cudanakiju.pl

cudanakiju.pl

wtorek, 24 marca 2015

O chłopcu, któremu nikt nie wierzy



Michael Broad, „Jacek Placek. Moja nauczycielka jest wilkołakiem”, Wydawnictwo Bis.
Już okładka książki Michaela Broada „Jacek Placek. Moja nauczycielka jest wilkołakiem” zapowiada kłopoty. Pozaginane rogi, żartobliwe dopiski („Uwaga! W tej historii występują majtki!”) i rysunek chłopca, zerkającego z niewinnym uśmiechem na dużego, ale całkiem sympatycznego wilkołaka w okularach, który właśnie skacze, rozrzucając na wszystkie strony książki i zeszyty. Oj, będzie awantura!
Jacek Placek - w oryginale Jake Cake, prawda, że trafne tłumaczenie? - to zupełnie zwyczajny, nawet lekko ciapowaty chłopiec, któremu przytrafiają się (niespodzianka!) zupełnie niesamowite przygody. A to nauczycielka rachunków zmienia się w wilkołaka, którym trzeba się zaopiekować, a to w domu Jacka pojawia się potwór, który przedawkował skaczącą czekoladę, a to znowu po pomoc do chłopca zwraca się najprawdziwsza mumia z muzeum, która nie może spać, bo zgubiła swojego starożytnego przyjaciela. Jacek Placek zdaje się przyciągać różne nadprzyrodzone zjawiska niczym magnes. Na szczęście rezolutny chłopiec ani na chwilę nie traci zimnej krwi i z każdej przygody wychodzi obronną ręką – no, może nie licząc bałaganu w mieszkaniu. Ale spójrzmy prawdzie w oczy: rodzice i tak znaleźliby powód do narzekań.
Książeczka ma formę kajetu z własnoręcznie zanotowanymi przez Jacka aktami spraw. Skrupulatnie wymienia on w nich typ każdego stwora, którego spotkał, jego szacowany wiek, wagę i inne uwagi. Każda historia ozdobiona jest obficie ołówkowymi ilustracjami, przy czym na stronach książeczki nie  brakuje zwyczajnych bazgrołów, kleksów i odcisków brudnych palców.
Dorośli w tej historii są ukazani trochę jak u Roalda Dahla: Nigdy niczego nie rozumieją, w nic nie wierzą, a najważniejszy wydaje się być dla nich posprzątany pokój – i w ogóle uporządkowane życie, w którym nie ma miejsca ani na zwariowane przygody, ani fantazje („Gry próbuję wyjaśnić dorosłym, co naprawdę się wydarzyło, wzruszają ramionami i mówią: «Nie zmyślaj już tych swoich historyjek, bo nos ci się wydłuży»” - pisze we wstępie Jacek Placek). Kiedy patrzę na ten obraz dorosłości teraz, z pozycji rodzica, jest mi trochę przykro. Powtarzający się w literaturze dziecięcej motyw rodzica – wroga dziecka, przed którym trzeba ukrywać swoje poczynania, powinien dawać nam wiele do myślenia. Czy rzeczywiście takimi widzą nas dzieci? Tuwim napisał kiedyś: „Straszne to myśli: dziecko z tzw. zdrowym rozsądkiem i trzeźwym na świat patrzeniem. Maleństwo się rodzi, po pewnym czasie zaczyna mówić – i od razu, bez przygotowania, mówi nieprawdę. To znaczy, że fantastyka jest zjawiskiem przyrodzonym. Potem dopiero głupiejemy, my smutni dorośli ludzie”. Na szczęście dorosłość to nie wyrok: wystarczy, że będziemy pielęgnować tę niepokorną, fantazjującą cząstkę siebie, tym samym nie zrywając nici porozumienia z naszymi dziećmi.
Tak więc życzę Wam i Waszym pociechom miłej lektury zwariowanych przygód Jacka Placka. Nie zastanawiajcie się zbyt wiele nad tym, czy wydarzyły się naprawdę, czy w ogóle miały szansę się wydarzyć. Przypomnijcie sobie, jak fantastycznym miejscem jest świat widziany oczami dziecka: pełen magii i cudów.
Joanna Pietrulewicz
Od wydawcy: Cykl książek o niewiarygodnych dla dorosłych, ale prawdziwych przygodach, które przydarzają się Jackowi Plackowi. Jego mama twierdzi, że Jacek wszystko zmyśla, nauczyciele mają pretensje, że buja w obłokach, zamiast uważać na lekcjach, tymczasem on w szkolnej kotłowni spotyka najprawdziwszego smoka i przeżywa mrożącą krew w żyłach chwilę, gdy nauczycielka zmienia się w wilkołaka! Wszystkie przygody spisuje w notesie, samodzielnie ilustrując i robiąc zabawne dopiski.

Trochę inne łamigłówki



Wyjątkowo niewiele jest na rynku łamigłówek i kolorowanek dla dzieci wykonanych starannie, z pomysłem i dbałością o oprawę graficzną. Zeszyty wylewające się z supermarketowych koszy wołają zwykle o pomstę o nieba: koślawe ilustracje, przewidywalne, banalne zagadki. Tę lukę z powodzeniem zapełnia ostatnio wydawnictwo Nasza Księgarnia: świetne "bloki rysunkowe" do serii "Opowiem ci, mamo...", w zapowiedziach obiecująca kolorowanka "Doodle Invasion". Książeczka Thomasa Flinthama "Ł
amigłówki nie z tej ziemi" wpisuje się w ten trend. Autor stworzył spójny, przyjemny dla oka, pełen zagadek świat i zapełnił go całą menażerią stworzeń: zwierząt (prawdziwych i fantastycznych), postaci z bajek, robotów. Pełne szczegółów ilustracje w odcieniach szarości są wykonane charakterystyczną dla autora oszczędną, grubą kreską.
Same łamigłówki nie są szczególnie oryginale, należą do klasyki gatunku: labirynty, szukanie różnic między pozornie identycznymi obrazkami, łączenie kropek, odszukiwanie pasujących do siebie elementów i wypatrywanie wskazanego przedmiotu pośród wielu innych. Tym, co wyróżnia je spośród innych tego typu zadań, jest pomysłowa otoczka. Pokonując kolejne przeszkody, będziemy śledzić przygody Olbrzymiego Rycerza i złodzieja złota, potem wraz Tymkiem i Dorotą zaprojektujemy grę komputerową, a w międzyczasie będziemy rozwiązywać drobne problemy mieszkańców Krainy Łamigłówek: poszukamy intruza na zjeździe bliźniaków, znajdziemy czterolistną koniczynkę, pomożemy ośmiornicom wyłowić zatopioną konsolę do gier i odkryjemy na niebie nowe gwiazdozbiory. W sumie do rozwiązania jest ponad 60 różnych łamigłówek.
W książeczce nie znajdziemy zadań kreatywnych. Nie ma tu dorysowywania, projektowania ani kolorowania. Do uzupełniania wszystkich zagadek wystarczy ołówek, nie potrzeba też szczególnie precyzyjnej kreski. Dzięki temu "Łamigłówki nie z tej ziemi" świetnie sprawdzą się we wszystkich sytuacjach, gdy nie mamy pod ręką kredek ani stołu: w pociągu, samochodzie, poczekalni.
Jako rodzic wrażliwy na kwestie genderowe w publikacjach dla dzieci, zmarszczyłam lekko brwi, widząc użyty przez tłumaczkę we wstępie rodzaj męski ("będziesz miał pod dostatkiem zadań do rozwiązania"), tak łatwy do zastąpienia bezokolicznikiem, ale w książeczce nie brakuje na szczęście postaci żeńskich. Wprawdzie w historyjce o tworzeniu gry komputerowej powielane są stereotypowe role chłopca-programisty i dziewczyny-graficzki,  ale to chyba jedyne, do czego można się pod tym względem przyczepić.
Jeśli wasze pociechy lubią klasyczne łamigłówki, jest to zdecydowanie pozycja warta polecenia: może odrobinę powtarzalna, ale nadrabiająca to w dwójnasób pomysłowością i wykonaniem.
Joanna Pietrulewicz






Od wydawcy: Witajcie w świecie łamigłówek – interaktywnej książce z mnóstwem zadań i zagadek ćwiczących koncentrację, spostrzegawczość oraz umiejętność logicznego myślenia! Mały czytelnik spotka tu Olbrzymiego Rycerza, z którym uratuje kilka królestw, sprawdzi, do czego może służyć peleryna niewidka, pozna grzybiarzy, roboty i bliźniaków, a nawet latające królikowęże… Nad takimi łamigłówkami przyjemnie się głowić!

Noskawery, czyli lekcja marketingu



Niełatwo jest być nastolatkiem. Niska samoocena, potrzeba akceptacji ze strony rówieśników, do tego te hormony, nowe doznania i emocje. To okres, kiedy młody człowiek bywa wyjątkowo wrażliwy i podatny na manipulację. Wiedzą to doskonale spece od marketingu, którzy bezlitośnie atakują tę grupę wiekową, promując kolejne "nieodzowne" produkty. Nastolatek jest zwykle wobec tych zabiegów bezbronny - nie ma świadomości, że atrakcyjność najnowszego krzyku mody to w dużej mierze wynik precyzyjnie zaplanowanych chwytów reklamowych. Bo i skąd ma to wiedzieć? O tym nie uczą przecież w szkole.
W "Noskawerach" Paweł Beręsewicz w zabawny sposób ukazuje mechanizm promowania produktów i genezę mód młodzieżowych. Przedmiotem pożądania nastolatków są tytułowe noskawery, czyli... pokrowce na nos, zaprojektowane przez nowojorskiego projektanta Benettiego i noszone przez samego Jacksona Beevera. Śledzimy cały proces powstawania i promowania produktu: od zlokalizowania luki na rynku, przez przygotowanie projektu po marketing: branding, reklamę, lokowanie. Na samym końcu tego łańcucha pojawia się szkolna trendsetterka Małgosia oraz Zuzia - główna bohaterka, która w rankingu klasowej popularności plasuje się gdzieś w dolnej połowie i potajemnie marzy o pięknym, oryginalnym noskawerze (broń Boże podróbce z Bidla), który wyniósłby ją do elitarnego grona osób zapraszanych na urodziny Małgośki. Z pomocą przychodzi babcia, która jednak nie do końca się orientuje w skomplikowanym świecie mody młodzieżowej. Lekka, zabawna historia z niespodziewanym finałem.
 

Znam rodziców, którzy uparcie podsuwają dzieciom książki, którymi sami zaczytywali się jako dzieci. Nie ma w tym oczywiście nic złego - fajnie jest odkurzyć czasem Nienackiego czy Makuszyńskiego i poczytać o szkolnych perypetiach z czasów, kiedy na ławkach stały jeszcze kałamarze, a za złe zachowanie dostawało się linijką po rękach. Nie można jednak zapominać, że życie współczesnego nastolatka wygląda zupełnie inaczej, a jego problemy, dla dorosłych być może trywialne, nie są przez to wcale mniej prawdziwe. "Noskawery" to taka książka-przewodnik  - zarówno dla samych nastolatków, jak i dla ich rodziców, którzy często nie są w stanie zrozumieć, dlaczego ich dziecko przywiązuje tak wielką wagę do metki na ubraniu i dlaczego dałoby się pokroić za wielkie, bezkształtne buciory, na które jeszcze parę miesięcy wcześniej nawet by nie spojrzało. Myślę, że "Noskawery" to świetny materiał na lekturę szkolną, a zarazem pomysł na ciekawe zajęcia. W skomercjalizowanym świecie, pełnym agresywnego marketingu, wiedza, w jaki sposób promowane są produkty dla nastolatków i jak tworzy się kolejne mody na markowe produkty, jest bezcenna.
Joanna Pietrulewicz

Od wydawcy: Zuzia marzy o noskawerze. Oryginalnym, pachnącym, takim, jaki ma Jackson Beever. I połowa (ta fajniejsza połowa) dziewczyn z klasy. Kiedy dostaje go pod choinkę od babci – jest w siódmym niebie! Fajniejsza połowa wreszcie ją dostrzega! W międzyczasie Zuzia też coś dostrzega, coś zupełnie zaskakującego! I robi jej się bardzo wesoło, nawet kiedy okazuje się, że TERAZ najmodniejsze są lightmany, a swojego noskawera może spokojnie oddać babci.Zabawna historia o modzie i jej uleganiu.

czwartek, 12 lutego 2015

Nowe wydanie "Wyspy Skarbów" – to zrobi doskonale morskim opowieściom!

Morze i dalekie podróże dla niektórych z nas są całym życiem, dla innych – hasłami z wyszukiwarki internetowej, dawnych lektur szkolnych, ewentualnie tematem slajdowisk organizowanych przez przyjaciół. A czy dzieci tęsknią jeszcze za niebezpiecznymi przygodami, odkryciami, zimnymi, groźnymi falami i wielką tajemnicą morza? Wożone szybkimi środkami transportu i izolowane od żywej, lokalnej kultury (obojętnie czy na Kaszubach, czy Majorce), mogą nie poznać ani rzeczywistej odległości, jaką przebyły, ani charakteru miejsca, w którym się znalazły. Zdarza się też, co wiem z własnego doświadczenia, że dziecko kojarzy morze głównie z turystycznym konsumpcjonizmem i przerośniętym basenem ("załóż kolorowy czepek, żebym Cię dobrze widziała, i nie wchodź głębiej niż do kolan"). A potem przychodzi czas na czytanie i przeżywanie "Wyspy Skarbów" Roberta Louisa Stevensona. Po tej inicjacji, o ile przebiegnie pomyślnie, zrodzi się nowy wil(cze)k morski i całkiem dojrzały czytelnik.

"Jeśli żeglarskie szanty i gawędy
Burze, przygody upały i chłody,
Szkunery, wyspy i nieznane lądy,
Ukryte skarby, bitwy i korsarze,
Chytre podstępy, śmiałe abordaże,
Co mnie tak ongiś za serce chwytały,
Kiedym je chłonął jako chłopiec mały,
Dziś spodobają się zacnej młodzieży,
Która w te morskie przygody uwierzy –
To niech tak będzie! (...)"

"Wyspy Skarbów" nigdy nie uznawałam za lekturę szkolną (z całym bagażem negatywnych konotacji, w jakich tkwi to pojęcie) i mam nadzieję, że nie będzie jej tak pojmował mój syn. Jest prosty sposób na wywołanie przyjaźni między R.L. Stevensonem a własnym dzieckiem: podsunąć nowe wydanie "Wyspy Skarbów" (w tłumaczeniu Andrzeja Polkowskiego i z ilustracjami Roberta Innocentiego) nim potomek dowie się, że będzie "omawiał" tę książkę w szkole. Eksperyment ten właśnie przeprowadzam, jak na razie z sukcesem. Istnieje szansa, że ziarno Stevensona zakiełkuje i wyda żniwo zanim zostanie stłumione przez analizę "w klasie", sprowadzającą młodego czytelnika na ziemię, czy raczej "na ląd".
Oczywiście szkolne "przerabianie" książki niekoniecznie ją "zabije". Nawet marzy mi się taka lekcja poświęcona wprowadzeniu do "Wyspy Skarbów", właśnie w edycji wydawnictwa Media Rodzina, bo polegająca na analizie ilustracji Roberta Innocentiego. Czterdzieści pięć minut spędzonych z czternastoma ilustracjami i pięcioma szkicami (oraz jedną mapą), poświęconych na rozmowy o charakterze i tematyce poszczególnych obrazów, nastroju, jaki wywołują one w czytelniku, o wyglądzie postaci, obecności morza. Wyobrażam sobie też zadanie polegające na wymyśleniu do danej ilustracji dowolnej historii, niezwiązanej z treścią książki (czy nie tak rozmyśla o sztuce dziecko wpatrujące się w muzealny obraz?). Akurat to wydanie "Wyspy Skarbów" jest wspaniałym materiałem na lekturę szkolną, rozumianą jako środek służący kształtowaniu w dzieciach wrażliwości literackiej i ogólnie artystycznej.
Postanowiłam sprawdzić, czym nowy przekład różni się od poprzednich. Porównałam więc wybrane fragmenty "Wyspy Skarbów" w tłumaczeniu Andrzeja Polkowskiego z wydaniem z mojego dzieciństwa (Oficyna Wydawnicza C & S 1991, przełożył Józef Birkenmajer). Jako dziecko w rozdziale "XV. Mieszkaniec wyspy" czytałam:

"Mogłem teraz przekonać się, że był to biały człowiek jak ja, z [!] nawet rysy miał dość przystojne. Skóra, tam gdzie przeglądała, była spalona od słońca, nawet wargi miał niemal czarne, a jego jasne oczy wprost niesamowicie odbijały od tak ciemnej twarzy. Nigdy w życiu nie widziałem ani sobie nie wyobrażałem podobnego obdartusa. Był odziany w strzęp starego płótna żaglowego i zetlałego ubrania żeglarskiego, a ta niezwykła łatanina trzymała się razem jedynie dzięki kombinacji najróżnorodniejszych guzików, małych patyczków i pętli zasmolonego powroza. Na lędźwiach miał stary pas skórzany z mosiężną sprzączką, który był jedyną całą rzeczą w jego odzieniu.
Trzy lata! – zawołałem. – Czy jesteś rozbitkiem?
Nie, przyjacielu – odrzekł – maronem.
Słyszałem już dawno to słowo i wiedziałem, że oznacza rodzaj strasznej kary, dość pospolitej wśród korsarzy, a polegający na tym, że winowajcę wysadza się na pustej i ustronnej wyspie z garstką prochu i kul".

W omawianym wydaniu "Wyspy Skarbów" (tłum. Andrzej Polkowski, Media Rodzina 2014) cytowany rozdział XV zatytułowany został "Człowiek z wyspy", a analogiczny fragment brzmi następująco:

"Teraz dopiero zobaczyłem, że to biały człowiek, jak ja, i że rysy ma nawet dość sympatyczne. Skórę, tam, gdzie była odkryta, miał spaloną słońcem, nawet wargi były poczerniałe, a jego oczy niesamowicie jaśniały w tak ciemnej twarzy. Jeszcze nigdy nie widziałem, a nawet sobie nie wyobrażałem tak licho odzianego człowieka. Okrywały go łachy ze strzępów płótna żaglowego i starego marynarskiego sukna, a ta niezwykła łatanina trzymała się razem dzięki kombinacji najróżniejszych niepasujących do siebie zapinek, mosiężnych guzików, patyków i pętli ze smołowanych onucy. Na biodrach miał stary skórzany pas z mosiężną sprzączką i była to jedyna cała rzecz w całym jego przyodziewku.
Trzy lata! – zawołałem. – Jesteś rozbitkiem?
Nie, bracie – odrzekł – Wysadzono mnie tutaj.
Słyszałem już o tej straszliwej karze, dość częstej wśród piratów, a polegającej na wysadzeniu winowajcy na jakiejś odległej bezludnej wyspie, z garstką prochu i amunicji".

Moim zdaniem przekład Polkowskiego wypada lepiej, przeważnie jest zgrabniejszy stylistycznie i bardziej przystępny. Tłumacz posługuje się piękną polszczyzną, dzięki czemu książkę czytało się nam wspaniale. Poza tym jest to po prostu ładna, solidnie wydana publikacja z czytelną czcionką.
Oczywiście miłość dziecka do morza, piratów, książek Stevensona i rysunku Innocentiego tylko w nieznacznym stopniu zależy od nas, a w zdecydowanie większym od preferencji samego małego czytelnika. "Wyspa Skarbów" jest tylko jedną z alternatyw dla Minecraftów, Smrodków, innych koszmarnych bohaterów i dzienników oraz nie-książek służących do (twórczego) niszczenia. Nie twierdzę, że przygody Jima mogą wyprzeć z rynku wspomnianych wyżej nowoczesnych i atrakcyjnych bohaterów "literatury masowej", ani że taki jest cel wydawania na nowo "Wyspy Skarbów". Kto wie, może nawet Stevenson oraz jego mistrzowie korsarstwa okażą się wkrótce literackimi anachronizmami i umrą naturalną śmiercią klasycznych książek?

"Lecz żal mnie bierze, gdy pomyślę nieraz,
Że chyba legnę w grobie z tymi korsarzami,
Co los żałosny dzielą z tymi pisarzami!"

Bożena Itoya
Robert Louis Stevenson, Wyspa Skarbów, ilustrował Roberto Innocenti, tłumaczył Andrzej Polkowski, Media Rodzina, Poznań 2014.

Sekret życia, sekret baśni, sekret audiobooka


Baśnie świata i audiobooki – to dla nas połączenie idealne. Od lat syn słucha nagranych książek wydawnictwa Media Rodzina, a ja w tym czasie pracuję, gotuję lub bawię się z zasłuchanym potomkiem. Lektorzy audiobooków z serii "Baśnie świata" są niemal naszymi domownikami, a na pewno przewodnikami w podróżach literackich, niestrudzonymi, bo nigdy nie mają dosyć czytania, nie chrypną, nie są zbyt zajęci na chwilę wspólnej lektury... W ten sposób przemierzyliśmy już tysiące kilometrów z baśniami chińskimi ("Żółty smok", czyta Marian Opania), celtyckimi ("Czerwonobrody czarodziej", czyta Anna Seniuk), norweskimi ("Zamek Soria Moria", czyta Anna Seniuk), japońskimi ("Bezpowrotna góra", czyta Jan Peszek), arabskimi ("Aisha i wąż", czyta Henryk Talar), indiańskimi ("Dar totemów", czyta Krzysztof Banaszyk) oraz polskimi ("Cudowna studzienka", czyta Anna Seniuk). Teraz do naszej kolekcji płyt CD dołączyły baśnie hinduskie, przetłumaczone przez Elżbietę Walter i przeczytane przez Annę Seniuk, a zatytułowane "Sekret życia".
Przez ponad siedem godzin wsłuchiwaliśmy się w "prawdziwe" baśnie – piękne, ale czasem też groźne historie. "Sekret życia" zawiera i egzotyczne, wcześniej nieznane nam opowieści (a w nich nowe dla nas postaci – roi się tu od braminów, na przykład: "Bramin wierszokleta", "Duch bramina", "Tygrys, bramin i szakal"), i utwory wykorzystujące wszechobecne motywy baśniowe, o swojsko brzmiących tytułach "Królewna, która kochała swego ojca jak sól", "Jak niedźwiedź dał się okpić", "Mądry szakal" czy "Jak trzech śmiałków przechytrzyło demony". Nie warto streszczać poszczególnych baśni, najlepiej poznać je osobiście. Ostrzegam jednak, że niektóre utwory mogą się okazać zbyt skomplikowane lub brutalne dla czytelników / słuchaczy w wieku poniżej sześciu lat. Cóż, w baśniach ludowych na całym świecie gęsto lecą głowy i często leje się krew.
Głos Anny Seniuk idealnie pasuje do snutych powoli, a równocześnie porywających opowieści. Audiobook został wydany solidnie, okładka, wnętrze pudełka oraz sama płyta skrzą się żółciami, różami, zielenią i błękitem. Oczywiście, to nie to samo co piękne, właściwie ekskluzywne wydanie książkowe, jednak my za nic nie zamienilibyśmy naszych małych pudełek z audiobookami na odpowiadające im kolejne tomy serii "Baśni świata". Te bogato ilustrowane książki również mogą stworzyć okazałą kolekcję, ich jednak nie weźmiemy na wakacje (ze względu na ciężar "cegiełek" wydanych w twardych oprawach i na kredowym papierze), a audiobooki wydawnictwa Media Rodzina już nie raz i nie dwa towarzyszyły nam nad morzem i jeziorem. Zwykłej książki nie przeczyta nam sama Anna Seniuk, a dzięki wersji dźwiękowej ta wybitna aktorka będzie z nami wszędzie, gdzie tylko zechcemy.
Bożena Itoya


Od wydawcy: Kolejna pozycja z popularnej serii przenosi nas do dawnych Indii. Jest to zbiór opowieści o radżach i braminach, zaklętych księżniczkach i książętach zamienionych w zwierzęta.

Świat z pudełek



Często najbardziej niesamowite projekty są efektem kiełkującego pomysłu, który materializuje się pod wpływem nagłej inspiracji. Tu wszystko zaczęło się od wspomnienia ulubionej książki z dzieciństwa i leżącego akurat w mieszkaniu pudełka po pomarańczach. Tak powstał Mysi Domek -zbudowana przez Karinę Schaapman imponująca, trzymetrowa konstrukcja z ponad setką pokoi, schowków  i zakamarków, zasiedlona przez społeczność szmacianych myszek*. Każde pomieszczenie tętni życiem, zaprojektowane w najdrobniejszych szczegółach, od kartek z maszyny do pisania walających się po podłodze i książek leżących w nieładzie na półkach po obrazy na ścianach, stworzone specjalnie dla Mysiego Domku przez zaprzyjaźnionych artystów. Ale przede wszystkim każdy pokoik jest pełen historii, które rodziły się w głowie autorki wraz z powstawaniem kolejnych pomieszczeń. Część z nich Karina Schaapman przelała na papier - tak właśnie powstała seria książek o Samie i Julii, przedstawiających historie z życia dwojga mieszkańców tej niesamowitej budowli.
Jako Holenderka indonezyjskiego pochodzenia, autorka dużo uwagi poświęca tematyce styku kultur. Tworzy w Mysim Domku wielokulturową, otwartą społeczność, gdzie przedstawiciele różnych wyznań koegzystują w przyjaźni, często zasiadając przy wspólnym stole, obchodząc razem święta i kultywując zwyczaje. Idylliczny obrazek świata ponad podziałami. Motywem przewodnim opowiadanych przez Schaapman historii jest przyjaźń i współpraca, choć książki poruszają też trudne tematy, takie jak śmierć czy choroba. Nie znajdziemy tu przemocy ani okrucieństwa, lecz przede wszystkim dobrą stronę mysiej (ale też i ludzkiej) natury.
 
Tym, co wyróżnia książki o Mysim Domku, są jednak zdjęcia fragmentów tej wyjątkowej konstrukcji i jej mieszkańców. Każda strona zachwyca nagromadzeniem drobiazgów, którym można przyglądać się bez końca: misterne naczynia, mebelki, sprzęty domowe, żyrandole, ubranka... Każdy pokój ma swój klimat, nic nie pojawia się tu przypadkiem. Śledząc opowiadaną historię, widzimy fragmenty innych pomieszczeń, w których również toczy się życie. Autorka skazuje nas w ten sposób na ciągłe poczucie niedosytu,
ograniczając opowieść do tylko jednego wątku.
Trzecia książka cyklu, "Mysi Domek. Sam i Julia w cyrku", została zainspirowana biografią Schaapman, która w dzieciństwie wraz z mamą podróżowała z cyrkiem, pomagając w codziennych zajęciach i trenując taniec na linie. Na potrzeby tego tomu powstał prawdziwy miniaturowy cyrk, a w skonstruowanych przez autorkę pomieszczeniach znalazły się nawet pomniejszone autentyczne plakaty cyrkowe, zachowane przez nią z czasów cyrkowych przygód.
Główna bohaterka książki, rezolutna Julia, namawia mamę, by podjęła się wakacyjnej pracy w cyrku. Wkrótce obie trafiają do cyrkowego wagonu i, podróżując od miasta do miasta, pomagają cyrkowcom w codziennej pracy, przygotowując posiłki, cerując ubrania czy asystując przy występach. Tymczasem Sam spędza wakacje w domu Elli i trojaczków. Myszki wymieniają listy, w których dzielą się, zdawać by się mogło, najbardziej banalnymi doświadczeniami: Robieniem siusiu do nocnika, rozbitym kolanem, bólem zęba, zabawą w dom czy figurką znalezioną w cieście, które mama Elli przygotowała z okazji święta Trzech Króli. Schaapman tworzy w ten sposób wyjątkowy, przytulny świat - intensywnie i bardzo autentycznie dziecięcy, skupiony wokół drobnych zdarzeń, małych radości i niepowodzeń. Świat, w którym zarówno dorośli, jak i dzieci zagłębią się z przyjemnością.
 
Co tu dużo mówić, wyjątkowo piękna, ceniona przez czytelników na całym świecie pozycja, którą warto dodać do dziecięcej biblioteczki. O ile oczywiście zmieści się na półce, gdyż książka ma nietypowy, duży format. Ostrzegam jednak lojalnie: wraz z "Samem i Julią" nieuchronnie przychodzi pomysł skonstruowania przez dzieci - lub dla dzieci! - własnego mieszkania dla myszek (ręka do góry, kto po obejrzeniu pierwszych kilku fotografii miał ochotę biec po klej i nożyczki?). Warto skorzystać z tej inspiracji. Nawet jeśli nasze dzieło będzie tylko marną namiastką stworzonej przez Schaapman scenografii, historie, które opowie, mogą być równie ciekawe.
* Więcej o Mysim Domku można przeczytać na jego stronie internetowej http://hetmuizenhuis.nl/en. Warto zajrzeć, chociażby żeby zobaczyć zainspirowane Mysim Domkiem konstrukcje tworzone w szkołach przez holenderskie dzieci. A jeśli zdarzy się Wam odwiedzić Amsterdam, Mysi Domek możecie obejrzeć za darmo w Bibliotece Narodowej.
Joanna Pietrulewicz

Od wydawcy: Latem w okolice Mysiego Domku przyjeżdża cyrk. Dla Sama i Julii jest to początek wspaniałych wakacji. Co prawda przyjaciele będą musieli rozstać się na jakiś czas, bowiem Julia wraz z mamą wyruszą z cyrkiem w trasę, a Sam zostanie w Mysim Domku, jednak nie przestaną do siebie pisać.