cudanakiju.pl

cudanakiju.pl

wtorek, 11 kwietnia 2017

Kamienne anioły


Seria niewielkich (rozmiarem i objętością) powieści Kristiny Ohlsson składa się z trzech części: "Szklanych dzieci", "Srebrnego chłopca" i "Kamiennych aniołów". Są to książki dla młodszych nastolatków, bo i bohaterowie są w tym wieku. Autorka łączy opowieści o duchach z kryminalnymi zagadkami i mocnymi wątkami obyczajowymi. Każda odsłona cyklu wyróżnia jedno z trojga przyjaciół, w "Kamiennych aniołach" na pierwszy plan wysuwa się Simona, jak dotąd postać dość bezbarwna, mało charakterystyczna i stanowiąca (według nas, czytelników) raczej tło, uzupełnienie Billie i Aladdina.
Simona jako jedyna z tria bohaterów pochodzi z rodziny głęboko zakorzenionej w Åhus, pozostali przeprowadzili się tu, nie są rodowitymi mieszkańcami. Tajemnica domu babci Simony splata się z historią miasteczka, a nastoletni badacze przeszłości i zjawisk paranormalnych mają szansę zamknąć przynajmniej jeden z rozdziałów tych dziejów. Podobne zagadki zajmowały Billie, Aladdina i Simonę w poprzednich tomach, ale tym razem sprawa dotyczy nie tylko sąsiadów, miejsc i budynków, ale i najbliższych Simony. Dziewczyna wpada na trop tajemnicy odwiedzając ukochaną babcię, w której wielkim domu ktoś wzdycha, a w ogrodzie okalającym budynek (dawny hotel, a więc jedną z ulubionych lokalizacji twórców horrorów i thrillerów) przesuwają się masywne posągi przedstawiające rodzinę: dwoje dzieci i rodziców. Z powodu pogarszającego się stanu zdrowia babci, Simona przebywa u niej coraz częściej, spędzając czas między innymi z archaicznym magnetofonem, który nagrywa głosy w rzeczywistości niesłyszalne. Śledztwo młodzieży dotyczy właśnie źródła tajemniczych dźwięków oraz tożsamości osób przedstawionych na pomnikach z ogrodu (tytułowych kamiennych aniołów).
Sporo tu duchów, ale i rodzinnej atmosfery. Simona jest mocno związana z rodzeństwem, rodzicami i babcią, której choroba okazuje się bardzo poważna. Wracają koszmary Billie ze "Szklanych dzieci", gdzie poznaliśmy przyjaciółkę Simony jako dziewczynę nie tyle smutną, co zupełnie załamaną po śmierci ojca. Książka "Kamienne anioły" jest jeszcze dotkliwsza, bardziej wzruszająca, intensywna i prawdziwa pod względem emocji. Przypuszczam, że także autorka (zresztą tak, jak ja) jako dorastająca kobieta musiała się pożegnać z babcią, która była jednym z filarów jej młodzieńczego świata. Ten wątek przyćmił nawet samą akcję detektywistyczną, choć, jak zawsze u Kristiny Ohlsson, sprawa z przeszłości była ciekawa, niepokojąca i tylko częściowo wytłumaczalna. W tym miasteczku duchów wszystko ma metafizyczne podszycie, niewątpliwie seria o Åhus to są książki "dla tych, co się lubią bać".
Bożena Itoya

Kristina Ohlsson, Kamienne anioły, tłumaczyła ze szwedzkiego Anna Topczewska, Media Rodzina, Poznań 2016.

Silver. Trzecia księga snów


Ostatnia odsłona trylogii "Silver" niemieckiej autorki Kerstin Gier jest dobrym uzupełnieniem pozostałych tomów. Co prawda nie wywołała w nas takich czytelniczych emocji jak "Pierwsza księga snów", ale za to nadrobiła niedoskonałości tomów 1. i 2. Nadal jest to poczytna książka fantastyczna dla młodzieży, teraz nawet lepsza pod względem jakości literackiej.
Liv Silver zmaga się z demonami własnymi i tymi z zaświatów, o ile rzeczywiście istnieją. Dojrzewanie i miłość przynoszą rozmyślania o "pierwszym razie", lęk, ciekawość i gorączkę. Za to conocne podróże po korytarzu z drzwiami do snów (własnych i cudzych) urozmaicane są spotkaniami z tajemniczą siłą, która czasami występuje jako podmuch wiatru, kiedy indziej jako przyciemnione światło lub tylko wrażenie czyjejś złowrogiej obecności. Bezkształtne zagrożenie oraz niepewność, kto w tej opowieści sprzyja, a kto szkodzi bohaterce w jej realnym życiu, nadają tempo i naszemu oddechowi, i lekturze.

Arthur czekał przed naszym domem na Graysona, ale zamiast niego spotkał mnie. Ucięliśmy sobie miłą pogawędkę... – W zamyśleniu skubałam cyklameny stojące na stoliku. – Powiedział, że gdybym umarła, już po pół roku nie pamiętalibyście, że kiedykolwiek żyłam. I że chętnie to udowodni.
Henry i Grayson milczeli. W końcu Grayson podniósł głowę i rzekł:
Zapomnijcie o wszystkim, co do tej pory mówiłem. W tej chwili jest mi już obojętne, czy resztę życia spędzi jako śliniące się i pogrążone w śpiączce warzywo. Musimy go zatrzymać, wszystko jedno jak.
Tak, ale do tego potrzebujemy Anabel. – Henry przyłączył się do skubania cyklamenu i niby przypadkiem dotknął moich palców. – A ona jest w tej chwili mocno zaabsorbowana swoim demonem. Przynajmniej pod tym względem Arthur nie kłamał. Mnie Anabel też powiedziała, że on wrócił. I że nasze imiona zapisane są krwią. I że ta krew popłynie podczas zaćmienia słońca... I jeszcze kilka innych obłąkanych rzeczy. To nie był dobry pomysł, żeby odstawić leki.

Liv i Henry nadal są sobie bardzo bliscy, choć ich związku nie można uznać za typowy ani spokojny. Dziewczyna ma kompleksy na tle doświadczenia w relacjach damsko-męskich, a chłopak zawieszony jest między potrzebą obrony Liv przed zagrożeniami wszystkich światów, fascynacją sennym korytarzem, obowiązkami względem młodszego rodzeństwa oraz egzaminami końcowymi (jest dwa lata starszy od Liv). Do kłopotów Liv dochodzi jeszcze niepokój, chwilami przechodzący w rozpacz, z powodu rychłego rozstania z byłą nianią, znaną nam dobrze z poprzednich tomów Lottie (teraz będącą obiektem westchnień aż dwóch panów). Trzeba przyznać, że przy problemach Henry'ego te gnębiące Liv wypadają blado, a nawet banalnie i dziecinnie.
Upiorne działania czarnych charakterów tym razem koncentrują się nie na podejmowanej wprost przemocy fizycznej (jak w tomie 1.), nie na popychaniu ludzi do autoagresji w lunatycznym śnie (jak w tomie 2.), ale na przejmowaniu kontroli nad ofiarą na jawie, wprowadzaniu jej w pewnego rodzaju trans. Okrutne praktyki wywołują w Liv i jej przyjaciołach poczucie nieustannego zagrożenia: nie wiadomo kto, kiedy i pod czyim wpływem zwróci się przeciwko komu. To bardzo ciekawy motyw, ale autorce nie zawsze udaje się utrzymać napięcie.
"Trzecia księga snów" jest dobrym studium metod manipulacji – tych najbardziej współczesnych, jak opiniotwórcze media i blogi, oraz tych dawniejszych, uniwersalnych, działających niezależnie od epoki, jak wykorzystanie lęku o najbliższych lub strachu przed odrzuceniem, a także takich, jakimi posługują się sekty. Wszystko wydaje się takie oczywiste, aż trudno uwierzyć, że ktoś się na to nabiera i poddaje podobnym wpływom, a jednak i my sami nie jesteśmy zupełnie odporni. I dlatego tę książkę tak dobrze się czyta. Każdy z czytelników może tu szukać własnych demonów.
Autorka w kilku miejscach powieści przypomina wydarzenia z poprzednich tomów, co wydaje się zbędne, bo kto czytał i dał się wciągnąć, ten po prostu żyje "Silverem", ma swoich ulubieńców i na pewno nie uronił ani sekundy akcji, a już zwłaszcza najważniejszych jej zwrotów. Ci najwięksi fani na pewno będą czasem zaskoczeni nowymi wcieleniami bohaterów, bo zdarzy się na przykład, że dawniejsza ofiara i niegdysiejszy oprawca awansują na obrońców. Oby przytrafiło się też spotkanie z autorką, może podczas tegorocznych Warszawskich Targów Książki, których honorowym gościem będą Niemcy?
Bożena Itoya

Kerstin Gier, Silver. Trzecia księga snów, tłumaczyła Agnieszka Hofmann, Media Rodzina, Poznań 2017.

Paweł Beręsewicz o książkach i spotkaniach z dziećmi

Wywiad z Pawłem Beręsewiczem (autorem "tak mniej więcej 20-30 książek") przeprowadzony przez Bożenę Itoyę 5 kwietnia 2017 r. w Multimedialnej Bibliotece dla Dzieci i Młodzieży nr XXXI przy ulicy Tynieckiej 40a w Warszawie, po spotkaniu pisarza z czytelnikami.

Bożena Itoya: Którego ze swoich bohaterów literackich lubi Pan najbardziej? Naszym ulubieńcem jest Jacek Karaś. I Mesio, Staszek Tondera, pan Mamutko. Tak naprawdę każda kolejna Pana książka staje się dla mojego syna ulubioną. Jesteśmy ciekawi, jak Pan patrzy na swoich bohaterów?

Paweł Beręsewicz: Myślę, że moim ulubionym bohaterem jest tata Ciumko, który jest troszkę moim alter ego, troszkę może przypomina mojego własnego tatę, troszkę jest takim tatą, jakim chciałbym być. Także tata Ciumko, tak bym obstawiał, że to mój ulubiony bohater.

B.I.: My jeszcze bardzo polubiliśmy pisarza Pawła z "Zawodowców", szczególnie syn.
Czytając Pana powieści i opowiadania często współczujemy bohaterom, zwłaszcza rodziców kompromitujących młodego człowieka, jak w książce "Jak zakochałem Kaśkę Kwiatek", lub straszliwych nieszczęść przytrafiających się bohaterom "Pieniędzy albo kasy", "Zawodowców" czy "Pocztu psujów polskich". Jaki jest sekret tak skutecznego i silnego oddziaływania na emocje czytelnika? Mój syn krzyczy co jakiś czas "o nie, nie, tylko nie to!".
Czy miał Pan podobne doświadczenia w młodości? A może studiował Pan psychologię?

P.B.: Nie, psychologii nie studiowałem. Doświadczenia z rodzicami, oczywiście, miałem, ale myślę, że sam jestem takim tatą, co kompromituje swoje dzieci. To jest takie bezpośrednie doświadczenie. Dzieci żyją w ciągłym strachu, że jak tata coś powie, to będzie kompromitacja przy dziewczynie, czy przy kolegach. Kiedyś przyszła cała grupa kolegów córki, jedli z nami obiad przy stole. Był jeden kolega, który prawie się nabawił wrzodów żołądka, bo podobno był bardzo wystraszony. Tego zupełnie nie rozumiem, dlaczego tak się bał. Przeżył to strasznie, ale jakoś z tego wyszedł.

B.I.: A odnośnie młodych ludzi: kilka lat temu wydał Pan zbiór wierszyków pod tytułem "Czy pisarzom burczy w brzuchu?". Czy ta publikacja była inspirowana prawdziwymi rozmowami, czy rzeczywiście dzieci zadają takie pytania? Jakie było najdziwniejsze, najśmieszniejsze pytanie od młodego czytelnika?

P.B.: Są to pytania zebrane ze spotkań autorskich, poza tym tytułowym pytaniem, które oczywiście sobie wymyśliłem: czy pisarzom burczy w brzuchu. Musiałem wymyślić, bo zazdroszczę moim kolegom autorom, którzy zawsze sypią anegdotami na temat pytań, jakie padają na spotkaniach. Mnie jakoś nigdy specjalnie nie zaskoczyło żadne pytanie, więc musiałem sobie wymyślić "Czy pisarzom burczy w brzuchu?". Ale myślę, że dobrze wymyśliłem.

B.I.: A czy często spotyka się Pan z czytelnikami? Czy takie spotkania są według Pana niezbędne dla pisarza, czy można dobrze pisać dla dzieci "na sucho", nie mając z nimi bezpośredniego kontaktu?

P.B.: Bardzo często spotykam się z czytelnikami, mam bardzo dużo spotkań. Lubię to, najczęściej. Myślę, że taki kontakt z czytelnikiem jest potrzebny autorowi. Mam też co prawda własne dzieci, które już... dzisiaj mój syn na przykład kończy 20 lat.

B.I.: Proszę złożyć od nas życzenia!


P.B.: Złożę. Fakt dwudziestych urodzin syna naprawdę robi wrażenie. Także kontakt z dziećmi na pewno jest ważny ważne, żeby wiedzieć, jak rozumują, o czym mówią, jak mówią. Na pewno z tego korzystam. Pytanie, czy one też z tego korzystają. Kiedy rozmawiam z bibliotekarzami, zawsze podkreślają, że to jest ważne, że po takim spotkaniu jest wzmożone zainteresowanie książkami, dzieciaki przychodzą, chcą czytać. Mam więc nadzieję, że jeżeli dobrze poprowadzić takie spotkanie, to ku obopólnej korzyści.

B.I.: Inny typ spotkań to spotkania na targach. W maju odbędą się Warszawskie Targi Książki, wielu czytelników, w tym my, nie może się już doczekać i premier, i spotkań. Jak Pan odbiera takie wydarzenia jako autor? Czy są ważne? Czy coś się zmienia w tej kwestii? Czy są lepsze, gorsze targi, czy ma Pan jakieś ulubione spotkania targowe w Polsce, czy może zawsze jest podobnie i woli Pan takie spotkania w bibliotece?

P.B.: Zdecydowanie wolę spotkania w bibliotece. Szczerze mówiąc, nie przepadam za targami. Zawsze grzecznie przychodzę i zawsze miło sobie rozmawiam z czytelnikami, którzy przyjdą, ale nie przepadam za targami. Jakoś jestem przytłoczony hałasem, tym targowiskiem, nie jestem fanem takich spotkań. A czy któreś z targów jakoś szczególnie...

B.I.: Może mają jakiś swój charakter, czymś się różnią? My właściwie bywamy tylko w Warszawie...

P.B.: Co do przeniesienia tych targów z Pałacu Kultury na Stadion Narodowy, zdania są podzielone. Ja akurat uważam, że to był dobry pomysł, że tam jest więcej miejsca, że to jest takie modne, nowoczesne miejsce i dosyć lubię te targi.

B.I.: Pamiętam, że byliśmy w Pałacu Kultury, kiedy odbywały się chyba pierwsze targi pod obecną nazwą byłam na nich z synem, kiedy miał ze 3 lub 4 lata. Rzeczywiście było ciasno i trudno było cokolwiek znaleźć.

P.B.: Tamte targi miały swoje tradycje, więc rozumiem niektóre osoby przywiązane do tego miejsca. Są osoby, które kręcą nosem i burzą się na mieszanie literatury z takim miejscem, które nie jest specjalnie związane z kulturą, ale ja nie mam takich uprzedzeń i uważam, że to była korzystna zamiana.

B.I.: W podręczniku mojego syna znalazł się fragment "Ciumkowych historii w tym jednej smutnej". W załączonym biogramie jako Pana pierwszy zawód wymieniony jest tłumacz. Wiemy, że Pan tłumaczy, bo na naszej półce stoi 7 książek przełożonych przez Pana z języka angielskiego, między innymi "Ania z Zielonego Wzgórza", "Tajemniczy ogród", ale też mniej znane, jak "Olbrzym z krainy baśni" chyba nasza ulubiona. Mamy też bajkowy słownik Pana autorstwa, syn używa go w szkole i w domu.
Czy nadal zajmuje się Pan przekładami? Który typ twórczości bardziej Panu odpowiada: twórczość pisarza czy praca przy przekładach?

P.B.: Lubię tłumaczyć. Nie zdarza mi się to często. Jestem oczywiście otwarty na propozycje i czekam na propozycje, jak takie przychodzą i są interesujące, to zawsze bardzo chętnie to robię. Nie wiem, trudno mi powiedzieć, chyba jednak wolę pisać własne rzeczy, natomiast cenię sobie możliwość takiego płodozmianu. Nie ukrywam, nie mam nieograniczonej ilości pomysłów, czasem taki oddech i jakby "korzystanie z cudzych pomysłów" jest niewątpliwie korzystne. Lubię zrobić sobie taką przerwę na tłumaczenie.

B.I.: W 2016 roku ukazał się tom "Gorzka czekolada i inne opowiadania o ważnych sprawach", którego współwydawcą jest Fundacja Cała Polska Czyta Dzieciom. Teksty przygotowało kilku autorów, nam się oczywiście najbardziej podobały opowiadania napisane przez Pana. Zupełnie wyjątkowe wydało nam się opowiadanie "System". Czy lubi Pan taką konwencję, właściwie jest science-fiction, w kinie i literaturze jako czytelnik i jako autor? Czy będziemy mieli okazję przeczytać jeszcze coś podobnego (Pana autorstwa)?

P.B.: Zasadniczo nie jestem wielkim miłośnikiem fantastyki, natomiast tutaj rzeczywiście, dostałem od Fundacji zadanie do odrobienia: 3 wartości, na temat których trzeba było wykonać jakieś wariacje literackie. Pomyślałem sobie, że spróbuję się też pobawić gatunkami i każde z tych trzech opowiadań jest troszeczkę innym gatunkiem. Jest ten "System", który jest rodzajem antyutopii to też takie mrugnięcie do czytelnika, bo wiem, że antyutopia jest gatunkiem popularnym wśród młodzieży. Jedno z tych opowiadań jest taką baśniową fantastyką, co też nie jest moim wybitnie ulubionym gatunkiem, ale to także rodzaj mrugnięcia do czytelnika i zabawy w gatunek. Trzecie jest typem parodii reportażu, to kolejny bardzo modny, może nie wśród młodzieży, ale wśród dorosłych, gatunek literacki. Postanowiłem, że tak powiem, zabawić się. Czy będę kontynuował (książki) w tym nurcie fantastycznym... wątpię, ale kto wie.

B.I.: W każdym razie bardzo nam się podobało.
W książce "Więcej niż klub" napisał Pan o pasjonatach piłki nożnej, w "Wielkiej wyprawie Ciumków" cała rodzina wyrusza na rowerową wędrówkę, cykliści są również bohaterami tego trzeciego opowiadania z "Gorzkiej czekolady" – "Pecha" . Bardzo dobrze czyta się nam te Pana "sportowe" utwory.
I tu znów to samo pytanie: czy planuje Pan kolejne, podobne ("sportowe") książki? Zwłaszcza, że są napisane z humorem, jak wszystkie Pana książki, nie jest to taki sobie, zwykły opis meczu...

P.B.: To może zdradzę tajemnicę: napisałem zbiór wierszy o różnych dyscyplinach sportu. Bardzo dobrze się przy tym bawiłem, mam nadzieję, że czytelnicy będą się bawili przynajmniej w połowie tak dobrze, jak ja. Nie wiem jeszcze, trudno mi powiedzieć, kiedy ta książka się ukaże. Troszkę inna rzecz tym razem, mam nadzieję, że będzie dobra zabawa. Zdecydowanie będzie to książka sportowa, jest pięćdziesiąt czy ileś tam wierszy, każdy o innej dyscyplinie sportu. Będzie bardzo sportowo.

B.I.: Mam wrażenie, że dużo więcej jest literatury uczącej miłości do zwierząt niż tej promującej sport czy choćby wspominającej o sporcie. Bardzo się nam (te książki) podobają.
A czy myśli Pan, że tradycyjnej książce coś zagraża (to pytanie też dziś padło, ale z pana ust do dzieci): "internety", e-booki, aplikacje, ekranizacje? Czy książka ma się jednak dobrze?

P.B.: Nie mam pojęcia, tak naprawdę, jak odpowiedzieć na to pytanie. Jeżeli chodzi o e-booki, to był taki moment, że wydawało się, że one wejdą przebojem i zupełnie odbiorą czytelników książce papierowej. Wydaje mi się, że to się troszkę zahamowało, że ten boom się skończył, szczególnie jeśli chodzi o literaturę dziecięcą. Tutaj jednak papierowa książka, do takiego rodzinnego, domowego czytania, bardziej się nadaje. Myślę, że jeśli chodzi właśnie o książkę dziecięcą, to chyba jednak papierowa książka ocaleje. Ale oczywiście głowy nie dam. Jak sobie tak pomyślę: w końcu takie czytelnictwo papierowej książki, to w całej historii ludzkości jest tylko taki maleńki kawałeczek historii, więc może nie musimy czytać papierowych książek, żeby być cywilizowanymi ludźmi. Nie wiem, to ciekawe.

B.I.: A czy planuje Pan jakieś eksperymenty z formą książki? Nie tyle formą literacką, co samym kształtem, planem książki – na przykład mój syn czytuje coś, co się określa jako gry paragrafowe, gamebooki, które można czytać na wiele sposobów, łączyć ich fragmenty w różnej kolejności. Są też książki, których część ukryta jest na stronach internetowych czy w jakichś aplikacjach... Czy jednak Pan planuje pozostać przy takiej tradycyjnej narracji?

P.B.: Myślę, że to jest fajny pomysł. Specjalnie się na tym nie znam, więc trudno mi powiedzieć, ale jak dla mnie brzmi to ciekawie i atrakcyjnie. Jeżeli to jest sposób na zainteresowanie czytelników, to czemu nie.

B.I.: My mieliśmy ostatnio problem, bo jedna taka książka nas zainteresowała, ale nie mamy smartfonów ("planowo"), więc książka, której część jest ukryta w jakiejś aplikacji, też w pewnym sensie ogranicza (grono odbiorców), wcale nie "wychodzi" do wszystkich.
Ostatni temat, który chciałabym poruszyć, to ilustracje.
Książki, które Pan napisał, to, oczywiście, dla nas przede wszystkim tekst. Mimo że mój syn bardzo lubi komiksy i zazwyczaj zwraca uwagę na ilustracje w książkach, przegląda je sobie, to Pana książki są połykane od deski do deski, kartki przelatują i dopiero na końcu przyglądamy się tym ilustracjom. Są wśród Pana książek perełki ilustracyjne, zwłaszcza wśród tych najnowszych i dopiero zapowiadanych, przy czym są to bardzo różne stylistyki – nawet, tak jak Pan pokazywał [na spotkaniu z czytelnikami przyp. B.I.], różne wydania tej samej książki ("Pana Mamutki i zwierząt"). "Ciumkowe historie" to, jeśli chodzi o grafikę, coś zupełnie innego niż "Tajemnica człowieka z blizną" czy "Poczet psujów polskich" lub "A niech to czykolada", też teraz wznawiana z nowymi ilustracjami.

P.B.: Tak, bardzo efektownymi ilustracjami.

B.I.: Czy któryś z tych "Pana" ilustratorów, albo w ogóle polskich ilustratorów, to taki Pana typ, to znaczy, czy ma Pan ulubionych ilustratorów? Czy z któregoś projektu wydawniczego jest Pan szczególnie zadowolony? Czy uważa Pan, że ilustracje są taką "wartością dodaną", czy mogą coś zmienić, dodać coś, czego Pan nie planował?

P.B.: Myślę, że są "wartością dodaną", natomiast ja patrzę na książkę raczej z punktu widzenia autora słowa i zawsze wydaje mi się, że to słowo jest w książce jednak (nie chcę, żeby koledzy ilustratorzy to usłyszeli) ważniejsze [śmiech]. Ale zawsze jest miło, jak to słowo jest też ładnie opakowane. Bardzo sobie cenię i bardzo lubię projekty Olgi Reszelskiej, która zilustrowała "Tajemnicę człowieka z blizną", "Na przykład Małgośkę" i "Czy wojna jest dla dziewczyn?".
Pani użyła określenia "pańscy ilustratorzy", to nie jest tak, nie ma czegoś takiego, jak "moi ilustratorzy". Zwykle zdaję się tutaj na wydawcę, na jego decyzję. Ja najwyżej mogę kręcić nosem, ale zwykle tego nie robię, choć pewnie mógłbym trochę pomarudzić i powiedzieć, że to mi się nie podoba, to chciałbym zmienić. Ale tym zajmuje się wydawca, ja za bardzo nie ingeruję. Uważam, że ilustrator też jest twórcą na swoich własnych prawach i ma prawo do jakiejś wizji. Jak się te nasze wizje spotkają, to fajnie, jak nie, to trudno, nic takiego strasznego się nie dzieje.

B.I.: Bardzo dziękujemy za rozmowę.

P.B.: Dziękuję.

Zapis i opracowanie rozmowy: Bożena Itoya.

Za możliwość przeprowadzenia wywiadu dziękujemy panu Pawłowi Beręsewiczowi (który zgodził się na rozmowę mimo długości wcześniejszego spotkania z czytelnikami – około 90 minut rozmów i autografów!) oraz Multimedialnej Bibliotece dla Dzieci i Młodzieży nr XXXI przy ulicy Tynieckiej 40a w Warszawie.

Cudanakiju.pl

piątek, 31 marca 2017

Mgnienie oka


Wydawnictwo Muchomor uczyniło z książek o naukowcach i ludziach sztuki jedną ze swoich rozpoznawalnych marek. Literackie biografie pisane przez Annę Czerwińską-Rydel, z nowoczesnymi, wyróżniającymi się i nagradzanymi ilustracjami oraz grafikami, sprawiają przyjemność miłośnikom książki obraz(k)owej, ale i zwolennikom publikacji, w których dominuje tekst ujęty w tradycyjną narrację. Nowa pozycja tego typu, zatytułowana "Mgnienie oka. Opowieść o Danielu Mikołaju Chodowieckim", inauguruje kolejną serię wydawnictwa Muchomor: "Gdańscy Artyści", bliską poprzednim trylogiom gdańskim tej autorki.

W pewnym momencie mała dziewczynka wstała ze swojego krzesła. Przesuwała się powoli w stronę malarza, stawiając kroki cicho jak kot. Wreszcie stanęła przed Chodowieckim i spojrzała na niego błagalnie.
Hm? – mruknął Daniel, nie odrywając wzroku od kartki. – Czy mogę ci w czymś pomóc?
Tak. Chciałabym, żeby mnie pan narysował – odpowiedziała dziewczynka poważnie.
O! A jak się nazywasz i ile masz lat? – Chodowiecki spojrzał na nią z ciekawością.
Jestem Johanna. Johanna Trosiener – Uczennica dygnęła. – Niedługo skończę siedem lat.
Ha! Poważny wiek! uśmiechnął się artysta. Znam twoich rodziców. Poczekaj chwilę, skończę rysunek klasy i zaraz naszkicuję twój portret.

Pomysł wydawania książek o tak ściśle określonym temacie i odbiorcy, bo koncentrujących się na historycznych twórcach i dzisiejszych odbiorcach sztuki związanej z Gdańskiem, jest ambitny i godny podziwu. Podobnych projektów nie podejmuje się dla poklasku tłumu, tylko z pasji, autentycznej potrzeby tworzenia dobrej książki, po prostu "dla sprawy". Popularyzacja wiedzy z zakresu sztuki jest właściwie działalnością niszową, zważywszy na powszechność wydawnictw czy stron internetowych traktujących o naukach ścisłych. To, na ile rzadko i w jak niewielkich nakładach ukazują się książki (dla młodych czytelników) o sztuce w porównaniu z tymi o kosmosie czy eksperymentach fizycznych, jest dokładnym przełożeniem stosunku edukacji artystycznej do kształcenia w obrębie dziedzin ścisłych – przynajmniej w warunkach polskiej szkoły oraz rynku wydawniczego. Wszyscy wiedzą, kim był Mikołaj Kopernik i Maria Skłodowska-Curie, ale ilu uczniów słyszało o Danielu Mikołaju Chodowieckim? Dzięki Annie Czerwińskiej-Rydel możemy łatwo uzupełnić edukację swoich starszych dzieci, a nawet własną.
"Mgnienie oka" jest historią podróży, jaką w 1773 roku odbył Daniel Mikołaj Chodowiecki z Berlina do Gdańska. Bohater po trzydziestu latach nieobecności w rodzinnym mieście rusza w odwiedziny do matki i sióstr. Dom opuścił jako siedemnastolatek, zmuszony do zarabiania na rodzinę po śmierci ojca. W chwili rozpoczęcia akcji książki Chodowiecki ma już własną rodzinę (żonę i pięcioro dzieci) oraz wielki dorobek w dziedzinie rytownictwa – jest znanym i poważanym rytownikiem. Jego wędrówka przybliża nam realia tamtych czasów na ziemiach pruskich i w Gdańsku, a liczne retrospekcje pozwalają poznać historię życia artysty.

W pewnym momencie malarz zatrzymał się przed jedną z chałup.
Hej, gospodarzu! – zawołał. Macie tu trochę owsa na sprzedaż? Potrzebuję dla konia.
Nie, miłościwy panie. – Chłop ukłonił się do ziemi. – My biedni, sami strawy żadnej nie mamy, a konia to już dawno nie widzieliśmy.
A może macie coś innego do sprzedania? – zapytał Chodowiecki, bo żal mu było tych ludzi i chciał ich jakoś wspomóc.
Jeśliby jaśnie pan zechciał kupić moją córkę – powiedziała nagle wieśniaczka i popchnęła przed siebie malutką, ledwie trzyletnią, obdartą dziewczynkę – to byśmy sprzedali. My mamy jeszcze siedmioro dzieci. Nie nastarczamy dla wszystkich jadła. Gdyby pan ją wziął, to ona by tam w świecie lepiej miała.

Koncepcja książki oparta jest na scenach, ujęciach z podróży od domu dorosłości do domu dzieciństwa i z powrotem. Kolejne wydarzenia oraz spotkania z ludźmi (bliskimi i obcymi) są równocześnie opisywane przez autorkę i rysowane przez bohatera, bo poza współczesną oprawą graficzną (Emilia Pyza), książka została opatrzona ilustracjami (a dokładniej: rycinami) samego Daniela Chodowieckiego. W narracji trzecioosobowej, w dialogach oraz przypisach pojawiają się opisy warsztatu artysty, poszczególnych etapów jego pracy, co składa się na zrozumiałą definicję sztuki rytownictwa, dzisiaj właściwie nieznanej przeciętnemu odbiorcy książek dla młodzieży.

Postanowił dać koniowi odpocząć, a sam rozłożył kartki i zaczął rysować – klasztor, kościoły, domy, las, a na horyzoncie morze z wieloma statkami.
Wreszcie (po dłuższej chwili, bo spodobała mu się ta Oliwa) zdecydował się jechać dalej. Droga wiodła do Wrzeszcza. Przed wjazdem stał szlaban z pruskim orłem, ale warta przepuściła Chodowieckiego bez żadnych trudności.
"Wrzeszcz robi wrażenie miasteczka, w którym wszystko nakierowane jest już na Gdańsk" – pomyślał, rozglądając się wokoło.
Droga zmieniła się teraz w Wielką Aleję łączącą Wrzeszcz z Gdańskiem. Wzdłuż niej ciągnęły się chodniki dla pieszych obsadzone młodymi drzewami. Daniel przegalopował Aleją, a potem wjechał przez Bramę Wyżynną i skierował się ku Podwalu Przedmiejskiemu. Tam postanowił zatrzymać się w gospodzie "Pod Koroną".

"Mgnienie oka" to publikacja piękna, jedna z takich, jakie wyszukiwałam w antykwariatach jako nastoletnia miłośniczka Gdańska. To wspaniale, że teraz dużo łatwiej jest dotrzeć do książek oddających atmosferę dawnego wolnego miasta, przy czym najnowsza "gdańska" biografia Anny Czerwińskiej-Rydel jest wydana znacznie staranniej niż moje antykwaryczne białe kruki (z lat 70.-90. XX w.), tu zadbano o każdy szczegół treści i formy.
Bożena Itoya

Anna Czerwińska-Rydel, Mgnienie oka. Opowieść o Danielu Mikołaju Chodowieckim, rysunki Daniela Chodowieckiego, projekt graficzny i projekt serii Gdańscy Artyści: Emilia Pyza, Wydawnictwo Muchomor, Warszawa 2016.

środa, 29 marca 2017

Bankrut – gra karciana z ilustracjami Nikoli Kucharskiej


Wydawnictwo Nasza Księgarnia istnieje od ponad 90 lat, na publikowanych przez nie książkach uczyły się czytać dzisiejsze dzieci, młodzież, rodzice, dziadkowie, pewnie też pradziadkowie, a jednak ten wielki, klasyczny już wydawca wciąż eksperymentuje i zaskakuje kolejnymi projektami. Tym razem nie jest to nowa książka czy seria, ale zupełnie odrębna gałąź działalności wydawniczej: gry karciane i planszowe. Spośród kilku pozycji, którymi Nasza Księgarnia zadebiutowała w planszówkowym świecie, sięgnęliśmy po "Bankruta", ponieważ zaintrygowało nas połączenie nazwiska znanego autora gier Reinera Knizi z nazwiskiem młodej, bardzo przez nas lubianej ilustratorki, wydającej książki głównie w Naszej Księgarni – Nikoli Kucharskiej.
Gra przeznaczona jest dla grupy od 3 do 6 graczy w wieku od 8 lat, jako czas rozgrywki na pudełku podano 30 minut, ale w naszym wypadku nigdy się na tym nie kończyło. Niewielkie, bardzo poręczne pudełko zawiera karty do gry, instrukcję i kilka gadżetów: pokaźny notes do zapisywania wyników (z logo "Bankruta"), firmowy ołówek NK, kartę megamocy z bohaterami serii "Hej, Jędrek!", naklejkę – planszówkowy ex libris, oraz foliowy woreczek na karty. To więcej niż mieści się w wielkich pudłach wielu innych wydawnictw specjalizujących się w grach, a tu pudełeczko jest niemal kieszonkowe, w każdym razie na tyle nieduże, że bez problemu zmieściło się w nieco przeładowanym plecaku szkolnym mojego syna, gdy z okazji pierwszego dnia wiosny zamiast niektórych lekcji miał święto gracza.
Rozgrywka w "Bankruta"jest prosta (dla starszego dziecka – po pierwszych 2, może 3 próbach), dynamiczna, podzielona na kilka krótkich rund, których liczba rośnie wraz z grupą graczy (3 osoby = 3 rundy, 4 osoby = 4 rundy itp.). Do naszej dyspozycji jest 9 rodzajów kart, każdy z nich ma swój rysunek i cyfrę (5, 7 lub 9), która oznacza końcową punktację, a równocześnie liczbę kart tego typu w całej grze. Przed każdą rozgrywką następuje tasowanie i rozdanie – rewersem do góry, by nie wiadomo było, kto co dostał. Każdy gracz dostaje tyle samo kart, a jedna ląduje na środku stołu. W chwili, gdy zostaje odkryta, rozpoczyna się wielkie targowanie.
Gracze gorączkowo wymieniają się kartami, dążąc do stanu przewagi: jeśli ktoś widzi, że ma większość z każdego typu kart, którym dysponuje (na przykład 5 z 7 ryb, 3 z 5 drewien, 6 z 9 ziół), a może nawet wszystkie (np. 5 z 5 zbóż), powinien krzyknąć "stop!". Następuje podliczanie rundy, a punkty na plusie lub minusie przyznawane są za komplet kart danego typu (wartość każdej karty razy 2), za pojedyncze karty, o ile gracz ma ich większość (np. 4 punkty za 4 z 7 kart prosiaków, ale 0 punktów za 2 z 5 kart cegieł), za uzasadnione zatrzymanie gry (+5 punktów, gdy mamy większość z każdego typu kart w naszej talii) lub za nieuzasadniony "stop!" (-5 punktów, nawet, gdy tylko w jednym typie kart z naszej talii jest mniej niż połowa, np. 4 z 9 kart złota). Jest jeszcze zakała gry, karta ze środka stołu – za posiadanie takiej karty w swojej talii dostaje się na koniec punkty ujemne (po jednym za każdą kartę), ale ponieważ w trakcie rozgrywki można tę kartę wymieniać (zabrać i położyć na jej miejsce inną, z własnej talii), środek blatu jest frontem walki równie gorącym, co główne targowisko. Nikt nie chce zostać bankrutem, w ostateczności więc, gdy wisi nad nami bliski "stop!" innego gracza, ciążące nam karty można oddać chętnym, bez wymiany, "za darmo". Pot nas zlewa, walczymy do ostatniej sekundy, czasem udaje się wygrać, kiedy indziej bankrutujemy z kretesem – zależy, jak szybko umieją liczyć i planować nasi przeciwnicy. Mnie udało się zwyciężyć tylko dwie czy trzy z kilkudziesięciu rund w kilkunastu rozgrywkach.
Mimo to uwielbiam grać w "Bankruta", bo zapewnia świetną zabawę w dobrej oprawie. Karty zostały wykonane z solidnego papieru, prawie po nich nie widać, ile razy i w jakich nerwach były rzucane na blat i przekładane z ręki do ręki. Na pochwałę zasługuje też praca ilustratorki: rysunki są ładne, zabawne i czytelne, to dzięki nim polska edycja "Bankruta" ma niepowtarzalny klimat. Zwłaszcza obrazki na pudełku oraz jego kolorystyka skradły nasze serca, zresztą jak cała gra, która i w kategorii graficznej, i jako zabawa rodzinna ma u nas status ulubionej gry roku.
Bożena Itoya

Bankrut, autor: Reiner Knizia, ilustracje: Nikola Kucharska, Wydawnictwo Nasza Księgarnia, Warszawa 2017.

poniedziałek, 27 marca 2017

Jak zwierzęta śpią?


Książka "Jak zwierzęta śpią?" pierwotnie została opublikowana w 2012 roku przez czeską oficynę Baobab, a w Polsce ukazała się nakładem wydawnictwa Muchomor kilka dni temu (marzec 2017 r.). Jest to niezwykle efektowna pozycja popularnonaukowa, w której prym wiodą ilustracje (Marie Štumpfová), choć zgrabne, zwięzłe i niepozbawione humoru notatki (Jiří Dvořák) o sennych bohaterach też mają wielki urok. Przekład Julii Radziwiłł wypadł lekko, w tekście pojawiają się przyjemne dla ucha i wyobraźni poetyckie porównania (jak głębiny morza i snu) oraz praktyczne objaśnienia działania organizmu zwierzęcia (na przykład klapki na nosie foki lub zrogowaciałego naskórka na kolanach wielbłąda).

Mocno uczepiwszy się gałęzi, paw składa ogon, pochyla głowę i zasypia – jakby naraz zamknął tysiąc par oczu.

Autor tekstu i tłumaczka, łącząc zrozumiały wykład popularnonaukowy z marzycielskim nastrojem dobranocki, osiągnęli niełatwy cel: oto czytamy książkę ładnie brzmiącą, przystępną i ciekawą dla każdego członka rodziny, od malucha po seniora rodu.

Pyton zielony przesypia cały dzień. Znajduje sobie gałąź, okręca się wokół niej dwa razy i kładzie głowę pośrodku zwojów. Jakby sobie ze swojego ciała uplótł gniazdo.

Również ilustracje równoważą wartości artystyczne i informacyjne: zwierzęta przypominają te prawdziwe, jak na ilustracjach (lub rycinach) w tradycyjnych książkach przyrodniczych, a zarazem ujęte zostały w zachwycającej kolorystyce, z wykorzystaniem techniki rysunku atrakcyjnej dla dzisiejszego małego czytelnika. Zresztą stylistyka ilustracji cieszy oko wszystkich domowników, każdy w naszej rodzinie ma w tej książce swojego ulubieńca. Pojawiają się tu różne natężenia kolorów – takie charakterystyczne dla świtu, pełni dnia, zmierzchu i nocy; zimy, wiosny, lata i jesieni; upału i mrozu – oraz rozmaite legowiska, od całkiem dzikich do zupełnie udomowionych, niemal ludzkich pieleszy.
Czytelnik może na różne sposoby porównywać opisane i narysowane zwierzęta, a wyniki zestawień będą czasem zaskakujące, bo ktoś może na przykład uznać, że metoda snu pelikana bardziej przypomina odpoczynek lisa niż jerzyka, choć mogłoby się zdawać, że wszystkie ptaki śpią tak samo.

Gdy zapada zmrok, gromada ptaków wzlatuje najwyżej, jak umie. Potem ptaki rozkładają skrzydła i powoli szybują w dół, pogrążone w ciemności i drzemce. Ale nie całkowicie: pół ich mózgu śpi, a druga połówka pilnuje, czy nie zbliża się ziemia albo jakiś drapieżnik...

Autorzy przedstawili nam 16 zwierząt, które śpią w ciekawy sposób: wyjątkowo krótko albo zaskakująco długo, często, w dziwnych miejscach i pozycjach. Kto nie znał tych zoologicznych ciekawostek, ten podczas lektury nieraz zakrzyknie: "wow!". Z książki dowiemy się, czy zwierzęta śnią, czy lepiej drzemać samemu, czy może raźniej głęboko spać w grupie, kto układa się do snu tam, gdzie się bawi, je, chodzi, pełza lub pływa, a kto potrzebuje łóżka lub... nawet kilku. Zbadamy, kto uważa, że można spać na otwartej przestrzeni, a według kogo bezpieczniej jest się ukryć lub przynajmniej przykryć. A czy jest jakieś zwierzę, któremu nikt nie może zagrozić, nawet w trakcie snu? Zobaczymy też, jak jaśnieje poranek w Afryce, a w jaki sposób zmierzcha się w Azji. A teraz wybierzcie, czyj sen jest najbardziej spektakularny.
Tylko od czytelnika zależy, ile czasu spędzi z książką "Jak zwierzęta śpią?", czy wystarczy mu jednorazowa lektura i przyswojenie wiadomości, czy też podejmie własne obserwacje i zestawienia. Zaś ilustracje pozwolą wczuć się w sytuację śpiochów i śnić kolorowo o różnych zakątkach świata, od sawanny po lodowce, nie pomijając własnego ogródka.
Bożena Itoya

Jak zwierzęta śpią?, narysowała Marie Štumpfová, napisał Jiří Dvořák, przetłumaczyła Julia Radziwiłł, Muchomor, Warszawa 2017.

Andy Griffiths i nieoficjalne lektury


Wywiad z Andym Griffithsem, autorem książki "52-piętrowy domek na drzewie" (wyd. Nasza Księgarnia), przeprowadzony przez Bożenę Itoyę 22 marca 2017 r. w Multimedialnej Bibliotece dla Dzieci i Młodzieży nr XXXI przy ulicy Tynieckiej 40a w Warszawie.

Bożena Itoya: Bardzo dziękujemy za możliwość przeprowadzenia wywiadu. Mamy tylko kilka pytań, bo dużo zadały już dzieci [w trakcie spotkania z pisarzem – zob. recenzja książki "52-piętrowydomek na drzewie" na blogu cudanakiju.pl]. Pytania częściowo zostały przygotowane przez mojego syna, który jest pana fanem.
Pierwsze pytanie będzie bardzo "poważne": Czy zbudował pan kiedyś domek na drzewie i ile miał pięter?

Andy Griffiths: Nie, nie mam praktycznych umiejętności budowlanych, ale mój kuzyn David miał prosty domek na drzewie i pamiętam, jak się tam razem bawiliśmy. Kiedy Jill, Terry i ja spotykamy się, aby pisać książki w trzypiętrowym domu mieszkalnym, mam wrażenie, jakbyśmy bawili się w domku na drzewie, tak jak w dzieciństwie.

B.I.: Wspomniał pan o Jill, która występuje w książkach (oczywiście czytam je z synem, najpierw on, później ja, kiedy już skończy i mi pozwoli). Czyli Jill rzeczywiście istnieje?

A.G.: Tak, nie tylko istnieje, ale też jest moją żoną. Jest redaktorką, w ten sposób poznaliśmy się 17 lat temu i od tamtej pory bardzo ściśle ze sobą współpracujemy. W książkach jest dziewczyną pomagającą zwierzętom, a w rzeczywistości rozwiązuje wszelkie problemy związane z naszymi książkami. Tak naprawdę piszemy je razem.

B.I.: Jest dużo książek, które mój syn musi czytać w szkole, ponieważ są lekturami. Czy w Australii istnieje lista takich obowiązkowych lektur, które nauczyciele muszą "przerabiać" z dziećmi, czy może nauczyciele sami wybierają książki? I czy pana książki są na takich listach lektur, a jeśli nie, czy chciałby pan, by były? Niektórzy autorzy wolą nie znaleźć się na "obowiązkowej" liście...

A.G.: Kilka lat temu były nawet szkoły, w których zabraniano wnoszenia moich książek. Uznawano, że mam zły wpływ na dzieci. Jednak dzisiaj prawie wszystkie australijskie dzieci czytają moje książki. Lubię myśleć, że są to takie lektury nieobowiązkowe, nieoficjalne. Generalnie, w Australii dzieci w szkołach podstawowych mogą czytać wszystko, co wpadnie im w ręce, co znajdą w bibliotece. Nie ma odgórnie narzuconej listy książek.

B.I.: Czy napisał pan kiedyś jakąś książkę, którą można określić jako poważną (nieśmieszną)?

A.G.: Nie, nie jestem w stanie napisać książki poważnie. Oczywiście, mogę być poważną osobą w rzeczywistym życiu i lubię czytać poważne książki, ale ilekroć chwytam za długopis, budzi się we mnie dziesięciolatek. A kiedy jestem z Terrym, to się nasila. Zadanie Jill polega między innymi na pilnowaniu, żebyśmy nie przekroczyli pewnej granicy śmieszności. Naszym książkom towarzyszy jednak poważna intencja: sprawić, żeby dzieci pokochały czytanie.

B.I.: Tak, to naprawdę działa.
Mamy takie spostrzeżenie, że Terry i Andy zachowują się rzeczywiście jak dzieci, albo tak, jak dzieci chciałyby się zachowywać. Myślą jak dzieci. Chcielibyśmy w związku z tym spytać, czy w dzieciństwie lubił pan pisać? Dzieciom zazwyczaj ciężko zabrać się za pisanie wypracowań, tak jak w książkach o domku na drzewie bohaterom nie idzie pisanie książki.
I czy jako dziecko lubił pan jeść warzywa?

A.G.: Jedzenie warzyw nie sprawiało mi większego problemu, nienawidziłem tylko kalafiora – to zawsze był ciężki moment obiadu. Jeśli chodzi o pisanie, zawsze uwielbiałem to robić, miałem mały notes, w którym pisałem dla rozrywki, rysowałem w nim, notowałem opowiadania, które mi się spodobały. Teraz wiem, że to był bardzo dobry sposób, by nauczyć się pisania. Zawsze wymyślałem historie, które rozśmieszały moich kolegów. Kiedy wiele lat później zostałem nauczycielem języka angielskiego w szkole średniej, zacząłem pisać opowiadania dla moich uczniów, aby ich rozbawić i rozkochać w czytaniu.

B.I.: Trochę już pan powiedział o przyjaźni z ilustratorem. Czy rzeczywiście wasza współpraca wygląda tak jak w książce? Czy tak długo zabierają się panowie do pisania i czy tak bardzo goni was wydawca?

A.G.: Nie, naszym wydawcą jest kobieta, która ma bardzo mały nos i duże poczucie humoru [w książkach wydawca nazywa się pan Nochal, lubi wrzeszczeć i puchnąć ze złości, nie przepada za swoimi autorami – przyp. B.I.]. Ta część jest więc zmyślona. W rzeczywistości Terry i ja piszemy książkę przez rok, nie robimy tego w ostatniej chwili, chociaż Terry'emu zdarzało się zostawiać pewne rzeczy na ostatnią chwilę. Tu jest więc trochę prawdy. Przez ten rok pracujemy powoli. Oczywiście w rzeczywistości dobrze się dogadujemy, ale w książce dla dzieci jest śmieszniej, gdy cały czas się kłócimy i okładamy gigantycznymi bananami.

B.I.: Czemu domek na drzewie w każdym tomie rośnie akurat o 13 pięter? Może ma to być pechowa trzynastka?

A.G.: Nie, to bardzo szczęśliwa trzynastka. Kiedy Terry zaprojektował pierwszy domek na drzewie, zauważyłem, że budowla ma 13 poziomów. Po skończeniu książki powiedziałem: może zrobimy następną? Zastanawialiśmy się, czy powinniśmy dodać jedno piętro, żeby powstał domek 14-piętrowy, ale zdecydowaliśmy się powiększyć go o drugie tyle, czyli 13 poziomów. Przy kolejnej książce rozważałem podwojenie 26-piętrowego domku, aby były 52 poziomy, ale Terry powiedział, że to za dużo pracy. Dlatego dodaliśmy znowu tylko 13 pięter. I stąd ta zasada. Najpierw przypadek, potem reguła.

B.I.: W jakich językach i krajach ukazuje się seria o piętrowym domku na drzewie? Czy w wielu miejscach w Europie dzieci czytają pana książki?

A.G.: Tak, w ramach tej trasy odwiedzę jeszcze cztery europejskie państwa: Holandię, Belgię, Norwegię, Szwecję (oraz Polskę). Seria ukazała się już w 30 językach. Byłem również w Afryce Południowej, Wielkiej Brytanii, wybieram się do Stanów Zjednoczonych. Seria stała się popularna w wielu krajach.

B.I.: Czy to jest jedyna wspólna seria pana i Terry'ego Dentona? Czy może przygotowali panowie lub planują inne podobne książki?

A.G.: Oprócz tej serii stworzyliśmy 25 innych książek, ale nie były one tłumaczone. Przez 17 lat zyskaliśmy w Australii bardzo dużą popularność. Jesteśmy na przykład autorami serii "Po prostu...": "Po prostu żarty", "Po prostu przeszkadzanie", "Po prostu szaleństwo", "Po prostu ohyda"... Pracując nad tymi książkami doskonaliliśmy nasz wspólny warsztat. W niektórych krajach, gdzie wszystkie części "Domku na drzewie" zostały już opublikowane, wydawcy sięgają po te wcześniejsze serie, bo są bardzo podobne.

B.I.: Mam nadzieję, że ukażą się i u nas.

A.G.: Mam nadzieję, że zostaną wydane także w Polsce. Z tego, co dziś widziałem, dzieciom z Polski bardzo odpowiada ten rodzaj humoru.

B.I.: Tak, ciężko było mi pracować w domu, gdy mój syn czytał pana ostatnią książkę, bo śmiał się tak dużo i głośno, że nie mogłam się skoncentrować.
Ostatnie pytanie dotyczy blogów. Zajmuję się recenzjami książek dla dzieci i młodzieży (które czytam i ja, i mój syn – wymieniamy się książkami). W Polsce istnieje dużo podobnych stron internetowych z recenzjami, a czy w Australii blogi o książkach są popularne? Czy są ważne dla wydawnictw i autorów? A może liczy się tylko profesjonalna krytyka? Czy pan czytuje takie recenzje w Internecie?

A.G.: Tak, czytam tego rodzaju recenzje i w Australii jest wiele takich blogów. Ich znaczenie rośnie, zwłaszcza że ograniczane są recenzje w czasopismach. W Stanach Zjednoczonych jest dużo blogów prowadzonych przez nauczycieli i bibliotekarzy, te strony są bardzo ważne dla wydawnictw, dlatego że obserwuje je tak wiele osób. W ten sposób można dotrzeć do czytelnika, tak jak wy to robicie.
Zdarza mi się czytać recenzje. Kiedy nas chwalą, myślę, że to fajnie, jeśli nie chwalą, stwierdzam: to ciekawe. Czasem dyskutuję z Jill o negatywnej recenzji i zastanawiamy się, czy jest w niej ziarno prawdy, ale nigdy nie biorę tego do siebie, po prostu wzruszam ramionami. Najważniejsze jest dla mnie, jak reagują dzieci, czy książka się im podoba, to pokazuje mi, czy jest dobra.
Ostatnio w Holandii ukazała się naprawdę bardzo pochlebna recenzja, napisana przez krytyka literackiego, który nazwał nasze książki kwintesencją postmodernistycznej, anarchistycznej literatury dla dzieci. Byłem bardzo dumny.

B.I.: Pomyślę więc nad tym, jakich słów użyć w swojej recenzji najnowszego "Domku na drzewie". Nie wiem, czy uda się przetłumaczyć te określenia na angielski...

A.G.: Ten krytyk napisał też, że będąc dorosłym można oczywiście zlekceważyć nasze książki jako zupełny nonsens, ale podejrzewał, że chodzi jednak o coś więcej niż te głupotki.

B.I.: Ja piszę też o wrażeniach, jakie po przeczytaniu książki ma mój syn czy jego koledzy ze szkoły, więc to trochę inny punkt widzenia i nie używam w recenzjach tylu mądrych słów. Za to piszę o prawdziwych przeżyciach czytelnika.

A.G.: Och, nigdy wcześniej nie spotkaliśmy się z podobną recenzją [do tej opublikowanej w Holandii – przyp. B.I.]. Większość osób piszących dla gazet o naszych książkach stwierdza po prostu: to jest śmieszne, trochę głupawe, dzieciom będzie się podobać. Nie widzą sztuki ukrytej pod powierzchnią. Nie przejmujemy się tym, ale cieszy nas, gdy ktoś dostrzega, ile pracy w to włożyliśmy.

B.I.: Dziękuję serdecznie za rozmowę.

A.G.: Dziękuję, było mi bardzo miło spotkać się z polskimi dziećmi.


Zapis i opracowanie rozmowy: Bożena Itoya.

Za możliwość przeprowadzenia wywiadu dziękujemy wydawnictwu Nasza Księgarnia oraz Multimedialnej Bibliotece dla Dzieci i Młodzieży nr XXXI przy ulicy Tynieckiej 40a w Warszawie.
Cudanakiju.pl