cudanakiju.pl

cudanakiju.pl
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kultura Gniewu. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kultura Gniewu. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 28 października 2021

OM. Apetyt na przygodę


Na nowe, zmienione i rozszerzone wydanie komiksu "OM. Apetyt na przygodę" spoglądałam łakomie od chwili jego zapowiedzi. Autor – Piotr Nowacki, i nowy wydawca – kultura gniewu / krótkie gatki, przywrócili do życia bohatera dzieciństwa mojego syna-licealisty, dodając kolory, epilog, fantastycznych rysowników w charakterze gości, kilka materiałów specjalnych oraz twardą oprawę. Poprzednia edycja ukazała się w formacie i formie zeszytu, w czerni i bieli, jako darmowe wydawnictwo towarzyszące festiwalowi Komiksowa Warszawa 2012. Co prawda czcimy i hołubimy tę pamiątkę, w której mamy jeden z pierwszych wrysów i autografów, jakimi szczodrze obdarował nas Jaszczu, ale nowe wydanie to po prostu sztos. Zainteresowanie i zabawa dzieci są gwarantowane, zdziecinnienie i towarzyszące mu odprężenie dorosłych również zostało wpisane w koszt albumu. Który zresztą jest obiektywnie bardzo niski i w końcu muszę pochwalić za to niezrównaną kulturę gniewu: wasze komiksy i inne książki graficzne są nie tylko najlepsze, ale mają też najbardziej konkurencyjne ceny. Nawet "ShaunyTany", na które narzekano w internetach, że takie drogie przy tak niewielkiej objętości. Dla mnie tam Shaun Tan objął swoją sztuką cały świat, ale nie karmmy trolla, a poza tym miało być o żabodinozaurze Omie.

"OM. Apetyt na przygodę" można uznać za swoisty komiks drogi adresowany do młodych, niepozbawionych poczucia humoru czytelników. Na pierwszej stronie bohater robi to, na co każdy z nas miewa ochotę: unicestwia nachalny budzik. Poprzez połknięcie. Następnie zajmuje się podgrzewaniem gigantycznego jaja, bez garnka, bezpośrednio na kuchence. Czyżby było to właściwe śniadanko? Zanim sprawa się rozwikła, obserwujemy jeszcze OMa, posiadającego imię dźwiękonaśladowcze, jak robi "OM OM OM" pożerając szczotkę do zębów (ale już po ich umyciu, grzecznie) i szachy, których partyjkę wcześniej rozegrał sam ze sobą. Zębata paszcza żabodinozaura zamyka się tylko przy chrupaniu, dodatkowo jedno oko jest zawsze do połowy zakryte powieką, stąd wygląda on może niezbyt... typowo.

Niestandardowa okazuje się również relacja z wielkim jajem, po ociepleniu wyrastają mu bowiem nóżki, przywdziewa tornister i razem z OMem rusza na przystanek autobusu szkolnego. Tak oto dowiadujemy się, że bohaterowie są przyjaciółmi z klasy, w której nauczycielką jest zresztą robot. OM wykonuje na matematyce działanie, o którym zawsze marzyłam, kompletnie rujnując szkolny porządek i po raz drugi zostaje moim idolem. Autobus odwozi OMa i jajo do domu, szkolny dzień dobiega końca, kolejny poranek przynosi powtórkę z rozrywki... do momentu, gdy wyda się, że lodówka będąca łóżeczkiem jaja jest pusta.

Przełom akcji okazuje się gwałtowny, autor co chwilę przyspiesza i urozmaica i tak fantastyczną przygodę. OM zmienia się w Sherlocka, trafia na kolejnych złoczyńców, porywaczy, których nikczemne napady doprowadzają naszego bohatera do rezygnacji tak dużej, że nawet zamyka paszczę. Na szczęście pojawia się sensei kogut, organizuje szkolenie, potem mapę i wyprawia żabodinozaura w dalszą podróż, w której odwiedzimy inne, podwodne światy i komiksowe multiwersa. Wspomniani na początku goście nowej edycji "OMa" nie tyle przygotowali fanarty, co przerysowali po swojemu wybrane, kluczowe plansze. Efekt jest genialny, bo obrazki Piotra Nowackiego przeplatane porażającymi wizjami Łukasza Mazura, zaokrągloną, ale i tak zawsze ostrą kreską Tomasza Leśniaka, wszędzie rozpoznawalnym akcyjniakiem Michała Śledzińskiego, rozpływającymi się pod wodą akwarelowymi zwierzątkami Bereniki Kołomyckiej oraz nostalgią, jaką wywołać umie tylko mistrz kadrowanych bajek na końcu świata, Marcin Podolec, to po prostu przekrój polskiego komiksu i wspaniała zabawa. Na koniec dostajemy epilog oraz dodatki cenne dla każdego odbiorcy – i dorosłego kolekcjonera, i małego wielbiciela komiksów, który chciałby wiedzieć, jak to wszystko powstaje. Przeformułowanie dawnego "OMa" uważam za świetny pomysł, a także za dowód, że nasz rynek komiksowy to już nie tylko taki sobie bobasek, raczkujący i nieumywający się do dawnych geniuszów z czasów PRL. Według mnie uczniowie przerośli mistrzów.

Bożena Itoya 

Piotr Nowacki, OM. Apetyt na przygodę, kultura gniewu, Warszawa 2021.

poniedziałek, 4 maja 2020

Binio Bill... i skarb Pajutów


Album "Binio Bill... i skarb Pajutów", zaprezentowany przez Kulturę Gniewu w 2019 roku, to drugie wydanie tego komiksu. Pierwsze ukazało się w innym wydawnictwie, odmiennych czasach (1990 r.) i kolorach. Teraz o znakomite barwy i ogólnie atrakcyjną prezencję kultowych kadrów zadbali współcześni specjaliści, sami z wielkim powodzeniem rysujący i piszący komiksy: Tomasz Kaczkowski i Maciej Jasiński. Młodzi czytelnicy są bardzo wrażliwi na takie niby to detale. Mój nastoletni syn nie lubi czytać starych, źle wydanych komiksów z błędami graficznymi, niewyraźnymi twarzami i czcionkami, to tylko nasze rodzicielskie pokolenie przejawia sentyment czy pobłażliwość względem podobnych niedoskonałości. Dzięki pomysłowi na nową edycję przygód szeryfa Zbigniewa Bileckiego, mamy okazję odświeżyć swoją dziecięcą sympatię do "polskiego" Dzikiego Zachodu i zaszczepić ją młodzieży. I nie musimy szczególnie do tej lektury przekonywać, przynudzając jakie to legendarne i jak się zaczytywaliśmy te 30 lat temu. Binio Bill broni się sam.
"Skarb Pajutów" jest prostą, ciekawą i wesołą historyjką o dobrych Indianach, honorowym szeryfie i złych bandziorach. Każdy kombinuje na swój sposób, planując odpowiednio zdobycie, ochronę lub przechwycenie legendarnego dropu, jak to się teraz nazywa. Złoto okaże się kryć w kłopotliwym miejscu, a jego odkrycie doprowadzi i do konfliktów, i do sojuszów. Szlachetny Binio i jego wierny rumak pomogą wszystkim, którzy zapragną ratunku. Będą strzały, gonitwy, pijaństwo, bijatyka, mądrości wodza, tańce i śpiewy czarownika oraz zgrabnych i skąpo odzianych panienek, a także uprowadzenie indiańskiej piękności. Look, miny i zachowania są tu oczywiście nieco przerysowane, ale taka to konwencja i nie ma co się obrażać o czerwień czerwonoskórych czy słodycz Sweet Agnes.
W czwartej odsłonie przygód Binia naszą uwagę zwróciły powiększone kadry i duża czcionka. "Skarp Pajutów" wyróżnia się tym spośród wcześniejszych tomów, w znanych nam albumach "Binio Bill kręci western i... w kosmos" oraz "Binio Bill. Rio Klawo" gęstość kadrów na stronie i rozmiar tekstu odpowiadały bardziej wprawionym czytelnikom komiksów. Tymczasem tutaj wyobrażam sobie nawet odbiorcę w wieku wczesnoszkolnym, podejmującego pierwsze próby poskramiania literek, zaganiania ich w posłuszne stada, niczym prawdziwy kowboj. Jerzy Wróblewski umiejętnie prowadzi za rękę przyszłych koneserów stylistyki kowbojskiej, komiksowej lub wszelkich sensacyjnych przygodówek literackich, tłumacząc w dymkach "myślowych" Binia i głosem zza kadru, na czym polega intryga czy zamieszanie sytuacyjne. Może to i trochę naiwne, ale my bawiliśmy się podczas lektury równie dobrze, jak przy projekcji ulubionej animacji o Lucky Luke'u.

Bożena Itoya

Jerzy Wróblewski, Binio Bill... i skarb Pajutów, kolory Tomasz Kaczkowski, konsultacje Maciej Jasiński, wydanie drugie, Krótkie Gatki (Kultura Gniewu), Warszawa 2019.

środa, 1 kwietnia 2020

Bardzo dzika opowieść. Las złamanych serc


Krótkie gatki, jako element wydawnictwa kultura gniewu, są dla nas kultową i "wiodącą" marką polskiego komiksu. Te albumy były pierwszymi i ulubionymi kolorowymi zeszytami mojego syna, gdy uczył się czytać i wyrastał na starszego konesera dymkowanych opowieści. I na pewno nie tylko moja latorośl rozwijała się dzięki lekturze "Bajki na końcu świata", "Detektywa Misia Zbysia na tropie" czy "Sagi o ryjówce" oraz warsztatom z ich autorami. Naszym ostatnim odkryciem jest komiks łączący świat Bajki z uniwersum walecznych mieszkańców Samojlikowej puszczy: "Las złamanych serc", czyli pierwszy tom serii "Bardzo dzika opowieść", w której jako scenarzysta wystąpił Tomasz Samojlik, autor i rysownik między innymi przygód rzęsorków, ryjówek i ich kumpli, a jako ilustrator – Marcin Podolec, zazwyczaj solista, odpowiedzialny za postapokaliptyczne, niesamowite przypadki Wiktorii i Bajki. Kolory do tego niezwykłego projektu stworzyła Agata Mianowska.
Mapa na wyklejkach skojarzy się wam pewnie z terenem działania Kubusia Puchatka, Krzysia, Sowy Przemądrzałej i całej reszty. Tyle że w "Bardzo dzikiej opowieści" zauważycie też sygnały XXI wieku: samochód mknący ulicą poprowadzoną przez las, leśny parking z okazałym, przepełnionym wręcz śmietnikiem, jakieś wysypisko między drzewami i komin fabryczny w niewielkiej odległości. Witajcie więc w Stumilowym Lesie, na jaki zasłużyliśmy.
Naszymi – ludzkimi – reprezentantami są tu trzy postacie i zaręczam, że nie polubicie żadnej z nich. Dwie pojawiają się na samym początku komiksu i tam też znikają, ale tylko fizycznie, bo cień ich obecności rzuca się na całą historię. Młoda kobieta i mężczyzna w podobnym wieku niby nie wydają się niesympatyczni, ale trochę podejrzani, a to, że twórcy nie serwują nam od razu gotowej oceny, licząc na naszą umiejętność samodzielnego wysnuwania wniosków, dobrze wróży na dalszą lekturę. W każdym razie właśnie ich widzimy i słyszymy jako pierwszych komentatorów szaroburego lasu. Nie wyszedł im jakiś biznes, więc ironicznie rozmyślają nad zatrudnieniem się w fabryce czy elektrowni, jaka ma powstać w lesie, przez który właśnie przejeżdżają.
Trzeci człowiek jest prawdziwym złoczyńcą, knującym podbój i zgładzenie starego, dobrego świata natury. Symbolizuje on to, co w "Bardzo dzikiej opowieści" najbrutalniejsze i najprymitywniejsze, czyli cywilizację. Dzikość zwierząt, przeważnie zresztą wtórna, zestawiona jest tu z przedsiębiorczością współczesnego człowieka, za którą idą interesowność, egoizm, a wreszcie cwaniactwo i brak skrupułów prowadzące do otwartego łamania prawa. Skażenie moralne wiąże się z zanieczyszczeniem środowiska, bowiem las, już zaśmiecony, choć nadal będący rezerwatem rysia, wkrótce ma zostać wykupiony i ponownie sprzedany pod budowę wspomnianej elektrowni. W takich oto okolicznościach poznajemy główną bohaterkę, kotkę Ryśkę, i pozostałych mieszkańców Lasu złamanych serc, a ich poczynania będą już zdecydowanie pocieszniejsze i bardziej bohaterskie od tych ludzkich.
Kot, żółw, papuga, nawet patyczak cierpią na niespełnienie. Same nie wiedzą, kim są, zdają sobie tylko sprawę, jakimi chciał uczynić je człowiek i że w czymś tam mu nie pasowały, więc się ich pozbył. Gromadzą się w Lesie złamanych serc i próbują razem przetrwać, podobnie jak zdążający na zebranie mieszkańcy rezerwatu. Tylko szara, puchata i pewnie rasowa kocica nie chce współpracować, woli iść swoją ścieżką do celu, pachnącego zresztą utopią. Od początku wydaje się nam najmniej świadomą czegokolwiek, łącznie ze sobą, zupełnie nierozgarniętą istotą. Przywary Ryśki wynikają z jej uczłowieczenia: przejmującej samotności, izolacji nieznanej dziko żyjącym gatunkom, i wpatrzenia w świat telewizji, do pewnego stopnia zabawnego, ale chwilami też tragicznego. Oczywiście bardzo dzika opowieść o kotce, która chodziła własną drogą, zmieni się w historię drogi wspólnej, wiążącej przyjaźnie i ukazującej lekkomyślność bohaterki w innym świetle – jako odwagę, lekkość w podejmowaniu decyzji o poświęceniu oraz jako wiarę w możliwość zmieniania ponurej przyszłości.
Charaktery bohaterów kształtują się na naszych oczach, tym łatwiej więc czytelnikowi zaprzyjaźnić się z Ryśką, Hiruni, Rafą ("to znaczy Rafandżelo") i Belką, wręcz pokochać je za prostoduszność i odruchy dobrych serc. Narysowani są ładną, ciekawą kreską i świetnie pokolorowani, ale daleko im do słodyczy zabawkowych zwierzaczków (no, może z wyjątkiem zielonej papużki Hiruni i dzika z nieco nieproporcjonalnym ryjem). Mimo typowej dla kreskówek i bajek antropomorfizacji, zwierzęta Marcina Podolca i Tomka Samojlika pozostają bliskie rzeczywistości, a na pewno stykają się z najprawdziwszymi wyzwaniami współczesnego świata. Te, choć niewątpliwie ważkie i doniosłe, nie zdołają pozbawić twórców i bohaterów "Bardzo dzikiej opowieści" optymizmu oraz dowcipu. Oprócz humoru sytuacyjnego, którego nie brakuje w świetnie napisanych dialogach i znakomicie z nimi zgranych kadrach, mamy tu nawiązania do zwyczajów (czasem obrzydliwych) żywieniowych niektórych bohaterów, i przynajmniej jeden popkulturowy easter egg czytelny dla młodzieży. Stuknięta sowa, rozmawiająca sama ze sobą, i to wcale nie w myślach (choć tak... myśli), między innymi na temat planów przechytrzenia stojących nieopodal członków drużyny, bardzo przypomina pewnego oślizłego Tolkienowskiego bohatera.
A gang Psubratów, zarysowany już na wyklejkowej mapie i w pierwszych rozmowach lokatorów Lasu złamanych serc? Cóż, nie mogę dokładnie opisać tej zgrai, by nie zdradzić intrygi i moich przypuszczeń co do rozwoju akcji w kolejnych tomach serii, ale podzielę się chociaż ogólnym, plastycznym wrażeniem. Psubraty wyglądają bardzo przejmująco, niczym najczarniejszy koszmar Bajki na końcu świata, która przecież funkcjonuje w rzeczywistości po zagładzie. Mogą wzbudzić lęk, choć raczej nie tym, jakie są, lecz jak się takimi stały – przez przymykanie społecznego oka na pewne bardzo powszechne praktyki. Tym samym psubraty powinny bardziej przerażać nas niż inne zwierzęta, demiurgów, a nie mieszkańców Lasu złamanych serc. Mam nadzieję, że młodzi, inteligentni czytelnicy poczują się w pewnym stopniu współodpowiedzialni za istnienie i ciągłe powstawanie nowych żebraczych gangsterów, tę już się dziejącą apokalipsę. Wiem, że to możliwe, bo podobne lektury polskich autorów niejednokrotnie uwrażliwiały młodych ludzi, wpływały na ich postawy względem przyrody i zwierząt zamkniętych w schroniskach. Oto poważne skutki lekkich, często lekceważonych przez dorosłych książek dla dzieci. Nie szukajmy ciągle urokliwych, kanonicznych lektur z naszego dzieciństwa z dosadnym morałem, lepiej skoncentrować się właśnie na tych nowoczesnych problemach (których sprawcami są pokolenia nasze i dziadków naszych dzieci), ich odpowiednim dla młodzieży przedstawieniu, tak, by mogła ona sama dokonać diagnozy, podjąć działania profilaktyczne i przygotować dalszą taktykę leczenia złamanego świata.

Bożena Itoya

Bardzo dzika opowieść, 1. Las złamanych serc, scenariusz: Tomasz Samojlik, rysunki: Marcin Podolec, kolory: Agata Mianowska, wyd. krótkie gatki (kultura gniewu), Warszawa 2019.

niedziela, 25 listopada 2018

Cykada


Książka artystyczna może się podobać lub nie, zależnie od preferencji i wrażliwości odbiorcy, a także poziomu jego plastycznego wykształcenia czy obycia, ale ocena tego typu publikacji nie może wynikać tylko z naszego gustu. W takich wypadkach opinia recenzenta nie powinna się więc ograniczać do prostego "lubię / nie lubię", "ładne / brzydkie", ale jednocześnie luźna, nienaukowa formuła blogu wyklucza głęboką, profesjonalną analizę. Skoncentruję się zatem na wrażeniach, jakie album "Cykada" Shauna Tana może wywołać w zwyczajnym polskim czytelniku, interesującym się twórczością tego ilustratora, scenarzysty i pisarza, odbiorcy, który często sięga także po inne opowieści graficzne i literackie.
Pod względem formalnym książka jest krótsza od wszystkich poprzednich tego autora wydanych w Polsce przez Kulturę Gniewu. Składa się z kilku zwrotek (pisanych celowo kaleką polszczyzną, jakby dopiero przyswajaną przez obcokrajowca), plansz i rozkładówek. W tej publikacji nie chodzi jednak o ilość ani powiązania z wcześniejszymi utworami, chyba że przez zaprzeczenie: zwięzłość "Cykady", oszczędność, czy wręcz "niepełnosprawność" środków wyrazu ma być wyznacznikiem stylu i przesłania, może manifestem autora, a trochę też wyzwaniem rzuconym czytelnikowi.
Przyzwyczajeni do wielobarwnych grafik Shauna Tana, tu od razu odczuwamy pewną jednostajność. Co prawda goszczący na każdej ilustracji bohater ma zieloną głowę, która w pewnym momencie nawet zapłonie bardzo żywym płomieniem, ale ogólnie "Cykada" jest historią o szarości i w szarości. Niewiele tu kolorów poza jaśniejszymi i ciemniejszymi popiołami, odpowiadającymi marności codziennego bytu bohatera, czy też świata, w którym przyszło mu funkcjonować. Cykada to szeregowy pracownik, poniżany, traktowany bez minimum szacunku, właściwie pozbawiony praw. Czytałam już inną "mało kolorową" książkę Shauna Tana, sepiowego "Przybysza", tam jednak poczucie stłamszenia i beznadziei nie było tak obezwładniające, bohater nie wtapiał się w ścianę, przydzieloną mu przegródkę, marny kącik w szafie, niekończące się schody czy dach kończący męczarnie. Sytuacje, w które autor wrzucił swojego bohatera, kojarzą się oczywiście z prozą Franza Kafki, ale Shaun Tan zaczepia nas też o inne konteksty, nieznane twórcy "Zamku" i "Procesu". Po pierwsze, Cykada uosabia pracownika wielkiej korporacji, której stereotyp (a może i mit) urósł już w XXI wieku; po drugie zaś symbolizować może współczesnych imigrantów, w rozmaitych miejscach i okolicznościach traktowanych jak gorsi ludzie albo nawet zwierzęta. Dostrzegam też możliwość szerszej interpretacji książki i jej bohatera, na przykład młodzież będzie się pewnie doszukiwać podobieństw firmy do szkoły, a Cykady do ucznia. Młodzi w ogóle mogą być bardziej wyczuleni na cykanie Shauna Tana, niewątpliwie nadaje on na ich falach, o ile jeszcze nie dali się porwać wyścigowi szczurów. Każdy wrażliwy nastolatek odczuwa choć przez krótki czas wyobcowanie Cykady, niekiedy określane również jako alienacja. Obcy czy alien, nasz bohater bardzo przypomina ufoludka, w końcu też okazuje się, że nie tylko książka jest eksperymentem autora na nas, ale i obecność Cykady wśród ludzi stanowi rodzaj badania, doświadczenia obnażającego bezsens czy wręcz idiotyzm naszej "cywilizacji". Po tej lekturze pokrzepienie dotknie jedynie osób, które i tak czuły się "poza systemem", dla nich zieleń Cykady od początku będzie niosła nadzieję, a końcowe przepoczwarzenie skojarzy się z wolnością, jakiej sami zaznali lub ciągle zaznają (choćby nie dotyczyły ich zasoby i nie mieli na czynsz). Czytelnicy sprawnie poruszający się po labiryntach społeczeństwa raczej popadną w przygnębienie. Mogą też uznać, że opowieść ta jest za krótka jak na taką cenę. Według mnie natomiast ciągnie się długo, przynajmniej od "Przemiany" Kafki, i przetrwa nas wszystkich i wszędzie, odporna, ponadczasowa i kosmopolityczna jak karaczany.

Bożena Itoya

Shaun Tan, Cykada, tłumaczenie Łukasz Buchalski, Kultura Gniewu, Warszawa 2018.

poniedziałek, 19 listopada 2018

Obiecanki


Agnieszka Świętek zwróciła moją uwagę jako ilustratorka powieści Małgorzaty Karoliny Piekarskiej: "Tropicieli" i "Dzikiej" (wyd. Nasza Księgarnia, 2016 i 2017). W 2017 roku miał miejsce komiksowy debiut tej rysowniczki, wydawnictwo Kultura Gniewu opublikowało bowiem album "Obiecanki", licencjat (!) Agnieszki Świętek, w którym wystąpiła ona także jako scenarzystka. Również w bieżącym 2018 roku pojawiły się dwie pozycje wydawnicze, jakie można uznać za ponowne debiuty artystyczne (w danej roli): książka autorska "Niezapominajka" (wyd. Widnokrąg) oraz komiks "Rufus. Wilk w owczej skórze" (wyd. Egmont), który Agnieszka Świętek, owszem, narysowała i pokolorowała jak "Obiecanki", ale za scenariusz odpowiadał doświadczony twórca Bartosz Sztybor.
"Obiecanki" są opowieścią o tym, co poza kadrem. Na dwóch pierwszych stronach króluje bardzo czarne tło i czarno-białe (narysowane) fotografie: ułożone centralnie portrety spokojnej, schludnie ubranej, odbierającej świadectwo z wyróżnieniem bohaterki ("To ja.") i podskakującego, roześmianego szkraba z lalką ("To moja siostra.") oraz przesunięte na prawo, ucięte przez stronę książki zdjęcie ładnej, ale chyba niezadowolonej pani i obejmującej ją... czyjejś ręki ("A to mama i..."). O tej reszcie, której nie ma na zdjęciu, są "Obiecanki".
Wszystkie panie z fotografii są szopami. W toku historii poznamy też między innymi lisa, żabę, mysz, papużki i kota. Przynależność gatunkowa nie ma tu większego znaczenia, bo wszystkie osoby są tylko figurami symbolizującymi niewinność, beztroskę, smutek, depresję, porzucenie, tęsknotę, zazdrość, miłość, prześladowcę (szkolnego) albo prześladowanego i inne codzienne stany. Jak widać jest to komiks dla starszej młodzieży i dorosłych, a nie dla dzieci, mimo obecności ładnych obrazków i zwierzątek. Ta dziecięcość jest tu bardzo istotna, wszak mowa o świecie młodego człowieka wyrażanym jego środkami i w jego wrażliwości.
Najlepsza uczennica gnębiona przez klasę, idealna starsza siostra matkująca maluchowi, gdy prawdziwa matka śpi lub poddaje się zmęczeniu, znużeniu czy załamaniu (ale aktywizuje się, gdy starsza córka wychodzi z domu!) – problemy bohaterki są widoczne od pierwszych stron, czekamy tylko, kiedy runie ten szklany pomnik grzecznej dziewczynki, który sama sobie zbudowała. Równocześnie obserwujemy przyczyny i skutki sytuacji, w której znalazła się bohaterka: mama i siostra nie wiedzą, co się w niej dzieje, nie są zainteresowane prawdą, świat widzi w niej ideał i tylko tej perfekcji od niej oczekuje. Ale rówieśników doskonałość drażni, wyczuwają w niej słabość, dobre wyniki w nauce nazywają kujoństwem, sztywniactwem i przemądrzałością, a wrażliwość czy samotność – płaczliwością czy mazgajstwem, plus chowaniem się za spódnicą mamy. I tak czytamy te dymki i patrzymy na kolejne kadry, rozszarpywani przez emocje dziewczynki-szopa, a czasem przez nasze własne, wywołane jej spokojem, a raczej bezsilnością, rezygnacją. Tylko czy dociera do nas, jak wiele dzieci codziennie doświadcza tego wszystkiego, choćby samych przykrości szkolnych albo poczucia bycia dzieckiem mniej lubianym przez rodzica? Jeśli chcemy sobie uświadomić stopień "człowieczeństwa" tej opowieści o szopach, wystarczy spojrzeć na statystyki dotyczące rozwodów w Polsce.
Najdramatyczniejszym aspektem komiksu Agnieszki Świętek są bowiem tytułowe obiecanki wyciętego ze zdjęcia taty, rodzica, który się niedawno wyprowadził i teraz ma się spotkać z dziećmi. A każda siostra inaczej wspomina ojca. Nastoletnia bohaterka czuje gniew, pustkę i palącą tęsknotę, których jednak nie wypuszcza na zewnątrz, może tylko w chwili wielkiego uniesienia podczas kłótni z mamą czy intymnej rozmowy z dziadkiem, potem z mamą, albo w formie szkolnego wypracowania. Największym oczyszczeniem okazuje się wyczekiwane spotkanie z pozornie znienawidzonym tatą, wreszcie wprowadzające w opowieść kolory, ale ostrzegam przed przedwczesnym wzruszeniem i katharsis.
Z kolei szop-maluch wszystko mówi wprost, na wieść o przyjeździe taty reaguje entuzjastycznie, wesoło i naturalnie, nikogo nie wini za rozwód, chyba nawet za bardzo go nie rozumie, nie zna pojęcia traumy. Można się cieszyć, że chociaż mała siostrzyczka wychodzi cało z rozwodowych opresji, o ile nie zacznie się rozważać, co z nią będzie, kiedy zdecydowanie wpadające w depresję starsza siostra i mama całkiem się załamią. Czy to nie maleństwo podtrzymuje całą rodzinę w pionie, przypomina, że trzeba wstać, jeść, bawić się, odzywać do domowników? I czy to nie za duża odpowiedzialność dla przedszkolaka?
Jeśli ktoś jeszcze zachował poglądy z głębi minionego stulecia, jakoby komiksy były czytelniczą zabawką, błahostką dla słabo czytających, to na pewno i tak nie sięgnie po "Obiecanki" Agnieszki Świętek. Nie ma więc sensu pisać, że omawianą książkę powinien przeczytać każdy, kogo w jakimś stopniu dotyczą rozwodowe potyczki: były lub jeszcze aktualny małżonek, jego rodzic, rodzeństwo czy wreszcie dzieci. Jednak wizja autorki jest do tego stopnia realna i dosadna, że może powstrzymać wiele dramatów, tak jak podobno jedna z piosenek Korteza zapobiegła rozpadowi pewnego małżeństwa. Kultura popularna dzięki swojej jaskrawości i obrazowości posiada wielką moc wpływania na wyobraźnię, a autorka "Obiecanek" właśnie pokazuje, nie poucza i nie terapeutyzuje, wnioski czy decyzje (albo terapię) musimy podjąć sami.
Pod względem ilustracji i całej koncepcji plastycznej omawiany album wywarł na mnie olbrzymie wrażenie. Niby widziałam już podobne buzie à la anime, oczy przeważnie przymknięte (w smutku lub śmiechu), a czasem wielkie "słodziaczki", zaś postacie łączy pewne pokrewieństwo ze zwierzyńcem Tomasza Samojlika; zetknęłam się też z zabiegami zmiany narracji, operowaniem układem kadrów (czasem też w ogóle nikną ich linie) czy cieniami, oswajaniem czytelnika z brakiem kolorów, by potem nagle ocucić jego oczy jedną barwą, jakby dziewczynka-szop chciała przywołać tatę piosenką "chodź, pomaluj mój świat na żółto...". Żaden komiks wykorzystujący wszelkie podobne zagrania nie przemówił do mnie jednak tak bardzo, "Obiecanki" są po prostu świetnie skomponowane i przepełnione uczuciami.
Na zakończenie dodam, że komiks Agnieszki Świętek znakomicie oddaje nazwę wydawnictwa Kultura Gniewu. Nie został opublikowany w linii Krótkie Gatki, i słusznie, ale w pełni odzwierciedla kulturę gniewu dzieci, ten płomień, jaki dorośli przyduszają codziennymi obowiązkami i wezwaniami do bycia "dużym", a który wybucha dopiero w dorosłym dziecku (mającym żal za kiepski przepis na ten świat). I nietrudno sobie wyobrazić te małe szopy jako dorosłych z problemami, powtarzających błędy rodziców, wiecznie "przerabiających" swoje dzieciństwo, niczym w "7 uczuciach" Marka Koterskiego. Wystarczy spojrzeć na rozkładówkę "Obiecanek" pokazującą zabawę w dom.
Bożena Itoya

Agnieszka Świętek, Obiecanki, Kultura Gniewu, Warszawa 2017.

piątek, 14 września 2018

Binio Bill. Rio Klawo


Drugi tom zbiorczy "Binia Billa", podobnie jak pierwszy ("Binio Bill kręci western i... w kosmos!"), pozornie jest pozycją dla dorosłych wielbicieli Jerzego Wróblewskiego, czytujących jego komiksy już w wieku chłopięcym. My nie pretendujemy do miana kolekcjonerów i żadne z nas nie jest chłopcem z lat 80. – mój syn ma 12 lat, a ja... Cóż, płeć się nie zgadza, nie czytywałam też "Świata Młodych", a właśnie w tej gazecie ukazywały się przygody polskiego szeryfa na Dzikim Zachodzie. Mimo że odbiegamy od wyobrażenia o typowym odbiorcy reedycji komiksów Jerzego Wróblewskiego, to bardzo się nam ona podoba. W albumie "Binio Bill. Rio Klawo" znalazły się trzy odcinki serii: "Rio Klawo", "Na szlaku bezprawia" oraz "Binio Bill kontra trojaczki Benneta". Wszystkie poddano renowacji i nadano im żywsze kolory, aż w ogóle nie czuć po nich starości. Tak, tak, dla naszych dzieci filmy i komiksy sprzed 30-40, ba, nawet sprzed 20 lat to nie "klasyka", tylko starocie. Ale nie tym razem.
Zbigniew Bilecki, czyli Binio Bill, to jegomość w dżinsach, kowbojkach, czerwonej koszuli, żółtej kamizelce i pasującym do niej kapeluszu z rondem, posiadacz wielkiej brązowej grzywy, której może mu pozazdrościć nawet ulubiony rumak Cyklon. Choć właściwie posiada równie okazałą, i to śnieżnobiałą. Ten kowbojsko-koński duet ma zadbać o porządek w miasteczku Rio Klawo, jednak część mieszkańców woli bandycki chaos. Binia czekają pojedynki w saloonie, zasadzki na pustyni i przyskrzynianie czarnych charakterów z rewolwerami. Tyle w pierwszym, tytułowym komiksie. Rio Klawo jest także miejscem akcji drugiego odcinka: "Na szlaku bezprawia". Właściwie akcja jest ruchoma, bo Binia wzywa Dakota, w której grasuje niejaka Jane Klamota. Dzielny szeryf wyrusza w podróż, a na drodze stają mu między innymi Indianie i ścierający się z nimi oddział kawalerii. Po czyjej stronie znajdzie się Binio? I jak to możliwe, że stróż prawa zostanie gangsterem napadającym na banki? Ruchliwa akcja okazuje się na tyle wartka, że nastolatek "łyka" drugą część "Binia Billa" błyskawicznie. Samotny jeździec odjeżdża to w stronę zachodzącego słońca, to gdzieś indziej, w komiksie "Binio Bill kontra trojaczki Benneta" przyjeżdża do "spokojnego Rio Klawo" księżycową nocą, wcale nie tak cichą i spokojną. Poranek okazuje się jeszcze bardziej niepokojący, wszak "Mnóstwo ludzi przewija się codziennie przez Rio Klawo. Ceny żywności skaczą do góry, w miarę jak nowi osadnicy postanawiają tutaj pozostać...", a na dodatek w miasteczku grasuje tytułowe trio, w różowych kapeluszach i z białymi czuprynami przypominające sklonowanego Świętego Mikołaja. Pod wodzą leciwego acz energicznego tatusia rzezimieszki rabują i oszukują, ale Binio Bill gwarantuje happy end, nawet jeśli będzie musiał walczyć w pędzącym pociągu. Wiadomo, nie ma Dzikiego Zachodu bez kolei żelaznej, pościgu na dachach wagonów, przepychanek w parowozie i groźnego mostu. Zupełnie nie rozumiem, czemu miałby to być komiks tylko dla dorosłych Piotrusiów Panów, ja też odbyłam z nim bajkową podróż do przeszłości, a było tym weselej, że w scenerii warszawskiego metra. W swoim wagonie z nikim nie walczyłam, no może z niskim poziomem czytelnictwa, także komiksów i również wśród kobiet – drogie panie, bądźmy równie aktywnymi czytelniczkami, co nasze wspaniałe polskie "komiksiarki" scenarzystkami, rysowniczkami i specami od kolorów! Pojęcie typowo męskiego komiksu to staroć, anachronizm zakorzeniony w latach 80. XX wieku i jeszcze dawniejszych czasach. Krótkie gatki, Binio Bill i całe komiksowo są dla wszystkich.
Bożena Itoya

Jerzy Wróblewski, Binio Bill. Rio Klawo, renowacja i kolory: Arkadiusz Salamoński, Jarosław Składanek, Kultura Gniewu / Krótkie Gatki, Warszawa 2018.

niedziela, 9 września 2018

Zguba zębiełków


Ciekawe, ile dzieci skakało w tym roku z radości wywołanej powrotem Dobrzyka i jego kompanii. Przypuszczam, że wielu młodym ludziom ryjówki kojarzą się tylko z komiksową Sagą o Ryjówce Tomasza Samojlika. Jest to seria skutecznie pielęgnująca zamiłowanie do przyrody, przygody i książek, a w szczególności do dymkowanych albumów. Kolejne części "Ryjówki przeznaczenia" cieszą się wielkim powodzeniem dzięki udanym scenariuszom, czarującej grafice i kolorystyce oraz ogólnemu podejściu autora i wydawcy (Kultura Gniewu / Krótkie Gatki) do dziecięcego czytelnika. Tutaj nie lekceważy się maluczkich, nieważne, czy chłoną komiksy od pięciu lat, roku, czy dziesięciu minut. Komiksy Tomasza Samojlika są wydawane z dbałością o wszelkie szczegóły, od dopracowanej fabuły i rysunkowej akcji, przez dobór i wyrazistość kolorów, redakcję i korektę (nie zauważyłam żadnej literówki czy niezręcznego sformułowania w całej czterotomowej serii, a jestem na tym punkcie wyczulona), jakość oraz trwałość papieru i oprawy, aż do fantastycznych fanartów i dodatków encyklopedycznych na końcu albumu.
"Zguba zębiełków" jest książką ciekawą, wesołą i dowcipną (bo to niekoniecznie to samo), pełną akcji, wciągającą i pod każdym względem barwną. W tej opowieści spotykamy większość bohaterów, pozytywnych i negatywnych, których poznaliśmy w "Ryjówce przeznaczenia", "Norce zagłady" i "Powrocie rzęsorka". Naszym ulubieńcem jest oczywiście Dobrzyk, wybraniec łamiący stereotypy, bo jakby z przypadku, daleki od ideału, niezbyt samodzielny i dość niezdarny. Właśnie komediowy charakter bohatera, dumnie zwanego "ryjówką przeznaczenia", gwarantuje lekkość lektury i dystans względem gatunku fantasy, z którego autor czerpie garściami. Oprócz ryjówek na kartach "Zguby zębiełków" zagościli tytułowi kuzyni Dobrzyka, swoje pięć (lub więcej) kadrów mają też rzęsorek, kret, łasica, kruki, jeż, norniki, srokosz, puchacz, lis, pies, kot i najbardziej szkodliwi drapieżcy: ludzie, zaśmiecający przyrodę swoimi odpadami i wyziewami. Gdybym nie znała możliwości Tomasza Samojlika, chyba nie uwierzyłabym, że można stworzyć fascynujący dla dzieci komiks o zanieczyszczaniu środowiska, łańcuchu pokarmowym, zasiedlaniu przez dzikie zwierzęta ludzkich gospodarstw czy przygotowaniach lasu do zimy. Na kanwie takich przyziemnych, podręcznikowo-ekologicznych sytuacji czy z życia wziętych scenariuszy autor tworzy niesamowitą historię podróży, poszukiwania ratunku dla gatunku, powrotu do porzuconego królestwa, zdrady i nawrócenia. Najsłabsi dają radę pokonać tyranów i oprawców, zrzędy i po(d)rzutki okazują się najcieplejszymi aspektami istnienia, świat niby staje na głowie, a jednak w rzeczywistości jest właśnie taki, jak u Tomasza Samojlika. "Zguba zębiełków" nastraja optymistycznie, skłania do rozglądania się wokół w poszukiwaniu tych, którzy pomagają, choć nikt nie patrzy, i do czynienia dobra.
Rysunki autora zachwyciły nas i rozśmieszyły bardziej niż te we wcześniejszych komiksach z cyklu o ryjówkowatych. Bardzo podobała nam się ich prostota, która przy rozbudowanej akcji nie jest taka oczywista, zresztą w ogóle przy wielobarwnych pozycjach dla najmłodszych łatwo popaść w przesadę. Tomasz Samojlik najczęściej stosuje zbliżenia na postaci, unikając złożonego tła. Przy szerszych planach kadry są odpowiednio większe, a szczegóły ilustracji na tyle wyraźne, że nie dochodzi do zamętu, a czytelnik chętnie wyszukuje wszystkie ryjówkowate i wszelkie inne drobiazgi. Zwierzęcy bohaterowie bywają pocieszni i drapieżni, ludzie – niezbyt urodziwi i "z twarzy" mniej inteligentni od rodowitych mieszkańców lasu. Świetna dynamika rysunków obejmuje i mimikę postaci, i sceny gonitw, ataków czy pułapek, i stopniowalność napięcia w kolejnych kadrach. Trudno mi określić, czy w "Zgubie zębiełków" bardziej ujęły nas ilustracje, czy scenariusz. Ten komiks jest po prostu uniwersalnie fajny.
Bożena Itoya

Tomasz Samojlik, Zguba zębiełków, Kultura Gniewu (Krótkie Gatki), Warszawa 2018.

niedziela, 5 sierpnia 2018

Bajka na końcu świata – Ożywczy deszcz


Książki w naszym domu dzielą się na dwie grupy. Niektóre, zanim zostaną przeczytane (i zrecenzowane), muszą trochę odleżeć, zaczekać na odpowiedni moment, wpasować się w nasz nastrój. Inne nie leżą ani chwili, od razu są łapczywie pochłaniane (i "pochwalane"), to nasze samopoczucie dostosowuje się do nich, a nie odwrotnie. Tak właśnie było z "Ożywczym deszczem", trzecim tomem serii Marcina Podolca "Bajka na końcu świata" – położyłam album gdzieś w środku stosu kilkudziesięciu książek czekających na przeczytanie, spojrzałam w inną stronę, a gdy ponownie się odwróciłam, nie było już ani komiksu, ani mojego syna.
Okładka "Ożywczego deszczu" ma więcej barw i kontrastów od wcześniejszych, za to mniej tu poszarpanego, połamanego świata. Tytułowy deszcz jest kolorowy, jakby za krople służyły rozpuszczone lentilki. Równocześnie autorowi udało się zachować (po)katastroficzną atmosferę, tak że trzecia "Bajka na końcu świata" nawet na pierwszy rzut oka pozostaje nietypową "bajką" komiksową, a wszystkie okładki zestawione ze sobą wypadają znakomicie, kompletnie (choć, na szczęście, to jeszcze nie koniec serii). Każda podsuwa czytelnikowi nieco odmienne wrażenia i ujęcia bohaterek, Wiktorii i Bajki, inne (pół)plenery, kolejne kolory grzbietu i tytułu, niby to żywe, ale równie dobrze mogące się kojarzyć z rozkładem, wypaleniem czy toksycznością. A skąd się wziął na najnowszej okładce ten dinozaur? Bać się go czy przytulić? Jest towarzyszem czy antagonistą Wiktorii? Taki to właśnie niepokojąco-fascynujący cykl – nigdy nie wiemy, co tym razem zgotował nam autor, ale zawsze jesteśmy pewni, że coś dobrego.
"Ożywczy deszcz" podobał nam się najbardziej z dotychczasowych tomów "Bajki na końcu świata". Rzadko chyba bywa, by trzecia część serii nie tylko nie ustępowała wcześniejszym, ale nawet je przeganiała, ale tak właśnie jest w tym przypadku, przynajmniej według nas. Marcin Podolec jest w znakomitej formie i mam nadzieję, że wreszcie wygra któreś "zawody" książkowe, bo w dziedzinie książki dla dzieci w Polsce trofea wciąż zdobywają te same od wielu lat czarne konie. Po nominacji drugiego tomu "Bajki na końcu świata" do zeszłorocznej nagrody PS IBBY i najnowszej informacji o znalezieniu się innego komiksu na prestiżowej liście trzynastu książek nominowanych do brytyjskiej Nagrody Bookera, może właśnie nadeszła pora na "Ożywczy deszcz". Warto stale odświeżać swoje myślenie o literaturze, ilustracji i ogólnie literaturze adresowanej do dzieci, bo sami młodzi czytelnicy bez przerwy je aktualizują. Polski komiks dla dzieci nie jest już przejściową zabawką, mizerną imitacją lektury dla tych, którzy dopiero zaczynają czytać. To pełnoprawna książka, dzielona na kategorie wiekowe i (powoli) gatunkowe, goszcząca obok całkiem poważnej literatury młodzieżowej na półkach wytrawnych czytelników oraz publicznych bibliotek. Specjalizacją Marcina Podolca są graficzne opowiadania postapokaliptyczne dla dzieci i młodzieży w wieku od około ośmiu lat. Odrobinę feminizujące, co tym bardziej potwierdza, że stanowią dystynktywny "znak czasów".
Na "Ożywczy deszcz" składa się pięć krótkich, powiązanych ze sobą fabularnie komiksów: "Bajka i instynkty", "Bajka, opady i odpady", "Bajka i pojedynek gigantów", "Bajka i ślad wielkiej stopy", "Bajka i ożywczy deszcz". Znaleźliśmy w nich trochę dawnych wątków (wróci tajemniczy zmiennokształtny dymek!) i bardzo dużo nowości. Pierwsze opowiadanie postapokaliptyczne pejzaże ma tylko w tle, temat jest zupełnie inny, lekki i uniwersalny. Rozpoczęcie tomu w ten sposób było świetnym pomysłem. Ostatni kadr "Bajki i instynktów" zahacza o początek "Bajki, opadów i odpadów" i podobnie będzie z kolejnymi historyjkami – zawsze zazębiają się na siebie, tworząc segmenty jednej wielkiej opowieści, tej samej od pierwszego tomu ("Ostatni ogród", tom 2.: "Opuszczony dom"). W drugim epizodzie na Bajkę i Wiktorię spadają radioaktywny deszczyk i "duże, duże kłopoty", które przenikają do "Bajki i pojedynku gigantów", przy czym do tytułowych olbrzymów zalicza się wspomniany już wcześniej dinozaur z okładki. "Bajka i ślad wielkiej stopy" przypomina w pewnym stopniu pierwszy fragment tego tomu, bo autor ponownie odwzorował z życia wzięte zachowania oraz relacje (psie i ludzkie). Bohaterki kłócą się, obrażają i godzą, by "wybuchowo" poradzić sobie z kłopotami i szczęśliwie dobrnąć do zwyczajnego zakończenia, tak potrzebnego po wcześniejszych nadzwyczajnych wydarzeniach.
Ilustracje jak zwykle cieszą oko nieprzeciętną, daleką od jaskrawości kolorystyką. Na estetykę opowieści znacząco wpływa tez podział na kadry, ich kompozycja, wszystko jakby zawieszone między opowiadaniem graficznym a filmem animowanym (z którym autor ma stałą, profesjonalną styczność). Portrety Bajki są zabawne i pocieszne, a Wiktoria aż kipi od emocji, które wyraża każdym szczegółem twarzy (te "kreskowe" oczy, zadarty nosek, wystające i jeszcze niekompletne zęby, rumieńce, gniewne zmarszczki, brew na przedostatnim obrazku...) i zaokrąglonej postawy. Dziewczęca bohaterka jak zwykle w komiksach Marcina Podolca jest po prostu dziecięcym bohaterem, żadną komiksową lalą ani księżniczką z książeczki. Dla mojego syna nie miało znaczenia, że w albumie nie pojawia się żaden chłopiec lub mężczyzna, bo płeć fantastycznych (s)tworów trudno zidentyfikować. Życzę naszym dzieciom jak najwięcej książkowych postaci, które są równie "(...) i sprytne, i mądre, i odważne. Niezależne.. Trochę szalone, ale też... subtelne, pełne wdzięku i klasy".
Bożena Itoya

Marcin Podolec, Bajka na końcu świata. 3. Ożywczy deszcz, Krótkie Gatki / Kultura Gniewu, Warszawa 2018.

czwartek, 19 lipca 2018

Pszczółka


Pszczoła to zwierzę bardzo pożyteczne i w równym stopniu zagrożone. Powyższa informacja, zmieniająca się w przesłanie, jest obecna w książce "Pszczółka" Kirsten Hall (tekst) oraz Isabelle Arsenault (ilustracje), a gdy zostało to już powiedziane, możemy skoncentrować się na całej reszcie tego małego dziełka. Popularnonaukowy charakter publikacji stanowi jedynie jej podszewkę, właściwie mamy do czynienia z uroczym, rymowanym tekstem splecionym z całostronicowymi ilustracjami. Podróż do pracy, zajęcia i roczny cykl życia pszczół – temat wydaje się przyziemny, jednak autorki potrafiły niczym najwięksi mistrzowie literatury dla dzieci znieść granicę między zdobywaniem wiedzy a zabawą i wzlecieć naprawdę wysoko. Brzmi jak komunał, bo liczni autorzy i wydawnictwa reklamują się podobnymi hasłami, ale niewielu udaje się osiągnąć cel. Najlepszym egzaminatorem są tu dzieci, które od razu wyczują "fałszywkę", niezależnie czy mają dwa, czy dwanaście lat. Ja sprawdziłam, jak czyta się (i ogląda) "Pszczółkę" z obydwiema wspomnianymi grupami wiekowymi, stąd mam pewność, że jest to książka szczera, docierająca do dzieci, wywołująca uśmiech, odgłosy dźwiękonaśladowcze i podrygi, zapadająca w pamięć, a mimo to będąca w stałym użyciu.
Budowa rymowanego tekstu przyciąga małego słuchacza i utrzymuje jego uwagę. Czasem w jednej linii gości tylko jedno słowo, przeważnie wersy złożone są z dwóch, trzech, najwyżej sześciu wyrazów (ale jest też kilka dłuższych). To zrozumiałe, przecież pszczółka bzyczy i tańczy właśnie takimi krótkimi taktami. Każdy element tekstu jest zgrany z ilustracjami: treść i liternictwo odpowiadają temu, co dzieje się (lub statycznie trwa) w tle. Kolejno spoglądamy na łąkę z oddali, podziwiamy pierwsze zbliżenie – na kwiaty, wielobarwne, choć z przewagą tych soczyście żółtych, niemal pomarańczowych (ta barwa dominuje, ba, niemal świeci na okładce i w całej książce), zauważamy "przerywany" ślad po pszczółce, która świeżo przeleciała przed naszym nosem, nasłuchujemy i wreszcie spotykamy ją, małą pasiastą bohaterkę. Teraz pszczółka nie zniknie już z kart swojej książki aż do czasu, gdy ułoży się do zimowego snu (uwaga, spoiler! na końcu powróci). A w międzyczasie będzie latać tu i tam, poszukiwać, wypatrywać, zbierać, współpracować, przekazywać wieści, przeżuwać, lepić, zabezpieczać, słuchać królowej. Ta wielka pracowitość wyrażona została piękną polszczyzną i lekkim rymem, zręcznie doprawionymi wykrzyknikami i odgłosami, "hopami", "siupami", "ha!" i "ho!". Proszę zapamiętać nazwisko tłumacza, bo to Marceli Szpak uczynił "Pszczółkę" tak wspaniałą lekturą.
Wszystkie te wesołe wersy wyzwalają w dzieciach bzyczenie, fikanie, rymów i przyrody umiłowanie. Rytm, barwy, rysunki czy temat zdają się proste, ale łączący je koncept wyczarowuje z tych elementów książkę artystyczną, bezcenną i niepowtarzalną. Jej odbiór oparty jest na wrażeniach, trudno więc wyrazić słowami wartość "Pszczółki", po prostu trzeba przygarnąć do siebie najbliższe dziecko, otworzyć książkę, czytać na głos i dać się olśnić jej jaskrawej słoneczności.
Bożena Itoya

Kirsten Hall, Isabelle Arsenault, Pszczółka, tłumaczenie: Marceli Szpak, Kultura Gniewu / Krótkie Gatki, Warszawa 2018.

niedziela, 11 lutego 2018

Bajka na końcu świata. Opuszczony dom


Marcin Podolec po raz drugi zabrał nas na postapokaliptyczny spacer, wyznaczając nowe krańce świata komiksów dla dzieci, i tym razem rzeczywiście uczynił główną bohaterką tytułową Bajkę. W "Opuszczonym domu" bowiem Wiktoria przeżywa pewien wypadek i choruje, odzywa się niewiele, za to do głosu dochodzi pies dziewczynki, czyli właśnie Bajka. O ile pierwszą część "Bajki na końcu świata" można nazwać komiksem drogi, o tyle w drugiej przystajemy, by lepiej poznać obie postacie pierwszoplanowe.
Kontynuacja "Ostatniego ogrodu" jest jedną historią rozbitą na kilka rozdziałów: "Bajka i zawrót głowy", "Bajka i opuszczony dom", "Bajka i koniec świata", "Bajka i ciasteczkowy atak", "Bajka i wspomnienie Wiktorii", "Bajka i nocna straż". Dwa z tych podtytułów ukrywają wcześniejsze losy bohaterek, zaś pozostałe dotyczą wydarzeń rozgrywających się w czasie aktualnym, to jest bliżej nieokreślonej przyszłości po zagładzie, w intrygującej ruderze i jej otoczeniu. Dziewczynka i pies są jedynymi żywymi istotami poruszającymi się w tym ponurym krajobrazie, nie licząc substancji tak nieświeżych, że aż "dostających nóżek", oraz tajemniczych chmurek, których nadzwyczajna obecność i niejasne działanie na Wiktorię chyba jeszcze nie wystarczą, by nazwać je istotami.
"Bajka na końcu świata" jest zaskakującą kombinacją przyjemnej lektury z przytłaczającą atmosferą po zagładzie ludzkości, wypełnioną pustynnym pyłem i duszną ciszą. Młodemu czytelnikowi mogłyby się przypomnieć kłębki zeschłych roślin przelatujące uliczkami opustoszałego miasteczka na Dzikim Zachodzie, gdyby dzisiejsze dzieci oglądały westerny lub czytywały Lucky Luke'a. Z rudobrązowej okolicy oddziela się szkodliwy opar, obłoczek niewiadomego pochodzenia, jak najgorzej wpływający na Wiktorię. Bajka prowadzi dziewczynkę do jednego z na wpół zniszczonych, porzuconych budynków, sama zaś przeżywa różne próby i retrospekcje, będące jądrem fabuły "Opuszczonego domu". Autor zgrabnie odmalował psie wątpliwości i typowości, jak walka przysłowiowej wierności z równie rozkoszną łapczywością, realistycznie przekazał też merdającą radość z powrotu pani do zdrowia. Mimo że gadający i bajkowy, równocześnie jest to pies jak żywy – pewnie tak zachowuje się w rzeczywistości, bo przecież na ostatniej stronie komiksu oglądamy zdjęcie prawdziwej Bajki, suczki zaadoptowanej przez Marcina Podolca. W drugiej części komiksu pojawia się zresztą motyw schroniska, według mnie bardziej przygnębiającego od postapokaliptycznego pustkowia.
Na tle innych podrozdziałów uwagę zwraca ten zatytułowany "Bajka i wspomnienie Wiktorii". Wizja z przeszłości po pierwsze jest wielobarwna, po drugie – wzruszająca swoim dramatyzmem i właściwie nie wiadomo, który z tych aspektów bardziej wstrząsa czytelnikiem, już przywykłym do jednostajności zarówno losów oraz nastrojów Wiktorii, jak i otaczających ją kolorów. Nagle dowiadujemy się, jak wcześniej wyglądał świat, jak przebiegał kataklizm, jak doszło do rozstania Wiktorii z rodzicami. Między kadrami możemy wyczytać (albo raczej wypatrzeć), że wszystko to zaszło niedawno, bo ani dziewczynka nie urosła, ani nie widać, by zmieniło się jej ubranie czy długość włosów.
Mimo że historię popycha do przodu głównie Bajka, obecność jej pani, czy raczej przyjaciółki lub nawet podopiecznej, jest intensywna, ważna i pobudzająca czytelnika do myślenia. Gdyby nie dziewczęce imię, właściwie nie wiedzielibyśmy, czy bohaterem jest chłopiec, czy dziewczynka. Płci bohaterki nie sposób zidentyfikować ani po jej zachowaniu, ani po zabawce czy innych atrybutach, ani po twarzy czy stroju. Co do wyglądu Wiktorii, po raz pierwszy mamy porównanie z innym człowiekiem, bo w retrospektywnych kadrach widzimy jej tatę, zdecydowanie szczuplejszego, weselszego i ogólnie wyglądającego jakoś mniej zaskakująco. Podoba mi się, że ta komiksowa dziewczynka wypada zupełnie inaczej niż wszystkie nietypowo piękne superbohaterki: zwyczajnie i dziecięco. Właśnie dzięki temu jest nieprzeciętna! Części stroju dobrała raczej pod wpływem impulsu czy przypadku, czesała się i decydowała na czapkę chyba wpatrzona w portret Kajka z komiksów Janusza Christy, a wielkie jedynki przedzielone takąż szczerbą wskazują na znany wszystkim rodzicom etap przejściowy uzębienia. Wiktoria nie szczerzy się w filmowych uśmiechach, nie trajkocze o byle czym, nie nosi minispódniczek, jest raczej okrąglutka, pyzata, z uszami na tyle odstającymi, że mieści się za nimi burza niesfornego afro. Znacie inną taką protagonistkę z dymkowanych historyjek? Kto lepiej pokazuje dziewczynkom, że nie muszą być słodkimi laleczkami, ważne, by były sobą? Między innymi ze względu na tak poprowadzoną główną (ludzką) postać, jestem bardzo ciekawa dalszych losów serii Marcina Podolca. Trzecia część "Bajki na końcu świata" będzie nosiła tytuł "Ożywczy deszcz", wydawnictwo zaplanowało premierę na maj 2018 roku. Mam nadzieję, że deszcz nie za bardzo oczyści pylistą, niepewną atmosferę dwóch pierwszych albumów, słodko-gorzkich smakołyków polskiego komiksu dla dzieci.
Bożena Itoya

Marcin Podolec, Bajka na końcu świata: 2. Opuszczony dom, Kultura Gniewu (Krótkie Gatki), Warszawa 2017.

sobota, 10 lutego 2018

Bezdomne wampiry o zmroku – komiksy z historią


Komiksy Tadeusza Baranowskiego czytywałam w dzieciństwie, często i z zapałem. To dla mnie jedna z ikon polskiej kultury popularnej i każdej innej. Choć na własność miałam tylko dwa, może trzy tytuły, to kojarzyłam wszystkie i ucieszyłam się, że w ostatnich latach są wznawiane – w końcu mogę sprawić sobie komplet. Nie kojarzyłam natomiast albumu "Bezdomne wampiry o zmroku", wydanego niedawno przez Kulturę Gniewu, więc czym prędzej po niego sięgnęłam. Okazało się, że nie jest to publikacja, którą mogłam czytywać jako dziecko, bo, po pierwsze, w ogóle nie jest dla dzieci, a po drugie, zamieszczone w niej historyjki wydawane były w Polsce w tym okresie lat 90., gdy komiksy już mnie nie interesowały, w czasopiśmie, o którego istnieniu nie miałam pojęcia. "Wampiry", w składzie nieco innym niż najnowszy (i pod krótszym tytułem), ukazały się też w oficynie Kultura Gniewu w latach 2005 oraz 2012, ale wtedy z kolei nie rozglądałam się jeszcze za komiksami dla mojego syna (rocznik 2006) i po prostu przegapiłam te publikacje. Nic straconego, bo najnowsza edycja jest idealna i nie wyobrażam sobie, by poprzednie mogły jej dorównywać pod względem prezencji, trwałości i dokładności redakcyjnej.
Dzieje komiksów ujętych w zbiorze "Bezdomne wampiry o zmroku" zostały opisane w ciekawym, rzeczowym wstępie oraz na stronie redakcyjnej. Wspomniałam już, że nie są to utwory nowe, przeważnie też mamy do czynienia z adaptacjami dawniejszych utworów lub ich odświeżonymi wersjami. Jak informuje wydawnictwo Kultura Gniewu, kolory do kilku historii w 2012 roku wykonał Tomasz Piorunowski, a o liternictwo niektórych komiksów zadbała w 2005 i 2012 roku Natalia Baranowska. Wskazany został również autor pierwotnych scenariuszy ośmiu opowiastek: Jean Dufaux. Ze wstępu Adama Ruska dowiadujemy się, że rysownik i scenarzysta nawiązali współpracę w roku 1985, a Tadeusz Baranowski przygotował zmienione wersje komiksów około 10 i 20 lat później. W spisie treści nie ujęto tych niuansów i 12 na 15 przygód oznaczono datą 1985. Album zawiera też trzy historyjki z 2009 roku.
Tytułowymi wampirami, wyjątkowo brzydkimi i pechowymi, są Szlurp i Burp. Ich krótkie i absurdalne przypadki obfitują w odniesienia do polskiej rzeczywistości komiksowej i społeczno-politycznej lat 80. oraz 90. XX wieku, stąd też młodsza młodzież może nie zrozumieć, o co chodzi i nie bawić się przy lekturze tak dobrze, jak bawiłam się ja. Krwiopijcom towarzyszą niekiedy inne indywidua, jak powracający kilkakrotnie łowca wampirów czy rozmaite persony znane z kina i literatury popularnej (zazwyczaj nie całkiem żywi złoczyńcy) oraz atrakcyjne panie (nie zawsze w pełni ubrane). Bohaterowie rozprawiają często o kondycji polskiego komiksu i marzą o podboju europejskiego rynku, stąd przez chwilę na łamach "Bezdomnych wampirów o zmroku" goszczą nawet Thorgal z towarzyszką. Spotkanie to wypada prześmiesznie, bo samo zestawienie tak różnych komiksowych stylistyk jest bardziej absurdalne i efektowne niż niektóre przygody Szlurpa i Burpa.
Album zdobył moją sympatię przede wszystkim dzięki rysunkom, w których trudno nie dostrzec bliskości kultowych "Profesorków Nerwosolków", "Ciotki Fru-Bęc" czy "Smoka Diplodoka". Te niezbyt inteligentne miny, nosy okrągłe i zwisające, oczy ukryte w siatce zmarszczek lub wyłupiasto-okrągłe, kosmiczne widoczki z malutkimi figurkami w oddali składają się na oryginalny styl Tadeusza Baranowskiego. Co prawda ma on swoich zdolnych kontynuatorów w polskim komiksie (patrz okładka Tomasza Leśniaka), ale tu jesteśmy u źródła. Spodobały mi się też intensywne kolory połączone z upiornością cmentarzy, zamku czy innych wampirzych melin. Całość ma świetną atmosferę i jestem bardzo ciekawa, czy za kilka lat spodoba się mojemu synowi. Nie wiem, na ile "Bezdomne wampiry o zmroku" są przystępne dla współczesnych nastolatków, bo kąśliwe uwagi o czasach przełomu mogą ich przerosnąć, jednak sam klimat albumu (zwłaszcza wcześniejszych historii) można śmiało nazwać ponadczasowym, wszak i bohaterowie mają po kilkaset lat. I, trochę wbrew intencjom samego autora, przetrwali trudne czasy, wciąż dobrze się trzymają, wskrzeszani przez Kulturę Gniewu, poddawani wydawniczym liftingom czy innym operacjom plastycznym, dzięki czemu zyskują nowych miłośników, do których zaliczam się ja.
Bożena Itoya

Tadeusz Baranowski, Bezdomne wampiry o zmroku. Komiksy z lat 1985-2009, okładkę oraz strony tytułowe zaprojektował Tomasz Lew Leśniak, wstęp napisał Adam Rusek, wydanie pierwsze zbiorcze, Kultura Gniewu, Warszawa 2017.

wtorek, 9 stycznia 2018

Detektyw Miś Zbyś na tropie: Lis, ule i miodowe kule; Skarb kapitana Czarnofutrzastego

Popularność polskiego komiksu dla dzieci od kilku lat rośnie i rośnie. Gatunek różnicuje się, specjalizuje, utrzymując zainteresowanie dojrzewających fanów oraz ciągle zyskując nowych. Jak to się stało, że Polacy, słowo komiks rozumiejący jako synonim "Tytusa" lub "Kajka i Kokosza", jeden z tych pozytywnych, sentymentalnych aspektów PRL-u, przyjęli coś nowego? W pewnym sensie zadziałała tu zasada dobrego pierwszego wrażenia: kto zacznie od ciekawego, atrakcyjnego komiksu, ten zechce się zaprzyjaźnić z kolejnymi, będzie sięgał po inne tytuły, niekoniecznie tych samych autorów i wydawnictw. Podobnie raz przekonany do dymkowano-kadrowanej formy rodzic, bibliotekarz czy nauczyciel już nie cofnie się w swoich przekonaniach. Otóż na początku był "Miś Zbyś". I nadal jest! Przynajmniej dla nas.
Po pierwsze, w roku 2013, gdy ukazał się komiks "Lis, ule i miodowe kule", mój syn akurat na dobre zabierał się za samodzielne czytanie i wyszukiwanie interesujących go pozycji w bibliotece, gdzie trafiliśmy na pierwszego "Detektywa Misia Zbysia na tropie". Po drugie, jest to publikacja idealna właśnie dla początkujących czytelników, dzięki niej składanie liter w słowa i zdania nie kojarzy się z boleściami, morałami czy nakazami. Po trzecie wreszcie, to jeden z pierwszych produktów polskiej kultury, na widok których zakrzyknęłam: "Wow! To naprawdę nasze, polskie?". Komiks wydał mi się po prostu śliczny, wydany perfekcyjnie, kolorowy jak marzenie, nie byłam przyzwyczajona do tak poważnego traktowania małego odbiorcy. Stworzenie i wydanie w 2013 roku "Lisa, uli i miodowych kuli" można uznać za działanie odważne oraz ryzykowne. Może i polski rynek książki już pięć lat temu rósł w siłę i różnorodność, ale o sukcesie publikacji w dużym stopniu decyduje jej sprzedaż, a więc zainteresowanie klientów, a oni niekoniecznie są koneserami sztuki ilustracji czy komiksu. Przez siłę przyzwyczajenia, niejako z rozpędu, rodzice i dziadkowie wybierają dla maluchów raczej "tradycyjne" bajeczki, bo to na pewno się spodoba i to sami czytywali w dzieciństwie. Dodatkowo oszczędność, będąca chyba naszą narodową cechą, wpływa na popularność książeczek mrowiących się w supermarketowych koszach z przecenami. Mało kto decyduje się na solidnie wydaną (a więc nie za 4,99 albo 9,99 zł...) książkę, w której tekstu znajdujemy niewiele, a dostępna jest tylko w księgarniach. Do niedawna był to towar ekskluzywny, w świadomości potencjalnych nabywców niewspółgrający z potocznym rozumieniem komiksu w Polsce (takie sobie, śmieszne historyjki wydawane jako broszury lub element dziecięcych czasopism). Na urodziny, Gwiazdkę czy zakończenie roku szkolnego trzeba dać dziecku "porządną" książkę, najlepiej Tuwima, Brzechwę, Andersena albo Grimmów, prawda? Na szczęście takie myślenie odchodzi do lamusa, a komiksy powoli przebijają się jako pełnowartościowe publikacje, cieszące dzieci przynajmniej tak samo jak literatura, a ściągane z domowej półki znacznie częściej od niej. Co ważne, komiksy i książki "komiksowane", czyli te, w których dymki i rysunki są elementem narracji literackiej, zaczęły się też pojawiać wśród pozycji nominowanych do najważniejszych polskich nagród dotyczących książki dla dzieci. Moim zdaniem, nie doszłoby do tego, gdyby kilka lat temu nie zaczął się ukazywać "Detektyw Miś Zbyś na tropie" (oraz "Ryjówka przeznaczenia" Tomasza Samojlika), przecierając szlaki innym albumom, choć sama omawiana seria nie została nagrodzona nominacją, wyróżnieniem ani statuetką czy to Koziołka Matołka (jak "Hej, Jędrek! Przepraszam, czy tu borują?" Rafała Skarżyckiego i Tomasza Lwa Leśniaka w 2016 r. – za rok 2015), czy Ferdynanda Wspaniałego (jak "Kościsko" KaeReLa w 2017 r. – za rok 2016), czy Polskiej Sekcji IBBY (jak "Bajka na końcu świata" Marcina Podolca w 2017 r.).
Pierwszy tom serii "Detektyw Miś Zbyś na tropie" w 2017 roku został wydany przez Kulturę Gniewu po raz drugi, w poprawionej wersji. Album "Lis, ule i miodowe kule" jest ciekawą, czytelną i ze wszech miar zgrabną historyjką obrazkowo-literacką ujętą w duże, stosunkowo nieliczne kadry (dwa na stronie lub jeden na stronie, a czasem nawet jeden na dwóch stronach – rozkładówki). Fabuła koncentruje się na pogoni prywatnego detektywa Misia Zbysia i jego asystenta Borsuka Mruka (jak głosi wizytówka na ich biurze) za złodziejem miodu. Poszukiwania zleca klientka nie byle jaka, bo sama władczyni Pszczelego Królestwa. Bohaterowie ruszają w daleką (zwłaszcza dla mrukliwego Mruka) drogę, badają ślady pozostawione przy okradzionych ulach, składających się na okazały pszczeli zamek, nad którym czuwają uzbrojeni strażnicy, a wokół roi się od przezabawnych robotnic. Małemu czytelnikowi łatwo sobie wyobrazić ich bzyczenie, zaś odgłosy dźwiękonaśladowcze i pokazywanie paluszkiem są wręcz gwarantowanym elementem lektury. A potem, razem z bohaterami, goni się pewnego lisa, strona po stronie (a nie jest ich aż tak wiele, łącznie 48), aż do finału z tytułowymi miodowymi kulami.
Opowieść ponosi malucha, angażuje jego uwagę, stopniowo i skutecznie rozmiłowując w "Misiu Zbysiu". Etapowość jest jednym z większych atutów tego komiksu: okienko po okienku odkrywamy kolejne szczegóły, obserwujemy ruch (choćby były to oczy sowy – najpierw zamknięte, potem otwiera się jedno oko, za chwilę oboje oczu) i zmianę barw. Płynność historyjki obrazkowej, przypominającej wygodne schodki, mobilizuje dziecko do opowiadania na głos, co bywa wykorzystywane w pomocach dydaktycznych – na przykład zabawkach logopedycznych, jakie w okresie przedszkolnym lubił mój syn.
Dynamiczna akcja i wielość elementów przekładają się na wygląd kadrów: gdy potrzebujemy dobrze się rozejrzeć po okolicy, dostajemy rozkładówkę, kiedy zaś sytuacja jest... wielopiętrowa, kadry wyjątkowo zostają ułożone pionowo, a nie poziomo jak na pozostałych planszach. Podobne zabawy z kadrowaniem autorzy zastosowali również w drugim i trzecim tomie "Detektywa Misia Zbysia na tropie": "Złotym Sokole Teksańskim" (2014) i "Kosmos to za mało" (2016), a także w najnowszym "Skarbie kapitana Czarnofutrzastego" (2017), gdzie trzy okienka pojawiają się tylko na stronie z kulminacyjną walką (na pirackie kordelasy, oczywiście).
Czwarty tom "Misia Zbysia" porywa bohaterów w wir morskich podróży i pirackich awantur. W sielankowo-plażowych okolicznościach natury (pod uśmiechniętym, jak zwykle, słoneczkiem) Miś Zbyś i Borsuk Mruk rozkoszują się kolorowymi napojami, rozprawiając o niedoszłym śledztwie. Porzucają jednak spokojną przystań, by zareagować na dziewczęce wołanie o pomoc: udają się w pogoń za opryszkami unoszącymi w wiklinowym koszu porwaną panienkę. Na pierwszej rokładówce-wyszukiwance roi się od koszy, beczek, marynarzy i innych portowych zwierząt wielu maści oraz gatunków. Dominują psowate. Przy okazji zaczynamy się zastanawiać, jakim właściwie zwierzęciem jest uprowadzona "księżniczka". Zagadnienie to zostaje nieco rozjaśnione przez autoprezentację: "Mam na imię Lupa. Jestem córką słynnego wilka morskiego, kapitana Czarnofutrzastego". Bohaterka może się przedstawić, bo akcja ratunkowa nie sprawia większego problemu doświadczonym detektywom, którzy następnie podejmują zlecenie znalezienia tytułowego skarbu – w towarzystwie ocalonego dziewczęcia. Tu nie będzie już tak łatwo, tym bardziej, że na bogactwa czyhają prawdziwi, groźni piraci, specjaliści w knuciu i porywaniu majętnych osób. Pokonując morze, dżunglę, rzekę, wodospad i lawę, kuszeni urokami wiecznego lenistwa, zniechęcani falsyfikatami skarbu, zwodzeni na manowce, bohaterowie docierają wreszcie do celu, który jednak nie okazuje się happy endem. Prawdziwa odyseja! Oczywiście ostatecznie Miś Zbyś i Borsuk Mruk poradzą sobie z wszelkimi przeciwnościami i doprowadzą nas do zakończenia, jak zwykle otwartego, bo kto z czytelników chciałby usłyszeć "żyli długo i szczęśliwie" i nie czekać na kolejny tom?
W "Skarbie kapitana Czarnofutrzastego" poza rozbudowaną akcją, nieco odmienioną kolorystyką (jako kolorysta w zespole autorów debiutuje Tomasz Kaczkowski) i nowym wcieleniem naszych ulubionych pszczółek (egzotyczne bzyczki na okładce), doświadczymy odwołań do poprzednich tomów (nietoperze, rakieta), gry słów (wilk morski, borsuk-tchórz) oraz... częstego kartkowania. Autorzy kilkakrotnie przekierowują nas do wcześniejszych stron, abyśmy coś sprawdzili, dopatrzyli się szczegółów, po prostu wzięli czynny udział w przygodzie. Jeśli coś przegapimy, nie zrozumiemy akcji. Takie zawracanie pozornie przerywa ciągłość lektury, tnie fabułę, ale moim zdaniem jest trafnym wyborem, bo tez podobnie "przewijam" lub kartkuję dobre kryminały dla całkiem dojrzałych widzów i czytelników. Konieczność koncentracji, zapamiętywania, gdzie w książce coś zostało wspomniane po raz pierwszy, a także wymagana umiejętność liczenia przynajmniej do sześciu podnoszą nieco poprzeczkę wieku czytelnika "Skarbu kapitana Czarnofutrzastego" względem poprzednich części komiksu – wydaje mi się, że z wszystkimi zagadkami poradzą sobie dzieci co najmniej pięcioletnie.
Komiksy o duecie Zbyś&Mruk uczą spostrzegawczości, rozweselają jak mało która książka, zapewniają wrażenia plastyczne, jakich nie dostarczy dziecku nawet ulubiony film animowany (a co dopiero galeria sztuki...). Jeśli nie chcemy, by dzieci dostały alergii na czytanie, wolelibyśmy uniknąć przyszłego odczulania lekkimi lekturami dla młodszych nastolatków, lepiej zacząć od pozycji stworzonej specjalnie dla przedszkolaków, kuszącej i przyjaznej w formie oraz treści. Na przykładzie swojego syna mogę zapewnić, że kto zainteresował się "Misiem Zbysiem" za młodu, ten zostanie świadomym czytelnikiem (nie tylko komiksów) oraz miłośnikiem ilustracji. I choć jako jedenastolatek sięga już raczej po komiksy tworzone przez Piotra Nowackiego dla dorosłych, nadal radośnie chwyta nowe "Misie Zbysie", ogląda i czyta od deski do deski. To trochę jak z Myszką Mickey – jeśli się lubi, to w każdym wieku. A Miś Zbyś i Borsuk Mruk to trochę nasi polscy Myszka Mickey i Kaczor Donald.
Seria "Detektyw Miś Zbyś na tropie" po pięciu latach od publikacji pierwszej części pozostaje wyjątkowa czy nawet niszowa, bo dla małych dzieci nie znajdziemy wielu tak profesjonalnych publikacji komiksowych, wydanych z równą dbałością, co dla dorosłych, w trwałej, zupełnie poważnej formie. Jednak nie chodzi tylko o prezencję, to głównie ze względu na styl całości (scenariusz, rysunki, kolory) "Miś Zbyś" jest jedyny w swoim rodzaju. Góruje nad komiksowymi kuzynami w krótkich gatkach prostotą, lekkością, "kreskówkową" kreską i kolorystyką, oderwaniem od tego niepisanego zobowiązania do zaspokajania gustów nie tylko małych czytelników, ale i ich rodziców – szukających w komiksach albo "nutki edukacji", albo odniesień do "dojrzalszych" klimatów postapokaliptycznych czy mitologicznych. Tu znajdziemy tylko nieskrępowaną zabawę w detektywów, przebieranki, wyszukiwanki, czyli dokładnie to, czego oczekują maluchy w wieku około 3-7 lat. Miejmy nadzieję, że ta trafność i urok całej serii oraz poszczególnych jej odsłon zyskają jeszcze aplauz gremiów oceniających polską książkę dla dzieci. Atencją samych czytelników nie trzeba się martwić, bowiem znakomicie rozumieją się oni z autorami – dzieci lubią "Misie Zbysie", "Misie Zbysie" lubią dzieci.

Bożena Itoya

Maciej Jasiński (scenariusz), Piotr Nowacki (rysunki), Norbert Rybarczyk (kolory), Detektyw Miś Zbyś na tropie. Lis, ule i miodowe kule, wydanie drugie (poprawione), Kultura Gniewu (Krótkie Gatki), Warszawa 2017.
Piotr Nowacki (rysunki), Maciej Jasiński (scenariusz), Tomasz Kaczkowski (kolory), Detektyw Miś Zbyś na tropie. Skarb kapitana Czarnofutrzastego, Kultura Gniewu (Krótkie Gatki), Warszawa 2017.

wtorek, 31 października 2017

Czerwone Wilczątko – sekrety lasu


Trochę światła, więcej mroku i tła jak z kalejdoskopu – niech tę recenzję otworzy właśnie pierwsza (rymowana) myśl, jaka nasunęła mi się po lekturze "Czerwonego Wilczątka" Amélie Fléchais. Książka obraz(k)owa "Le Petit Loup Rouge" w języku francuskim ukazała się w 2014 roku, a polskie wydanie w 2017 roku zapewniła Kultura Gniewu (Krótkie Gatki), powierzając przekład Anie Brzezińskiej. Co ciekawe, właściwie o tę edycję zadbano już wcześniej, ponieważ wśród danych redakcyjnych znalazła się informacja: "Copyright kultura gniewu for the Polish edition 2015". Domyślam się więc, że proces wydawniczy był skomplikowany. Efekt jest jednak oszałamiający i warto było czekać trzy lata, bo właśnie trzymam w rękach publikację nieprzeciętną, wyróżnianą przez każdy ze zmysłów bibliofila: wzrok (format, grafika, kolorystyka), dotyk (struktura papieru "współpracująca" z barwami), węch (wiadomo, o co chodzi) i słuch, bo z jednej strony miło słuchać ciężaru przewracanych kart, a z drugiej, jeśli czytamy książkę dziecku na głos, to na pewno ten głos okaże się jedynym, co będzie słyszało aż do końca książki. Ucichną gwar ulicy, zagadywania młodszego rodzeństwa, telefony, to będzie wasza chwila. W jakichkolwiek okolicznościach byśmy nie czytali, nie można się uwolnić od tego książkowego spektaklu w pięciu aktach, trzeba wytrwać, choćby z zapartym tchem, do ostatniej sceny i opadnięcia mrocznej kurtyny.
Wspomniałam o czytaniu "Czerwonego Wilczątka" z dzieckiem, ale muszę dookreślić, że w moim przypadku był to początkujący nastolatek. Wydawca za dolną granicę wieku czytelnika uznaje osiem lat (według strony internetowej Kultury Gniewu). Zależnie od wrażliwości oraz doświadczeń młodego człowieka, zwłaszcza jego kontaktu z komiksem i mrocznymi klimatami, poprzeczkę można podnieść nawet o dwa czy trzy lata. Jest to bowiem jeden z takich produktów kultury dla dzieci, które nieostrożni rodzice maluchów nazywają niekiedy "chorymi bajkami". Spotykam się z podobnymi określeniami książek wypowiadanymi na popularnych portalach parentingowych, byłam świadkiem pospiesznego opuszczania kina podczas projekcji filmu "Za niebieskimi drzwiami", słyszałam też o całej klasie (zerówce) płaczącej na seansie "Sekretów morza", zdarzało mi się również (mimowolnie...) doświadczać na festiwalu Kino Dzieci wyrazów niezrozumienia płynących potoczyście z ust dzieci, które były poniżej zalecanego wieku widza. Warto więc uwzględniać wskazówki instytucji dystrybuującej książkę czy film, zamiast uznawać, że skoro dla dzieci, to dla wszystkich.


Album Amélie Fléchais na pewno przypadnie do gustu koneserom książki obrazkowej dla dorosłych (a lubią je także dzieci!) oraz najcięższych opowieści braci Grimm. Tym razem oceńcie książkę po okładce – nietrudno zauważyć, że Wilczątko niesie w węzełku truchełko zajączka, a urocze listki i pączki są podejrzanie zaczerwienione, jakby umoczone we krwi. Można też dostrzec ćmy, zniewalające powoje i ciernie w tle. Jeśli się nie boicie, zerwijcie folię z tej ekskluzywnej igraszki i pogrążcie się w negatywie baśni.
Autorka zaznaczyła, że "Czerwone Wilczątko" powstało "z inspiracji baśnią Czerwony Kapturek Charles'a Perraulta". W tej interpretacji w baśniowym lesie żyje sobie wilcza rodzina, mieszkając pod korzeniami drzewa w domostwie podobnym do ludzkiego, korzystając ze sprzętów zbliżonych do tych naszych, choć mama nie przynosi w wiklinowym koszyku bułeczek i jabłek, tylko martwe zające, a w sąsiedztwie nie mieszka zrzędliwa staruszka czy uciążliwy podwórkowy łobuz, tylko królewskie sumy (w koronach) oraz inne stworzenia. Wilczyca przyodziana jest w fantastyczną draperię, trochę suknię, trochę płaszcz, a jej potomek, którego płci właściwie nie znamy, nosi imię (czy przezwisko) Czerwone Wilczątko, ze względu na, wiadomo, czarowny czerwony płaszczyk z kapturkiem. Zgodnie z literackim pierwowzorem, mama wysyła wilczątko do chorej babci, która nie może już polować. W węzełku ląduje wspomniane już truchełko, a w uszach i głowie przestroga przed lasem martwych drzew, w którym mieszkają myśliwy i jego córka, wrogowie wilków.
Lekkomyślny wędrowniczek, korzystając z uroków lasu, trafia tam, gdzie nie powinien. Ufa jednak, że jest dostatecznie samodzielny, by sobie poradzić, oraz wystarczająco wstrzemięźliwy, by zjeść tylko jedną zajęczą łapkę. I pozostałe. No, i może uszka... Nie starcza samokontroli, nerwy zabłąkanego zwierzątka też okazują się zbyt słabe, kładzie się więc na ziemi i pochlipuje. A może nawet na chwilę zasypia? I śni resztę historii? Oczy Czerwonego Wilczątka są tak nierzeczywiste, że trudno ocenić, kiedy wylewają jeziora łez na jawie, a kiedy pogrążają się w świecie strasznych opowieści mamy. Podczas łzawego odpoczynku wilczątko słyszy sympatyczny, pocieszający głos i widzi turkusowo-złotą dziewczynkę. Jest to osóbka przypominająca starodawną, porcelanową lalkę ze szklanymi oczami, choć ja miałam skojarzenia raczej z zabawkowymi oprawcami z horrorów. Wilczątko chwyta pomocną dłoń i rusza z dziewczynką do jej domu, wysłuchując ułożonej przez towarzyszkę melodii i pieśni. Kolorystyka historii powoli się zmienia: dotąd przeważnie była zbliżona do tej z okładki, teraz zyskuje zupełnie nowe odcienie.
W pierwszych trzech rozdziałach wilczątko idzie przez las, ale dopiero w czwartym i piątym (pomijając jeden obraz-zwiastun z trzeciego) dociera w graficzne i nastrojowe okolice komiksu "Przez las" Emily Carroll. Wcześniej motywy roślinne przetaczają się niczym w kalejdoskopie, przypominając kadry filmów Tomma Moore'a: "Sekret księgi z Kells" ("The Secret of Kells") i "Sekretów morza" ("The Song of the Sea"). Także niektóre twarze, spojrzenia oraz cały tryb opowieści skojarzyły mi się z tymi animowanymi obrazami, w których roi się od celtyckich tradycji i istot mitycznych.
Ilustracje autorki niekiedy zdają się być eksperymentami malarskimi, zabawą z paletą, dziecięcym mieszaniem farb akwarelowych z efektem rozmytych, przygaszonych szarości, brązów, zgniłej zieleni, fioletu i niebiesko-zielonych odcieni roślinności. Jednak tak naprawdę nie ma tu miejsca na przypadkowość i improwizację. "Czerwone Wilczątko" jest zaplanowane i dopracowane do najmniejszej kreski na ilustracji i litery w tekście, to pełna koncepcja artystyczna, bez marginesu pozostawianego dla czytelnika, by uzupełnił baśń własnymi domysłami czy wizjami.
Od wspomnianego wyżej spotkania z dziewczynką przygoda wilczątka staje się coraz mroczniejsza, ale nie zdziwiło to nas, nie zapadliśmy się w tej ciemności i mgle, bo od początku dostawaliśmy sygnały o takim charakterze tej książki. Jeśli ktoś nie zauważył, co zapowiada okładka, to może zwrócił uwagę na stronę tytułową z melancholijną, szaroprzezroczystą jak wspomnienie panią, w której włosy wtulają się kruki. Albo na kosteczki wystające z runa leśnego, po którym kroczą Czerwone Wilczątko i jego przewodniczka. A tam tuż, niedaleczko, czekają wrota z płaskorzeźbą kobiety zapamiętanej ze strony tytułowej. Ty który wchodzisz, żegnaj się z nadzieją – zdaje się ostrzegać ta niesamowita brama. Łatwowierne wilczątko oczywiście dało się zwieść słodkiemu głosowi dziewczynki i weszło. Co będzie dalej, zdradzić nie mogę, ale pojawią się jeszcze dwie opowieści z przeszłości, niby nadal w formie pieśni, ale już nie tej romantycznej, tylko jako czysta rozpacz wsączająca się we współczesną rzeczywistość i los bohatera.
W finale "Czerwonego Wilczątka" spodobało mi się objaśnienie znaczenia tkanin, pięknie zdobionych, pojawiających się co i rusz, opatulających wilki i snujących się za piękną panią z pieśni. Czytelnik dowiaduje się też, dlaczego postacie na wyklejkach (na początku oraz końcu książki), zastygłe jako rzeźby, są różnymi wcieleniami tej samej historii. Autorka z wdziękiem i zarazem dosadnością wplotła w obraz i w słowo koncepcję relatywizmu. To niewątpliwie udane zagranie filozoficzne. Również morał, którego w żadnej baśni nie może zabraknąć, nie zawiedzie wymagających czytelników: nienawiść, uprzedzenia i bycie ofiarą mogą być dziedziczone, a to, co znienawidzone i odrażające, bywa najbliższe temu, co kochamy.
Bożena Itoya

Amélie Fléchais, Czerwone Wilczątko, tłumaczenie Ana Brzezińska, Kultura Gniewu, Warszawa 2017.

poniedziałek, 18 września 2017

Bajka (i Wiktoria) na końcu świata – Ostatni ogród



W polskim "komiksowie" dla dzieci pojawiło się coś zupełnie nowego: seria "Bajka na końcu świata" Marcina Podolca (wyd. Kultura Gniewu / Krótkie Gatki). Wydanie pierwszego tomu, zatytułowanego "Ostatni ogród", osobiście uważam za jedno z najważniejszych wydarzeń książkowych 2017 roku (uwzględniając i premiery publikacji, i wszelkie festiwale oraz nagrody). Z punktu widzenia rodzica, któremu zależy na tym, by dziecko czytało dobre i ciekawe książki, na rynku dostrzega się raczej pozycje już sprawdzone, niezwiązane z żadnym wydawniczym ryzykiem: wznowienia (polskie i zagraniczne), przedruki bestsellerowych publikacji zagranicznych, kontynuacje popularnych serii, ewentualnie nowe projekty autorów polskich, którzy z sukcesem wydawali już bardzo podobne publikacje. Jako książki rozumiem tu, oczywiście, zarówno beletrystykę, jak książki obrazkowe, komiksy, poezję czy nawet utwory sceniczne, bo w księgarniach można znaleźć i dramaty, i scenariusze filmowe adresowane do młodych czytelników.
Tymczasem komiks "Bajka na końcu świata" zaintrygował mnie już na wstępie, po samych zapowiedziach, dość ponurą scenerią "postapo", rzadko spotykaną w książkach dla dzieci poniżej nastu lat, swoją "dziewczęcością" oraz nazwiskiem autora, dotąd kojarzonego tylko z kolorowymi zeszytami dla dorosłych. Sam pomysł stworzenia takiego albumu wydał mi się świetny i ucieszyłam się, że tematyka współczesnego komiksu dla dzieci (a także ogólnie: książki dla dzieci) jest poszerzana.
Po przeczytaniu "Ostatniego ogrodu" mój entuzjazm nie opadł. Album ma niepowtarzalny klimat, przywołuje jedynie odległe, subtelne skojarzenia z filmem "Wall-E", komiksem "Hilda i Troll", serią książek "Piaskowy Wilk", może z pewną kreskówką Disney'a o Myszce Miki i wietrzyku. Wszystkie te odniesienia są moimi osobistymi spostrzeżeniami i dotyczą tylko wytworów kultury dla dzieci. Kto inny i w szerszym wachlarzu popkultury (zwłaszcza wśród filmów postapokaliptycznych) może odnaleźć zupełnie inne podobieństwa. Młody czytelnik podchodzi do tej lektury "na świeżo", nie szuka nawiązań, tylko rozrywki, i dostaje ją – wraz z odrobiną refleksji.
Bajka nie jest nazwą literackiej czy komiksowej opowiastki, ale imieniem psa. Na okładce i w prawie każdym kadrze komiksu pojawia się też druga bohaterka, dziewczynka w nieokreślonym wieku, wyglądająca jak każde dziecko, tak, że bez przedstawienia moglibyśmy uznać ją za chłopca – ale wiemy, że ma na imię Wiktoria. Trudno powiedzieć, żeby Bajka była pupilką Wiktorii, jest raczej jej równorzędną towarzyszką, rozmawiającą, wspierającą, uczestniczącą we wszystkim. Cechy antropomorficzne psa mogą kojarzyć się z bajką, ale w jakiej bajce dwie dziewczynki (ludzka i psia) wędrują samotnie po zniszczonych pustkowiach? Jakby ziemskich, choć na naszą planetę nieco zbyt fantastycznych, zwłaszcza jeśli wziąć pod uwagę portal, którym Wiktoria i Bajka wpadają do innego (?) świata lub wymiaru, oraz jedyne napotkane postaci: bezpostaciowe, zmiennokształtne coś i kolejne gadające zwierzę. Co prawda tapir deklaruje, że pochodzi z Ameryki Południowej, a konkretnie to z zoo, więc utwierdza nas w przekonaniu, że akcja toczy się na Ziemi, tylko kiedy indziej i, zważywszy na wspomniany portal, gdzie indziej.
Ta niedookreśloność jest wielką zaletą albumu Marcina Podolca. W książkach dla starszych dzieci i młodzieży często przeszkadzają nam (mnie i mojemu jedenastoletniemu synowi) zbyt jednoznaczne wskazówki autorów oraz ilustratorów, co i jak mamy dostrzegać, interpretować, wnioskować. Jakby czytelnik ze swoją wyobraźnią nie był do niczego potrzebny, nie musiał dopełniać utworu, wzbogacać go swoim postrzeganiem, bo twórca wszystko już zaplanował. U Marcina Podolca na szczęście jest inaczej, ścieżkami, które wyznaczył Wiktorii oraz Bajce możemy sobie chodzić, jak chcemy, powoli snuć domysły i przypatrywać się każdemu drobiazgowi, albo przebiec szybciutko – właściwie można by przeczytać cały komiks w pół godziny. Tylko po co tak się spieszyć? Tutaj nie chodzi o zdobycie jakiejś wiedzy, osiągnięcie celu w każdym calu i jak najszybciej, tylko o podróżowanie do końca świata i na koniec świata, odkrycie czegoś nowego w książce dla dzieci i we własnej fantazji.
Ilustracje z jednej strony idealnie pasują do ekspresji komiksu dziecięcego, oczekiwań małego czytelnika, a z drugiej są bardzo dojrzałe. Spodobała mi się mimika bohaterów (nawet tego zmiennokształtnego!), dynamika upadków, okrzyków i biegów, przeplatana scenami raczej statycznymi i nieco melancholijnymi, oraz dominująca w albumie falistość, zaokrąglanie pejzaży, twarzy (Weroniki), roślin. Chyba pierwszy raz zetknęłam się w komiksie dla dzieci z moją ulubioną pomarańczowo-bordowo-brązowo-piaskową kolorystyką, która przeważa w "Ostatnim ogrodzie" (z dość dużym udziałem szarości), co należy uznać za śmiałe rozwiązanie w segmencie wydawniczym kojarzonym z wielobarwnością i radosną eksplozją wszelakiej soczystości. Przełamanie zielenią ogrodu (zapowiedzianego w tytule) następuje tylko na dziewięciu z 64 stron.
Pokazany przez autora kosmos dla dziewczynek może się okazać objawieniem – oto nie tylko księżniczki są bohaterkami, a w dziewczęcych książkach można się obyć bez różu, zakochanych absztyfikantów, wiecznych konkursów piękności i popularności. Na końcu świata to wszystko i tak nie będzie miało znaczenia.
Bożena Itoya

Marcin Podolec, Bajka na końcu świata. Tom 1.: Ostatni ogród, Kultura Gniewu (Krótkie Gatki), Warszawa 2017.