cudanakiju.pl

cudanakiju.pl

niedziela, 29 września 2019

Zbrodnie Grindelwalda. Scenariusz oryginalny



J.K. Rowling już wiele lat temu zapowiedziała, że nie napisze więcej powieści o Harrym Potterze, ale nie wspomniała wówczas o scenariuszach teatralnych i filmowych. Ta luka jest skwapliwie wykorzystywana od kilku lat: najpierw opublikowana została dramatyzowana kontynuacja losów nastoletniego czarodzieja, a właściwie jego nastoletnich dzieci i ich przyjaciół, a następnie narodził się nowy zwyczaj, według którego premierze kolejnych filmów z uniwersum Harry'ego Pottera towarzyszą książki nazywane "scenariuszami oryginalnymi". W ten sposób tytuł "Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć", pod którym kryje się książkowa adaptacja filmu, ewoluował (w skróconej wersji) w nazwę serii i powstała książka "Fantastyczne zwierzęta: Zbrodnie Grindelwalda. Scenariusz oryginalny".
Oryginalność tej najnowszej produkcji literackiej jest kwestią względną. Z punktu widzenia czytelnika, książka w pełni powtarza treść filmu, który z kolei powiela motywy i rozwiązania fabularne znane z poprzedniego filmu i wszystkich wcześniejszych przygód uczniów i profesorów Hogwartu. Nie za wiele tu więc "oryginalności" w znaczeniu odkrywczości, a właśnie tak zazwyczaj rozumie to słowo użytkownik języka polskiego. Oczywiście tytuł publikacji stanowi tak naprawdę kalkę z języka angielskiego, po prostu bezpośrednio kopiuje i brzmienie, i znaczenie "The Original Screenplay". Z pewnością nie zaprezentowano nam scenariusza w tej formie, z jaką pracowali filmowcy, jednak informacja widniejąca na stronie redakcyjnej wskazuje, że książka przytacza dialogi z filmu: "Polskie napisy dla produkcji filmowej Warner Bros. Artur Wierzchowski. Polski dubbing dla produkcji filmowej Warner Bros. Barbara Robaczewska". Takie rozwiązanie jest na polskim rynku książki dla dzieci egzotyczną ciekawostką i nie sądzę, by się przyjęło, bo chyba nikogo poza gigantami kina nie stać na podobną multiplikację "opowieści filmowych". Na pewno nie rodzimych literatów i scenarzystów, zresztą patrząc na poziom rozwoju polskiego filmu dla młodych, aktualnie nie byłoby nawet czego wydawać.
Fabuła książki nie wykracza poza... no, nie ekranizację, bo tu raczej "Scenariusz oryginalny" jest "książkizacją" filmu, więc poza prototyp twórczy. Możliwość zapoznania się we własnym tempie z dynamiczną akcją bardzo spodobała się mojemu synowi i pozwoliła dostrzec pewne niuanse, które umknęły nam podczas wizyty w kinie, gdzie byliśmy nieco ogłuszeni błyskawicami i błyskawicznością sceny otwierającej film. Lektura ogólnie okazała się przyjemnym przypomnieniem seansu i zachętą do kolejnego, tym razem w warunkach kina domowego. Czytanie scenariusza w oderwaniu od projekcji "Zbrodni Grindelwalda" wydaje mi się bezsensowne, niepełne, bo tylko wyobrażając sobie różnice w wyglądzie aktorów grających postacie pojawiające się i w starych filmach o Harrym Potterze, i w nowym cyklu "Fantastyczne zwierzęta", postrzegamy ten świat jako całość i emocjonujemy się jak należy. W książce nie zobaczymy też (para)miłosnych spojrzeń wymienianych przez Albusa Dumbledore'a (w czasie aktualnym akcji filmu: Jude Law, w retrospekcjach: Toby Regbo) i Gellerta Grindelwalda (w czasie aktualnym: Johnny Deep, w przeszłości: Jamie Campbell Bower). A bez niedomówień znów nie przeżywamy utworu w całej jego rozpiętości uczuciowej, moralnej czy intelektualnej. Starcie tych dwóch umysłów i serc jest na kartach scenariusza suche, pozbawione filmowej soczystości i gwałtowności, dlatego ponad lekturę "Zbrodni Grindelwalda" stawiamy seans, a przynajmniej radzimy od niego zacząć.

Bożena Itoya

J.K. Rowling, Fantastyczne zwierzęta: Zbrodnie Grindelwalda. Scenariusz oryginalny, ilustrations and design by Minalima, tłumaczenie scenariusza oryginalnego dla celów publikacji Małgorzata Hesko-Kołozińska i Piotr Budkiewicz, Media Rodzina, Poznań (brak daty wydania).

środa, 11 września 2019

Mały atlas motyli Ewy i Pawła Pawlaków

Ogrodowy pamiętnik – tak został scharakteryzowany "Mały atlas motyli Ewy i Pawła Pawlaków" w opisie okładkowym i dokładnie tym jest w rzeczywistości. Autorzy uchylają nam rąbka swoich rodzinnych tajemnic: co jest ważne w ich codzienności, jak przyroda wkracza w ich artystyczny świat, jak współpracują ze sobą na gruncie literackim i graficznym. Dla najmłodszych czytelników książka ta będzie subtelną, czarowną opowieścią o ulotnych chwilach spotkań z motylami, o stadiach ich rozwoju, a nawet o długości życia. Właśnie to ciekawiło mnie w pradzieciństwie i jakoś nikt mnie nie oświecił, aż do czasu, gdy dorosłam do szkolnego przedmiotu "biologia". Zresztą wszystkie szczegóły prezentowane przez autorów należą do gatunku "co zawsze chciałeś wiedzieć"... i czego na pewno nie zapomnisz, bo pod względem edukacyjnym "Atlas" jest niezwykle trafny i skuteczny. Piękne ujęcia malarskie, kolażowe, fotograficzne, dziecięce (autorstwa Hani, znanej już z rysunków do "Małego atlasu ptaków") wprowadzają wielość spojrzeń na sprawy najurokliwszych z owadów. Każdy z typów opisu graficznego i tekstowego przepełniony jest uczuciem, a dzięki ludziom będącym tak ciepłymi i aktywnymi sąsiadami motyli sami czujemy się naprawdę blisko natury.

W naszym domu książka Ewy i Pawła Pawlaków została przyjęta bardzo ciepło i przyprowadziła miłego gościa. Podobnie jak we wstępnym haśle atlasu, otwieranym przez fotografię motyla grzejącego się w świetle pracowni autorów, i nas odwiedziła rusałka pawik, przysiadając na podłodze obok "ogrodowego pamiętnika" i wdzięcznie pozując do zdjęcia. Sami rozumiecie, że taki cudowny przypadek nastraja pozytywnie do lektury i sprawia, że książka staje się całkiem "nasza".
Atlas jest wymarzonym materiałem do zajęć przyrodniczych w przedszkolach i pierwszych klasach szkoły podstawowej oraz warsztatów plastycznych dla dzieci w każdym wieku. O niektórych motylach autorzy opowiadają z punktu widzenia rodzinnych historii (i zdjęć), kiedy indziej podają zwięzłą charakterystykę lub też przytaczają zwyczaje typowe dla wszystkich motyli czy dokładnie na odwrót – wskazują, co wyróżnia danego owada spośród najbliższej rodziny (długość snu, latanie w deszczu, sposób poruszania się gąsienicy...). Czasem zadają nam też proste pytania, jeszcze bardziej wiążące czytelnika z lekturą. Struktura haseł w motylim minileksykonie zmienia się więc w zależności od pomysłu autorów, ale ta niestałość nie wpływa negatywnie na odbiór publikacji i jej poziom, wręcz przeciwnie. Humanistyczno-artystyczne podejście do nauk przyrodniczych jest ostatnio bardzo modne, takie urozmaicenie w postaci omówienia tematu "od serca", a nie w formie ścisłych, słownikowych formułek, podoba się i dzieciom, i dorosłym. W ten sposób łatwiej też zarazić małe, chłonące naturę dusze swoją pasją. A że okołodomowa przyroda jest wielką fascynacją Ewy i Pawła Pawlaków, widać od pierwszej strony każdego z atlasów i bardzo dziękujemy, że dzielą się z nami tą miłością.

Bożena Itoya

Mały atlas motyli Ewy i Pawła Pawlaków, ilustracje: Ewa Kozyra-Pawlak i Paweł Pawlak, tekst i zdjęcia: Ewa Kozyra-Pawlak, projekt graficzny serii: Paweł Pawlak, rysunki: Hania Cisło, konsultacja merytoryczna: dr inż. Kamila Twardowska, Wydawnictwo "Nasza Księgarnia", Warszawa 2018.

środa, 4 września 2019

Zagadki z dziurką dla maluchów i starszaków




"Zagadki z dziurką" w wersji dla dwu- i trzylatków to właściwie zagadki z dwiema dziurkami. Cała rodzina była zachwyconą tą grą, bo to przedmiot bardzo estetyczny, w użyciu odpowiednio prosty, ale też łamigłówki nie są na tyle łatwe, by dziecko się znudziło. Na pierwszej karcie (z utwardzonego, gładkiego i supertrwałego papieru) danej zagadki znajduje się pytanie i okienka, spod których wygląda fragment obrazka z odpowiedzią. Po odsłonięciu widzimy lwa, traktor czy dom w pełnej krasie, wraz z określającym go napisem. Szata graficzna zapewnia utrzymanie uwagi malucha, bo i czytelne, duże ilustracje, i ładne, soczyste kolory zachęcają do długiego, wielokrotnego przyglądania się. Rymowane zagadki są dobrze sformułowane, zrozumiałe i na tyle krótkie, by dziecko się nie niecierpliwiło. Odpowiedzi zawsze składają się z jednego słowa – nazwy zwierzęcia, maszyny czy innego oczywistego przedmiotu. Dwulatek natychmiast przyswaja mechanikę gry, w naszym przypadku nie było żadnego buntu, podglądania, odchodzenia, wszystko było jasne od pierwszego pytania: ciocia trzyma plik zagadek i czyta wierszowane pytanie, bratanek słucha, przygląda się obrazkowi i odpowiada, a w nagrodę za prawidłowe rozwiązanie odsłania cały obrazek. Pełną kolekcję pytań rozpracowaliśmy za jednym razem, od deski do deski. I od razu sięgnęliśmy po zagadki z kolejnego poziomu, to jest dla dzieci od trzeciego roku życia.
Mój towarzysz zabawy w "Zagadki z dziurką" w chwili, gdy dostał dwie pierwsze części serii, nie był jeszcze "pełnotrzyletni" – miał dwa lata i dziewięć miesięcy. Pewnie dlatego kilka pytań z drugiego poziomu trochę go przerosło, co tylko świadczy o świetnym dopasowaniu gry do wieku gracza. Dziecko między trzecim a czwartym rokiem życia znacząco różni się wiedzą, kompetencjami komunikacyjnymi, sposobem i nawet stylem postrzegania świata od malucha mającego od dwóch do trzech lat. Zagadki dla trzy- i czterolatka nadal mają formę rymowanki i "podglądanki" (przez dwa okienka). Szybkość reakcji na rymowany tekst ćwiczymy w połączeniu z aktywizacją wrażliwości wizualnej, co wydaje się oczywiste i banalne, ale słyszałam nawet ośmiolatki nie radzące sobie z tak prostymi zadaniami. Trudność zagadek jest umiejętnie stopniowana, od żyrafy, przez budę, piekarza, zamek, nos, strażaka, mrowisko, kredki... Jak widać pojawiają się tu i nazwy zawodów, i miejsca, i części ciała. Zabawa przedszkolaka trwa dłużej niż dziecka w wieku żłobkowym, bo plik z pytaniami (i odpowiedziami) jest dwustronny i liczy aż 38 pozycji. Śliczne, apetyczne ilustracje w obu grach dla maluchów przygotowała Agnieszka Malarczyk.
Kiedy przedszkolaki przejdą już przez pierwszą, a może i drugą grupę, można zaproponować im "Zagadki z dziurką dla dzieci 4+" ze wspaniałymi ilustracjami Justyny Hołubowskiej-Chrząszczak, które są najjaśniejszą stroną publikacji. Same pytania składają się na quiz edukacyjny, niekoniecznie sprawdzający wiedzę, raczej uczący czegoś nowego, wzbogacony o zadania aktywizujące gracza, jak "znajdź 5 różnic", "który cień należy do...", "znajdź 3 takie same monety". Zagadek jest aż 78, a że strony z odpowiedziami zawierają nie tylko nazwę szeroko rozumianej rzeczy i jej portret, ale też wykład semantyczny (jak w słowniku dla dzieci) lub ciekawostkę (czasem taką łamiącą stereotypy), a niejednokrotnie również bonusową zabawę, to cztero- i pięciolatek z pewnością poświęci tej odsłonie "Zagadek z dziurką" przynajmniej kilka godzin. Wizualnie wydawnictwo to odbiega od poprzednich, nie tylko z powodu dojrzalszych, bardziej rozbudowanych i zdecydowanie artystycznych ilustracji, ale też z uwagi na nieregularność okienek: w przypadku niektórych zagadek podglądamy odpowiedź (niekiedy potrójną!) przez trzy okienka różnej wielkości, kiedy indziej jest to tylko jedno malutkie pole albo dwa średnie. Obrazki ułożone są czasem w pionie, czasem w poziomie, a widoczny przez okienka fragment nie jest już tak oczywisty, jak w łamigłówkach dla dwu- i trzylatków. Myślenie przestrzenne cztero- i pięciolatka zostanie rozpalone do czerwoności. Również twórcy musieli nieźle się nagłowić, by dziurki pasowały do każdej z zagadek na dwustronnej karcie i aż miło popatrzeć na te genialne rozwiązania. Niestety gorzej wypada tekst – pytania zostały sformułowane jako dość niezgrabne rymowanki, które czyta się nierówno, gubiąc wątek, rym i współczesną polszczyznę. Za dużo tu nieużywanych przez dzieci czasowników: "zowie", "zwie", "pobierają", za dużo wymuszonych prawie-rymów. Kiedy odpowiedź ma się rymować, ale w rzeczywistości nie bardzo się rymuje, czterolatek może mieć problem ze wstawieniem właściwego słowa.

Mniejsze zgrzyty odczuliśmy czytając zagadki "dla dzieci 5+" z wiele znaczącym podtytułem "W 80 stron dookoła świata". I tu najwięcej przyjemności przyniosło nam przeglądanie ilustracji, a same zadania wydały się wyrażone i wyważone lepiej niż o poziom niżej, choć co do niektórych mam wątpliwości, czy są możliwe do rozwiązania dla pięciolatka. Na przykład pytania o największe afrykańskie okazy przyrody: szczyt i drzewo, o mongolski namiot czy miejsce pracy naukowców na Antarktydzie, początkowo zbiły nas z tropu. Jednak później doszłam do wniosku, że wybrane, ambitniejsze zagadki mają przynieść wiedzę, a nie ją sprawdzić. Twórcy z Bright Junior Media założyli, że dzieci kończące przedszkole i zaczynające zerówkę lub szkołę podstawową nie uznają od razu, po pierwszej złej odpowiedzi w quizie, że odniosły porażkę i gra jest głupia. Miejmy nadzieję, że rzeczywiście gracze nie poddadzą się tak łatwo, bo warto rozwiązać wszystkie te labirynty wiedzy (oraz dosłowne – bo są tu i takie) oraz zachwycić się rozwiązaniami graficznymi autorstwa Justyny Hołubowskiej-Chrząszczak, by nabrać nieprzeciętnego w tym przedszkolnym wieku obycia w naukach przyrodniczych i sztuce.
Bożena Itoya

Zagadki z dziurką dla dzieci 2+, ilustracje Agnieszka Malarczyk, Czuczu ‏– Bright Junior Media, Kraków 2018.
Zagadki z dziurką dla dzieci 3+, ilustracje Agnieszka Malarczyk, Czuczu – Bright Junior Media, Kraków 2018.
Zagadki z dziurką dla dzieci 4+, ilustracje Justyna Hołubowska-Chrząszczak, Czuczu – Bright Junior Media, Kraków 2018.
Zagadki z dziurką dla dzieci 5+, ilustracje Marianna Stuhr, Czuczu – Bright Junior Media, Kraków 2018.

środa, 28 sierpnia 2019

Cynamon, chłopaki i ja


Szeroka oferta wydawnictwa Media Rodzina adresowana jest do czytelników wszelkich płci, poziomów dojrzałości i zainteresowań, stąd obejmuje między innymi współczesne niemieckie powieści dla nastoletnich dziewcząt. Powieść "Cynamon, chłopaki i ja. Podwójne życie Victorii King" Dagmar Bach, pierwsza część trzytomowego cyklu, w Niemczech ukazała się w roku 2016, a w Polsce trzy lata później. Skuszeni opisem i "magiczną" okładką sugerującymi, że głównym wątkiem książki będzie podróżowanie bohaterki między równoległymi wymiarami, sięgnęliśmy po tę pozycję z dużym zainteresowaniem. Niestety, okazało się, że autorka bardzo dosłownie i staroświecko rozumie pojęcie książki dla dziewcząt, błądząc na granicy dobrego literackiego smaku i kiczu. "Cynamon" jest jak radiowy hit, który podoba się prawie wszystkim wokół, ale dla innych jest tylko sprytnie opracowaną, prostą kompilacją popularnych motywów, taką nutą pod publiczkę.
Główna bohaterka ma piętnaście lat i myślę, że jest to górna granica wieku czytelniczek, natomiast dolną określiłabym jako dziesięć lat – co prawda z książką poradziłyby sobie i młodsze dziewczynki, ale pewnie nie byłyby zainteresowane fabułą. Ta sprowadza się bowiem do perypetii szkolnych, towarzyskich i rodzinnych dojrzewającej nastolatki. Victorii podoba się chłopiec-bożyszcze dziewczęcych tłumów, członek trzyosobowej grupy przeprzystojnych pasjonatów informatyki. Trudno z nim nawet porozmawiać, najpierw z powodu ograniczonej dostępności do bóstwa, później zaś z uwagi na rozbieżność zainteresowań, ale też pojęć kultury osobistej. Codzienność Victorii szybko zaczyna zapełniać towarzystwo innego przedstawiciela trio modeli-informatyków i jest to wcale nie zaskakujący, wręcz bardzo spodziewany przez czytelników zwrot akcji, a więc właściwie żaden "twist". Są też perypetie "modowe", bo dowiadujemy się sporo o stylizacjach mamy Victorii, kolorystyce ubrań Konstantina w obu wymiarach, informacje na temat ulubionych, wygodnych ciuchów samej narratorki, która w wyniku krawieckich szaleństw swojego alter ego zaczyna chodzić w miniówach.
Niestety rozwinięcie niektórych wątków wywołuje wątpliwości odnośnie stałości bohaterki, jej charakteru, wartości, które są dla niej ważne, a tym samym zastanawiamy się, co właściwie chciała przekazać młodzieży autorka. Ja doszłam do wniosku, że niewiele, celem nie jest tu bowiem pochwała określonych postaw, a jedynie zabawienie czytelniczek o ciągotach do romantycznych lektur, nieco ambitniejszych od słynnej serii Harlequin. Nie darzę zrozumieniem tego nurtu literatury popularnej, czytając "Cynamon" starałam się więc uchwycić motywów fantastycznych. Rozmyślałam, na ile rozbudowane i komplementarne są wymiary stworzone przez Dagmar Bach, wcale niesymetryczne, przez co ciekawe. Może (ale tego po pierwszym tomie nie wiemy) i wszystko ma tu swoje odpowiedniki "po drugiej stronie", jednak pewne osoby i sprawy nie znajdują oczywistych przeciwieństw, różnią się nieznacznie lub wcale. W książce pojawiają się sugestie, że Victoria nie jest jedynym podróżnikiem między wymiarami, a przenoszenie się może dotyczyć również płaszczyzny czasu. Wszystkie te wątpliwości i "rozkminki", w połączeniu z interesującym, częściowo szczęśliwym, ale też trochę nieodgadnionym zakończeniem powodują, że pewnie sięgnę po drugi tom serii "Podwójne życie Victorii King". By zaspokoić ciekawość i wiedzieć, jak pisze się dla młodzieży w Niemczech.
Bożena Itoya

Dagmar Bach, Cynamon, chłopaki i ja. Podwójne życie Victorii King, tłumaczyła Anna Urban, Wydawnictwo Media Rodzina, Poznań 2019.

Słoń Eriki


Wydawnictwu Zielona Sowa udało się już odejść bardzo daleko od wizerunku, jaki zapamiętałam jeszcze sprzed dziesięciu lat, to jest fabryki tanich, wątpliwej jakości edycji lektur z opracowaniami dla niewiele rozumiejących uczniów. Książki publikowane aktualnie pod egidą Zielonej Sowy są zróżnicowane, nowoczesne, dobrze zredagowane, atrakcyjne wizualnie, dopasowane do poszczególnych kategorii wiekowych i wyraźnie o nich informujące. Taki jest też "Słoń Eriki", debiut Sylvii Bishop, angielskiej pisarki znanej nam już ze świetnych (mini)powieści "Panna Jones i książkowe emporium" oraz "Tajemnica nocnego pociągu".

Może pójdziemy na spacer? – zaproponowała Erika, kiedy Słoń dosyć się już napatrzył. – Co chciałbyś zobaczyć?
Słoń przeglądał ulotki z wyrazem niezdecydowania. Wyjrzał przez okno na migoczące w oddali morze, wrócił do ulotek, zerknął na Erikę, a potem dłuższą chwilę gapił się na sufit. W końcu kiwnął łbem w stronę okna i zaTRĄBił z nadzieją.
Morze? Ależ oczywiście.
Erika i Słoń zbiegli – jedno ciszej, drugie znacznie głośniej – po schodach, potem poszli chodnikiem i wzdłuż kamienistej plaży. Kroki Słonia były trochę nierówne. Prawdopodobnie jego kolano nie było jeszcze całkiem zdrowe.
Na plaży nie było piasku, tylko drobne kamienie, a porywisty wiatr od morza boleśnie szczypał w policzki. Słoniowi to wyraźnie nie przeszkadzało. Było po nim widać, że wprost uwielbia morze. Erika pokazała mu swoją ulubioną zabawę: podejść jak najbliżej linii wody, poczekać na falę i w ostatniej chwili odskoczyć. Słoniowi zabawa szła raczej fatalnie – zwierzęta te nie umieją skakać – ale bardzo się starał. Mrużąc ze skupieniem oczy, pilnie obserwował każdą falę, po czym chwiejnie uciekał, chlapiąc wodą i wydając głośne, zwycięskie TRĄB w przekonaniu, że świetnie sobie poradził. Erika poczuła, że zaczyna bardzo lubić Słonia.

Erika ma dziesięć lat, ale jej historia spodoba się także nieco młodszym dzieciom (na okładce: "wiek 6+"), które z pewnością zostaną zachęcone dużą czcionką i wesołymi (mimo szaro-białości) ilustracjami Ashley'a Kinga. Jest to typ opowieści umiejscowionej we współczesnych, w miarę realnych i bliskich czytelnikom okolicznościach, doprawionej jednak pewną dozą absurdu i radosnego szaleństwa. Erika w dużym stopniu przypomina Pippi, choć nie jest aż tak wyzwolona i samodzielna. Mieszka sama, bo opiekujący się nią wujek Jeff jest zakręconym naukowcem – ornitologiem badającym egzotyczne okazy w Indiach. Właśnie stamtąd nadchodzi pod angielskie drzwi Eriki dziwna przesyłka: słoń. Dziewczynka zabiera go na wycieczkę i do domu, w końcu słonie indyjskie są stosunkowo niewielkie.

W porze lunchu zjawili się biznesmeni w garniturach, z kawą i kanapkami na wynos, a wówczas Słoń dla zabawy zaczął rozwiązywać i na powrót wiązać im trąbą krawaty (wywarło to tak wielkie wrażenie, że nawet Erika klaskała), mierzwić im włosy i podkradać komórki, gdy akurat próbowali wykonywać Ważne Telefony. Erika częstowała wszystkich lemoniadą i organizowała przejażdżki. Słoń był rozanielony, że znowu może wozić ludzi. Utykał trochę, ale nikomu to nie przeszkadzało.

Słoń zyskuje rozgłos, co bawi tylko przez chwilę, a ostatecznie okazuje się bardzo problematyczne. Cenne zwierzę towarzyszące dziecku wydaje się oczywiście łatwym łupem dla złoczyńców, a nietypowy tandem – tematem plotek i sąsiedzkich interwencji u władz. Zawiązuje się intryga, której rozwiązanie przyjdzie może dość łatwo starszemu dziecku, ale książka i tak nada się nawet dla dwunastolatków. O jej wartości decyduje i fabuła, i sposób jej prezentacji, jest to bowiem opowieść po prostu bardzo dobrze napisana. Autorka oddaje cześć klasycznej literaturze dla dzieci, zamieszczając w "Słoniu Eriki" piękne, ale nie tak długie jak u Orzeszkowej opisy krajobrazu czy emocji bohaterów, dając im dużo czasu i scen na wzajemne poznanie się (i nam na ich polubienie), a równocześnie posługuje się błyskotliwym, dyskretnym humorem charakterystycznym dla zaawansowanych (choć niekoniecznie zawodowych) komików. Sylvia Bishop zresztą, jak dowiadujemy się z noty redakcyjnej, "wykonuje monologi komediowe na scenie i stanowi połowę duetu artystycznego Peablossom Cabaret". Mnie chyba bardziej od dowcipu przekonały inne cechy tej książki, przede wszystkim bijące od niej ciepło, pozytywne nastawienie, jakaś pochwała bliskości i przyjaźni. Sięgnijcie po "Słonia Eriki", jeśli brakuje wam książki-przyjaciółki, to znaczy waszym dzieciom, bo oczywiście wszyscy czytamy książki dla najmłodszych tylko ze względu na nich, a nie ku własnej uciesze.

Bożena Itoya

Sylvia Bishop, Słoń Eriki, zilustrował Ashley King, przełożyła Barbara Górecka, Zielona Sowa, Warszawa 2018.

środa, 21 sierpnia 2019

Tańcz, Córko Księżyca!


Książka "Tańcz, Córko Księżyca!" jest ciekawą próbą przybliżenia polskim młodym czytelnikom sztuki opowiadania i ogólnie ludowości charakterystycznych dla innych części świata. Nie mamy tu do czynienia ani z legendą, ani z mitem, nie czytamy i nie oglądamy też ludowej bajki. Kouam Tawa i Fred Sochard demonstrują poezję tańczenia i tańczenie poezji, bo ich książka jest bardzo melodyjna, dynamiczna, rozedrgana, co jednak nie wynika z rytmu tekstu, tylko z emanującej zeń miłości do afrykańskiego myślenia o muzyce i ruchu (a także uwielbienia dla innych elementów kultury – opisano nawet świąteczny jadłospis). Grafika zaś uzupełnia zwrotki spiralami, pasami i rozbłyskami kolorów oraz "etnicznych" wzorów, układając się jakby w ożywione rysunki naskalne lub malunki na ceramice czy drewniane rzeźby.

Zna ją cała wioska:

mężczyźni, kobiety
i dzieci,

pieśni, przysłowia
i legendy,

konie, bawoły
i ptaki,

równiny, góry
i rzeki,

cała wioska zna
tę staruszkę.

Staruszkę,
która idzie i co chwilę przystaje,

staruszkę,
która wspina się palona słońcem
na pagórek długi i zakurzony.

Lecz nikt nie nazywa jej
staruszką, o nie.

Ona jest dla wszystkich
Córką Księżyca,
wielką Córką Księżyca.

Idź do wioski
i zapytaj drogę,
kim jest Córka Księżyca.

Mimo że przypomina nieco wiejską przyśpiewkę z ilustracjami w stylu "Pyzy na polskich dróżkach", tylko w wersji z Czarnego Lądu, historia Córki Księżyca nie jest banalna ani łatwa. Obrazy odbiegają od powszechnego wyobrażenia o tym, co podoba się małym dzieciom, narracja unosi się gdzieś między wierszem a prozą, umykając wszelkim typowym dla polskiej literatury sposobom pisania dla dzieci, a pełna dźwięków, radości i nadziei opowieść zmierza ku niespodziewanemu rozwiązaniu. Nie tak wygląda punkt kulminacyjny bajek o księżniczkach, nie takie szczęśliwe zakończenia odbijają od stereotypowej matrycy twórcy animowanych filmów z fabryki Disney'a. Spróbujcie wytłumaczyć dzieciom, że tak też jest dobrze, że spełnienie ma różne oblicza.

Cała wioska była dumna
ze swojej rodziny artystów.
Zapraszano ich na wszystkie
uroczystości w okolicy.
Przychodzono zobaczyć, jak ojciec gra
radości i smutki wioski.
Przychodzono posłuchać, jak matka śpiewa
przeszłość i bieżące sprawy wioski.

Lecz przede wszystkim przychodzono
popatrzeć, jak córka tańczy
życie i przyszłość wioski.

Przekaz książki Kouama Tawy i Freda Socharda jest tym silniejszy, że w świecie tradycji umiejscowili oni nowe myślenie o społecznej funkcji kobiety, o naturze, istnieniu w niej człowieka, muzyki, wspólnotowości. Ta antropologiczna perełka pobudzi dzieci do refleksji, czytających z nimi dziadków czy rodziców do opowiadania o tym, jak było kiedyś, w jakiej kulturze wyrastali. Każdej rodzinie przyda się myślenie i mówienie o dojrzewaniu, starzeniu się, a Córka Księżyca jest symbolem i trwania, i rozwoju, i przemijania. Wszystko to wytańczy wam słowami i kolorami, lepiej niż jakakolwiek książeczka z rozmaitymi efektami ruchu lub 3D.

Bożena Itoya

Kouam Tawa, Tańcz, Córko Księżyca!, ilustracje Fred Sochard, przełożyła z francuskiego Katarzyna Skalska, Wydawnictwo Zakamarki, Poznań 2019.

Niezwykłe przyjaźnie w świecie roślin i zwierząt


"Niezwykłe przyjaźnie w świecie roślin i zwierząt" to książka Emilii Dziubak i kota Homera. Właśnie sympatyczny kocur zwiedzający labirynty przyjaźni zwierzęcych, roślinnych i roślinno-zwierzęcych "kradnie każdą scenę", podkręca humor i scala zupełnie odmienne historie współżycia, rozgrywające się na ziemi i pod nią, w wodzie, na drzewach, w drzewach i innych roślinach, a nawet w organizmach zwierząt. Niezwykłość tej książki polega również na jej formie: mimo że należy do "kartonówek", i to tych w dużym formacie, kojarzonym raczej z odbiorcą w wieku przedszkolnym, to spodoba się nawet młodszym nastolatkom (potwierdzono empirycznie). Choć obrazkowe i nawiązujące do sztuki komiksu, "Niezwykłe przyjaźnie" zachowują wysoki poziom merytoryczny i dostarczają profesjonalnych informacji czytelnikom w każdym wieku, zaś charakter i wartość grafiki czynią z publikacji niepowtarzalne, artystyczne dziełko.
Zaokrąglone kocisko opuszcza bezpieczną przystań domu, obrażone z powodu przeludnienia, to znaczy przekocenia, a właściwie przezwierzęcenia ukochanego dotąd lokum. Podąża własnymi ścieżkami poszukując idealnego przyjaciela, a my dzięki tej książce drogi odwiedzamy zakątki niedostępne zazwyczaj człowiekowi. W warstwie tekstu zjawiska przyrodnicze opisane są zgodnie z rzeczywistością i antropomorfizacja ogranicza się do określania związków między organizmami mianem przyjaźni, natomiast w sferze ilustracji autorka popuściła wodze fantazji, dodając oczy, usta i mimikę wszystkim bohaterom "Niezwykłych przyjaźni", nawet jeśli są nimi glon, grzyb, kwiat czy żołądź. Obrazki te są zabawne, wielobarwne, choć stonowane, wnoszą do publikacji lekkość i wyobraźnię, które w zestawieniu z naukową ścisłością tekstu dają oryginalny, świeży i po prostu wspaniały efekt. Całość jest czytelna i ciekawa, jak przystało na dobrą pozycję popularnonaukową.
Wśród nietypowych "zaprzyjaźnionych" par poznajemy między innymi mrówki i mszyce, krowę i bakterie, koźlarza i brzozę, mysz i kwiat, wilka i kruka, żółwia sępiego i żabę (uwaga! fałszywy przyjaciel! i to wcale nie tłumacza...). Szczególnie interesujące wydały nam się działy "Fałszywy przyjaciel", "Przyjaciel od święta" i "Zakochany przyjaciel" – podobnie jak pozostałych sześć ("Przyjaciel opiekun", "Przyjaciel na dobre i na złe", "Nieświadomy przyjaciel", "Idealny przyjaciel", "Przyjaciel z pracy", "Przyjaciel z sąsiedztwa") zajmują po dwie strony, a na poświęconej im rozkładówce tuli się lub zjada od 4 do 7 duetów. Między bohaterami spaceruje, zasiada lub zwija się w kłębuszek Homer, prezentując typowe kocie pozy i podejście do życia. Najbardziej ubawiło nas ugniatanie łapkami wiewiórczego ogona, obserwacja rybek (koniecznie w pozycji z łapkami podwiniętymi pod ciało), leniwe mycie brzuszka, obojętne wobec ostrzegawczego śpiewu pawiana oraz intensywne drapanie na stronie opowiadającej o czyszczeniu "przyjaciela" z insektów. Głębokie zainteresowanie przejawia Homer w przypadku opowieści o krzyżowaniu gatunków: kota domowego i żbika. Zapewne odczuł pokrewieństwo i zew natury, chociaż tylko na chwilę, bo zaraz wrócił do ciepłego, miłego domku i oddającego mu właściwą cześć właściciela.
Oprócz wysokiej dawki wiedzy i wesołej historii Homera, książka Emilii Dziubak zawiera też aktywizujące dodatki: test "Jakim przyjacielem jesteś?" (oczywiście z ilustracjami i odpowiedziami) oraz labirynt. To naprawdę dobra i jedyna w swoim rodzaju lektura, ucząca, pogodna, ładna, poczciwa, mądra i troszkę szalona.

Bożena Itoya

Emilia Dziubak, Niezwykłe przyjaźnie w świecie roślin i zwierząt, konsultacja merytoryczna dr Julita Korczyńska, dr Anna Szczuka, Wydawnictwo "Nasza Księgarnia", Warszawa 2018.