cudanakiju.pl

cudanakiju.pl
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Widnokrąg. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Widnokrąg. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 1 lipca 2021

Coś i Nic

 


Czy coś jest lepsze niż nic? Zazwyczaj tak nam się zdaje. Tak też sądzili bohaterowie tej książki, tytułowi Coś i Nic. Do czasu!

Anna Paszkiewicz przygląda się utartym zwrotom, których używamy na co dzień: „coś wspaniałego”, „nic z tego”, „to dopiero coś!” i snuje z nich opowieść o tym, jak wskutek drobnego wydarzenia zawsze pomijane, smutne i osamotnione Nic zostaje dostrzeżone i docenione. Cała warstwa fabularna opiera się na na jednym koncepcie: że „coś” i „nic” są samoświadomymi bytami, które słuchają, co się o nich mówi, a powiedzonka, które wypowiadamy zupełnie nieświadomie, wpływają na poczucie własnej wartości u naszych abstrakcyjnych bohaterów. Można próbować się w tym doszukiwać różnych głębi, ja jednak nie bardzo je dostrzegam i chętnie pozostanę przy interpretacji, że jest to sympatyczna zabawa językiem.

Mocną stroną książki są ilustracje autorstwa Kasi Walentynowicz. Po pierwsze, udało jej się w bardzo prosty i przekonujący sposób przedstawić Coś i Nic. Coś to skłębione kolorowe linie. Coś zajmuje miejsce, pęcznieje, rozpycha się. Za to Nic jest prawie niewidoczne, narysowane czarną przerywaną linią, tyleż jest, co go wcale nie ma. Nic jest skromne, prawie przezroczyste. Ilustracje zostały wykonane flamastrami (albo techniką do złudzenia przypominającą flamastry). Są bardzo kolorowe, w podstawowej palecie barw, dosadne, gęste, pełne szczegółów, wesołe. Ilustratorka w ciekawy sposób wypełnia konkretem i detalem niedługi tekst, rozbudowując dzięki temu pojedyncze zdania w całe mikroświaty. 

Ronja St

Anna Paszkiewicz, Coś i Nic. Ilustracje: Kasia Walentynowicz, Wydawnictwo Widnokrąg, Piaseczno 2020

 

niedziela, 13 grudnia 2020

Mru Mru

 


 

 „-Dlaczego ja MUSZĘ?

-Bo W TYM LESIE niedźwiedzie tak robią.”


Bo wszyscy tak robią – chyba wszyscy spotkaliśmy się kiedyś z takim argumentem. Tak samo jak młoda niedźwiadka Mru Mru, która musi iść do gawry i spać przez całą zimę, choć wcale nie ma na to ochoty.

Mru Mru wygląda tak samo, jak wszystkie inne niedźwiedzie, ale czuje się inna. Często chce jej się spać, kiedy powinna czuwać, a kiedy przychodzi pora snu zimowego, w ciemności gawry doznaje tylko przejmującej nudy. W końcu Mru Mru opuszcza legowisko, jest zachwycona śniegiem i zimowymi gwiazdami, i właściwie na tym kończy się ta krótka historia. Początkowo książka wydała mi się pozbawiona puenty, i dopiero po chwili zdałam sobie sprawę, że może to być opowieść o poszukiwaniu i znalezieniu własnej tożsamości. W momencie olśnienia Mru Mru powtarza: „Jestem zimowym niedźwiedziem!”. Konwencjonalne życie nie pasuje do Mru Mru, lecz nie ma w tym nic złego.

Jest to krótka opowieść do niespiesznego czytania i uważnego oglądania ilustracji, które rozwijają narrację o ciekawe szczegóły. Poznajemy na nich całą rodzinę Mru Mru, jej towarzysza gila, inne zwierzęta zimujące pod ziemią, zmianę pór roku w lesie. Technika ilustrowania przypomina mi trochę Erica Carla, kolory są czyste i nasycone, kształty odcinają się ostro od tła jak wycinanki, widać też pociągnięcia pędzla. Na każdej stronie zmienia się jednak kadr – widzimy główną bohaterkę to z daleka, to z bliska, czasem w otoczeniu mnóstwa szczegółów, a czasem na pustym tle. Nastrój i kolory zmieniają się ze strony na stronę, wraz z nastrojem Mru Mru i porami roku.

Myślę, że książka szczególnie spodoba się osobom, które lubią chodzić do lasu i będą potrafiły rozpoznać na ilustracjach na przykład jałowiec, liść dębu czy kurkę. Warto też przeczytać ją więcej, niż jeden raz, bo nie ma porywającej fabuły, za to jej zaletą jest zimowy klimat i specyficzny, rozmarzony nastrój.


Kaisa Happonen, Mru Mru. Ilustracje: Anne Vasko, przekład: Natalia Nordling. Wydawnictwo Widnokrąg, 2020 r.

poniedziałek, 27 stycznia 2020

Przekręt na van Gogha


"Przekręt na van Gogha" Derona Hicksa to książka, w którą wnika się szybko, mimo niepewności co do jej charakteru. Na początku nie wiemy, czy to powieść fantastyczna z udziałem sobowtórów i tajemniczymi przenosinami w czasie (zwłaszcza, że w nagłówkach rozdziałów daty bywają pomylone) i przestrzeni, czy kryminał. A może przynudzanie o sztuce pod przykrywką powyższych? Na pewno takie obawy mogą mieć nastolatki, do których publikacja jest adresowana. Dopóki nie przeczytają pierwszych kilkunastu stron, wciągających i pokazujących, że nieciekawie ani pouczająco nie będzie.
Na początku książki spotykamy dwunastolatka, który nie wie, kim jest, gdy nagle budzi się czy odzyskuje świadomość w waszyngtońskiej Narodowej Galerii Sztuki. Chłopca poznajemy w miarę, jak on sam dowiaduje się czegoś o sobie. Wędrujemy z nim na komisariat i do tymczasowego domu, rodzaju pogotowia opiekuńczego, jakie oferuje dzieciom w trudnej sytuacji Mary, mama dziewczynki o imieniu Camille. A jak nazywa się nasz protagonista? Po rozmowie z Camille i Mary tymczasowo przystaje na imię Art, a w toku opowieści dowiemy się, na ile odpowiada ono jego charakterowi i dokumentom.
Kwestie związane z amnezją bohatera i tytułowym przekrętem, a właściwie prawdziwie groźnym przestępstwem, przeplatają się z motywami malarskimi, co współgra z imieniem Art. Połączone świetnym pisarstwem, oba wątki wypadają równie atrakcyjnie, mieszają się i stapiają w jedność, nawet nie intrygującą, ale wręcz porywającą. Naprawdę trudno było nam oderwać się od lektury.
Mimo że akcja i autor książki związani są ściśle ze Stanami Zjednoczonymi, to w "Przekręcie na van Gogha" dużo jest Paryża i ogólnie Francji. Wyczuliśmy też cząstkę dzisiejszego zwariowanego świata, miłującego globalność, wielkie eventy, przedsprzedaże i splendor. Znalazło się miejsce również dla własnego, niemal intymnego kontaktu ze sztuką, bowiem każdy opis obrazu lub szczegół biograficzny (z życia malarza lub bohatera) okazuje się tak wyrazisty, że czytając "Przekręt na van Gogha" wędrujemy z myślami narratora, odczuwając atmosferę wspominanych miejsc i prawie dotykając obrazów.

Władze muzeum były tak podekscytowane, że już teraz planowały wystawę, którą zamierzano otworzyć za niecałe dwa miesiące. Wydarzenie w związku z ogromnym zainteresowaniem opinii publicznej zostało wydłużone aż do połowy lata.
Historia obrazu była tak niesamowita, że niemal nieprawdopodobna. Przez długi czas mówiło się, że został on zniszczony podczas pożaru w czasie drugiej wojny światowej. Teraz jednak dzieło odnalazło się w pewnym sejfie bankowym w Berlinie razem z kilkoma innymi zaginionymi płótnami, które jeszcze czekały na identyfikację. Według marszanda, który pośredniczył w zakupie, rodzina, do której należał sejf, musiała uciekać z Niemiec na początku drugiej wojny światowej. Wszyscy jej członkowie wyemigrowali do Stanów Zjednoczonych. Senior rodu, a zarazem jedyna osoba, która wiedziała o istnieniu sejfu, zmarł niedługo po przybyciu do Nowego Jorku. Rodzina przyzwyczajała się powoli do życia w Stanach, przekonana, że imponująca kolekcja dzieł sztuki dostała się w ręce nazistów albo spłonęła w pożarze. Lecz ponad sześćdziesiąt lat później do drzwi wnuka seniora rodu zapukał przedstawiciel niemieckiego banku z niezwykłą informacją.

Bliskość sztuki zapewniają również kody QR przenoszące do wizerunków i omówień napomykanych w książce dzieł. To ciekawe uzupełnienie, pewnie nawet istotne dla większości "zaaplikowanych" młodych czytelników, ale mój syn nie chciał wczytywać kodów i odrywać się od lektury, zupełnie wystarczyła mu czysta literatura bez dodatków. Opisy obrazów czy wnętrz są tak plastyczne, przepełnione miłością do sztuki i jej zrozumieniem, że naprawdę można się obyć bez obrazków. Uwaga ta nie dotyczy jednak okładki polskiego wydania "Przekrętu na van Gogha" (autorstwa Marcina Surmy), która, podobnie jak znakomity polski przekład Marii Kabat, bardzo wpłynęła na naszą sympatię do tej publikacji i wydaje się nam niezbędna. Sztuka ilustracji okładkowej w wydawnictwie Widnokrąg kwitnie i mam nadzieję, że będzie powszechnie doceniana. Marcin Surma zaprezentował tu grafikę świetnie wpisującą się w "obrazową" akcję książki, z odpowiednim udziałem słonecznej jasności i tajemniczego cienia, w którym skrywają się działania podejrzanych typów jeden maluje na płótnie, okryty niemal kosmicznym kombinezonem, a drugi wyposażony jest we wredny uśmieszek i paralizator. Natomiast scena na pierwszym planie jest również jedną z moich ulubionych w powieści, przytoczę ją więc w obszernym cytacie.

Mary nalała kolejną porcję gorącego mleka do wielkiego kubka, dospała czekolady w proszku i podała córce. Camille obróciła kubek tak, żeby Art zobaczył widniejący na nim rysunek. Był to obrazek przedstawiający przystań z trzema łodziami namalowany szerokimi muśnięciami pędzla na tle bladoniebieskiego morza. Powyżej unosiło się słońce małe, pomarańczowe kółko, którego postrzępione odbicie migotało na tafli wody.
Mama kupiła mi ten kubek, kiedy była w Paryżu oznajmiła z dumą Camille. To mój ulubiony. Kiedyś też pojadę do Paryża, wiesz? Chcę zobaczyć wieżę Eiffla, jeść croissanty i chodzić w czarnym berecie. To wszystko brzmi bardzo francusko, co nie? Mama mówi, że Paryż to wspaniałe miasto.
Art wpatrywał się w kubek.
Piękny, prawda? zagadnęła go Mary, siadając do stołu z kubkiem w ręku. I bardzo znany. To obraz...
Claude'a Moneta dokończył Art. Jego głos był spokojny. Chłopiec nie spuszczał wzroku z kubka.
Camille wyprostowała się na krześle. Prawie widziała, jak w głowie Arta obracają się jakieś trybiki.
Oooo wyszeptała i przesunęła kubek, żeby sprawdzić, czy gryzmoł w dole obrazu to rzeczywiście nazwisko Monet. Gorąca czekolada chlapnęła na stół. Wiesz, kto go namalował? Dziewczynka była pod wrażeniem.
Wiem bardzo dużo o człowieku, który namalował ten obraz odparł Art. Claude Monet to jeden z najsłynniejszych malarzy wszech czasów. Ten obraz nosi tytuł "Impresja, wschód słońca". Od niego pochodzi nazwa całego kierunku w sztuce impresjonizmu.
Impre... czego? spytała Camille. Art mówił teraz bardziej jak nauczyciel niż dwunastolatek.
Impresjonizmu podpowiedziała jej mama. To prąd w sztuce, którego lata świetności przypadły na koniec dziewiętnastego wieku. I Art ma rację... jego nazwa rzeczywiście pochodzi od tytułu tego obrazu.
Mary zwróciła się teraz do chłopca:
No dobrze czyli znasz ten obraz. A pamiętasz, skąd tyle o nim wiesz?
Chłopiec w milczeniu wpatrywał się w kubek.
Wiem, gdzie go wcześniej widziałem powiedział wreszcie.
Świetnie, a gdzie? spytała zachęcająco Mary. W jakiejś książce? Może musiałeś coś przygotować do szkoły?
Nie. Widziałem go w Paryżu.

Ta dojrzała, soczysta powieść, pozwala napawać się dłuższymi fragmentami tekstu niczym wykwintnymi smakołykami. Przy niej krótkie, migawkowe utwory dla dzieci nielubiących czytać są jak śmieciowe przekąski. Podobają mi się częste odniesienia do innych partii powieści, bo autor wyraźnie liczy na inteligencję i dobrą pamięć czytelnika, a książka przypomina dzięki temu utwór muzyczny z jego refrenami i narastaniem.

Jaki tytuł nosi? spytał chłopiec.
"Wejście do parku publicznego w Arles widziane spomiędzy drzew" odpowiedziała Mary. Słyszałeś o nim kiedyś?
Chłopiec zastanawiał się przez chwilę.
Nie sądzę oznajmił w końcu.
Prawda była jednak nieco bardziej skomplikowana. Pamiętał, jak zareagowała Mary, kiedy rozpoznał inny obraz na kubku z gorącą czekoladą. Jakby się bała, że on za chwilę dostanie jakiegoś ataku i wybiegnie z kuchni z dzikim wrzaskiem. Nie chciał robić jej tego ponownie. Ale prawda była taka, że słyszał o Arles. Wiedział wszystko o Arles niewielkim miasteczku na południu Francji.
Wiedział też wszystko na temat Vincenta van Gogha genialnego i nieszczęśliwego holenderskiego artysty. Gdy tylko zobaczył słowa "van Gogh", poczuł, jakby ktoś odkręcił mu w głowie jakiś zawór. Zaczęła zalewać go tak potężna fala najróżniejszych informacji, że aż go to przeraziło. Wiedział, że van Gogh był Holendrem, że jego życie było bardzo ciężkie, że udało mu się sprzedać zaledwie jeden obraz i że zmarł bez grosza przy duszy. Ale wiedział też, że płótna van Gogha surowe, przepełnione emocjami, nasycone kolorami zapierają dech w piersiach. Wiedział, że van Gogh przez pewien czas mieszkał w Arles i ze to tam powstały niektóre z jego najważniejszych prac obrazy buchające kolorem i energią. Malarz chłonął energię miasteczka, które odmieniło jego postrzeganie świata. Zwykłą martwą naturę z pomarańczami i cytrynami potrafił przemienić w oszałamiającą feerię barw: ciemnych odcieni niebieskiego, głębokich zieleni, jaskrawych żółcieni. Art wiedział też, że to właśnie w Arles, po kłótni z innym malarzem, Paulem Gauginem, van Gogh odciął sobie ucho. I wiedział, że van Gogh, którego życie i tak zakończyło się przedwczesną śmiercią, omal nie umarł w tym właśnie miasteczku.
Ale przez jego głowę przetaczały się teraz nie tylko fakty z życia malarza. Chłopiec czuł, że sam był kiedyś w Arles. Miał przed oczami wąskie kamienne uliczki, dachy pokryte czerwonymi dachówkami, łodzie przycumowane wzdłuż brzegu Rodanu. Wiedział, że na placu Forum jest mała kawiarenka ta sama, którą niegdyś namalował van Gogh. To był jeden z ulubionych obrazów artysty rzęsiście oświetlona kawiarnia i rozgwieżdżone nocne niebo. Zarówno kawiarnia, jak i sama ulica, nie zmieniły się bardzo od czasów, kiedy w miasteczku mieszkał van Gogh. Art pamiętał, jak siedział w tej kawiarni, sącząc colę ze świadomością, że jeden z największych malarzy wszech czasów być może z tego samego miejsca obserwował ulicę. Na samą myśl dreszcz przechodził mu po plecach.

Pogłębione, fascynujące opisy świata wewnętrznego bohatera i jego połączenia (nie tylko przez imię) ze światem sztuki przeplatają się z pogonią bandytów i dramatyczną ucieczką przed nimi. Złoczyńcy rozgrywają po swojemu już pierwszy rozdział powieści, w którym zastawiają pułapkę na bliżej nieznanego mężczyznę. Później zajmą się między innymi włamaniami, oszustwami, kidnappingiem, dewastowaniem hotelu i monitoringu.

Detektyw została teraz sama z szefem ochrony i zastanawiała się, jaki powinien być jej kolejn krok. Było jedno pytanie, które musiała zadać, ale obawiała się, że zna już na nie odpowiedź.
Chciałabym obejrzeć zapis z kamer hotelowych zwróciła się do ochroniarza.
Mężczyzna milczał przez dłuższą chwilę. Wydawał się nieco zażenowany.
Cóż powiedział wreszcie. Ciekawe, że pani o to pyta...
...bo nagrania zostały wykasowane, prawda? spytała detektyw.
Ochroniarz wyglądał na zaskoczonego.
Co do minuty powiedział. Ze wszystkich kamer, ze wszystkich monitorów. Nic nie ma. Dziwne, prawda?
Detektyw pokiwała głową.
Tak, bardzo dziwne.

Wyścig z bandytami zajmuje Artowi i Camille tak naprawdę jedynie kilka godzin, a dzięki magii literatury dokładnie tyle samo trwa lektura "Przekrętu". Czytelnik właściwie więc poznaje akcję równolegle do jej przebiegu, co potęguje wrażenie bezpośredniego uczestnictwa. Zaangażowanie wzrasta także przez możliwość utożsamiania się z postaciami. Dziecięcy bohaterowie są w tej książce naprawdę dziećmi męczą się, załamują, potrzebują wsparcia i opieki dorosłych, a to rzadko zdarza się w kryminałach (filmowych i książkowych) z młodymi detektywami, będącymi zazwyczaj jakąś odrealnioną, odrębną kategorią superbohaterów. Ta przyziemność bardzo się nam spodobała.

Wszystko w porządku? spytał Art.
Nic mi nie jest zapewniła go, co było wierutnym kłamstwem. Tak naprawdę była zmęczona, głodna, zmarznięta i przerażona.
Już tylko kawałek powiedział.
Jego głos odbijał się cichym echem w wąskim kanionie z cegieł i zaprawy murarskiej. Camille nagle dostrzegła, jak ogromną przemianę przeszedł Art w ciągu zaledwie dwudziestu kilku godzin. Wcześniej milczący i niepewny, teraz zaskakiwał pewnością siebie i determinacją. Słyszała to w brzmieniu jego głosu. Widziała to w jego oczach.

Art w toku opowieści przechodzi metamorfozę charakterystyczną dla wzorcowych bohaterów literackich i filmowych, co również świadczy o wysokim poziomie lektury. Ambitnie, ale jednak przystępnie potraktowany temat sztuki zbliża powieść do przeciętnego młodego, czytającego człowieka. Tę jasność i atrakcyjność "Przekrętu dla van Gogha" gwarantuje również mocna dawka sensacji, o której już wspominałam, niekiedy wzbogacana akcentami humorystycznymi. Takie rozluźnienie bywa potrzebne przy wysokim natężeniu "kryminalnych" emocji, a że dowcip Derona Hicksa pasuje do naszego, bawiliśmy się bardzo dobrze.

Te dzieciaki zaczynają mnie naprawdę wkurzać! warknął mężczyzna.
Rzucił kurtkę dziewczynki na ziemię i popędził po schodach w stronę drzwi hotelowych. Pchnął je z całej siły, ale te ani drgnęły.
Pociągnął. Nadal nic.
McClain zajrzał do środka przez niewielką szybkę. Ktoś zablokował drzwi, wsuwając parasol za uchwyty. Nie było czasu do stracenia.
Odsuń się powiedział do Cash. Wyłamię je i tyle.
Wziął rozbieg i głęboki oddech, gotów do szturmu na dwuskrzydłowe drzwi.

James Appleton podszedł do drzwi, chwycił rączkę parasola i pociągnął. Parasol wysunął się bez najmniejszego problemu.
Appleton zamaszyście otworzył drzwi. Miał w zanadrzu parę nieprzyjemnych słów dla policjantów zajmujących się wypadkiem pod jego hotelem.

Eric McClain całym sobą szykował się na starcie z drzwiami. lecz ku swemu zdumieniu nie napotkał żadnego oporu.

Gdy tylko Appleton otworzył drzwi na oścież, do lobby wpadł jakiś mężczyzna. Potknął się o kilka marmurowych schodków i spadł na wielką hotelową choinkę.
Appleton rozdziawił usta.
Drzewo zachwiało się tylko i przez krótką chwilę menadżer miał nadzieję, że na tym poprzestanie.
Ale nie choinka runęła, powoli i majestatycznie. Rąbnęła o marmurową podłogę z brzękiem i łoskotem. Wokół fruwały błyszczące łańcuchy, światełka i świerkowe igły. Bombki roztrzaskały się o podłogę.
Wszyscy przy oknach jednocześnie odwrócili głowy.
Panie i panowie, choinki nadszedł czas! zawołał jeden z mężczyzn, unosząc kieliszek.
Tłum wybuchnął śmiechem.

Powieść "Przekręt na van Gogha" będzie znakomitym wyborem dla dziesięcio-, jedenasto-, dwunasto- i trzynastolatków mających trochę wolnego czasu i sympatię dla literatury. Obycie w sztuce czy częste odwiedziny w muzeach nie są tu żadnym warunkiem, ba, nie są nawet wskazane, bo książka nie zawiera specjalistycznych szczegółów, na które młodzi koneserzy będą liczyć. To publikacja niezwykle udana, ale zwyczajna pod względem możliwości percepcyjnych młodszego nastolatka. Na zakończenie pozwolę sobie powtórnie wyrazić zachwyt polską edycją książki, szczególnie perfekcyjnym przekładem Marii Kabat i przepiękną okładką Marcina Surmy.

Bożena Itoya

Deron R. Hicks, Przekręt na van Gogha, przełożyła Maria Kabat, ilustracja, projekt okładki i mapy Marcin Surma, opisy do kodów QR Karolina Ciszecka, Wydawnictwo Widnokrąg, Piaseczno 2019.

niedziela, 18 sierpnia 2019

Co się stało? Wielkie plamy. Straszny bałagan

 Bardzo ucieszyła mnie wiadomość, że Karolina i Hans Lijklema, autorzy książki "Co się stało? Małe wypadki" (wydanej przez oficynę Widnokrąg w 2017 roku), nie poprzestaną na tym jednym concept booku. W 2018 roku ukazały się dwie nowe odsłony cyklu: "Straszny bałagan" oraz "Wielkie plamy". Podobnie jak w tomiku otwierającym serię, czytelnicy w wieku od przedszkolaków do dziadków znajdą w tych małych, kolorowych i zupełnie wyjątkowych publikacjach dużo humoru oraz oryginalnych kompozycji tekstowo-plastycznych. Duet autorski łączy role pisarza, copywritera i grafika, może także twórcy memów. Dowcipne, krótkie przekazy zawarte w każdej ilustracji i towarzyszącym jej jednozdaniowym komentarzu (zapisanym bardzo dużą czcionką) mają w sobie urok, "to coś", co odczuwałam czytując jako dziecko paski z przygodami Profesora Filutka. Każda minihistoryjka jest perełką, napisaną i narysowaną lekko, ze smakiem, nawet jeśli jej tematem jest pamiątka pozostawiona na czapce dziecka przez ptaszka.
Sekret obu książek tkwi w braku dosłowności, przyjętym w takiej sytuacji i ujęciu, że i tak każdy w miarę bystry czytelnik zrozumie, na czym polega komizm scenki. Mali sprawcy (lub ofiary, jeśli przyjąć domniemanie niewinności) wielkich plam i strasznego bałaganu wypowiadają się o swoich przypadkach bez skarg (na tatę, dziadka, kolegę, brata...), ubolewania nad własną dolą, kajania się czy innych oczekiwanych wtrętów. Są bardzo radośni, niefrasobliwi wręcz, a jeśli na obrazkach widać ich twarze, są to buzie wesołe i zupełnie niewinne, a jakże! Przecież to wszystko zdarza się na co dzień w każdej rodzinie, no, może tylko jedna czy dwie z pokazanych sytuacji przytrafiła się nam raz lub dwa. Jeśli częściej, zawsze możemy odwołać się do serii "Co się stało?", pokazując domownikom, że skakanie na fotelu, strzyżenie lalki, brodzenie w wodzie w mieszkaniu, siadanie na świeżo malowanym, paćkanie się jedzeniem (w dowolnej fazie dzieciństwa) są zajęciami zupełnie typowymi, skoro nawet pokazują je w książce. Na pewno będziecie chcieli dodać coś od siebie: uzupełnić ilustrację opowieścią o zdarzeniach sprzed i po ujęciu widocznym na książkowej "fotografii", opisem powypadkowego otoczenia, dopowiedzieć swoje małe, zabawne tragedie – proszę bardzo, Karolina i Hans Lijklema przygotowali na tę okazję pustą ostatnią stronę.
Czytając "Straszny bałagan" i "Wielkie plamy" pękałam ze śmiechu, ale i z dumy, że polski, "dziecięcy" rynek wydawniczy ma się już na tyle dobrze, by możliwe było publikowanie książek niewielkich objętością, kompletnie niestandardowych, niepodążających ślepo za społecznymi trendami i modami, nieskazanych na nagrody we wszystkich po kolei polskich konkursach "literackich". Widnokrąg nie kalkuje cudzych pomysłów, nie rozkręca fabryki bestsellerów, stawia na talent oraz koncept, a ja wierzę, że ta bohaterska postawa opłaci się na wielu płaszczyznach.

Bożena Itoya 

Karolina & Hans Lijklema, Co się stało? – Straszny bałagan –, Wydawnictwo Widnokrąg, Piaseczno 2018.
Karolina & Hans Lijklema, Co się stało? – Wielkie plamy –, Wydawnictwo Widnokrąg, Piaseczno 2018.

niedziela, 5 maja 2019

Niezapominajka


Autorska książka Agnieszki Świętek jest urokliwą interpretacją tematu dzieciństwa i starości oraz formy książki obrazkowej. Ma idealny format, objętość i płaszczyznę przeznaczoną na ilustrację. Stanowi ciekawą i ważną próbę nawiązania romansu literatury z animacją, z powodzeniem realizowanego na przykład w dziecięcej książce skandynawskiej (choćby w serii "Biuro detektywistyczne nr 2" Jørna Liera Horst i Hansa Jørgena Sandnesa). Z wielką przyjemnością przeczytałam "Niezapominajkę" i uważam, że powinna powstać cała seria, a może nurt podobnych książek. Choć ta pewnie jest w dużym stopniu niepowtarzalna, bo zbudowana na świeżości twórczej i emocjonalności autorki.

Tyle mnie nauczyła!
Pokazała mi, jak rozróżniać drzewa po samych liściach.
Rozpoznała nazwy chyba wszystkich ptaków w całym lesie.

Proste słowa, wypowiadane przez dziecięcą narratorkę, uzupełniane są dużymi, rozbudowanymi i wiele mówiącymi obrazami. Na ilustracjach Agnieszki Świętek w pierwszej kolejności dostrzega się prześwity, słoneczne odblaski i poświaty. W oczach (i sercu) bohaterki właśnie taka poświata po świata opuszczeniu stanie się lustrzanym odbiciem ukochanej babci. Starsza pani powoli odchodzi, a wnuczka przeżywa kolejne emocje i etapy oswajania się z tą sytuacją, samą myślą o nieuchronnych zmianach.

Niedawno zgubiła klucze i błądziła po mieście, bo zapomniała gdzie mieszka.
Czasem się złoszczę i aż chce mi się płakać, gdy nie pamięta o naszych wspólnych sprawach.

Książka jest pełna światła, ale też kwiatów, wiatru i w ogóle przyrody. Ludzkie dojrzewanie, starzenie się i śmierć zostają wplecione w obrazy natury, wszystko tu wydaje się piękne i takie, jak powinno być, by pasować do reszty. Funkcje pełnione przez członków rodziny zmieniają się, z czasem podopieczny przejmuje opiekę nad swoim niegdysiejszym opiekunem. Tak filozoficzne podejście nie jest oczywiście potrzebne i oczekiwane w przypadku najmłodszych czytelników, oni tylko chłoną nastrój oraz pozytywne przesłanie. I te niezwykłe ilustracje, stylistyką zbliżone do frankofońskich komiksów, japońskiej mangi, a zarazem do anime, bo przecież obrazy w "Niezapominajce" same ożywają, jak fotografie w książkach o Harrym Potterze. Agnieszka Świętek jest prawdziwą czarodziejką książki obrazkowej.

Bożena Itoya

Agnieszka Świętek, Niezapominajka, Wydawnictwo Widnokrąg, Piaseczno 2018.

sobota, 29 września 2018

Skąd się wzięły małpy w Internecie?

Każdy uczeń polskiej szkoły podstawowej ma w planie zajęcia komputerowe, ale czy jest to porządny kurs informatyki? W pierwszych latach nauki program posuwa się bardzo powoli, postępów dziecka niemal nie widać, wykonywanie prostych, pojedynczych zadań w niewielkim stopniu (jeśli w ogóle) rozwija umiejętności ucznia, bo niemal każdy już to potrafił. Przede wszystkim jednak ćwiczenia praktyczne nie dotykają istoty informatyki, nauczyciele pomagają założyć konto e-mail, wymagają przygotowania prezentacji na podstawie materiałów pozyskanych z sieci, ale nie wyjaśniają, "Jak to się zaczęło?", "Co to takiego jest Internet?", "Co to jest adres internetowy?", "Jak wyszukiwarka znajduje dla nas informacje?", "Jak pakiety znajdują drogę w Internecie?" czy "Dlaczego Internet lubi zera i jedynki?". Odpowiedzi na te pytania, będące równocześnie tytułami rozdziałów, nasze dzieci znajdą w książce "Skąd się wzięły małpy w Internecie?" Artura Janickiego. W szkole nie poznają ich do piątej klasy szkoły podstawowej włącznie.

Tak naprawdę znak @ był używany już dużo wcześniej, zanim w ogóle pojawił się Internet. Ba, był już nawet, zanim pojawiły się komputery! Nazywany był "a komercyjne", czyli "a handlowe", a wzięło się to stąd, że używano go w handlu do określania cen produktów.

Koncepcja książki jest genialna, a jej realizacja wybitna. Publikacja ma charakter edukacyjny, ale równocześnie bawi formą edytorską, oprawą graficzną i pojedynczymi rozwiązaniami, które ułatwiają przyswajanie wiedzy, zarazem ją kolorując. Książkę otwiera się oraz czyta w poziomie, wbrew przyzwyczajeniom czytelników, czy to najmłodszych, czy najstarszych. Numerację stron wyrażono w formie kojarzącej się z zegarem elektronicznym czy stoperem, na przykład "00:24" zamiast "24". Także rozdziały liczymy inaczej niż zazwyczaj, na przykład: "Rozdział 01101, czyli trzynasty" (druga część zapisu malutkimi literami). Krótkim, umiejętnie rozbitym na akapity notatkom towarzyszą duże, atrakcyjne i bardzo pomysłowe ilustracje Przemka Surmy, których bohaterowie – dziewczynka i jej tata – przemawiają do nas komiksowymi dymkami. Na dole i górze strony, w stopce i główce, zamieszczone zostały ikonki (w liczbie od 1 do 6) odnoszące się do tematu danego rozdziału. W tekście, pomiędzy poszczególnymi akapitami, niekiedy pojawiają się dodatkowe pytania zadawane przez dziewczynkę i ciekawostki w polu z obrazkiem taty. Nie ma mowy o nudzie czy znużeniu, jeśli tylko umiejętnie dawkuje się wiedzę. Z publikacji korzysta się sprawnie i chętnie także dzięki twardej, miłej w dotyku oprawie oraz mocnym, jasnym kartkom. Wszystkie te rozwiązania uprzyjemniają i ułatwiają lekturę, ale książka "Skąd się wzięły małpy w Internecie?" jest ciekawa i zrozumiała przede wszystkim dzięki podstawowym płaszczyznom: tekstowi oraz ilustracji, które wyszły spod pióra i farb utalentowanych twórców. Za ich sprawą kolory, uśmiechy i treści są jasne oraz pozytywne, choć wydawałoby się, że w zakresie popularyzacji informatyki należy się spodziewać publikacji czysto technicznej. W tym wypadku ładne i gładkie podanie nie wyklucza dobrego poziomu merytorycznego, popartego konsultacjami naukowymi profesora Krzysztofa Szczypiorskiego.

Jak pracuje ruter? Jeśli pakiet dotrze do rutera, to ruter przeczyta jego adres na "opakowaniu" (podobnie jak to robi pracownik poczty) i sprawdzi go w specjalnej tabeli, gdzie jest napisane, do której sieci ten pakiet wysłać. Czasami ruter nie ma w swojej tabeli dokładnej informacji, którędy wysyłać pakiety np. te z włoskimi adresami. Ale za to zawsze powinien wiedzieć, dokąd wysłać pakiety, z którymi nie wie, co zrobić – być może już następny ruter będzie lepiej znał drogę na południe Europy. Rutery potrafią również ze sobą "rozmawiać" (oczywiście przy pomocy pakietów" i wymieniać informacje o najlepszych trasach dla różnych adresów. W ten sposób na bieżąco aktualizują swoje tabele trasowania.

Informatyka nie jest łatwa dla dziecka, które nie miało z nią wcześniej do czynienia lub nabywało tylko banalne, codzienne sprawności, oparte na biernym klikaniu. Publikacja Artura Janickiego i Przemka Surmy w sposób najprzystępniejszy z możliwych objaśnia ten wycinek informatyki, który zazębia się z najnowszymi dziejami telekomunikacji. Tym samym wydawnictwo Widnokrąg zapewniło nam kontynuację innej, historycznej już publikacji, która ukazała się jego nakładem: reprintu "Poczty" Franciszki i Stefana Themersonów. Zrozumienie narzędzi, z których cały świat, w tym dzieci, korzysta na co dzień, na pewno doprowadzi do aktywizacji młodych internautów i użytkowników komputerów czy urządzeń mobilnych. Wiedza zgromadzona w tej książce z jednej strony umożliwi czytelnikom dobry, informatyczny start, może pobudzi do rozsądnego współtworzenia Internetu, a z drugiej po prostu poszerzy ich horyzonty. Badanie struktury świata i możliwości jej ulepszania zawsze jest podstawą genialnych wynalazków, a że dla młodzieży dominującym światem bywa ten wirtualny, lepiej zawczasu zadbać, by przyszłe nastolatki potrafiły rozkładać Internet na elementy pierwsze oraz bezpiecznie z niego korzystać. Elektroniczna, pakietowa charakterystyka treści udostępnianych w sieci, jak wypowiedzi, fotografie i filmiki, może dobitnie uświadomić dzieciom, że wrzucanie swoich poglądów czy wizerunku do Internetu to karmienie potwora, który przesyła ten pokarm z jednej wirtualnej komórki do drugiej (i milionowej), przechowuje i kiedyś, w najmniej spodziewanym momencie, może na nas wypluć z jakiegoś ukrytego serwera te dawne fotki czy słowne głupotki. Podobnie rozdziały o adresach mailowych, domenowych i IP uświadomią, że anonimowość w Internecie jest niemożliwa, więc lepiej nikogo w sieci nie przezywać ani nie tworzyć grup naśmiewających się z nielubianych osób. A jeśli nasi podopieczni sami nie podejmą takich wniosków, po lekturze "Skąd się wzięły małpy w Internecie?" łatwo będzie nam naprowadzić rozmowę na temat szeroko rozumianego bezpieczeństwa oraz kultury w sieci.
Bożena Itoya

Artur Janicki, Skąd się wzięły małpy w Internecie?, ilustracje Przemek Surma, konsultacja naukowa prof. nzw. dr hab. inż. Krzysztof Szczypiorski, Wydawnictwo Widnokrąg, Piaseczno 2015.

wtorek, 12 czerwca 2018

Idol: Maria Skłodowska-Curie, Frida Kahlo

"Maria Skłodowska-Curie" otwiera serię "Idol", pisaną i ilustrowaną przez Justynę Styszyńską. Jest to książka bardzo ładna i skomplikowana, oryginalna kompozycja plastyczno-naukowa. Wiadomości biograficzne i popularnonaukowe zostały połączone z ilustracjami, które zdają się być wyrzeźbione w drewnie. Stonowana kolorystyka pozwala skoncentrować się na treści, jednocześnie wprowadzając spokojną, pozytywną, w pewnym sensie artystyczną atmosferę, jaka rzadko towarzyszy nauce chemii czy fizyki.
Autorka w ogólny i prosty sposób przybliża czytelnikowi czasy i miejsca, w których urodziła się, uczyła oraz pracowała Maria Skłodowska-Curie. Krótkie elementy biografii przeplatane są poleceniami "wyklej", "pokoloruj", "dorysuj", "odnajdź ... przedmiotów", "znajdź 10 różnic", "połącz kropki", a nawet "eksperymentuj", "obserwuj, notuj i wyciągaj wnioski". Zadania są ciekawe, czasem nietypowe, naklejki solidnie wykonane, a format i wewnętrzny układ książki sprawdzają się w edukacyjnej zabawie. I ja, i syn byliśmy zaskoczeni zarówno tematyką, poziomem merytorycznym, jak też artyzmem tej publikacji. Choć książeczki z naklejkami i kolorowankami kojarzą nam się raczej z czasami przedszkola i nauczania wczesnoszkolnego, tu adresatami są starsi uczniowie, którzy co prawda jeszcze nie uczą się chemii, ale mają już w szkole przedmiot "przyroda". Praca w laboratorium, analiza pierwiastków chemicznych, wyposażenie laboratorium chemicznego, wygląd układu okresowego, budowa atomu – to tylko niektóre ze szczegółowych zagadnień poruszanych w książce Justyny Styszyńskiej. Czytelnik liźnie też trochę wiedzy geograficznej (wyklejając mapę) i historycznej, w tym dowie się, czego nietypowego dla ówczesnych kobiet dokonała Maria Skłodowska-Curie, a co wyróżniało ją spośród wszystkich naukowców, niezależnie od ich płci.
Nieco mniej korzystnie wypadła w naszym domu zabawa (i nauka) z książką "Idol. Frida Kahlo". Syn zaczął przy tej lekturze podważać słuszność poglądu, że osoba ta może być idolką współczesnych dzieci i nastolatków, nie zgodził się, by ktoś z jego "zwyczajnych" (niepochodzących z "artystycznych" rodzin) znajomych mógł uznać Fridę Kahlo za wzorzec do naśladowania czy autorytet. Meksykańska artystka niewątpliwie jest ikoną kultury (jak nazywa ją Justyna Styszyńska), podobnie jak polska uczona – ikoną nauki. Obie panie często opisywane są również jako ikony walki o prawa kobiet czy nawet feminizmu. One i im podobne przebojowe damy stały się ostatnio postaciami wyjątkowo intensywnie eksploatowanymi w książce dla dzieci. Popularyzacja historii sztuki i nauki jest oczywiście przedsięwzięciem ambitnym, ważnym oraz potrzebnym, jednak nie mieszałabym dawnych modeli kulturowych i dziejów wybitnych jednostek z życiem współczesnych dzieci. Przeciętna Zosia czy Zuzia nie powinna martwić się, w jaki sposób rodzice mają zapewnić jej środki oraz warunki podobne do tych, które na edukację i pracę swoich córek wyłożyli ojcowie Fridy i Marii. Nie wiem również, czy współcześni zwyczajni rodzice bywają tak otwarci i skłonni do poświęcenia dobrej opinii rodziny dla marzeń dzieci, bo przecież to na głowach rodzin najbardziej odbija się łamanie konwenansów przez młodych. Trzeba też być ostrożnym, jakie typy zachowań wpaja się młodszej młodzieży będącej dopiero na progu dorastania, bo pokolenie małych buntowniczek może się w przyszłości bardzo zawieść, gdy okaże się, że dorosły świat oczekuje od nich czegoś zupełnie innego niż wynikałoby to z modnych dziś książek. Dodatkowo Frida Kahlo i Maria Skłodowska toczyły swoje twórcze walki samotnie, w obu książkach nie ma słowa o przyjaźni (z rówieśnikami spoza rodziny), a to nie podbój świata, tylko właśnie nawiązywanie relacji społecznych powinno być treścią życia i celem około dziesięcioletnich dzieci.


Publikacja "Idol. Frida Kahlo" oparta jest na pomyśle bardzo podobnym do istoty pierwszej odsłony serii. Tym razem jednak ilustracje kwitną soczystymi kolorami Meksyku, na 28 stronach roi się od liści, kwiatów, barwnych strojów ludowych i budynków. Wzrok pobudzają także intensywne tła. Zadania aktywizujące czytelnika nieco różnią się od tych towarzyszących biografii Marii Skłodowskiej-Curie. W książce o Fridzie Kahlo Justyna Styszyńska postawiła na działania artystyczne: czytelnik podejmuje własne interpretacje prac malarki, przerabia je, uczy się rysować portret krok po kroku, zajmuje się wyposażeniem galerii sztuki i muzeum, rysuje martwą naturę, ubiera manekiny (na początku wyposażone tylko w trzewiki) w naklejki z meksykańskimi strojami tradycyjnymi i ukwieconymi twarzami Fridy. To zresztą dobra metafora życia artystki, przedstawionej tu jako osoba o wielu twarzach, wielostronnie utalentowana i... cierpiąca.
W drugim "Idolu" znalazły się również zadania analogiczne do tych wspomnianych w omówieniu "Marii": "porównywanka" (znajdź 10 różnic), ogólna mapa fizyczna, wyklejanie i zgłębianie opisów wyposażenia pracowni. Książka o Fridzie spodoba się i przyda dzieciom marzącym o malowaniu, małym bywalcom galerii i muzeów, a we wszystkich innych pozostawi silne wspomnienie egzotyki i niezwykłej wyobraźni. Gorzej sprawdzi się jako lektura dzieci po prostu lubiących czytać. Zauważyliśmy bowiem, że czytanie "Fridy Kahlo" na głos nie przebiega płynnie, tekst chwilami zdaje się być zestawiony z odrębnych notek popularnonaukowych typu "czy wiesz, że", pojawiają się też niedoskonałości językowe (ciężar stylistyczny czy brak odmiany imienia "Diego").
Czekamy niecierpliwie na trzecią część serii "Idol" Justyny Styszyńskiej, ponieważ bohaterem znów będzie uczony: Mikołaj Kopernik, a dotychczas to właśnie plastyczno-ćwiczeniowa biografia naukowa spodobała nam się bardziej od biografii malarskiej, ujętej w formie reprodukcji. Jestem też ciekawa, czy męski "Idol" bardziej przemówi do mojego syna, kim okaże się dla współczesnego chłopca postać tak bardzo historyczna.
Bożena Itoya

Justyna Styszyńska, Maria Skłodowska-Curie, seria: Idol, konsultacje merytoryczne: dr Lech Nowicki, konsultacje historyczne: dr Piotr Podemski, tekst eksperymentu oraz konsultacje merytoryczna przy powstawaniu tekstu: Urszula Koss, Wydawnictwo Widnokrąg, Piaseczno 2016.

Justyna Styszyńska, Idol. Frida Kahlo, konsultacje merytoryczne: Karolina Rosiejka, Wydawnictwo Widnokrąg, Piaseczno 2016.

wtorek, 15 maja 2018

Przygody Marcelianka Majster-Klepki


Książka "Przygody Marcelianka Majster-Klepki" po raz pierwszy opublikowana została 80 lat temu. Jej wiek umyka nam w trakcie lektury, ponieważ jest to typowa bajka, a takie niemal jednakowo pisało się przed stu laty i pisze dzisiaj. W tym wypadku reprint ma sens nie tylko dla kolekcjonerów i bibliofilów, spodoba się również współczesnym dzieciom. Nie zauważyliśmy tu żadnej bariery czasu (może poza wyjątkowo archaicznym brzmieniem strony tytułowej: "Przygód Marcelianka Majster – Klepki historyj 6, z czterobarwnymi linoleorytami Franciszki Themerson"). Podobne, choć nie równie urokliwe i artystyczne, utwory są omawiane w szkołach już przez najmłodszych uczniów, a mój syn w piątej klasie musi czytywać znacznie starsze skarby literatury.
Jest to publikacja artystyczna, cieszy oko pięknymi grafikami, czcionkami, ułożeniem tekstu, opisową numeracją stron. Z uwagi na prezencję można ją uznać za obiekt z przeszłości, niemal muzealny, bo odzwierciedla charakter oraz założenia twórczości Stefana i Franciszki Themersonów, łączących kunszt słowa z typograficznymi i malarskimi eksperymentami. W dwudziestoleciu międzywojennym Themersonowie niewątpliwie reprezentowali nurty nowatorskie, w pewnym sensie alternatywne, teraz oczywiście nie szokują swoim podejściem do książki dla dzieci tak, jak to czynili w 1938 roku. Wbrew pozorom "Przygody Marcelianka Majster-Klepki" pod względem wizualnym nie wyróżniają się jakoś szczególnie na tle współczesnej polskiej ilustracji dla dzieci, ilustracji okładkowej czy sztuki plakatu, zauważam bowiem zbliżone kolory, sposoby przedstawiania postaci, nawiązania do polskiego folkloru (zwłaszcza wzornictwa, wycinanek, ludowych motywów i strojów). Być może podobieństwo to wynika po części z "obróbki graficznej ilustracji", za którą odpowiedzialny jest zespół Acapulco Studio (Małgorzata Nowak i Agata Dudek), przodujący w zastosowaniu jaskrawości i kontrastów oraz w statystykach nominacji do nagród za opracowanie graficzne książek dla dzieci.
O wyjątkowości książki Themersonów decyduje całościowe podejście do publikacji, perfekcjonizm, traktowanie książki dla dzieci jako indywidualnego dzieła sztuki, a nie produktu spełniającego oczekiwania rynku, odpowiadającego modzie, dopasowującego się do niej. Dzisiejsze perełki graficzne i typograficzne najczęściej stają się obiektem zachwytu dorosłych, zwłaszcza specjalistów, natomiast "Przygody Marcelianka" oczarowują również dzieci. To dziełko bezpretensjonalne, ładne, lekkie w odbiorze i, co dla mnie jest wyjątkowo cenne, pozbawione naleciałości ideologicznych. Dziś trudno znaleźć nowocześnie zilustrowaną narrację niezorientowaną na jakieś konkretne, bardziej lub mniej nowoczesne poglądy czy przekazy (feministyczne, polityczne, obyczajowe, dotyczące interpretacji historii). Widać kiedyś twórcom książki artystycznej, rozumianej jako połączenie literatury pięknej i sztuk plastycznych, łatwiej było unikać swojej ulotnej codzienności, bliżej mieli do ponadczasowości.
Bohater "Przygód Marcelianka Majster-Klepki" odbywa podróże, spotyka ludzi i przedmioty, pomaga im i sam otrzymuje pomoc. Tekst jest bardzo prosty, rytmiczny, odpowiadający małym słuchaczom i ludziom teatru, bo już po przeczytaniu pierwszych stron książki chce się ją wystawić, obojętnie czy w teatrze profesjonalnym, ulicznym, czy przedszkolnym albo po prostu w domu, w rodzinnej obsadzie.

Szedł Marcelianek Majster-Klepka drogą. Boso szedł. A droga była wyboista, kamienista, niedobra.
Przeskoczył Marcelianek przez rów. Ścieżyną obok drogi iść próbował.
A na ścieżynie rosły osty. Kłujące.
Gorąco było.
Bolały Marcelianka nogi. Bardzo.
Podskoczył do strumienia, zanurzył w zimnej wodzie, umył.
Przyjemnie.
Pluszcze nogami w wodzie.
Odpoczywa.
Węzełek obok siebie położył.
A był to węzełek –
Węzełek Przyda Się Wszędzie,
Węzełek Wszystko Zmieści,
Choćby I Sto Czterdzieści
Narzędzi!
Macha Marcelianek nogami w zimnej wodzie, aż tu naraz patrzy – płynie coś...
Ryba nie ryba, po fali pływa, ogona nie ma, jak się nazywa?

Nie jest to historia z dynamiczną akcją, tylko bajka zawierająca powtórzenia typowe dla rymowanek i w ogóle wierszyków dla dzieci. Zwroty kierowane do węzełka stają się trochę refrenem, trochę punktem kulminacyjnym każdej z sześciu przygód. Marcelianek celebruje chwile majsterkowania, jego bardzo przecież praktyczne umiejętności zyskują charakter magiczny. Pozostałe fragmenty opowiadań zdają się zwrotkami piosenki – napięcie opada, opowieść się snuje i zawsze dobrze się kończy.

Położył Marcelianek ten węzełek na ziemi i rzekł:
Węzełku Wszystko Zmieścisz,
Choćby I Sto Czterdzieści,
Węzełku Z Narzędziami,
Siekierę Daj Mi!
I wtedy wyskoczyła z węzełka błyszcząca siekiera, a Marcelianek wziął ją za rękojeść i... wali w drzewo.
Stuch, stuch, stuch, stuch!

Treść utworu pozornie może się wydać banalna, na zakończenie spróbuję więc poświadczyć, że publikacja wydawnictwa Widnokrąg ma też wyższe cele i zastosowania, do których łatwo dopasować równie podniosłe słowa (choć sam autor nie potrzebował ich by wznieść się na wyżyny literatury dziecięcej).
Istotą "Przygód Marcielianka" jest działanie określonych urządzeń, narzędzi i zjawisk przyrodniczych. W tym sensie książka Stefana Themersona ma po trosze charakter edukacyjny, choć czytelnik go nie dostrzega, bawi się, maszeruje (w myślach lub dosłownie) z Marceliankiem, mimochodem zyskując wiedzę o młynie, magnesie, żarówce czy zegarze. Oczywiście estetyka publikacji wpływa też na gusty czytelnicze i plastyczne małego odbiorcy. Wprowadzając "Przygody Marcelianka Majster-Klepki" do domowej biblioteczki dokonujemy zatem ważnego i radosnego aktu wzbogacenia wewnętrznego dziecka i budowy jego potencjału. Aktywizacja czytelnika zapewne będzie dotyczyć przede wszystkim sfery zajęć praktyczno-technicznych, ale, kto wie, może po takim szkoleniu typograficznym i plastycznym, przeprowadzonym przez mistrzynie współczesnej i międzywojennej ilustracji dla dzieci, w dziecku wykwitnie też pasja artystyczna w dziedzinie tworzenia książek.
Bożena Itoya


Stefan Themerson, Przygody Marcelianka Majster-Klepki [Przygód Marcelianka Majster – Klepki historyj 6, z czterobarwnymi linoleorytami Franciszki Themerson], obróbka graficzna ilustracji oraz odtworzenie układu typograficznego książki: Acapulco Studio, Wydawnictwo Widnokrąg, Piaseczno 2017.

poniedziałek, 19 marca 2018

"Poczta" Themersonów – przesyłka z innej epoki

Wydawnictwo Widnokrąg jest jedną z oficyn przywracających i utrwalających pamięć o królewskiej parze polskiej książki dziecięcej – Themersonach. W dwudziestym pierwszym wieku panują państwo Pawlakowie i Mizielińscy, a w dwudziestoleciu międzywojennym dwudziestego wieku mieliśmy dwójkę geniuszów, których nasze dzieci mają szansę poznać dzięki "Był gdzieś haj taki kraj, była gdzieś taka wieś" czy "Narodzinom liter". Franciszka i Stefan Themersonowie tworzyli książki pozornie proste, ale artystycznie złożone, byli bliscy zwykłym dzieciom, a jednocześnie pozostawali na poziomie tak wysokim, że, moim zdaniem, nadal nikt nie wzniósł się ponad nich. Jawią mi się jako demiurgowie międzywojennej literatury oraz ilustracji dla najmłodszych, a równocześnie wyobrażam ich sobie jako miłych, kulturalnych, eleganckich młodych ludzi, powoli i skrupulatnie pracujących nad "Pocztą" w mieszkaniu przy ulicy Królewskiej w Warszawie, niedaleko Poczty Głównej (dziś: Urząd Pocztowy Warszawa 1). To szczególna okolica, mieszkańcy stolicy, którzy choć częściowo związali swoje dzieciństwo i młodość ze Śródmieściem, są wyjątkowo czuli na rytm rodzimego miasta, myślami często wędrują do jego świetnej przeszłości. Dwudziestolecie międzywojenne jest takim właśnie złotym okresem w historii Warszawy, do którego przenosiłam się setki razy jako dziecko i nastolatka, spacerując po ukochanych ulicach i marząc. Książka "Poczta" przypomniała mi moje dawne gry wyobraźni, jest migawką historii, po prostu przesyłką z innej epoki.
Strukturę książki trzeba uznać za nietypową, ponieważ autor – Stefan Themerson – zebrał w "Poczcie" kilka luźno powiązanych (formą i treścią) opowieści, a spójność publikacji zapewnia przede wszystkim warstwa plastyczna. Franciszka Themerson przygotowała bowiem ilustracje jednolite stylistycznie i kolorystycznie, stale dynamiczne oraz dźwięczne. Otwierając książkę zastajemy zagadki z graficznymi rozwiązaniami, a więc nie rebusy, ale coś z ich pogranicza. Dalej obok wierszyków pojawiają się zwięzłe opowiadania czy krótkie teksty bez rymu, ale kojarzące się z piosenkami. Na niektórych stronach słowa bawią się z rysunkami, aż nie wiemy, gdzie kończy się tekst, a zaczyna ilustracja. Z kart "Poczty" przemawiają do dzieci między innymi lampy radiowe, kondensatory, anteny, druty telefoniczne i oczywiście listonosze. To niezwykle rytmiczna lektura, bo czytając na głos dopasowujemy się do galopu konnego gońca czy dyliżansu, do stukania klawiszy, marszu listonoszy, przerzucania paczek, stemplowania listów, przewijania taśmy przez telegrafistę.
W rożnych konwencjach i historyjkach, półliterackich, półinformacyjnych, zawarte zostały dzieje przesyłek, telekomunikacji (a pośrednio technologii) oraz polskiej książki dla dzieci. Zaczynamy od porozumiewania się: czym jest, jak może przebiegać; autorzy informują, ale i sami porozumiewają się z czytelnikiem, "zaczepiają" go zagadkami. Po nawiązaniu kontaktu z drugą stroną książki, trzeba utrzymać jej uwagę. Dziewczynki może zainteresować scenka z dawnymi sposobami prania, a chłopców (na równi z dziewczynkami) – metody szybkiego przekazywania wiadomości w czasach przez motoryzacją poczty. Dalej następuje nasz ulubiony fragment "Poczty", świadczący, że już w latach 30. XX wieku zdawano sobie sprawę, iż w publikacji dla dzieci ścisłą wiedzę należy rozcieńczyć odrobiną humoru. Jest to zgrabny, bardzo zabawny, według nas wręcz wybitny wierszyk "Podróż pani Klementyny". Książka zawiera też dwa inne, niemal równie sympatyczne rymowane utwory, przy czym jeden z nich zdaje, się być (w pewnym stopniu) pierwowzorem "Lokomotywy" (Julian Tuwim opublikował swój słynny wiersz w 1938 roku, a "Ach, ten Kazio Bazgroła" Stefana Themersona został wydany, jak cała "Poczta", w roku 1932). I tu pociąg pędzi sylaby i rymy ku dźwiękom kolei, słowa naśladują szybkość i stukot. Z kolei wiersz "Spotkała się karetka pocztowa z pocztowym samolotem", choć już tytuł wydaje się anachroniczny, zainteresował mojego syna jako wprowadzenie do notatki o historycznych sposobach przenoszenia i przewożenia wiadomości oraz przesyłek, w szczególności o tym, jak długo wyczekiwano listonosza. Oczywiście nawet najnowocześniejsze w czasach Themersonów metody oraz najkrótsze terminy są dziś tylko wspomnieniem. Właściwie do każdego tekstu ujętego w "Poczcie" moglibyśmy dopisać kolejny rozdział (telefony komórkowe, Internet, satelity...), jednak to nie nowoczesność i aktualność była celem wydawcy. Książka ta jest niczym wiadomość w butelce znaleziona po ponad osiemdziesięciu latach, to telegraficzny skrót techniki i literatury międzywojennej, a przekaz pocztowy okazuje się w niej równie ważny, jak graficzny oraz ogólnie artystyczny.
Warto zwrócić uwagę także na cenne dodatki: komentarz historycznoliteracki i taki z dziedziny telekomunikacji, oba napisane przez specjalistów, zresztą niejedynych udzielających się przy tej książce. "Poczta" to dzieło, a jego reprint jest dużym, godnym pochwały przedsięwzięciem edytorskim, o którego dopracowaniu świadczy skład sztabu redakcyjnego. Strona redakcyjna obrazuje bowiem, jak dużo osób zaangażowanych było w produkcję tej książki, odzwierciedla pracę wielkiej maszyny wydawniczej, która nie zadziałałaby bez odpowiednich przekładni, trybików czy śrubek – redaktorów, opiekunów graficznych, typograficznych, korektorów, producentów, antykwariuszy i instytucji kulturalnych. Taka rzetelność wydawcy wcale nie stanowi w Polsce standardu, mniej więcej co trzecia czytana przeze mnie z synem książka została słabo lub fatalnie zredagowana (ewentualnie przetłumaczona oraz zredagowana), ubytki korekty wcale nas już nie dziwią, a na niczym się niewyróżniające, chyba ściągane z sieci obrazki, okładki i oświadczenia o byciu bestsellerem (przeważnie gdzieś za granicą) nawet nie zwracamy uwagi. Perfekcja, z jaką dokonano nowej edycji "Poczty", stawia Widnokrąg w czołówce moich ulubionych, naprawdę godnych zaufania polskich wydawnictw.
Bożena Itoya

Stefan Themerson, Poczta, rys. Franciszka Themerson, Wydawnictwo Widnokrąg, Piaseczno 2014.