cudanakiju.pl

cudanakiju.pl
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Krótkie Gatki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Krótkie Gatki. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 4 maja 2020

Binio Bill... i skarb Pajutów


Album "Binio Bill... i skarb Pajutów", zaprezentowany przez Kulturę Gniewu w 2019 roku, to drugie wydanie tego komiksu. Pierwsze ukazało się w innym wydawnictwie, odmiennych czasach (1990 r.) i kolorach. Teraz o znakomite barwy i ogólnie atrakcyjną prezencję kultowych kadrów zadbali współcześni specjaliści, sami z wielkim powodzeniem rysujący i piszący komiksy: Tomasz Kaczkowski i Maciej Jasiński. Młodzi czytelnicy są bardzo wrażliwi na takie niby to detale. Mój nastoletni syn nie lubi czytać starych, źle wydanych komiksów z błędami graficznymi, niewyraźnymi twarzami i czcionkami, to tylko nasze rodzicielskie pokolenie przejawia sentyment czy pobłażliwość względem podobnych niedoskonałości. Dzięki pomysłowi na nową edycję przygód szeryfa Zbigniewa Bileckiego, mamy okazję odświeżyć swoją dziecięcą sympatię do "polskiego" Dzikiego Zachodu i zaszczepić ją młodzieży. I nie musimy szczególnie do tej lektury przekonywać, przynudzając jakie to legendarne i jak się zaczytywaliśmy te 30 lat temu. Binio Bill broni się sam.
"Skarb Pajutów" jest prostą, ciekawą i wesołą historyjką o dobrych Indianach, honorowym szeryfie i złych bandziorach. Każdy kombinuje na swój sposób, planując odpowiednio zdobycie, ochronę lub przechwycenie legendarnego dropu, jak to się teraz nazywa. Złoto okaże się kryć w kłopotliwym miejscu, a jego odkrycie doprowadzi i do konfliktów, i do sojuszów. Szlachetny Binio i jego wierny rumak pomogą wszystkim, którzy zapragną ratunku. Będą strzały, gonitwy, pijaństwo, bijatyka, mądrości wodza, tańce i śpiewy czarownika oraz zgrabnych i skąpo odzianych panienek, a także uprowadzenie indiańskiej piękności. Look, miny i zachowania są tu oczywiście nieco przerysowane, ale taka to konwencja i nie ma co się obrażać o czerwień czerwonoskórych czy słodycz Sweet Agnes.
W czwartej odsłonie przygód Binia naszą uwagę zwróciły powiększone kadry i duża czcionka. "Skarp Pajutów" wyróżnia się tym spośród wcześniejszych tomów, w znanych nam albumach "Binio Bill kręci western i... w kosmos" oraz "Binio Bill. Rio Klawo" gęstość kadrów na stronie i rozmiar tekstu odpowiadały bardziej wprawionym czytelnikom komiksów. Tymczasem tutaj wyobrażam sobie nawet odbiorcę w wieku wczesnoszkolnym, podejmującego pierwsze próby poskramiania literek, zaganiania ich w posłuszne stada, niczym prawdziwy kowboj. Jerzy Wróblewski umiejętnie prowadzi za rękę przyszłych koneserów stylistyki kowbojskiej, komiksowej lub wszelkich sensacyjnych przygodówek literackich, tłumacząc w dymkach "myślowych" Binia i głosem zza kadru, na czym polega intryga czy zamieszanie sytuacyjne. Może to i trochę naiwne, ale my bawiliśmy się podczas lektury równie dobrze, jak przy projekcji ulubionej animacji o Lucky Luke'u.

Bożena Itoya

Jerzy Wróblewski, Binio Bill... i skarb Pajutów, kolory Tomasz Kaczkowski, konsultacje Maciej Jasiński, wydanie drugie, Krótkie Gatki (Kultura Gniewu), Warszawa 2019.

środa, 1 kwietnia 2020

Bardzo dzika opowieść. Las złamanych serc


Krótkie gatki, jako element wydawnictwa kultura gniewu, są dla nas kultową i "wiodącą" marką polskiego komiksu. Te albumy były pierwszymi i ulubionymi kolorowymi zeszytami mojego syna, gdy uczył się czytać i wyrastał na starszego konesera dymkowanych opowieści. I na pewno nie tylko moja latorośl rozwijała się dzięki lekturze "Bajki na końcu świata", "Detektywa Misia Zbysia na tropie" czy "Sagi o ryjówce" oraz warsztatom z ich autorami. Naszym ostatnim odkryciem jest komiks łączący świat Bajki z uniwersum walecznych mieszkańców Samojlikowej puszczy: "Las złamanych serc", czyli pierwszy tom serii "Bardzo dzika opowieść", w której jako scenarzysta wystąpił Tomasz Samojlik, autor i rysownik między innymi przygód rzęsorków, ryjówek i ich kumpli, a jako ilustrator – Marcin Podolec, zazwyczaj solista, odpowiedzialny za postapokaliptyczne, niesamowite przypadki Wiktorii i Bajki. Kolory do tego niezwykłego projektu stworzyła Agata Mianowska.
Mapa na wyklejkach skojarzy się wam pewnie z terenem działania Kubusia Puchatka, Krzysia, Sowy Przemądrzałej i całej reszty. Tyle że w "Bardzo dzikiej opowieści" zauważycie też sygnały XXI wieku: samochód mknący ulicą poprowadzoną przez las, leśny parking z okazałym, przepełnionym wręcz śmietnikiem, jakieś wysypisko między drzewami i komin fabryczny w niewielkiej odległości. Witajcie więc w Stumilowym Lesie, na jaki zasłużyliśmy.
Naszymi – ludzkimi – reprezentantami są tu trzy postacie i zaręczam, że nie polubicie żadnej z nich. Dwie pojawiają się na samym początku komiksu i tam też znikają, ale tylko fizycznie, bo cień ich obecności rzuca się na całą historię. Młoda kobieta i mężczyzna w podobnym wieku niby nie wydają się niesympatyczni, ale trochę podejrzani, a to, że twórcy nie serwują nam od razu gotowej oceny, licząc na naszą umiejętność samodzielnego wysnuwania wniosków, dobrze wróży na dalszą lekturę. W każdym razie właśnie ich widzimy i słyszymy jako pierwszych komentatorów szaroburego lasu. Nie wyszedł im jakiś biznes, więc ironicznie rozmyślają nad zatrudnieniem się w fabryce czy elektrowni, jaka ma powstać w lesie, przez który właśnie przejeżdżają.
Trzeci człowiek jest prawdziwym złoczyńcą, knującym podbój i zgładzenie starego, dobrego świata natury. Symbolizuje on to, co w "Bardzo dzikiej opowieści" najbrutalniejsze i najprymitywniejsze, czyli cywilizację. Dzikość zwierząt, przeważnie zresztą wtórna, zestawiona jest tu z przedsiębiorczością współczesnego człowieka, za którą idą interesowność, egoizm, a wreszcie cwaniactwo i brak skrupułów prowadzące do otwartego łamania prawa. Skażenie moralne wiąże się z zanieczyszczeniem środowiska, bowiem las, już zaśmiecony, choć nadal będący rezerwatem rysia, wkrótce ma zostać wykupiony i ponownie sprzedany pod budowę wspomnianej elektrowni. W takich oto okolicznościach poznajemy główną bohaterkę, kotkę Ryśkę, i pozostałych mieszkańców Lasu złamanych serc, a ich poczynania będą już zdecydowanie pocieszniejsze i bardziej bohaterskie od tych ludzkich.
Kot, żółw, papuga, nawet patyczak cierpią na niespełnienie. Same nie wiedzą, kim są, zdają sobie tylko sprawę, jakimi chciał uczynić je człowiek i że w czymś tam mu nie pasowały, więc się ich pozbył. Gromadzą się w Lesie złamanych serc i próbują razem przetrwać, podobnie jak zdążający na zebranie mieszkańcy rezerwatu. Tylko szara, puchata i pewnie rasowa kocica nie chce współpracować, woli iść swoją ścieżką do celu, pachnącego zresztą utopią. Od początku wydaje się nam najmniej świadomą czegokolwiek, łącznie ze sobą, zupełnie nierozgarniętą istotą. Przywary Ryśki wynikają z jej uczłowieczenia: przejmującej samotności, izolacji nieznanej dziko żyjącym gatunkom, i wpatrzenia w świat telewizji, do pewnego stopnia zabawnego, ale chwilami też tragicznego. Oczywiście bardzo dzika opowieść o kotce, która chodziła własną drogą, zmieni się w historię drogi wspólnej, wiążącej przyjaźnie i ukazującej lekkomyślność bohaterki w innym świetle – jako odwagę, lekkość w podejmowaniu decyzji o poświęceniu oraz jako wiarę w możliwość zmieniania ponurej przyszłości.
Charaktery bohaterów kształtują się na naszych oczach, tym łatwiej więc czytelnikowi zaprzyjaźnić się z Ryśką, Hiruni, Rafą ("to znaczy Rafandżelo") i Belką, wręcz pokochać je za prostoduszność i odruchy dobrych serc. Narysowani są ładną, ciekawą kreską i świetnie pokolorowani, ale daleko im do słodyczy zabawkowych zwierzaczków (no, może z wyjątkiem zielonej papużki Hiruni i dzika z nieco nieproporcjonalnym ryjem). Mimo typowej dla kreskówek i bajek antropomorfizacji, zwierzęta Marcina Podolca i Tomka Samojlika pozostają bliskie rzeczywistości, a na pewno stykają się z najprawdziwszymi wyzwaniami współczesnego świata. Te, choć niewątpliwie ważkie i doniosłe, nie zdołają pozbawić twórców i bohaterów "Bardzo dzikiej opowieści" optymizmu oraz dowcipu. Oprócz humoru sytuacyjnego, którego nie brakuje w świetnie napisanych dialogach i znakomicie z nimi zgranych kadrach, mamy tu nawiązania do zwyczajów (czasem obrzydliwych) żywieniowych niektórych bohaterów, i przynajmniej jeden popkulturowy easter egg czytelny dla młodzieży. Stuknięta sowa, rozmawiająca sama ze sobą, i to wcale nie w myślach (choć tak... myśli), między innymi na temat planów przechytrzenia stojących nieopodal członków drużyny, bardzo przypomina pewnego oślizłego Tolkienowskiego bohatera.
A gang Psubratów, zarysowany już na wyklejkowej mapie i w pierwszych rozmowach lokatorów Lasu złamanych serc? Cóż, nie mogę dokładnie opisać tej zgrai, by nie zdradzić intrygi i moich przypuszczeń co do rozwoju akcji w kolejnych tomach serii, ale podzielę się chociaż ogólnym, plastycznym wrażeniem. Psubraty wyglądają bardzo przejmująco, niczym najczarniejszy koszmar Bajki na końcu świata, która przecież funkcjonuje w rzeczywistości po zagładzie. Mogą wzbudzić lęk, choć raczej nie tym, jakie są, lecz jak się takimi stały – przez przymykanie społecznego oka na pewne bardzo powszechne praktyki. Tym samym psubraty powinny bardziej przerażać nas niż inne zwierzęta, demiurgów, a nie mieszkańców Lasu złamanych serc. Mam nadzieję, że młodzi, inteligentni czytelnicy poczują się w pewnym stopniu współodpowiedzialni za istnienie i ciągłe powstawanie nowych żebraczych gangsterów, tę już się dziejącą apokalipsę. Wiem, że to możliwe, bo podobne lektury polskich autorów niejednokrotnie uwrażliwiały młodych ludzi, wpływały na ich postawy względem przyrody i zwierząt zamkniętych w schroniskach. Oto poważne skutki lekkich, często lekceważonych przez dorosłych książek dla dzieci. Nie szukajmy ciągle urokliwych, kanonicznych lektur z naszego dzieciństwa z dosadnym morałem, lepiej skoncentrować się właśnie na tych nowoczesnych problemach (których sprawcami są pokolenia nasze i dziadków naszych dzieci), ich odpowiednim dla młodzieży przedstawieniu, tak, by mogła ona sama dokonać diagnozy, podjąć działania profilaktyczne i przygotować dalszą taktykę leczenia złamanego świata.

Bożena Itoya

Bardzo dzika opowieść, 1. Las złamanych serc, scenariusz: Tomasz Samojlik, rysunki: Marcin Podolec, kolory: Agata Mianowska, wyd. krótkie gatki (kultura gniewu), Warszawa 2019.

niedziela, 9 września 2018

Zguba zębiełków


Ciekawe, ile dzieci skakało w tym roku z radości wywołanej powrotem Dobrzyka i jego kompanii. Przypuszczam, że wielu młodym ludziom ryjówki kojarzą się tylko z komiksową Sagą o Ryjówce Tomasza Samojlika. Jest to seria skutecznie pielęgnująca zamiłowanie do przyrody, przygody i książek, a w szczególności do dymkowanych albumów. Kolejne części "Ryjówki przeznaczenia" cieszą się wielkim powodzeniem dzięki udanym scenariuszom, czarującej grafice i kolorystyce oraz ogólnemu podejściu autora i wydawcy (Kultura Gniewu / Krótkie Gatki) do dziecięcego czytelnika. Tutaj nie lekceważy się maluczkich, nieważne, czy chłoną komiksy od pięciu lat, roku, czy dziesięciu minut. Komiksy Tomasza Samojlika są wydawane z dbałością o wszelkie szczegóły, od dopracowanej fabuły i rysunkowej akcji, przez dobór i wyrazistość kolorów, redakcję i korektę (nie zauważyłam żadnej literówki czy niezręcznego sformułowania w całej czterotomowej serii, a jestem na tym punkcie wyczulona), jakość oraz trwałość papieru i oprawy, aż do fantastycznych fanartów i dodatków encyklopedycznych na końcu albumu.
"Zguba zębiełków" jest książką ciekawą, wesołą i dowcipną (bo to niekoniecznie to samo), pełną akcji, wciągającą i pod każdym względem barwną. W tej opowieści spotykamy większość bohaterów, pozytywnych i negatywnych, których poznaliśmy w "Ryjówce przeznaczenia", "Norce zagłady" i "Powrocie rzęsorka". Naszym ulubieńcem jest oczywiście Dobrzyk, wybraniec łamiący stereotypy, bo jakby z przypadku, daleki od ideału, niezbyt samodzielny i dość niezdarny. Właśnie komediowy charakter bohatera, dumnie zwanego "ryjówką przeznaczenia", gwarantuje lekkość lektury i dystans względem gatunku fantasy, z którego autor czerpie garściami. Oprócz ryjówek na kartach "Zguby zębiełków" zagościli tytułowi kuzyni Dobrzyka, swoje pięć (lub więcej) kadrów mają też rzęsorek, kret, łasica, kruki, jeż, norniki, srokosz, puchacz, lis, pies, kot i najbardziej szkodliwi drapieżcy: ludzie, zaśmiecający przyrodę swoimi odpadami i wyziewami. Gdybym nie znała możliwości Tomasza Samojlika, chyba nie uwierzyłabym, że można stworzyć fascynujący dla dzieci komiks o zanieczyszczaniu środowiska, łańcuchu pokarmowym, zasiedlaniu przez dzikie zwierzęta ludzkich gospodarstw czy przygotowaniach lasu do zimy. Na kanwie takich przyziemnych, podręcznikowo-ekologicznych sytuacji czy z życia wziętych scenariuszy autor tworzy niesamowitą historię podróży, poszukiwania ratunku dla gatunku, powrotu do porzuconego królestwa, zdrady i nawrócenia. Najsłabsi dają radę pokonać tyranów i oprawców, zrzędy i po(d)rzutki okazują się najcieplejszymi aspektami istnienia, świat niby staje na głowie, a jednak w rzeczywistości jest właśnie taki, jak u Tomasza Samojlika. "Zguba zębiełków" nastraja optymistycznie, skłania do rozglądania się wokół w poszukiwaniu tych, którzy pomagają, choć nikt nie patrzy, i do czynienia dobra.
Rysunki autora zachwyciły nas i rozśmieszyły bardziej niż te we wcześniejszych komiksach z cyklu o ryjówkowatych. Bardzo podobała nam się ich prostota, która przy rozbudowanej akcji nie jest taka oczywista, zresztą w ogóle przy wielobarwnych pozycjach dla najmłodszych łatwo popaść w przesadę. Tomasz Samojlik najczęściej stosuje zbliżenia na postaci, unikając złożonego tła. Przy szerszych planach kadry są odpowiednio większe, a szczegóły ilustracji na tyle wyraźne, że nie dochodzi do zamętu, a czytelnik chętnie wyszukuje wszystkie ryjówkowate i wszelkie inne drobiazgi. Zwierzęcy bohaterowie bywają pocieszni i drapieżni, ludzie – niezbyt urodziwi i "z twarzy" mniej inteligentni od rodowitych mieszkańców lasu. Świetna dynamika rysunków obejmuje i mimikę postaci, i sceny gonitw, ataków czy pułapek, i stopniowalność napięcia w kolejnych kadrach. Trudno mi określić, czy w "Zgubie zębiełków" bardziej ujęły nas ilustracje, czy scenariusz. Ten komiks jest po prostu uniwersalnie fajny.
Bożena Itoya

Tomasz Samojlik, Zguba zębiełków, Kultura Gniewu (Krótkie Gatki), Warszawa 2018.

niedziela, 5 sierpnia 2018

Bajka na końcu świata – Ożywczy deszcz


Książki w naszym domu dzielą się na dwie grupy. Niektóre, zanim zostaną przeczytane (i zrecenzowane), muszą trochę odleżeć, zaczekać na odpowiedni moment, wpasować się w nasz nastrój. Inne nie leżą ani chwili, od razu są łapczywie pochłaniane (i "pochwalane"), to nasze samopoczucie dostosowuje się do nich, a nie odwrotnie. Tak właśnie było z "Ożywczym deszczem", trzecim tomem serii Marcina Podolca "Bajka na końcu świata" – położyłam album gdzieś w środku stosu kilkudziesięciu książek czekających na przeczytanie, spojrzałam w inną stronę, a gdy ponownie się odwróciłam, nie było już ani komiksu, ani mojego syna.
Okładka "Ożywczego deszczu" ma więcej barw i kontrastów od wcześniejszych, za to mniej tu poszarpanego, połamanego świata. Tytułowy deszcz jest kolorowy, jakby za krople służyły rozpuszczone lentilki. Równocześnie autorowi udało się zachować (po)katastroficzną atmosferę, tak że trzecia "Bajka na końcu świata" nawet na pierwszy rzut oka pozostaje nietypową "bajką" komiksową, a wszystkie okładki zestawione ze sobą wypadają znakomicie, kompletnie (choć, na szczęście, to jeszcze nie koniec serii). Każda podsuwa czytelnikowi nieco odmienne wrażenia i ujęcia bohaterek, Wiktorii i Bajki, inne (pół)plenery, kolejne kolory grzbietu i tytułu, niby to żywe, ale równie dobrze mogące się kojarzyć z rozkładem, wypaleniem czy toksycznością. A skąd się wziął na najnowszej okładce ten dinozaur? Bać się go czy przytulić? Jest towarzyszem czy antagonistą Wiktorii? Taki to właśnie niepokojąco-fascynujący cykl – nigdy nie wiemy, co tym razem zgotował nam autor, ale zawsze jesteśmy pewni, że coś dobrego.
"Ożywczy deszcz" podobał nam się najbardziej z dotychczasowych tomów "Bajki na końcu świata". Rzadko chyba bywa, by trzecia część serii nie tylko nie ustępowała wcześniejszym, ale nawet je przeganiała, ale tak właśnie jest w tym przypadku, przynajmniej według nas. Marcin Podolec jest w znakomitej formie i mam nadzieję, że wreszcie wygra któreś "zawody" książkowe, bo w dziedzinie książki dla dzieci w Polsce trofea wciąż zdobywają te same od wielu lat czarne konie. Po nominacji drugiego tomu "Bajki na końcu świata" do zeszłorocznej nagrody PS IBBY i najnowszej informacji o znalezieniu się innego komiksu na prestiżowej liście trzynastu książek nominowanych do brytyjskiej Nagrody Bookera, może właśnie nadeszła pora na "Ożywczy deszcz". Warto stale odświeżać swoje myślenie o literaturze, ilustracji i ogólnie literaturze adresowanej do dzieci, bo sami młodzi czytelnicy bez przerwy je aktualizują. Polski komiks dla dzieci nie jest już przejściową zabawką, mizerną imitacją lektury dla tych, którzy dopiero zaczynają czytać. To pełnoprawna książka, dzielona na kategorie wiekowe i (powoli) gatunkowe, goszcząca obok całkiem poważnej literatury młodzieżowej na półkach wytrawnych czytelników oraz publicznych bibliotek. Specjalizacją Marcina Podolca są graficzne opowiadania postapokaliptyczne dla dzieci i młodzieży w wieku od około ośmiu lat. Odrobinę feminizujące, co tym bardziej potwierdza, że stanowią dystynktywny "znak czasów".
Na "Ożywczy deszcz" składa się pięć krótkich, powiązanych ze sobą fabularnie komiksów: "Bajka i instynkty", "Bajka, opady i odpady", "Bajka i pojedynek gigantów", "Bajka i ślad wielkiej stopy", "Bajka i ożywczy deszcz". Znaleźliśmy w nich trochę dawnych wątków (wróci tajemniczy zmiennokształtny dymek!) i bardzo dużo nowości. Pierwsze opowiadanie postapokaliptyczne pejzaże ma tylko w tle, temat jest zupełnie inny, lekki i uniwersalny. Rozpoczęcie tomu w ten sposób było świetnym pomysłem. Ostatni kadr "Bajki i instynktów" zahacza o początek "Bajki, opadów i odpadów" i podobnie będzie z kolejnymi historyjkami – zawsze zazębiają się na siebie, tworząc segmenty jednej wielkiej opowieści, tej samej od pierwszego tomu ("Ostatni ogród", tom 2.: "Opuszczony dom"). W drugim epizodzie na Bajkę i Wiktorię spadają radioaktywny deszczyk i "duże, duże kłopoty", które przenikają do "Bajki i pojedynku gigantów", przy czym do tytułowych olbrzymów zalicza się wspomniany już wcześniej dinozaur z okładki. "Bajka i ślad wielkiej stopy" przypomina w pewnym stopniu pierwszy fragment tego tomu, bo autor ponownie odwzorował z życia wzięte zachowania oraz relacje (psie i ludzkie). Bohaterki kłócą się, obrażają i godzą, by "wybuchowo" poradzić sobie z kłopotami i szczęśliwie dobrnąć do zwyczajnego zakończenia, tak potrzebnego po wcześniejszych nadzwyczajnych wydarzeniach.
Ilustracje jak zwykle cieszą oko nieprzeciętną, daleką od jaskrawości kolorystyką. Na estetykę opowieści znacząco wpływa tez podział na kadry, ich kompozycja, wszystko jakby zawieszone między opowiadaniem graficznym a filmem animowanym (z którym autor ma stałą, profesjonalną styczność). Portrety Bajki są zabawne i pocieszne, a Wiktoria aż kipi od emocji, które wyraża każdym szczegółem twarzy (te "kreskowe" oczy, zadarty nosek, wystające i jeszcze niekompletne zęby, rumieńce, gniewne zmarszczki, brew na przedostatnim obrazku...) i zaokrąglonej postawy. Dziewczęca bohaterka jak zwykle w komiksach Marcina Podolca jest po prostu dziecięcym bohaterem, żadną komiksową lalą ani księżniczką z książeczki. Dla mojego syna nie miało znaczenia, że w albumie nie pojawia się żaden chłopiec lub mężczyzna, bo płeć fantastycznych (s)tworów trudno zidentyfikować. Życzę naszym dzieciom jak najwięcej książkowych postaci, które są równie "(...) i sprytne, i mądre, i odważne. Niezależne.. Trochę szalone, ale też... subtelne, pełne wdzięku i klasy".
Bożena Itoya

Marcin Podolec, Bajka na końcu świata. 3. Ożywczy deszcz, Krótkie Gatki / Kultura Gniewu, Warszawa 2018.

niedziela, 11 lutego 2018

Bajka na końcu świata. Opuszczony dom


Marcin Podolec po raz drugi zabrał nas na postapokaliptyczny spacer, wyznaczając nowe krańce świata komiksów dla dzieci, i tym razem rzeczywiście uczynił główną bohaterką tytułową Bajkę. W "Opuszczonym domu" bowiem Wiktoria przeżywa pewien wypadek i choruje, odzywa się niewiele, za to do głosu dochodzi pies dziewczynki, czyli właśnie Bajka. O ile pierwszą część "Bajki na końcu świata" można nazwać komiksem drogi, o tyle w drugiej przystajemy, by lepiej poznać obie postacie pierwszoplanowe.
Kontynuacja "Ostatniego ogrodu" jest jedną historią rozbitą na kilka rozdziałów: "Bajka i zawrót głowy", "Bajka i opuszczony dom", "Bajka i koniec świata", "Bajka i ciasteczkowy atak", "Bajka i wspomnienie Wiktorii", "Bajka i nocna straż". Dwa z tych podtytułów ukrywają wcześniejsze losy bohaterek, zaś pozostałe dotyczą wydarzeń rozgrywających się w czasie aktualnym, to jest bliżej nieokreślonej przyszłości po zagładzie, w intrygującej ruderze i jej otoczeniu. Dziewczynka i pies są jedynymi żywymi istotami poruszającymi się w tym ponurym krajobrazie, nie licząc substancji tak nieświeżych, że aż "dostających nóżek", oraz tajemniczych chmurek, których nadzwyczajna obecność i niejasne działanie na Wiktorię chyba jeszcze nie wystarczą, by nazwać je istotami.
"Bajka na końcu świata" jest zaskakującą kombinacją przyjemnej lektury z przytłaczającą atmosferą po zagładzie ludzkości, wypełnioną pustynnym pyłem i duszną ciszą. Młodemu czytelnikowi mogłyby się przypomnieć kłębki zeschłych roślin przelatujące uliczkami opustoszałego miasteczka na Dzikim Zachodzie, gdyby dzisiejsze dzieci oglądały westerny lub czytywały Lucky Luke'a. Z rudobrązowej okolicy oddziela się szkodliwy opar, obłoczek niewiadomego pochodzenia, jak najgorzej wpływający na Wiktorię. Bajka prowadzi dziewczynkę do jednego z na wpół zniszczonych, porzuconych budynków, sama zaś przeżywa różne próby i retrospekcje, będące jądrem fabuły "Opuszczonego domu". Autor zgrabnie odmalował psie wątpliwości i typowości, jak walka przysłowiowej wierności z równie rozkoszną łapczywością, realistycznie przekazał też merdającą radość z powrotu pani do zdrowia. Mimo że gadający i bajkowy, równocześnie jest to pies jak żywy – pewnie tak zachowuje się w rzeczywistości, bo przecież na ostatniej stronie komiksu oglądamy zdjęcie prawdziwej Bajki, suczki zaadoptowanej przez Marcina Podolca. W drugiej części komiksu pojawia się zresztą motyw schroniska, według mnie bardziej przygnębiającego od postapokaliptycznego pustkowia.
Na tle innych podrozdziałów uwagę zwraca ten zatytułowany "Bajka i wspomnienie Wiktorii". Wizja z przeszłości po pierwsze jest wielobarwna, po drugie – wzruszająca swoim dramatyzmem i właściwie nie wiadomo, który z tych aspektów bardziej wstrząsa czytelnikiem, już przywykłym do jednostajności zarówno losów oraz nastrojów Wiktorii, jak i otaczających ją kolorów. Nagle dowiadujemy się, jak wcześniej wyglądał świat, jak przebiegał kataklizm, jak doszło do rozstania Wiktorii z rodzicami. Między kadrami możemy wyczytać (albo raczej wypatrzeć), że wszystko to zaszło niedawno, bo ani dziewczynka nie urosła, ani nie widać, by zmieniło się jej ubranie czy długość włosów.
Mimo że historię popycha do przodu głównie Bajka, obecność jej pani, czy raczej przyjaciółki lub nawet podopiecznej, jest intensywna, ważna i pobudzająca czytelnika do myślenia. Gdyby nie dziewczęce imię, właściwie nie wiedzielibyśmy, czy bohaterem jest chłopiec, czy dziewczynka. Płci bohaterki nie sposób zidentyfikować ani po jej zachowaniu, ani po zabawce czy innych atrybutach, ani po twarzy czy stroju. Co do wyglądu Wiktorii, po raz pierwszy mamy porównanie z innym człowiekiem, bo w retrospektywnych kadrach widzimy jej tatę, zdecydowanie szczuplejszego, weselszego i ogólnie wyglądającego jakoś mniej zaskakująco. Podoba mi się, że ta komiksowa dziewczynka wypada zupełnie inaczej niż wszystkie nietypowo piękne superbohaterki: zwyczajnie i dziecięco. Właśnie dzięki temu jest nieprzeciętna! Części stroju dobrała raczej pod wpływem impulsu czy przypadku, czesała się i decydowała na czapkę chyba wpatrzona w portret Kajka z komiksów Janusza Christy, a wielkie jedynki przedzielone takąż szczerbą wskazują na znany wszystkim rodzicom etap przejściowy uzębienia. Wiktoria nie szczerzy się w filmowych uśmiechach, nie trajkocze o byle czym, nie nosi minispódniczek, jest raczej okrąglutka, pyzata, z uszami na tyle odstającymi, że mieści się za nimi burza niesfornego afro. Znacie inną taką protagonistkę z dymkowanych historyjek? Kto lepiej pokazuje dziewczynkom, że nie muszą być słodkimi laleczkami, ważne, by były sobą? Między innymi ze względu na tak poprowadzoną główną (ludzką) postać, jestem bardzo ciekawa dalszych losów serii Marcina Podolca. Trzecia część "Bajki na końcu świata" będzie nosiła tytuł "Ożywczy deszcz", wydawnictwo zaplanowało premierę na maj 2018 roku. Mam nadzieję, że deszcz nie za bardzo oczyści pylistą, niepewną atmosferę dwóch pierwszych albumów, słodko-gorzkich smakołyków polskiego komiksu dla dzieci.
Bożena Itoya

Marcin Podolec, Bajka na końcu świata: 2. Opuszczony dom, Kultura Gniewu (Krótkie Gatki), Warszawa 2017.

wtorek, 9 stycznia 2018

Detektyw Miś Zbyś na tropie: Lis, ule i miodowe kule; Skarb kapitana Czarnofutrzastego

Popularność polskiego komiksu dla dzieci od kilku lat rośnie i rośnie. Gatunek różnicuje się, specjalizuje, utrzymując zainteresowanie dojrzewających fanów oraz ciągle zyskując nowych. Jak to się stało, że Polacy, słowo komiks rozumiejący jako synonim "Tytusa" lub "Kajka i Kokosza", jeden z tych pozytywnych, sentymentalnych aspektów PRL-u, przyjęli coś nowego? W pewnym sensie zadziałała tu zasada dobrego pierwszego wrażenia: kto zacznie od ciekawego, atrakcyjnego komiksu, ten zechce się zaprzyjaźnić z kolejnymi, będzie sięgał po inne tytuły, niekoniecznie tych samych autorów i wydawnictw. Podobnie raz przekonany do dymkowano-kadrowanej formy rodzic, bibliotekarz czy nauczyciel już nie cofnie się w swoich przekonaniach. Otóż na początku był "Miś Zbyś". I nadal jest! Przynajmniej dla nas.
Po pierwsze, w roku 2013, gdy ukazał się komiks "Lis, ule i miodowe kule", mój syn akurat na dobre zabierał się za samodzielne czytanie i wyszukiwanie interesujących go pozycji w bibliotece, gdzie trafiliśmy na pierwszego "Detektywa Misia Zbysia na tropie". Po drugie, jest to publikacja idealna właśnie dla początkujących czytelników, dzięki niej składanie liter w słowa i zdania nie kojarzy się z boleściami, morałami czy nakazami. Po trzecie wreszcie, to jeden z pierwszych produktów polskiej kultury, na widok których zakrzyknęłam: "Wow! To naprawdę nasze, polskie?". Komiks wydał mi się po prostu śliczny, wydany perfekcyjnie, kolorowy jak marzenie, nie byłam przyzwyczajona do tak poważnego traktowania małego odbiorcy. Stworzenie i wydanie w 2013 roku "Lisa, uli i miodowych kuli" można uznać za działanie odważne oraz ryzykowne. Może i polski rynek książki już pięć lat temu rósł w siłę i różnorodność, ale o sukcesie publikacji w dużym stopniu decyduje jej sprzedaż, a więc zainteresowanie klientów, a oni niekoniecznie są koneserami sztuki ilustracji czy komiksu. Przez siłę przyzwyczajenia, niejako z rozpędu, rodzice i dziadkowie wybierają dla maluchów raczej "tradycyjne" bajeczki, bo to na pewno się spodoba i to sami czytywali w dzieciństwie. Dodatkowo oszczędność, będąca chyba naszą narodową cechą, wpływa na popularność książeczek mrowiących się w supermarketowych koszach z przecenami. Mało kto decyduje się na solidnie wydaną (a więc nie za 4,99 albo 9,99 zł...) książkę, w której tekstu znajdujemy niewiele, a dostępna jest tylko w księgarniach. Do niedawna był to towar ekskluzywny, w świadomości potencjalnych nabywców niewspółgrający z potocznym rozumieniem komiksu w Polsce (takie sobie, śmieszne historyjki wydawane jako broszury lub element dziecięcych czasopism). Na urodziny, Gwiazdkę czy zakończenie roku szkolnego trzeba dać dziecku "porządną" książkę, najlepiej Tuwima, Brzechwę, Andersena albo Grimmów, prawda? Na szczęście takie myślenie odchodzi do lamusa, a komiksy powoli przebijają się jako pełnowartościowe publikacje, cieszące dzieci przynajmniej tak samo jak literatura, a ściągane z domowej półki znacznie częściej od niej. Co ważne, komiksy i książki "komiksowane", czyli te, w których dymki i rysunki są elementem narracji literackiej, zaczęły się też pojawiać wśród pozycji nominowanych do najważniejszych polskich nagród dotyczących książki dla dzieci. Moim zdaniem, nie doszłoby do tego, gdyby kilka lat temu nie zaczął się ukazywać "Detektyw Miś Zbyś na tropie" (oraz "Ryjówka przeznaczenia" Tomasza Samojlika), przecierając szlaki innym albumom, choć sama omawiana seria nie została nagrodzona nominacją, wyróżnieniem ani statuetką czy to Koziołka Matołka (jak "Hej, Jędrek! Przepraszam, czy tu borują?" Rafała Skarżyckiego i Tomasza Lwa Leśniaka w 2016 r. – za rok 2015), czy Ferdynanda Wspaniałego (jak "Kościsko" KaeReLa w 2017 r. – za rok 2016), czy Polskiej Sekcji IBBY (jak "Bajka na końcu świata" Marcina Podolca w 2017 r.).
Pierwszy tom serii "Detektyw Miś Zbyś na tropie" w 2017 roku został wydany przez Kulturę Gniewu po raz drugi, w poprawionej wersji. Album "Lis, ule i miodowe kule" jest ciekawą, czytelną i ze wszech miar zgrabną historyjką obrazkowo-literacką ujętą w duże, stosunkowo nieliczne kadry (dwa na stronie lub jeden na stronie, a czasem nawet jeden na dwóch stronach – rozkładówki). Fabuła koncentruje się na pogoni prywatnego detektywa Misia Zbysia i jego asystenta Borsuka Mruka (jak głosi wizytówka na ich biurze) za złodziejem miodu. Poszukiwania zleca klientka nie byle jaka, bo sama władczyni Pszczelego Królestwa. Bohaterowie ruszają w daleką (zwłaszcza dla mrukliwego Mruka) drogę, badają ślady pozostawione przy okradzionych ulach, składających się na okazały pszczeli zamek, nad którym czuwają uzbrojeni strażnicy, a wokół roi się od przezabawnych robotnic. Małemu czytelnikowi łatwo sobie wyobrazić ich bzyczenie, zaś odgłosy dźwiękonaśladowcze i pokazywanie paluszkiem są wręcz gwarantowanym elementem lektury. A potem, razem z bohaterami, goni się pewnego lisa, strona po stronie (a nie jest ich aż tak wiele, łącznie 48), aż do finału z tytułowymi miodowymi kulami.
Opowieść ponosi malucha, angażuje jego uwagę, stopniowo i skutecznie rozmiłowując w "Misiu Zbysiu". Etapowość jest jednym z większych atutów tego komiksu: okienko po okienku odkrywamy kolejne szczegóły, obserwujemy ruch (choćby były to oczy sowy – najpierw zamknięte, potem otwiera się jedno oko, za chwilę oboje oczu) i zmianę barw. Płynność historyjki obrazkowej, przypominającej wygodne schodki, mobilizuje dziecko do opowiadania na głos, co bywa wykorzystywane w pomocach dydaktycznych – na przykład zabawkach logopedycznych, jakie w okresie przedszkolnym lubił mój syn.
Dynamiczna akcja i wielość elementów przekładają się na wygląd kadrów: gdy potrzebujemy dobrze się rozejrzeć po okolicy, dostajemy rozkładówkę, kiedy zaś sytuacja jest... wielopiętrowa, kadry wyjątkowo zostają ułożone pionowo, a nie poziomo jak na pozostałych planszach. Podobne zabawy z kadrowaniem autorzy zastosowali również w drugim i trzecim tomie "Detektywa Misia Zbysia na tropie": "Złotym Sokole Teksańskim" (2014) i "Kosmos to za mało" (2016), a także w najnowszym "Skarbie kapitana Czarnofutrzastego" (2017), gdzie trzy okienka pojawiają się tylko na stronie z kulminacyjną walką (na pirackie kordelasy, oczywiście).
Czwarty tom "Misia Zbysia" porywa bohaterów w wir morskich podróży i pirackich awantur. W sielankowo-plażowych okolicznościach natury (pod uśmiechniętym, jak zwykle, słoneczkiem) Miś Zbyś i Borsuk Mruk rozkoszują się kolorowymi napojami, rozprawiając o niedoszłym śledztwie. Porzucają jednak spokojną przystań, by zareagować na dziewczęce wołanie o pomoc: udają się w pogoń za opryszkami unoszącymi w wiklinowym koszu porwaną panienkę. Na pierwszej rokładówce-wyszukiwance roi się od koszy, beczek, marynarzy i innych portowych zwierząt wielu maści oraz gatunków. Dominują psowate. Przy okazji zaczynamy się zastanawiać, jakim właściwie zwierzęciem jest uprowadzona "księżniczka". Zagadnienie to zostaje nieco rozjaśnione przez autoprezentację: "Mam na imię Lupa. Jestem córką słynnego wilka morskiego, kapitana Czarnofutrzastego". Bohaterka może się przedstawić, bo akcja ratunkowa nie sprawia większego problemu doświadczonym detektywom, którzy następnie podejmują zlecenie znalezienia tytułowego skarbu – w towarzystwie ocalonego dziewczęcia. Tu nie będzie już tak łatwo, tym bardziej, że na bogactwa czyhają prawdziwi, groźni piraci, specjaliści w knuciu i porywaniu majętnych osób. Pokonując morze, dżunglę, rzekę, wodospad i lawę, kuszeni urokami wiecznego lenistwa, zniechęcani falsyfikatami skarbu, zwodzeni na manowce, bohaterowie docierają wreszcie do celu, który jednak nie okazuje się happy endem. Prawdziwa odyseja! Oczywiście ostatecznie Miś Zbyś i Borsuk Mruk poradzą sobie z wszelkimi przeciwnościami i doprowadzą nas do zakończenia, jak zwykle otwartego, bo kto z czytelników chciałby usłyszeć "żyli długo i szczęśliwie" i nie czekać na kolejny tom?
W "Skarbie kapitana Czarnofutrzastego" poza rozbudowaną akcją, nieco odmienioną kolorystyką (jako kolorysta w zespole autorów debiutuje Tomasz Kaczkowski) i nowym wcieleniem naszych ulubionych pszczółek (egzotyczne bzyczki na okładce), doświadczymy odwołań do poprzednich tomów (nietoperze, rakieta), gry słów (wilk morski, borsuk-tchórz) oraz... częstego kartkowania. Autorzy kilkakrotnie przekierowują nas do wcześniejszych stron, abyśmy coś sprawdzili, dopatrzyli się szczegółów, po prostu wzięli czynny udział w przygodzie. Jeśli coś przegapimy, nie zrozumiemy akcji. Takie zawracanie pozornie przerywa ciągłość lektury, tnie fabułę, ale moim zdaniem jest trafnym wyborem, bo tez podobnie "przewijam" lub kartkuję dobre kryminały dla całkiem dojrzałych widzów i czytelników. Konieczność koncentracji, zapamiętywania, gdzie w książce coś zostało wspomniane po raz pierwszy, a także wymagana umiejętność liczenia przynajmniej do sześciu podnoszą nieco poprzeczkę wieku czytelnika "Skarbu kapitana Czarnofutrzastego" względem poprzednich części komiksu – wydaje mi się, że z wszystkimi zagadkami poradzą sobie dzieci co najmniej pięcioletnie.
Komiksy o duecie Zbyś&Mruk uczą spostrzegawczości, rozweselają jak mało która książka, zapewniają wrażenia plastyczne, jakich nie dostarczy dziecku nawet ulubiony film animowany (a co dopiero galeria sztuki...). Jeśli nie chcemy, by dzieci dostały alergii na czytanie, wolelibyśmy uniknąć przyszłego odczulania lekkimi lekturami dla młodszych nastolatków, lepiej zacząć od pozycji stworzonej specjalnie dla przedszkolaków, kuszącej i przyjaznej w formie oraz treści. Na przykładzie swojego syna mogę zapewnić, że kto zainteresował się "Misiem Zbysiem" za młodu, ten zostanie świadomym czytelnikiem (nie tylko komiksów) oraz miłośnikiem ilustracji. I choć jako jedenastolatek sięga już raczej po komiksy tworzone przez Piotra Nowackiego dla dorosłych, nadal radośnie chwyta nowe "Misie Zbysie", ogląda i czyta od deski do deski. To trochę jak z Myszką Mickey – jeśli się lubi, to w każdym wieku. A Miś Zbyś i Borsuk Mruk to trochę nasi polscy Myszka Mickey i Kaczor Donald.
Seria "Detektyw Miś Zbyś na tropie" po pięciu latach od publikacji pierwszej części pozostaje wyjątkowa czy nawet niszowa, bo dla małych dzieci nie znajdziemy wielu tak profesjonalnych publikacji komiksowych, wydanych z równą dbałością, co dla dorosłych, w trwałej, zupełnie poważnej formie. Jednak nie chodzi tylko o prezencję, to głównie ze względu na styl całości (scenariusz, rysunki, kolory) "Miś Zbyś" jest jedyny w swoim rodzaju. Góruje nad komiksowymi kuzynami w krótkich gatkach prostotą, lekkością, "kreskówkową" kreską i kolorystyką, oderwaniem od tego niepisanego zobowiązania do zaspokajania gustów nie tylko małych czytelników, ale i ich rodziców – szukających w komiksach albo "nutki edukacji", albo odniesień do "dojrzalszych" klimatów postapokaliptycznych czy mitologicznych. Tu znajdziemy tylko nieskrępowaną zabawę w detektywów, przebieranki, wyszukiwanki, czyli dokładnie to, czego oczekują maluchy w wieku około 3-7 lat. Miejmy nadzieję, że ta trafność i urok całej serii oraz poszczególnych jej odsłon zyskają jeszcze aplauz gremiów oceniających polską książkę dla dzieci. Atencją samych czytelników nie trzeba się martwić, bowiem znakomicie rozumieją się oni z autorami – dzieci lubią "Misie Zbysie", "Misie Zbysie" lubią dzieci.

Bożena Itoya

Maciej Jasiński (scenariusz), Piotr Nowacki (rysunki), Norbert Rybarczyk (kolory), Detektyw Miś Zbyś na tropie. Lis, ule i miodowe kule, wydanie drugie (poprawione), Kultura Gniewu (Krótkie Gatki), Warszawa 2017.
Piotr Nowacki (rysunki), Maciej Jasiński (scenariusz), Tomasz Kaczkowski (kolory), Detektyw Miś Zbyś na tropie. Skarb kapitana Czarnofutrzastego, Kultura Gniewu (Krótkie Gatki), Warszawa 2017.

poniedziałek, 18 września 2017

Bajka (i Wiktoria) na końcu świata – Ostatni ogród



W polskim "komiksowie" dla dzieci pojawiło się coś zupełnie nowego: seria "Bajka na końcu świata" Marcina Podolca (wyd. Kultura Gniewu / Krótkie Gatki). Wydanie pierwszego tomu, zatytułowanego "Ostatni ogród", osobiście uważam za jedno z najważniejszych wydarzeń książkowych 2017 roku (uwzględniając i premiery publikacji, i wszelkie festiwale oraz nagrody). Z punktu widzenia rodzica, któremu zależy na tym, by dziecko czytało dobre i ciekawe książki, na rynku dostrzega się raczej pozycje już sprawdzone, niezwiązane z żadnym wydawniczym ryzykiem: wznowienia (polskie i zagraniczne), przedruki bestsellerowych publikacji zagranicznych, kontynuacje popularnych serii, ewentualnie nowe projekty autorów polskich, którzy z sukcesem wydawali już bardzo podobne publikacje. Jako książki rozumiem tu, oczywiście, zarówno beletrystykę, jak książki obrazkowe, komiksy, poezję czy nawet utwory sceniczne, bo w księgarniach można znaleźć i dramaty, i scenariusze filmowe adresowane do młodych czytelników.
Tymczasem komiks "Bajka na końcu świata" zaintrygował mnie już na wstępie, po samych zapowiedziach, dość ponurą scenerią "postapo", rzadko spotykaną w książkach dla dzieci poniżej nastu lat, swoją "dziewczęcością" oraz nazwiskiem autora, dotąd kojarzonego tylko z kolorowymi zeszytami dla dorosłych. Sam pomysł stworzenia takiego albumu wydał mi się świetny i ucieszyłam się, że tematyka współczesnego komiksu dla dzieci (a także ogólnie: książki dla dzieci) jest poszerzana.
Po przeczytaniu "Ostatniego ogrodu" mój entuzjazm nie opadł. Album ma niepowtarzalny klimat, przywołuje jedynie odległe, subtelne skojarzenia z filmem "Wall-E", komiksem "Hilda i Troll", serią książek "Piaskowy Wilk", może z pewną kreskówką Disney'a o Myszce Miki i wietrzyku. Wszystkie te odniesienia są moimi osobistymi spostrzeżeniami i dotyczą tylko wytworów kultury dla dzieci. Kto inny i w szerszym wachlarzu popkultury (zwłaszcza wśród filmów postapokaliptycznych) może odnaleźć zupełnie inne podobieństwa. Młody czytelnik podchodzi do tej lektury "na świeżo", nie szuka nawiązań, tylko rozrywki, i dostaje ją – wraz z odrobiną refleksji.
Bajka nie jest nazwą literackiej czy komiksowej opowiastki, ale imieniem psa. Na okładce i w prawie każdym kadrze komiksu pojawia się też druga bohaterka, dziewczynka w nieokreślonym wieku, wyglądająca jak każde dziecko, tak, że bez przedstawienia moglibyśmy uznać ją za chłopca – ale wiemy, że ma na imię Wiktoria. Trudno powiedzieć, żeby Bajka była pupilką Wiktorii, jest raczej jej równorzędną towarzyszką, rozmawiającą, wspierającą, uczestniczącą we wszystkim. Cechy antropomorficzne psa mogą kojarzyć się z bajką, ale w jakiej bajce dwie dziewczynki (ludzka i psia) wędrują samotnie po zniszczonych pustkowiach? Jakby ziemskich, choć na naszą planetę nieco zbyt fantastycznych, zwłaszcza jeśli wziąć pod uwagę portal, którym Wiktoria i Bajka wpadają do innego (?) świata lub wymiaru, oraz jedyne napotkane postaci: bezpostaciowe, zmiennokształtne coś i kolejne gadające zwierzę. Co prawda tapir deklaruje, że pochodzi z Ameryki Południowej, a konkretnie to z zoo, więc utwierdza nas w przekonaniu, że akcja toczy się na Ziemi, tylko kiedy indziej i, zważywszy na wspomniany portal, gdzie indziej.
Ta niedookreśloność jest wielką zaletą albumu Marcina Podolca. W książkach dla starszych dzieci i młodzieży często przeszkadzają nam (mnie i mojemu jedenastoletniemu synowi) zbyt jednoznaczne wskazówki autorów oraz ilustratorów, co i jak mamy dostrzegać, interpretować, wnioskować. Jakby czytelnik ze swoją wyobraźnią nie był do niczego potrzebny, nie musiał dopełniać utworu, wzbogacać go swoim postrzeganiem, bo twórca wszystko już zaplanował. U Marcina Podolca na szczęście jest inaczej, ścieżkami, które wyznaczył Wiktorii oraz Bajce możemy sobie chodzić, jak chcemy, powoli snuć domysły i przypatrywać się każdemu drobiazgowi, albo przebiec szybciutko – właściwie można by przeczytać cały komiks w pół godziny. Tylko po co tak się spieszyć? Tutaj nie chodzi o zdobycie jakiejś wiedzy, osiągnięcie celu w każdym calu i jak najszybciej, tylko o podróżowanie do końca świata i na koniec świata, odkrycie czegoś nowego w książce dla dzieci i we własnej fantazji.
Ilustracje z jednej strony idealnie pasują do ekspresji komiksu dziecięcego, oczekiwań małego czytelnika, a z drugiej są bardzo dojrzałe. Spodobała mi się mimika bohaterów (nawet tego zmiennokształtnego!), dynamika upadków, okrzyków i biegów, przeplatana scenami raczej statycznymi i nieco melancholijnymi, oraz dominująca w albumie falistość, zaokrąglanie pejzaży, twarzy (Weroniki), roślin. Chyba pierwszy raz zetknęłam się w komiksie dla dzieci z moją ulubioną pomarańczowo-bordowo-brązowo-piaskową kolorystyką, która przeważa w "Ostatnim ogrodzie" (z dość dużym udziałem szarości), co należy uznać za śmiałe rozwiązanie w segmencie wydawniczym kojarzonym z wielobarwnością i radosną eksplozją wszelakiej soczystości. Przełamanie zielenią ogrodu (zapowiedzianego w tytule) następuje tylko na dziewięciu z 64 stron.
Pokazany przez autora kosmos dla dziewczynek może się okazać objawieniem – oto nie tylko księżniczki są bohaterkami, a w dziewczęcych książkach można się obyć bez różu, zakochanych absztyfikantów, wiecznych konkursów piękności i popularności. Na końcu świata to wszystko i tak nie będzie miało znaczenia.
Bożena Itoya

Marcin Podolec, Bajka na końcu świata. Tom 1.: Ostatni ogród, Kultura Gniewu (Krótkie Gatki), Warszawa 2017.

wtorek, 22 sierpnia 2017

Tymek i Mistrz. Tom 3.


Recenzowanie kolejnych tomów wydania zbiorczego jakichkolwiek utworów bywa zajęciem niewdzięcznym, jeżeli poszczególne elementy kolekcji niewiele się różnią. Co nowego można powiedzieć o tym samym (w zasadzie) materiale? Jednak w przypadku serii "Tymek i Mistrz" lubię sięgać po kolejne części, zawierające zawsze po kilkadziesiąt krótkich komiksów, i po lekturze zawsze mam jakieś nowe wrażenia – w dodatku same dobre. Wszystkie trzy tomy mają jednakową atmosferę, więc nie można się przyczepić do dobrej lub złej zmiany, autorzy raczą nas też analogicznymi, atrakcyjnymi dodatkami (czary do wykonania w domu, okładki, zagadki, odcinek w języku francuskim), a same historyjki, choć często (i celowo) oparte tylko na określonym zestawie konceptów, są niezmiennie świeże i dowcipne. Przygody czarnoksiężnika i jego mistrza publikowane były już wcześniej, ale po raz pierwszy zyskały tak udaną i efektowną kolekcjonerską formę właśnie pod skrzydłami wydawnictwa Kultura Gniewu.
Ostatni, trzeci tom "Tymka i Mistrza" ukazał się wiosną 2017 roku, sprawiając jednakową frajdę mojemu synowi i mnie. 66 zwariowanych, mocno absurdalnych historyjek czytaliśmy na raty, w różnych okolicznościach, jako wakacyjną lekturę jedenastolatka i przerywnik między poważniejszymi książkami oraz w ramach relaksu w przerwie od pracy czy w autobusie. Jeśli lubi się komiksy (te humorystyczne i kolorowe), ten album pasuje na chyba każdą okazję. Najlepiej zastosować dietę czytelniczą analogiczną do zasad zdrowego odżywiania i konsumować "Tymka i Mistrza" często, ale małymi porcjami. Przy próbie połknięcia w całości mojemu synowi album się po prostu "przejadł" i młody czytelnik musiał parę godzin pościć.
O postaciach narysowanych przez Tomka Lwa Leśniaka nie można powiedzieć, że są ładne, raczej cudaczne, dziwaczne i wyłupiaste, a jednak komiks jest niewątpliwie atrakcyjny wizualnie, zarówno pod względem graficznym i kolorystycznym, jak i edytorskim. Czytelnik, czy to kilkuletni, czy kilkunastoletni, czy nawet dorosły, świetnie bawi się w tej krainie barwnych, czarujących brzydali, wśród których prym wiedzie Mistrz jako bobas.
Wiadomo nie od dziś, że książki o małoletnich czarodziejach cieszą się olbrzymią popularnością. W tym ujęciu jednak wszystko jest inne niż zazwyczaj, nie doświadczymy tu ani mroków Ziemiomorza, ani ich "unastoletnionej" wersji, a Tymek nie okaże się namaszczonym wybrańcem. Jeden odcinek to jeden problem do rozwiązania w kilkunastu (przeważnie, bo czasem w dwudziestu kilku) kadrach, niekiedy zmiennych wielkości i kształtów. Wyzwaniami są dla Tymka i Mistrza na przykład: błazen strojący sobie bezczelne żarty z króla, rozróżnianie grzybów, żółw, który nie chce być już powolny, bo ma bajkowe plany, kurczenie się wszechświata, pojedynek bokserski z Psujem i Popsujem (straszne dranie, uwielbiamy ich spiski!), uporządkowanie kolekcji latających dywanów, porozumienie się z błędnym (tym najpopularniejszym!) rycerzem, posiadanie węża w kieszeni, sprzątanie (metodami tradycyjnymi i nie tylko) liści, a zaraz potem – walka z gryfem strzegącym skarbu i... zapalenie gardła narratora. Rozrzut jest więc znaczny, podobnie jak stopień absurdu, tym bardziej, że wśród historyjek zdarzają się oparte na frazeologizmach, jak choćby: zapalać się do czegoś – ostudzić (siebie, zamiary) – zyskać parę – cała para poszła w gwizdek (a wszystko to o pewnym potworze...). Dowcipy językowo-sytuacyjne raczej nie będą zrozumiałe dla dzieci młodszych niż ośmiolatki i właśnie tak określiłabym dolną granicę wieku czytelników "Tymka i Mistrza". Górnej granicy nie stwierdzono.
Czytając opowiastki napisane przez Rafała Skarżyckiego obserwujemy wszystkie szczegóły na ilustracjach, każdą minę narysowaną przez Tomka Leśniaka. Tu naprawdę widać, że autorzy znakomicie się rozumieją, nie potrafimy rozdzielić scenariusza od rysunków, tylko przyswajamy komiks jako całość. A to wcale nie jest takie oczywiste, bo wciąż natykam się na adresowane do dzieci dymkowane historyjki, których percepcja przypomina lekturę książki z ilustracjami – najpierw trzeba czytać, potem można oglądać, ale właściwie nie ma takiej konieczności, bo obrazki nie wprowadzają nic nowego. Oczywiście świadomi czytelnicy i księgarze wybierają tylko komiksy dobrej jakości, perełki jak "Tymek i Mistrz", ale na rynku czasopism, podręczników i "książeczek" dla dzieci jest znacznie więcej tworów komiksopodobnych, wykorzystujących tę formę twórczości jedynie z nazwy, w celu przyciągnięcia uwagi małego czytelnika. To właśnie na takie "podróby" trafiają zazwyczaj przypadkowi czytelnicy i to one podtrzymują (oraz tuczą!) stereotyp komiksu jako lektury gorszej, mniej wymagającej i wartościowej, przeznaczonej dla osób nieradzących sobie z "czystym" tekstem. Chciałoby się, żeby pod każdą strzechę trafił raczej "Tymek i Mistrz", bo seria panów Skarżyckiego i Leśniaka (zresztą nie tylko ta jedna) ma styl, charakter i poziom doceniany i przez znawców, i amatorów komiksu, a także przez całkowitych amatorów w dziedzinie czytania kolorowych zeszytów. Oczywiście każda z tych grup może szukać w "Tymku i Mistrzu" czego innego i doceniać rozmaite cechy tych kadrów, ale łączy ich efekt komiksu: śmiech.
Bożena Itoya

Rafał Skarżycki (scenariusz), Tomek Lew Leśniak (rysunki), Tymek i Mistrz. Tom 3, wydanie drugie (kompletne), Kultura Gniewu – Krótkie Gatki, Warszawa 2017.