cudanakiju.pl

cudanakiju.pl
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Zielona Sowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Zielona Sowa. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 16 lipca 2020

Psy na medal: Baster, Rollek i Apa



Bardzo się cieszę, że Zielona Sowa kontynuuje wydawanie serii „Pies na medal”, której autorką jest Barbara Gawryluk, a ilustratorką Agata Kopff. Te niewielkie książki są kopalnią wiedzy na temat psów i bezpieczeństwa. Ładne, poręczne i lekkie świetnie sprawdzą się jako towarzysz wakacyjnych wycieczek, a że promują rozsądne postępowanie w terenie, będą nawet czymś więcej: odpowiedzialnym przewodnikiem po górach, plaży czy miejskiej dżungli.
Książka o Basterze, psie pasterskim pracującym w Górskim Ochotniczym Pogotowiu Ratowniczym na terenie Gorczańskiego Parku Narodowego, liczy niespełna 50 stron. Jej treścią jest opowiadanie o kilkuosobowym zastępie harcerzy podróżujących po górach, charakterystyka pracy psa ratowniczego i jednej z ras, wykorzystywanych w tym zawodzie: border collie, opis GOPRu oraz zastosowań numeru alarmowego w górach, a także zestaw ciekawych, atrakcyjnych ilustracji. Autorka pokazuje, jak praca psów ratowniczych odbiega od jej telewizyjnego obrazu oraz uświadamia młodym czytelnikom, że zmienna wysokogórska pogoda może zwieść każdego, nawet najlepiej wyszkolonego podróżnika. Co nie znaczy, że nie warto solidnie się przygotować, na przykład pod okiem zastępowego.
Podobny układ treści ma historia o psie przewodniku, Roll(k)u. Tym razem jednak przygoda, pozornie mniej efektowna czy dramatyczna, rozgrywa się w mieście, a z pracującym psem zapoznajemy się w równym stopniu, co z jego panem. Czytelnicy dowiadują się już na początku, że: „Rollek to pies przewodnik, a jego właściciel jest osobą ociemniałą. Pan Sebastian stracił wzrok jako młody chłopak w wypadku motocyklowym. Zaraz po tym, gdy się dowiedział, że już nigdy nie będzie widzieć, postanowił, że jego oczami zostanie pies”. Tak rzeczowe streszczenie zawiera i prawidłowe terminy, i ich zwięzłe definicje (rozbudowane w przypisie), i pewien ładunek emocji wpływający na odbiorcę. Skoro pan Sebastian był chłopcem, gdy uległ tak poważnemu wypadkowi, to znaczy, że był niewiele starszy od czytelnika. Ta myśl zmienia sposób odbioru książki, w ogóle mocno wpływającej na budowę lub odbudowę empatii oraz chęć przyjmowania innej perspektywy.
Zanim poznamy Rollka, zostajemy poinformowani, że w Polsce jest około 120 psów przewodników osób ociemniałych i niewidomych, ale „tylko czterdzieści z nich pracuje, czyli codziennie pomaga swoim właścicielom w pokonywaniu różnych tras, zarówno znanych, jak i nieznanych”. To niewielka liczba, tym bardziej więc Rollek zyskuje w naszych oczach i staje się prawdziwym superbohaterem. Prawdziwym i rzeczywistym, bo miałam okazję zobaczyć obu panów ‒ Sebastiana i Rollka ‒ na żywo, podobnie jak przytrafiło się to wielu dzieciom, które uczestniczyły w spotkaniach z nimi.
Opowiadanie o psie asystującym staje się okazją do poznania nowej rasy: chesapeake bay retrevier. Charakterystyka Rollka obejmuje i typowe cechy rasy, i wyjątkowość jej przedstawiciela. Podobnie bywało i w innych tomach serii, ale tym razem życie dziecięcych bohaterów książki nie jest zagrożone, choć wisi nad nimi niebezpieczeństwo zanudzenia się upalnymi wakacjami w mieście. Chłopcy w poszukiwaniu chłodu i wrażeń wybierają się na wystawę w Komnacie Zmysłów, której celem jest przybliżenie osobom widzącym świata niewidomych (na końcu książki znajduje się krótka lista i opis analogicznych wystaw, naprawdę istniejących w Polsce). Pan Sebastian, na co dzień sam korzystający z pomocy przewodnika, staje się przewodnikiem chłopców po wystawie, a oni po zwiedzaniu upewniają się, czy rzeczywiście potrzebuje asysty Rollka. Ba, sprawdzają to na własnej skórze. Znajomość z psem przewodnikiem i jego panem nie kończy się ‒ we wrześniu odwiedzą oni chłopców w szkole, na lekcji poświęconej między innymi sprzętom ułatwiającym codzienne funkcjonowanie osobom z niepełnosprawnością wzroku. Będzie i nauka o niegłaskaniu i nieprzytulaniu psów pracujących, która, moim zdaniem, może utrwalić w młodych ludziach ostrzeżenie przed traktowaniem obcych zwierząt jak maskotki.
Obie książki mają tę samą formę edytorską, co wcześniejsze odsłony serii: miękką oprawę ze skrzydełkami, sprawdzającymi się w charakterze zakładek, dużą czcionkę, wyraźne, barwne ilustracje w tle tekstu lub, na innych kartach, obok niego. Nieco inny wygląd nadano kolejnej, siódmej już części serii „Pies na medal”. „Apa. Pies zaprzęgowy” występuje bowiem w większym formacie i twardej oprawie, po raz pierwszy też bohaterem nie jest zwierzę pracujące w Polsce. Historia wypada więc bardziej egzotycznie, jednak czytelnicy znajdą w niej te same elementy, które podobały im się w „Czarcie”, „Juniorze”, „Morusie”, „Falco”, „Basterze” i „Rollku”.


Miło czytało się tę zimową opowieść o Finlandii w gorącym, polskim lipcu, i to nie tylko ze względu na różnicę temperatur. Najpierw moją uwagę zwróciło imię chłopięcego bohatera. Milan nieczęsto występuje w polskich książkach dla dzieci, o ile w ogóle w nich dotąd gościł. Odetchnęłam z ulgą: nie wszyscy uważają, że aby postać literacka przemówiła do czytelnika, musi mieć typowe imię, jedno z najczęściej nadawanych w Polsce w ostatnich latach. Po drugie, doceniłam zachowanie realiów w zakresie znajomości angielskiego wśród dzieci. Sześcioletni Milan nieźle radzi sobie z angielskim, i tak właściwie powinno być w przypadku każdego jego rówieśnika, skoro ma już za sobą trzy lata nauki tego języka. Następnie spodobała mi się szczegółowość opisu lapońskiej wycieczki, przybliżanie jej poszczególnych etapów może bowiem pomóc dzieciom obawiającym się podobnych podróży lub nie przejawiającym zainteresowania propozycjami rodziców (w końcu wielu młodych ludzi woli teraz zostawać w domu ze smartfonem lub komputerem). Turystyczny przejazd psimi zaprzęgami pokazany jest jako fascynująca przygoda i tę plastyczność tekstu uznaję za kolejną wielką zaletę książki Barbary Gawryluk.
Apa” góruje nad innymi częściami „Psa na medal” długością i rozbudowaną warstwą fabularną. Znalazło się w niej nawet miejsce na krótki opis tradycji i współczesności Saamów, za co autorce należy się szczególna pochwała, szczególnie że uczniowie początkowych klas szkoły podstawowej nadal czytują lektury pełne archaizmów i wymysłów na temat „zimnych krajów”. Również Agata Kopff znakomicie narysowała saamskie stroje i krajobrazy. Te ilustracje nie ustępują najpiękniejszym pocztówkom i albumowym fotografiom. Czekam na następne owoce współpracy twórczyń „Psa na medal”, niezależnie, czy będą w obszerniejszym, czy skromniejszym wariancie wydawniczym ‒ obie formy sprawdziły się doskonale.

Bożena Itoya

Barbara Gawryluk, Baster. Pies ratowniczy, seria Pies na medal, ilustracje Agata Kopff, wydawnictwo Zielona Sowa, Warszawa 2019.
Barbara Gawryluk,

Rollek. Pies przewodnik, seria Pies na medal, ilustracje Agata Kopff, wydawnictwo Zielona Sowa, Warszawa 2019.
Barbara Gawryluk, Apa. Pies zaprzęgowy, seria Pies na medal, ilustracje Agata Kopff, wydawnictwo Zielona Sowa, Warszawa 2019.

Detektyw Pingwin i Forteca Tajemnic


Długo czekaliśmy na drugi tom Przygód Detektywa Pingwina. Alex T. Smith poprzednio bardzo nas rozbawił swoją ilustrowaną powieścią „Detektyw Pingwin i sprawa zaginionego skarbu”, więc chętnie chwyciliśmy po „Detektywa Pingwina i Fortecę Tajemnic”. Autor trochę nas zawiódł, bo choć podtrzymał humor i charakter postaci z pierwszego tomu, to wydały się one nieco rozciągnięte, nienaturalne, podobnie jak długość powieści (tom 1.: 208 stron, tom 2.: 288 stron) spowodowała pewne dłużyzny. Nadal jednak jest to kawał dobrej slapstickowej literatury dla dzieci.
Pan Pingwin i jego przyjaciele ‒ Colin, pająk, nieoceniony partner detektywa, oraz kloszardka (jak się zdaje) Edyta z gołębiem Gordonem, wracają z jednej niebezpiecznej wyprawy, by przed jej zakończeniem wpaść (dosłownie) prosto w drugą, jeszcze groźniejszą. Podczas spektakularnej ucieczki samolotem rozbijają się wśród zaśnieżonych szczytów i zostają uratowani przed dwójkę dzieci z pobliskiego miasteczka. Młodzież okazuje się bardzo aktywnymi i utalentowanymi bliźniakami, które już szukały pomocy u Detektywa Pingwina i choć nie przeczytał ich listu, to zrządzeniem losu dotarł, gdzie trzeba. Rodzeństwo Strudli reprezentuje całą lokalną społeczność, choć istnieją podejrzenia, że nie należy do niej pewien czarno odziany typ, sobowtór naszego swojskiego Don Pedra, szpiega z Krainy Deszczowców.
Nowa sprawa dotyczy świateł i trzasków dobywających się z opuszczonej od lat, a raczej wieków, Fortecy Tajemnic, oraz być może z nią powiązanego zaginięcia tłumu gryzoni, które miały wziąć udział w 32. Międzynarodowych Igrzyskach Gryzoni w Szronedorf. Śmieszna jest oczywiście sama okazja, w ten humor wpisują się również idealnie przetłumaczone przez Piotra W. Cholewę nazwy własne: Strudel (nazwisko), Szronedorf-Na-Szczycie (pełna nazwa miejscowości), Pułkownik Pędzlonek (chomik) czy Dziadunio Grimm (szczyt, na którym znajduje się tytułowa forteca). Atmosferę podkręcają wesołe rysunki autora, wykorzystujące tylko czerń, biel, odcienie szarości i jeden pomarańczowy. Gołąb z uciekającym okiem przebrany za chomika, pingwin w gustownym alpejskim sweterku, maszynerie, między innymi ta przedstawiająca samolot-kukułkę (z uciekającym okiem), pająk z monobrwią, trenujący kung-fu i porozumiewający się ze światem za pomocą notesu – takie cuda tylko tutaj!
Właściwa akcja przerywana jest wstawkami z pamiętnika hipnotyzera, głównego złoczyńcy tej odsłony Przygód Detektywa Pingwina. Nasz rozkoszny śledczy wielokrotnie będzie marzył o kanapce z paluszkami rybnymi, jak Bilbo o swojej miłej norce, i o ucieczce, jak każdy rozsądny osobnik w obliczu oplatającego go i wciąż zacieśniającego uścisk śmiertelnego niebezpieczeństwa. Tu jednak nad wszystkim góruje przyjaźń, obowiązek ratowania z opresji członka ekipy i niesienia pomocy nowym przyjaciołom. No, Detektywa Pingwina napędza jeszcze myśl, że im prędzej zamknie się sprawę, tym szybciej będzie można odpocząć w biurze, z kanapką. Nie wiadomo tylko, co kieruje Gordonem, gołębiem w skórze chomika, uroczo odstającym od wszelkich zasad i normalnych pobudek. Może wy go zrozumiecie? My tymczasem sprawdzimy, cóż wydarzy się w tomie trzecim, zatytułowanym „Detektyw Pingwin i pechowy rejs”.
Bożena Itoya

Alex T. Smith, Detektyw Pingwin i Forteca Tajemnic, seria Przygody Detektywa Pingwina, przełożył Piotr W. Cholewa, Wydawnictwo Zielona Sowa, Warszawa 2019.

Pory roku Toli


Zbiory opowiadań o Toli czytałam chronologicznie: od wiosny, przez lato i jesień do zimy. Są to proste historie o zwykłych sprawach, w sam raz dla rówieśników bohaterki: trzy-, cztero- i pięciolatków. Wiosną Tola wypatruje wiosny, chodzi do przedszkola, jedzie na wycieczkę rowerową (jako pasażer w foteliku) z tatą, odwiedza dziadków i ich ogród, obchodzi czwarte urodziny, przygotowuje domowe lody i marzy o morzu. Dziewczynka stale coś robi, co doskonale odzwierciedla prawdziwe, ruchliwe życie maluchów. Autorka zwraca uwagę czytelników także na zachowanie, nastroje czy uczucia rodziców oraz ogólnie dorosłych. To ważne, by dzieci, zajęte na co dzień głównie własnymi potrzebami i perspektywami, spoglądały też wyżej, w stronę zatroskanych czy rozpromienionych twarzy mamy, taty, babci, pani z warzywniaka. Tola okazuje zainteresowanie również zwierzętami, a zwłaszcza roślinami – ich sadzeniem, dalszymi losami w sklepie i przyrządzaniem. Dużo tu zieleni.
Lato kusi nas czarującą okładką z pełnym kwitnących doniczek balkonem okolonym gałęziami drzewa i wielobarwnymi bańkami, które puszczają Tola i jej tata. Również wyklejka z malutką sylwetką bohaterki spacerującej po pustej, upalnej plaży nastraja bardzo pozytywnie i wakacyjnie. Ilustracje Oli Krzanowskiej są istotnym elementem serii, tak czyste i marzycielskie, jakby włożyła w nie całe pokłady własnego dzieciństwa. Tu nawet burza, po raz pierwszy wprowadzająca do obrazków ciemniejsze tonacje, jest piękna i wywołuje chęć, aby jej doświadczyć. W opowiadaniu o burzy znalazło się też jedno z moich ulubionych ujęć: domowa jazda na hulajnodze z głową w chmurach, a właściwie z myślami w dymku (takim komiksowym). Sam tekst, poza małą fabułą, zawiera wielkie, praktyczne nauki, na przykład jak zachowywać się w trakcie porywistego wiatru i innych niebezpiecznych warunków pogodowych. Będzie i przykład wakacyjnego wyjazdu nad morze i poszukiwań pewnego zaginionego przyjaciela, zbliżenia na leśne owady i wykonywanie różnych przyrodniczych oraz plastycznych zadań, nocowanie u wujka i ciężarnej cioci, z planami opieki nad nienarodzonym kuzynem, dzięki któremu Tola niecierpliwie wypatruje jesieni.
Czytając „Jesień Toli” i „Zimę Toli” przypomniałam sobie, czemu w dzieciństwie tak bardzo lubi się te pory roku. Dorosłych stać tylko na cząstkę tych wrażeń, choć w sezonie na kasztany nadal zachowuję się niekiedy jak czterolatka, która „zaczyna pakować do środka chłodne, brązowe kulki. Chciałaby nazbierać ich naprawdę dużo”. Na pierwszej dużej ilustracji w książce o jesieni jest, jak na mój gust, trochę za dużo słodyczy, ale pozostałe podtrzymują moje wysokie mniemanie o talencie Oli Krzanowskiej. Trudno nie zauważyć, jak uważnie ilustratorka obserwuje polskie społeczeństwo, bowiem po ulicy i placu zabaw spacerują ludzie w rozmaitym wieku, odmiennych stylizacjach, o różnych kolorach skóry, są nawet tęczowe szprychy w kole roweru. Tak właśnie wygląda współczesna polska metropolia, przynajmniej moja. Brawo! To rzeczywiście „naturalne, rodzinne opowiadania”, jak głosi okładka, niby nie przełomowe, przynajmniej nie w jaskrawy, nachalny sposób, a jednak nowoczesne. W tym tomie również Anna Włodarkiewicz zyskała więcej mojej sympatii, bo zanurzenie Toli i jej rodziny w przyrodzie (mimo życia w mieście), wspólne przygotowywanie naturalnych potraw (często z własnego ogródka) staje się jeszcze wyraźniejsze, a do tego bohaterka postanawia zająć się moimi ukochanymi ptakami – buduje karmnik dla nich, śni o skrzydlatych odwiedzinach. A małą drewnianą konstrukcję wznosi, zabezpiecza i montuje za oknem z mamą, nie z tatą, jak to zazwyczaj w takich razach w książkach dla dzieci bywało.
Zimą Tola spędza święta z rodziną, już jesienią powiększoną o wyczekiwanego kuzyna. Ale są i inne maluchy, dwuletnie bliźnięta, przy których nasza bohaterka okazuje się niemal dojrzałą młodzieżą. Ta różnica została pokazana bardzo celnie, wszak zazwyczaj przy rozmaitych rodzinnych okazjach wszyscy reprezentanci najmłodszego pokolenia wrzucani są do jednego worka, niezależnie, czy różnica wieku między nimi wynosi dwa, pięć, czy nawet dziesięć albo więcej lat. Nie każdy to lubi, zwłaszcza przymus zajmowania się młodszymi, by starsi mogli spokojnie porozmawiać. Zima Toli to zima marzeń, bo są w niej sanki, łyżwy, a przede wszystkim śnieg. W tym prawie idealnym świecie zdarzają się też (na szczęście) małe zgrzyty, jak wymagająca praca i idące za nią spóźnienie taty, czy jak choroba mamy. Poza tym rodzice randkują, a Tola spędza czas z wujostwem i ich bliźniakami, rozmawiając z dorosłymi o zakochaniu i myśląc już o wiośnie. Tak oto kończy się cykl przyrody i roku Toli, a w tym wieku takie 12 miesięcy i cztery pory roku to naprawdę długi czas, pełen skarbów i zmian. Autorki znakomicie uchwyciły tę rozciągłość i subiektywność dziecięcego czasu, warto sięgnąć po ich serię opowiadań.

Bożena Itoya

Anna Włodarkiewicz, Wiosna Toli, ilustrowała Ola Krzanowska, Wydawnictwo Zielona Sowa, Warszawa 2018.
Anna Włodarkiewicz, Lato Toli, ilustrowała Ola Krzanowska, Wydawnictwo Zielona Sowa, Warszawa 2018.
Anna Włodarkiewicz, Jesień Toli, ilustrowała Ola Krzanowska, Wydawnictwo Zielona Sowa, Warszawa 2018.
Anna Włodarkiewicz, Zima Toli, ilustrowała Ola Krzanowska, Wydawnictwo Zielona Sowa, Warszawa 2018.

niedziela, 3 lutego 2019

Pies na medal: Falco – pies lotniskowy; Morus – pies ratownik wodny

Dzieci interesujące się psami mają wielkie szanse na stanie się zapalonymi czytelnikami. Książka to najprostszy i najszerzej dostępny sposób na poznanie ras oraz zwyczajów ulubionych zwierząt (oczywiście pomijając Internet, źródło informacji zdecydowanie mniej kompetentne, a dodatkowo – w dużym natężeniu – nieodpowiednie dla dzieci z uwagi na pośrednictwo szkodliwych monitorów). Wśród dziesiątek, jeśli nie setek, dostępnych na rynku "psich" publikacji dla najmłodszych warto zwrócić uwagę na te reprezentujące wysoki poziom pisarski, merytoryczny, redakcyjny oraz graficzny. Z pewnością też dobrym wyborem będzie cykl wydawniczy, z którego czytaniem (a nawet nabywaniem za swoje kieszonkowe) dziecko poradzi sobie samodzielnie, zechce go kolekcjonować i powracać wielokrotnie do poszczególnych odsłon. Z życia wzięte opowieści Barbary Gawryluk o zwierzętach od wielu lat cieszą się sympatią mojego syna, większość z nich czytał po dwa (lub więcej) razy. Z równie ciepłym przyjęciem spotkały się w naszym domu historie Czarta i Juniora, do których niedawno dołączyli "Falco – pies lotniskowy" oraz "Morus – pies ratownik wodny".
Książki Barbary Gawryluk ukazujące się w serii "Pies na medal" spełniają ważną rolę edukacyjną, a przy tym niewątpliwie są zgrabnymi miniaturami literackimi, mają też wartość artystyczną, zapewnioną przez ilustratorkę Agatę Kopff oraz Studio 3 Kolory, odpowiedzialne między innymi za projekt graficzny okładki. Kogo i czego uczą te niewielkie perełki wydawnicze w miękkich oprawach, ze skrzydełkami, które mogą unieść nasze myśli daleko, aż do wakacji (egzotycznych lub lokalnych, letnich albo zimowych)? Na tylnych okładkach wszystkich publikacji wydawnictwa Zielona Sowa, a więc także tych należących do cyklu "Pies na medal", widnieje informacja o wieku czytelnika. Dzięki temu rodzice, dziadkowie czy nauczyciele mogą być pewni, czy szukają właśnie takiej lektury – wszyscy mamy rozmaite doświadczenia w tym zakresie, bo też bogactwo kolorowych ilustracji nie zawsze oznacza, że jest to pozycja dla przedszkolaków. Omawiane książki o bohaterskich czworonogach przeznaczone są dla dzieci od 6 lat i uważam, że należy się trzymać tej dolnej granicy wieku, mimo że duże, wyraźne, jasne obrazki z wesołymi twarzami dzieci, unoszącymi się wokół głów serduszkami czy innymi komiksopodobnymi elementami grafiki oraz sam temat "piesków" wydają się prostsze, pozornie przyswajalne nawet dla dwu- i trzylatków.
Cykl traktuje o psach pracujących i wiedza zdobywana przez czytelników dotyczy właśnie obowiązków zawodowych zwierząt, które zazwyczaj uważa się tylko za pupili. Nie ma tu za wiele słodyczy i wzruszeń charakterystycznych dla (piętrzących się w księgarniach) fikcyjnych opowiastek o dzielnych pieskach, choć i Barbara Gawryluk tworzy niepozbawioną emocji fabułę, zawsze z udziałem dziecięcych bohaterów. Dzieci są tu jednak obserwatorami lub uczestnikami akcji ratowniczych czy też innych działań podejmowanych przez psy w ramach ich pracy. Emocje zaś wynikają z przeżywania przez czytelnika dramatycznych, realistycznych okoliczności, a nie na przykład z rozbrajających opisów przyjaźni psio-ludzkiej.

Wtedy kilkaset metrów od brzegu pojawiła się motorówka ciągnąca dmuchany banan, na którym siedziały trzy dziewczynki. Łódka płynęła slalomem, słychać było śmiechy, piski i krzyki, banan przechylał się, płynął w prawo i w lewo, aż przy kolejnym ostrym skręcie pasażerki nie były w stanie zachować równowagi i wpadły do wody.
Dziewczynki miały na sobie kamizelki ratunkowe i utrzymywały się na powierzchni. Ale najmłodsza z nich zachłysnęła się wodą i zaczęła wymachiwać rękami. Czuwający na plaży Morus natychmiast zareagował. Kiedy od swojej przewodniczki usłyszał komendę: "Skacz!", rzucił się do wody i popłynął w kierunku dziewczynki.
Bliźniaki z napięciem obserwowały akcję na morzu. Szybko zrozumiały, że to już nie ćwiczenia.
Jak można pozwolić dzieciom na tak idiotyczną zabawę. – Ciocia Hania kręciła głową z oburzeniem. – To chyba najgłupsza nadmorska rozrywka.
A ja chciałbym się przejechać takim bananem – zaprotestował Darek. – Przecież jak się umie pływać, to nic się nie może stać.
Oj, nie masz racji – odezwał się jeden z ratowników koordynujących akcję z brzegu. – Już kilka razy wyławialiśmy uczestników takich zabaw. Można się zachłysnąć wodą, uderzyć albo po prostu przestraszyć. Wtedy brakuje siły, żeby z powrotem wdrapać się na banana. Ta dziewczynka potrzebuje pomocy. Po to tu jesteśmy, a najlepiej w takich akcjach sprawdzają się nasze psy.

Morus jest ratownikiem wodnym z Trójmiasta, pracuje na plaży z innymi psami i ludźmi, a jego bezpośrednią przełożoną i partnerką jest uśmiechnięta, lubiąca różowy kolor ratowniczka Justyna. Autorka i ilustratorka prostymi słowami (uzupełnionymi przez przypisy, wyjaśniające wszelkie potencjalnie niezrozumiałe kwestie) i obrazami pokazują codzienne treningi nowofundlanda, a także przebieg akcji ratowniczej, ze szczególnym uwzględnieniem funkcji, jaką pełni w niej Morus. Moja rodzina spędzając wakacje na polskich plażach często widuje turystów w różnym wieku dokazujących na dmuchanym bananie przyczepionym do motorówki, ale historia opisana w "Morusie" pewnie skłoniłaby ich do namysłu nad tą "beztroską" zabawą. Zdecydowanie za dużo razy byliśmy świadkami wypadków na morzu z udziałem dzieci, dlatego każda próba podniesienia świadomości rodziców jest cenna i godna pochwały. Szkoda, że "Falco" nie jest lekturą obowiązkową na zajęciach wychowawczych przed letnimi wakacjami, podobnie zresztą dobrze przypomnieć sobie "Czarta" przed feriami zimowymi.

I codziennie jest taka akcja? – Tacie też zaimponował niewielki pies.
Tak, Falco jest zatrudniony na cały etat – roześmiała się przewodniczka. – Pracuje osiem godzin dziennie, co zupełnie wystarczy, żeby zniechęcić ptaki i zwierzęta do pozostawania na naszym terenie.
Patrz, tato, jakie ma fajne ubranko. – Julka podziwiała psa, który właśnie wysiadał z samochodu przy budynku portu.
Wszystkie nasze psy mają specjalnie dla nich zaprojektowane kolorowe, odblaskowe kamizelki – wyjaśniła przewodniczka. – Chodzi o to, żeby było je widać z daleka. Na terenie lotniska dużo się dzieje, musimy też dbać o bezpieczeństwo naszych psów, bo są niezastąpione.

Książka "Falco – pies lotniskowy" jest przede wszystkim opowiadaniem o rodzeństwie wyjeżdżającym na wakacje do Grecji. Wątek pracującego psa został zgrabnie wpleciony w sytuację, która może dotyczyć wielu młodych czytelników. Falco to border collie płoszący zwierzęta podchodzące (i podlatujące) do lotniska, a tym samym stwarzające zagrożenie dla lądujących i startujących samolotów. Barbara Gawryluk opisuje również zadania innych psów lotniskowych: spaniela poszukującego w bagażach materiałów wybuchowych oraz owczarka wyszkolonego do rozpoznawania narkotyków. W tej odsłonie serii "Pies na medal" dzieci zdobywają wyjątkowo szeroką wiedzę, chociaż, jak już wspomniałam, fikcja literacka również została rozbudowana bardziej niż w innych tomach. Wszystkie części cyklu Barbary Gawryluk niosą dodatkowe, moim zdaniem ważne przesłanie: psy pracujące są wspaniałe, inteligentne, piękne, ale nie wolno im przeszkadzać. Czytelnicy dowiadują się też, że zawsze przed dotknięciem (a już zwłaszcza przytuleniem) "ślicznego pieska" należy spytać jego właściciela o pozwolenie. Tę wiedzę, choć pozornie błahą, warto odświeżać, powtarzać dzieciom choćby i w każdym "Psie na medal". Czekamy na marzec, kiedy ukażą się książki "Rollek – pies przewodnik" oraz "Baster – pies ratowniczy".
Bożena Itoya

Barbara Gawryluk, Falco – pies lotniskowy, ilustracje: Agata Kopff, Wydawnictwo Zielona Sowa, Warszawa 2018.
Barbara Gawryluk, Morus – pies ratownik wodny, ilustracje: Agata Kopff, Wydawnictwo Zielona Sowa, Warszawa 2018.

czwartek, 24 stycznia 2019

Tajemnica nocnego pociągu


Kto ma 9 lat lub więcej i lubi zagadki detektywistyczne oraz podróże, ten powinien sięgnąć po powieść "Tajemnica nocnego pociągu" Sylvii Bishop. Właściwie to zdanie mogłoby starczyć za całą recenzję, ale nie odmówię sobie przyjemności podania i rozwinięcia kilku argumentów popierających moją opinię. Po pierwsze, dziecko marzące o rozpracowywaniu tajemniczych spraw i zwiedzaniu obcych krain po prostu musi stać się zapalonym czytelnikiem, by w pełni rozwinąć skrzydła. Bez tego nie poszerzy horyzontów, nie pozna różnych systemów pracy detektywa i odbywania podróży. Po drugie, indywidualny styl pisarstwa Sylvii Bishop, znany nam z "Panny Jones i Książkowego Emporium", w połączeniu z gatunkiem dziecięcego (pozbawionego morderstw) kryminału daje znakomity efekt małego dzieła literackiego, obdarzonego lekkością, znakomitym wyczuciem akcji i języka, a także marzeń i smutków dziecka.

O ile Max dobrze pamiętała, stryjeczna babka Elodie nie mieszkała pośród bagien, lecz w dużym i pięknym mieście daleko od Paryża. Max zupełnie zapomniała o żeglowaniu pirackim okrętem w nieokreślone rejony oceanu. To było znacznie ciekawsze, bo było p r a w d z i w e. Była to jedna z tych rzeczy, które – jak sobie wyobrażała, gapiąc się na niebo w obramowaniu świetlika – mogłyby się jej kiedyś przydarzyć, i oto proszę, tak właśnie się stało.
Mama wcale nie wydawała się podekscytowana.
Mam zbyt wiele zajęć w pracy – oznajmiła. – A poza tym... – wbiła wzrok w tatę Max – ...to przecież t w o j a ciotka.
Lecz tatę czekało nader ważne spotkanie z nader ważnymi ludźmi, w związku z czym nie mógł pojechać, choć istotnie, ciotka była jego. Pierre, starszy brat Max, brał pod koniec tygodnia udział w krajowym turnieju szachowym, a jej jeszcze starsza siostra Claudette uczestniczyła w międzynarodowych mistrzostwach w skokach przez przeszkody.
No to ustalone – powiedziała mama. – Zadzwonię i powiem Elodie, że nie możemy przyjechać.
Nie możemy być na każde jej zawołanie – zgodził się tata. – Jesteśmy bardzo zajęci.
Janie jestem zajęta – powiedziała Max.
Będę musiała okazać stanowczość – ciągnęła mama. – Wyślemy jej kart,ę z życzeniami szybkiego powrotu do zdrowia.
Max miewała niekiedy wrażenie, że niskie sufity, przyćmione światła i grube zasłony spowijają jej rodzinę gęstą mgłą, przez co nikt nie mógł dziewczynki usłyszeć. Postukała mamę w ramię.
Maman – powiedziała głośno – niedługo będą ferie świąteczne. Mogłabym pojechać.
Mama Max, jej tata, starszy brat Pierre i jeszcze starsza siostra Claudette odwrócili się do niej, nie wiedząc, co na to odpowiedzieć. Dla Max przewidziane było jedynie chodzenie do szkoły, znikanie na strychu i dostawanie bury za bujanie w obłokach podczas kolacji. Wyjazd do Turcji i wizyta u stryjecznej babki Elodie nie znajdowały się na tej krótkiej liście. Pierre głośno prychnął. Doskonale obojętna Claudette oglądała wypielęgnowane paznokcie.

Rodzinę głównej bohaterki, dwunastoletniej Maximilienne, zwanej w skrócie Max, oddziela od niej ściana rzeczywistości i oschłości. Max to marzycielka bujająca w obłokach, a najbliżej do nich z przytulnego paryskiego strychu, gdzie spędza swój wolny czas spisując pamiętniki w kolejnych notesach. Czuje się samotna w tłumie rodziny. Rodzice i rodzeństwo bowiem wyjątkowo twardo stąpają po ziemi, są perfekcjonistami w swoich życiowych rolach, co dzień odgrywanych z wytrwałą sumiennością. Najmłodsze dziecko, właśnie Max, jest dla nich jeszcze niedojrzałym trybikiem tej machiny, musi się wyrobić. Tymczasem Maximilienne planuje rozwijać się w zupełnie inną stronę, co niespodziewanie umożliwia jej właściwie nieznana stryjeczna babka, zapraszając dziewczynkę do Stambułu. Podróż z Paryża ma odbyć czterema pociągami (w tym dwoma nocnymi), zahaczając o Monachium, Budapeszt i Bukareszt – rzadka gratka w czasach, gdy oczywistością jest błyskawiczne pokonywanie tysięcy kilometrów samolotem.
Wyjazd Max jest możliwy dzięki udziałowi opiekunki, ekscentrycznej zakonnicy z klubu szachowego, siostry Marguerity. Persona ta jest przeciwieństwem matki Maximilienne – serdeczna, bezpośrednia, żądna przygód. Dziewczynka nie może się doczekać podróży, ale gdy wreszcie trzeba wyruszyć, ekscytacja miesza się z lękiem i silną tęsknotą. Bardzo dobrze pamiętam te niejednoznaczne odczucia z dzieciństwa. Myśli Max szybko jednak zostają zajęte amatorskim śledztwem, które podejmuje właściwie w chwili wejścia do pierwszego pociągu, a kontynuuje także na poszczególnych międzynarodowych przystankach oraz po opuszczeniu ostatniego środka lokomocji, niemal do ostatniej z 289 stron książki.
Przedmiotem zainteresowania młodego detektywa staje się sprawa kradzieży pękniętego serca, wspaniałego, kosztownego diamentu. Policja podejrzewa, że arcyklejnot podróżuje tą samą trasą, co Max, szmuglowany również drogą kolejową. Profesjonalni śledczy nie przykładają się za bardzo do rewizji w Paryżu i całego procesu detektywistycznego później. Ktoś musi przejąć dowodzenie, a Maximilienne okazuje się obserwatorem czujnym i niemal niewidzialnym dla podejrzanych. Z narażeniem zdrowia i życia, z samorodnym talentem mknie do przodu w badaniu poszlak i snuciu kolejnych teorii. Czy zdąży rozwiązać zagadkę jeszcze w wagonie kolejowym (albo na nim, bo będą i takie akrobacje!)? A może to wszystko igraszka i Max wcale nie jest prawdziwym detektywem? W końcu to "tylko" książka dla dzieci.
Właśnie poważne podejście do czytelnika połączone z humorystyczną podszewką najbardziej oczarowało mnie i mojego dwunastoletniego syna w "Tajemnicy nocnego pociągu". Nie jest to kolejna historyjka detektywistyczna, w której postaci zostają wpasowane w dobrze znane szablony i mniej więcej wiadomo, co i jak się wydarzy. Sylvia Bishop dobrze wie, że odbiorcy jej książki nie "łykną" traktowania ich jak maluszki, które trzeba prowadzić za rękę przez kolejne etapy opowieści, podawać świat w czarno-białym, a zarazem jaskrawym ujęciu. Autorka pokazuje wielość doznań i wielostronność postrzegania świata przez rówieśników Maximilienne, a nie jedynie uproszczenia, które zwykło się wrzucać w kryminały adresowane do młodych czytelników. W tej książce dziecięcy bohater-detektyw nie funkcjonuje tylko jako ciekawy świata łobuziak, to młody człowiek pełen emocji i wielkich możliwości. Z łatwością wchodzi w relacje z dorosłymi, przeważnie intuicyjnie wyczuwając ich dobre zamiary, a niekiedy podejrzewając dziwactwo lub wręcz kryminalne alter ego. Max jest świadoma bycia dzieckiem, szczęśliwa na tym etapie życia i z jego powodu, nie tęskni za byciem kim innym i kiedy indziej, nie szuka dojrzałości, delektuje się teraźniejszością i aktualnymi pomysłami, choć też zaczyna planować, co będzie robić ze sobą w przyszłości. Buduje własne "ja" samodzielnie, ale w bliskości i związku z domem czy rodziną (nawet jeśli poprzez zaprzeczanie ich stateczności i przewidywalności). Nie jest jakąś wielką buntowniczką, uciekinierką czy rewolucjonistką, która chce wszystkim pokazać, na co ją stać. Ma charakter, a nie tylko charakterek (dokuczliwy zwłaszcza dla złoczyńców), jak to bywa w przypadku stereotypowych protagonistów z dziecięcej literatury "detektywistycznej".
Podczas swojego śledztwa bohaterka styka się z całą galerią postaci. Twarze i maski migają za szybami przedziałów, a koncepcje co do ich prawdziwości zmieniają się tak szybko, jak krajobraz za oknem. Zagadka kradzieży i przewozu diamentu zostanie rozwiązana, jednak finał daje nadzieję na kolejny tom przygód Max, w którym mogą powrócić jej przyjaciele i wrogowie. Czy Maximilienne, podróżniczka i detektyw, znów wyruszy w drogę? Szanse są duże, bo Sylvia Bishop pisze zaledwie od dwóch lat, a wydała już trzy bardzo dobre książki, ma więc wielki potencjał twórczy. Pochwały należą się również polskiemu wydawcy (Zielona Sowa), który raczy nas smakowitymi historiami tej pisarki niemal natychmiast po ich ukazaniu się w oryginale ("The Secret of the Night Train" – styczeń 2018, "Tajemnica nocnego pociągu" – październik 2018). Przekład Barbary Góreckiej nie sprawia przy tym wrażenia wykonanego w pośpiechu, oddaje atmosferę utworu w każdym calu, jest drobiazgowy, wręcz idealny. Czekamy na następne wyprawy Max, pilotowane przez Sylvię Bishop i Barbarę Górecką.

Bożena Itoya

Sylvia Bishop, Tajemnica nocnego pociągu, ilustracje Marco Guadalupi, przełożyła Barbara Górecka, Wydawnictwo Zielona Sowa, Warszawa 2018.

poniedziałek, 19 listopada 2018

Miasteczko Perfect


Powieści fantastyczne, w tym fantastyka grozy, i książki z wątkami kryminalnymi należą do ulubionych "wolnych" lektur mojego syna, a "Miasteczko Perfect" Heleny Duggan reprezentuje oba wspomniane typy literatury, musieliśmy więc spróbować. Przyciągnęły nas tajemnicza zapowiedź oraz intrygujące, nieco psychodeliczne ilustracje na okładkach i wyklejkach. Książka naprawdę satysfakcjonująca, dobrze napisana, utrzymująca atmosferę, zainteresowanie czytelnika i wątki – bez porzucania ich i przeskakiwania do kolejnych, przytrafia nam się raz na kilkadziesiąt pozycji. "Miasteczku Perfect" do ideału brakuje dość dużo, ale ogólnie jesteśmy zadowoleni, że podjęliśmy tę przygodę i daliśmy się ponieść fabule flirtującej z horrorem.
Bohaterów jest dwoje, najpierw poznajemy chłopca o oryginalnym imieniu Boy (mniej więcej rówieśnika mojego dwunastoletniego syna), skradającego się z tajną, bardzo dla niego ważną misją. Okoliczności są podejrzane, bo myszkowanie odbywa się na terenie czyjegoś ogrodu, tuż pod domem wprowadzającej się właśnie rodziny, a młody tajny agent zdaje się być niezauważany przez osoby przechodzące podwórzem: dziwacznych braci Archerów (odgrywających jakby groteskową wersję Flipa i Flapa), państwa Brown oraz ich córkę Violet, która okazuje się drugą protagonistką. Do zapoznania bohaterów dojdzie dopiero w 11 rozdziale (a książka składa się z 36), na 93 z 382 stron, więc sytuacja jest dość nietypowa jak na książkę dla dzieci. Helena Duggan napisała jednak powieść dla dojrzalszych czytelników, którzy wiele lektur mają już za sobą i lubią być zaskakiwani czymś nowym, nawet przerażającym (wydawnictwo Zielona Sowa określiło wiek odbiorcy jako 9+). Zanim zawiązana zostanie spółka Boy&Violet do badania zjawisk dziwnych, złowrogich oraz paranormalnych, dziewczynka sama poznaje tytułowe miasteczko i zmaga się z jego upiorną doskonałością. Odkrywanie kolejnych poziomów lokalnej psychozy było dla nas najciekawszą częścią lektury.
Zaburzenia percepcji dotykają niemal wszystkich mieszkańców Perfect i większości płaszczyzn ich życia. Boy wie, a Violet stopniowo się dowiaduje, że dorośli oraz dzieci postępują równo i mechanicznie jak roboty, uśmiechają się, odpowiadają grzecznie, pracują, piją herbatę, pieką i gromadzą się w kołach zainteresowań według ustalonego odgórnie wzoru czy wczytanego w ich mózgi polecenia. Trybiki pozornie działają idealnie, zapominając o tym, że kiedyś były ludźmi obdarzonymi wolną wolą i indywidualnością, że w pewnym momencie straciły wzrok, a potem dostały jego nową, ulepszoną wersję wraz z różowymi okularami (w złotych oprawkach, elegancko!) od braci Archerów. Zapominają zresztą także o innych, fundamentalnych sprawach. Boy i Violet zechcą przypomnieć im o wszystkim, co ważne, nieperfekcyjne, a w sam raz.
Jako czytelnicy z przyjemnością uczestniczyliśmy w tej mrocznej maskaradzie, choć płynne czytanie było utrudnione przez liczne błędy stylistyczne (szyk zdań, częste powtórzenia, zwłaszcza imion, dziwny dobór słów, choćby wymienne stosowanie pojęć "powstanie", "rewolta", "rewolucja", "rebelia") i literówki. Nasz entuzjazm lekko opadł, gdy właściwie już wszystko było wiadomo (lub trudno było się nie domyślić, kto jest kim i czego dokonał), a przygodowy horror zaczął przeistaczać się w melodramat. Całą powieść oceniamy jednak pozytywnie, syn uważa ją po prostu za ciekawą książkę, a w moich oczach (nienakrytych żadnymi okularami) jest interesującą, raczej oryginalną kompozycją gatunków i motywów. Dostrzegłam tu bowiem pierwiastki twórczości Dickensa, Rowling, Gaimana oraz paru artystów filmu, z Burtonem na czele. "Miasteczko Perfect" można więc polecić miłośnikom podobnych klimatów z zastrzeżeniem, że jest to ich łagodniejsza, można by rzec "juniorska" wersja. Jednocześnie w tekście Heleny Duggan nie zabrakło brutalności, należy więc rozważyć, czy jest to książka pasująca do wrażliwości naszego dziecka.
Bożena Itoya

Helena Duggan, Miasteczko Perfect, przełożyła Anna Piasecka, ilustracja na okładce Karl James Mountford, mapa David Shepard, Wydawnictwo Zielona Sowa, Warszawa 2018.

czwartek, 13 września 2018

Detektyw Pingwin i sprawa zaginionego skarbu


Książka "Detektyw Pingwin i sprawa zaginionego skarbu" Alexa T. Smitha w angielskim oryginale została wydana w 2017 roku, a dzięki wydawnictwu Zielona Sowa polski, znakomity przekład Piotra W. Cholewy możemy czytać już rok później. W lekturze tej szczególnie rozmiłował się mój dwunastoletni syn, choć potem i ja dołączyłam do grona największych fanów Pana Pingwina. Oczywiście najpierw zwróciliśmy uwagę na sympatyczne rysunki, z których zerkają na nas pękaty bohater i jego z lekka nastroszony partner. Ilustracje są dziełem autora, pojawiają się na niemal każdej stronie książki (a także na wyklejkach i okładce), bywają splecione z kartą gazety, planem muzeum, a najczęściej przypominają szaro-pomarańczowe, pełne szczegółów, dopracowane i wesołe szkice.
Jest to historia debiutującego prywatnego detektywa, który liczy na przygody, sławę i godziwe zarobki, gdyż grozi mu upadłość oraz konieczność opuszczenia swojego (chyba wynajmowanego) londyńskiego igloo i wyniesienia się na Mroźne Południe. Pan Pingwin przewraca tabliczkę na drzwiach biura głoszącą "otwarte" i zaczyna oczekiwać na pierwszy telefon ze zleceniem; w tym momencie rzeczywiście rozlega się dryndanie i adept zagadkowego, pełnego wyzwań życia zawodowego spada z fotela do kosza na papiery. Trudno nie polubić bohatera po takim wstępie, a potem jest tylko lepiej, bo przecież jeszcze nie poznaliśmy Watsona, to znaczy Colina. Asystent Pana Pingwina jest pająkiem i naszym ulubieńcem (zaraz po swoim szefie).
Do "Detektywa, Profesjonalnego Poszukiwacza Przygód" zwraca się z błaganiem o ratunek pani Budyka Gnatek, właścicielka Muzeum Obiektów Extraordynaryjnych, działająca w duecie z bratem, niejakim Montagiuszem. Gnatkowie szukają skarbu ukrytego w muzeum przez ich praprapradziadka, fortuna jest im niezbędna do uratowania popadającego w ruinę obiektu. W wielkim nieporządku, wśród tysięcy gratów i niszczejących eksponatów, rozpoczynają się poszukiwania. Będą tajemnicze wskazówki, ukryte przejścia, podstępy, aligatory, dżungla, zdrady i ratunki.

Kto wkroczy do tej dżungli,
niech ma się na baczności.
Tu straszne kreatury
chowają się w ciemności.

Ich szpony cię rozszarpią,
zagryzą cię ich kły.
Uwierz mi, na ich widok
każdy ze strachu drży.

Skarb czeka już na tego,
co zgodnie z mapą kroczy,
lecz biada człowiekowi,
który ze ścieżki zboczy.

Sir Randolf Gnatek
założyciel muzeum
profesjonalny łowca skarbów

Książkę czyta się świetnie, jednym tchem, przygodowa atmosfera à la Indiana Jones (Pan Pingwin ma nawet podobny kapelusz) czy Jumanji (wierszowane przestrogi) jest umiejętnie podtrzymywana, w fabułę wciągają charakterystyczne postacie i zwroty akcji. Zachwyciłam się również pięknymi zdaniami, które są elementem niezwykle zgrabnego tłumaczenia, podobnie jak zabawne imiona i nazwiska. Tekst został dopracowany do najmniejszego słówka, co naprawdę nie jest normą w polskich przekładach książek dla dzieci i młodzieży. Tu mamy do czynienia z ideałem. "Detektywa Pingwina i sprawę zaginionego skarbu" docenią dzieci płci obojga w wieku powyżej sześciu lat (jak wskazuje wydawca), a także znacznie starsi miłośnicy komiksów i "przygodówek".

Bożena Itoya

Alex T. Smith, Detektyw Pingwin i sprawa zaginionego skarbu, przełożył Piotr W. Cholewa, Wydawnictwo Zielona Sowa, Warszawa 2018.

sobota, 1 września 2018

Panna Jones i książkowe emporium


Wśród wielu naszych przyjemnych, wakacyjnych lektur, ta książka była wyjątkowa. Sylvia Bishop napisała "Pannę Jones i książkowe emporium" z myślą o dzieciach, tymczasem jest to utwór tak dobry, ciekawy, zabawny i błyskotliwy, że spodobał się i nastolatkowi, i osobie dorosłej (czyli mnie). Przygody Znajdy zaspokoiły naszą tęsknotę za opowieściami o ludziach żyjących książkami, magicznych księgarniach i szurniętych kotach.
Główną bohaterką książki jest jedenastoletnia dziewczynka o niezbyt atrakcyjnym imieniu Znajda, w tytule określona jako "panna". Znaleziona w nieprawdopodobnych okolicznościach przez rodzinę Jonesów, staje się jej częścią i poznajemy ją (sześć lat po porzuceniu i przygarnięciu) już jako siostrę Michaela i córkę Netty. To sympatyczne trio prowadzi wspólnie księgarnię Pod Białym Jeleniem, przybytek bardzo urokliwy, ale umiarkowanie popularny.

Tego popołudnia padało, więc w księgarni był tłum. Podczas ulewy wszyscy sobie przypominają, że mają wielką ochotę kupić książkę, zwłaszcza jeżeli akurat zapomnieli parasola. Trzy fotele z przodu księgarni były zajęte, a w każdym zakątku tłoczyli się ludzie.

W tych pięknych książkowych okolicznościach Znajda ukrywa, że gdy trafiła do Jonesów nie umiała jeszcze czytać i dotąd nie posiadła tej umiejętności (widać w tym świecie nie ma szkół). Ogląda książki, wącha je, rozpoznaje, ale tylko udaje, że czyta. Lęk przed zdemaskowaniem wytwarza w dziewczynce niezwykłe zdolności obserwacyjne i adaptacyjne, które będą bardzo przydatne w późniejszych przygodach. Tajemnica nie wychodzi na jaw także dlatego, że cała trójka bohaterów należy do ludzi bujających w obłokach i mocno rozkojarzonych.
Rodzina Znajdy cienko przędzie, ale w chwili, gdy bankructwo jest tuż-tuż, pojawia się nadzieja. Londyński księgarz (tu dowiadujemy się, że rzecz dzieje się w Anglii), właściciel olbrzymiej księgarni, postanawia przejść na emeryturę z przytupem i zaprasza do zgłaszania swojej kandydatury na nowego szefa Książkowego Emporium Montgomery'ego. Przejęcie własności nie wiąże się z żadnymi kosztami, po prostu trzeba mieć szczęście w losowaniu. Zgadnijcie, kto wygra?

W południe następnego dnia księgarnia Pod Białym Jeleniem była pusta. Pierwsze zniknęły książki, które Jonesowie powciskali za darmo chętnym klientom, niechętnym klientom i przestraszonym przechodniom. Potem zniknęła woń książek.

"Panna Jones" prędko skojarzyła się nam z wiadomym klasykiem literatury dziecięcej. Bliskość "Charliego i fabryki czekolady" oraz ogólnie twórczości Roalda Dahla odczuliśmy ze względu na wielką loterię, osobę jej ekscentrycznego organizatora, jego niepojęte królestwo, ale także cały literacki majstersztyk, w tym lekkość języka (znakomity przekład Patryka Gołębiowskiego). Co do treści książki Sylvii Bishop, rzeczona wygrana na loterii okazuje się kłopotliwym spadkiem, ale najpierw przeżywamy euforię razem z Jonesami.

Aha! – odparł Montgomery. – Oho! – dodał. – Yhy! – powiedział, żeby zobaczyć, jak to zabrzmi. (Kiepsko). Odchrząknął więc, zakłopotany, i wyjaśnił, jak działa Wielkie Książkowe Emporium Montgomery'ego. To Emporium wyjaśnił to piękne Emporium to pierwsza i jedyna na świecie księgarnia mechaniczna. To mój własny wynalazek! Posłał im promienny uśmiech. Rozważcie, moi kochani Jonesowie, jak działa winda: jeden mały pokój, który przemieszcza się w górę i w dół. Zgadza się? Cóż, każda z tych dźwigni porusza cały zestaw pokoi i to nie tylko w górę iw dół. Przesuwają się po obwodzie koła, nad sufit, po drugiej stronie ściany i pod ziemię, i znów na górę, jak diabelski młyn. Pociągasz dźwignię, sale się poruszają. Widzicie? Każdą obręcz sal nazywam karuzelą. Jest ich dwanaście, jedna do każdych drzwi. Wyobraźcie sobie tylko. Wyobraźcie sobie rozmiar tego wszystkiego! Zataczał w powietrzu kręgi ramionami, rozlewając wszędzie lemoniadę. Główny poziom księgarni znajduje się w samym środku, moi drodzy. Reszta księgarni jest wszędzie wokół nas. Czeka tylko na wezwanie.

Albert H. Montgomery szybko ucieka ze swojego królestwa, gubiąc się w wyjaśnieniach co do kierunku, w którym się udaje. Poza książkami i zmechanizowanym lokalem pozostawia Jonesom pewnego niebieskiego Gunthera, osobnika wyjątkowo humorzastego i dziwacznego (o wiele mówiącym drugim imieniu), który jednak natychmiast zaprzyjaźnia się ze Znajdą i często ratuje sytuację, bezpośrednio lub za sprawą swojego pozytywnego wpływu na dziewczynkę. To nasz ulubieniec wśród bohaterów, ciekawe, jak prędko zgadniecie, kim właściwie jest.

Zanim jednak się wysłowili, z lampy na górze spadł jakiś szary kłębek i dobrał się do czupryny Michaela.
Gunther upomniał zwierzę Montgomery. NIE.
SsssssmiaaaauuuRRRRR odparła puchata kula armatnia o imieniu Gunther.
Ajajajajajaj poskarżył się kilka razy Michael.
Na szczęście puchacz szybko znudził się próbą oskalpowania Michaela, stoczył się z jego głowy na podłogę, robiąc krótki przystanek na kolanach, i spiorunował wzrokiem nowo przybyłych. To był chyba kotek, choć pewności nie było. Miał olbrzymią głowę, a pyszczek tak spłaszczony, że jego nos był na wysokości oczu.
To jeden ze słynnych Guntherów, ściśle rzecz biorąc, Gunther Armagedon Trzeci powiedział z dumą Montgomery. To nadzwyczaj szlachetna rasa niebieskich persów. Ten maluch ma dopiero cztery tygodnie.
Gunther zmierzył ich wszystkich ponurym wzrokiem, po czym skoczył na kolana Znajdy.

Jonesowie krótko cieszą się Książkowym Emporium, wkrótce wyjdzie na jaw tajemnica Montgomery'ego, która odbierze im majątek i prawie całą nadzieję. Znajda odnajdzie się jednak w kryzysowych warunkach, rozwikła szereg zagadek i doprowadzi do happy endu, choć nie sama, bo współpraca z mamą, bratem i starającym się zrehabilitować Montgomerym (oraz z Guntherem) ma tu istotne znaczenie. Książka jest cudownie rodzinna, pełna bezwarunkowej miłości, co też czyni ją cieplejszą i przyjemniejszą od wspominanych już utworów Roalda Dahla. W jego książkach zawsze znalazł się jakiś dorosły sadysta czy bezwzględny egoista, a bohaterowie byli przeważnie solistami siłującymi się z oprawcami. Tu mamy coś innego i nowego, choć niepozbawionego krztyny Dahlowskiego szaleństwa. Wydawnictwu Zielona Sowa należą się gratulację za wyłowienie tej autorki i książki wśród zagranicznych nowości. "Panna Jones" jest dopiero drugą publikacją Sylvii Bishop, mam nadzieję, że autorka ta zapełni nasze półki cudownymi historiami, jak sam mistrz opowieści Roald Dahl.
Bożena Itoya

Sylvia Bishop, Panna Jones i książkowe emporium, przełożył Patryk Gołębiowski, zilustrował Ashley King, Wydawnictwo Zielona Sowa, Warszawa 2018.

poniedziałek, 20 sierpnia 2018

Mirabelka Cezarego Harasimowicza – saga Dorotek


Moje pierwsze skojarzenie z mirabelką, i tą prawdziwą, i literacką, to słońce. Mała, soczyście żółta kuleczka była jednym z ulubionych przedmiotów mojego dzieciństwa, taka ładna, pyszna, a nie trzeba było po nią jechać do żadnych odległych sadów czy na działkę, bo rosła masowo tuż obok bloków. To małe słoneczko rozjaśniało codzienność moją i innych podwórkowych bywalców. Podobnie okładka i wstęp książki "Mirabelka" Cezarego Harasimowicza z ilustracjami Marty Kurczewskiej odwołują się do słoneczności tego owocu, a słońce to radość, szczęście oraz jasność widzenia. Ta lektura jest takim małym oświeceniem: czytelnik może wyraźniej, z nowej perspektywy i w ciekawym zbliżeniu spojrzeć na losy warszawskich drzew, ulic i ich ludzi. Mirabelka Cezarego Harasimowicza przyświeca bowiem mieszkańcom Muranowa (i ich wnukom, prawnukom na emigracji) od dwudziestolecia międzywojennego do pierwszego dwudziestolecia XXI wieku. Przez historię prowadzą nas kolejne pokolenia drzewek i rozmawiające z nimi Doroty: Dorka, Dorotka, Dotty.

Maciek nie wsiadł do pociągu na Dworcu Gdańskim. Nie wyjechał. Nie dał się wyrzucić. Nie mógł odejść na zawsze. Kochał Dorotkę, a Dorotka jego kochała. Przecież nie mogli się rozstać. Ja też nigdzie się nie wybierałam. Jak mogłabym stąd uciec? Przecież wrosłam w ziemię, w której były korzenie mojej mamy i mojej babci. Czerpię soki z pozostałości po moich przodkach. Dobrze mi tu jest. Czerpię siłę ze słońca i ze szczęścia ludzi, którzy robią kompoty i ciasta z moich owoców. Lubię, jak chronią się w moim cieniu, by się ochłodzić podczas upałów.

Cezary Harasimowicz opowiada głównie o dziejach polskich Żydów i ich potomków, bo też mirabelka rosła (i będzie rosła) na terenie należącym w trakcie drugiej wojny światowej do warszawskiego getta. Jest to opowieść piękna i smutna, realna swoim dramatyzmem i zarazem nadprzyrodzona z powodu obecności duchów przeszłości czy rozmów z drzewami. Co do przekazywania wiedzy, nie jest to dla mnie najważniejsza funkcja "Mirabelki" i nie nauczanie historii uznaję za największą wartość tej książki. Bo też historia jak historia, ostatnio jest jej w literaturze dla dzieci wyjątkowo dużo, a autor nie zdradza żadnych nowych faktów. Co prawda "Mirabelka" wyróżnia się nietypowym prowadzeniem opowieści, nieszablonową, wzruszającą narracją, ale też przy odpowiednim (czyli nie negatywnym, po prostu otwartym) nastawieniu każde fakty mogą poruszyć serce czytelnika. Pamiętam, że jako nastolatka niekiedy płakałam nawet nad podręcznikami do historii.

A potem jest wesele! I można się już napawać szczęściem. Pan Izaak gra wesołe, skoczne melodie. Towarzyszy mu kolega z filharmonii, grając na klarnecie, i bębniarz z domu weselnego. Wszyscy ustawiają się w korowodzie, tańczą i śpiewają. Mężczyźni pod wodzą Chaima robią koło, Dorka i kobiety robią drugie koło. A panowie Alfusowie szykują taką niespodziankę, że mówię wam, nikt się tego nie spodziewał. Otóż wynoszą całe worki pełne kolorowych koralików i cekinów, i obsypują nimi wszystkich gości na szczęście, na pomyślność, na zdrowie i na długie życie. Patrzę, jak roztańczone stopy weselników wdeptują w ziemię koraliki i cekiny, jakby były gwiazdami z nieba i jakby owe gwiazdy miały się zasiać na wieczną pamiątkę tego wesela. Jest mi dobrze, bardzo dobrze, czuję się szczęśliwa razem z ludźmi.

Warto przyjrzeć się innym niż popularnonaukowy (historiograficzny) aspektom książki Cezarego Harasimowicza. Pierwszym z nich jest jej malarskość. Zarówno ulotne, rozwiane ilustracje Marty Kurczewskiej z nieco zaostrzonymi twarzami, jak i nastrój tekstu literackiego przypominają obrazy Marca Chagalla, a także piosenkę Wojciecha Młynarskiego ("Tak jak malował pan Chagall") wspominającą i tę atmosferę, i samo malarstwo. Warto również zwrócić uwagę na metatekstowy i metaliteracki charakter opowiadania Cezarego Harasimowicza. Korzenie "Mirabelki" tkwią bowiem w prozie Hanny Krall, a literacki portret panny młodej i niektóre "pozazmysłowe" doznania podsuwają skojarzenia choćby z dramatem "Dybuk" Szymona An-skiego. To wyrastanie literatury dziecięcej z dorosłej odpowiada przyjętemu przez autora sposobowi łączenia małych historii z wielką. Szkieletem opowieści snutej przez mirabelkę, a raczej mirabelki, jest cykliczność i powtarzalność – nie tylko w przyrodzie, tu także losy ludzkie wyrastają jedne z drugich, zupełnie jak drzewa. A że historię poznajemy właśnie z punktu widzenia rośliny, otrzymujemy i ciekawą dla dziecka narrację, i interesujące, filozoficzne spojrzenie na "organiczność" ludzkiego świata.
Na wyróżnienie zasługuje również konstrukcja postaci w "Mirabelce". Ci bohaterowie, to, jak się pojawiają, co robią, jak są zarysowani, kilkakrotnie sprawili, że czułam się raczej jakbym oglądała film (lub Teatr Telewizji – i znów "Dybuk"...) niż czytała książkę. Taka to magiczna moc scenarzysty filmowego. Przed czytelnikiem przesuwają się kolejni aktorzy, zjawy i symboliczne Dorki. Ich historie są jak te kolorowe koraliki: czekały aż ktoś je pozbiera, znów będzie się nimi cieszył, splecie je w korale opowieści.
Cezary Harasimowicz obficie cytuje przeboje muzyki rozrywkowej królujące w radiu i podśpiewywane (lub wykrzykiwane) przez Polaków w latach 40., 50., 60. i na początku lat 80. XX wieku. Bardzo spodobało mi się przekonanie autora o łączliwości kultury popularnej z historią społeczną, a po trosze i polityczną. Cytowane piosenki są nie tylko tekstami kultury, ale i utworami literackimi, od dziś zrośniętymi z "Mirabelką", dla mnie i dla każdego czytelnika tej książki.
No właśnie, a kim właściwie jest prototypowy czytelnik tego opowiadania? Innymi słowy: czy "Mirabelka" to książka dla dzieci? Przyznam, że na początku miałam co do tego poważne wątpliwości. Publikacja wydawała się przede wszystkim sentymentalna, skoncentrowana na upływie czasu, kultywacji przeszłości rozumianej przez autora jako złoty wiek. A przecież u dzieci właściwie nie pojawia się autorefleksja, jak ważne jest dzieciństwo, w jaki sposób i w jakim stopniu zdarzenia z najmłodszych lat kształtują całe życie, czym dziecięce "własne podwórko" (rozumiane dosłownie i w przenośni) staje się dla dorosłego. Nie wiem, czy lektura "Mirabelki" zmieni podejście młodych czytelników, na pewno jednak skłoni do przemyśleń dorosłych, którzy być może spróbują poukładać przeszłość rodziny w swoją własną opowieść, na wzór tej snutej przez warszawskie drzewko. Książka wydaje się więc odpowiednia raczej do pracy z dziećmi, do wspólnej, rodzinnej lektury niż do samodzielnego czytania przez dziecko.
Pod względem historiograficznym "Mirabelka" niemal pęka w szwach. Przekrojowe spojrzenie na kilkadziesiąt lat dziejów Warszawy (i pośrednio Polski) było celem autora, jednak czuje się, że książka jest aż przeładowana prawdziwymi wydarzeniami, co chwilami czyni całą opowieść zbyt ciężką. Podkreślam, że mówię o swoim subiektywnym wrażeniu. W pewnym momencie powojnia fabuła jakby przyspiesza, skupiając się na najnowszej historii. Autor wyraźnie stara się, nawet za cenę utraty zainteresowania najmłodszego czytelnika (niestety niektóre komentarze czy opisy są dla dziecka niezrozumiałe), przekazać wszystko, co zaplanował powiedzieć o rzeczywistości polityczno-społecznej drugiej połowy XX i początku XXI wieku. "Ciśnienie" historii w połączeniu z nostalgicznym, nieco filozoficznym tonem opowieści i dziecinnym językiem, jakim posługują się kolejne drzewka, wywoływało we mnie sprzeczne czytelnicze wrażenia. W naszej rodzinie wolimy, gdy lektury młodzieżowe są bardziej określone gatunkowo, to znaczy zależnie od nastroju wybieramy albo oniryczną, poetycką literaturę, albo książki historyczne, stąd pozycja historyczno-poetycka nie zachwyciła nas tak, jak miała. A że właśnie oczarowanie nas, odbiorców, było głównym zamierzeniem autora, byłam przekonana od pierwszej do ostatniej strony "Mirabelki", bo też jej czytelnik czuje się usilnie wzruszany.
Cezary Harasimowicz odnotował najważniejsze z punktu widzenia warszawskich Żydów wydarzenia historyczne, począwszy od wybuchu drugiej wojny światowej, a skończywszy na latach 80. XX wieku (bo później bohaterowie o żydowskich korzeniach nie mieszkają już w Warszawie). Nie jest to wiedza nowa dla ucznia czwartej czy piątej klasy szkoły podstawowej. Mój syn czytając tylko niektóre z opowiadań historycznych dla dzieci i młodzieży wydanych w ciągu ostatnich 3-4 lat już wielokrotnie zetknął się z tematyką i wojny, i zagłady Żydów, i stalinizmu, i Marca 1968 roku, i Solidarności. Dla dziecka sięgającego po choćby co piątą publikację młodzieżową "z historią w tle" książka Cezarego Harasimowicza nie będzie historycznym objawieniem, natomiast może uświadomić czytelników nieobytych z najnowszymi dziejami Polski. Wspomniałam już jednak, że pozycja ta posiada dla mnie inne walory. Na koniec napiszę o największym.
"Mirabelka" wypada bardzo korzystnie jako opowieść o małej ojczyźnie, co ważne, wielkomiejskiej. Śmierć bohaterki wskutek działań deweloperskich jest tu tym bardziej symboliczna, że pączkowanie nowych osiedli i inwestycji biznesowych zabija warszawską lokalność i "charakterność". Wielka część współczesnych mieszkańców Warszawy przebywa w swoim miejscu zamieszkania od niedawna, nie zna jego historii, nie czuje się zakorzeniona ani nawet w luźniejszy sposób związana z dzielnicą czy osiedlem. Coraz rzadziej dzieci z wielkich miast "dziedziczą" małe ojczyzny swoich rodziców i dziadków, a przecież dużo lepiej słucha się historii tych najbardziej własnych miejsc. Nastolatki przewożone samochodem do i ze szkoły (plus zajęcia dodatkowe) czasem nawet nie znają nazw ulic w swojej dzielnicy, nazw i układu dzielnic, a co dopiero ich historii. Lokalizacje padające w "Mirabelce" oraz towarzyszące im nastroje mogą okazać się abstrakcyjne dla większości małych warszawiaków, i to powinno przebudzić rodziców: czas pospacerować z dziećmi, zbliżyć je do miasta. Może warto pobawić się w mirabelkę, poprosić dziecko o wcielenie się w jej rolę i opowiedzenie o swojej okolicy, ludziach, którzy tu wcześniej mieszkali, wyobrażonych przyszłych mieszkańcach... Czy wasze dzieci miałyby cokolwiek do powiedzenia?
We wrześniu z ulicy Andersa ma zniknąć restauracja Państwomiasto, wspominana w "Mirabelce" jako jedno z najbardziej energetycznych, charakterystycznych i popularnych punktów współczesnego Muranowa. Przyczyną podobno jest znaczne podwyższenie czynszu, a więc historia lubi się powtarzać, bo warszawiacy już wielokrotnie żegnali piękne miejsca kultury i spotkań z tego właśnie powodu. To wydarzenie wpasowałoby się w smutne odcienie "Mirabelki" (wiadomość o zamknięciu restauracji pojawiła się około dwa miesiące po publikacji książki), choć również za miesiąc zostanie dopisany i radośniejszy rozdział tej opowieści: na Muranowie ma zostać posadzone drzewko pochodzące od mirabelek opisanych przez Cezarego Harasimowicza. Zabrzmi to jak truizm, ale sami widzicie, że w życiu, niczym w "Mirabelce", smutek i kolejne pożegnania przeplatają się z radością i nadzieją.
Bożena Itoya

Cezary Harasimowicz, Mirabelka, ilustracje Marta Kurczewska, Wydawnictwo Zielona Sowa, Warszawa 2018.

niedziela, 5 sierpnia 2018

Pies na medal: Czart – pies lawinowy; Junior – opiekun osób starszych


Opowiadania Barbary Gawryluk należą do naszych ulubionych książek o zwierzętach, dlatego ucieszyła nas wieść o nowej serii tej autorki – "Psie na medal". Cykl ukazuje się w wydawnictwie Zielona Sowa z ilustracjami Agaty Kopff i dotychczas liczy dwie pozycje: "Czart – pies lawinowy" oraz "Junior – opiekun osób starszych". Są to książeczki niewielkie, w miękkiej oprawie, ale wydane pod każdym względem porządnie i godne polecenia zarówno dzieciom zaczynającym czytać, jak i bardziej wprawionym czytelnikom.
Tekst obu książek jest prosty, ale nie banalny, zawiera prawdziwe, występujące w rzeczywistym języku określenia i pojęcia. Autorka pisze dla najmłodszych (na okładce widnieje oznaczenie "wiek 6+"), ale ufa w ich kompetencje językowe, nie stosuje protekcjonalnych uproszczeń i zdrobnień. Na końcu publikacji zamieszczane są krótkie hasła encyklopedyczne podsumowujące i zarazem poszerzające wiedzę zdobytą w opowiadaniu: "Psy lawinowe", "Tatrzańskie ochotnicze Pogotowie Ratunkowe (TOPR)" i "Tatry" w przypadku "Czarta" oraz "Psy – towarzysze osób starszych i samotnych", "Kundle" i "Schronisko dla zwierząt" w "Juniorze". Chętnie widziałabym wśród publikacji popularnonaukowych dla dzieci więcej tak zrozumiałych, zwięzłych i bezpośrednich minileksykonów (za "redakcję oraz słowniczek i encyklopedię na końcu" odpowiada Anna Włodarkiewicz). Łatwy odbiór wcale nie tak oczywistych treści jest możliwy także dzięki wyglądowi książek z serii "Pies na medal". Duża czcionka zapewnia komfort czytania nawet pierwszoklasistom, a kolorowe, ładne i zabawne ilustracje wiernie odpowiadające tekstowi czynią lekturę jeszcze przyjemniejszą.
Mimo niewielkiej objętości (48 stron, w tym 41 stron opowiadania) oba tomiki zawierają dość rozbudowane, w pełni kompletne utwory literackie. To ważne, bo historyjki ujmowane w tak małych publikacjach dla dzieci często bywają pełne skrótów i dziur, fabularnie poszarpane. Tymczasem w opowiadaniu "Czart pies lawinowy" praca tytułowego psa na medal została wpisana w niebezpieczną przygodę dwóch chłopców, rówieśników czytelnika. Po krótkim wstępie, w którym autorka przedstawia Czarta i jego opiekuna, ratownika TOPR, następuje dramatyczna akcja. Alek i Robert, wprawni narciarze, oddalają się od grupy na zimowym obozie sportowym w Tatrach, by popróbować wyzwań ambitniejszych od standardowej trasy treningowej. Jeden z chłopców postanawia nie ryzykować i wraca do instruktora, ale drugi szusuje trudną dolinką i spada na niego lawina. Szybka reakcja kolegi, a potem instruktora, pozwala błyskawicznie sprowadzić ratowników. Wraz z nimi interweniuje Czart. Historia nie kończy się na akcji ratowniczej, jest prowadzona dalej, bez "przynudzania" i nadmiernego pouczania. W opowiadaniu o psie lawinowym na medal najbardziej doceniam konkretność, reporterską szczerość autorki, nie tylko w zakresie omówienia pracy psa. Również zachowania oraz odczucia ("zabawa" w wyzwania, zamiłowanie do brawury, wstyd) młodych bohaterów oraz reakcje dorosłych są wiernym odwzorowaniem rzeczywistości.

Książka "Junior opiekun osób starszych" ze względu na mniejszą widowiskowość zawodu tytułowego psa na medal jest nieco spokojniejsza. Nie doświadczymy tu wypadków czy innego bezpośredniego zagrożenia życia, choć moim zdaniem także Junior ratuje ludziom życie. I wzajemnie. Bohaterem opowiadania jest bowiem schroniskowy kundelek, wypożyczany do domu opieki, by dotrzymywał towarzystwa samotnym starszym ludziom, a tym samym pocieszał ich oraz sam doświadczał przyjaźni. Akcja koncentruje się na planie przeniesienia Juniora na stałe do ośrodka, który często odwiedza jako (pracujący) gość. Aby młodzi czytelnicy nie zniechęcili się trudnym i potencjalnie smutnym tematem, Barbara Gawryluk uczyniła bohaterami również dzieci: Dorotkę i Łukasza. Bliźnięta, początkowo trochę zmuszane przez mamę, odwiedzają w domu opieki sąsiadkę, która kiedyś często się nimi opiekowała. To bardzo ciekawy, choć ledwo poruszony (bo też zbyt poważny dla sześciolatków) wątek tej historii – jak ważne są dla starszych osób wnuki, choćby te "przyszywane", i jak łatwo młodzi zapominają, wymigując się nawet od dotrzymywania towarzystwa, a co dopiero od opieki nad swoimi niegdysiejszymi towarzyszami i opiekunami. Opowiadanie "Junior – opiekun osób starszych" uwrażliwia i na los sąsiadów, dziadków, wszystkich samotnych osób, zwłaszcza mieszkańców domów opieki, i na dolę zwierząt przebywających w schroniskach, przy okazji informując o pracy wolontariusza oraz sugerując, jak angażować się w małe, lokalne aktywności (nawet będąc dzieckiem). Na pierwszym planie pozostają oczywiście obowiązki psa towarzysza, bo Junior, czy jako bywalec, czy stały lokator domu opieki, pracuje bez przerwy. Kolejnymi psami na medal opisanymi przez Barbarę Gawryluk będą Morus, ratownik wodny, oraz Falko, pracownik lotniska. Cieszą mnie plany kontynuacji serii i mam nadzieję, że trafi ona do naprawdę szerokiego grona czytelników. Dzieci, które przeczytają te książki będą mądre i empatyczne.
Bożena Itoya

Barbara Gawryluk, Czart – pies lawinowy, ilustracje: Agata Kopff, redakcja oraz słowniczek i encyklopedia na końcu: Anna Włodarkiewicz, Wydawnictwo Zielona Sowa, Warszawa 2018.
Barbara Gawryluk, Junior – opiekun osób starszych, ilustracje: Agata Kopff, redakcja oraz słowniczek i encyklopedia na końcu: Anna Włodarkiewicz, Wydawnictwo Zielona Sowa, Warszawa 2018.

czwartek, 19 lipca 2018

Obrazkowa Zielona Sowa: Trzymaj mnie mocno, Uczucia

Wspólnym mianownikiem książek "Trzymaj mnie mocno" oraz "Uczucia" opublikowanych przez wydawnictwo Zielona Sowa jest osoba tłumaczki (Barbara Supeł). Co prawda obie pozycje mają duży format, pokaźną czcionkę, ilustracje zajmujące całe strony (których jest, właściwie już tradycyjnie, 32), wydają się więc być adresowane do najmłodszych dzieci i należeć do tego samego gatunku: picturebook. Pierwsza z nich, "Trzymaj mnie mocno" Jane Chapman (tekst i ilustracje), nie jest jednak książką obrazkową w tym rozumieniu, tylko opowiadaniem, które może istnieć i być przyswojone również bez ilustracji. Owszem, strona wizualna jest tu przyjemna i dziecko z chęcią obserwuje kolejne miny, wygibasy oraz zachowania wyderki Miki, jej kolegi Amaka czy mamy, ale ilustracje są lustrzanym odbiciem tekstu, relacjonują go, nie dopowiadając niczego od siebie. Oczywiście wcale nie świadczy to źle o książce, po prostu jest ona obrazkowa tylko w potocznym znaczeniu tego określenia, a nie spełnia współczesnej definicji pojęcia (o której pisała między innymi Małgorzata Cackowska na łamach kwartalnika "Ryms" w latach 2009-2010).
Jane Chapman za pośrednictwem "Trzymaj mnie mocno" opowiada kilkuletnim czytelnikom o potrzebie bliskości (także tej fizycznej – ileż tu przytulania!), zaufaniu i o tym, że w kupie raźniej. To krótka, prosta i bardzo rodzinna opowiastka o małej wydrze uczącej się życia w morzu. Po tej lekturze wszystkim zrobi się raźniej, bo przyjemności i niebezpieczeństwa, z którymi ma do czynienia Miki, łatwo przełożyć na życie przedszkolaka albo jeszcze młodszego dziecka. Właśnie maluchom najbardziej spodobają się duże, słodkie portrety wyder unoszących się na powierzchni wody, stroszących futerka, uczących się pływać, chwytających się za łapki czy wyciągających je do siebie w rozpaczliwym geście, gdy szaleje sztorm. Nas ujął szczególnie rybi drobiazg przecinający morską toń, te małe błyszczące przecinki na okładce.
"Uczucia" Libby Walden z ilustracjami Richarda Jonesa zdecydowanie są książką obrazkową (picturebook), ale za to, wbrew pozorom, nie przyjmą się w grupie najmłodszych czytelników. Przynajmniej warstwa tekstowa przerasta możliwości cztero-, pięcio-, a nawet sześciolatka, może go znudzić, zniechęcić, zamiast przekonać do rozmyślań nad ludzkimi uczuciami i emocjami, bo taki właśnie jest cel omawianej publikacji. Pod tym względem ilustracje okazały się mylące – ich styl i kolorystyka sugerują odbiorcę w wieku przedszkolnym, tak też wygląda chłopiec widoczny na każdej stronie. Tymczasem rymowane refleksje na temat przeżyć bohatera będą zrozumiałe dopiero dla starszych dzieci, a może i nastolatków. Niektóre wydały się nam trafne, naprawdę ładne, jak "Smutek", "Samotność" i "Spokój", inne okazały się zbyt podniosłe i metaforyczne nawet w opinii dwunastolatka.

Po niebie sennie suną mgły, gdy w pustej płynę bańce,
I wtedy wiem, nie dla mnie są: gwar tłumów, śmiech i tańce.
Bo dziś nie spojrzy na mnie nikt i nikt mnie nie usłyszy.
Sam jeden senną nucę pieśń pośrodku wielkiej ciszy.

Poetyckie rozważania autorki, z dużym udziałem tłumaczki, sprawiają wrażenie nierównych. Dosłownie, bo w tekście zastosowano zróżnicowane odstępy – czasem (więc brak konsekwencji!) mniejsze między tytułem a pierwszym wersem, a większe pomiędzy wersami. Niby szczegół, ale przy trzech-pięciu linijkach na stronie i całej konwencji picturebook interlinia naprawdę jest istotnym elementem książki. W przenośni zaś wierszyki są nierówne, ponieważ czasami gubią rytm, a ponadto różnią się poziomem, lekkością / ciężarem, czytelnością / zawiłością odniesień.

Gdy pragnę czegoś wiele dni, a ktoś wśród wiru zdarzeń
Odjedzie, jakby nigdy nic, ze skarbem z moich marzeń,
Zielony dym oblepia mnie, nie mogę go powstrzymać,
Bo coś, co inny posiadł już, dla siebie chcę zatrzymać.

Moje zastrzeżenia poza formą tekstu wzbudza sama treść: zakres omawianych odczuć, które w większości nazwałabym raczej emocjami niż uczuciami, oraz podejście do nich. Ja i mój syn pojmujemy wstyd zupełnie inaczej, dużo szerzej niż "Wstyd" Libby Walden i Barbary Supeł. Trema stanowi co prawda jakąś pochodną, najwyżej odmianę wstydu, ale ograniczanie tego odczucia do lęku przed występami publicznymi jest ogromnym uproszczeniem, jeśli nie przekłamaniem. Dla dziecka trema towarzysząca prezentacjom scenicznym i im podobnym oznacza strach, paraliż, a przecież wstyd pojawiający się z powodu pochwały czy choćby spojrzenia osoby, która ci się podoba lub imponuje, może być tożsamy z zaskoczeniem, szczęściem, "motylami w brzuchu". O tym odcieniu wstydu czy zawstydzenia autorka nie wspomina. Obawiam się, że jednowymiarowe traktowanie uczuć może zaszkodzić czytelnikowi. W książce w ogóle dominują negatywne, a przynajmniej tak opisane, bo każdy mógłby je przeżyć inaczej, uczucia i emocje. Z przedstawionych pozytywnie wymienić mogę "Odwagę", "Radość", "Ekscytację" i "Spokój". Pastelowość tej "książeczki" na pierwszy rzut oka kojarzy się z łagodnością dzieciństwa, ale po jej lekturze barwy te łączą się w naszych wspomnieniach raczej z melancholią, osobnością, mgłą czy niepewnością.
Koncept graficzny książki "Uczucia" uważam za ciekawy i udany niezależnie od tekstu. Publikację można opowiadać po swojemu, bardziej lub mniej dosłownie niż zrobiły to autorka i tłumaczka. Głównym pomysłem przyciągającym czytelników miało być okienko prowadzące bohatera od okładki, przez wszystkich 10 uczuć (oraz wstęp i zakończenie), aż do ostatniej karty, na której chłopczyk został namalowany. Idea "książeczki z dziurką" nie jest jednak niczym nowym i dziecko, które już jej zaznało, nie zachwyci się "Uczuciami" tak bardzo, jak spodziewają się autorzy tej publikacji. Nam do gustu przypadły przede wszystkim same obrazy wewnątrz książki, emocjonalne i marzycielskie ujęcia świata wewnętrznego, pejzaże malowane wrażeniami, a nie konkretami. Pod chmurkokształtne okienko każdej ze stron można też podsunąć własne zdjęcie, rysunkowy portret lub samą myśl o sobie, wpasować się w graficzną opowieść. Właśnie to połączenie czytelnika ze światem przedstawionym jest celem pisarzy, ilustratorów, wszelkich twórców książek.
Bożena Itoya

Jane Chapman, Trzymaj mnie mocno, przełożyła Barbara Supeł, Wydawnictwo Zielona Sowa, Warszawa 2018.
Libby Walden, Uczucia, zilustrował Richard Jones, przełożyła Barbara Supeł, Wydawnictwo Zielona Sowa, Wydanie II, Warszawa 2018.