanych rodzicach i pozostawionych samym sobie dzieciach, to publikacja może mieć pewien potencjał terapeutyczny. Zawsze pozostaje też kontemplacja obrazków, bo jest to książka równie atrakcyjna wizualnie, co "Cudowna wyspa dziadka", choć dużo spokojniejsza, surowsza, bardziej skalista i kameralna, mimo ogromu oceanu otaczającego wyspę Noi.
Bożena Itoya

Benji Davies, Cudowna wyspa dziadka, przełożyła Małgorzata Pietrzyk, Znak Emotikon, Kraków 2018.
Benji Davies, Mój wieloryb, przełożyła Małgorzata Pietrzyk, Znak Emotikon, Kraków 2018.

środa, 25 lipca 2018

Cudowne lekarstwo George'a


Uwielbiamy książki Roalda Dahla i jakoś tak się ustaliło, że czytamy je przeważnie w wakacje. Może dlatego, że wtedy podświadomie chcemy sobie zrobić wolne od morałów i "nutek edukacji", którymi przesączona jest większość literatury dla dzieci i młodzieży. W tym roku zostawiliśmy sobie na lato "Cudowne lekarstwo George'a", które znakomicie wyleczyło nas ze stresu i realizmu.
Już na początku lektury stwierdziliśmy, że byłoby bardzo zabawnie czytać tę książkę z babcią, ale tylko taką miłującą czarny humor. Babcia George'a zachowuje się jak stara wiedźma i tak właśnie przedstawia się wnukowi. Staruszka jest wyjątkowo irytująca, złośliwa, doskwierająca i potomkowi, i czytelnikowi, a przyznacie, że publikacje o nienawiści do babci nie są niczym szczególnie popularnym. Od pierwszych kart opowieści George planuje zemstę, ba, sposób na pozbycie się babci raz na zawsze. W tym celu zabiera się za przyrządzenie tytułowego specyfiku, będącego w założeniu... trucizną podaną babci zamiast zwyczajowego lekarstwa, którego konsystencję i kolor stara się podrobić mały aptekarz-mściciel. Właściwie bohater niewiele się tu różni od starszej antybohaterki, zresztą babcia uprzedziła George'a o tym, że są ulepieni z tej samej magicznej gliny.

George zaczął wycofywać się wolno w kierunku drzwi. Chciał znaleźć się jak najdalej od paskudnej starej kobiety.
Widzę, że próbujesz ode mnie uciec – powiedziała, celując wskazującym palcem wprost w jego twarz. – Chcesz zostawić swoją babunię.
Mały George stał przy drzwiach i nie odrywał wzroku od obrzydliwej staruszki w fotelu. Ona z kolei wpatrywała się w niego.
"Czy to możliwe – zastanawiał się George – by była czarownicą?" Zawsze myślał, że wiedźmy istnieją tylko w bajkach. Teraz jednak nie był już tego taki pewien.
Podejdź bliżej. – Skinęła na niego sękatym palcem. – Zbliż się do mnie, a zdradzę ci moje tajemnice.
George stał jak wryty.
Babcia również nie ruszała się z miejsca.
Znam mnóstwo rozmaitych sekretów – kusiła, a na jej twarzy wykwitł nagle lodowaty uśmieszek i chłopiec poczuł się jak ofiara zmrożona wzrokiem jadowitego węża. – Przybliż się do babuni, to zdradzi ci swoje tajemnice.
George zrobił kolejny krok w stronę drzwi.
Nie możesz się mnie bać – upomniała go staruszka z tym swoim zimnym uśmieszkiem.
George cofnął się jeszcze dalej.
Niektórzy z nas – ciągnęła, wychylając się w przód i szepcząc chrapliwym głosem, którego chłopiec nigdy dotąd nie słyszał – mają magiczną moc i dzięki niej mogą nadawać stworzeniom niesamowite kształty.

Jak to u Roalda Dahla bywa, akcja rozrasta się obfitując w fantastyczne wydarzenia, niby rodem z baśni, ale raczej tych mniej łagodnych. Tu nie nastąpi ani cudowne pogodzenie seniora i juniora rodu, ani wyleczenie babci z okropieństwa. Rodzice, nieświadomi dziwnego, wiedźmowatego zachowania babci wobec wnuka, będą co prawda zaskoczeni działaniem "lekarstwa", ale George'a nie spotka żadna kara, przeciwnie, ojciec żywo zainteresuje się możliwością wykorzystania wynalazku w zbijaniu farmerskiego majątku i będzie zachęcał syna do szerszej produkcji mikstury. Zwierzęta hodowlane przejdą prawdziwe metamorfozy, ale ludzie, z jednym (niemałym) wyjątkiem pozostaną niezmienieni.
Dla nas "Cudowne lekarstwo George'a" jest książką bardzo udaną, wyjątkowo śmieszną, ale też złośliwą. To coś dla starszych dzieci, już wyrobionych "czytelniczo", nieodbierających wszystkiego dosłownie. Przywary ludzkie są tu wyolbrzymione, zatruwanie sobie nawzajem życia przerysowane (także z pomocą znakomitej kreski Quentina Blake'a), a wnioski trzeba wysnuć samemu. Życzylibyśmy sobie więcej podobnych lektur, nasz poziom abstrakcji wymaga przynajmniej jednej dawki zwariowanej literatury miesięcznie. Jednak nikt nie pisze tak, jak robił to Roald Dahl, więc w razie potrzeby po prostu sięgamy ponownie po coś ze znanego już zestawu książek mistrza, od pewnego czasu dostępnego w solidnych wydaniach – z twardą oprawą i w nowym przekładzie. Jesteśmy też pełni nadziei, że wydawnictwo Znak udostępni polskim czytelnikom jedną z książek Roalda Dahla, które dotąd nie zostały przełożone na nasz język, bo zdaje się, że nadal takie istnieją.
Bożena Itoya

Roald Dahl, Cudowne lekarstwo George'a, ilustrował Quentin Blake, przełożyła Katarzyna Szczepańska-Kowalczuk, Znak Emotikon, Kraków 2018.

poniedziałek, 19 marca 2018

Przeogromny krokodyl i inne zwierzęta – Roald Dahl i Quentin Blake


Wydawnictwo Znak Emotikon od minionego roku udostępnia nam odświeżone książki Roalda Dahla z ilustracjami Quentina Blake'a. Po kilku daniach głównych – powieściach, z których mistrz opowieści i maestro rysunku są najbardziej znani, nadeszła kolej na wyśmienity deser: trzy rozbudowane opowiadania połączone w jednym tomie, zatytułowanym "Przeogromny krokodyl i inne zwierzęta". Właściwe zbiór ten może służyć też jako czytelnicza przystawka, co sugeruje podtytuł "dla najmłodszych". I my, choć do najmłodszych ani początkujących nie należymy, przeczytaliśmy wszystkie zawarte tu utwory z wielką radością. Nie przeszkadzało nam nawet to, że przygody tych samych zwierzaków przeżywaliśmy już drugi raz, bo zaledwie półtora roku temu kupiłam synowi wszystkie dostępne wówczas na rynku książki Roalda Dahla (pozostałe wypożyczyliśmy z biblioteki), w tym właśnie "Magiczny palec" (wtedy "Czarodziejski palec"), "Przeogromnego krokodyla" (uprzednio "Krokodyl olbrzymi) oraz "Żyrafę, Pelisia i mnie" (wówczas jako "Żyrafa, Peli oraz ja"). Poprzednia edycja różniła się od najnowszej wydawnictwem (Zysk i s-ka), brakiem kolorów wewnątrz książki, miękką oprawą, a także tłumaczeniem (wcześniej: Jerzy Łoziński, teraz: Katarzyna Szczepańska-Kowalczuk), co akurat jest różnicą najmniej dostrzegalną dla czytelnika – na kosmetyczne zmiany w tytułach zwróciliśmy uwagę dopiero gdy położyliśmy obok siebie oba wydania. Powrót Roalda Dahla na polski rynek księgarski wypadł znakomicie, bo pod skrzydłami Znaku książki o tytułowych zwierzętach są równie śmieszne, mądre i ciekawe, co wcześniej, ale prezentują się zdecydowanie lepiej i bardziej profesjonalnie.
O każdym z trzech opowiadań zawartych w zbiorze "Przeogromny krokodyl" można napisać minitraktat, ponieważ Roald Dahl należy do klasyków książki dziecięcej, jego kolejne publikacje stawały się przełomami, zmieniały podejście do młodego czytelnika, inspirowały innych pisarzy, ale też twórców kina. Również ilustracje Quentina Blake'a są marką samą w sobie, a tworzący do dziś artysta ma licznych kontynuatorów i naśladowców, których prace zdobią półki księgarskie także w Polsce. Nasza rodzina uwielbia styl obu panów, a pisarstwo Roalda Dahla jest dla nas jednym z największych cudów świata. "3 opowiadania dla najmłodszych" omówię więc z punktu widzenia fana, a nie profesjonalnego krytyka, rozbudowane analizy pozostawiając poważnym specjalistom.
W pierwszym, tytułowym opowiadaniu ("Przeogromny krokodyl") wyczułam pewne podobieństwo do "Księgi dżungli" i "Takich sobie bajeczek" Rudyarda Kiplinga, choć atmosfera, humor i niemal komiksowa skrótowość utworu Roalda Dahla odbiegają od tonu opowieści o indyjskich słoniach, ichneumonach czy tygrysach. Główny bohater nie wzbudza sympatii, bo ma chrapkę na dzieci, takie jak sami czytelnicy. Zupełnie po bajkowemu spotyka na swej drodze różne postacie, które w odpowiednim momencie powrócą jako pomocnicy, ale wcale nie jego. Krokodyl dociera do ludzkiej cywilizacji i upodabnia się do rozmaitych elementów otoczenia, by pożreć korzystające z nich dzieci. Zasadzki są bardziej śmieszne niż straszne (w dużym stopniu dzięki wybitnym ilustracjom), a finał dość niespodziewany, bo nieszczególnie pouczający i prawdopodobny, czego należałoby się spodziewać po tradycyjnej bajce. Przeczytawszy "Przeogromnego krokodyla" wiemy już, że Roald Dahl nie był tradycjonalistą, tylko bajkowym wywrotowcem.
Drugie opowiadanie, "Magiczny palec", oparte jest na genialnym pomyśle, który "ciągnie" całą historię, nadaje jej charakter i czyni niepowtarzalną. Tytułowa czarodziejska moc bohaterki nie jest wcale najważniejsza dla opowieści, po raz kolejny więc Roald Dahl pokazuje się jako autor przewrotny, stroniący od literackich konwenansów. Ośmioletnia właścicielka magicznego palca pełni funkcję narratorki, przydaje się do skonstruowania wprowadzenia i przeprowadzenia relacji o przygodach innych osób. Właściwie "przygody" to nieodpowiednie słowo, chodzi raczej o "przeżycia", mocne i niezbyt radosne. Co dokładnie przytrafiło się sąsiadom dziewczynki? Musicie przeczytać sami. My byliśmy pod wielkim wrażeniem tej zaskakującej, nieco mrocznej i groźnej historyjki. Pojawia się w niej sporo prawdziwych, strzelających strzelb (to od nich zaczynają się problemy), co polskim czytelnikom może wydać się egzotyczne, ale przecież w wielu krajach broń palna przenika do codzienności dzieci, jej posiadanie jest powszechne. Z kolei w Polsce powraca temat udziału dzieci w polowaniach, a i tego dotyka "Magiczny palec".
"Żyrafa, Peliś i ja" jest najłagodniejszym tekstem w tym zbiorze, choć nie mniej fantastycznym od pozostałych. Autor przeplata angielską rzeczywistość dziecięcymi marzeniami oraz wyobraźnią. Tytuły książąt i księżnych, z ich posiadłościami wycenianymi na podstawie liczby okien, pojawiają się obok gadających zwierząt i nazwiska Willy'ego Wonki. Mały Billy, główny bohater opowiadania, odkrywa swoją okolicę na nowo, kiedy stary, smutny budynek ożywa w tajemniczy i dziwaczny sposób. Do kamienicy sprowadzają się pracownicy i zarazem współwłaściciele firmy "Bezdrabinowe mycie okien", a chłopiec dołącza do wesołej kompanii przy okazji jej pierwszego zlecenia, wykonywanego dla wspomnianego już księcia. Czytamy tu o rozmaitych charakterach i smakołykach, śmiejemy i emocjonujemy złodziejską aferą, niejednemu też pocieknie ślinka na wzmiankę o niesamowitych słodyczach, które zapewne zainspirowały J.K. Rowling (kto zna "Harry'ego Pottera", ten nie raz marzył o takich magicznych kąskach). Spełnienie snów o cudownej "cukierkowni" może sprowadzić czytelnicze katharsis i na najmłodszych, i tych znacznie starszych wielbicieli bajek. Zresztą cały zbiór wywołuje takie właśnie wrażenie.
Jest to książka, bez której dzieciństwo wydaje się niepełne. Może stać się znakomitym zalążkiem domowej biblioteczki, małym bogactwem małego człowieka, często oglądanym, po pewnym czasie pewnie znanym na pamięć. "Przeogromny krokodyl" nada się na wiele okazji i rodzinnych wieczorów, chce się do niego wracać, oczywiście jeśli książka "chwyci", bo niewątpliwie poczucie humoru autora oraz jego zamiłowanie do absurdu z pogranicza grozy może nie spodobać się niektórym czytelnikom, zwłaszcza rodzicom przyzwyczajonym do łagodnych bajeczek. Te są z pazurem, a wizji rodziny myśliwych zamieniającej się miejscami z kaczkami, które miały zostać upolowane, nie powstydziłby się nawet Stephen King.
Bożena Itoya

Roald Dahl, Przeogromny krokodyl i inne zwierzęta. 3 opowiadania dla najmłodszych, ilustrował Quentin Blake, przełożyła Katarzyna Szczepańska-Kowalczuk, Znak Emotikon, Kraków 2018.

wtorek, 16 maja 2017

Kosmos. Gwiezdna podróż


Książka Pawła Ziemnickiego "Kosmos. Gwiezdna podróż" spodobała mi się już po pierwszym przekartkowaniu, ponieważ nie ma w niej nic zbędnego. To bliska ideału publikacja popularnonaukowa dla dzieci, w sam raz na półkę młodego fascynata badań kosmicznych, ale i każdego ucznia, bo przecież elementy wiedzy o Wszechświecie, galaktykach, planetach i gwiazdach są obecne w programie wszystkich szkół podstawowych. Ta pozycja sprawdzi się jako pomoc w pisaniu pracy domowej czy tworzeniu prezentacji, ale też przyda się rodzicom – muszę przyznać, że przed lekturą w mojej głowie humanisty zamiast niektórych wiadomości podawanych przez Pawła Ziemnickiego istniały czarne dziury.

Jak już wspominaliśmy, znamy dziś ponad 60 naturalnych satelitów Jowisza. Szesnaście z nich nie zostało dotąd nazwanych, a ich orbity nie są jeszcze zbyt precyzyjnie wyznaczone. Większość z tych satelitów porusza się po torach nachylonych pod różnymi kątami do płaszczyzny równika planety. Spora część to dawne planetoidy, które zostały złapane w pole grawitacyjne tego potężnego gazowego olbrzyma i już z nią pozostały. Zasiliły w ten sposób szeregi Jowiszowych księżyców.

Autor sadza czytelnika w fotelu pojazdu kosmicznego – treść książki poznajemy niczym kosmonauci trenujący w symulatorze, bo w pierwszym planie widzimy ramkę z elementów kokpitu, a dalej, jakby zamiast szyby statku, czytelnie podzielony tekst (oraz ewentualne zdjęcia), umieszczony na tle obrazów kosmosu. Wyruszamy w gwiezdną podróż, która rozpoczyna się w naszym kosmicznym domu (tytuł rozdziału 1.), a kończy w przyszłości (rozdział 6.). Pośrednimi etapami wędrówki są planety wewnętrzne, planety zewnętrzne, pierwsze satelity i loty załogowe oraz bezzałogowe badania przestrzeni kosmicznej. Warto spędzić trochę czasu na każdym z tych kosmicznych "przystanków", ponieważ przewodnik tej wycieczki (na co dzień pracujący w planetarium) opowiada ciekawie, zwięźle, rzeczowo, ale nie nazbyt naukowo.

Na pewno nieraz słyszałeś o stacjach kosmicznych, ale czy wiesz, do czego służą? Taka stacja to sztuczny satelita Ziemi, zaprojektowany tak, aby kolejne załogi mogły go użytkować nawet przez wiele lat. Stacje kosmiczne wykorzystuje się do ważnych badań. Pozwalają sprawdzić, jak długotrwałe przebywanie w przestrzeni kosmicznej wpływa na człowieka i jego zdrowie. Prowadzi się w nich też różne eksperymenty naukowe.

Obok podstawowych wiadomości o naszej galaktyce, w tym o Ziemi, autor przygotował dla nas zarys historii badań kosmicznych. Ta część książki uważamy za szczególnie interesująca, bo brakowało nam podobnego kompendium. Informacje o dziejach oraz perspektywach gwiezdnych osiągnięć i podróży szybko ulegają dezaktualizacji, tak stało się z kilkoma publikacjami o astronomii, które mój syn ma na półce. Jakby ładne nie były zamieszczone w nich grafiki czy zdjęcia, osiągnięcia nauki poszły już o kilka kroków dalej. Przykładowo "Wow! Ilustrowana encyklopedia kosmosu" (autor Carole Stott, Wydawnictwo G+J RBA, National Geographic Society, 2011), skądinąd pozycja cenna pod względem merytorycznym i pięknie wydana, podaje, że "sonda [Stardust] ma nowy cel – w lutym 2011 przeleci przez głowę komety Tempel 1" oraz "w 2011 roku dotrze tu łazik Curiosity i stwierdzi, czy na Marsie w ogóle może lub kiedykolwiek mogło istnieć życie w postaci mikrobów". Tymczasem Paweł Ziemnicki umiejętnie porządkuje naszą wiedzę o satelitach, lotach bezzałogowych i załogowych, dostarcza nam najnowszych danych.

Lot na Marsa rozbudza ostatnio wyobraźnię wielu osób. Być może NASA wyśle pierwszych astronautów na Czerwoną Planetę jeszcze przed 2040 rokiem. Amerykanie poleca tam nowatorską kapsułą Orion, a wyniesie ich w przestrzeń kosmiczną nowa rakieta o nazwie Space Lauch System.

Na zakończenie jeszcze raz podkreślę wartość "Kosmosu. Gwiezdnej podróży" jako przejrzystej książki popularnonaukowej. Nie znajdziemy tu niepotrzebnych ozdób, przekroje i wykresy są tylko w niezbędnych miejscach. Całość podsyca lub potęguje ciekawość dziecka, zależnie od stopnia jego wtajemniczenia w sprawy kosmosu. Sam autor może stać się dla czytelnika prawdziwym autorytetem – trudno nie westchnąć z podziwem i zazdrością na widok wspólnych zdjęć upamiętniających rozmowy Pawła Ziemnickiego z odkrywcą komety 67P Klimem Czuriumowem czy z Harrisonem Schmittem, członkiem załogi Apollo 17, jednym z dwóch ostatnich (jak dotąd) ludzi na Księżycu.
Bożena Itoya

Paweł Ziemnicki, Kosmos. Gwiezdna podróż, Znak Emotikon, Kraków 2017.