cudanakiju.pl

cudanakiju.pl

sobota, 1 września 2018

Panna Jones i książkowe emporium


Wśród wielu naszych przyjemnych, wakacyjnych lektur, ta książka była wyjątkowa. Sylvia Bishop napisała "Pannę Jones i książkowe emporium" z myślą o dzieciach, tymczasem jest to utwór tak dobry, ciekawy, zabawny i błyskotliwy, że spodobał się i nastolatkowi, i osobie dorosłej (czyli mnie). Przygody Znajdy zaspokoiły naszą tęsknotę za opowieściami o ludziach żyjących książkami, magicznych księgarniach i szurniętych kotach.
Główną bohaterką książki jest jedenastoletnia dziewczynka o niezbyt atrakcyjnym imieniu Znajda, w tytule określona jako "panna". Znaleziona w nieprawdopodobnych okolicznościach przez rodzinę Jonesów, staje się jej częścią i poznajemy ją (sześć lat po porzuceniu i przygarnięciu) już jako siostrę Michaela i córkę Netty. To sympatyczne trio prowadzi wspólnie księgarnię Pod Białym Jeleniem, przybytek bardzo urokliwy, ale umiarkowanie popularny.

Tego popołudnia padało, więc w księgarni był tłum. Podczas ulewy wszyscy sobie przypominają, że mają wielką ochotę kupić książkę, zwłaszcza jeżeli akurat zapomnieli parasola. Trzy fotele z przodu księgarni były zajęte, a w każdym zakątku tłoczyli się ludzie.

W tych pięknych książkowych okolicznościach Znajda ukrywa, że gdy trafiła do Jonesów nie umiała jeszcze czytać i dotąd nie posiadła tej umiejętności (widać w tym świecie nie ma szkół). Ogląda książki, wącha je, rozpoznaje, ale tylko udaje, że czyta. Lęk przed zdemaskowaniem wytwarza w dziewczynce niezwykłe zdolności obserwacyjne i adaptacyjne, które będą bardzo przydatne w późniejszych przygodach. Tajemnica nie wychodzi na jaw także dlatego, że cała trójka bohaterów należy do ludzi bujających w obłokach i mocno rozkojarzonych.
Rodzina Znajdy cienko przędzie, ale w chwili, gdy bankructwo jest tuż-tuż, pojawia się nadzieja. Londyński księgarz (tu dowiadujemy się, że rzecz dzieje się w Anglii), właściciel olbrzymiej księgarni, postanawia przejść na emeryturę z przytupem i zaprasza do zgłaszania swojej kandydatury na nowego szefa Książkowego Emporium Montgomery'ego. Przejęcie własności nie wiąże się z żadnymi kosztami, po prostu trzeba mieć szczęście w losowaniu. Zgadnijcie, kto wygra?

W południe następnego dnia księgarnia Pod Białym Jeleniem była pusta. Pierwsze zniknęły książki, które Jonesowie powciskali za darmo chętnym klientom, niechętnym klientom i przestraszonym przechodniom. Potem zniknęła woń książek.

"Panna Jones" prędko skojarzyła się nam z wiadomym klasykiem literatury dziecięcej. Bliskość "Charliego i fabryki czekolady" oraz ogólnie twórczości Roalda Dahla odczuliśmy ze względu na wielką loterię, osobę jej ekscentrycznego organizatora, jego niepojęte królestwo, ale także cały literacki majstersztyk, w tym lekkość języka (znakomity przekład Patryka Gołębiowskiego). Co do treści książki Sylvii Bishop, rzeczona wygrana na loterii okazuje się kłopotliwym spadkiem, ale najpierw przeżywamy euforię razem z Jonesami.

Aha! – odparł Montgomery. – Oho! – dodał. – Yhy! – powiedział, żeby zobaczyć, jak to zabrzmi. (Kiepsko). Odchrząknął więc, zakłopotany, i wyjaśnił, jak działa Wielkie Książkowe Emporium Montgomery'ego. To Emporium wyjaśnił to piękne Emporium to pierwsza i jedyna na świecie księgarnia mechaniczna. To mój własny wynalazek! Posłał im promienny uśmiech. Rozważcie, moi kochani Jonesowie, jak działa winda: jeden mały pokój, który przemieszcza się w górę i w dół. Zgadza się? Cóż, każda z tych dźwigni porusza cały zestaw pokoi i to nie tylko w górę iw dół. Przesuwają się po obwodzie koła, nad sufit, po drugiej stronie ściany i pod ziemię, i znów na górę, jak diabelski młyn. Pociągasz dźwignię, sale się poruszają. Widzicie? Każdą obręcz sal nazywam karuzelą. Jest ich dwanaście, jedna do każdych drzwi. Wyobraźcie sobie tylko. Wyobraźcie sobie rozmiar tego wszystkiego! Zataczał w powietrzu kręgi ramionami, rozlewając wszędzie lemoniadę. Główny poziom księgarni znajduje się w samym środku, moi drodzy. Reszta księgarni jest wszędzie wokół nas. Czeka tylko na wezwanie.

Albert H. Montgomery szybko ucieka ze swojego królestwa, gubiąc się w wyjaśnieniach co do kierunku, w którym się udaje. Poza książkami i zmechanizowanym lokalem pozostawia Jonesom pewnego niebieskiego Gunthera, osobnika wyjątkowo humorzastego i dziwacznego (o wiele mówiącym drugim imieniu), który jednak natychmiast zaprzyjaźnia się ze Znajdą i często ratuje sytuację, bezpośrednio lub za sprawą swojego pozytywnego wpływu na dziewczynkę. To nasz ulubieniec wśród bohaterów, ciekawe, jak prędko zgadniecie, kim właściwie jest.

Zanim jednak się wysłowili, z lampy na górze spadł jakiś szary kłębek i dobrał się do czupryny Michaela.
Gunther upomniał zwierzę Montgomery. NIE.
SsssssmiaaaauuuRRRRR odparła puchata kula armatnia o imieniu Gunther.
Ajajajajajaj poskarżył się kilka razy Michael.
Na szczęście puchacz szybko znudził się próbą oskalpowania Michaela, stoczył się z jego głowy na podłogę, robiąc krótki przystanek na kolanach, i spiorunował wzrokiem nowo przybyłych. To był chyba kotek, choć pewności nie było. Miał olbrzymią głowę, a pyszczek tak spłaszczony, że jego nos był na wysokości oczu.
To jeden ze słynnych Guntherów, ściśle rzecz biorąc, Gunther Armagedon Trzeci powiedział z dumą Montgomery. To nadzwyczaj szlachetna rasa niebieskich persów. Ten maluch ma dopiero cztery tygodnie.
Gunther zmierzył ich wszystkich ponurym wzrokiem, po czym skoczył na kolana Znajdy.

Jonesowie krótko cieszą się Książkowym Emporium, wkrótce wyjdzie na jaw tajemnica Montgomery'ego, która odbierze im majątek i prawie całą nadzieję. Znajda odnajdzie się jednak w kryzysowych warunkach, rozwikła szereg zagadek i doprowadzi do happy endu, choć nie sama, bo współpraca z mamą, bratem i starającym się zrehabilitować Montgomerym (oraz z Guntherem) ma tu istotne znaczenie. Książka jest cudownie rodzinna, pełna bezwarunkowej miłości, co też czyni ją cieplejszą i przyjemniejszą od wspominanych już utworów Roalda Dahla. W jego książkach zawsze znalazł się jakiś dorosły sadysta czy bezwzględny egoista, a bohaterowie byli przeważnie solistami siłującymi się z oprawcami. Tu mamy coś innego i nowego, choć niepozbawionego krztyny Dahlowskiego szaleństwa. Wydawnictwu Zielona Sowa należą się gratulację za wyłowienie tej autorki i książki wśród zagranicznych nowości. "Panna Jones" jest dopiero drugą publikacją Sylvii Bishop, mam nadzieję, że autorka ta zapełni nasze półki cudownymi historiami, jak sam mistrz opowieści Roald Dahl.
Bożena Itoya

Sylvia Bishop, Panna Jones i książkowe emporium, przełożył Patryk Gołębiowski, zilustrował Ashley King, Wydawnictwo Zielona Sowa, Warszawa 2018.

czwartek, 30 sierpnia 2018

Gwiazdka z nieba


Do Bożego Narodzenia jeszcze daleko, ale książka Przemysława Wechterowicza jest o innej Gwiazdce. Sezon na perseidy przypada w sierpniu, "Gwiazdka z nieba" może więc właśnie u schyłku wakacji najbardziej pobudzić fantazję małego czytelnika. Również ilustracje Marcina Minora mają barwy przedjesiennego lasu, lekko zamglonych zmierzchów i chłodnych już nocy rozświetlanych przez gwiazdy. Po tę książkę warto jednak sięgnąć niezależnie od pory roku, zawsze znajdziemy w niej coś pasującego do aktualnej aury.
"Gwiazdka z nieba" jest historią ładną i malarską. Autor zadbał o magiczny koncept, a ilustrator o czarujące obrazy, przenoszące nas wprost do leśnej krainy po drugiej stronie lustra. W tym świecie nie ma ludzi, za to zwierzęta mówią, muzykują, przyjaźnią się ze sobą, niektóre noszą elementy ludzkiej garderoby (zwłaszcza upodobały sobie meloniki i cylindry). Mieszkańcy lasu współpracują ze sobą niezależnie od gatunku: Niedźwiadek, Kruk, Sowa, Pan Żaba, wszyscy pomagają małej Orzesznicy, głównej bohaterce, która zaprzyjaźnia się z tytułową Gwiazdką. Wsparcie okazuje się niezbędne, bo dobre serce nie pozwala Orzesznicy zachować nowej przyjaciółki dla siebie, a powrót na nieboskłon jest trudnym zadaniem. Zwierzyniec próbuje rozmaitych sposobów, czytelnik gorąco kibicuje, ale rozwiązania tego problemu nie sposób wykoncypować, takie czary-mary może wymyślić tylko książkowy mag, wprawnie posługujący się literackimi eliksirami. Przemysław Wechterowicz nawet prostą opowiastkę potrafi przemienić w złoto.
Książka "Gwiazdka z nieba" jest pod kilkoma względami uniwersalna. Po pierwsze, każdy czytelnik odnajdzie w niej coś dla siebie, nieważne, czy ma trzy, sześć, dwanaście czy pięć razy więcej lat, jest chłopcem, dziewczynką, rodzicem czy dziadkiem, mieszkańcem miasta czy kimś mającym stały kontakt z przyrodą. Bezkres doświadczeń i wrażeń ukrytych na tych trzydziestu dwóch stronach sprawia, że książka ta, choć przystępna dla różnych odbiorców, dla każdego z nich będzie unikalna. Zwolenników picturebooków słusznie przyciąga typowa objętość tych specyficznych, artystycznych dziełek, ale zadowoleni będą również zwolennicy starej dobrej literatury dziecięcej. "Gwiazdkę z nieba" można bowiem tylko oglądać, wyłącznie czytać, albo połykać w całości, bawiąc się w poszukiwanie uzupełnień tekstu na ilustracjach i odwrotnie. Oczywiście każda ze sfer książki kusi na tyle, że trudno poprzestać na samej historii Przemysława Wechterowicza albo zamkniętej w dwóch okładkach wystawie prac Marcina Minora. Uprzedzam też, że przypuszczalnie będzie to najbardziej wygłaskana książka na półce waszej biblioteczki, biblioteki czy księgarni. Ja sama dziesiątki razy muskałam sierść Orzesznicy zwiniętej w kłębuszek wśród miękkiej, mchopodobnej zieleni leszczyny.

Bożena Itoya

Przemysław Wechterowicz, Gwiazdka z nieba, ilustracje Marcin Minor, Wydawnictwo Tadam, Warszawa 2017

Mama na diecie



"Mama na diecie" Philippe'a de Kemmetra to drobna książka z delikatnymi ilustracjami i tematem. W Polsce opublikowało ją wydawnictwo Muchomor w przekładzie Katarzyny Radziwiłł. Spolszczenie dotyczy w tym przypadku nie tylko właściwego tekstu książki, ale również dymków dialogowych i humorystycznych elementów ilustracji, jak reklamy w tle (na torbie, bilbordach, na ścianie poczekalni dla pacjentów w przychodni), czasopismo, książka czy nawet tablica do badania wzroku. Tu każdy szczegół należy do opowieści.
A jest to historia o rodzinie pingwinów znanej nam już z książki "Tata w sieci". Pierwsze spotkanie było jakby intensywniejsze, bardziej charakterystyczne i mocniej zapadające w pamięć. Z zagubionym w wirtualnych pokusach tatą identyfikować może się niemal każdy, z mamą mającą manię chudnięcia i zdrowego (nie)odżywiania trudniej znaleźć wspólny problem. Pani pingwin zaczytuje się bowiem w periodykach propagujących urodę, zdrowe odżywianie, "fit", tyle że odbiera je bardzo dosłownie i chce być niczym fotoszopowa modelka. Domowe wydarzenia relacjonuje najmłodszy członek rodziny, czyli pingwini synek.
Tata co dzień wychodzi do pracy, a mama zostaje w domu gotując, według przepisów z czasopism, na przykład zupę z lodu. Pomysły mamy stawiają na głowie życie rodzinne, bo jakże to pani domu może mieć takie kaprysy, jak waga dla pingwinów czy zdjęcie z szyi nieodłącznego naszyjnika!

Dla zrzucenia kilku gramów mama zrobi wszystko...
Czuję się lżejsza bez naszyjnika, mój drogi!
Nie rób mi tego, kochanie!

Czytając tę książkę chwilami miałam wątpliwości, czy autor przestrzega przed modą na odchudzanie, czy przed sielsko-anielskim porządkiem żywota ludzkiego, to znaczy pingwiniego, gdzie mama ma jasno określoną rolę i strach się bać, gdy zechce wyślizgnąć się poza jej ramy. Ale nie obawiajcie się, pani pingwin nie schudnie za bardzo, nie zrujnuje sobie też zdrowia, mimo że przeżyje i dni pełne energii, i chwile jej ogromnego spadku, niemal depresyjne. Wszystko wróci na swoje miejsce, choć nie dzięki rozsądkowi mamy, a raczej przez przypadek. Ufam w inteligencję młodych czytelników, więc sądzę, że wyciągną z lektury "Mamy na diecie" odpowiednie, a nie pobieżne (i opaczne) wnioski. Przy tym na pewno będą miały dużo zabawy.

Bożena Itoya

Philippe de Kemmeter, Mama na diecie, przekład Katarzyna Radziwiłł, Wydawnictwo Muchomor, Warszawa 2018.

Artystyczna popularyzacja nauki w Naszej Księgarni


Publikacje popularnonaukowe z domieszką sztuk plastycznych (często w odwrotnych proporcjach) królują na rynku książki dziecięcej, widzi to chyba każdy zainteresowany. Jednak przeważnie wydawnictwa te nie są nazywane po imieniu: atlasami, leksykonami, encyklopediami, zbiorami ciekawostek, cóż, często książka stanowi twórcze interpretacje danej kwestii naukowej, może więc autorzy obawiają się posądzenia o brak profesjonalizmu i dlatego nie używają fachowych etykiet. Przypuszczam też, że redaktorzy i autorzy unikają kategoryzacji swoich książek, by powaga nie odstraszyła małych czytelników. My natomiast czujemy się zagubieni w miszmaszu wiedzy i obrazków, tylko stara dobra literatura piękna pozostała sobą, a pojęcie "książka dla dzieci" stało się workiem bez dna i jakichkolwiek granic (gatunkowych, wieku czytelnika...), z którego można wyciągnąć cokolwiek, nigdy nie wiadomo, co.
Wydawnictwo Nasza Księgarnia publikuje wiele cyklów, i choć nie ma wyodrębnionej serii popularnonaukowej czy encyklopedycznej, to bogato ilustrowane książki popularnonaukowe są jedną z wyraźniejszych linii wydawniczych. Książki te w niektórych przypadkach są projektami jednorazowymi, kiedy indziej po jakimś czasie okazuje się, że łączą się w cykl z kolejnymi dziełkami tych samych ilustratorów, autorów albo ilustratorów będących zarazem autorami. W ten sposób można klasyfikować "Jak to działa? Ciało człowieka" Nikoli Kucharskiej, książkę nawiązującą do "Jak to działa? Zwierzęta" tej samej ilustratorki, oraz "Jajo. Jajka w gnieździe i kosmosie, czyli kogel-mogel dla dociekliwych" Elizy Piotrowskiej i Asi Gwis, publikację wydaną rok po wizualnie bardzo zbliżonym tytule "Grzyby. Dziwne fakty z życia grzybów, o których nie mieliście pojęcia" Liliany Fabisińskiej i Asi Gwis. Trzecią pozycją, jaką tu omówię, jest "Co widzimy w gwiazdach. Ilustrowany przewodnik po nocnym niebie" Kelsey Oseid, wydanie pod każdym względem indywidualne. Na przykładzie tych trzech nowości przybliżę różne ścieżki wydawnicze Naszej Księgarni, reprezentujące odmienne typy popularyzacji nauki, ale jednakowe podejście do ilustracji. Trudno bowiem pominąć fakt, że w każdej z wymienionych publikacji dochodzi do ingerencji sztuk plastycznych w funkcję informacyjną, która jest przecież naczelną cechą literatury użytkowej.
Książkę "Jajo. Jajka w gnieździe i kosmosie, czyli kogel-mogel dla dociekliwych" napisała Eliza Piotrowska, pisarka, spod której pióra wyszło wiele krótkich utworów literackich, jak czarujący zbiór opowiadań "Paproch" (wyd. Hokus-Pokus). Bardzo mnie zdziwiło, że autorka zajmująca się literaturą piękną, a ostatnio najczęściej biografiami świętych i seriami wesołych książeczek dla przedszkolaków, przygotowała kompendium wiedzy o jajkach, bo tak zapowiadała się ta publikacja. Początkowo myślałam wręcz, że to tylko zbieżność nazwisk, jednak katalog Biblioteki Narodowej rozwiał moje wątpliwości – to ta sama Eliza Piotrowska, która stworzyła "Ciocię Jadzię". "Jajo" zilustrowała dotąd nam nieznana Asia Gwis, przy czym ilustratorka występuje tu jako współautorka, a jej koncepcja graficzna jest klamrą spajającą "Jajo" ze wspomnianymi "Grzybami".
Książka zawiera wiadomości z tak rozmaitych dziedzin, że każdego czymś zainteresuje, ale chyba nikogo nie zainteresuje w całości. Jednych porwą informacje ornitologiczne, u innych z uznaniem spotkają się elementy etnografii (zwyczaje wielkanocne, sposoby zdobienia pisanek), ciekawostki językowe (powiedzenia z udziałem jaj), prezentacja jaja jako inspiracji artystów i architektów czy varia (ovofobia, alergie, jaja w kosmosie). Pozycję tę jako całość czyta się trudno i na głos, i indywidualnie, często ją odkładaliśmy, niektóre strony syn przejrzał tylko pobieżnie. W końcu raczej rzadko czyta się "cięgiem" encyklopedię albo słownik, prędzej ogląda się wszystkie po kolei obrazki. Użytkowanie "Jaja. Jajek w gnieździe i kosmosie..." jako leksykonu jest jednak utrudnione z powodu braku indeksu czy wyraźnego podziału na zagadnienia – spis treści zdradza je tylko częściowo, przeważnie proponując żartobliwe czy niedosłowne nagłówki. Mimo formalnej obecności w spisie treści nie uznaję tych części książki za rozdziały, raczej hasła, rozumiane bardzo swobodnie, bo czasem skoncentrowane wokół konkretnej kwestii lub dyscypliny naukowej, a niekiedy oparte na luźnym skojarzeniu autorki.
Segment tekstu dotyczący danego zagadnienia (i ilustracji) rozmieszczony jest na dwóch stronach i poszatkowany na krótkie ciekawostki, niestety nie zawsze uporządkowane. Czasami bowiem trudno się zorientować, co najpierw czytać, na przykład na lewej karcie opisane są gniazda i jaja mrówek, a na prawej znajduje się fragment: "Owady (...) one też znoszą jaja". Czyżby więc omówione wcześniej mrówki nie były owadami? Czytelnik może się poczuć zagubiony, źle coś zrozumieć lub zniechęcić do dalszego czytania. Zwłaszcza, gdy w tajemnice jaj stara się wniknąć dziecko. Czy to ono jest planowanym odbiorcą? Trudno ocenić wiek adresata książki, bo autorka pisze o fobii Hitchcocka, którego nazwisko dzieciom przecież nic nie mówi, a jednocześnie używa sformułowań charakterystycznych dla języka bajek, na przykład: "pan ryba i pani ryba" (dalej opis rozmnażania ryb).
Typ ilustracji wykonywanych przez Asię Gwis jest ryzykowny w publikacji dla najmłodszych, kojarzy się raczej z ilustracją prasową w periodykach dla dorosłych, ma w sobie coś z eksperymentu., dojrzałej gry stylistykami i kolorami. W przypadku wielkoformatowej książki obrazkowej to, że grafika spodoba się dziecku, jest warunkiem zainteresowania go treścią publikacji. Te ilustracje są niewątpliwie artystyczne, charakterystyczne, ale też nie odpowiadają w pełni popularnonaukowej treści, ponieważ są nacechowane stylistycznie – zahaczają o karykaturę. Mam wrażenie, że wartość artystyczna przerasta tu funkcję informacyjną, wizja plastyczna góruje nad porządkiem merytorycznym i brakuje równowagi między poziomem tekstu a pułapem ilustracji – pierwszy odpowiada możliwościom dziecka, a drugi gustom plastycznym rodzica. Mój syn na przykład nie docenił oryginalnych kolaży, oczy ludzkie wycięte z fotografii i wstawione w rysunkowe twarze uznał za "straszne". Oboje natomiast mieliśmy wrażenie, że książka niepotrzebnie została wydana w tak gigantycznym, niemal plakatowym formacie. Zarówno ilustracje jak czcionki wydały nam się zbyt duże.


Percepcji i oczekiwaniom młodego, liczącego na zabawę czytelnika bardziej odpowiada humorystyczny atlas anatomii "Jak to działa? Ciało człowieka". Książka Nikoli Kucharskiej zaskoczyła mnie przede wszystkim tym, że tak naprawdę nie jest książką Nikoli Kucharskiej, przynajmniej nie autorską, jak wskazywałaby okładka. Dopiero na ostatniej stronie publikacji dokładnie określono jej autorów: "ilustracje, okładka, komiksy: Nikola Kucharska, teksty: Joanna Kończak, Katarzyna Piętka". Strona tytułowa co prawda streszcza te informacje, ale w tłumie literek początkowo je przegapiliśmy. Taka okładkowa nieścisłość w wydawnictwie jednak edukacyjnym (bo popularyzacja nauki jest przecież typem działalności edukacyjnej) nie wróżyła dobrze. Niestety w miarę postępowania lektury moje wrażenie pogłębiało się: dużo tu niedokładności i niekonsekwencji, zdobywanie wiedzy jest dla tej książki raczej pretekstem niż celem. To artystyczna wariacja, jakby mazanie po podręcznikowych modelach ciała, z których coś tam niby zostało, ale "podrobione" fragmenty przeplatają się z rzeczywistą anatomią i odkrycie, co jest prawdziwe, dla kilkulatka będzie zabawą w "znajdź 10 różnic". To wiąże się z koniecznością posiadania jakiegoś porównania, na przykład podręcznika do przyrody. Wyróżnienie granatowym tuszem fikcyjnych fragmentów tekstu i ilustracji (czasem granatowe są też te prawdziwe!) nie wystarczyło dwunastolatkowi starającemu się rozdzielić dwie sfery książki, zresztą i dla mnie podobieństwo tekstu głównego (czarna czcionka) i jednorodna grafika całości (fikcji i faktów) utrudniają odbiór. Trudno było nam się skoncentrować, wyławiać co ma być żartem, a co należy zapamiętać,. Komentarze i uzupełnienia prędko zaczęły dominować nad podstawowymi informacjami.
Słowem najlepiej opisującym charakter tego atlasu jest "dowolność": zwariowane elementy ciała mogą wystąpić zamiast prawdziwych lub obok nich, poziom szczegółowości budowy anatomicznej nie jest stopniowany, czasem widzimy wszystko dokładnie, kiedy indziej ogólnie, za to z drobiazgowymi opisami. Tekstu jest tu w ogóle bardzo dużo, roi się od strzałek prowadzących do małych szczegółów na ilustracjach. Najprzyjemniejszą w odbiorze częścią książki okazały się więc, czemu trudno się dziwić, rozkładówki komiksowe. Oczywiście są to jedynie nasze wrażenia, inny czytelnik może dostrzec w tej dydaktyce na wesoło jakąś skuteczną metodę, może nauczanie wybiórcze, zapamiętywanie tylko samodzielnie wybranych fragmentów, dygresji? A jest w czym szperać, bo książka, choć niezbyt gruba, ma duży format i pojemne w treść karty.
Już strona tytułowa służy przedstawieniu bohaterów, w tym Klary, narratorki, której "dziadek wie wszystko na każdy temat i dużo mi opowiada o tym, co robią lekarze i o innych takich rzeczach". To ona dodaje do fachowych modeli anatomicznych (zazwyczaj przedstawiających ją samą) narysowanych przez dziadka własne, zupełnie niepoważne komentarze. Zanim to nastąpi, patrzymy na rozkładówkę głoszącą "Część 1: Ja i moja rodzina". Jest to wielka plansza komiksowa, na której członkowie rodziny siedzą przy stole, niektórzy spacerują po domu, a prawie wszyscy rozmawiają, stosując frazeologizmy wykorzystujące części ciała ("wyjść ze skóry", "chodzić z głową w chmurach", "mieć muchy w nosie", "zachodzić w głowę"). Podobna luźna scenka otwiera kolejne części książki: drugą – "Zmysły i mózg", trzecią – "Zdrowy tryb życia" oraz czwartą – "U lekarza". Działy te trzeba samodzielnie wyśledzić, ponieważ w publikacji nie zamieszczono spisu treści. Kolejne części składają się z kilku (od trzech do sześciu) podrozdziałów, rozrysowanych w formie schematów ludzkiego ciała (lub jego części) albo serii małych grafik, a zatytułowanych: "Ja, Klara", "W brzuchu mamy", "Po co nam geny", "Etapy życia" (część 1.), "Węch", "Wzrok", "Smak", "Słuch", "Układ nerwowy", "Mózg" (część 2.), "Co z tym jedzeniem?", "Oddychanie", "Mięśnie", "O krwi i sercu" (część 3.), "Skóra i zmysł dotyku", "Nasi dzielni obrońcy", "Szkielet i kości" (część 4.). Po numerowanych częściach książki następuje jeszcze bardzo drobiazgowa i ciekawa rozkładówka "Szpital" z numerowanymi, opisanymi pod obrazkiem pomieszczeniami, a na dwóch ostatnich stronach zamieszczono równie interesujące dodatki: "Zawody dla pasjonatów medycyny" oraz "Inspirujące osoby" (Hipokrates, Florence Nightingale, Gertrude B. Elion, Louis Pasteur, Wilhelm Roentgen, Zbigniew Religa). Formalnie zagadnienia są więc dobrane i ułożone jak najbardziej prawidłowo – właśnie te informacje okazują się ciekawe i pożądane dla dziecka, które chce wiedzieć, co ma w środku i marzy o zawodzie lekarza (albo podobnym). By wyczytać wszystkie notatki i wypatrzyć co trzeba na obrazkach, ten adept medycyny nie może być jednak zbyt młody (powyżej 8 lat), a w momencie zakończeniu etapu nauczana początkowego (czwarta-piąta klasa) przypuszczalnie będzie już na tę książkę za duży. Atlas "Jak to działa? Ciało człowieka" mieści również atrakcyjne dla dziecka w tym wieku wielkie pokłady fantazji i zabaw słowotwórczych, bo też Klara dorysowuje do dziadkowych wykresów między innymi: "brzuchorozciągacz", "supernapęd wzmacniający siłę kichania", "przetwornik ruchu na dobry nastrój", "fabrykę bąkozapachów (uzależnionych od zjedzonego pokarmu", "włącznik bekania bezdźwięcznego", "centrum bekania (pomaga usuwać nadmiar powietrza z żołądka", "drapliwość gardłową", "bakterie zasmradzające pot".
Kelsey Oseid, autorka publikacji "Co widzimy w gwiazdach. Ilustrowany przewodnik po nocnym niebie", została przedstawiona na końcu swojej książki w formie autoportretu i krótkiej notatki, rozpoczynającej się od słów "jest północnoamerykańską malarką i graficzką". Znów więc mamy do czynienia z pracą popularnonaukową przygotowaną przez laika w dziedzinie nauki, a specjalistę w zakresie ilustracji i ogólnie książki dla dzieci. Tym razem jednak otrzymujemy produkt w dużym stopniu profesjonalny (czy w pełni, ocenić może student lub absolwent astronomii), w którym grafika jedynie wspiera treść. Ilustracje bowiem rozbudzają i podtrzymują uwagę czytelnika i kontakt z nim, zapewniają odpowiednią atmosferę, trochę wyciszają, są tłem (choć niezwykle ważnym), uprzyjemniają zdobywanie skomplikowanej wiedzy nie zagłuszając właściwej treści przewodnika. W niektórych podrozdziałach ilustracje pełnią funkcję grafiki poglądowej i bardzo dobrze spisują się w tej roli, ponieważ są proste i wyraźne. Zupełnie jak tekst, a polska wersja książki jest dziełem Magdaleny Korobkiewicz (przekład) i Karoliny Bąkowskiej (konsultacja naukowa).

Książka została podzielona na 7 właściwych rozdziałów ("Gwiazdozbiory", "Droga Mleczna", "Księżyc", "Słońce", "Planety", "Planetoidy, komety i meteory", "Przestrzeń kosmiczna"), opatrzona wstępem, planszą-piramidą (na wzór tej żywieniowej) "Nasze miejsce w przestrzeni kosmicznej" oraz bardzo tu potrzebnym indeksem. Czcionki używane w opisach ilustracji oraz w tekście głównym są czytelne i estetyczne, w odpowiednich momentach zastosowano pogrubienia. Atrakcyjny, niemal kwadratowy format, gruby, nie nazbyt błyszczący papier, twarda oprawa z tłoczonym, srebrno-perłowym napisem i gwiezdnymi elementami na okładce – wszystko to umila dziecku lekturę i podnosi standard książki jako ładnego przedmiotu. Będzie ona eleganckim elementem wystroju pokoju dziecięcego, ale przede wszystkim mądrym przewodnikiem po kosmosie.
Autorka "Co widzimy w gwiazdach" posługuje się przejrzystymi, twardymi danymi, opisując je ładnym, przystępnym, ale konkretnym językiem. Nie uświadczymy tu językowych "milusińskich", jak w naszym domu określamy przymilne zwroty kierowane do dzieci, uproszczenia, banalne porównania. Mimo skrzętnej rzeczowości tekst ma swój styl i "klimat", wynikające głównie z umiejętnego przeplatania nauk przyrodniczych, do których zalicza się astronomia, z humanistycznymi: historią, językoznawstwem (pochodzenie nazw planet, gwiazd i innych obiektów), filozofią, badaniami literackimi (mitologia). Zakorzenienie myślenia o wszechświecie i badań kosmosu w historii cywilizacji wypadło tu bardzo naturalnie i interesująco. Poza wiedzą stricte astronomiczną dziecko zyskuje ogólne pojęcie o złożoności nauki, przenikaniu się jej dyscyplin, staje się małym człowiekiem odrodzenia.
Mój syn wychowywał się na atlasach i encyklopediach wydawnictw National Geographic i Larousse, kto je zna choć trochę ten wie, że są pełne zdjęć. Właśnie to w pierwszej kolejności odróżnia je od omawianych pozycji popularnonaukowych Naszej Księgarni i innych modnych ostatnio książek z zakresu nauk przyrodniczych i ścisłych, a właściwie publikacji będących adaptacją tych nauk, tworzonych przez pisarzy i ilustratorów, a nie naukowców. Czyżby fotografie, rzuty spod mikroskopu były passé? Czy na czasie jest, by dzieci zaczynały naukę od wariacji na temat wiedzy? Według mnie to nie jest odpowiednia kolejność, ale póki dziecko nie zostanie uczniem, rodzic może eksperymentować. Oby tylko książki, które powinny być urozmaiceniem edukacji, nie zniekształciły samego procesu zdobywania wiedzy, nie spowodowały chaosu i nie nastawiły oczekiwań dziecka na nauczanie obrazkowe.
Z jednej strony, krzepiącym jest, że stajemy się świadkami zmian w książce dla dzieci, rozkwitania czegoś nowego: literatura użytkowa zawsze bywała stawiana w opozycji do literatury pięknej, tymczasem obecnie możemy obserwować narodziny pięknej literatury (para)użytkowej. Nasze dzieci w pierwszych latach życia doświadczają więcej sztuk plastycznych (w różnych stylistykach), niż wielu reprezentantów pokolenia naszego i naszych rodziców przez całe życie. To musi zaowocować wyrafinowanymi gustami i dbałością o estetykę świata. Z drugiej strony, dostrzegam pułapkę ukrytą w popularności publikacji tworzonych przez osoby niebędące profesjonalistami w danej dziedzinie. Czyniąc ze swoich książek zabawki, autorzy w pewien sposób sami siebie dyskredytują, dostarczając pożywki twierdzeniom, że książka dla dzieci to taki gorszy, niepoważny produkt, przydatny tylko do zabawy dla maluchów, zanim zajmą się prawdziwymi książkami, to jest "łączącymi pokolenia" pozycjami z liczącego kilkadziesiąt lat kanonu lektur szkolnych. Wtedy mija czas rodzicielskich eksperymentów, dzieci, zwłaszcza te nastoletnie, mają czytać same, tylko że nawykłe do prostych treści towarzyszących rozbudowanym obrazom mogą stracić zainteresowanie książkami, w tym podręcznikami.

Bożena Itoya

Eliza Piotrowska (napisała), Asia Gwis (narysowała), Jajo. Jajka w gnieździe i kosmosie, czyli kogel-mogel dla dociekliwych, konsultacja ornitologiczna: Jacek Antczak, Wydawnictwo Nasza Księgarnia, Warszawa 2018.
Jak to działa? Ciało człowieka, ilustracje, okładka, komiksy: Nikola Kucharska, teksty: Joanna Kończak, Katarzyna Piętka, konsultacja merytoryczna: Marta Krawiec, Wydawnictwo Nasza Księgarnia, Warszawa 2018.
Kelsey Oseid, Co widzimy w gwiazdach. Ilustrowany przewodnik po nocnym niebie, przełożyła Magdalena Korobkiewicz, konsultacja naukowa Karolina Bąkowska, Wydawnictwo Nasza Księgarnia, Warszawa 2018.

poniedziałek, 27 sierpnia 2018

Metryka nocnika

"Metryka nocnika" Iwony Wierzby jest książką zarazem rozrywkową i popularnonaukową. Autorka przyjęła przy tym zupełnie niepopularne spojrzenie na wiedzę. Bo czy ktoś inny wpadł na pomysł napisania poważnej historii tak dyskretnego naczynia, mebla i pomieszczenia, jak te opisywane zbiorczo słowem "toaleta" czy "WC"? Tu nie ma tabu, ale czytelnik nie pada trupem na wyobrażenie zapachu roznoszącego się po ulicach miast pozbawionych kanalizacji i toalet. Sytuację w dużym stopniu ratują stylowe ilustracje Marianny Sztymy, gdyby nie były tak starodawne i niedosłowne, chyba jednak nie dotrwałabym do końca lektury. Ciągle zresztą trudno mi uwierzyć, że dałam się przekonać twórczyniom "Metryki nocnika" do przeczytania i obejrzenia blisko 100 stron o ekskrementach i ich przechowywaniu. Cóż, książka ta ma same dobre strony, gdy już przyzwyczaić się do odrażającego tematu: jest rzeczowa, konkretna, uporządkowana niczym życie największego pedanta, w pełni konsekwentna, napisana dobrą polszczyzną, subtelnie artystyczna, dopracowana graficznie i typograficznie, po prostu perfekcyjna w zaplanowanej formie.
Znalazłam jednak jeden słaby punkt "Metryki nocnika". Mianowicie na czas tej lektury musiałam nieco zmienić nawyki czytelnicze, bo gdy, jak zwykle, czytałam przy jedzeniu, w autobusie czy w sali kinowej przed zgaszeniem świateł, to dziwnie czułam się albo ja, albo siedzące obok mnie osoby. To jednak kloaczna lektura. A czemu nas krępuje? Otóż mamy tu dostojny tytuł i formę przyjęte dla kwestii przyziemnej, dość wstydliwej, ale jakże prawdziwie recenzującej naszą cywilizację jako młodą adeptkę kultury osobistej i higieny. Tu dowiecie się o naszej wspaniałej przeszłości, europejskich (i nie tylko) czasach królewien w pięknych sukniach i rycerzy w błyszczących zbrojach tego, o czym nie wspominają romanse, historyczne powieści czy kinowe hity.
Książka zawiera dobry, zwięzły wstęp, przybliżający nie tylko tematykę publikacji, ale też jej konwencję, podejście autorki do kwestii posiadania nocnika (i późniejszych ustępów). A jest to podejście antropologiczne, bo też Iwona Wierzba niewątpliwie popularyzuje dyscyplinę nazywaną antropologią kulturową (zaliczaną do nauk społecznych, ewentualnie kulturoznawczych). Właściwa treść "Metryki nocnika" została ułożona chronologicznie, podzielona na sześć rozdziałów, z których każdy rozpoczyna się czytelnym i ciekawym kalendarium dziejów ludzkości, uwzględniającym również przełomy "toaletowe". Jest to frapująca lektura, pełna ciekawostek, anegdot, faktów, historycznych postaci i miejsc. Skutecznie porządkuje myślenie nastolatka o historii kultury i może stanowić ciekawe uzupełnienie innych jego czytelniczych przygód, choćby tej z "Boso ale w ostrogach" Stanisława Grzesiuka, gdzie opis warunków sanitarnych na warszawskiej ulicy Tatrzańskiej otwiera książkę, charakteryzując czasy. Naście lat temu, na przełomie XX i XXI wieku, zdarzyło mi się odwiedzić kolegów wynajmujących przy ulicy Tatrzańskiej mieszkanie, kojarzące się raczej z pokojem, pozbawione toalety czy choćby umywalki, do których trzeba było spacerować na korytarz. W czasach szkoły podstawowej natomiast, w stolicy naszego kraju, wielokrotnie bywałam w miejscach wyposażonych tylko w tradycyjne drewniane wygódki – na działkach czy u znajomych. Ta historia wcale nie jest więc taka odległa i niepojęta. Czytając "Metrykę nocnika" największy szok kulturowy przeżyłam w momencie, gdy zrozumiałam, że Iwona Wierzba musi tłumaczyć, czym jest "wychodek", bo czytelnicy należący do pokolenia mojego syna prawdopodobnie nigdy czegoś takiego nie widzieli i nie zobaczą (choć TOI TOI'e są elementem ich codzienności).
Wiedzę zdobytą w książce utrwala opatulająca ją gra planszowa, ukryta na odwrocie obwoluty. Szukanie ukrytych skarbów w rozmaitych produktach to ulubione zajęcie dzieci niezależnie od pokolenia, ta plansza-niespodzianka przypomniała mi dawne radości, była jak "historyjka" w gumie Kaczor Donald albo naklejka w wafelku Kukuruku. "Grywalność" planszówki oczywiście sprawdziliśmy, rozgrywka była ciekawa i wesoła, bo "toaletowe" przyczyny zatrzymywania się na dwie kolejki czy przyspieszenia o kilka pól z pewnością nie powtórzyły się w żadnej innej grze. Dodatkową zabawę uczyniliśmy sobie z doboru pionków i kostki (nie są załączone do książki), które musiały pasować do tematyki "Metryki nocnika". Spróbujcie koniecznie tej rozrywkowej popularyzacji nauki.
Bożena Itoya

Iwona Wierzba, Metryka nocnika, ilustracje Marianna Sztyma, Wydawnictwo Albus, Poznań 2014.

niedziela, 26 sierpnia 2018

Feralne urodziny ze Skarpetką


To moje pierwsze spotkanie ze Skarpetką, ale Benjamina Chauda znamy w naszym domu bardzo dobrze. Nie wiem, co ma w sobie jego kreska, ale udało mu się oczarować oboje moich dzieci: córka kocha ilustrowane przez niego książeczki "Pomelo", syn zagustował w serii o Ajszy, Bincie, Lalo i Babo. Tak że kiedy otworzyłam "Feralne urodziny ze Skarpetką" i zobaczyłam jego nazwisko (tym razem solo!), od razu poczułam się swojsko. A kiedy sprawdziłam, że i tę książeczkę tłumaczyła niezastąpiona Katarzyna Skalska, wiedziałam, że to będzie dobra lektura (pani Katarzyno, z tego miejsca dziękujemy za wszystkie piękne tłumaczenia, które można czytać dziesiątki razy bez znudzenia i które tak oczarowały moje dzieci).

Poznajemy głównego bohatera (który pisze w pierwszej osobie i pozostaje dla czytelnika bezimienny) w momencie, gdy wraz ze swoim nieodłącznym towarzyszem, ciapowatym królikiem Skarpetką, wybiera się na urodziny ukochanej koleżanki Julii. Czeka nas więc dziecięce love story, oczywiście z happy endem. Ale zanim ten nastąpi, bohater będzie musiał zmierzyć się z czymś gorszym niż ziejące ogniem smoki i broniący dostępu do wieży księżniczki rycerze: nieśmiałością i wstydem. Bo już od pierwszej strony można się domyślić, że mamy do czynienia z małym introwertykiem, który nie do końca sobie radzi w relacjach międzyludzkich.

I oto przydarza mu się koszmar każdego introwertyka, coś, co bywa tematem introwertycznych koszmarów: po długich i przemyślanych przygotowaniach wybiera się na urodziny do Julii, gdzie nie dość, że jest pełno innych dzieci, to jeszcze nikt poza nim nie jest przebrany. Sytuacja pogarsza się z każdą minutą, aż w końcu zawstydzony chłopiec ucieka na drzewo przed domem.

Przez całą książkę siedzimy w głowie małego bohatera, śledzimy jego wewnętrzne zmagania z rzeczywistością, która układa się kompletnie nie po jego myśli, i uczucia, nad którymi próbuje zapanować. Wypowiada w sumie dwa słowa, i to tylko do Skarpetki. Z historii wyłania się obraz dziecka wycofanego, kompletnie zagubionego w sytuacjach społecznych. Ale też wszystko, co złe, dzieje się też wyłącznie w głowie chłopca. Żadne dziecko go nie wyśmiewa, nie dokucza mu. Na ich twarzach widać wyłącznie zdziwienie i przyjazne uśmiechy. Ich największym grzechem jest patrzenie na niego.

Wiem, co czuje chłopiec. Sama chowałam się po kątach na przyjęciach. Dlatego szczególnie doceniam reakcję innych dzieci, tak bardzo przyjazną i inkluzywną. Zamiast wytykać bohatera palcami za odmienność (co nie zdziwiłoby pewnie nikogo), dzieci podchwytują jego pomysł i również się przebierają. A Julia wspina się dla niego na drzewo. Nie widzimy, czy chłopiec ostatecznie dołącza do pozostałych dzieci - nie jest to istotne -ważne, że dziewczynka przełamuje jego izolację i pokazuje, że jest akceptowany. Bardzo krzepiąca historia dla wszelkich odludków.


Książka wydana została w dużym, niestandardowym formacie, tak że nie zmieści się na typowej półce, za to bardzo ładnie będzie wyglądać wyeksponowana w domowej książkowej wystawce i z pewnością nadaje się na prezent. Ilustracje Benjamina Chauda, jak już wspominałam, znamy i kochamy, jego styl niezmiennie urzeka (uważny obserwator dostrzeże w nawiązania do innych książek ilustrowanych przez Chauda - moje dzieci uwielbiają tego typu wstawki). Polecam wszystkim małym czytelnikom - śmiałym i nieśmiałym.
Joanna Pietrulewicz

Benjamin Chaud, Feralne urodziny ze Skarpetką, Zakamarki, Poznań 2018

O powadze dzieciństwa


André Stern, autor i dziennikarz, syn cenionego badacza sztuki Arno Sterna, został swoistym celebrytą w środowisku zwolenników edukacji alternatywnej. Jego historia zyskała popularność za pośrednictwem filmu "Alfabet" oraz przede wszystkim poprzez autobiograficzną książkę "...I nigdy nie chodziłem do szkoły", wydaną przez Wydawnictwo Element. Opowiadał w niej w porywający sposób o swoich dziecięcych i młodzieńczych latach, o niezliczonych godzinach spędzonych na podążaniu za pasją, o zdobywaniu wiedzy, które przychodziło naturalnie, napędzane dziecięcym zachwytem i niezakłócane przez zajęcia szkolne. Oraz o bezgranicznym zaufaniu, jakim obdarzyli go rodzice.

Swoistą kontynuacją tej opowieści jest książka "Zabawa", efekt obserwacji dzieci Sterna - Antonina i Beniamina, obu oczywiście wychowywanych w domu - i jego refleksje na temat istoty i miejsca zabawy w życiu młodego człowieka. André zachwyca się niepowstrzymaną dociekliwością starszego syna, jego nieskrępowaną wyobraźnią i kreatywnością, wrażliwością i spokojem, z jakim wchodzi w relacje międzyludzkie. Obserwuje też młodszego Beniamina przy pierwszych próbach odkrywania świata. Urzeka ciepły język, jakim opisuje ich poczynania - podobnie jak w innych dziedzinach, André Stern-ojciec wymyka się jakimkolwiek stereotypom.

Książka, zawierająca też rozdziały napisane przez ojca André, Arno Sterna, oraz innych badaczy i specjalistów zainteresowanych edukacją, jest pochwałą zabawy jako naturalnej i najskuteczniejszej formy nauki. André nie jest dydaktykiem (raczej antydydaktykiem), nie uczy, jak uczyć, a raczej na przykładach pokazuje, jak może wyglądać dobre, niezakłócone przez dorosłych dzieciństwo i rozwój dziecka zgodnie z jego własnym temperamentem i osobowością. Dzieciństwo młodego Antonina jest dla niego niewyczerpanym źródłem inspiracji, a dla czytelnika - przypomnieniem, jak istotnym i poważnym zajęciem w życiu dziecka jest zabawa. Książka jest też apelem, aby dorośli traktowali dzieci poważnie. Na samym początku lektury rzuciło mi się w oczy zdjęcie małego Antonina na okładce i spinka, którą ma we włosach. Duża, dorosła spinka bez ozdób. Dopiero w trakcie lektury zrozumiałam, że niedziecinność tej spinki to wyraz filozofii wychowania Sterna.

"Zabawa nie ma na celu wyprodukowania czegokolwiek. To przeżywanie danej chwili bez myślenia o "potem". Zabawa ma być jedynie przyjemnym procesem, niezależnym od zewnętrznych oczekiwań, wolnym od oceniania" - pisze Arno Stern. Kiedy czytałam o zabawach Antonina, przychodziło mi na myśl dzieciństwo Richarda Feynmana, genialnego fizyka noblisty, które opisywał w "Pan raczy żartować, panie Feynman". Richard nie zatracił ducha zabawy przez całe swoje życie, co odpowiadało zapewne za jego niesamowitą kreatywność i późniejsze osiągnięcia. Dla André Sterna podtrzymanie tego płomienia jest istotą wychowania.

Jako matka dzieci zrywanych codziennie rano z łóżek i prowadzonych do przedszkola i żłobka (podczas gdy sama przeżyłam wczesne dzieciństwo w modelu unschoolingowym), a w wolnych chwilach zaczytująca się w książkach o edukacji alternatywnej, mam do książek Sterna bardzo niejednoznaczny stosunek. Z jednej strony dokładnie wiem, o czym mówi, i mogę na pęczki wymieniać cudowne chwile, jakie przeżyłam, zatracając się bez reszty w jakiejś aktywności, nieniepokojona przez dorosłych. Szczerze żałuję, że pozbawiam moje dzieci tej nieskrępowanej swobody. Jednocześnie nie można zaprzeczyć, że dzieciństwo według Sterna nie może służyć za przykład dla większości zwyczajnych rodziców, którzy nie mają ani takich warunków lokalowych, ani wsparcia rodziny z ogromnym zapleczem kulturowym, gotowej zaangażować się w towarzyszenie dziecku w odkrywaniu świata. Kiedy André mówi o niezliczonych spotkaniach z interesującymi ludźmi, których doświadcza dziecko nieplacówkowe, mam ochotę przypomnieć mu, że dzisiejsze miejskie dzieci bardzo są często całkowicie pozbawione swojej wioski.

Nie do końca przekonuje mnie też przyjęty przez Sterna model podążania za dzieckiem przy jednoczesnym unikaniu roli przewodnika. Jestem pewna, że dziecko pozostawione samo sobie nie próżnuje i z entuzjazmem zgłębia obszary wiedzy, które odkrywa, ale kiedy nie ma się szerszej perspektywy, jest to jednak błądzenie po omacku. Nie twierdzę, że to zły model - samodzielne odkrywanie rzeczywistości jest oczywiście fascynujące - jednak nie widzę niczego złego w roli dorosłego-przewodnika obserwującego dziecko i wskazującego mu dziedziny, które mogłyby je zainteresować. Podobnie jak w dostarczaniu pomocy dydaktycznych, które przecież w niczym nie naruszają bezpośredniej więzi dorosłego z dzieckiem.

Przez karty książki przebija też wyraźnie negatywny stosunek autora do placówek i dzieci placówkowych. Oczywiste jest, że Stern nie będzie wygłaszał peanów na temat przedszkoli, gdyż jego styl wychowania stoi w całkowitej opozycji do nich. Jednak są momenty, kiedy mruczę pod nosem: "André, nie przesadzasz trochę?". Pisze chociażby: "Trzyletnie dziecko potrafi zrobić wiele, jeśli mu się na to pozwala. Ale gdy się postanawia zamknąć je w przedszkolu bądź szkole, odbiera mu się w ten sposób różne doświadczenia, niezliczone zabawy i wzbogacające spotkania". Wiem, o co Sternowi chodzi, zgadzam się. Ale przedszkole nie jest czarną dziurą czy komorą hibernacyjną, do której wrzucamy dzieci. Tu też mają miejsce niezliczone zabawy, wzbogacające spotkania, tu też dzieci wpadają we flow. Prawda, często się im w tym aktywnie przeszkadza, prawda, ich aktywności są oderwane od życia, ale jednak wracają do domu z bagażem nowych doświadczeń.

Rozbawiła mnie też anegdota, sugerująca, że to placówki odpowiedzialne są za agresywne zachowania dzieci. "Niedawno przyszedł do nas ktoś z czteroletnim chłopcem, który chodzi obecnie do przedszkola (...). Antonin podszedł do niego, żeby go przywitać (...). Chłopczyk wyszedł mu naprzeciw i pchnął go tak brutalnie, że Antonin upadł. Dobry przykład, wyraźnie pokazujący, jak działa owa słynna socjalizacja - podstawowa rola szkoły". Każdy rodzic rodzeństwa przyzna, że przepychanki między dziećmi to nie jest domena szkoły.

Stern krytykuje też szkolne "zakuć, zdać, zapomnieć". Uważa taką naukę za zupełnie bezzasadną. "Uczenie się i zapominanie cieszą się społecznym uznaniem. Nieuczenie się czegoś w ogóle - wręcz przeciwnie. Przy czym obie osoby (...) nie różnią się w tym momencie niczym - jedna i druga nie mają pojęcia o geometrii przestrzennej". I tu ponownie muszę się ze Sternem nie zgodzić. Nawet jeśli nie pamiętam, jak się liczyło pochodne, wiem, że istnieją i do czego służą. Nawet jeśli nienawidziłam w dzieciństwie historii i wpadała mi ona jednym uchem, a wypadała drugim, został w mi głowie jakiś zarys tego, jakie były dzieje świata. Nawet jeśli nigdy nie przypadła mi do gustu geografia, gdzieś tam telepią mi się w głowie fakty i nazwy, które stanowią dziś punkty zaczepienia. "Ach, tak, uczyłam się kiedyś o tym" - to nie jest kwestia zupełnie pozbawiona wartości. Oczywiście zasadne jest pytanie, czy dla tej sieci mglistych punktów zaczepienia (niech rękę podniesie osoba, dla której materiał szkolny nie jest w większości mglistym wspomnieniem) warto tracić dużą część dzieciństwa i czy nie warto by tego czasu spożytkować na podążanie za tym, co rzeczywiście wzbudza w nas entuzjazm (i czego w efekcie tak łatwo nie zapomnimy). Ale czy odpowiedź to twarde "nie warto" przebijające przez każde zdanie książki Sterna, nie jestem do końca przekonana. Może moje myślenie jest jeszcze zbyt uszkolnione.

Dla mnie osobiście najciekawszym elementem myślenia Sterna o wychowaniu jest, wspomniane już, poważne podejście do dziecka. Poruszyła mnie szczególnie kwestia zabawek, które według André powinny wyrażać szacunek do dziecka, a więc nie powinny być infantylne, brzydkie, prostackie. Żałuję, że nie przeczytałam tego, zanim nasz dom zalała fala tandetnego plastiku. "[Dzieci] Kochają zwierzęta, a dostają pokemony. A więc kochają pokemony. I myślą w kategorii pokemonów. Kochają samochody, a dostają auta rodem z kreskówki. Kochają lalki, a dostają Barbie" - pisze Stern.
To bardzo ciekawe spojrzenie, stojące w sprzeczności z tym, co do tej pory uznawałam za zdobycz XX wieku, czyli udziecinnienie dzieciństwa. Przecież jednym z osiągnięć Marii Montessori były meble dostosowane do wzrostu dzieci i pomoce odzwierciedlające ich rozwój intelektualny. Tworzenie przyjaznej dziecku przestrzeni jest dziś oczywistością, wiązaną raczej z upodmiotowieniem, a nie uprzedmiotowieniem dzieci. I tu wchodzi Stern ze swoistym apelem o zwrócenie dzieciom dorosłości. Otoczenie ich książkami "dla dorosłych", niewykluczanie z dorosłego kręgu w rozmowach, aktywnościach. Pojawia się refleksja: może rzeczywiście w pędzie za zapewnieniem dzieciom otoczenia dostosowanego do ich wieku zaszliśmy za daleko, może ma to już mniej wspólnego z celebrowaniem dzieciństwa, a więcej z bezlitosnym marketingiem produktów dziecięcych, jako koniecznych do rozwoju? Na te pytania każdy czytelnik musi sobie uczciwie odpowiedzieć.


Książka André Sterna to ważny głos w dyskusji o edukacji i wychowaniu dzieci. Można się z nim nie zgadzać, irytować, polemizować, ale Stern zmusza do uczciwego zmierzenia się z typowym myśleniem o wychowaniu, które jest tak rozpowszechnione, że aż niewidoczne, również dla tych, którzy zajmują się tematem zawodowo. Nawet jeśli nie jestem przekonana do jego radykalnej filozofii odszkolnienia i rezygnacji z roli przewodnika dziecka, to w wielu punktach musiałam złagodzić swoje stanowisko, wiele kolejnych całkowicie przebudowało moje myślenie. Jest to bez wątpienia lektura obowiązkowa dla świadomych rodziców.
Joanna Pietrulewicz


André Stern, Zabawa. O uczeniu się, zaufaniu i życiu pełnym entuzjazmu, Wydawnictwo Element, Warszawa 2018.