cudanakiju.pl

cudanakiju.pl

poniedziałek, 20 listopada 2017

Ludzie


Książka Petera Spiera ma pod kilkoma względami dwoisty charakter. "Ludzie" to wielki format i mrowie malutkich postaci. Publikacja popularnonaukowa i obrazkowa zarazem. Obrazem Edenu odwołująca się do ludzkich wierzeń, a rzetelnością danych antropologicznych, etnograficznych, językowych i wielu innych obrazująca ogrom dziedzin badawczych oraz aspiracji poznawczych człowieka. Proponująca proste, dziecięce, niemal naiwne spojrzenie na świat i zawstydzająca dorosłych swoją mądrością. Napisana 37 lat temu, przed moimi narodzinami, a w pełni aktualna, potrzebna mnie i mojemu synowi do utwierdzania się w przekonaniu, że "przecież...", że "Tak właśnie!". Opowiadająca o uniwersalnych wartościach, niezmiennych z upływem czasu i kilometrów, a jednak obcych wielu ludziom. Och, gdyby to tę książkę rozdawano w szpitalach po narodzinach nowego człowieka, w przedszkolach lub szkołach z okazji pasowania na przedszkolaka czy ucznia – o ile lepszy byłby świat!

Autor otwiera swoją opowieść danymi o liczebności naszego gatunku, przytaczając je w formie ciekawostek i obrazowych porównań. Są to dane aktualne, nie z 1980 roku, gdy "Ludzie" zostali wydani po raz pierwszy. Obok tekstu znalazły się dwie ilustracje – mała i wielka, pokazujące, jak tłum ludzi zapełnia niemal każdy fragment odmiennych krajobrazów: miejskiego oraz naturalnego, a mianowicie plaży. Mnożymy się, ciśniemy obok siebie, ale nie jesteśmy ponurą masą. Peter Spier już na pierwszej stronie podbudowuje nasze morale stwierdzając, że Każdy z nas jest inny. Każdy wyjątkowy w swoim rodzaju. Brzmi to jak pustosłowie, frazes do przeczytania i zapomnienia? Nie tym razem, książka "Ludzie" na pewno zakorzeni się w dziecku i będzie mu wiernie towarzyszyć latami, od przedszkola do przynajmniej połowy szkoły podstawowej.
Wyjątkowo skuteczny przekaz "Ludzi" wynika z dosłowności oraz czytelności obrazu i treści. Teza "każdy z nas jest inny" zostaje poparta słownymi i rysunkowymi argumentami o, na przykład, różnych kształtach i kolorach ludzi, ich oczu, nosów, uszu, włosów, strojów, ozdób, odmiennych sposobach zabawy, relaksu, budownictwa, przemieszczania się, świętowania, jedzenia, wyznawania wiary, pisania i porozumiewania się gestami (język migowy) lub symbolami (stopnie wojskowe, korony, stroje duchownych). Wszystko to spięto klamrą narodzin (Ale wszyscy bez wyjątku na początku byliśmy mali) i śmierci (A na końcu wszyscy musimy umrzeć).

Peter Spier zaszczepia w naszych dzieciach tolerancję, pokojowość i empatię. Oczywiście każdy może odmówić przyjęcia tej szczepionki, Ale wyobraźcie sobie, jak straszny byłby świat, gdyby wszyscy byli identyczni, gdyby każdy myślał, ubierał się i zachowywał tak samo! Nie przypadkiem ilustracja towarzysząca temu zdaniu przedstawia coś na kształt stanu wojennego czy innej dyktatury wojskowej. Pofilozofujmy z dziećmi, a może i my się czegoś nauczymy, na przykład by nie koncentrować naszej tolerancji na zwalczaniu osób nietolerancyjnych.

Lektura "Ludzi" sprawiła nam wielką frajdę, zwłaszcza że książkę czytaliśmy z synem osobno, a potem rozmawialiśmy, między innymi zgadując, którym to obrazkom towarzyszyły wybuchy śmiechu. Według mnie najlepiej, najczytelniej i najciekawiej wypadają fragmenty pokazujące różnorodność alfabetów, świątyń i bóstw oraz tradycyjnych gier towarzyskich. Nosy, oczy i uszy również są charakterystycznymi częściami (książki i człowieka). Publikacja niewątpliwie ma też dużą wartość etnograficzną, choć błędem jest przeskakiwanie od kultury tradycyjnej do współczesnej, mieszanie ich, pokazywanie odświętnych tradycyjnych strojów (tak zwanych strojów ludowych), w których na co dzień się nie chodzi, bez napomknięcia o ich charakterze. Na kartach poświęconych domom obok "nowoczesnego domu" widzimy "zamek, Anglia", "dom aborygeński" czy "wigwam, Stany Zjednoczone", a żaden z nich nie zalicza się raczej do typowych współczesnych mieszkań rdzennej ludności północnoamerykańskiej, brytyjskiej i australijskiej. Cenny jest natomiast mały obrazek, który chętnie zobaczyłabym w wersji całostronicowej: "Z tyłu: dom miejski, z przodu: jhuggi (slams), Indie". Podobnie smutny i prawdziwy obraz wyłania się ze strony opisanej słowami Niektórzy z nas są bogaci, chociaż większość nie jest. A niektórzy są potwornie biedni. To sztuka wpleść w pogodną, optymistyczną książkę dla dzieci tak ważną i poważną konstatację, nie zniechęcając młodych czytelników ani ich rodziców. Jest tego więcej, na przykład: Większość ludzi ciężko pracuje, ale niektórzy są leniwi. I jest też dużo ludzi, którzy chcieliby pracować, ale nie mogą znaleźć pracy! albo Niektóre osoby, bardzo nieliczne, mają bardzo dużą władzę. ale większość z nas nie ma jej w ogóle. Wyłowiliśmy też stwierdzenie, które oddaje wiarę autora w ludzkość i miejmy nadzieję, że nie jest ono tylko pobożnym życzeniem: Większość ludzi jest uczciwa, dobra i miła, ale nie dotyczy to wszystkich. Niech ta prawda, zapisana wielkimi literami (zmierzyłam, mają po 6 mm!), zamieszka głęboko w małych czytelnikach, by w kontaktach z ludźmi nie zakładali najgorszego.
Bożena Itoya

Peter Spier, Ludzie, tłumaczenie Katarzyna Radziwiłł, Wydawnictwo Muchomor, Warszawa 2017.

środa, 15 listopada 2017

Jak dzieci osiągają sukces?


Sięgając po książkę „ Jak dzieci osiągają sukces” Paul’a Tough’a, natychmiast ją zaszufladkowałam – zapewne to jest książka dla rodziców, a może również dla nauczycieli, dotycząca takich sposobów przekazywania dzieciom szkolnej wiedzy, aby dzięki niej zdobyli w życiu sukces, czyli będzie o rozwijaniu zdolności poznawczych. W trakcie zgłębiania lektury okazało się, że rozwinięte w wyniku nauczania szkolnego zdolności poznawcze, wcale nie gwarantują osiągnięcia sukcesu w dalszym procesie edukacji, i że o przekazanie szkolnej wiedzy wcale tu nie chodzi ! No dobrze…, chodzi, ale tylko trochę. 
No więc o co chodzi w szerszym wymiarze ? Temu właśnie poświęcona jest ta książka. Paul Tough spędził kilka lat swego życia szukając odpowiedzi na następujące pytania:
·       Kto odnosi sukces, a kto ponosi porażkę?
·       Dlaczego niektóre dzieci się rozwijają, a inne nie? 
·       W jaki sposób każdy z nas może pokierować dzieckiem – albo całym pokoleniem dzieci – by uchronić je przed porażką i umożliwić sukces? 
Zaangażowanie autora w znalezienie odpowiedzi na te pytania wzbudziło mój respekt. Żeby tego dokonać prześliedził on wyniki najnowszych badań i przyjrzał się dokładnie eksperymentom przeprowadzonym w różnych szkołach na terenie Stanów Zjednoczonych. Sam brał wielokrotnie w nich udział jako obserwator, a nawet prowadził osobiste rozmowy z uczniami – uczestnikami różnych programów wdrażanych w tych szkołach.
W ciągu kilku ostatnich lat wiele badań dostarczyło dowody na to, że to nie rozwijanie zdolności poznawczych u dziecka jest ważne. Ważnym jest umiejętność wykształcenia takiego zestawu cech jak: wytrwałość, samokontrola, ciekawość, sumienność i wiara w siebie. I nieważne czy nazwiemy je cechami niepoznawczymi czy cechami charakteru.
Kilka, sposród wielu wymienionych w książce, badań i wniosków wzbudziło moje szczególne zainteresowanie i to nimi chcę się tutaj podzielić. 
Duża część badań dotyczy tego jaki wpływ na sukces dziecka ma fakt, że dorastało ono w trudnych warunkach. Jeśli przyjrzymy się jedynie funkcjom wykonawczym, określanych jako „zestaw zaawansowaych zdolności umysłowych”, to możemy domyślać się tego, co od dawna jest wiadome, czyli że umiejętności wynikające z funkcji wykonawczych mają ścisły związek z sytuacją finansową rodziny, ale do niedawna naukowcy nie wiedzieli dlaczego tak się dzieje. Badacze z Uniwersytetu Cornell przeprowadzili eksperyment, z którego wynika, że to nie bieda upośledza funkcje wykonawcze dzieci, ale powiązany z nią stres.
Otóż, naukowcy doszli do konsensusu, że „trudne doświadczenia z dzieciństwa wpływają na rozwijające się ciało i mózg dziecka przede wszystkim przez stres”. Zaskakującym może być jednak fakt, że to nie sam stres tak bardzo szkodzi naszym dzieciom. Okazuje się, że negatywny wpływ na organizm ma sama reakcja na stres. W wyniku tego dzieci dorastające w trudnych warunkach zazwyczaj mają większe problemy z koncentracją, trudniej akceptują rozczarowanie i z większym wysiłekiem wypełniają polecenia. Przekłada się to oczywiście na ich osiągnięcia w szkole. Dodatkowo, takie dzieci mają problemy w radzeniu sobie z własnymi emocjami.
I żeby była jasność, reakcja na stres ma znaczenie nie tylko w przypadku dzieci wychowywanych w biedzie. Pod uwagę w badaniach zostały wzięte prawie wszystkie stresogenne czynniki zewnętrzne, w tym również inne problemy rodzinne wystepujące nawet w tzw. zamożnych domach. 
Co jest „lekarstwem” na przeżyty w dzieciństwie stres i jego skutki ?  Zapraszam do lektury. Powiem tylko, że osobiście bardzo wierzę w takie „leczenie”.
W rozdziale „Jak budować charakter?” autor zamieszcza opisy i wyniki badań, które odpowiadają właśnie na to pytanie. 
A właściwie, czy charakter w ogóle można „budować”, czy też jest to coś wrodzonego i niezmiennego?  Jakie cechy charakteru mają absolwenci wyższych uczelni, czyli Ci, którzy stawili czoło wszelkim trudnościom napotkanym podczas studiów i je ukończyli? Czy decydującą rolę odgrywa tu „wyuczony optymizm”, czy może samokontrola ? A jeśli jest to raczej motywacja? Tylko co zrobić jeśli nasze dzieci mają motywację, ale brak im woli? Jeśli chcecie poznać odpowiedzi na te pytania, to odsyłam Was do ww rozdziału tej książki.
Chcę przytoczyć inny przykład z tego rozdziału, który szczególnie utkwił mi w pamięci,
może dlatego, że osobiście znam wielu takich rodziców, a i sama kiedyś zaliczałam się (tak, mam
nadzieję, że to już przeszłość) do tego grona. Otóż sprawa dotyczy trzymania naszych dzieci „pod kloszem”. Kwestia ta stanowi „główny paradoks współczesnego rodzicielstwa: odczuwamy silny, nimal biologiczny impuls, żeby zaopiekować się naszymi dziećmi, dać im wszystko, czego chcą i potrzebują, chronić je przed wszelkimi niebezpieczeństwami i nieprzyjemnościami. A przecież wiemy – przynajmniej teoretycznie- że dzieciom, bardziej niż czegokolwiek innego, potrzeba odrobiny trudności: wyzwania, problemu, który muszą rozwiązać, choćby po to, żeby coś sobie udowodnić”. Pada tutaj wręcz stwierdzenie, że aby uczniowie odnieśli sukces, muszą oni najpierw nauczyć się ponosić porażki. Może Was to zaskoczy, a może otworzy oczy lub wzbudzi refleksję. Dla mnie było to ważnym przypomnieniem.
Kolejne rozdziały to jednocześnie pytania „Jak myśleć” oraz „Jak odnieść sukces”, a w nich autor zabiera nas w podróż śladami młodych amerykańskich szachistów oraz rozwiązuje zagadkę fenomenu studiów wyższych. Mówi też o tym, co dla nas Polaków może mieć szczególne znaczenie, jak to się stało, że w rankingu państw posiadających najwyższy odsetek absolwentów studiów wyższych wyprzedzamy Stany Zjednoczone.   
W ostatnim, piątym rozdziale Paul Tough podnosi ważną kwestię dotyczącą reformy systemu nauczania w amerykańskich szkołach i poszukuje najlepszych rozwiązań. Pisze też o tym, czy Steve Jobs słusznie zrobił rzucając studia i dlaczego on sam podjął dwukrotnie taką samą decyzję i czy teraz tego żałuje.

Polecam tę książkę wszystkim rodzicom, którzy chcieliby pomóc swoim dzieciom osiągnąć sukces. Polecam ją również nauczycielom i wychowawcom, którym leży na sercu dobro ich podobiecznych i którzy chcieliby dla nich jak najlepiej.
Joanna Kokoszkiewicz

Paul Tough, Jak dzieci osiągają sukces, Nasza Księgarnia, Warszawa 2014.

Joanna Kokoszkiewicz – certyfikowany coach i trener umiejętności wychowawczych oraz coach mam. Certyfikowany realizator programu „Szkoła dla Rodziców i Wychowawców”. Ukończyła również Nauczycielskie Kolegium Języka Angielskiego, Filologię Angielską i studia MBA. Więcej na: www.progresuj.pl   



wtorek, 14 listopada 2017

Coco i jej mała czarna sukienka


Oto opowieść zamknięta we flakoniku perfum i prostej czerni sukienki. Przed Wami historia Coco, dziewczyny, która dopasowała pojęcie kobiecości do wygody i spełnienia. A przynajmniej do swojego ich rozumienia – w jej czasach (1883-1971) uznawanego raczej za niebywałe i przełomowe. Poznacie kobietę, która nie zrezygnowała z nazywania jej płci piękną, ale zignorowała tradycję płci słabej. Książki "Coco i jej mała czarna" nie uznaję jednak za portret rewolucjonistki czy emancypantki, tylko wyzwolonej i wyzwalającej projektantki mody. Właśnie w tym zawodzie bohaterka odnalazła możliwości do realizacji swojej koncepcji, może wcale nie tak wzniosłej, jak to się dziś wydaje, tylko czysto "praktycznej". Coco po prostu rozpięła klatkę gorsetu, odrzuciła ubrania ciężkie i niewygodne, teraz jawiące się jako wręcz niegustowne, stawiając na kroje i pomysły, które do dziś nie wyszły z mody lub raz po raz do niej wracają.
Sukces autorki polega na tym, że ta krótka, obrazkowo-tekstowa biografia dla dzieci nie jest zbyt ciężka pod względem ideologicznym, informacyjnym i dydaktycznym. Nie chciałabym czytać mojemu dziecku, niezależnie od jego płci, książki przesyconej walką, przewracaniem świata do góry nogami, nakazami, jak postępować, by spełniać aktualne standardy nowoczesności i równouprawnienia. "Coco" taka nie jest, to prosta, zwięzła artystycznie i treściowo relacja z najważniejszych etapów podróży pewnej małej "niesierotki" z domu dziecka do wielkiego świata sukcesu i sławy. Książkę czyta się przyjemnie, choć dla współczesnego dziecka wiele realiów życia Coco okazuje się abstrakcją. Mali czytelnicy nie mają takich obowiązków oraz smutków, to już historia, a elementy męczeństwa płci i jej reprezentantki nieco zbliżają tę opowieść do żywotów świętych. Oczywiście mamy tu do czynienia ze "świętością świecką", związaną z przejściem na wyższy poziom cywilizacyjny, a nie mistyczny. Szczerze mówiąc, takie popkulturowe złote cielce przeważnie działają na małe umysły bardziej niż prawdziwa wiara, bo też telewizory i inne monitory odwiedzamy częściej niż świątynie.
Książka posiada głównie wartość poznawczą, choć nie można nie zauważyć artystycznego i humorystycznego aspektu przejawiającego się w ilustracjach. Obrazki rozluźniają nieco powagę tekstu i dopełniają jego zwięzłość. A sama Coco kilkakrotnie skojarzyła mi się z Olive Oyl, bohaterką komiksu (i kreskówki) Popeye.
Jeśli waszym dzieciom potrzebny jest oręż do zdobywania świata i pewności siebie, warto sięgnąć po tę pozycję, pobawić się szukając ukrytych znaków firmowych Chanel i odgadując, jak wcześnie objawił się w małej Coco potencjał artystki modowej. Potem wypada porozmawiać o tym, co w tej historii uniwersalne, bo przecież tak należy określić wytrwałość, umiejętność wykorzystywania swoich mocnych stron, nawet jeśli wywodzą się ze słabości – Coco po prostu musiała zarabiać, nie była panienką z dobrego domu o wysokich ambicjach i koneksjach. W pewnym stopniu bohaterka może być wzorem dla współczesnych dzieci, którym na pewno przyda się lekcja zamknięta w morale (nawet jeśli to rodzic musi go sformułować): nie oglądajmy się na innych, nie martwmy się tym, w czym oni są lepsi, bo ich stać (finansowo!), korzystajmy z własnego kapitału – umiejętności zdobywanych ciężką pracą, ale też pomysłowości. Tego trzeba uczyć dzieci od maleńkości, jednak przede wszystkim należy kontynuować kurs wysokiej samooceny i kreatywności, gdy maleńkość się skończy, bo to w wieku czytelników "Coco", czyli we wczesnej szkole podstawowej, młodzi ludzie masowo wkraczają na ścieżkę gadżetowej konkurencji, dopasowując się do ogółu posiadaczy i konsumentów, a rezygnując z twórczej indywidualności.
Bożena Itoya

Annemarie van Haeringen, Coco i jej mała czarna sukienka, tłumaczenie Agnieszka Bienias, Muchomor, Warszawa 2017.

Dzieciństwo wyzwolone



"...I nigdy nie chodziłem do szkoły" chodziło za mną od dłuższego czasu. Czytałam już wiele o edukacji alternatywnej, ale zwykle z punktu widzenia wszelkiej maści reformatorów, edukatorów, badaczy, rodziców. Książka Andrégo Sterna to na tym tle coś wyjątkowego: wspomnienia człowieka, który dorastał według najlepszych ideałów unschoolingu w czasach, kiedy nurt jeszcze nie istniał. Człowieka już dojrzałego, pewnym głosem opowiadającego o swoim dzieciństwie, przekonanego o słuszności obranej przez swoich rodziców drogi. To opowieść o tym, co może się wydarzyć, jeśli zanurzymy dziecko w bogatym, stymulującym środowisku i pozwolimy mu spędzać czas tak, jak zapragnie.

Podczas gdy jego rówieśnicy siedzieli w szkole, młody André spędzał dni na tworzeniu modeli aparatów fotograficznych i kolejek, czytaniu, graniu na gitarze, pisaniu artykułów do własnego czasopisma motoryzacyjnego czy budowaniu wymyślnych konstrukcji z LEGO Technics. Wiedzę ogólną zbierał niejako przy okazji, jako środek do wyznaczonych sobie celów (trudno zbudować działający aparat fotograficzny bez znajomości podstaw optyki, matematyki i geometrii).

Jednak historia dzieciństwa Andrégo to w dużej mierze dzieło jego rodziców, którzy - choć nie ingerowali w zabawy chłopca, nie komentowali ani nie oceniali jego poczynań - przewijają się przez całą książkę jako dobre duchy i nieodzowny katalizator edukacji chłopca. Oboje wzbraniają się przed nazwaniem ich decyzji poświęceniem (Michèle Stern całkowicie zrezygnowała z pracy zawodowej, by móc towarzyszyć dzieciom), odbieram ją raczej jako celebrację dzieciństwa i życia rodzinnego. W pamięć zapadł mi drobny szczegół, wspomniany przez Andrégo: gdy jako mały berbeć mazał pisakiem po kartkach, czynność ta była brana przez rodziców na tyle poważnie, że nikt nigdy z oszczędności nie odwracał kartki na drugą stronę. Dziecko jako osoba, którą należy traktować całkowicie serio - to jedno z ważniejszych założeń wychowawczych Sternów.

Rodzice Andrégo obserwowali go nieustannie i zaspokajali jego apetyt na wiedzę, organizując spotkania, zajęcia, wyszukując nauczycieli, ściągając do domu ogromne ilości książek i płyt... Regularnie przy tym korzystali ze znajomości wynikających z obracania się w inteligenckim środowisku Paryża. Ale może istotniejszy od koneksji i ciągłej gotowości do pomocy był klimat, który panował w domu Sternów. Z opowieści Andrégo wyłania się obraz rodziny niezwykle aktywnej kulturalnie, regularnie bywającej w teatrach, muzeach, na wykładach, wycieczkach krajoznawczych, czytającej, piszącej, słuchającej muzyki poważnej, wiecznie żądnej wiedzy. W takim otoczeniu ciekawość chłopca mogła swobodnie rozkwitać, karmiona coraz to nowymi inspiracjami.

Pytanie, które zadawałam sobie wielokrotnie w trakcie lektury, brzmiało: czy rację ma André Stern, twierdząc, że każde dziecko mogłoby przeżyć takie dzieciństwo, jak on. Pierwszym odruchem była smutna konstatacja: przeciętna rodzina, bez tradycji inteligenckich, mieszkająca na 40 metrach kwadratowych, na siódmym piętrze bloku w sercu betonowej pustyni, nie może dać dziecku takich warunków do rozwoju, jakie miał młody André, zamieszkujący w domu pełnym książek i dysponujący wystarczającą przestrzenią, by móc zorganizować w domu pracownię fotograficzną czy warsztat lutniczy. Nawet jeśli jednak pominiemy te ograniczenia, większość zainteresowań André rozwijał dzięki nadzwyczajnym i niedostępnym dla zwykłego śmiertelnika kontaktom jego rodziców.
Oczywiście André odpowiada na te - dość oczywiste - zarzuty: dziecko ograniczone w tym czy innym aspekcie, odnajdzie dla siebie inną drogę, o ile pozwolimy mu kierować się ciekawością i zachwytem. Ja jednak widzę w tym rozumowaniu dużą lukę: nie uważam mianowicie ciekawości za cechę, którą odnajdziemy u każdego dziecka. A raczej - nie każde dziecko ma szansę tę cechę naturalnie rozwinąć. Co gorsza, u wielu może ona zostać stłamszona przez wychowanie.

Można więc stwierdzenie Andrégo rozumieć jako wyzwanie dla rodziców: czy potraficie stworzyć środowisko domowe, w którym wasze dziecko rozkwitnie? Kluczowe w doświadczeniu Sterna wydają się: obserwacja i wsparcie, niedyrektywność i - przede wszystkim - przykład rodziców. Młodemu André'emu nie brakowało pozytywnych wzorców: osoby w jego otoczeniu miały mnóstwo zainteresowań, które pielęgnowały i którym się poświęcały, pozwalając mu sobie towarzyszyć. To chyba mój najistotniejszy wniosek z historii Sterna: czy zapytana o własne pasje, te bieżące, a nie praktykowane, zanim urodziły się dzieci, będę w stanie odpowiedzieć? Czy moje dziecko ma okazję zaobserwować mój zachwyt i zarazić się moim pędem do wiedzy? André niekoniecznie mówi o tym wprost, ale z jego relacji wyraźnie wynika, że wiele zainteresowań dosłownie podłapał, towarzysząc rodzicom i obserwując ich bogate życie towarzyskie i kulturalne. Czas więc na rachunek sumienia, zajęcie się sobą, zamiast poświęcania się bez reszty dzieciom. Rodzicielstwo według Sternów ubogaca wszystkich członków rodziny.

"...I nigdy nie chodziłem do szkoły" to interesująca, inspirująca, a zarazem bardzo przyjemna w odbiorze lektura. Czytając, wspominałam chwile zachwytu i całkowitego zatracenia się w nauce, które sama przeżyłam w dzieciństwie (długie godziny spędzone na nauce projektowania stron internetowych czy rysowaniu gigantycznych planów miast na sklejanych taśmą klejącą kartkach). Nie można w takiej sytuacji nie zadać sobie pytania: co by było, gdyby tak wyglądało całe moje dzieciństwo, a ten stan towarzyszył mi każdego dnia, od rana do wieczora. Odpowiedzi jest tyle, ile domów i dzieci, każda zapewne warta oddzielnej książki. Korci mnie, by się przekonać, gdzie ciekawość poprowadziłaby moje własne dzieci.
Joanna Pietrulewicz

André Stern, ...I nigdy nie chodziłem do szkoły, Element, Warszawa 2016.

wtorek, 7 listopada 2017

Zakochałem się w Milenie. Inny niż wszyscy

Książka Pera Nilssona "Zakochałem się w Milenie. Opowiadanie o chłopcu, który chce zostać zauważony przez pewną dziewczynę" ma jasno określony temat i cel. Autor, szwedzki pisarz goszczący niedawno w Polsce, uczy dzieci, rodziców i pedagogów, jak radzić sobie z pierwszymi młodzieńczymi uczuciami oraz w jaki sposób o nich rozmawiać. Bohaterem opowiadania jest Dawid, zwykły dojrzewający chłopiec, który szuka sposobu na zdobycie uwagi i serca dziewczyny. Kolejne próby wynikają z zawierzania stereotypom: ładne dziewczyny wolą twardzieli / łobuzów / zabijaków, kto się czubi, ten się lubi, mądre lubią kujonów, kobiety trzeba obsypywać prezentami. Oczywiście Dawid przekona się, że uniwersalny sposób na miłość nie istnieje, będzie się uczył na swoich błędach, a to wszystko dzięki dojrzałemu wsparciu dorosłych (mamy i nauczycielki), ale też najlepszego kolegi z klasy. Potęga tej pomocy polega na niewyręczaniu Dawida w jego dążeniach, na ograniczeniu się do obecności, wyrozumiałości, ewentualnie rozmowy.
Milena jest piękną, cichą dziewczyną, natchnieniem Dawida, który pod jej wpływem tworzy poetyckie porównania i wpada na najbardziej szalone koncepty. Muszę jednak zauważyć, że nie wszyscy chłopcy w tym wieku (około 10-12 lat) zakochują się i jeszcze przyznają do tego sami przed sobą. To często zdarza się rozsądnym młodym ludziom w książkach i filmach, ale rzadziej prawdziwym rówieśnikom mojego syna.
Per Nilsson występuje w tej książce nie tylko w roli autora, ale i instruktora, czy też trenera lub coacha, bo te określenia są dziś modniejsze i popularniejsze. Jego rola nie ogranicza się do wskazówek dla młodych zakochanych, podpowiada też rodzicom i nauczycielom, jak patrzeć, słuchać, dyskretnie i naturalnie zachowywać się w chwilach, gdy dziecko wydaje się niezrównoważone, co chwila zmienia swój styl i nastrój. Czytając tę książkę miałam świadomość, z jaką misją występuje pisarz, jednak nie mogłam się pozbyć wrażenia pewnej natarczywości, pedagogicznej suchości, której bliżej do poradnika niż beletrystyki (mimo wprowadzenia autentycznego słownictwa i zachowań dzieci).
Jeszcze więcej sytuacji "z życia wziętych" pojawia się w książce "Inny niż wszyscy. Opowiadanie o chłopcu, który chce wiedzieć, czy jest normalny". Wbrew zapowiedziom wydawniczym, jakie obiły mi się o uszy, i własnym oczekiwaniom, odnalazłam w tym utworze przede wszystkim pogłębioną analizę sytuacji oraz charakteru Dawida, bohatera "Zakochałem się w Milenie", a nie jego "dziwnego" kolegi z klasy. Pozornie to właśnie Oskar jest tytułowym innym, wyśmiewanym "Profesorkiem", geniuszem matematycznym i logicznym z manią porządkowania wszystkiego wokół, ofiarą codzienności, a przynajmniej jej mniej przewidywalnych aspektów. Problemem chłopca są przede wszystkim kontakty społeczne. Rozpoznajecie te symptomy? To Zespół Aspergera, o którym ostatnio mówi się coraz więcej, unikając słowa "choroba". Oczywiście dzieci łatwiej i dosadniej szufladkują rówieśników (i nie tylko) jako normalnych, dziwnych i "czubków". I właśnie dlatego powstała ta książka: aby ułatwić młodzieży złagodzenie tej kategoryzacji oraz zrozumienie, że nikt nie jest całkiem "typowy" czy "normalny". Właściwie więc każdy z nas może identyfikować się z tytułem tej książki.
Dawid ponownie, jak chyba każdy dojrzewający młody człowiek, koncentruje się na sobie, błądzi i potyka się na drodze do autoidentyfikacji oraz samoakceptacji. Bardzo podobały mi się przystanki, jakie w tej podróży autor przygotował dla bohatera: rozmowa z kolegą, młodszą siostrą dziewczyny, rozwiedzionym rodzicem, przebywanie z dziewczyną. Czytelnik na pewno zapamięta, że rozwiązań i wsparcia należy szukać w różnych miejscach, nie poddawać się apokaliptycznym nastrojom towarzyszącym pierwszej porażce. Te wszystkie rozmowy są dla Dawida cennym doświadczeniem, a dla nas, rodziców i dzieci, wartościowym instruktażem. Bohaterowi nawet nie trzeba kibicować, widać, że mimo wczesnego etapu dojrzewania, jest on wyjątkowo dojrzały. Życzę mu powodzenia we wszystkich przyszłych walkach ze światem oraz sobą, mam też nadzieję, że mój syn zawsze będzie umiał rozmawiać i być otwartym tak, jak Dawid.
Bożena Itoya

Per Nilsson, Zakochałem się w Milenie. Opowiadanie o chłopcu, który chce zostać zauważony przez pewną dziewczynę, ilustrowała Pija Lindenbaum, przełożyła ze szwedzkiego Marta Rey-Radlińska, Wydawnictwo Zakamarki, Poznań 2016.
Per Nilsson, Inny niż wszyscy. Opowiadanie o chłopcu, który chce wiedzieć, czy jest normalny, ilustrowała Pija Lindenbaum, przełożyła ze szwedzkiego Marta Rey-Radlińska, Wydawnictwo Zakamarki, Poznań 2017.

niedziela, 5 listopada 2017

Filharmonicy się stroją



Wydawnictwo Muchomor po raz kolejny z zalewu zagranicznych publikacji dla dzieci wyłowiło pozycję godną przedruku, a przeoczoną przez polskich wydawców. Książka obrazkowa "Filharmonicy się stroją" Karli Kuskin (tekst) i Marca Simonta (ilustracje) pierwotnie ukazała się w 1982 roku, a w nasze progi wprowadzona została w 2017. Wesołych filharmoników przedstawiła nam Barbara Puzonowicz, autorka przekładu.
Tytuł tego dziełka rozbawił nas i zaintrygował: to książka o ubraniach, czy o instrumentach? Od razu zwróciliśmy też uwagę na żółtawo-kremową barwę okładki oraz kartek, nietypową jak na współczesną literaturę dla dzieci, zazwyczaj ubieraną w najbielszą biel i pstrokate kolory. Tutaj zastajemy barwy trochę reprintowe, stonowane, dostrojone do tematu oraz atmosfery publikacji. Tak też postrzegam kreskę ilustratora, odrobinę roztańczoną pośpiechem bohaterów, ciągniętą do przodu przez melodię, którą niemal słyszymy na koncercie zamykającym książkę.
Opowieść tę otwiera widok wieczornego miasta rozbudzonego światłami budynków. Z tekstu dowiadujemy się, że jest piątek, co początkowo wydaje się mało istotne, a jednak ma znaczenie dla pełnego obrazu występu orkiestry filharmonicznej. Po planie ogólnym następuje zbliżenie: z gęstwiny rozświetlonych mieszkań i niewidocznego tłumu lokatorów wyłania się grupa 105 osób, które stroją się do pracy. Na kolejnych stronach goszczą panie i panowie w różny sposób dbający o swoją profesjonalną prezencję. Czytelnik poznaje tych, którzy biorą prysznic i innych, preferujących kąpiele w wannie. Jesteśmy świadkami suszenia, czesania, golenia, przywdziewania bielizny, a także jednolitych, eleganckich czarnych strojów. Czyli o takie strojenie chodziło! Jeden z panów ubiera się nieco inaczej i wyraźnie wyżej od innych nosi... podbródek (żeby nie powiedzieć, że zadziera nosa). On też jako jedyny podróżuje do centrum miasta limuzyną, podczas gdy pozostali bohaterowie wsiadają do zwykłych samochodów, metra lub autobusów, uprzednio pożegnawszy się z niezadowolonymi z rozstania rodzinami, psami i kotami. Autorka podaje nawet dokładną godzinę przybycia muzykantów do celu, opisuje szatnię oraz przygotowanie niektórych instrumentów. Zatem i o takim strojeniu mowa w tytule! Poznajemy również tajemnicę filharmonika-indywidualisty.
Dzięki tej historyjce dziecko wnika w świat orkiestry, zaprzyjaźnia się z jej członkami, widzi w nich zwyczajnych, choć wyjątkowo utalentowanych i pracowitych ludzi, a nie maszynki do odtwarzania dźwięków. Po tej lekturze młodzi widzowie i słuchacze będą pełniej uczestniczyć we wszelkich widowiskach oraz wydarzeniach kulturalnych. Jeśli czytelnik posiada choćby odrobinę wyobraźni, wrażliwości i empatii, to prawdopodobnie rozwinie je czytając "Filharmoników", by potem przyglądać się muzykom (i innym twórcom) z większą uwagą, rozmyślając, czym przyjechali do pracy albo jakie mają w domu zwierzątka. Książka zachęci też do wizyty w miejscu pracy tak ciekawych bohaterów, do zobaczenia ich na żywo i sprawdzenia, czy rzeczywiście muzyka, przestrzeń sali i światło z ogromnych żyrandoli tak pięknie się mieszają, wywołując wrażenie magii. Pomysł przedstawienia życia filharmoników od podszewki, ze szczegółami niezwiązanymi bezpośrednio z członkostwem w orkiestrze, nie wyklucza prezentacji bardzo konkretnych i realnych informacji o terminie oraz miejscu, w jakich odbywają się koncerty, o scenie czy wykorzystywanych instrumentach. Ta publikacja może zdziałać więcej niż podręcznik do muzyki albo suchy wykład o tym, że każdy z nas jest inny, ale grupa jednostek, które poświęcą nieco czasu na strojenie, potrafi razem stworzyć wspaniałą symfonię.
Książka została napisana oraz zilustrowana lekko i z humorem. Przyjęcie zbiorowego bohatera było ryzykownym zagraniem, bo fabuła mogła się łatwo rozmyć, jednak autorzy sprawnie regulują koncertową lornetkę, to przybliżając nas do poszczególnych osób, to znów pokazując rzut na widownię czy scenę z setkami małych główek. "Filharmonicy" zdecydowanie zachowują indywidualność w tłumie muzyków i książek o muzyce.
Bożena Itoya

Karla Kuskin, Filharmonicy się stroją, ilustracje Marc Simont, tłumaczenie Barbara Puzonowicz, Wydawnictwo Muchomor, Warszawa 2017.



Przygoda Marlenki



Kasztany i liście opadły przegnane przez Wietrzyk, do przedwiośnia i przebudzenia Dzieci Korzeni jeszcze tak daleko, więc na co tu czekać, kiedy jest się małym niecierpliwym człowiekiem? Ano na śnieżne szaleństwa jak z bajki, na przygodę Marlenki i każdego innego dziecka. Podobnie jak niektóre liście po zasuszeniu nie tracą piękna, a nawet je zyskują, tak i pewne opowieści są piękne mimo starości, albo dopiero czekają na swój czas. W Polsce całkiem niedawno nastał boom na książki obrazkowe i publikacje retro, natomiast perfekcjonizm edytorski w publikacjach dla dzieci nadal należy do rzadkości. Wydawnictwo Przygotowalnia wpisuje się we wszystkie te nurty, a jego najnowsza pozycja – "Przygoda Marlenki", choć ukazuje się 112 lat po niemieckiej premierze, trafiła na najlepszy możliwy moment. Po pierwsze, zdaje się, że dopiero teraz nastały w Polsce odpowiednie dla tej książki warunki wydawnicze: znalazł się ambitny i konsekwentny wydawca, dbający o doskonałą oprawę, papier, czcionkę, jakość kolorystyczną (i ogólną) ilustracji oraz merytoryczną posłowia. Po drugie, mamy ukształtowane, liczne i wciąż powiększające się grono świadomych odbiorców książki dla dzieci, nie tylko rodziców, ale też fascynatów, kolekcjonerów. Po trzecie wreszcie, właśnie teraz pracą translatorską para się Eliza Pieciul-Karmińska, odpowiedzialna między innymi za nowe przekłady J. i W. Grimmów oraz E.T.A. Hoffmanna, a także, wspólnie z Andrzejem Karmińskim, Sibylle von Olfers ("Wietrzyk", "Przygoda Marlenki"). Bez udziału tej tłumaczki polska "Przygoda Marlenki" byłaby zupełnie inna, na pewno nie tak celna, lekka i bezpretensjonalna.
A przygoda Marlenki rozpoczyna się od samotności i nudy. Nie, nie jest to zaniedbana dziewczynka, która stale musi sama organizować sobie czas. Po prostu każde dziecko czasem właśnie tak się czuje, gdy rodzic musi popracować, porozmawiać z innym dorosłym, wyjść na chwilę, by coś załatwić. Ot, zwykłe, codzienne, małe smutki. Ale po co się martwić, gdy tuż obok może czaić się przygoda?

Spogląda Marlenka na niebo zszarzałe,
nagle – cóż to? Z chmury płatki opadają.
To żywe śnieżynki! Baletnice białe
wirują i do tańca Marlenkę wołają.

Marlenka jest rozsądną, dużą dziewczynką, nie wybiega boso na mróz, kiedy wzywają ją latające dzieci-śnieżynki. Ubiera się ciepło i elegancko, w bieli i lodowym błękicie zimy wyglądając jak owoc dzikiej róży w swoim czerwonym płaszczyku, czapce, rękawiczkach i butach oraz z rumianą buzią.

Chmary dzieci-płatków wzywają Marlenkę:
Wyjdź do nas, wspaniale się tutaj bawimy!
Zatańcz z nami, zawiruj, zakołuj troszeńkę,
a potem poleć z nami do Królowej Zimy!

Rozpoczyna się wesoła podróż do Królowej Zimy, ale nie okrutnej Królowej Śniegu, która więziła Kaja. W tej opowieści Marlenka pędzi sankami dzięki przychylnemu wietrzykowi-dziecku, odwiedza lodowy zamek, poznaje dobrotliwą królową i królewnę, dla której dziewczynka jest prezentem urodzinowym, bierze udział w przyjęciu obsługiwanym przez bałwanki i podziwia niezwykły ogród.

Najedzona Marlenka na spacer wychodzi,
przez cudowny ogród biegnie roześmiana
wśród iskrzących krzewów, wśród kwiatów powodzi –
kwiatów połyskujących w tysiącu odmianach.

Kwiaty są jakby szklane i lśnią przezroczyści,
a ziemia jest tutaj jak lustro błyszcząca.
Śnieżnobiałe są krzewy i trawa, i liście –
liście drzew, co sięgają do samego słońca.

Później jest jeszcze bal oraz nieunikniony punkt programu w każdej dziecięcej przygodzie: zmęczenie i chęć powrotu do domu.
"Przygoda Marlenki" jest miłą, starodawną historyjką emanującą atmosferą, jaka może spodobać się wielu maluchom, rodzicom i dziadkom, choć pewnie nie wszystkim, jak to bywa z książkami artystycznymi o jasno określonym stylu. Utwory Sibylle von Olfers są jak kapsuła czasu z początku XX wieku – utrwaliły nie tylko modny wówczas styl plastyczny art nouveau, ale i pewien stan europejskiej rzeczywistości. W książkach artystki, przynajmniej opublikowanych dotąd przez wydawnictwo Przygotowalnia, nie ma bowiem mężczyzn. Widocznie nie uczestniczyli oni w sferze wyobraźni i poezji, jaką pielęgnuje autorka, w opisywanym przez nią czasie, miejscach oraz zajęciach, należących wyłącznie do dzieci oraz kobiet, a były to: dom, ogród, zabawa, odpoczynek, nuda, spacer w środku dnia, zmienność pór roku, wymyślanie historyjek o wietrze, śniegu, kwiatach. Świat mężczyzn był gdzie indziej, oni nie bawili się z dziećmi za dnia, nie czytali im książek (może dlatego też nie byli ich bohaterami), nie czekali stęsknieni w progu, gdy maluchy wracały z ogrodowych harców. Kolejnym powodem, dla którego warto mieć "Przygodę Marlenki" jest więc zawarty w niej obraz domu i rodziny, a także publikacji dla dzieci, czy raczej znaczenia, jakie na przełomie XIX i XX wieku im przypisywano.
Książkę tę można podarować z okazji Dnia Babci (do wspólnego czytania z wnukami) albo pierwszego śniegu, na chorobę w mroźny dzień, na niechęć do wyjścia na dwór, gdy zimno, cicho i pusto. W wielu sytuacjach "Przygoda Marlenki" zmieni dzień na lepszy, ciekawszy, a to przecież jedna z ważniejszych funkcji literatury dla dzieci. To także książka od pasjonatów i dla pasjonatów, przygotowana z pełnym profesjonalizmem, wywodząca się z pasji naukowo-badawczej. W ostatnich latach w Polsce rozkwita teoria książki dziecięcej i jej wykorzystanie w praktycznych przedsięwzięciach warsztatowych czy terapeutycznych, coraz więcej specjalistów (wydawców, twórców czasopism, księgarzy, naukowców, studentów) pochyla się nad jakością publikacji dla młodszych i najmłodszych czytelników. Miło być świadkiem rosnącej różnorodności działań, powstawania nowych płaszczyzn wymiany poglądów, łączenia sił teoretyków i praktyków, małych wydawnictw, księgarni kameralnych. Oby to bogactwo i ta pasja trwały jak najdłużej, a efekty na pewno nie zostaną zapomniane – "Przygoda Marlenki" i poprzedzające ją "Dzieci Korzeni" oraz "Wietrzyk" już mają swoje miejsce w historii polskiego ruchu wydawniczego.
Bożena Itoya

Sibylle von Olfers, Przygoda Marlenki, z niemieckiego przełożyli Eliza i Andrzej Karmińscy, Wydawnictwo Przygotowalnia, Kraków 2017.