cudanakiju.pl

cudanakiju.pl
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Media Rodzina. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Media Rodzina. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 29 grudnia 2020

Leopantera. Historia pewnej miłości

 


Bruno jest lampartem. Na swoim pierwszym nocnym polowaniu w mrokach dżungli poznaje Lisę, czarną panterę, w której się zakochuje. Jednak Lisa jest aktywna tylko nocą i odmawia wyjścia na rozświetloną słońcem sawannę. Prowadzi to do kłótni i zniknięcia Lisy. Bruno decyduje się ją odnaleźć za wszelką cenę.

Książka jest ładnie wydana, fani Wilkonia na pewno ucieszą się z kolejnej pozycji z jego ilustracjami. Narracja jest wartka, bez dłużyzn i zbędnych scen. Jednak jeśli oczekujemy głębokiej opowieści, raczej się rozczarujemy. Fabuła jest dość schematyczna, w zasadzie jest wersją bajki o dzielnym szewczyku i nieco kapryśnej królewnie. Przesłanie tej książki powiela mit miłości romantycznej, która w zupełności wystarczy, by związek zupełnie odmiennych osób był szczęśliwy. Tekst zupełnie pomija praktyczne kwestie szukania kompromisu i rozwiązań dla związku. Bruno odnajduje ukochaną na przedostatniej stronie, a potem już wspomniano o ślubie i dzieciach. Nie jest to moim zdaniem najszczęśliwsze zakończenie, ale może stać się punktem wyjścia do rozmów z dziećmi. Czy Bruno z Lisą postanowili spać w dzień, a polować w nocy? Czy ich dwubarwne dzieci umiały się maskować w dżungli, czy na sawannie? Czy jeśli dziewczyna się wścieka, to na pewno znaczy, że cię lubi? Czy byli szczęśliwą rodziną? Zapewne to niezupełnie było intencją twórców, lecz książka otwiera pole do wielu rozważań.

I jeszcze ciekawy fakt zoologiczny: czarna pantera i lampart to przedstawiciele tego samego gatunku o różnym ubarwieniu i mogą się łączyć w pary. Czarne ubarwienie jest przenoszone jako recesywne, zatem potomstwo Bruna i Lisy byłoby standardowo nakrapiane, a nie żółto-czarne. 

 

Piotr Wilkoń "Leopantera. Historia pewnej miłości", il. Józef Wilkoń, tłum. Anna Urban, wyd. Media Rodzina

wtorek, 22 grudnia 2020

Dwie kartonówki z okienkami od Media Rodzina

 


Kicia Kocia i Nunuś. Jaki to zawód?

Tej serii nie trzeba nikomu przedstawiać. Tym razem Kicia Kocia i Nunuś wcielają się w przedstawicieli różnych zawodów. W otwieranych okienkach wyszukujemy potrzebne przedmioty (przybory do szycia, do gotowania, malowania etc.) i odkrywamy, kim stały się obie postacie. Przy tej zabawie można ćwiczyć nazwy przedmiotów, a także nazwy zawodów w męskiej i żeńskiej formie gramatycznej. Nunuś i Kicia Kocia stają się między innymi krawcem i krawcową, pielęgniarzem i pielęgniarką, tancerzem i tancerką, kosmonautą i kosmonautką. Książeczka jest starannie wydana i powinna przetrwać wiele sesji zaglądania do okienek.

Anita Głowińska „Kicia Kocia i Nunuś. Jaki to zawód?”, wyd. Media Rodzina

 


 

Żubr Pompik. Czego szukasz, Pompiku?

Najsłynniejszy polski żubr zwiedza z rodziną cztery parki narodowe: Słowiński, Narwiański, Świętokrzyski i Tatrzański. W każdym z nich szuka jakiegoś typowego zwierzęcia, a czytelnik szuka z nim, zaglądając do okienek. Znajdziemy tam wiele roślin i zwierząt charakterystycznych dla danego biotopu. Dzieciaki mają okazję nauczyć się skomplikowanych nazw roślin, jak rukwiel nadmorska, i dowiedzieć się czegoś o geografii Polski. Jak zwykle solidna porcja zabawy i wiedzy od Tomasza Samojlika.

Tomasz Samojlik, „Żubr Pompik. Czego szukasz, Pompiku?”

Maria Skłodowska-Curie. Światło w ciemności

 


Moda na biograficzne książki dla dzieci ma się dobrze, często jednak otrzymujemy pozycje dość sztampowe, przede wszystkim stawiające na walor edukacyjny, w których warstwa literacka czy ilustracyjna nie jest najwyższych lotów.

Inaczej sprawa ma się z tym wyjątkowym komiksem, stworzonym przez duńskie autorki i polską ilustratorkę. Tłumaczenie tekstu powierzono Bogusławie Sochańskiej, wybitnej tłumaczce z języka duńskiego.

Jest to solidny kawałek biografii, ale czyta się bardzo lekko i nie jest przeładowany informacjami. Narracja prowadzi nas przez życie naukowczyni od urodzenia po śmierć, bez lukrowania. Autorki bardzo poważnie traktują młodego czytelnika, nie ukrywając przed nim spraw smutnych czy trudnych, jak śmierć matki Marii, jej załamanie psychiczne po ukończeniu szkoły czy kłopoty sercowe. Dużo uwagi poświęcają trudnościom finansowym, jakie musiała przezwyciężyć, i trudnym warunkom jej pierwszych lat w Paryżu. Wielką zaletą jest dość szczegółowe przestawienie badań prowadzonych przez małżeństwo Curie na tle innych dokonań naukowych epoki: czytelnik zapoznaje się z odkryciem promieniowania X i odkryciem promieniowania uranu przez Becquerela, a potem badania Marii i Piotra Curie nad smółką uranową, co doprowadziło ich do odkrycia trzech nowych pierwiastków radioaktywnych. Moim zdaniem proporcje treści dotyczących osiągnięć naukowych i życia osobistego są bardzo dobrze zbalansowane. Tekst prezentuje nam bohaterkę z krwi i kości, ale nie popada w ckliwość i jest merytorycznie bardzo solidny.

Ilustracje Anny Błaszczyk są tajemnicze, trochę mroczne, kolażowe i kojarzące się z kubizmem. Nie są to typowe linearne paski komiksowe, lecz całostronicowe kompozycje. Dla mniej doświadczonych czytelników powieści graficznych mogą stanowić pewne wyzwanie, lecz naprawdę warto się w nie zagłębić. Prezentują bohaterkę nieprzesłodzoną, zmagającą się z trudnościami, nieco samotną. Uzupełniają obraz badań naukowych jako żmudnych i mozolnych, lecz także fascynujących i czasem okazujących swój specyficzny urok – jak wówczas, gdy Maria i Piotr zatrzymują się na progu laboratorium, by podziwiać fosforyzujący materiał w fiolkach.

Myślę, że książka może zachęcać dzieci do zainteresowania się naukami ścisłymi. Podejmuje też wątki nierówności płci i może być dobrym materiałem do dyskusji. Zdecydowanie warto po nią sięgnąć.


Frances Andreasen Østerfelt, Anja C. Andersen, Anna Błaszczyk „Maria Skłodowska-Curie. Światło w ciemności”, tłum. Bogusława Sochańska, wyd. Media Rodzina


środa, 28 sierpnia 2019

Cynamon, chłopaki i ja


Szeroka oferta wydawnictwa Media Rodzina adresowana jest do czytelników wszelkich płci, poziomów dojrzałości i zainteresowań, stąd obejmuje między innymi współczesne niemieckie powieści dla nastoletnich dziewcząt. Powieść "Cynamon, chłopaki i ja. Podwójne życie Victorii King" Dagmar Bach, pierwsza część trzytomowego cyklu, w Niemczech ukazała się w roku 2016, a w Polsce trzy lata później. Skuszeni opisem i "magiczną" okładką sugerującymi, że głównym wątkiem książki będzie podróżowanie bohaterki między równoległymi wymiarami, sięgnęliśmy po tę pozycję z dużym zainteresowaniem. Niestety, okazało się, że autorka bardzo dosłownie i staroświecko rozumie pojęcie książki dla dziewcząt, błądząc na granicy dobrego literackiego smaku i kiczu. "Cynamon" jest jak radiowy hit, który podoba się prawie wszystkim wokół, ale dla innych jest tylko sprytnie opracowaną, prostą kompilacją popularnych motywów, taką nutą pod publiczkę.
Główna bohaterka ma piętnaście lat i myślę, że jest to górna granica wieku czytelniczek, natomiast dolną określiłabym jako dziesięć lat – co prawda z książką poradziłyby sobie i młodsze dziewczynki, ale pewnie nie byłyby zainteresowane fabułą. Ta sprowadza się bowiem do perypetii szkolnych, towarzyskich i rodzinnych dojrzewającej nastolatki. Victorii podoba się chłopiec-bożyszcze dziewczęcych tłumów, członek trzyosobowej grupy przeprzystojnych pasjonatów informatyki. Trudno z nim nawet porozmawiać, najpierw z powodu ograniczonej dostępności do bóstwa, później zaś z uwagi na rozbieżność zainteresowań, ale też pojęć kultury osobistej. Codzienność Victorii szybko zaczyna zapełniać towarzystwo innego przedstawiciela trio modeli-informatyków i jest to wcale nie zaskakujący, wręcz bardzo spodziewany przez czytelników zwrot akcji, a więc właściwie żaden "twist". Są też perypetie "modowe", bo dowiadujemy się sporo o stylizacjach mamy Victorii, kolorystyce ubrań Konstantina w obu wymiarach, informacje na temat ulubionych, wygodnych ciuchów samej narratorki, która w wyniku krawieckich szaleństw swojego alter ego zaczyna chodzić w miniówach.
Niestety rozwinięcie niektórych wątków wywołuje wątpliwości odnośnie stałości bohaterki, jej charakteru, wartości, które są dla niej ważne, a tym samym zastanawiamy się, co właściwie chciała przekazać młodzieży autorka. Ja doszłam do wniosku, że niewiele, celem nie jest tu bowiem pochwała określonych postaw, a jedynie zabawienie czytelniczek o ciągotach do romantycznych lektur, nieco ambitniejszych od słynnej serii Harlequin. Nie darzę zrozumieniem tego nurtu literatury popularnej, czytając "Cynamon" starałam się więc uchwycić motywów fantastycznych. Rozmyślałam, na ile rozbudowane i komplementarne są wymiary stworzone przez Dagmar Bach, wcale niesymetryczne, przez co ciekawe. Może (ale tego po pierwszym tomie nie wiemy) i wszystko ma tu swoje odpowiedniki "po drugiej stronie", jednak pewne osoby i sprawy nie znajdują oczywistych przeciwieństw, różnią się nieznacznie lub wcale. W książce pojawiają się sugestie, że Victoria nie jest jedynym podróżnikiem między wymiarami, a przenoszenie się może dotyczyć również płaszczyzny czasu. Wszystkie te wątpliwości i "rozkminki", w połączeniu z interesującym, częściowo szczęśliwym, ale też trochę nieodgadnionym zakończeniem powodują, że pewnie sięgnę po drugi tom serii "Podwójne życie Victorii King". By zaspokoić ciekawość i wiedzieć, jak pisze się dla młodzieży w Niemczech.
Bożena Itoya

Dagmar Bach, Cynamon, chłopaki i ja. Podwójne życie Victorii King, tłumaczyła Anna Urban, Wydawnictwo Media Rodzina, Poznań 2019.

środa, 3 kwietnia 2019

Rodzina borsukow (Żubr Pompik – Wyprawy)


Czwarta część cyklu wydawniczego "Żubr Pompik. Wyprawy" (wyd. Media Rodzina) – "Rodzina borsuków" – zdobyła moje serce już pierwszymi trzema-czterema stronami. Tomasz Samojlik jest rysownikiem znanym dzieciom i ich rodzicom, ponadto uwielbianym przez obie grupy odbiorców, co wcale nie jest takie proste i oczywiste. Mając wyrobioną markę komiksowo-graficzną twórca ten spełnia się też jako pisarz, od lat prowadząc literacko-popularyzatorską serię o Żubrze Pompiku, której jest zarówno autorem, jak i ilustratorem. Chyba właśnie to "dziecko" Tomasza Samojlika darzę największą sympatią i sentymentem, bo na książkach o "Pompisiu" dorastał mój syn, a teraz ich kontynuacja – "Wyprawy" – okazuje się spełniać oczekiwania (estetyczne i przyrodnicze) również kolejnych małych członków rodziny. Przez ostatnich 10 lat na polskim rynku książki dla dzieci wydarzyło się bardzo dużo, ale twórczość Tomasza Samojlika pozostała atrakcyjna dla dzieci debiutujących w roli czytelników (lub słuchaczy). Do słuchania "Rodziny borsuków" i zabawy z książką nie trzeba będzie nikogo przekonywać, każdy maluch (i starszak!) chętnie poćwiczy wymowę i... nogi, naśladując dźwięki lasu.

TIK, TIK, TI, TI, TI, TA, TJA! – dochodziło z gniazdka na drzewie.
To śpiewa muchołówka mała – wyjaśnił łoś.
STUKU, STUKU, STUK, STUK, STUK – dobiegało gdzieś ze szczytu sosny.
A to z kolei dzięcioł czarny – stwierdził łoś.
TUP, TUP, TUP, TUP – usłyszeli nagle.
Pompik spojrzał na drzewa w poszukiwaniu tupiącego ptaka.
To nie jest odgłos ptaka – roześmiał się łoś. – To wy, żubry, tupiecie taki rytm. Aż cały się bujam!

Żubry wędrownicy w tej odsłonie podróży po polskich parkach narodowych docierają do Kampinosu. W pierwszej scenie spotykają bohatera herbu Kampinoskiego Parku Narodowego – łosia, co już jest zabiegiem skutecznie utrwalającym skojarzenia czytelnika z konkretnym obiektem przyrodniczym. Tego łosia zresztą nikt z nas prędko nie zapomni, bo jest to zwierz muzykalny, który lubi pobujać się na boczki w rytm stukotu żubrzych kopyt. Cóż za piękne wyzwanie dla rozbrykanych, otwartych na świat i uczestniczących w zajęciach rytmiki przedszkolaków! Pierwsi czytelnicy Tomasza Samojlika są już młodzieżą, a ten genialny twórca nadal potrafi znakomicie wyczuć nastroje najmłodszych, mimo że i tu zmieniło się się wiele. Dzisiejsze maluchy mają inną percepcję świata niż starsi o 10 lat koledzy czy rodzeństwo, co wynika między innymi z szerszego dostępu do multimediów i sprzętu elektronicznego, zwłaszcza ekranów dotykowych. A jednak pewna część dzieciństwa pozostaje niezmienna, uniwersalna, i właśnie ją wychwytuje autor "Żubra Pompika".

Ojej, rzeczywiście! Jesteśmy jak orkiestra! – wykrzyknął Pompik.
Uhu – odparła smętnie Polinka.
Szła za Pompikiem z ponurą miną, co chwila spoglądając na swoje racice.
Co się stało? – zmartwił się żuberek.
Jeszcze pytasz? – Polinka wybuchnęła płaczem. – Przecież ja nie tupię! Nic a nic! To straszne! Nie rozumiesz, że skoro wy wszyscy tupiecie, a ja nie, to do was nie pasuję? A jeśli już nie będziecie mnie chcieli takiej nietupiącej?
Coś ty, Polinko! – Pompik starał się ją pocieszyć. – Nie ma znaczenia, czy tupiesz, czy nie.
Polinka wciąż wsłuchiwała się w swoje kroczki, lekkie i delikatne. Choć próbowała iść jak najciężej, żadnego dudnienia nie udało się jej wywołać.

Małe żubry zachowują się jak małe dzieci – Polinka narzeka, że jest najmniejsza i nie potrafi tego, co starszy brat i rodzice, a Pompik wynajduje rozmaite sposoby na pocieszenie jej. Wśród propozycji pojawia się wejście na atrakcyjną górkę i podjęcie tam próby tupania. Tu zawiązuje się nowy wątek, wszak żubry w każdym tomie "Wypraw" spotykają na swoim szlaku więcej niż jeden gatunek zwierząt. Tym razem zaznajomią się z tytułową rodziną borsuków, opisaną i narysowaną zarówno z poczuciem humoru komiksiarza, jak i tkliwością oraz rzeczowością przyrodnika. "Rodzina borsuków" jest lekturą lekką, wesołą, rozbudzającą w dziecku nie tylko zainteresowanie naturą, ale też przyjaźń (a może nawet miłość) do niej. Jeśli mały czytelnik dotąd nie zastanawiał się nad tym, jak w lesie rozchodzą się światło i dźwięk, to po ilustracjach i słowach Tomasza Samojlika na pewno stanie się bacznym obserwatorem.

Bożena Itoya

Tomasz Samojlik, Żubr Pompik. Wyprawy, tom 4.: Rodzina borsuków, Wydawnictwo Media Rodzina, Poznań 2018.

czwartek, 24 stycznia 2019

Nevermoor. Przypadki Morrigan Crow – nowa nadzieja czarodziejów


Wydawnictwo Media Rodzina przygotowało niedawno polską edycję książki "Nevermoor. Przypadki Morrigan Crow" Jessiki Townsend. Powieść jest debiutem australijskiej autorki, dość otwarcie nawiązującym do przygód nastoletniego czarodzieja z Hogwartu. Niespodziewanie moc podobieństw z serią o Harrym Potterze pozwala stwierdzić niedoskonałości książek J.K. Rowling. W Nevermoorze wszystko ma większy sens – i ten metafizyczny, i literacki, fabularny.

Przy Zachodniej Bramie jedna z członkiń Towarzystwa Wunderowego wdrapała się na podwyższenie i przemówiła do kandydatów.
Wszyscy do mnie! Nie, bez wierzchowców, to potrwa tylko chwilkę. Dziękuję. A teraz proszę o ciszę. Cisza! – krzyknęła przez megafon. – Uwaga, kandydaci, bo nie będę powtarzać!
Morrigan bała się, że głośne bicie jej serca zagłuszy słowa mówczyni.
Próba Gonitwy to nie wyścig – obwieściła dudniącym głosem kobieta. – W każdym razie nie do końca. W tej gonitwie liczy się strategia. Nie chodzi o to, by dotrzeć do linii mety, lecz o to, by znaleźć tarczę.

Bohaterkę, Morrigan Crow, poznajemy u progu jej jedenastych urodzin urodzin i zarazem Wieczoru Przesilenia, kiedy to ma umrzeć. Początek opowieści sprawia wyjątkowo ponure wrażenie, ale jej rozwój przyniesie przestraszonemu czytelnikowi ukojenie. Morrigan jest samotna, odtrącana i nielubiana we własnej rodzinie, złożonej z ojca, sprawującego urząd kanclerza miasta Szakalin Corvusa Crowa, macochy oraz babki ze strony ojca. Nad dziewczynką wisi bowiem klątwa, należy ona do przeklętych dzieci, które przynoszą nieszczęście wszystkim, z którymi się zetkną. W specyficznym cyklu czasu tego świata przeklęte dzieci umierają w swoje jedenaste urodziny, jak się jednak łatwo domyślić Morrigan przeżyje i zostanie włączona w nurt fantastycznych przygód. Wraz z nią poznamy rzeczywistość podzieloną na różne wymiary, kształtowaną przez niezwykłe talenty i dary, w której codziennością są magiczne stworzenia, czasem służące jako wierzchowce, kiedy indziej będące inteligentnymi, obdarzonymi ludzką mową (i sposobem bycia) przyjaciółmi.
Bohaterka zostaje uratowana przez ogniście rudego, nieco zwariowanego jegomościa – Jupitera Northa, fruwającego na ilustracji z tyłu okładki. Ten Szalony Kapelusznik, Willy Wonka, Albus Dumbledore i Syriusz Black w jednym ściga się z przerażającymi myśliwymi, usnutymi z cienia i polującymi na Morrigan, w Wieczór Przesilenia przenosząc dziewczynkę przez tarczę miejskiego zegara do równoległej krainy, tytułowego Nevermoor. Właściwa akcja rozpoczyna się właśnie od tej zaskakującej i niezrozumiałej dla samej Morrigan gonitwy, a właściwie ucieczki, odbywanej w cudacznej, pająkowatej machinie. Na miejscu czeka dziewczynkę między innymi uroczystość, której punktem kulminacyjnym jest pokazany na okładce skok z parasolem z dachu hotelu Deukalion, nowego domu wcale już nie przeklętej Morrigan Crow. Jedni, jak ja, będą mieli skojarzenia z Mary Poppins, inni, jak przynajmniej dwóch kolegów mojego dwunastoletniego syna, z pewną modną, podobno najpopularniejszą na świecie grą (nie, niestety nie planszową).
Jupiter okaże się właścicielem magicznego, zmieniającego się hotelu oraz szanowanym członkiem elitarnego Towarzystwa Wunderowego. Nie jest to szkoła ani ministerstwo magii, jak u J.K. Rowling, ale jakby cech czarodziejów (choć to określenie nie pada). Tylko osoba należąca do Towarzystwa może zaproponować kandydata na ucznia, który kiedyś dołączy do zacnego grona. Morrigan zostaje wskazana przez Jupitera, choć sama nie wie, z jakiego powodu, co w niej jest wyjątkowego. Marzy o zyskaniu przyjaciół i rodziny, ale czekają ją trudne egzaminy wstępne, z których formy i przebiegu zdaje sobie sprawę dopiero, gdy trwają: Próba Słowa (Przemowy), Próba Gonitwy, Próba Strachu, Próba Pokazowa.
Mimo obecności (czających się jeszcze) złych mocy, ponurych legend z dość odległej przeszłości oraz jeszcze gorzej nastrajających lokalnych, szakalińskich uprzedzeń, Nevermoor jest krainą pogodną, pełną światła i sprawiedliwości, choć jednocześnie przesiąkniętą dziwactwem i miłującą znakomite elity, na których zbudowany był przecież także świat czarodziejów w Harrym Potterze. Nas w "Przypadkach Morrigan Crow" oczarował wysoki wskaźnik przygodowości, lekturę uprzyjemniały też niektóre zabawne persony. Na szczęście Jessica Townsend przeważnie unika zawiłości męczących nas w serii o Harrym Potterze, tylko na początku historii Morrigan byliśmy nieco zagubieni z powodu nadmiaru informacji o nieznanym nam świecie, ale nawet młodszym nastolatkom prędko uda się je przyswoić. Książkę czyta się szybko z tendencją do "błyskawicznie", właśnie dlatego, że chce się zrozumieć tajemnice Nevermooru.

Wyglądało na to, że ludzie wiedzą, co się zaraz zdarzy. Młodsze dzieci chichotały i trącały się łokciami, gdy Święty Mikołaj demonstracyjnie drapał się po brodzie udając, że nie ma pojęcia, co zrobić, gdyż Królowa Jul go pokonała.
Nagle najwyraźniej coś przyszło mu do głowy. Klasnął z zachwytem i wyciągnął ręce do publiczności, raz po raz obracając się w miejscu. Świece zapalały się spiralnie, jedna po drugiej, coraz szybciej i szybciej, dalej i dalej. Miarowy szum samoczynnie ożywających płomyków przemieszał się z głośnym śmiechem uczestników zabawy. Wkrótce cały plac rozbłysnął złocistym światłem.
Mikołaj i Królowa Jul objęli się jak na starych przyjaciół przystało i z uśmiechem ucałowali się w policzki. Renifery zebrały się wokół Prószka i pocierały się o niego szyjami, a on dla zabawy łapał je zębami za poroża i lizał po pyskach. Elfy rzuciły się do stóp Królowej.
Czerwony tłum wymieszał się spontanicznie z zielonym, a kibice Mikołaja i Śnieżynki przystąpili do wymieniania się elementami odzieży – ktoś dostał szkarłatną rękawicę za szałwiowy szalik, ktoś inny kwiat fuksji za szmaragdową czapkę. W końcu nie dało się już odróżnić zwolenników Królowej Jul od wielbicieli Mikołaja.

Zestawienia z Harrym Potterem są tu nie tylko nieprzypadkowe, ale wręcz wymuszone. Omawiana książka celowo została zbudowana na wielokrotnie już kalkowanych schematach fabularnych, wątkach i gabinecie osobliwości, jakie w literaturze dziecięcej spopularyzowała (ale wcale ich nie wymyśliła, a jedynie "pożyczyła") demiurżka Hogwartu i ulicy Pokątnej. Celem autorki "Przypadków Morrigan Crow" z całą pewnością było stworzenie nowego, żeńskiego "Harry'ego Pottera" i porównywanie jej dzieła z dokonaniami J.K. Rowling. Szkoda, bo Nevermoor wydaje się mieć większy potencjał, gdyby uniknięto szablonów, australijska seria mogłaby być wręcz genialna. A tak, uproszczono fanów Harry'ego Pottera do czytelników, którzy by polubić coś nowego, muszą mieć łopatologicznie podane podobieństwa do kultowego cyklu. My wolelibyśmy, gdyby postawiono na oryginalność, dalsze pokrewieństwo literackich światów. Chyba że Morrigan za jakiś czas spotka Harry'ego albo przeniesie się do Hogwartu, wtedy dziesiątki zbieżności i nawiązań uznalibyśmy za uzasadnione.
Jessica Townsend zachowuje dramatyzm niezbędny w takich powieściach, ale też rozładowywanie atmosfery następuje tu częściej i przebiega w "zdrowszy" sposób niż w utworach J.K. Rowling, gdzie mrok i szarpanie się bohatera ze sztucznie narastającymi przeciwnościami były zdecydowanie przesadzone. W Nevermoor zastajemy wiele ciepła, serdeczności, pokoju lub przynajmniej dążenia do niego, wiary w człowieka, która daje pokrzepienie i nadzieję. Konflikty są rozwiązywane, bohaterowie zyskują pewność siebie, w tym siebie nawzajem, bo uczą się także okazywać zaufanie i polegać na innych.

Fenia była w dziwnym nastroju. Przez całą drogę nie robiła żadnych sarkastycznych uwag, a teraz dreptała wzdłuż linii startowej przy Zachodniej Bramie, piorunując wzrokiem rywali. Jupiter podszedł do niej niepewnie.
Fenestra? – odezwał się, ale go zignorowała. – Feniu? – spytał głośniej. – Feńka? Fenestra?
Fenia mamrotała do siebie jednostajnym, warkliwym głosem, mrużąc bursztynowe oczy. Jej uwagę przykuł duży, gruboskórny nosorożec.
Feniu? – powiedział znowu Jupiter, delikatnie stukając ją w ramię.
Ten tam. – Wskazała ruchem głowy. – Ten gamoń z rogiem i głupkowatymi uszami. Niech lepiej nie włazi mi w paradę i uważa na ten swój wielki szpikulec na nochalu, bo dam mu popalić.
Co mu dasz popalić? – zapytał Jupiter.
Oberwie z byka. On i ten diabełek na jego grzbiecie.
Jupiter i Morrigan popatrzyli po sobie. Nie mieli pojęcia, co wstąpiło w Fenię.
Ale wiesz, że ten diabełek to dziecko? – zapytał Jupiter ostrożnie.
Prychnęła w odpowiedzi i wskazała łapą chłopca, który nerwowo ściskał wodze kucyka.
Temu też dam do wiwatu, i jego bestii z piekła rodem – zapowiedziała.
Jupiter parsknął śmiechem i pośpiesznie zasłonił usta, udając, że się rozkaszlał.
Feniu, to kucyk – zauważył. – Chyba jesteś...
Fenestra przysunęła głowę do twarzy Jupitera.
Jeśli przytruchta do mnie na tym spasionym półkoniu, będzie po nich obu – wycedziła chrapliwie. – Jasne?
Ruszyła w kierunku chmary kandydatów kręcących się przy rejestracji i prezentując groźną postawę, zaczęła przechadzać się tuż przed nimi.
Jupiter uśmiechnął się z zakłopotaniem do Morrigan, która czekała na wyjaśnienie, dlaczego magnifikot Fenestra przemienił się w gangstera Feńkę z więziennego spacerniaka.
Ona... lubi rywalizację – wyjaśnił. – Zostało jej to z czasów walk w klatce.
W czym?

W powieści "Nevermoor. Przypadki Morrigan Crow", przynajmniej w jej polskiej wersji, zwraca uwagę dbałość o język. Ogólnie jest to solidny, przemyślany przekład. Tłumacze (Małgorzata Hesko-Kołodzińska i Piotr Budkiewicz) użyli dowcipnych neologizmów i indywidualizmów, z naszym ulubionym (pod względem językowym i charakterologicznym) magnifikotem na czele. Aż chce się zabrać za obmyślanie własnego czarodziejskiego uniwersum z niepowtarzalnymi nazwami, a to tylko dodatkowy efekt lektury, przede wszystkim zaspokajającej podstawowe potrzeby mola książkowego. Czytając tę powieść młody człowiek często bywa zaintrygowany, rozbawiony i po prostu szczęśliwy. Zaś zakończenie pierwszego tomu nie powoduje, że mamy ochotę rzucić się w otchłań, bo nie wytrzymamy do chwili opublikowania kontynuacji (w Australii: 30 października 2018 r., w Polsce: w kwietniu 2019 roku). Finał "Przypadków Morrigan Crow" pozostawia pewne niewiadome, ale przynosi też kilka rozwiązań i wystarczających nam (na jakiś czas) tropów, domysłów. Życzymy miłych rozmyślań wszystkim czytelnikom "Nevermooru" i do siego "Wundermistrza. Powołania Morrigan Crow"!

Bożena Itoya

Jessica Townsend, Nevermoor. Przypadki Morrigan Crow, ilustrował Jim Madsen, tłumaczyli Małgorzata Hesko-Kołodzińska i Piotr Budkiewicz, Wydawnictwo Media Rodzina, Poznań 2018.

wtorek, 12 czerwca 2018

Bajki Ezopa (Žáček i Born)


Co wiecie o czeskiej ilustracji książkowej? Dzięki wydawnictwu Media Rodzina możemy poszerzyć wiadomości o choć jednym artyście z kraju Szwejka: Adolfie Bornie. Po "Bajkach" La Fontaine'a poznańska oficyna opublikowała "Bajki Ezopa" okraszone charakterystycznymi malunkami tego czeskiego karykaturzysty. Utwory La Fontaine'a funkcjonują w Polsce zazwyczaj w klasycznych tłumaczeniach polskich poetów, natomiast Ezop znany jest w rozmaitych wersjach. Adolf Born występuje jako współautor "Bajek Ezopa", które wybrał i opracował Jiří Žáček, czeski pisarz, tłumacz i przedstawiciel kilku innych profesji twórczych. Przekładem z języka słowackiego (nie czeskiego!) na polski zajął się natomiast Antoni Kroh.
W ujęciu ilustratora-karykaturzysty i pisarza-aforysty "Bajki Ezopa" zyskują nowy, niepowtarzalny charakter z nutką czeskości. Starsze dziecko odczuwa przyjemność z obcowania z książką na obu płaszczyznach – rysunkowej i tekstowej. Czytanie oraz oglądanie są niewymuszone (co w przypadku kontaktu młodzieży z klasykami zdarza się dość rzadko), towarzyszy im uśmiech. Mimo że są to tak stare opowieści, głęboko zakorzenione w tradycji literackiej i edukacji szkolnej, w tym wydaniu wypadają świeżo, lekko i humorystycznie. Na pewno "Bajki Ezopa" Žáčka i Borna sprawdziłyby się w roli lektury omawianej na lekcji języka polskiego, ponieważ te adaptacje bajek są wystarczająco rozbudowane i przystępne, by zrozumieli je i zinterpretowali na lekcji nawet uczniowie stroniący od czytania. Do tego autor opracowania często wyraża morał wprost lub zadaje pytanie sugerujące, jak należy rozumieć przesłanie bajki.
Oczywiście zwierzęta Ezopa symbolizują cechy ludzkie, co łatwo poznać nie tylko po zachowaniu i przemowach, ale też po uśmiechach, łzach, postawie (na tylnych łapach), spojrzeniach i ubraniach niektórych bohaterów ilustracji Adolfa Borna: są tu żaby w strojach kąpielowych, świerszcz w palcie, lew w generalskim mundurze, zając w butach biegowych, mysz w spódnicy, inna w sukience, podobnie odziany wilk, a znajdzie się też mucha z biustem, w pończochach, rękawiczkach i z koralami, obuta w szpilki, co zdarzyło się również pewnemu lisowi. Tutaj wychodzi zresztą na jaw pułapka przekładu – nazwa gatunkowa "lis" w języku czeskim posiada rodzaj żeński, stąd na ilustracji występuje lisica i tak też należałoby się spodziewać w polskim tekście.
Poza uniwersalnymi przywarami człowieka, ukrywającymi się za tak lubianymi przez bajkopisarzy zwierzęcymi maskami, Ezop uczynił bohaterami także starogreckich bogów, wędrowców, pastuszków, starców. To wprowadza w umyśle dziecka pewien zamęt, bo gdy czyta ono o zwierzętach myślących i zachowujących się jak ludzie, metafora jest zrozumiała, ale kiedy takie zwierzęta towarzyszą człowiekowi czy bogowi, wówczas młodzieży trudniej jest dotrzeć do sedna (kto i za co jest stygmatyzowany humorem). Pomijając te drobiazgi, książka wywarła na nas duże, pozytywne wrażenie, jako nowe, spójne i zabawne ujęcie klasyki.
Bożena Itoya

Bajki Ezopa, wybrał i opracował Jiří Žáček, ilustrował Adolf Born, tłumaczył ze słowackiego Antoni Kroh, Wydawnictwo Media Rodzina, Poznań 2017.

poniedziałek, 9 kwietnia 2018

Jak mówić, żeby dzieci się uczyły w szkole i w domu


Autorki kultowych poradników dla rodziców idą do szkoły! Z inicjatywy nauczycielek Lisy Nyberg i Rosalyn Anstine Templeton, zrażonych powszechnie stosowanymi w szkołach środkami przymusu i przedmiotowym traktowaniem młodzieży, powstała kolejna książka z serii "Jak mówić...",  przenosząca metody znane z innych książek Faber i Mazlish na grunt szkolny.

Autorki konsekwentnie promują holistyczne podejście do dziecka - w tym przypadku ucznia - nie jako naczynia do napełnienia wiedzą, ale jako człowieka z całym bagażem doświadczeń i emocji, które trzeba zaakceptować i oswoić, by umożliwić skuteczną naukę. Całość podana jest w formie lekko fabularyzowanej - oto młoda nauczycielka, pełna nadziei i wiary we własne umiejętności trafia do swojej pierwszej klasy. Jak można się domyślić, zderzenie z rzeczywistością jest brutalne. Jednak stopniowo, z pomocą autorek "Jak mówić...", bohaterka poprawia swój warsztat. W międzyczasie spotyka też innych nauczycieli (a także rodziców), z którymi omawia problematyczne kwestie.

Jak zwykle, struktura książki jest mocno podręcznikowa, z licznymi przykładami przedstawionymi w formie krótkich komiksowych historyjek. Każdy rozdział oglądamy z dwóch perspektyw - rodziców i nauczycieli. Możemy przyjrzeć się ich obawom, wątpliwościom, przeczytać podnoszące na duchu historie z obu stron barykady, którą Faber i Mazlish konsekwentnie starają się zburzyć. Cały ostatni - moim zdaniem najbardziej interesujący - rozdział poświęcony jest właśnie zaniedbywanej relacji rodzic-nauczyciel. I jak to bywa w książkach z tej serii, dostajemy sporo gotowych przepisów na to, jak udobruchać nauczyciela, nie wchodzić z nim w konflikt albo załagodzić konflikt już istniejący - i skupić się na tym, co istotne, czyli wspólnym działaniu w interesie dziecka. Autorki podpowiadają też, jakich sztuczek użyć w kontakcie z niewspółpracującymi, zanadto pewnymi siebie nauczycielami, którzy "uczą od 30 lat i o dzieciach wiedzą już wszystko". Oczywiście jest też druga strona medalu: bojowo nastawieni rodzice, nieprzyjmujący jakichkolwiek uwag na temat swojego dziecka - tu także autorki mają dla nauczycieli garść porad pomagających zakopać topór wojenny.

Głównym tematem książki są jednak przede wszystkim relacje dorosły-dziecko i dziecko-dziecko w kontekście szkoły. Autorki tradycyjnie poświęcają dużo uwagi językowi, konstrukcji wypowiedzi (rzeczowniki zamiast czasowników), a nawet tonowi głosu, z jakim nauczyciele i rodzice zwracają się do dziecka. Jak zaproponować dzieciom wybór, by nie brzmiało to jak groźba? Dlaczego nie należy mówić "nie przejmuj się"? Co robić, by dziecko zaczęło tworzyć pozytywny obraz samego siebie i jak za pomocą języka tworzyć dla niego bezpieczną przestrzeń?

Dużo uwagi poświęcono również współpracy i rozwiązywaniu problemów w gronie rówieśniczym oraz roli, jaką w tej sytuacji powinien pełnić nauczyciel. Oczywiście pojawia się też temat kar i nagród, potraktowany bardzo rzetelnie, z odwołaniami do autorytetów pedagogicznych włącznie. Widać, że jest to wciąż dla czytelników dość kontrowersyjna kwestia, jednak argumentacja autorek jest, jak zwykle, bardzo przekonująca. Ważnym tematem są również, podobnie jak w poprzednich książkach, role (określane przymiotnikami "klasowy": klasowy gaduła, klasowa rozrabiara...) i sposoby na uwolnienie od nich dzieci.

Książka stanowi niezastąpione źródło praktycznych porad zarówno dla nauczycieli, borykających się ze szkolną codziennością, jak i rodziców, starających się utrzymać dobre relacje z dzieckiem w obliczu szkolnych obowiązków (kwestia odrabiania prac domowych). Wiele z przestawionych w książce sytuacji w normalnych warunkach nazwalibyśmy beznadziejnymi: niezaangażowani rodzice, apodyktyczni nauczyciele, agresywne, niewspółpracujące dzieci. Jednak po spokojnej analizie sytuacji (autorki zalecają, by nigdy nie rozwiązywać problemów "na gorąco") zawsze udaje się znaleźć rozwiązanie, a uwolnienie się od presji natychmiastowych efektów na rzecz stopniowej zmiany zachowań daje tak potrzebny w tego typu sytuacjach spokój i pozwala autentycznie wspierać dzieci w drodze do samodzielności.
Joanna Pietrulewicz

sobota, 3 marca 2018

Angara, córka Bajkała


Wydawnictwo Media Rodzina opublikowało niedawno piękną opowieść osadzoną w więcej niż jednej tradycji. "Angara, córka Bajkała" nawiązuje oczywiście przeze wszystkim do tradycji buriackich, bo to w Republice Buriacji leży jezioro Bajkał, z którego wypływa jego "latorośl", rzeka Angara. Syberia, Rosja, Azja – im szerzej określamy ten teren, tym bardziej się do niego zbliżamy, bo lepiej znamy i czujemy to, co ogólne. Drugie powiązanie, jakie zauważam, jest raczej osobiste, intuicyjne, a dotyczy swojskości rosyjskich legend na gruncie polskim. Z wczesnego dzieciństwa pamiętam właśnie tego typu książki, przede wszystkim serię "Baśnie narodów ZSRR", ale też inne, indywidualne wydawnictwa. Czytane przez rodziców i samodzielnie przenosiły nas do odległych, egzotycznych krain i równie obcych czasów carów. Słuchaliśmy ich od maleńkości, nasiąkaliśmy nimi, przyswajaliśmy stylistykę i wątki. Wydana teraz "Angara, córka Bajkała" w pewnym stopniu przeniosła mnie do wspominanej bez sentymentu drugiej połowy lat 80. XX wieku. Trzecie odniesienie dotyczy ogólnie tradycji snucia opowieści antropomorfizujących góry, rzeki, morza, jeziora, całe krainy geograficzne. Czy to Bajkał, czy Bałkany, powtarzają się motywy i przyczyny nazywania kluczowych obiektów "ojcami", "matkami", "córami", "synami" lub innymi junakami. W pewnym sensie więc w książce "Angara, córka Bajkała" mogą się odnaleźć mieszkańcy niemal każdego regionu świata, a na pewno sąsiedzi imć Karkonosza (zwanego też Liczyrzepą), czyli my.
Historia Angary dowodzi, że to nie współczesna kultura zachodnia wynalazła "girl power". Piękna, wiotka, wytrwała, wzbudzająca sympatię, choć zupełnie nieopierzona i bardzo podatna na wpływy dziewczyna buntuje się przeciwko woli ojca. Przymus rodzicielski dotyczy oczywiście zamążpójścia, bo niechętna konkurentom Angara wciąż czeka na księcia z bajki, zaś ojciec ma inne plany. Wizja wymarzonego ukochanego nie wzięła się znikąd – została wpojona córce Bajkała przez jej niańkę. Właśnie wiekowa opiekunka, jak to zazwyczaj bywa ze starymi kobietami w tradycyjnych opowieściach, jest sprawczynią, pociąga za sznurki, zapewniając nam baśniowy teatr marionetek. Łatwo się domyślić, że zakończenie będzie umiarkowanie szczęśliwe, ale piękne i melancholijne, jak nurt rzeki oraz ludowej baśni. Tę opływowość i głębię fabuły trochę nam blokował suchy, zwięzły język, niekiedy, dla odmiany, przesadnie stylizowany (archaizmy leksykalne i składniowe, zdania z rozbudowanymi określeniami obok krótkich, czysto informacyjnych). Jednak większość odbiorców nie skoncentruje się na tekście tak jak my, bo autorki najwyraźniej przewidziały, że istotniejszy będzie inny aspekt publikacji.
Czytelnik "Angary, córki Bajkała" natychmiast zwraca uwagę na ilustracje. Muszę przyznać, że wiedzieliśmy, jak powinny na nas działać te obrazy, ale tak nie podziałały, nie wzruszyły, nie przeniosły naszych myśli i snów w syberyjskie tonie. Najbardziej przemówiły do mnie proste, nawiązujące do scenorysów ilustracje na wyklejkach. Irina i Olga Jertachanowe reprezentują podejście do ilustracji książkowej odmienne od tego, do którego przywykliśmy. W "Angarze" zastaliśmy nietypowy dla współczesnej polskiej książki dziecięcej zakres narracji plastycznej: obraz tylko częściowo ilustruje tekst, jest obok i trochę poza główną opowieścią, próbuje też przejąć prowadzenie historii, odsłaniając jej kulisy. W jednym miejscu ilustracja nawet wyprzedza bieg wydarzeń, ale to chyba akurat pomyłka.
Dziecko zauważa różnice w przedstawieniach tej samej postaci na kolejnych kartach książki i nie potrafi ich zinterpretować: czyżby rysowali różni artyści? A może Angara na przemian starzeje się i młodnieje, zaokrągla się i smukleje? Czasem wygląda niczym wielkooka postać z filmów animowanych Disneya, kiedy indziej po prostu jak azjatycka księżniczka lub jedna z filmowych lalek studia Laika (choćby z filmu "Kubo i dwie struny"). Małe zamieszanie jest również zasługą przeplatania ilustracji kolorowych ze szkicami – owszem, to zabieg często stosowany w książkach dla dzieci, ale w tym przypadku kompozycja nie wydała nam się stonowana, tylko sklejona dość przypadkowo. Oczywiście nasze wrażenia są subiektywne, a gust innych czytelników może leżeć na przeciwnym biegunie, polecamy więc lekturę "Angary, córki Bajkała", choćby dlatego, że jest perełką rosyjskiej baśniowości.
Bożena Itoya

Irina Jertachanowa, Olga Jertachanowa, Angara, córka Bajkała, przełożyła Agnieszka Matkowska, Wydawnictwo Media Rodzina, Poznań 2017.

sobota, 10 lutego 2018

Rodzicielska skrzynka z narzędziami


Oto prawdziwa perełka wśród poradników dla rodziców. "Wyzwoleni rodzice, wyzwolone dzieci. Twoja droga do szczęśliwej rodziny" - pierwsza książka duetu Adele Faber i Elaine Mazlish, wydana 44 lat temu, uaktualniona w roku 1990. Te daty robią wrażenie. Już w latach 70. Amerykanie mieli dostęp do pozycji, która w niczym właściwie nie odstaje od najpopularniejszych dzisiejszych poradników z nurtu rodzicielstwa bliskości i twardo sprzeciwia się metodom wychowawczym opartym na przemocy. I zarówno cztery dekady temu, jak i dziś, stanowi znakomite źródło inspiracji dla zaangażowanych rodziców.

Choć na okładce widnieją nazwiska Faber i Mazlish, najważniejszą postacią i autorem opisanej w książce filozofii wychowania jest doktor Haim Ginott, którego warsztaty dla rodziców były bezpośrednią inspiracją dla powstania poradnika. Jest to właściwie fabularyzowana relacja z tychże warsztatów, przedstawiona w formie rozmów między rodzicami a doktorem. Ginott pomaga rozwiązywać konkretne problemy w relacjach z dziećmi, jednocześnie wyłuszczając swoją filozofię rodziny i podsuwając złote myśli, pozwalające ulepszać życie rodzinne i umożliwiające dzieciom realizowanie swojego potencjału.

Książka składa się z dwóch równych części o wiele mówiących nazwach: "Dzieci to też ludzie" i (co dla niektórych może być zaskoczeniem) "Rodzice to też ludzie". Muszę przyznać, że największe wrażenie zrobiła na mnie ta druga część.

Tym, co wyróżnia "Wyzwolonych rodziców..." spośród innych książek dla rodziców, jest fakt, iż autorkami są po prostu matki. Nie specjaliści, nie terapeuci cytujący skrajne przypadki problemów wychowawczych, ale matki, opisujące perypetie rodziców i dzieci żyjących w zupełnie zwyczajnych rodzinach. Problem w tym, że zupełnie zwyczajna rodzina to nierzadko prawdziwe pole bitwy, z którego wszyscy schodzą poranieni. W opisanych w książce historiach każdy rodzic odnajdzie cechy swoich dzieci (czy będzie to niezdarny, nieuważny Kenneth, płaczliwy, zamknięty w sobie Andy, a może rozpieszczona, egoistyczna Suzie?). I każdy dostrzeże kawałek siebie w sfrustrowanych rodzicach uczęszczających na kurs doktora Ginotta. Widzimy tu rodziców, którzy raz po raz upadają, podnoszą się, wybuchają gniewem, krzywdzą swoje dzieci, wątpią - a jednocześnie trwają w postanowieniu nieustannej pracy nad sobą. Czasem patrzymy na ich postępowanie z niedowierzaniem (jak można tak robić?), ale najczęściej kiwamy głową: "Tak, i mnie się to kiedyś zdarzyło". Książka pomaga pozbierać się po rodzicielskich porażkach, wyzbyć poczucia winy i iść naprzód. Silny akcent położony na rodziców, ich potrzeby, godność, prawo do bycia tylko człowiekiem: zmęczonym, sfrustrowanym, poirytowanym (nawet - o zgrozo- poirytowanym czymś zupełnie niezwiązanym z dziećmi) jest mocną stroną tej książki. Koniec z samobiczowaniem, obwinianiem, tłumaczeniem, bezwarunkowym poświęceniem. Od teraz rodzic ma prawo postawić swoje potrzeby ponad zachciankami dziecka. I to była najcenniejsza myśl, którą wyniosłam z lektury: ja, nałogowa czytelniczka poradników i pretendentka do tytułu rodzica roku, muszę nauczyć się odmawiać dzieciom i zadbać o siebie. Jeśli nie mam akurat nastroju do czytania książeczek, mogę odmówić, jeśli jestem zła, mam prawo - a nawet powinnam - ten gniew wyrazić. Przetrawienie tych pomysłów zajęło mi trochę czasu - mit matki poświęcającej się tkwi, jak widać, głęboko w psychice.
Poprawa relacji z dziećmi to w pewnym sensie efekt zadbania o potrzeby rodziców, wspomożony narzędziami i nowym obrazem rodziny, jaki roztacza przed uczestnikami warsztatów doktor Ginott. Rodzice dowiadują się, jak akceptować uczucia swoich dzieci (nawet te, zdawałoby się, absurdalne czy sprzeczne), uczą się, kiedy pozostawić dzieciom prawo do decyzji, a kiedy wziąć stery we własne ręce. Poznają pojęcia motywacji wewnętrznej czy poczucia własnej wartości, a przede wszystkim - uczą się patrzyć na wychowanie dziecka jako na projekt długofalowy, pełen drobnych sukcesów i porażek, ale prowadzący do celu, jakim jest ukształtowanie zdrowej, empatycznej osobowości młodego człowieka. Duża część wskazówek odnosi się wprawdzie do celów bieżących (jak zażegnać konflikt z dzieckiem), jednak zawsze na horyzoncie widnieje ten większy cel, któremu wszystko inne jest podporządkowane.

Jednocześnie w książce można się natknąć na fragmenty, które przypominają, że mamy do czynienia ze wspomnieniami amerykańskich rodziców z poprzedniego stulecia. W ich relacjach regularnie występują klapsy (wspominane ze wstydem, jako momenty słabości, ale jednak zdarzające się często), a nawet uderzenia w twarz. Problemem bywa nie sam fakt użycia przemocy, ale to, że ojciec uderzył zbyt mocno. Oburzajcie się, jeśli chcecie, myślę jednak, że mówienie o tym wprost może ośmielić niektórych czytelników (a nie ma co się łudzić, klapsy są w wielu polskich rodzinach nadal smutną codziennością): skoro oni mogą wypracować nowe metody wychowawcze, to dlaczego nie ja?

Czytając rady doktora Ginotta, stawiałam niekiedy na marginesie wielki znak zapytania. Podpisałabym się pod większością jego myśli, ale tu i ówdzie pojawiły się takie, które wydawały się z perspektywy dzisiejszych filozofii wychowania zbyt autorytarne (choć być może zostały po prostu niewłaściwie ubrane w słowa). Dobitnym przykładem jest sytuacja, w której matka obiecuje coś dziecku, po czym stwierdza, że jest zbyt zmęczona, by dotrzymać słowa - i zastanawia się, co należałoby robić w takiej sytuacji. Zgodnie z wytycznymi doktora stwierdza, że: "Tłumaczenia nie są na miejscu". Cóż, jeśli ja coś komuś obiecuję - nieważne: dorosłemu czy dziecku - to albo dotrzymuję słowa, albo gęsto się tłumaczę. Nie widzę powodu, by z samego faktu bycia rodzicem wynikał przywilej bezkarnego łamania danego słowa. Ostrożnie traktowałabym też (skądinąd słuszną) myśl doktora: "Rodzice nie są odpowiedzialni za szczęście dzieci, ale za ich charakter". Ma ona wiele sensu w kontekście książki, jednak wyrwana z niego może prowadzić rodziców w stronę niebezpiecznych nadużyć.

Książka Faber i Mazlish rzeczywiście wyzwala: rodziców - od wiecznego poczucia winy, zagubienia i poświęcenia. Dzieci - od ról, które przypisały sobie lub które przypisali im inni  - i od rodziców, których nadopiekuńczość nieraz podcina im skrzydła. W nowej rodzinie według przepisu doktora Ginotta pojawia się przestrzeń na samodzielne poszukiwanie rozwiązań, wyrażanie emocji, także tych negatywnych - i na dystansowanie się od nich (rodzicu, nie uzależniaj swojego samopoczucia od samopoczucia dziecka!). A przede wszystkim - przestrzeń dla porażek. Doktor Ginott nie stawia poprzeczki nierealistycznie wysoko. "Możemy udawać trochę milszych, niż jesteśmy, ale nic ponadto" - uspokaja. I tego warto się trzymać. Z chęcią przeczytam, jak autorki rozwinęły zawarte w "Wyzwolonych rodzicach..." myśli w swoich kolejnych książkach.
Joanna Pietrulewicz

Faber Adele, Mazlish Elaine, "Wyzwoleni rodzice, wyzwolone dzieci. Twoja droga do szczęśliwej rodziny"


sobota, 27 stycznia 2018

Harry Potter i więzień Azkabanu. Edycja ilustrowana


Edycja ilustrowana serii powieści "Harry Potter" co roku powiększa się o jeden tom. Intryguje mnie jej dalszy rozwój, bowiem J.K. Rowling pisała tak, by bohater dojrzewał wraz z czytelnikiem i jego problemami. Najwyraźniej wydawcy wznowienia opatrzonego ilustracjami Jima Kaya uznali, że tak samo ma być i tym razem, bo nie tylko w wersji polskiej odstępy między wydaniem kolejnych części wynoszą 12 miesięcy, to dotyczy też oryginału. Wraz z promocjami Harry'ego do kolejnych roczników (czyli klas) Hogwartu, uniwersum czarodziejów rozrasta się, jest w nim coraz więcej przyziemnej niesprawiedliwości, wręcz brutalności, zawirowań magicznych i miłosnych, zagwozdek fabularnych, które młodsi czytelnicy zrozumieją tylko ponownie wertując wcześniejsze partie tekstu lub poprzednie tomy. W "Więźniu Azkabanu" pojawiają się upiory wysysające dusze przez pocałunek i kilka innych atrakcji powodujących, że jest to pozycja przeznaczona nie dla dzieci, a dla młodzieży, i to raczej nie tej najmłodszej. Tu dochodzę do kwestii najbardziej mnie frapującej, czyli jak będzie ewoluowała edycja ilustrowana "Harry'ego Pottera"? Czy prace artystyczne Jima Kaya sprostają oczekiwaniom siedemnasto- i osiemnastolatków, bo przecież w takim wieku powinni być czytelnicy ostatnich tomów serii? Różnica w odbiorze ilustracji przez około dziesięcioletnie dziecko i "młodego dorosłego" jest znacząca, fajerwerkowa baśniowość i wszelkie psikusy czy karykatury nie wystarczą tam, gdzie mowa jest o śmierci, morderstwach, wskrzeszaniu, mrocznych rytuałach odprawianych na cmentarzu. Nie wiem, jak te wątki zilustruje Jim Kay, może po prostu je pominie, rozstrzygając, że ma być to cykl rodzinny, eksponowany na centralnym regale domowej biblioteczki, dostępnej także dla dzieci. Póki co, trzecia część "Harry'ego Pottera" utrzymana jest w takiej samej konwencji, co "Kamień Filozoficzny" i "Komnata Tajemnic", to znaczy zawiera obrazy oraz motywy atrakcyjne dla starszych dzieci oraz dorosłych potteromaniaków, ale raczej tych preferujących realistyczne portrety ze szczyptą karykatury. Nadmuchana ciotka Marge okazała się potworniejsza od wspomnianych już upiornych strażników Azkabanu (choć dementor bez kaptura trochę straszy) i Petera Pettigrewa. Cóż, Dursleyowie nie zawodzą i robią największe (co nie znaczy: najkorzystniejsze) wrażenie. Na całość oprawy plastycznej składają się, jak zwykle, zdobione karty (w tle tekstu), portrety wybranych czarodziejów, wyimki z atlasów magicznych stworzeń (lub roślin) oraz wyróżnione przez ilustratora ujęcia z akcji książki. Jedna z takich scen została przeniesiona na obwolutę, zresztą niezwykle efektowną.
Powieść "Harry Potter i więzień Azkabanu" znakomicie reprezentuje nurt popularnej literatury młodzieżowej – czerpiącej z kilku gatunków (przede wszystkim z fantastyki), wykorzystującej wątki znane i podobające się nastoletnim czytelnikom, nieodwołującej się do żadnej "zewnętrznej" wiedzy czy nawet znajomości kultury popularnej lub masowej. Jeśli sięgający po "Więźnia" młody człowiek nie ma pojęcia o mitach, baśniach i produkcjach fantastycznych różnego rodzaju oraz pochodzenia, ani nie zna dickensowskich sierot i innych małych księżniczek odnajdujących opiekę, przy tej lekturze nie odczuje swoich braków, wręcz przeciwnie, będzie się bawił lepiej od czytelnika obytego w wymienionych tematach i klimatach. To dlatego dla milionów potteromaniaków powieści J.K. Rowling były i nadal bywają objawieniem: są zręczną kompilacją i uproszczeniem popularnych, chwytliwych motywów, wątków oraz bestiariuszy. Sukces autorki świadczy o tym, że w literaturze dziecięcej XX i XXI w. powtórzenia i przetworzenia nie tylko mają się dobrze, ale wręcz rządzą.
"Więzień Azkabanu" jest po prostu wciągającą książką dla młodzieży, zwłaszcza tej, która by nie odłożyć lektury potrzebuje dużego stężenia przygody, przełomów akcji (bardzo wartkiej), drażniących postaci negatywnych i przerysowanych, zupełnie nierealnych charakterów oraz relacji. Powieść J.K. Rowling trudno więc uznać za wyzwanie intelektualne dla czytelnika, ale też większość współczesnych nastolatków wcale nie szuka w księgarniach ambitnej literatury, tylko zabawy i emocji. Niewątpliwie są to główne składniki "Więźnia Azkabanu", co sprawiło, że mój syn chętnie przeczytał trzeci tom "Harry'ego Pottera", mimo znajomości całej serii (w wersji audio i filmowej). Była to lektura szybka i zabawna, przy czym szczególnie śmieszyły go fragmenty, w których występują duety: Krzywołap i Parszywek oraz George z Fredem.
Czar Hogwartu trwa i emanuje na kolejnych młodych ludzi, którym warto w pierwszej kolejności podsunąć edycję ilustrowaną książki, a nie film czy grę komputerową. Oprócz kolorowych ilustracji, wydanie to odróżnia się od poprzednich poprawionym przez tłumacza przekładem – rzeczywiście odczuliśmy delikatne zmiany w stosunku do znanych nam audiobooków czytanych przez Piotra Fronczewskiego. Z całego uniwersum Harry'ego Pottera ta dotychczasowa trylogia ilustrowana jest naszym ulubionym sposobem i fragmentem opowieści, chętnie ją przeglądamy i "podczytujemy". Na tym etapie serii edycję ilustrowaną oceniam bardzo dobrze, jako atrakcyjną, dopracowaną i nieco luksusową ciekawostkę w biblioteczce mojego syna.
Bożena Itoya

J.K. Rowling, Harry Potter i więzień Azkabanu, ilustrował Jim Kay, tłumaczył Andrzej Polkowski (tekst przejrzany i poprawiony przez tłumacza), Media Rodzina, Poznań 2017.

wtorek, 9 stycznia 2018

Przepis na rodzeństwo


Usiadłam do lektury "Rodzeństwa bez rywalizacji" (Wydawnictwo Media Rodzina), nie znając wcześniejszych kultowych książek Adele Faber i Elaine Mazlish. Pewnie rozsądniej byłoby zacząć od nich, ale nie mogłam się powstrzymać, by nie rzucić się od razu na problem najbardziej aktualny dla mojej rodziny. Rodzeństwo. Relacje między rodzeństwem, konflikty rodzeństwa. Z każdym dniem (a najmłodsza pociecha ma raptem półtora roku) odkrywam, na jak grząski grunt wkroczyliśmy. Mimo że przeczytałam już sporo książek o wychowaniu, przedstawiane w nich sytuacje dotyczyły najczęściej relacji rodzic-dziecko, jeden na jeden. Nie do końca przygotowały mnie do dynamicznej, żywiołowej, pełnej napięć przeprawy, jaką jest wychowywanie więcej niż jednego potomka. Książka Faber i Mazlish z powodzeniem zapełnia tę lukę.

"Rodzeństwo bez rywalizacji" to relacja z serii prowadzonych przez autorki warsztatów. Pełno w niej autentycznych wypowiedzi rodziców, którzy opowiadają nie tylko o sytuacjach z życia swoich dzieci, ale też o swoich własnych wspomnieniach z dzieciństwa, które nierzadko rzutują na całe ich dorosłe życie. Szczególnie te historie - podparte refleksją nad własnym dzieciństwem - wywarły na mnie ogromne wrażenie i przekonały do przepracowania tematu tożsamości i emocji dziecka dorastającego z rodzeństwem. Do każdego rozdziału polskiego wydania dołączony jest podrozdział z doświadczeniami rodziców polskich autorstwa Zofii Śpiewak, dzięki czemu nie musimy bazować wyłącznie na opowieściach rodziców amerykańskich. W problemach polskich rodziców przejawia się rodzima specyfika, ot choćby mały metraż i konflikty rodzeństwa wynikające z braku własnego pokoju czy syndrom starszej siostry - oczekiwanie, że starsze rodzeństwo (szczególnie płci żeńskiej) będzie pełnić funkcje opiekuńcze wobec młodszego.

Książka jest do bólu praktyczna, pełna podpowiedzi, jak zachować się w konkretnych sytuacjach, z przykładowymi dialogami włącznie. Wiele z nich ujętych jest w formie komiksu, tak że nawet najbardziej oporni czytelnicy będą mieli na czym zawiesić oko. Jeśli zaczynacie już kręcić nosem, przeczuwając kolejny poradnik z cyklu "zrób to i to, aby uzyskać takie a takie zachowanie", uspokajam: nic z tych rzeczy. Wszelkie sztuczki psychologiczne, które proponują autorki, dotyczą raczej pracy nad uczuciami dzieci: jak postępować, żeby dzieci czuły, że są akceptowane i kochane takimi, jakie są, i że mają prawo do przeżywania i wyrażania swoich emocji. Jak je zachęcić, żeby same wypracowywały między sobą rozwiązania konfliktów, jak nie przypisywać im ról i pozwolić im wydostać się z tych, do jakich już zostały przypisane, jak uniknąć pułapki "równego" traktowania rodzeństwa, jak nie porównywać i jak pozwolić każdemu dziecku na rozwój w poczuciu własnej indywidualności, a nie w opozycji do bardziej lub mniej uzdolnionego rodzeństwa. Do mnie szczególnie przemówił temat przypisywania ról, któremu wcześniej nie poświęciłam wiele uwagi, a który - sądząc z cytowanych w książce relacji rodziców - potrafi zdefiniować tożsamość człowieka na całe życie. Z lektury książki wyniosłam mocne postanowienie, by uważać, jakimi epitetami - choćby i najpiękniejszymi - obdarzam swoje dzieci.

I to jest chyba najcenniejszy aspekt książki: zwrócenie uwagi rodziców na to, jak wielkie znaczenie ma język, którym się posługują w kontaktach z dziećmi - i jak one interpretują ich słowa. Jesper Juul pisał kiedyś o rodzicielskiej "automatycznej sekretarce": utartych zwrotach, których używamy bez namysłu, bo nauczyliśmy się ich od własnych rodziców i otoczenia. Lektura "Rodzeństwa bez rywalizacji" pokazuje, jak bardzo ta automatyczna sekretarka potrafi wpływać na relacje między rodzeństwem, często z fatalnym skutkiem. Jesteśmy zaprogramowani, żeby porównywać ("Zobacz, jak Zosia ładnie zjadła, a ty co?"), zrzucać odpowiedzialność za konflikt na jedno z dzieci ("Jesteś starsza i mądrzejsza, odpuść"), tworzyć dla dzieci role ("Mój Antek to takie spokojne dziecko, Pola to przy nim wulkan energii") czy pomniejszać dziecięce problemy ("Nie zwracaj na niego uwagi"). W trakcie lektury cały czas nasuwało mi się pytanie: dlaczego, u licha, te nasze kulturowe automatyczne sekretarki są tak destrukcyjne? Dlaczego po tylu pokoleniach, zamiast uczyć się na błędach poprzedników, używamy dokładnie tych słów, które zaostrzają konflikty, zamiast je wygaszać? Ze smutkiem czytałam opowieści ludzi, którzy dopiero w dorosłym wieku, po przepracowaniu wyniesionych z domu traum, zdobywali się na ponowny kontakt ze swoim rodzeństwem, przełamując pokłady urazy i żalu.

Tym, co rzuca się w oczy, jest brak solidnej podbudowy teoretycznej (a przynajmniej wyłuszczenia jej w książce). Podejście jest mocno behawioralne: rób tak a tak, a dzieci odbiorą to tak i tak. Nie stoi za tym spójny system wartości, które niejako modelują zachowanie rodzica w stosunku do dzieci. Wprawdzie w tytule mowa o godności, ale w tekście jest ona bardziej skutkiem niż powodem zachowań ("zrób to i to, by zachować godność swoją i dzieci" zamiast "dzieciom należy się godność, więc należy je traktować odpowiednio"). Nie chcę, by zabrzmiało to jak zarzut: praktyczny wymiar książki to zaleta dla tych, którzy potrzebują konkretów, a nie chcą zagłębiać się w filozofię wychowania. Jeśli jednak książka Faber i Mazlish jest Waszą pierwszą lekturą poświęconą wychowaniu, gorąco polecam zajrzenie również do innych pozycji, które pomogą poukładać zawarte w niej porady i odczytać stojący za nimi głębszy sens. Dobrze ujmuje to jeden z rodziców: "Spróbowaliśmy metod z książki. Nie wychodziło (...). W końcu doszliśmy do wniosku, że mówimy «nowe teksty», ale nadal «siedzimy w starej skórze»". Dopiero gdy wspomniani rodzice weszli głębiej w filozofię stojącą za "tekstami" Faber i Mazlish, udało im się poczynić postępy.

Jeśli natomiast filozofie wychowania nie są Wam obce, zjedliście zęby na Stein, Juulu, Gordonie i Kohnie, mimo wszystko koniecznie zajrzyjcie do tej książki. Bo nawet jeśli wiecie "dlaczego", to w ferworze burzliwej codzienności i w obliczu wytrącających z równowagi bójek rodzeństwa utarte, sprawdzone skrypty postępowania potrafią być wybawieniem. Szczególnie jeśli czujemy, że puszczają na nerwy, a nasza "automatyczna sekretarka" jest już na końcu języka.
Joanna Pietrulewicz

piątek, 15 grudnia 2017

Krowa Matylda i śnieg


Wraz z pączkującym rozrostem biblioteczki mojego syna coraz częściej zastanawiam się, czy mamy oko do pewnych motywów, czy to po prostu szczęście, że trafiliśmy na podobne do siebie publikacje, czy ta powtarzalność wynika z mody lub nieskrępowanego wzorowania się na innych autorach i ilustratorach. W każdym razie obok serii bogato ilustrowanych książek o zabawnej krowie naśladującej ludzi oraz serii, której drugoplanowymi bohaterami są kury z ludzkimi cechami i atrybutami, mamy też obrazkowy cykl o zwariowanej mućce mieszkającej z prześmiesznymi kokoszkami, posiadającymi skarpetki, buty, zabawki czy inne zupełnie nieptasie przedmioty. Oto Matylda, gwiazda książek Aleksandra Steffensmeiera, tym razem zmagająca się z wigilijną śnieżycą i szczególnym zadaniem pocztowej krowy.
Pierwsza ilustracja skutecznie wprowadza nas w atmosferę historyjki: świątecznie przystrojona stodoła z resztkami kalendarza adwentowego w postaci obgryzionych rzep (a może to buraki cukrowe?) i wspomniane obute kury chyba każdego nastroją pogodnie, a przynajmniej pozytywnie. Obrazki są coraz bardziej rozbudowane, do strony, na której listonosz pokazuje (nam, nie Matyldzie!) podarki dla mieszkańców zagrody Matyldy – gospodyni i zwierząt. Potem gęstość elementów na ilustracjach nieco maleje, by osiągnąć apogeum w finałowej scenie. Wcześniej będzie trochę świątecznych drobiazgów i kolorów, ale na większości kart króluje biel, jak to w książce o śniegu. Tytuł zresztą tak naprawdę nie mówi zbyt wiele o koncepcie opowiastki, której bardziej odpowiadałby opis "Krowa Matylda i świąteczne faux pas" albo standardowy tytuł "Gwiazdka krowy Matyldy".
Olbrzymim, wesołym ilustracjom towarzyszy minimum tekstu, zamkniętego w możliwie najprostszych zdaniach. I warstwa graficzna, i literacka będzie zrozumiała i śmieszna nawet dla najmłodszych dzieci. Treścią tej książki jest tak naprawdę historyjka obrazkowa, prezentująca znacznie więcej wątków i szczegółów niż tekst. "Krowa Matylda" jest kuzynką książki obrazkowej, łamigłówki polegającej na wyszukiwaniu (choćby kurczątek i krowich ekskrementów) oraz komiksu (bohaterka niekiedy wskakuje w kadry oraz stylistykę "kolorowych zeszytów"). Najnowsza odsłona przygód pocztowej krowy wywołała w nas tęsknotę za śniegiem, a także rozbawienie, bo koncepcja książki opiera się na pomyłce – w ocenie trasy, segregacji prezentów (po oddzieleniu etykiet od opakowań) i interpretacji ich przeznaczenia. Wyszło lepiej niż przewidział listonosz, sam najwyraźniej zaskoczony uniwersalnością swoich gwiazdkowych podarków. Warto dodać do bożonarodzeniowej atmosfery kapkę szaleństwa, spędzając kilka chwil z krową Matyldą i jej kompanią. Gwarantuję spadek przedświątecznego napięcia.
Bożena Itoya

Alexander Steffensmeier, Krowa Matylda i śnieg, Media Rodzina, Poznań 2017.

poniedziałek, 27 listopada 2017

Daleka droga do wody



W marketach nastały święta, a na blogach rankingi podsumowujące rok wydawniczy. Ja nie zamierzam kategoryzować tegorocznych nowości w ten sposób, zastanawiałam się natomiast, czy ktokolwiek zainteresowany rynkiem książki dla dzieci i młodzieży jest w stanie zauważyć (oraz przeczytać) wszystkie najważniejsze pozycje, jakie ukazały się w 2017 roku. O niektórych z nich nie było głośno, nie fetowano ich premier i nie udostępniano licznych recenzji, fotografii, postów przyciągających uwagę czytelników (a raczej ich rodziców) i krytyków. Czy słyszeliście na przykład o książce "Daleka droga do wody", która w bieżącym roku ukazała się nakładem wydawnictwa Media Rodzina? Trudno podsumować tę pozycję romantycznym zdjęciem książki owiniętej łańcuchem ledowym, w towarzystwie parującej herbaty i imbiru, nie pasuje też prezentacja wśród kolorowych zabawek, stąd "Daleką drogę do wody" słabo "widać" w Internecie. Po jej przeczytaniu nawiedzały mnie rozmaite górnolotne sformułowania: ta powieść jest niezbędna do przetrwania niczym woda, ponieważ, jak ona, uczy pokory, bez której nie można dobrze żyć, płynie przez cały świat i może nam o nim niejedno powiedzieć. Nawet to, co niekoniecznie chcielibyśmy wiedzieć, bo nie jest dla nas wygodne, burzy komfort naszego życia, jego europejską hermetyczność, sterylność i homogeniczność.
Książka Lindy Sue Park jest opowieścią literacką opartą na prawdziwej historii. O elemencie non-fiction dowiedziałam się dopiero w posłowiach autorki i bohatera "Dalekiej drogi do wody", bowiem zazwyczaj pomijam opisy okładkowe (za wiele w nich ocen i "spoilerów"), a tym razem nie zauważyłam też podtytułu, który wtopił się w popękaną, spaloną ziemię Południowego Sudanu. Prawdopodobnie powieść wstrząsnęła mną głównie dlatego, że nie wiedziałam, jak odnosi się do rzeczywistości, czyli po prostu: czego się po niej spodziewać. Niezależnie od mojego wzruszenia, książkę czyta się szybko, bo jest też porywającą, dobrze napisaną (i przetłumaczoną!) beletrystyką zahaczającą o reportaż.
Rozdział pierwszy podzielony został na część rozgrywającą się w 2008 i 1985 roku, a każdej z nich przydzielono odmienny ornament oraz inną czcionkę. Kolejne rozdziały wyglądają podobnie, czytelnik więc szybko oswaja się z dwutorowością historii. Jedenastoletnia Nya żyje właściwie w naszych czasach i egzotyka jej życia, to równoległe istnienie dwóch tak różnych światów: naszego oraz tego, w którym dzieci zamiast do szkoły chodzą po wodę oraz umierają na choroby w Europie zapomniane, poruszy czytelnika w każdym wieku.

Koło wioski Nyi znajdowało się wielkie jezioro, do którego szło się trzy dni. Co roku, keidy ustawały deszcze i wysychało pobliskie jeziorko, jej rodzina przenosiła się do obozu koło tego wielkiego jeziora.
Rodzina Nyi nie mieszkała tam przez cały rok z powodu walk. Jej plemię, Neurowie, często walczyło z plemieniem Dinka o te ziemie. Mężczyźni i chłopcy odnosili rany czy nawet ginęli w czasie starć. Dlatego Nya wraz z innymi osobami z wioski mieszkała tam tylko przez pięć miesięcy pory suchej, kiedy to oba plemiona musiały raczej walczyć o przetrwanie niż ze sobą.
Jezioro wysychało podobnie jak jeziorko w wiosce. Ale ponieważ było znacznie większe, jego gliniaste łożysko wciąż utrzymywało wodę.
Nya robiła w obozie nad jeziorem to samo, co w domu – nosiła wodę. Własnymi rękami kopała dziurę w wilgotnej glinie, aż w końcu nie mogła dalej sięgnąć. Głębiej glina była mokra, aż w końcu przez łożysko jeziora zaczynała się przesączać woda.
Woda w dziurze była brudna i bardziej przypominała błoto niż płyn. Naciekała tak wolno, że trzeba było długo czekać, żeby nabrać parę kalabas. Nya klęczała przy dziurze i czekała.
Czekała na wodę. Za każdym razem po cztery godziny. I tak codziennie przez pięć długich miesięcy, aż w końcu nadchodziły deszcze i mogła wraz z rodziną powrócić do wioski.

Drugi bohater również ma jedenaście lat (choć 23 lata wcześniej niż Nya), a na imię mu Salva. Książka opowiada więc o rówieśnikach mojego syna, co na pewno też wpływa na mój emocjonalny odbiór całej historii. Przez pierwsze trzy strony chłopięcej części rozdziału poznajemy niektóre myśli i sposoby spędzania czasu Salvy. A potem nagle następuje koniec tego świata.

Doskonale wiedział, jak będzie wyglądał powrót. Matka przestanie mielić ziarna i przejdzie do tej części domu, która wychodzi na drogę. Jedną dłoń uniesie nad oczy i zacznie go wypatrywać. Salva już z daleka zobaczy jej jasnopomarańczowy szal i pomacha jej ręką. A kiedy dotrze do domu, wewnątrz już będzie na niego czekała miska z mlekiem.
TRACH!
Ten dźwięk dobiegł z zewnątrz. Czy był to strzał? A może tylko rura wydechowa jakiegoś wozu?
Nauczyciel przerwał na chwilę. Wszyscy w klasie spojrzeli w stronę okna.
Nic. Cisza.
Nauczyciel chrząknął, co sprawiło, że chłopcy znowu spojrzeli w jego stronę. Zaczął mówić tam, gdzie przerwał, a potem...
TRACH! TA-TA-TA TAM!
TY-TY-TY-TY-TY!
Odgłosy strzałów!
Wszyscy NA ZIEMIĘ! – krzyknął nauczyciel.
Niektórzy chłopcy zareagowali natychmiast i rzucili się na podłogę, chroniąc głowy. Inni siedzieli skamieniali z szeroko otwartymi ustami i oczami. Salva zasłonił głowę rękami i przerażony rozejrzał się dookoła.
Nauczyciel przesunął się wzdłuż ściany do okna. Wyjrzał na chwilę na dwór. Ogień ustał, ale słychać było krzyki i odgłosy bieganiny.
Biegnijcie szybko, wszyscy – powiedział nauczyciel cichym, natarczywym tonem. – Ale do buszu. Słyszycie? Nie do domu. Oni pójdą do wiosek, a wy musicie się trzymać od nich z daleka. Uciekajcie do buszu.
Podszedł do drzwi i raz jeszcze wyjrzał na zewnątrz.
No już ! Biegnijcie wszyscy!

Salva posłuchał nauczyciela i uciekł do buszu, długo snuł się z miejsca na miejsce, bez rodziny, szukając pomocy i jakiejkolwiek bezpiecznej przystani, a znajdując tylko brutalne, bezlitosne życie, w którym nadzieja gasła wraz z kolejnymi śmierciami i rosnącym głodem. Trudno uwierzyć, że starczyło życia (jeszcze trwającego!) jednego człowieka na tyle krytycznych chwil, wielkich codziennych czynów oraz przedsięwzięć na międzynarodową skalę. Nie powiem, jak długo trwała podróż tego bohatera (w każdym znaczeniu tego słowa) ani jak się skończyła, ale kto przejdzie ją razem z Salvą, ten pełniej zrozumie pojęcia "uchodźca", "obóz dla uchodźców" czy "imigrant". Czytelnik zyska wiedzę i empatię, ale też coś utraci – ewentualne uprzedzenia (choć trudno zakładać, że osoby nietolerancyjne w ogóle sięgną po tę powieść), niewinność Europejczyka, który jest nieświadomy wielkich problemów świata. Nabyta tu wiedza zobowiązuje, coś trzeba z nią zrobić.

Jak sądzisz, co tu zbudujemy? – spytał Nyę uśmiechnięty ojciec.
Dom? – zgadywała. – A może szopę?
Ojciec potrząsnął głową.
Coś lepszego – powiedział. – Szkołę.
Na popatrzyła na niego wielkimi oczami. Najbliższa szkoła znajdowała się pół dnia drogi od ich wioski. Wiedziała o tym, bo Dep chciał do niej chodzić, ale było to za daleko.
Szkołę? – powtórzyła.
Tak – odparł. – Nie będziemy już musieli chodzić do jeziora, skoro mamy studnię. Wszystkie dzieci będą mogły więc chodzić do szkoły.
Nya popatrzyła na ojca. Otworzyła usta, ale nie zdołała wydobyć głosu. Kiedy w końcu jej się to udało, mówiła szeptem:
Wszystkie dzieci? Dziewczynki też?
Ojciec uśmiechnął się jeszcze szerzej.
Tak, Nyo, dziewczynki też – odparł. – A teraz idź po wodę.
I znowu zabrał się do koszenia długiej trawy.
Nya poszła po swój plastikowy pojemnik. Miała wrażenie, że dostała skrzydeł.
Szkoła! Nauczy się czytać i pisać.

Książka "Daleka droga do wody" może być znakomitą pomocą dydaktyczną na zajęciach wychowawczych i jakichkolwiek innych z elementami antropologii, etnografii, ekonomii, geografii, historii politycznej XX wieku. Słuszne wydaje się jej omawianie w polskich szkołach podstawowych, gimnazjalnych oraz średnich, ponieważ uczniowie często starają się o dodatkowe punkty (na świadectwie kwalifikującym do szkoły średniej) za wolontariat, ale dużo rzadziej podejmują takie działania z potrzeby serca, ze zrozumienia czyjejś trudnej sytuacji. Po tej lekturze każdy zrozumie, jak rodzi się prawdziwa działalność dobroczynna, nieuwarunkowana wpisem w CV, pojmowana nie jako konieczna do "wyrobienia" praktyka, tylko życiowa misja. A dorośli? Cóż, zanim pierwsi rzucą kamieniem w uchodźców albo zajmą się załatwianiem swojemu dziecku wolontariatu (z uwzględnieniem łatwości zaliczenia, a nie preferencji, możliwości i zaangażowania przyszłego młodego wolontariusza), powinni przeczytać, w jakich warunkach dorastał Salva i chorowała siostra Nyi, uświadomić siebie oraz dziecko, czym jest pomoc charytatywna i humanitarna.
Dotknięte konfliktami, głodem czy brakiem wody rejony świata, o których milczą media oraz memy, nadal istnieją i potrzebują pomocy, nawet gdy nikt nas za nią nie wynagradza punktami, lajkami, udostępnieniami czy innymi oklaskami. Linda Sue Park i Salva pokazują, że każde dziecko powinno mieć prawo do szczęścia, bezpieczeństwa, opieki zdrowotnej, nauki, uczciwego traktowania. Czy nie tego powinny uczyć książki? Te same zasady wyznawał zresztą Janusz Korczak, są one też elementem obowiązującej między innymi w naszym kraju Konwencji praw dziecka, "Daleka droga do wody" jest zatem pozycją bliską polskim dzieciom i uniwersalnym wartościom, które większość z nas wyznaje. Ta lektura może sprawić, że więcej dzieci przeżyje swój happy end jak Nya, wierzę w to gorąco.
Bożena Itoya

Linda Sue Park, Daleka droga do wody. Oparte na prawdziwej historii, tłumaczył Krzysztof Puławski, Media Rodzina, Poznań 2017.