cudanakiju.pl

cudanakiju.pl
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Piotr Nowacki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Piotr Nowacki. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 28 października 2021

OM. Apetyt na przygodę


Na nowe, zmienione i rozszerzone wydanie komiksu "OM. Apetyt na przygodę" spoglądałam łakomie od chwili jego zapowiedzi. Autor – Piotr Nowacki, i nowy wydawca – kultura gniewu / krótkie gatki, przywrócili do życia bohatera dzieciństwa mojego syna-licealisty, dodając kolory, epilog, fantastycznych rysowników w charakterze gości, kilka materiałów specjalnych oraz twardą oprawę. Poprzednia edycja ukazała się w formacie i formie zeszytu, w czerni i bieli, jako darmowe wydawnictwo towarzyszące festiwalowi Komiksowa Warszawa 2012. Co prawda czcimy i hołubimy tę pamiątkę, w której mamy jeden z pierwszych wrysów i autografów, jakimi szczodrze obdarował nas Jaszczu, ale nowe wydanie to po prostu sztos. Zainteresowanie i zabawa dzieci są gwarantowane, zdziecinnienie i towarzyszące mu odprężenie dorosłych również zostało wpisane w koszt albumu. Który zresztą jest obiektywnie bardzo niski i w końcu muszę pochwalić za to niezrównaną kulturę gniewu: wasze komiksy i inne książki graficzne są nie tylko najlepsze, ale mają też najbardziej konkurencyjne ceny. Nawet "ShaunyTany", na które narzekano w internetach, że takie drogie przy tak niewielkiej objętości. Dla mnie tam Shaun Tan objął swoją sztuką cały świat, ale nie karmmy trolla, a poza tym miało być o żabodinozaurze Omie.

"OM. Apetyt na przygodę" można uznać za swoisty komiks drogi adresowany do młodych, niepozbawionych poczucia humoru czytelników. Na pierwszej stronie bohater robi to, na co każdy z nas miewa ochotę: unicestwia nachalny budzik. Poprzez połknięcie. Następnie zajmuje się podgrzewaniem gigantycznego jaja, bez garnka, bezpośrednio na kuchence. Czyżby było to właściwe śniadanko? Zanim sprawa się rozwikła, obserwujemy jeszcze OMa, posiadającego imię dźwiękonaśladowcze, jak robi "OM OM OM" pożerając szczotkę do zębów (ale już po ich umyciu, grzecznie) i szachy, których partyjkę wcześniej rozegrał sam ze sobą. Zębata paszcza żabodinozaura zamyka się tylko przy chrupaniu, dodatkowo jedno oko jest zawsze do połowy zakryte powieką, stąd wygląda on może niezbyt... typowo.

Niestandardowa okazuje się również relacja z wielkim jajem, po ociepleniu wyrastają mu bowiem nóżki, przywdziewa tornister i razem z OMem rusza na przystanek autobusu szkolnego. Tak oto dowiadujemy się, że bohaterowie są przyjaciółmi z klasy, w której nauczycielką jest zresztą robot. OM wykonuje na matematyce działanie, o którym zawsze marzyłam, kompletnie rujnując szkolny porządek i po raz drugi zostaje moim idolem. Autobus odwozi OMa i jajo do domu, szkolny dzień dobiega końca, kolejny poranek przynosi powtórkę z rozrywki... do momentu, gdy wyda się, że lodówka będąca łóżeczkiem jaja jest pusta.

Przełom akcji okazuje się gwałtowny, autor co chwilę przyspiesza i urozmaica i tak fantastyczną przygodę. OM zmienia się w Sherlocka, trafia na kolejnych złoczyńców, porywaczy, których nikczemne napady doprowadzają naszego bohatera do rezygnacji tak dużej, że nawet zamyka paszczę. Na szczęście pojawia się sensei kogut, organizuje szkolenie, potem mapę i wyprawia żabodinozaura w dalszą podróż, w której odwiedzimy inne, podwodne światy i komiksowe multiwersa. Wspomniani na początku goście nowej edycji "OMa" nie tyle przygotowali fanarty, co przerysowali po swojemu wybrane, kluczowe plansze. Efekt jest genialny, bo obrazki Piotra Nowackiego przeplatane porażającymi wizjami Łukasza Mazura, zaokrągloną, ale i tak zawsze ostrą kreską Tomasza Leśniaka, wszędzie rozpoznawalnym akcyjniakiem Michała Śledzińskiego, rozpływającymi się pod wodą akwarelowymi zwierzątkami Bereniki Kołomyckiej oraz nostalgią, jaką wywołać umie tylko mistrz kadrowanych bajek na końcu świata, Marcin Podolec, to po prostu przekrój polskiego komiksu i wspaniała zabawa. Na koniec dostajemy epilog oraz dodatki cenne dla każdego odbiorcy – i dorosłego kolekcjonera, i małego wielbiciela komiksów, który chciałby wiedzieć, jak to wszystko powstaje. Przeformułowanie dawnego "OMa" uważam za świetny pomysł, a także za dowód, że nasz rynek komiksowy to już nie tylko taki sobie bobasek, raczkujący i nieumywający się do dawnych geniuszów z czasów PRL. Według mnie uczniowie przerośli mistrzów.

Bożena Itoya 

Piotr Nowacki, OM. Apetyt na przygodę, kultura gniewu, Warszawa 2021.

wtorek, 19 marca 2019

Totalna masakra #1

Rozglądając się za nowościami wydawniczymi dla młodszej (i starszej) młodzieży warto poświęcić trochę czasu na poszukiwania, przyjrzeć się ofercie małych, niemal nieznanych edytorów, postawić na publikacje niewsparte wielkimi kampaniami reklamowymi (choć teraz te działania promocyjne określa się inaczej). Trudne to zadanie, bo zazwyczaj reagujemy na produkty popularne i gdzieś już widziane, z czymś się kojarzące. Czytający dzieciom rodzice i rodzice czytających dzieci mogą znać trio Pokembry dzięki albumom z cyklu "W koronie" (wydawnictwo Tadam), ale wspólna twórczość Bartosza Sztybora, Piotra Nowackiego i Łukasza Mazura jest bliska raczej bywalcom niezależnych (i niedziecięcych) imprez komiksowych. Pokembry to nie tylko autorski kolektyw, ale też wydawnictwo, które w lutym 2019 roku po raz pierwszy zaatakowało rynek kolorowym zeszytem adresowanym do (między innymi) młodego czytelnika. Pierwsza cześć serii "Totalna masakra" wyjaśnia genezę serii podtytułem: "Bo Gagata była głodna". Niektórzy dorośli słysząc oba te tytuły zapewne odniosą wrażenie, że nie nadążają za językiem, żartem, formą (sami twórcy twierdzą, że to "Komiks dla dzieci, młodzieży i dorosłych, który wychodzi poza ramy gatunku i nawet nie myśli, żeby tam wracać"). Czytając kolejne dymki i wpatrując się w kolorowe kadry można albo pokładać się ze śmiechu i kartkować komiks ciągle od początku, na okrągło (ja w ciągu tygodnia przeczytałam to dziełko 5 czy 6 razy), albo mruknąć "o co cho?" i cisnąć "Gagatę" w kąt, raz na zawsze.
Komiks "Totalna masakra" okazał się ładunkiem świetnej zabawy dla nastoletniego fana kolorowych zeszytów. Dodatkowo "Gagata" zrobiła na nas ogromne, pozytywne wrażenie dzięki graficznym zagrywkom autorów. Ta lektura była jak pierwszy kontakt z nowym typem animacji, powiedzmy z zeszłorocznym, oscarowym filmem "Spider-Man Uniwersum". Mimo lekkiej formy i żartobliwości konceptu twórcy traktują swoich czytelników poważnie, jest to publikacja przemyślana, dopracowana pod każdym względem należącym do sztuki komiksu, włączając szczyptę szaleństwa. Pozorny chaos jest wypadkową kolorów, konwencji gatunkowych i graficznych dobranych przez genialnych rysowników i scenarzystę. Zwarta i najeżona niespodziankami fabuła nie pozwala na jakiekolwiek, choćby najogólniejsze streszczenie, bo prowadziłoby ono do spoilerów i spalenia każdego kawału.
Do nas przemawiają wszelkie rozwiązania wtłoczone w "Totalną masakrę". To utwór, a nie jakiś plastycznie wtórny, fabularny urywek z "magazynu" dla dzieci, na przykład takiego ze świata popularnych skandynawskich klocków – podobne gazetki są zapewne najpoczytniejszymi komiksami w Polsce. Wracając do początku moich przemyśleń, lepiej trochę podrążyć i nie ograniczać się do oferty saloników prasowych, nie zniechęcać się poziomem dostępnych tam komiksów czy "książeczek". Polscy twórcy komiksów dla młodzieży dopiero się rozkręcają, a my czerpiemy wielką radość z obserwowania ich kolejnych pomysłów. "Totalna masakra" należy do tych najfajniejszych.


Bożena Itoya

Totalna Masakra. Bo Gagata była głodna, pomysł i scenariusz: Bysztor; ołówek i dizajn postaci: Jazczur; tusz, kolory, skład i magia: Łazur; okładka: Jaszczur i Mazur; Wydawnictwo Pokembry, luty 2019 / wydanie pierwsze.

czwartek, 15 lutego 2018

Reformator. Marcin Luter


Dzieło Michała Rzecznika (scenariusz i tekst) i Piotra Nowackiego jest przede wszystkim tym, na co wskazują tytuł i strona redakcyjna: powieścią graficzną o Marcinie Lutrze, biografią podzieloną na kadry, komiksem historycznym i częściowo religijnym. Znając twórczość ilustratora zakładaliśmy jednak, że w albumie zagoszczą elementy humorystyczne, a przynajmniej rozrywkowe. I rzeczywiście, "Reformatorowi" daleko jest do suchej, szkolnej historii. Po otwarciu książki znaleźliśmy tu trochę żartów i bardzo dużo wiedzy, z lewej strony – skondensowanej, leksykonowej, a z prawej – rozpisanej na lekkie dymki i proste kadry. Dwudzielna konstrukcja publikacji jest dobrym rozwiązaniem, bo nie musimy przyswajać całej dawki informacji historycznych od razu, czytając komiks. Po definicje i przypisy możemy sięgnąć dopiero później lub, jeśli czytelnik jest bliżej dolnej granicy wieku (10 lat), wcale. Oczywiście popularnonaukowy, a nie popularny charakter książki jest jej zaletą, w końcu została wydana przez Widnokrąg z okazji 500-lecia reformacji, a publikacje jubileuszowe zazwyczaj mają charakter poważnego kompendium.
Przeciętny jedenastolatek, a nawet bardzo dobry uczeń piątej klasy (zaczynający drugi semestr), niewiele wie o reformacji, ba, prawdopodobnie nawet nie słyszał o Marcinie Lutrze. Na tym etapie edukacji lekcje religii i historii nie oferują żadnych informacji o "trzech głównych gałęziach chrześcijaństwa". Komiks "Reformator. Marcin Luter" wypełnia lukę w wiedzy młodszych nastolatków, ale też w publikacjach dla tej kategorii wiekowej, bo w ofercie wydawnictw dziecięcych nie zauważyłam ostatnimi laty niczego o podobnej tematyce: czy to powieści, czy opowiadań, czy wreszcie komiksów. Nie wiem, dlaczego pedagodzy i animatorzy życia wydawniczego unikają tematu zróżnicowania wyznaniowego, logiczne wydaje się, że im wcześniej pewne sprawy zostaną wyjaśnione dzieciom, tym większa szansa na to, że wyrosną one na tolerancyjnych dorosłych, tworzących świadome i otwarte społeczeństwo. Podkreślam, że potrzebne jest dokładne objaśnienie, jakie podjęli właśnie autorzy "Reformatora", a nie tylko wyliczenie. Aby młody człowiek zrozumiał, skąd wzięły się podziały na różne religie i ich gałęzie, z czego wynikają i jak głęboko sięgają, nie wystarczy nauczyć go na pamięć kilku nazw własnych ("katolik", "żyd", "cerkiew", "muzułmanin", "protestant"...). Rzucanie samymi terminami raczej dzieli niż łączy, a zrozumienie pochodzenia danego wyznania prędzej czy później zaprowadzi dziecko do refleksji, że różnice w wierze sąsiada albo kuzyna wcale mu nie przeszkadzają, są ciekawe i "nie trzeba się ich bać". To dobry temat do długich rozmów i właśnie o dyskusjach opowiada "Reformator", wszak i tezy (Lutra i każde inne) są ich częścią składową, etapem.
Komiksowa encyklopedia protestantyzmu będzie cenna dla członków tego Kościoła i osób spoza niego, wiernych i ateistów, bo choć dotyczy spraw wyznaniowych, to niczego nie narzuca, nie twierdzi, że opisywane wyznanie jest jedynym słusznym. Poznajemy korzenie, źródło wiary "40% wszystkich chrześcijan", ale nie musimy do nich dołączać. Jedyne zagrożenie, jakie rodzic czy nauczyciel może dostrzec w tej publikacji jest takie, że po jej przeczytaniu dziecko zażyczy sobie opowiedzenia w analogiczny sposób o swojej "rodzinnej" wierze, a dorosły nie będzie czuł się kompetentny i nie znajdzie równie dobrej, analogicznej książki o katolicyzmie, prawosławiu, judaizmie czy islamie. A wartość albumu "Reformator" opiera się na poziomie merytorycznym oraz plastycznym, ogólnej przejrzystości i wesołości, mimo poważnego tematu. Jest mądrze, ale nie przemądrzale. To wymarzona pozycja dla inteligentnych młodych ludzi, którzy nie lubią ani bezmyślnego wkuwania religijnych formułek, ani infantylnych historyjek trawestujących Biblię, niczego niewyjaśniających, tylko wpajających konkretne poglądy.
W "Reformatorze" historię życia Marcina Lutra opowiada nam on sam. Przemawia do nas zwyczajnym, współczesnym językiem, krótkimi zdaniami i wersalikami, przyswajalność tekstu jest więc stuprocentowa. Przyjęcie formy powieści graficznej stylizowanej na autobiografię umożliwiło autorom wprowadzenie elementów komicznych. Narrator zwraca się bezpośrednio do czytelnika, przyjmuje rolę prowadzącego reality show lub reportera relacjonującego (przed kamerą i "z offu") wydarzenia w filmie dokumentalnym, czasem znikając nagle z tej drugiej strony "ekranu" – na chwilę, wtedy wyznacza zastępcę w snuciu opowieści, albo na stałe. My siedzimy zahipnotyzowani niczym telewidzowie i dajemy się prowadzić w głąb historii.
Na jej początku reformator zdradza, że zdarzyła się 500 lat temu, zasiada w fotelu i włącza pilotem zupełnie współczesny telewizor. Jednak niekiedy obrazki przeskakują z Lutra ówczesnego, dojrzewającego od bobasa do staruszka, na relacjonującego wydarzenia Lutra wiecznie młodego, komiksową zjawę. Te przejścia nie zostały wyróżnione innym krojem czcionki, kształtem dymków czy wyglądem kadrów, są płynne i zabawne. Prawie cała opowieść przedstawiona została w czerni i bieli, tym wyrazistsze okazały się jedyne fragmenty ujęte w kolorze: okładka oraz pewien logotyp. A co to jest logotyp i czemu jest tak ważny dla protestantyzmu, zazwyczaj kojarzonego z dystansem do obrazów religijnych, dowiecie się w toku opowieści o reformatorze.
Poznamy też warunki, w jakich wychowywał się i kształcił Marcin Luter, od domowej i szkolnej surowości do studiów, poświęconych dyskusjom, wykładom, poszukiwaniom mistrza i stawaniu się nim. Reformator zwierza nam się ze swoich niegdysiejszych rozterek, lęków i wewnętrznych przemian, które doprowadziły go do odmiany oblicza duchowieństwa i duchowości chrześcijańskiej. Czytelnik jest świadkiem decyzji, błędów i błądzenia, wysłuchuje miniwywiadów – relacji świadków i jednego... spoilera. Poznaje oraz odczuwa ducha średniowiecza i renesansu, w sposób humorystyczny, ale wierny i przede wszystkim zapadający w pamięć. Tu historia nie jest nudna, posiada nawet cechy kostiumowego kina akcji: mamy i porwanie o zaskakującym przebiegu oraz finale, i konne ucieczki, i życie w przebraniu. Nie zabraknie też ujęć symbolicznych, obrazujących idee czy rozważania Lutra oraz innych myślicieli. Autorzy prowadzą z nami pewną grę, bawią się konwencją i przekazem, zawieszając opowieść między sacrum teologii a profanum kultury popularnej. Na otwierającym komiks portrecie bohater wygląda niczym zacny starszy jegomość, czyli tak, jak należałoby się spodziewać, ale na wielu innych obrazkach bliżej mu do figurki Buddy Christ z "Dogmy".
Kluczowe wydarzenia pojawiające się we właściwym komiksie zostały też ujęte na obrazkowej linii życia Marcina Lutra, widocznej na obu wyklejkach. To niby tylko szczegół, graficzne uzupełnienie, ale właśnie ten wstęp i podsumowanie w jednym zachęciło nas do lektury "Reformatora". Mój syn, jak pewnie większość jedenastolatków, sam z siebie nie sięgnąłby po komiks historyczny dotyczący zupełnie mu obcego zagadnienia. Co innego, gdy historię "wykadrował" Piotr Nowacki, jeden z jego ulubionych rysowników.
"Reformator. Marcin Luter" jest również opowieścią o wypaczeniu idei wielkiego myśliciela, o planie reformy, która miała zintegrować członków Kościoła, odświeżyć go, a doprowadziła do wielkiego podziału. Ważna, ale i trudna to nauka dla młodego czytelnika: skutki przełomowych przedsięwzięć (programów, wydarzeń, wynalazków) mogą znacznie odbiegać od założeń aktywistów i wynalazców, bywają nieprzewidywalne, bo burzę, wywołaną nawet z dobrych intencji, trudno ująć w ramy i kontrolować. Starszy nastolatek może wyciągnąć z tej lektury wnioski prowadzące do zainteresowania nie tylko historią czy teologią, ale i politologią. Jednak rozważanie, co powinien zrobić Marcin Luter inaczej, z czyim wsparciem, by zreformować Kościół katolicki, a nie doprowadzić do powstania nowego, protestanckiego, wykracza poza możliwości dziesięcio-, jedenasto-, a nawet dwunastolatka. Czytelnik w tym wieku skorzysta z "Reformatora" w inny sposób, poza informacjami o dziejach Europy i jej religii zyskując bogatą wiedzę o sztuce komiksu: jak rozpisać opowieść na kadry i dymki, jak operować ramkami, by było i czytelnie, i zaskakująco, jak stopniować napięcie i dawkować dane albo co zrobić, by czarno-biały komiks historyczny był nowoczesny i przykuwał uwagę młodych, na co dzień niekultywujących wszelkich "pereł z lamusa". Album Michała Rzecznika i Piotra Nowackiego jest wymarzonym materiałem do omawiania na zajęciach poświęconych komiksowi, także tych szkolnych, bo temat powraca na lekcjach języka polskiego. Wykorzystanie w dydaktyce to jednak tylko jedna z możliwości poszerzonej lektury "Reformatora", największą frajdę może sprawić po prostu domowe czytanie i późniejsze rysowanie własnych komiksów, bo prace Piotra Nowackiego zawsze pobudzają dzieci do twórczości. W tym wypadku aktywizuje także format publikacji, bardzo zbliżony do kartki z bloku rysunkowego (w pionie), a takie podobieństwa nie umykają młodym czytelnikom. Ciekawe, czy w takiej komiksowej autobiografii powstałej na wzór "Reformatora", nasze portrety, wykonane przez naszych podopiecznych, będą podobne do twarzy dorosłych zapamiętanych przez małego Lutra. Lepiej poćwiczmy przed lustrem czytanie komiksów, by dzieci widywały jak najmniej takich zaciętych, beznamiętnie surowych min.
Bożena Itoya

Michał Rzecznik (scenariusz i tekst), Piotr Nowacki (rysunki), Reformator. Marcin Luter, Wydawnictwo Widnokrąg, Piaseczno 2017.

wtorek, 9 stycznia 2018

Detektyw Miś Zbyś na tropie: Lis, ule i miodowe kule; Skarb kapitana Czarnofutrzastego

Popularność polskiego komiksu dla dzieci od kilku lat rośnie i rośnie. Gatunek różnicuje się, specjalizuje, utrzymując zainteresowanie dojrzewających fanów oraz ciągle zyskując nowych. Jak to się stało, że Polacy, słowo komiks rozumiejący jako synonim "Tytusa" lub "Kajka i Kokosza", jeden z tych pozytywnych, sentymentalnych aspektów PRL-u, przyjęli coś nowego? W pewnym sensie zadziałała tu zasada dobrego pierwszego wrażenia: kto zacznie od ciekawego, atrakcyjnego komiksu, ten zechce się zaprzyjaźnić z kolejnymi, będzie sięgał po inne tytuły, niekoniecznie tych samych autorów i wydawnictw. Podobnie raz przekonany do dymkowano-kadrowanej formy rodzic, bibliotekarz czy nauczyciel już nie cofnie się w swoich przekonaniach. Otóż na początku był "Miś Zbyś". I nadal jest! Przynajmniej dla nas.
Po pierwsze, w roku 2013, gdy ukazał się komiks "Lis, ule i miodowe kule", mój syn akurat na dobre zabierał się za samodzielne czytanie i wyszukiwanie interesujących go pozycji w bibliotece, gdzie trafiliśmy na pierwszego "Detektywa Misia Zbysia na tropie". Po drugie, jest to publikacja idealna właśnie dla początkujących czytelników, dzięki niej składanie liter w słowa i zdania nie kojarzy się z boleściami, morałami czy nakazami. Po trzecie wreszcie, to jeden z pierwszych produktów polskiej kultury, na widok których zakrzyknęłam: "Wow! To naprawdę nasze, polskie?". Komiks wydał mi się po prostu śliczny, wydany perfekcyjnie, kolorowy jak marzenie, nie byłam przyzwyczajona do tak poważnego traktowania małego odbiorcy. Stworzenie i wydanie w 2013 roku "Lisa, uli i miodowych kuli" można uznać za działanie odważne oraz ryzykowne. Może i polski rynek książki już pięć lat temu rósł w siłę i różnorodność, ale o sukcesie publikacji w dużym stopniu decyduje jej sprzedaż, a więc zainteresowanie klientów, a oni niekoniecznie są koneserami sztuki ilustracji czy komiksu. Przez siłę przyzwyczajenia, niejako z rozpędu, rodzice i dziadkowie wybierają dla maluchów raczej "tradycyjne" bajeczki, bo to na pewno się spodoba i to sami czytywali w dzieciństwie. Dodatkowo oszczędność, będąca chyba naszą narodową cechą, wpływa na popularność książeczek mrowiących się w supermarketowych koszach z przecenami. Mało kto decyduje się na solidnie wydaną (a więc nie za 4,99 albo 9,99 zł...) książkę, w której tekstu znajdujemy niewiele, a dostępna jest tylko w księgarniach. Do niedawna był to towar ekskluzywny, w świadomości potencjalnych nabywców niewspółgrający z potocznym rozumieniem komiksu w Polsce (takie sobie, śmieszne historyjki wydawane jako broszury lub element dziecięcych czasopism). Na urodziny, Gwiazdkę czy zakończenie roku szkolnego trzeba dać dziecku "porządną" książkę, najlepiej Tuwima, Brzechwę, Andersena albo Grimmów, prawda? Na szczęście takie myślenie odchodzi do lamusa, a komiksy powoli przebijają się jako pełnowartościowe publikacje, cieszące dzieci przynajmniej tak samo jak literatura, a ściągane z domowej półki znacznie częściej od niej. Co ważne, komiksy i książki "komiksowane", czyli te, w których dymki i rysunki są elementem narracji literackiej, zaczęły się też pojawiać wśród pozycji nominowanych do najważniejszych polskich nagród dotyczących książki dla dzieci. Moim zdaniem, nie doszłoby do tego, gdyby kilka lat temu nie zaczął się ukazywać "Detektyw Miś Zbyś na tropie" (oraz "Ryjówka przeznaczenia" Tomasza Samojlika), przecierając szlaki innym albumom, choć sama omawiana seria nie została nagrodzona nominacją, wyróżnieniem ani statuetką czy to Koziołka Matołka (jak "Hej, Jędrek! Przepraszam, czy tu borują?" Rafała Skarżyckiego i Tomasza Lwa Leśniaka w 2016 r. – za rok 2015), czy Ferdynanda Wspaniałego (jak "Kościsko" KaeReLa w 2017 r. – za rok 2016), czy Polskiej Sekcji IBBY (jak "Bajka na końcu świata" Marcina Podolca w 2017 r.).
Pierwszy tom serii "Detektyw Miś Zbyś na tropie" w 2017 roku został wydany przez Kulturę Gniewu po raz drugi, w poprawionej wersji. Album "Lis, ule i miodowe kule" jest ciekawą, czytelną i ze wszech miar zgrabną historyjką obrazkowo-literacką ujętą w duże, stosunkowo nieliczne kadry (dwa na stronie lub jeden na stronie, a czasem nawet jeden na dwóch stronach – rozkładówki). Fabuła koncentruje się na pogoni prywatnego detektywa Misia Zbysia i jego asystenta Borsuka Mruka (jak głosi wizytówka na ich biurze) za złodziejem miodu. Poszukiwania zleca klientka nie byle jaka, bo sama władczyni Pszczelego Królestwa. Bohaterowie ruszają w daleką (zwłaszcza dla mrukliwego Mruka) drogę, badają ślady pozostawione przy okradzionych ulach, składających się na okazały pszczeli zamek, nad którym czuwają uzbrojeni strażnicy, a wokół roi się od przezabawnych robotnic. Małemu czytelnikowi łatwo sobie wyobrazić ich bzyczenie, zaś odgłosy dźwiękonaśladowcze i pokazywanie paluszkiem są wręcz gwarantowanym elementem lektury. A potem, razem z bohaterami, goni się pewnego lisa, strona po stronie (a nie jest ich aż tak wiele, łącznie 48), aż do finału z tytułowymi miodowymi kulami.
Opowieść ponosi malucha, angażuje jego uwagę, stopniowo i skutecznie rozmiłowując w "Misiu Zbysiu". Etapowość jest jednym z większych atutów tego komiksu: okienko po okienku odkrywamy kolejne szczegóły, obserwujemy ruch (choćby były to oczy sowy – najpierw zamknięte, potem otwiera się jedno oko, za chwilę oboje oczu) i zmianę barw. Płynność historyjki obrazkowej, przypominającej wygodne schodki, mobilizuje dziecko do opowiadania na głos, co bywa wykorzystywane w pomocach dydaktycznych – na przykład zabawkach logopedycznych, jakie w okresie przedszkolnym lubił mój syn.
Dynamiczna akcja i wielość elementów przekładają się na wygląd kadrów: gdy potrzebujemy dobrze się rozejrzeć po okolicy, dostajemy rozkładówkę, kiedy zaś sytuacja jest... wielopiętrowa, kadry wyjątkowo zostają ułożone pionowo, a nie poziomo jak na pozostałych planszach. Podobne zabawy z kadrowaniem autorzy zastosowali również w drugim i trzecim tomie "Detektywa Misia Zbysia na tropie": "Złotym Sokole Teksańskim" (2014) i "Kosmos to za mało" (2016), a także w najnowszym "Skarbie kapitana Czarnofutrzastego" (2017), gdzie trzy okienka pojawiają się tylko na stronie z kulminacyjną walką (na pirackie kordelasy, oczywiście).
Czwarty tom "Misia Zbysia" porywa bohaterów w wir morskich podróży i pirackich awantur. W sielankowo-plażowych okolicznościach natury (pod uśmiechniętym, jak zwykle, słoneczkiem) Miś Zbyś i Borsuk Mruk rozkoszują się kolorowymi napojami, rozprawiając o niedoszłym śledztwie. Porzucają jednak spokojną przystań, by zareagować na dziewczęce wołanie o pomoc: udają się w pogoń za opryszkami unoszącymi w wiklinowym koszu porwaną panienkę. Na pierwszej rokładówce-wyszukiwance roi się od koszy, beczek, marynarzy i innych portowych zwierząt wielu maści oraz gatunków. Dominują psowate. Przy okazji zaczynamy się zastanawiać, jakim właściwie zwierzęciem jest uprowadzona "księżniczka". Zagadnienie to zostaje nieco rozjaśnione przez autoprezentację: "Mam na imię Lupa. Jestem córką słynnego wilka morskiego, kapitana Czarnofutrzastego". Bohaterka może się przedstawić, bo akcja ratunkowa nie sprawia większego problemu doświadczonym detektywom, którzy następnie podejmują zlecenie znalezienia tytułowego skarbu – w towarzystwie ocalonego dziewczęcia. Tu nie będzie już tak łatwo, tym bardziej, że na bogactwa czyhają prawdziwi, groźni piraci, specjaliści w knuciu i porywaniu majętnych osób. Pokonując morze, dżunglę, rzekę, wodospad i lawę, kuszeni urokami wiecznego lenistwa, zniechęcani falsyfikatami skarbu, zwodzeni na manowce, bohaterowie docierają wreszcie do celu, który jednak nie okazuje się happy endem. Prawdziwa odyseja! Oczywiście ostatecznie Miś Zbyś i Borsuk Mruk poradzą sobie z wszelkimi przeciwnościami i doprowadzą nas do zakończenia, jak zwykle otwartego, bo kto z czytelników chciałby usłyszeć "żyli długo i szczęśliwie" i nie czekać na kolejny tom?
W "Skarbie kapitana Czarnofutrzastego" poza rozbudowaną akcją, nieco odmienioną kolorystyką (jako kolorysta w zespole autorów debiutuje Tomasz Kaczkowski) i nowym wcieleniem naszych ulubionych pszczółek (egzotyczne bzyczki na okładce), doświadczymy odwołań do poprzednich tomów (nietoperze, rakieta), gry słów (wilk morski, borsuk-tchórz) oraz... częstego kartkowania. Autorzy kilkakrotnie przekierowują nas do wcześniejszych stron, abyśmy coś sprawdzili, dopatrzyli się szczegółów, po prostu wzięli czynny udział w przygodzie. Jeśli coś przegapimy, nie zrozumiemy akcji. Takie zawracanie pozornie przerywa ciągłość lektury, tnie fabułę, ale moim zdaniem jest trafnym wyborem, bo tez podobnie "przewijam" lub kartkuję dobre kryminały dla całkiem dojrzałych widzów i czytelników. Konieczność koncentracji, zapamiętywania, gdzie w książce coś zostało wspomniane po raz pierwszy, a także wymagana umiejętność liczenia przynajmniej do sześciu podnoszą nieco poprzeczkę wieku czytelnika "Skarbu kapitana Czarnofutrzastego" względem poprzednich części komiksu – wydaje mi się, że z wszystkimi zagadkami poradzą sobie dzieci co najmniej pięcioletnie.
Komiksy o duecie Zbyś&Mruk uczą spostrzegawczości, rozweselają jak mało która książka, zapewniają wrażenia plastyczne, jakich nie dostarczy dziecku nawet ulubiony film animowany (a co dopiero galeria sztuki...). Jeśli nie chcemy, by dzieci dostały alergii na czytanie, wolelibyśmy uniknąć przyszłego odczulania lekkimi lekturami dla młodszych nastolatków, lepiej zacząć od pozycji stworzonej specjalnie dla przedszkolaków, kuszącej i przyjaznej w formie oraz treści. Na przykładzie swojego syna mogę zapewnić, że kto zainteresował się "Misiem Zbysiem" za młodu, ten zostanie świadomym czytelnikiem (nie tylko komiksów) oraz miłośnikiem ilustracji. I choć jako jedenastolatek sięga już raczej po komiksy tworzone przez Piotra Nowackiego dla dorosłych, nadal radośnie chwyta nowe "Misie Zbysie", ogląda i czyta od deski do deski. To trochę jak z Myszką Mickey – jeśli się lubi, to w każdym wieku. A Miś Zbyś i Borsuk Mruk to trochę nasi polscy Myszka Mickey i Kaczor Donald.
Seria "Detektyw Miś Zbyś na tropie" po pięciu latach od publikacji pierwszej części pozostaje wyjątkowa czy nawet niszowa, bo dla małych dzieci nie znajdziemy wielu tak profesjonalnych publikacji komiksowych, wydanych z równą dbałością, co dla dorosłych, w trwałej, zupełnie poważnej formie. Jednak nie chodzi tylko o prezencję, to głównie ze względu na styl całości (scenariusz, rysunki, kolory) "Miś Zbyś" jest jedyny w swoim rodzaju. Góruje nad komiksowymi kuzynami w krótkich gatkach prostotą, lekkością, "kreskówkową" kreską i kolorystyką, oderwaniem od tego niepisanego zobowiązania do zaspokajania gustów nie tylko małych czytelników, ale i ich rodziców – szukających w komiksach albo "nutki edukacji", albo odniesień do "dojrzalszych" klimatów postapokaliptycznych czy mitologicznych. Tu znajdziemy tylko nieskrępowaną zabawę w detektywów, przebieranki, wyszukiwanki, czyli dokładnie to, czego oczekują maluchy w wieku około 3-7 lat. Miejmy nadzieję, że ta trafność i urok całej serii oraz poszczególnych jej odsłon zyskają jeszcze aplauz gremiów oceniających polską książkę dla dzieci. Atencją samych czytelników nie trzeba się martwić, bowiem znakomicie rozumieją się oni z autorami – dzieci lubią "Misie Zbysie", "Misie Zbysie" lubią dzieci.

Bożena Itoya

Maciej Jasiński (scenariusz), Piotr Nowacki (rysunki), Norbert Rybarczyk (kolory), Detektyw Miś Zbyś na tropie. Lis, ule i miodowe kule, wydanie drugie (poprawione), Kultura Gniewu (Krótkie Gatki), Warszawa 2017.
Piotr Nowacki (rysunki), Maciej Jasiński (scenariusz), Tomasz Kaczkowski (kolory), Detektyw Miś Zbyś na tropie. Skarb kapitana Czarnofutrzastego, Kultura Gniewu (Krótkie Gatki), Warszawa 2017.