cudanakiju.pl

cudanakiju.pl

piątek, 20 listopada 2020

Einstein na wiązce światła


Dobrze trafić na dobrą i dobrze wydaną, beletryzowaną publikację popularnonaukową dla najmłodszych. Niełatwa to sztuka spełnić wszystkie oczekiwania wobec podobnych wydawnictw: napisać historyjkę o trudnych sprawach, która będzie zajmująca dla dzieci nieumiejących jeszcze koncentrować uwagi na wywodach o E=mc², zaprawić ją humorem lub przynajmniej pogodą ducha, zachowując wartość informacyjną, a do tego dodać ilustracje i miłe dla oka, i artystyczne, i zrozumiałe dla szkrabów. Taka właśnie jest książka o Albercie Einsteinie autorstwa Jennifer Berne, popularnej amerykańskiej pisarki dla dzieci, polskim czytelnikom znanej być może z serii o szpaku Kajtku (wyd. Prószyński i S-ka) oraz opowieści o Jacques'u Cousteau (wyd. Tekturka). Za estetyczne i klimatyczne ilustracje odpowiada Vladimir Radunsky, a oryginał ukazał się w Stanach Zjednoczonych w 2013 roku.

Bohater w całym tekście (z wyjątkiem tytułu i jednego komiksowego dymku) nazywany jest wyłącznie Albertem, co skraca dystans między małym czytelnikiem a wielkim naukowcem wszech czasów. Geniusz zostaje nam przedstawiony jako niemowlę, na kolejnych stronach spotykamy go jako niemówiącego dwulatka i niemal niemówiącego trzylatka. Krótkie, jednozdaniowe komunikaty powoli przechodzą w dłuższe partie tekstu, by stopniować zaangażowanie kilkuletniego słuchacza (lub samodzielnego czytelnika) w lekturę, coraz bardziej wciągając go w wyjątkowe losy człowieka, którego wszyscy znamy z podręczników, choć, jak się okazuje, niewiele o nim wiemy. Książka "Einstein na wiązce światła" rzeczywiście utrzymuje uwagę młodego odbiorcy, również dzięki dużym, nieco zabawnym obrazkom i pojawiającym się niekiedy w komiksowych dymkach komentarzom przy czym nie są to przypisy objaśniające, tylko uwagi lub myśli postaci. W odpowiednim momencie autorzy doprowadzają nas do fantazji o tytułowej wiązce światła i od teraz Albert nie jest już tylko "dziwnym" dzieckiem i nietypowym, "słabym uczniem". Zaczyna czytać i uczyć się po swojemu, potem pracować i marzyć, rozmyślać i rozdrabniać. W ten sposób zdobywa świat.

Jennifer Berne celnie opisuje nonkonformizm Einsteina, jego "wyluzowanie", ale także procesy myślowe, eksperymenty przeprowadzane w świecie własnych koncepcji. To piękna nauka tego, jak wcześnie rodzi się w człowieku naukowiec i że niekoniecznie musi być ułożonym społecznie, wzorowym uczniem. Taka bajka o niespełnianiu stawianych wobec młodego człowieka oczekiwań, po to, by w końcu je wszystkie przerosnąć o całe lata świetlne. Morał wynikający z książki i życia Alberta Einsteina przyda się szczególnie współczesnym uczniom polskich podstawówek, od pierwszej klasy uczestniczącym w rozmaitych konkursach i punktacjach podwyższających oceny, a rzadko związanych z rzeczywistymi fascynacjami naukowymi i umiejętnościami.

Bożena Itoya

Jennifer Berne, Einstein na wiązce światła, ilustrował Vladimir Radunsky, tłumaczenie Katarzyna Radziwiłł, Wydawnictwo Muchomor, Warszawa 2019.

Kosmiczne święta

 Książki-kalendarze adwentowe wydawnictwa Zakamarki ukazują się co roku i mają w Polsce spore grono fanów. Te smakołyki pochodzą ze Szwecji, a składają się z 24 do 25 krótkich rozdziałów tworzących około świąteczną opowieść. Na każdy dzień adwentu przypada fragment historii i to właściwie koniec religijnych konotacji, bo treść znanych nam książek z tego cyklu można śmiało określić jako świecką, ewentualnie związaną z wiarą w istoty fantastyczne czy pozaziemskie. Piątą z siedmiu dotychczasowych odsłon serii zatytułowano bowiem "Kosmiczne święta" i właśnie pewien przybysz z daleka jest bohaterem stworzonym przez Ingelin Angerborn (tekst) oraz Pera Gustavssona (ilustracje). Grudniowe zwyczaje, w których uczestniczymy wraz Rutką, Samirem, Kosmą i innymi postaciami, częściowo będą dla polskich dzieci równie egzotyczne, co dla ufoludka. Bo też gdyby rozpatrywać bożonarodzeniowe atrybuty i obyczaje pokazywane w książce, to z polskimi zgadzają się choinka, niektóre ozdoby na niej, fakt wręczania prezentów i wysyłania kartek świątecznych, choć to ostatnie nie jest już w Polsce zbyt powszechne, zwłaszcza w najmłodszym pokoleniu. Podobnie śnieg spowijający szwedzkie święta dla nas kojarzy się już bardziej z obrazkiem w książce niż z rzeczywistością. W każdym razie niektóre elementy wystroju i wyposażenia szwedzkiego domu (chodaki!) czy ichniejsze obchody adwentu dla naszych dzieci nie będą nic oznaczać, mogą również zdziwić się zakończeniem historii świątecznej przed Świętami, bo też tu kulminacją okazuje się Wigilia, która w Polsce nie jest nawet dniem wolnym od pracy. W całej książce nie pada zresztą nazwa "Boże Narodzenie".

Początkowa scena rozgrywa się w mieszkaniu Rutki, która przygotowuje z rodzicami adwentową gwiazdę i świecę, ale nikt nie może znaleźć potrzebnych nożyc i młotka. W kolejnym rozdzialiku ginie nóż, i choć nikt nie czyni dziewczynce poważnych wyrzutów, to jednak na nią spływają podejrzenia o zapodziewanie domowych niezbędników. Tymczasem Rutka wystosowuje listę życzeń do Świętego Mikołaja: przyjaciel, prawdziwy pies, pies z wystawy w sklepie metalowym. Dużo tu tego żelastwa, prawda? A jeszcze drugą adwentową etiudę zamyka nadgryziona kłódka.

Znikają kolejne przedmioty, a zamiast nich pojawiają się małe tajemnice: głos z ciemności mówiący po cichutku "stare kalesony", spadające z parapetu doniczki (jeden kwiatek nadgryziony), a w końcu "jakaś niebieska postać" zaklinająca się po wielokroć na wspominane już stare kalesony. Po chwili okaże się, że rzeczywiście jest to zaklęcie ‒ na niewidzialność. Wypowiada je Kosma (to skrót), chłopiec z planety Koncypiusz (nie wiadomo, jak daleko), w którego języku (koncypiańskim) "Rutka" znaczy "przyjaciel".

Znajomość rozwija się i kwitnie, Kosma koncypuje, bo tym zajmują się Koncypianie nawet zamiast snu, jak wrócić do domu. Młodzież z różnych planet razem spaceruje, chodzi do szkoły, opowiada sobie o rodzimych tradycjach, występuje w czymś w rodzaju jasełek, bawi się, wspiera i buduje statek. Jednocześnie Rutka trochę wzdycha do Samira, który zostaje wtajemniczony w pobyt i chęć odlotu Kosmy. Czuć, że Gwiazdka coraz bliżej, na dodatek dzieci udają się do obserwatorium astronomicznego i znajdują tę wymarzoną ‒ Koncypiusza.

Finał historii będzie miły i ciekawy, ale warto przyjrzeć się pewnym elementom jej rozwinięcia. W międzyczasie pojawiają się bowiem przynajmniej dwa istotne problemy, poważniejsze niż wizyta kosmity i trudniejsze do oswojenia. Pierwszym jest klasowy złośliwiec Anton. Czytelnicy doświadczą dobrego sposobu na poskramianie podobnych antypatii. Drugi to niepełnosprawność Samira, nad którą nikt się w "Kosmicznych świętach" nie rozwodzi, po prostu zauważamy wózek inwalidzki na ilustracjach. Nie komentuje się też ciemniejszego koloru skóry chłopca i jego dość egzotycznego imienia, dzięki czemu dziecko czytające i oglądające książkę odkrywa, że czasem tak jest, żyjemy wśród ludzi takich i owakich, zaś wybałuszanie oczu, pokazywanie palcem oraz żądanie wyjaśnień na temat każdego nietypowego aspektu jestestwa innych osób wcale nie należy do zachowań normalnych w skandynawskiej literaturze dziecięcej i rzeczywistości. To właśnie chyba najbardziej wartościowa nauka płynąca z "Kosmicznych świąt".

Bożena Itoya

Ingelin Angerborn, Kosmiczne święta, ilustrował Per Gustavsson, przełożyła ze szwedzkiego Marta Wallin, Wydawnictwo Zakamarki, Poznań 2018.

Opowieść starego drzewa. Darwin – opowieść o naszej wielkiej rodzinie

 

Od dobrych kilku lat nie zaglądałam do serii "Czytam sobie", na której składanie literek trenował dawno temu mój nastoletni dziś syn. Gdy nie patrzyłam, zmieniła się nazwa wydawnictwa (z Egmont Polska na HarperKids/HarperCollins Polska), poszerzył zakres trzeciego poziomu nauki czytania, bo w moje ręce trafiła jedna pozycja z podtytułem "fakty" i jedna oznaczona jako "eko", a także rozkwitł artystyczny wymiar pozornie bardzo użytkowych i metodycznych publikacji. Jak widać, lepiej ani na chwilę nie tracić z oczu książeczek, w których "wybitni polscy autorzy i ilustratorzy" prezentują "świetne, wciągające historie". Tym razem Ewa Winnicka przytoczyła "Opowieść starego drzewa" z ilustracjami Agaty Królak, a Dorota Wojciechowska-Danek narysowała Mikołajowi Golachowskiemu "Darwina. Opowieść o naszej wielkiej rodzinie".

Ewa Winnicka w "Opowieści starego drzewa" powierzyła funkcję narratora Hetmanowi, wiekowemu dębowi z warszawskiego Powsina. Gadające drzewo nie stanowi w polskiej literaturze dla dzieci szczególnego novum, ale to jest wyjątkowe, bo mimo swojej pomnikowości i charakterystycznej dla dziadziusiów skłonności do historycznych podsumowań, zachowało lekkość humoru i giętkość języka, jakich brakuje często poważnym i poważanym pisarzom, to znaczy drzewostanom. W końcu Hetman ma dopiero nieco ponad 260 lat. A Ewa Winnicka specjalizuje się w pisaniu o społeczeństwie pozostającym w bezustannym ruchu, może stąd i jej język jest tak żywy.

Losy drzewa poznajemy od kiełkującego żołędzia do szacownego statusu pomnika przyrody, który przyznano naszemu bohaterowi, gdy skończył (przypuszczalnie) 250 lat. Najciekawsza i najbardziej wciągająca jest w tej opowieści możliwość złożenia wizyty Hetmanowi, tak zacnemu świadkowi historii ludzkiej i naturalnej. Dla środowiska przyrodniczego co prawda ćwierć wieku to błahostka, ale już w skali przyrody miejskiej 250 lat znaczy bardzo wiele. Nawet większość gatunków ptaków, tłumnie towarzyszących nam na co dzień w stolicy, wprowadziła się tu za życia mojego, ewentualnie mojej mamy, kilka z nich pewnie między narodzinami a czternastymi urodzinami mojego syna. A taki dąb widział przecież, jak powstawały wsie i miasto, jak ludzie przetrzebili florę i faunę, by potem ją częściowo wskrzeszać lub łaskawie przyjąć jej samoczynną odbudowę czy rozwój całkiem nowej przyrody. Hetman wspomina o jaśniejszych i ciemniejszych chwilach, opowiada o swojej okolicy, zahaczając o wielką polską historię. Głównym bohaterem tej książki jest jednak, poza samym dębem, trwanie. Dzięki autorce dzieci mogą odczuć ten ogrom, bezmiar przyrody, jej królewskie panowanie nad czasem, naszą małość ("Przyjeżdżajcie do mnie, poznamy się, a ja opowiem o was waszym wnukom"). Nie są to jednak rozmyślania przygniatające, tylko pełne dziecięcego zachwytu, podkręcanego też przez umowne, czarno-biało-hipnotyzujące ilustracje Agaty Królak.

Dorota Wojciechowska-Danek przygotowała piękną okładkę "Darwina. Opowieści o naszej wielkiej rodzinie" Mikołaja Golachowskiego, z której przebija spojenie człowieka z naturą, bo tytułowa postać dzięki zbliżonym kolorom i kresce stapia się z roślinnością i zwierzętami. Dalej zabaw barwami będzie mniej, bo tradycyjnie w serii "Czytam sobie" obrazki są czarno- lub szaro-białe (jak w tym wypadku), z wyjątkiem ślicznych nalepek na końcu publikacji – co za geniusz je wymyślił! Ilustratorka zręcznie prowadzi nas przez kolejne etapy opowieści i jej dwie płaszczyzny: w pierwszej autor, nawet trochę podobny do Karola Darwina, rozmawia z córką, a w drugiej dzieje się temat tej rozmowy, czyli życie tytułowego naukowca. Właściwie ramy teraźniejszości cały czas są zachowane, Mikołaj Golachowski trzyma się formy opowieści w opowieści. Wstawki o domowych pupilach i rodzinne pogwarki zapewniają lekkość lektury i jej przyjemny charakter. Mimo wszystko życie badacza natury to raczej temat przyziemny, przeznaczony dla młodych ludzi twardo stojących na ziemi i przejawiających zainteresowanie naukami przyrodniczymi, bo autor nie stroni nawet od dość skomplikowanych terminów i nazw własnych w językach obcych, oczywiście objaśnionych w słowniczku na końcu książki. Przeciwwagą dla konkretnych danych biograficznych i badawczych są obrazki, na czele z tym niemal ruchomym, przedstawiającym rejs statku częściowo zakrytego gigantycznymi falami morskimi, ściganymi przez dwa jakby wynikające z nich ptaki. Przy tej ilustracji i odpłynęłam, i odleciałam. Wracając do tekstu, jego olbrzymia moc i wartość informacyjna świadczą o niezwykłym talencie Mikołaja Golachowskiego do przekazywania wiedzy nawet najmłodszym wielbicielom zwierzęcych ogonków, kuperków, dziobów i nochali, a tkwią w najdrobniejszych szczegółach, jak zwięzły wykład o najrozwleklejszej w czasie pomyłce ever: "Indianach".

Historyjki o rodzinie, pochodzeniu i ciągłości nastrajają refleksyjnie. Mnie zastanowiła natura rodzinnego czytania, kontynuowanie zwyczaju chwytania po "Czytam sobie" przez kolejne bliskie mi dzieci. Kto wie, może jako dorośli będą podsuwać te małe lektury z naklejkowymi odznakami następnym pokoleniom i mówić, że wszyscy wywodzimy się z tej książkowej rodziny?

Bożena Itoya

Ewa Winnicka, Opowieść starego drzewa, zilustrowała Agata Królak, Czytam sobie – poziom 3 – Eko, HarperKids/HarperCollins Polska, Warszawa 2020.

Mikołaj Golachowski, Darwin. Opowieść o naszej wielkiej rodzinie, zilustrowała Dorota Wojciechowska-Danek, Czytam sobie – poziom 3 – Fakty, HarperKids/HarperCollins Polska, Warszawa 2020.


Pomóż mi przetrwać: jeż europejski Eliasz i pingwin cesarski Elwira

 Seria książek "Pomóż mi przetrwać", napisanych przez Ewę Nowak, a zilustrowanych przez Annę Łazowską, przyciągnęła mnie chwytliwym, uświadamiającym i angażującym ekologicznie hasłem. To bardzo dobry pomysł, by już na okładce i wyklejce informować młodego czytelnika, że ma wpływ na świat i że jest mu potrzebny. Wstęp i treść publikacji pokazują natomiast, że ochrona zwierząt polega nie tylko na działaniu, ale też czasem na wstrzymaniu się od niego, po prostu na pozostawieniu w spokoju futrzastych, pierzastych czy iglastych słodziaków. No właśnie, w ujęciu Ewy Nowak i Anny Łazowskiej zwierzęta są trochę bliższe maskotkom i kreskówkom niż prawdziwi, nieoswojeni mieszkańcy lasów, wód lub "śnieżnych pustyń". I choć zazwyczaj krytykuję takie podejście do nauczania przyrody, to w tym wypadku wydaje się ono zrozumiałe i potrzebne.

Odbiorcą "Pomóż mi przetrwać" są kilkuletnie dzieci, które, by wczuć się w opowieść przyrodniczą, potrzebują choćby niewielkiego pierwiastka bajkowości. Dlatego pingwin cesarski nosi polskie imię (Elwirka), ma "tatusia", czasem wypowiada jakieś kwestie, a jeż europejski zwie się Eliasz, uśmiecha się, a jego mama martwi ("uśmiech w dół"). Jednocześnie przytulaśny jeż pokazany jest w trakcie spożywania gąsienicy, Elwirka natomiast przyjmuje (na obrazku i w tekście) rozdrobniony i przetrawiony pokarm podawany z dzioba i gardła mamy. Realia, nawet te zupełnie niebajkowe, zostały zatem zachowane.

Mama pochyla głowę, z czułością patrząc na swoją prześliczną córeczkę. Otwiera dziób, z wola wyciska rozdrobnione i przetrawione ryby i kryl. Jakie pyszne! Elwirka raz po raz wkłada dziób głęboko w gardziel mamy. Na takim jedzonku będzie rosła szybko i zdrowo.

Książka o pingwinach cesarskich ("Elwirka na śnieżnej pustyni") zaskoczyła mnie rzeczowością, dużą dawką faktów, także liczb, umiejętnie wplecionych w przygody Elwirki. Jej życie pokazane jest właśnie jako przygoda, uporządkowana, dla każdego małego pingwina podobna, bo odbywająca się według rytmu wyznaczonego przez naturę i instynkt. Bezpieczeństwo i przewidywalność zostają zaburzone działaniami człowieka: pingwiny mogą wypaść z cyklu omówionego w książce wpadając w pułapkę zastawioną przez ludzkość: lodową szczelinę, powstałą z powodu globalnego ocieplenia, a zabójczą dla piskląt.




W historyjce "Porwanie jeża Eliasza" Ewa Nowak rozprawia się z kilkoma mitami dotyczącymi naszych wyobrażeń o żyjących w pobliżu człowieka, ale jednak dzikich zwierzętach, zwłaszcza jeżu europejskim. Szczęśliwie minęły już czasy przygniatania jeży wielkimi jabłkami na ilustracjach, taki obrazek nie pojawia się oczywiście wśród portretów lasu i Eliasza przygotowanych przez Annę Łazowską, choć wspominana go autorka. Najmocniejszym przekazem książki jest szkodliwość dobrych chęci ludzkich, którymi wybrukowane jest piekło dzikich zwierząt. Zdarzenie wspomniane w tytule to właśnie taka "pomoc" udzielona malutkiemu jeżowi przez chłopca. Piotrek, pouczony przez rodziców, odnosi co prawda oseska na miejsce, z którego go wziął, ale matka już nie wraca po Eliasza. Jeden dziecięcy gest, wykonany tak z dobrego serca, jak i z głębokiej niewiedzy, wpływa na całe życie zwierzęcia.

Akcja przenosi się z przydomowego ogrodu do azylu, gdzie Eliaszowi trzeba szukać przybranej mamy, zupełnie odmiennego gatunku. Przy okazji spotykamy innych wychowanków tego schroniska, również uznanych przez ludzi za "sierotki" i ledwie odratowanych. Kolejna ważna nauka płynąca z tej niewielkiej, ładnej książeczki to unikanie oswajania dzikich zwierząt, choćby były nie wiadomo jak malutkie i kochaniutkie. Nie taki obraz współżycia z dzikimi maluchami przebija z klasycznej literatury czy filmów dla dzieci, tym bardziej więc warto docenić bezpośredniość autorki, jej zdecydowanie i bezwzględność oceny. Zwierzęta nie istnieją ku naszej uciesze, mam nadzieję, że wiele dzieci zrozumie to już na etapie pierwszych prób samodzielnego czytania, którym bardzo sprzyja seria "Pomóż mi przetrwać".

Obie książki zostały wydane solidnie, w twardych oprawach, z wyraźną czcionką i interlinią wspomagającymi naukę czytania. Uwagę zwracają duże, urzekające, stonowane ilustracje. Na końcu publikacji znajdują się ciekawostki na temat gatunku będącego bohaterem danej opowiastki oraz słowniczek objaśniający wybrane słowa. Ta część bardzo mnie zdziwiła, ponieważ niektóre uwzględnione czasowniki wydają się nie wymagać tłumaczenia naturalnemu użytkownikowi języka polskiego, nawet jeśli ma on tylko kilka lat. Podobne oczywistości przydadzą się za to na pewno w nauce polszczyzny jako języka obcego.

Bożena Itoya

Ewa Nowak, Porwanie jeża Eliasza, zilustrowała Anna Łazowska, Harperkids, Warszawa 2020.

Ewa Nowak, Elwirka na śnieżnej pustyni, zilustrowała Anna Łazowska, Harperkids, Warszawa 2020.


Albercie, ty złodzieju!

Tytuł tej książki i pewne jej fragmenty mogą być dla niektórych dorosłych bardziej szokujące od publikacji poświęconych kwestiom wciąż w Polsce kontrowersyjnym, a przynajmniej niezbyt modnym, jako tematy literatury dla dzieci: seksowi, przemocy, dyskryminacji ze względu na płeć, sytuowanie czy kolor skóry. Tutaj bowiem mały chłopiec, przedszkolak czy może młodszy uczeń, żyjący w zwyczajnej, ciepłej europejskiej codzienności zderza się z oskarżeniami, zachowaniami i wyzwiskami bardzo realnymi, dosadnymi i osaczającymi, a piekło to ściągają nań rówieśnicy, inne słodkie, niewinne "bombelki". Tymczasem czytający maluchom rodzice i dziadkowie często wolą odpływać w świat pouczających i pocieszających opowiastek, stąd te dramy oraz niepokojący stan, w jaki wpada Albert, mogą być, w mniemaniu bajkowo troskliwych opiekunów, przerażające. Tylko że właśnie takie jest dzieciństwo, z głębią każdej emocji, przeżywaniem małych upadków i chwilowych wykluczeń, jakby to był koniec wszystkiego, ostateczny upadek. Obcowanie ze świetną książką, jaką jest "Albercie, ty złodzieju!" Gunilli Bergström, pozornie nie sprawi dziecku przyjemności wywoływanej przez gładkie lektury w stylu adaptacji znanych filmów animowanych, ale za jakiś czas zaowocuje: pewną odpornością na stresujące relacje między rówieśnikami, umiejętnościami społecznymi, radzeniem sobie w sytuacjach, w których nie uczestniczą dorośli. A tych powinno być jak najwięcej, jak najwcześniej.

Historia wydaje się w zasadzie prosta, ale dla wielu dzieci może okazać się kluczowa, może nawet w dorosłym życiu, jeśli nie zostanie wyjaśniona i przerodzi się w traumę. Albert i inne dzieci z podwórka mają w pobliżu blokowiska swój domek na drzewie, zamykany na kłódkę, by nie został zaanektowany przez inne drużyny małych blokersów. Pewnego dnia nie mogą znaleźć klucza do kłódki, zwyczajowo chowanego w bezpiecznej skrytce. O zabranie fantu oskarżony zostaje Albert, choć uzasadnienie tego, czemu miałby zachować klucz dla siebie, wydaje się mało logiczne. Przezywany, odsunięty od grupy, po wielokroć wraca w okolice domku i przeszukuje je, by udowodnić swoją niewinność. Sytuacja rozwiązuje się na korzyść chłopca, ale zachowanie towarzystwa odbiega od sztampowych zakończeń książek dla dzieci, oczyszczenie nie jest pełne, end nie do końca happy. Białym ludzikom z ilustracji autorki daleko do aniołków jak nam wszystkim.

Jeśli uważacie, że warto jak najwcześniej podać dziecku szczepionkę na nadwrażliwość, na którą zapadają zwłaszcza nastolatki, zadbać o dodatkowe źródło samodzielności (bo podstawowe powinno wypływać z wychowania w rodzinie), to ta odsłona serii o Albercie Albertsonie na pewno wyda się wam potrzebna i wartościowa. "Albercie, ty złodzieju!" jest książką nieoczywistą, nieproponującą spodziewanych scenariuszy (bajko)terapeutycznych, pozbawioną scenek z przepraszaniem i wybaczaniem, które często odgrywane są tylko w wyobraźni dorosłych lub przed nimi przez dzieci, które potem i tak robią co chcą, niekoniecznie uznając konflikt za rozwiązany.

Ilustracje są wymownie kontrastowe i kolażowe, dokładnie odzwierciedlają szczęście zestawione z koszmarami, kartonowe osiedla obok zielonych ostoi, tych małych dziecięcych azyli, a bajkowe rysunki z fotograficzną dosłownością. Ich forma i przekaz przemawiają do mnie dużo bardziej niż we wcześniejszych książkach o Albercie, a może po prostu teraz, kiedy moje dziecko przeżyło już na różne sposoby to, o czym rysuje i pisze Gunilla Bergström, więcej rozumiem z jej artystycznej wizji.

Bożena Itoya

Gunilla Bergström, Albercie, ty złodzieju!, przełożyła ze szwedzkiego Katarzyna Skalska, Wydawnictwo Zakamarki, Poznań 2019.

piątek, 30 października 2020

Truchlin, czyli czeskie zaciemnienie

  Zacznijmy od początku. Jest koniec marca 2020 roku, pandemia, wszyscy boją się lub dołują, a wydawnictwo Afera zapowiada książkę dla tych, którzy już trochę nie są dziećmi, ale przecież tak całkiem jeszcze nie dorośli. Coś optymistycznego, powiecie? Czesi to śmiesznostki, więc na pewno ukaże się coś hurra optymistycznego na ciężkie czasy. Tymczasem zaprezentowana zostaje zaskakująca okładka: odcienie czerni i mroku, ciemnozielony napis z nazwiskiem autora... Cóż, zestawienie kolorów niezbyt popularne w polskiej literaturze młodzieżowej, ale książka czeska nie musi przejmować się naszą modą. Czeka was czeskie zaciemnienie.

Na pierwszej stronie "Truchlina" znalazłam najbardziej melancholijną z jesiennych fraz i już wiedziałam, że ta książka mnie "kupiła", cała należę do niej, ze wszystkimi moimi praskimi wspomnieniami i tęsknotami.

Był koniec października. W Pradze słońce jeszcze przyjemnie grzało, ale już z mniejszą siłą, jakby zmęczone.

Już od tej pierwszej strony akcja narasta, przyspiesza i mrocznieje, jak w operowej arii. Czujemy tajemnicę i jakąś tragedię, ale jaką? Jestem pewna, że młodzi czytelnicy dadzą się wciągnąć w lekturę tak, jak ja, samym kombinowaniem, czy to thriller, powieść fantastyczna, coś o wynalazkach, historii, a może zwyczajnie literatura obyczajowa o przyjaźni z dziadkiem? Ale nie, zwyczajnie na pewno nie będzie.

O dzielnicy zwanej Truchlin krążyło sporo opowieści, nie wszystkie prawdziwe. Fakt był jeden: na Truchlinie nie działała elektryczność. Nie świeciły latarnie, nie jeździły tramwaje, radio nie grało, a zegarek na baterie zatrzymywał się, kiedy tylko człowiek się tam znalazł. Dlaczego? Nikt nie miał pojęcia. Kiedy Jirka był mały, prezydent Pragi zaprosił naukowców i specjalistów z uniwersytetów na całym świecie, żeby rozgryźli tę zagadkę. Ważni panowie mierzyli, liczyli, badali i łamali sobie głowy, pisali artykuły do fachowych czasopism i organizowali w Pradze konferencje. Nic jednak nie wymyślili. Truchlin był dzielnicą jak każda inna i elektryczność powinna w nim działać, tyle że nie działała. To nie znaczy, że nic tam nie działało, czy coś. Dało się na Truchlinie żyć, mieszkało tu całkiem sporo ludzi. Gdy przychodziła burza, nad Truchlinem błyskało się najmocniej. Zupełnie jakby przyciągał burzowe chmury. A latarka na granicy Truchlina zawsze przestawała działać. Krok wstecz – i znowu świeciła. Krok do przodu – mrugała i gasła.

Bohater wydaje się co prawda typowym nastolatkiem, który dziadka odwiedza (niczym Czerwony Kapturek babcię ‒ z wiktuałami i krocząc niebezpieczną ścieżką) na żądanie rodziców, nie zna go za dobrze i uważa za byt tak samo szary i przebrzmiały, jak praska dzielnica, w której zamieszkuje starszy pan, czyli tytułowy Truchlin. Wizyta-niespodzianka okazuje się pewnym problemem dla gospodarza, jego wnuk poznaje tajemniczego gościa i domyśla się, że dziadek prowadzi dziwne biznesy, ale właściwie zostaje wypchnięty za drzwi, zresztą razem z rosłym mężczyzną, którego zastał w norce staruszka. Z tym przypadkowym przewodnikiem przemierza ciemne uliczki Truchlina, a pośpieszny spacer zmienia się nagle w ucieczkę przed nieznaną groźbą, uosabianą przez dwóch typów o posturach bandziorów. Jirka (nie, to nie jest imię damskie, tylko zdrobnienie od czeskiej wersji "Jerzego") wydostaje się z Truchlina, gubiąc tam część swojego dzieciństwa, a zyskując jakiś nowy, nienazwany cień. Trafia do świetlistej części Pragi, ale to tylko pozór, bo i w tym znanym, niby bezpiecznym świecie dochodzi do katastrofy.

Truchlin się powiększył – powiedział z przejęciem. – Dwanaście tysięcy ludzi zostało bez prądu, nie jeżdżą tramwaje, trochę aut się rozbiło, bo przestały im działać hamulce, a teraz nie mogą ruszyć. Wysiadły dwa przekaźniki sieci komórkowej, do tego ponad dwadzieścia tysięcy ludzi nie ma wody.

Przecież dopiero zaczęła się jesień – zdziwił się Jirka. Każdy wiedział, że granice Truchlina się przesuwają i że ma to związek z pogodą. W ciepłe letnie dni Truchlin się zmniejszał, jakby się kurczył na słońcu. Z kolei kiedy przychodził mróz albo nastawały długie ulewne deszcze, rozciągał się i wchłaniał kolejne domy i ulice. Ale różnica miedzy Truchlinem latem a Truchlinem zimą wynosiła jakieś dwadzieścia, może dwadzieścia pięć metrów, a ludzie żyjący w tej strefie granicznej byli na to dobrze przygotowani.

Najgorzej jest na Vinohradach i wokół placu Karola. Truchlin rozciągnął się też z drugiej strony, ale nie aż tak bardzo – dodała En i podała Jirce kubek z herbatą. – Wybuchła panika, ludzie się boją, a w dodatku na miejscu praktycznie nie mają dostępu do informacji, bo nic nie działa.

Sprawy ciemnej dzielnicy i jej wpływu na resztę miasta Jirka bada z dwójką przyjaciół: En, właściwie Anastazją, i Tondą (a to znowu imię męskie). Ich ciekawość wkrótce zmienia się w misję. Ratują świat, ale też rozmyślają o granicach przyjaźni i trzymaniu się za rękę.

Mimo motywów pozornie typowych także dla polskiej literatury młodzieżowej, podkreślam, że ta książka odstaje od naszego wyobrażenia o tym, jak opowiadać nastolatkom o ich życiu. Po pierwsze, rodzice Jirki wyjechali na urlop do Włoch, więc trzynastolatek został sam, z kluczami, gotowaniem, wszystkimi strachami i potencjalnymi wypadkami, które przetaczają się w głowach polskich mam, tatów i dziadków. I nikt się temu nie dziwi, nie zgłasza rodziny do opieki społecznej. Autor nie cacka się też z rówieśnikami Jirki i Any (czternastoletniej) czytającymi ich przygody. Tu naprawdę trup ściele się (dość) gęsto, złoczyńcy są agresywni i brutalni, także wobec dzieci, zdrady i kłamstwa najprawdziwsze, doskwierające i bolesne. A najwyższej próby "twisty" jeszcze bardziej zbliżają "Truchlin" do kryminałów i thrillerów dla dorosłych. Równocześnie zachowania, emocje i relacje nastolatków są bardzo realistyczne, czuć, że autor zna swój target.

Nie, babciu, dziś nie ma lekcji. Albo może są, ale nie dla nas – powiedziała En i przez zaciśnięte zęby dodała: – My z Jirką idziemy na Truchlin.

Na Truchlin? – zdziwiła się babcia. – No nie wiem, to chyba nie jest dobry pomysł... Nie powinniście tam chodzić... zamiast do szkoły... A już na pewno nie sami. Na Truchlinie żyją dziwni ludzie, niebezpieczni... Są tam też szarzy ludzie.

Szarzy? – Jirka połknął ostatni kęs chleba. Szarzy? Chyba się przesłyszał.

Przecież mówię. – Babcia pokiwała głową. – Szarzy ludzie z myśleniem na opak.

Jak to: na opak?

No, po prostu myślą na opak... A może raczej: na lewą stronę... – Babcia, zadumana potrząsała głową.

Esencją powieści jest jej scenografia: upiorna dzielnica, niewidzialną barierą odcięta od świata i naszych czasów, pobudzające wyobraźnię wycieczki sekretną trasą, takie nadziemne podchody prowadzące przez kładki i mostki linowe zawieszone między dachami. To coś dla fanów Złotej Uliczki, klimatu magicznego miasta, tu spotęgowanego po wielokroć. Znajdziecie w "Truchlinie" dużo (al)chemii, która połączyła z Pragą tysiące, miliony turystów (w tym mnie), bo też fikcyjne wątki przeplatają się z prawdziwymi marszrutami i obiektami z przewodników. W Pragę wgryza się biznesowo-alchemiczny spisek, który ma służyć przejęciu władzy nad światem i jego chyba wszystkimi pieniędzmi.

Wśród wielu ciekawych scen i wątków wyróżnia się między innymi śmieszno-gorzka wizja biblioteki, w której bywa tylko stara bibliotekarka, po przypadkowych odwiedzających spodziewająca się, że przyszli ukraść metalowe części na złom. Cóż, może taka apokalipsa kultury nas czeka: koniec, który nastąpi wraz z odejściem ostatniego strażnika nieużywanych woluminów i rozkradzeniem elementów biblioteki. A nad miastem zapanuje przyroda, co nawet zaczęło się dziać podczas lockdownu w naszej bieżącej pandemii.

Z łatwością pokonali metalowy płot oddzielający ulicę od najbliższego ogrodu i zanurzyli się w cieniu drzew. W zaroślach, które pochłonęły ogród lata temu, znaleźli wydeptane ścieżki.

Może żyją tu dzikie zwierzęta – zastanawiał się Jirka. – Sarny, dziki, może nawet lisy... W samym środku Pragi, kilkaset metrów w linii prostej od placu Wacława.

Truchlin można rozumieć jako metaforę, symbol sprzeciwu wobec globalizacji, technologizacji, "kameleonizacji" społeczeństwa, to jest dążenia do stałej zmiany stylu, barwy, charakteru, modelu. Tu wszystko opiera się oczekiwaniom nowoczesności: zarówno miejsca, rzeczy, jak i ludzie. Truchlina nie obchodzi, jak jest postrzegany, nasza krytyka po nim spływa, jakby został obdarzony jakimś gigantycznym kloszem, pod którym sobie trwa, wyciszony, wyszarzony, ujednolicony, miejski mikroorganizm stroniący od mozaikowej różnorodności i pstrokacizny współczesnych metropolii.

Wracając do początkowych rozważań nad gatunkiem, towarzyszą one również dalszej lekturze powieści. Po mocnym akcencie kryminalnym czujemy powiew apokalipsy, a postapo to przecież jeden z ulubionych przez młodzież i młodych dorosłych typów literatury rozrywkowej. Blackout w atmosferze grozy i nieznanego napięcia, coś z Kafki, Čapka, dużo z "Golema" Meyrinka ‒ oto Praga Vojtěcha Matocha. Do tego dochodzą szaro-czarno-białe ilustracje wykonane przez współczesnego komiksiarza czeskiego, Karla Osohę, niewątpliwie ważne dla budowy klimatu książki. Bardzo zresztą sugestywnego ‒ prawdopodobnie właśnie taką czeskość zapamiętacie już na zawsze, i słusznie, bo jest zgodna z rdzeniem literatury i całej kultury Czechów.

"Truchlin" czyta się dobrze między innymi ze względu na lekki język, i to nie tyle autora, co tłumaczki Anny Radwan-Żbikowskiej. Przekład ze współczesnej czeszczyzny na polski zawsze będzie zadaniem trudnym, wręcz karkołomnym, bo jest to język rozdwojony na wersję literacką i potoczną, używaną właściwie wszędzie, również w literaturze, a różniącą się od oficjalnej czeszczyzny niemal na każdej płaszczyźnie (choćby słownictwa i końcówek). W polszczyźnie nie ma takich podziałów. Na wertepy translatorskie związane z językiem nazywanym "obecná čeština" nakłada się jeszcze język młodzieżowy, ze swoim stylem mówienia, myślenia (narrator wszechwiedzący "myśląc bohaterem" dorzuca czasem jakąś "cholerę" i zachowuje dynamikę stylu potocznego), a nawet pisania, bo przecież naturalnym sposobem komunikacji jest współcześnie, nomen omen, komunikator.

"Truchlin" zachwycił mnie dopracowaniem formy. Wydawca potraktował czytelnika iście po królewsku: mamy tu zwięzłą, ciekawą informację o autorach książki przytoczoną na skrzydełkach solidnej okładki, od każdej strony wyposażonej w ciekawe ilustracje. Treść powieści wchłania się sama, dzięki znakomitemu przekładowi, ale też doborowi czcionki, a nawet papieru. Wszystko to jest po prostu... ładne. I miłe w obcowaniu. Starsze nastolatki, które mimo pokus świata pozaliterackiego i niskiej popularności hobby, jakim jest czytanie książek, nadal czytają, zasłużyły na poważne traktowanie, tę nagrodę w postaci perełki wydawniczej i literackiej. W "Truchlinie" czuje się profesjonalizm każdej osoby, która przyłożyła rękę do publikacji: autora, ilustratora, tłumaczki, redaktorek, wydawczyni, pań odpowiedzialnych za korektę, okładkę, opracowanie graficzne, adaptację projektu typograficznego i skład (Mimi Wasilewska), a nawet logo "Czeska Bajka" (Anna Wiśniewska). Tu wszystko pasuje, rozbudowany zespół współgra ze sobą jak przystało na najlepszą orkiestrę wydawniczą. Bardzo prosimy o skomponowanie dla nas polskiej edycji drugiego tomu serii!

Bożena Itoya

Vojtěch Matocha, Truchlin, ilustrował Karel Osoha, przełożyła Anna Radwan-Żbikowska, Wydawnictwo Afera, Wrocław 2020.

Chrisa Ferriego wykłady w Uniwersytecie Malucha

 W wydawnictwie Media Rodzina ukazał się w tym roku szereg kartonowych książek należących do serii "Uniwersytet Malucha". My trafiliśmy na trzy arcydziełka popularnonaukowe napisane przez Chrisa Ferriego: "Fizykę jądrową dla maluchów", "Technologię kosmiczną dla maluchów" oraz "Osiem małych planet". Ostatnia z publikacji jest wierszem, wyliczanką znakomicie spolszczoną przez Miłosza Urbana, będącego również tłumaczem pozostałych omawianych książek. 

Koncept "Ośmiu małych planet" łączy zabawę słowem, liczeniem, wiedzę i igraszki edytorskie. Układ Słoneczny koncentruje się oczywiście wokół Słońca, i to właśnie ono jest gwiazdą książeczki, jedynym ciałem niebieskim widocznym na każdej karcie. Strony mają bowiem okienka, przez które wyziera właśnie centrum układu planetarnego. Sami tytułowi bohaterowie uszeregowani od najdalszego, do najbliższego Słońcu, dostają na własność zawsze dwie strony. Planety przedstawione zostały jako sympatyczne, uśmiechnięte kuleczki z charakterystycznymi kolorami i atrybutami, jak księżyce, pierścienie czy lawiny meteorytów. Chwytliwym obrazkom Lizzy Doyle, odpowiedzialnej zapewne także za cały pomysł graficzny, w tym wspomniane okienka, nakładające się na siebie jak stopnie z różnokolorowymi, tęczowymi krawędziami, towarzyszą rymowane opisy położenia i najważniejszych cech danej planety. Poszczególnym obiektom poświęcono każdorazowo cztery wersy ujęte w dwóch zwrotkach: pierwsza zawiera nazwę i opis planety, druga informację o odległości od Słońca (ósma, siódma, szósta i tak dalej). Niezależnie od świetnie skondensowanej i ujętej wiedzy przyrodniczej, bardzo podoba mi się zarówno pomysł odliczania od ośmiu do jednego, jak i równoległe umieszczanie obok siebie cyfry i tożsamego jej liczebnika w rodzaju żeńskim: "5" i "piąta (planeta)", "3" i "trzecia". Książka, zasadniczo prosta, okazała się wprost genialna, ucząca na wielu płaszczyznach. "Osiem małych planet" porządkuje świat i bawi, bo jest to publikacja śliczna i zajmująca dla maluchów, co sprawdziłam czytając ją z dwu- i czterolatkiem.

"Fizyka jądrowa" oraz "Technologia kosmiczna dla maluchów" są niewątpliwie przejawem odwagi autora, bo może być trudno przekonać rodziców niebędących specjalistami w tych dziedzinach, że maluch cokolwiek zrozumie z tak kosmicznych ścisłości. Otóż po przeprowadzeniu badań empirycznych zapewniam, że zrozumie. Dziecko w wieku poniżej czterech lat zainteresuje się prostymi, nieprzeładowanymi ilustracjami i "osłucha" z tajemniczymi słowami, brzmiącymi nieco jak magiczne zaklęcia. To już dobra podstawa, takie wstępne otwarcie na świat nauki i późniejsze przyswajanie wiedzy. Czytanie prawdopodobnie okaże się też impulsem do aktywności plastycznej, bo młodsze przedszkolaki, przynajmniej w mojej (humanistycznej!) rodzinie często godzinami tworzą rysunki techniczne według własnych pomysłów. Tutaj mogą znaleźć inspirację w portretach spłaszczających się piłek, atomów, skrzydeł rakiet, w wektorach sił, a także w oszczędnym i wyjątkowo czytelnym użyciu kolorów. Poziom skomplikowania zagadnień fizyki jądrowej i technologii kosmicznej nie nuży młodego odbiorcy, nawet jeśli maluch nie zrozumie wszystkiego, to z procesu lektury wyjdzie z choćby niewielkim, ale ogromnie wartościowym bagażem wiedzy i ciekawości świata. Z takim przedszkolnym plecaczkiem, dobrze wyposażonym na dalszą naukową podróż.

Bożena Itoya

Chris Ferrie, Fizyka jądrowa dla maluchów, przekład: Miłosz Urban, seria wydawnicza: Uniwersytet Malucha, Media Rodzina, Poznań 2020.

Chris Ferrie, Technologia kosmiczna dla maluchów, przekład: Miłosz Urban, seria wydawnicza: Uniwersytet Malucha, Media Rodzina, Poznań 2020.

Chris Ferrie, Osiem małych planet, ilustracje: Lizzy Doyle, przekład: Miłosz Urban, seria wydawnicza: Uniwersytet Malucha, Media Rodzina, Poznań 2020.