cudanakiju.pl

cudanakiju.pl
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marcin Podolec. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marcin Podolec. Pokaż wszystkie posty

środa, 1 kwietnia 2020

Bardzo dzika opowieść. Las złamanych serc


Krótkie gatki, jako element wydawnictwa kultura gniewu, są dla nas kultową i "wiodącą" marką polskiego komiksu. Te albumy były pierwszymi i ulubionymi kolorowymi zeszytami mojego syna, gdy uczył się czytać i wyrastał na starszego konesera dymkowanych opowieści. I na pewno nie tylko moja latorośl rozwijała się dzięki lekturze "Bajki na końcu świata", "Detektywa Misia Zbysia na tropie" czy "Sagi o ryjówce" oraz warsztatom z ich autorami. Naszym ostatnim odkryciem jest komiks łączący świat Bajki z uniwersum walecznych mieszkańców Samojlikowej puszczy: "Las złamanych serc", czyli pierwszy tom serii "Bardzo dzika opowieść", w której jako scenarzysta wystąpił Tomasz Samojlik, autor i rysownik między innymi przygód rzęsorków, ryjówek i ich kumpli, a jako ilustrator – Marcin Podolec, zazwyczaj solista, odpowiedzialny za postapokaliptyczne, niesamowite przypadki Wiktorii i Bajki. Kolory do tego niezwykłego projektu stworzyła Agata Mianowska.
Mapa na wyklejkach skojarzy się wam pewnie z terenem działania Kubusia Puchatka, Krzysia, Sowy Przemądrzałej i całej reszty. Tyle że w "Bardzo dzikiej opowieści" zauważycie też sygnały XXI wieku: samochód mknący ulicą poprowadzoną przez las, leśny parking z okazałym, przepełnionym wręcz śmietnikiem, jakieś wysypisko między drzewami i komin fabryczny w niewielkiej odległości. Witajcie więc w Stumilowym Lesie, na jaki zasłużyliśmy.
Naszymi – ludzkimi – reprezentantami są tu trzy postacie i zaręczam, że nie polubicie żadnej z nich. Dwie pojawiają się na samym początku komiksu i tam też znikają, ale tylko fizycznie, bo cień ich obecności rzuca się na całą historię. Młoda kobieta i mężczyzna w podobnym wieku niby nie wydają się niesympatyczni, ale trochę podejrzani, a to, że twórcy nie serwują nam od razu gotowej oceny, licząc na naszą umiejętność samodzielnego wysnuwania wniosków, dobrze wróży na dalszą lekturę. W każdym razie właśnie ich widzimy i słyszymy jako pierwszych komentatorów szaroburego lasu. Nie wyszedł im jakiś biznes, więc ironicznie rozmyślają nad zatrudnieniem się w fabryce czy elektrowni, jaka ma powstać w lesie, przez który właśnie przejeżdżają.
Trzeci człowiek jest prawdziwym złoczyńcą, knującym podbój i zgładzenie starego, dobrego świata natury. Symbolizuje on to, co w "Bardzo dzikiej opowieści" najbrutalniejsze i najprymitywniejsze, czyli cywilizację. Dzikość zwierząt, przeważnie zresztą wtórna, zestawiona jest tu z przedsiębiorczością współczesnego człowieka, za którą idą interesowność, egoizm, a wreszcie cwaniactwo i brak skrupułów prowadzące do otwartego łamania prawa. Skażenie moralne wiąże się z zanieczyszczeniem środowiska, bowiem las, już zaśmiecony, choć nadal będący rezerwatem rysia, wkrótce ma zostać wykupiony i ponownie sprzedany pod budowę wspomnianej elektrowni. W takich oto okolicznościach poznajemy główną bohaterkę, kotkę Ryśkę, i pozostałych mieszkańców Lasu złamanych serc, a ich poczynania będą już zdecydowanie pocieszniejsze i bardziej bohaterskie od tych ludzkich.
Kot, żółw, papuga, nawet patyczak cierpią na niespełnienie. Same nie wiedzą, kim są, zdają sobie tylko sprawę, jakimi chciał uczynić je człowiek i że w czymś tam mu nie pasowały, więc się ich pozbył. Gromadzą się w Lesie złamanych serc i próbują razem przetrwać, podobnie jak zdążający na zebranie mieszkańcy rezerwatu. Tylko szara, puchata i pewnie rasowa kocica nie chce współpracować, woli iść swoją ścieżką do celu, pachnącego zresztą utopią. Od początku wydaje się nam najmniej świadomą czegokolwiek, łącznie ze sobą, zupełnie nierozgarniętą istotą. Przywary Ryśki wynikają z jej uczłowieczenia: przejmującej samotności, izolacji nieznanej dziko żyjącym gatunkom, i wpatrzenia w świat telewizji, do pewnego stopnia zabawnego, ale chwilami też tragicznego. Oczywiście bardzo dzika opowieść o kotce, która chodziła własną drogą, zmieni się w historię drogi wspólnej, wiążącej przyjaźnie i ukazującej lekkomyślność bohaterki w innym świetle – jako odwagę, lekkość w podejmowaniu decyzji o poświęceniu oraz jako wiarę w możliwość zmieniania ponurej przyszłości.
Charaktery bohaterów kształtują się na naszych oczach, tym łatwiej więc czytelnikowi zaprzyjaźnić się z Ryśką, Hiruni, Rafą ("to znaczy Rafandżelo") i Belką, wręcz pokochać je za prostoduszność i odruchy dobrych serc. Narysowani są ładną, ciekawą kreską i świetnie pokolorowani, ale daleko im do słodyczy zabawkowych zwierzaczków (no, może z wyjątkiem zielonej papużki Hiruni i dzika z nieco nieproporcjonalnym ryjem). Mimo typowej dla kreskówek i bajek antropomorfizacji, zwierzęta Marcina Podolca i Tomka Samojlika pozostają bliskie rzeczywistości, a na pewno stykają się z najprawdziwszymi wyzwaniami współczesnego świata. Te, choć niewątpliwie ważkie i doniosłe, nie zdołają pozbawić twórców i bohaterów "Bardzo dzikiej opowieści" optymizmu oraz dowcipu. Oprócz humoru sytuacyjnego, którego nie brakuje w świetnie napisanych dialogach i znakomicie z nimi zgranych kadrach, mamy tu nawiązania do zwyczajów (czasem obrzydliwych) żywieniowych niektórych bohaterów, i przynajmniej jeden popkulturowy easter egg czytelny dla młodzieży. Stuknięta sowa, rozmawiająca sama ze sobą, i to wcale nie w myślach (choć tak... myśli), między innymi na temat planów przechytrzenia stojących nieopodal członków drużyny, bardzo przypomina pewnego oślizłego Tolkienowskiego bohatera.
A gang Psubratów, zarysowany już na wyklejkowej mapie i w pierwszych rozmowach lokatorów Lasu złamanych serc? Cóż, nie mogę dokładnie opisać tej zgrai, by nie zdradzić intrygi i moich przypuszczeń co do rozwoju akcji w kolejnych tomach serii, ale podzielę się chociaż ogólnym, plastycznym wrażeniem. Psubraty wyglądają bardzo przejmująco, niczym najczarniejszy koszmar Bajki na końcu świata, która przecież funkcjonuje w rzeczywistości po zagładzie. Mogą wzbudzić lęk, choć raczej nie tym, jakie są, lecz jak się takimi stały – przez przymykanie społecznego oka na pewne bardzo powszechne praktyki. Tym samym psubraty powinny bardziej przerażać nas niż inne zwierzęta, demiurgów, a nie mieszkańców Lasu złamanych serc. Mam nadzieję, że młodzi, inteligentni czytelnicy poczują się w pewnym stopniu współodpowiedzialni za istnienie i ciągłe powstawanie nowych żebraczych gangsterów, tę już się dziejącą apokalipsę. Wiem, że to możliwe, bo podobne lektury polskich autorów niejednokrotnie uwrażliwiały młodych ludzi, wpływały na ich postawy względem przyrody i zwierząt zamkniętych w schroniskach. Oto poważne skutki lekkich, często lekceważonych przez dorosłych książek dla dzieci. Nie szukajmy ciągle urokliwych, kanonicznych lektur z naszego dzieciństwa z dosadnym morałem, lepiej skoncentrować się właśnie na tych nowoczesnych problemach (których sprawcami są pokolenia nasze i dziadków naszych dzieci), ich odpowiednim dla młodzieży przedstawieniu, tak, by mogła ona sama dokonać diagnozy, podjąć działania profilaktyczne i przygotować dalszą taktykę leczenia złamanego świata.

Bożena Itoya

Bardzo dzika opowieść, 1. Las złamanych serc, scenariusz: Tomasz Samojlik, rysunki: Marcin Podolec, kolory: Agata Mianowska, wyd. krótkie gatki (kultura gniewu), Warszawa 2019.

niedziela, 5 sierpnia 2018

Bajka na końcu świata – Ożywczy deszcz


Książki w naszym domu dzielą się na dwie grupy. Niektóre, zanim zostaną przeczytane (i zrecenzowane), muszą trochę odleżeć, zaczekać na odpowiedni moment, wpasować się w nasz nastrój. Inne nie leżą ani chwili, od razu są łapczywie pochłaniane (i "pochwalane"), to nasze samopoczucie dostosowuje się do nich, a nie odwrotnie. Tak właśnie było z "Ożywczym deszczem", trzecim tomem serii Marcina Podolca "Bajka na końcu świata" – położyłam album gdzieś w środku stosu kilkudziesięciu książek czekających na przeczytanie, spojrzałam w inną stronę, a gdy ponownie się odwróciłam, nie było już ani komiksu, ani mojego syna.
Okładka "Ożywczego deszczu" ma więcej barw i kontrastów od wcześniejszych, za to mniej tu poszarpanego, połamanego świata. Tytułowy deszcz jest kolorowy, jakby za krople służyły rozpuszczone lentilki. Równocześnie autorowi udało się zachować (po)katastroficzną atmosferę, tak że trzecia "Bajka na końcu świata" nawet na pierwszy rzut oka pozostaje nietypową "bajką" komiksową, a wszystkie okładki zestawione ze sobą wypadają znakomicie, kompletnie (choć, na szczęście, to jeszcze nie koniec serii). Każda podsuwa czytelnikowi nieco odmienne wrażenia i ujęcia bohaterek, Wiktorii i Bajki, inne (pół)plenery, kolejne kolory grzbietu i tytułu, niby to żywe, ale równie dobrze mogące się kojarzyć z rozkładem, wypaleniem czy toksycznością. A skąd się wziął na najnowszej okładce ten dinozaur? Bać się go czy przytulić? Jest towarzyszem czy antagonistą Wiktorii? Taki to właśnie niepokojąco-fascynujący cykl – nigdy nie wiemy, co tym razem zgotował nam autor, ale zawsze jesteśmy pewni, że coś dobrego.
"Ożywczy deszcz" podobał nam się najbardziej z dotychczasowych tomów "Bajki na końcu świata". Rzadko chyba bywa, by trzecia część serii nie tylko nie ustępowała wcześniejszym, ale nawet je przeganiała, ale tak właśnie jest w tym przypadku, przynajmniej według nas. Marcin Podolec jest w znakomitej formie i mam nadzieję, że wreszcie wygra któreś "zawody" książkowe, bo w dziedzinie książki dla dzieci w Polsce trofea wciąż zdobywają te same od wielu lat czarne konie. Po nominacji drugiego tomu "Bajki na końcu świata" do zeszłorocznej nagrody PS IBBY i najnowszej informacji o znalezieniu się innego komiksu na prestiżowej liście trzynastu książek nominowanych do brytyjskiej Nagrody Bookera, może właśnie nadeszła pora na "Ożywczy deszcz". Warto stale odświeżać swoje myślenie o literaturze, ilustracji i ogólnie literaturze adresowanej do dzieci, bo sami młodzi czytelnicy bez przerwy je aktualizują. Polski komiks dla dzieci nie jest już przejściową zabawką, mizerną imitacją lektury dla tych, którzy dopiero zaczynają czytać. To pełnoprawna książka, dzielona na kategorie wiekowe i (powoli) gatunkowe, goszcząca obok całkiem poważnej literatury młodzieżowej na półkach wytrawnych czytelników oraz publicznych bibliotek. Specjalizacją Marcina Podolca są graficzne opowiadania postapokaliptyczne dla dzieci i młodzieży w wieku od około ośmiu lat. Odrobinę feminizujące, co tym bardziej potwierdza, że stanowią dystynktywny "znak czasów".
Na "Ożywczy deszcz" składa się pięć krótkich, powiązanych ze sobą fabularnie komiksów: "Bajka i instynkty", "Bajka, opady i odpady", "Bajka i pojedynek gigantów", "Bajka i ślad wielkiej stopy", "Bajka i ożywczy deszcz". Znaleźliśmy w nich trochę dawnych wątków (wróci tajemniczy zmiennokształtny dymek!) i bardzo dużo nowości. Pierwsze opowiadanie postapokaliptyczne pejzaże ma tylko w tle, temat jest zupełnie inny, lekki i uniwersalny. Rozpoczęcie tomu w ten sposób było świetnym pomysłem. Ostatni kadr "Bajki i instynktów" zahacza o początek "Bajki, opadów i odpadów" i podobnie będzie z kolejnymi historyjkami – zawsze zazębiają się na siebie, tworząc segmenty jednej wielkiej opowieści, tej samej od pierwszego tomu ("Ostatni ogród", tom 2.: "Opuszczony dom"). W drugim epizodzie na Bajkę i Wiktorię spadają radioaktywny deszczyk i "duże, duże kłopoty", które przenikają do "Bajki i pojedynku gigantów", przy czym do tytułowych olbrzymów zalicza się wspomniany już wcześniej dinozaur z okładki. "Bajka i ślad wielkiej stopy" przypomina w pewnym stopniu pierwszy fragment tego tomu, bo autor ponownie odwzorował z życia wzięte zachowania oraz relacje (psie i ludzkie). Bohaterki kłócą się, obrażają i godzą, by "wybuchowo" poradzić sobie z kłopotami i szczęśliwie dobrnąć do zwyczajnego zakończenia, tak potrzebnego po wcześniejszych nadzwyczajnych wydarzeniach.
Ilustracje jak zwykle cieszą oko nieprzeciętną, daleką od jaskrawości kolorystyką. Na estetykę opowieści znacząco wpływa tez podział na kadry, ich kompozycja, wszystko jakby zawieszone między opowiadaniem graficznym a filmem animowanym (z którym autor ma stałą, profesjonalną styczność). Portrety Bajki są zabawne i pocieszne, a Wiktoria aż kipi od emocji, które wyraża każdym szczegółem twarzy (te "kreskowe" oczy, zadarty nosek, wystające i jeszcze niekompletne zęby, rumieńce, gniewne zmarszczki, brew na przedostatnim obrazku...) i zaokrąglonej postawy. Dziewczęca bohaterka jak zwykle w komiksach Marcina Podolca jest po prostu dziecięcym bohaterem, żadną komiksową lalą ani księżniczką z książeczki. Dla mojego syna nie miało znaczenia, że w albumie nie pojawia się żaden chłopiec lub mężczyzna, bo płeć fantastycznych (s)tworów trudno zidentyfikować. Życzę naszym dzieciom jak najwięcej książkowych postaci, które są równie "(...) i sprytne, i mądre, i odważne. Niezależne.. Trochę szalone, ale też... subtelne, pełne wdzięku i klasy".
Bożena Itoya

Marcin Podolec, Bajka na końcu świata. 3. Ożywczy deszcz, Krótkie Gatki / Kultura Gniewu, Warszawa 2018.

niedziela, 11 lutego 2018

Bajka na końcu świata. Opuszczony dom


Marcin Podolec po raz drugi zabrał nas na postapokaliptyczny spacer, wyznaczając nowe krańce świata komiksów dla dzieci, i tym razem rzeczywiście uczynił główną bohaterką tytułową Bajkę. W "Opuszczonym domu" bowiem Wiktoria przeżywa pewien wypadek i choruje, odzywa się niewiele, za to do głosu dochodzi pies dziewczynki, czyli właśnie Bajka. O ile pierwszą część "Bajki na końcu świata" można nazwać komiksem drogi, o tyle w drugiej przystajemy, by lepiej poznać obie postacie pierwszoplanowe.
Kontynuacja "Ostatniego ogrodu" jest jedną historią rozbitą na kilka rozdziałów: "Bajka i zawrót głowy", "Bajka i opuszczony dom", "Bajka i koniec świata", "Bajka i ciasteczkowy atak", "Bajka i wspomnienie Wiktorii", "Bajka i nocna straż". Dwa z tych podtytułów ukrywają wcześniejsze losy bohaterek, zaś pozostałe dotyczą wydarzeń rozgrywających się w czasie aktualnym, to jest bliżej nieokreślonej przyszłości po zagładzie, w intrygującej ruderze i jej otoczeniu. Dziewczynka i pies są jedynymi żywymi istotami poruszającymi się w tym ponurym krajobrazie, nie licząc substancji tak nieświeżych, że aż "dostających nóżek", oraz tajemniczych chmurek, których nadzwyczajna obecność i niejasne działanie na Wiktorię chyba jeszcze nie wystarczą, by nazwać je istotami.
"Bajka na końcu świata" jest zaskakującą kombinacją przyjemnej lektury z przytłaczającą atmosferą po zagładzie ludzkości, wypełnioną pustynnym pyłem i duszną ciszą. Młodemu czytelnikowi mogłyby się przypomnieć kłębki zeschłych roślin przelatujące uliczkami opustoszałego miasteczka na Dzikim Zachodzie, gdyby dzisiejsze dzieci oglądały westerny lub czytywały Lucky Luke'a. Z rudobrązowej okolicy oddziela się szkodliwy opar, obłoczek niewiadomego pochodzenia, jak najgorzej wpływający na Wiktorię. Bajka prowadzi dziewczynkę do jednego z na wpół zniszczonych, porzuconych budynków, sama zaś przeżywa różne próby i retrospekcje, będące jądrem fabuły "Opuszczonego domu". Autor zgrabnie odmalował psie wątpliwości i typowości, jak walka przysłowiowej wierności z równie rozkoszną łapczywością, realistycznie przekazał też merdającą radość z powrotu pani do zdrowia. Mimo że gadający i bajkowy, równocześnie jest to pies jak żywy – pewnie tak zachowuje się w rzeczywistości, bo przecież na ostatniej stronie komiksu oglądamy zdjęcie prawdziwej Bajki, suczki zaadoptowanej przez Marcina Podolca. W drugiej części komiksu pojawia się zresztą motyw schroniska, według mnie bardziej przygnębiającego od postapokaliptycznego pustkowia.
Na tle innych podrozdziałów uwagę zwraca ten zatytułowany "Bajka i wspomnienie Wiktorii". Wizja z przeszłości po pierwsze jest wielobarwna, po drugie – wzruszająca swoim dramatyzmem i właściwie nie wiadomo, który z tych aspektów bardziej wstrząsa czytelnikiem, już przywykłym do jednostajności zarówno losów oraz nastrojów Wiktorii, jak i otaczających ją kolorów. Nagle dowiadujemy się, jak wcześniej wyglądał świat, jak przebiegał kataklizm, jak doszło do rozstania Wiktorii z rodzicami. Między kadrami możemy wyczytać (albo raczej wypatrzeć), że wszystko to zaszło niedawno, bo ani dziewczynka nie urosła, ani nie widać, by zmieniło się jej ubranie czy długość włosów.
Mimo że historię popycha do przodu głównie Bajka, obecność jej pani, czy raczej przyjaciółki lub nawet podopiecznej, jest intensywna, ważna i pobudzająca czytelnika do myślenia. Gdyby nie dziewczęce imię, właściwie nie wiedzielibyśmy, czy bohaterem jest chłopiec, czy dziewczynka. Płci bohaterki nie sposób zidentyfikować ani po jej zachowaniu, ani po zabawce czy innych atrybutach, ani po twarzy czy stroju. Co do wyglądu Wiktorii, po raz pierwszy mamy porównanie z innym człowiekiem, bo w retrospektywnych kadrach widzimy jej tatę, zdecydowanie szczuplejszego, weselszego i ogólnie wyglądającego jakoś mniej zaskakująco. Podoba mi się, że ta komiksowa dziewczynka wypada zupełnie inaczej niż wszystkie nietypowo piękne superbohaterki: zwyczajnie i dziecięco. Właśnie dzięki temu jest nieprzeciętna! Części stroju dobrała raczej pod wpływem impulsu czy przypadku, czesała się i decydowała na czapkę chyba wpatrzona w portret Kajka z komiksów Janusza Christy, a wielkie jedynki przedzielone takąż szczerbą wskazują na znany wszystkim rodzicom etap przejściowy uzębienia. Wiktoria nie szczerzy się w filmowych uśmiechach, nie trajkocze o byle czym, nie nosi minispódniczek, jest raczej okrąglutka, pyzata, z uszami na tyle odstającymi, że mieści się za nimi burza niesfornego afro. Znacie inną taką protagonistkę z dymkowanych historyjek? Kto lepiej pokazuje dziewczynkom, że nie muszą być słodkimi laleczkami, ważne, by były sobą? Między innymi ze względu na tak poprowadzoną główną (ludzką) postać, jestem bardzo ciekawa dalszych losów serii Marcina Podolca. Trzecia część "Bajki na końcu świata" będzie nosiła tytuł "Ożywczy deszcz", wydawnictwo zaplanowało premierę na maj 2018 roku. Mam nadzieję, że deszcz nie za bardzo oczyści pylistą, niepewną atmosferę dwóch pierwszych albumów, słodko-gorzkich smakołyków polskiego komiksu dla dzieci.
Bożena Itoya

Marcin Podolec, Bajka na końcu świata: 2. Opuszczony dom, Kultura Gniewu (Krótkie Gatki), Warszawa 2017.

poniedziałek, 18 września 2017

Bajka (i Wiktoria) na końcu świata – Ostatni ogród



W polskim "komiksowie" dla dzieci pojawiło się coś zupełnie nowego: seria "Bajka na końcu świata" Marcina Podolca (wyd. Kultura Gniewu / Krótkie Gatki). Wydanie pierwszego tomu, zatytułowanego "Ostatni ogród", osobiście uważam za jedno z najważniejszych wydarzeń książkowych 2017 roku (uwzględniając i premiery publikacji, i wszelkie festiwale oraz nagrody). Z punktu widzenia rodzica, któremu zależy na tym, by dziecko czytało dobre i ciekawe książki, na rynku dostrzega się raczej pozycje już sprawdzone, niezwiązane z żadnym wydawniczym ryzykiem: wznowienia (polskie i zagraniczne), przedruki bestsellerowych publikacji zagranicznych, kontynuacje popularnych serii, ewentualnie nowe projekty autorów polskich, którzy z sukcesem wydawali już bardzo podobne publikacje. Jako książki rozumiem tu, oczywiście, zarówno beletrystykę, jak książki obrazkowe, komiksy, poezję czy nawet utwory sceniczne, bo w księgarniach można znaleźć i dramaty, i scenariusze filmowe adresowane do młodych czytelników.
Tymczasem komiks "Bajka na końcu świata" zaintrygował mnie już na wstępie, po samych zapowiedziach, dość ponurą scenerią "postapo", rzadko spotykaną w książkach dla dzieci poniżej nastu lat, swoją "dziewczęcością" oraz nazwiskiem autora, dotąd kojarzonego tylko z kolorowymi zeszytami dla dorosłych. Sam pomysł stworzenia takiego albumu wydał mi się świetny i ucieszyłam się, że tematyka współczesnego komiksu dla dzieci (a także ogólnie: książki dla dzieci) jest poszerzana.
Po przeczytaniu "Ostatniego ogrodu" mój entuzjazm nie opadł. Album ma niepowtarzalny klimat, przywołuje jedynie odległe, subtelne skojarzenia z filmem "Wall-E", komiksem "Hilda i Troll", serią książek "Piaskowy Wilk", może z pewną kreskówką Disney'a o Myszce Miki i wietrzyku. Wszystkie te odniesienia są moimi osobistymi spostrzeżeniami i dotyczą tylko wytworów kultury dla dzieci. Kto inny i w szerszym wachlarzu popkultury (zwłaszcza wśród filmów postapokaliptycznych) może odnaleźć zupełnie inne podobieństwa. Młody czytelnik podchodzi do tej lektury "na świeżo", nie szuka nawiązań, tylko rozrywki, i dostaje ją – wraz z odrobiną refleksji.
Bajka nie jest nazwą literackiej czy komiksowej opowiastki, ale imieniem psa. Na okładce i w prawie każdym kadrze komiksu pojawia się też druga bohaterka, dziewczynka w nieokreślonym wieku, wyglądająca jak każde dziecko, tak, że bez przedstawienia moglibyśmy uznać ją za chłopca – ale wiemy, że ma na imię Wiktoria. Trudno powiedzieć, żeby Bajka była pupilką Wiktorii, jest raczej jej równorzędną towarzyszką, rozmawiającą, wspierającą, uczestniczącą we wszystkim. Cechy antropomorficzne psa mogą kojarzyć się z bajką, ale w jakiej bajce dwie dziewczynki (ludzka i psia) wędrują samotnie po zniszczonych pustkowiach? Jakby ziemskich, choć na naszą planetę nieco zbyt fantastycznych, zwłaszcza jeśli wziąć pod uwagę portal, którym Wiktoria i Bajka wpadają do innego (?) świata lub wymiaru, oraz jedyne napotkane postaci: bezpostaciowe, zmiennokształtne coś i kolejne gadające zwierzę. Co prawda tapir deklaruje, że pochodzi z Ameryki Południowej, a konkretnie to z zoo, więc utwierdza nas w przekonaniu, że akcja toczy się na Ziemi, tylko kiedy indziej i, zważywszy na wspomniany portal, gdzie indziej.
Ta niedookreśloność jest wielką zaletą albumu Marcina Podolca. W książkach dla starszych dzieci i młodzieży często przeszkadzają nam (mnie i mojemu jedenastoletniemu synowi) zbyt jednoznaczne wskazówki autorów oraz ilustratorów, co i jak mamy dostrzegać, interpretować, wnioskować. Jakby czytelnik ze swoją wyobraźnią nie był do niczego potrzebny, nie musiał dopełniać utworu, wzbogacać go swoim postrzeganiem, bo twórca wszystko już zaplanował. U Marcina Podolca na szczęście jest inaczej, ścieżkami, które wyznaczył Wiktorii oraz Bajce możemy sobie chodzić, jak chcemy, powoli snuć domysły i przypatrywać się każdemu drobiazgowi, albo przebiec szybciutko – właściwie można by przeczytać cały komiks w pół godziny. Tylko po co tak się spieszyć? Tutaj nie chodzi o zdobycie jakiejś wiedzy, osiągnięcie celu w każdym calu i jak najszybciej, tylko o podróżowanie do końca świata i na koniec świata, odkrycie czegoś nowego w książce dla dzieci i we własnej fantazji.
Ilustracje z jednej strony idealnie pasują do ekspresji komiksu dziecięcego, oczekiwań małego czytelnika, a z drugiej są bardzo dojrzałe. Spodobała mi się mimika bohaterów (nawet tego zmiennokształtnego!), dynamika upadków, okrzyków i biegów, przeplatana scenami raczej statycznymi i nieco melancholijnymi, oraz dominująca w albumie falistość, zaokrąglanie pejzaży, twarzy (Weroniki), roślin. Chyba pierwszy raz zetknęłam się w komiksie dla dzieci z moją ulubioną pomarańczowo-bordowo-brązowo-piaskową kolorystyką, która przeważa w "Ostatnim ogrodzie" (z dość dużym udziałem szarości), co należy uznać za śmiałe rozwiązanie w segmencie wydawniczym kojarzonym z wielobarwnością i radosną eksplozją wszelakiej soczystości. Przełamanie zielenią ogrodu (zapowiedzianego w tytule) następuje tylko na dziewięciu z 64 stron.
Pokazany przez autora kosmos dla dziewczynek może się okazać objawieniem – oto nie tylko księżniczki są bohaterkami, a w dziewczęcych książkach można się obyć bez różu, zakochanych absztyfikantów, wiecznych konkursów piękności i popularności. Na końcu świata to wszystko i tak nie będzie miało znaczenia.
Bożena Itoya

Marcin Podolec, Bajka na końcu świata. Tom 1.: Ostatni ogród, Kultura Gniewu (Krótkie Gatki), Warszawa 2017.