cudanakiju.pl

cudanakiju.pl

czwartek, 31 października 2019

Zwierzoobjaśniarka


"Zwierzoobjaśniarka" jest książką niby dla dzieci, ale też dla dorosłych, italianistycznym cacuszkiem docenionym przez kapitułę Nagrody Literackiej im. Leopolda Staffa za przekład Joanny Wajs. Rzeczywiście, pod względem językowym publikacja wyróżnia się na tle innych propozycji chociażby tego (wielkiego!) wydawcy – Naszej Księgarni. Stylizacja na starodawną, nieco naukową polszczyznę podkreśla humorystyczny charakter przedstawionych przez autora mądrości, ale do przedziwnych wynalazków najlepiej pasuje słowotwórcza odkrywczość tłumaczki. W "Zwierzoobjaśniarce" ujawnia się bowiem moc neologizmów. Chociaż właściwie sama już nie wiem, może najbardziej ujęła mnie umiejętność przekładu włoskiego tekstu na polską frazeologię.

Jak powszechnie wiadomo, w sprzedaży są obecnie różne typy zwierzoobjaśniarek. Można dostać objaśniarki brzuchomówcze i teleobjaśniarki (supernowoczesne modele, w których rozwiązano już problemy nie do przejścia dla Bonawentury Karczocha). Istnieją też jednak objaśniarki nakręcane, na baterie słoneczne i na fale mózgowe. Wszystko zależy od ceny.
Bywają również eleganckie objaśniarki designerskie (te, które mają z tyłu nadgryzioną wiśnię). Żeby sobie taką kupić, trzeba się nieźle wykosztować!
Zwierzoobjasniarki najnowszej generacji, o których mówimy, że są smart, to urządzenia bardzo zaawansowane technicznie. Pozwalają rozmawiać (za pośrednictwem czatu) z ponad setką gatunków zwierząt, łączyć się ze stworzeniami na drugim końcu świata, a nawet przygotować posiłek dla stołowników o bardzo różnych gustach. Co ugotować, gdy na kolację wpadną: znajomy adwokat, jego pies Szamburek i pan Orzeszko, twój przyjaciel weganin? Zostaw decyzję pichcizwierzoobjaśniarce. To urządzenie w mig przyrządzi smaczne zrazy z liści sałaty w panierce z prosa na podściółce z psich chrupek.

Książka Sergia Olivottiego łączy traktat (popularno)naukowy z przewodnikiem czy poradnikiem użytkowania omawianego urządzenia i skarbczykiem anegdot. Oczywiście i niestety zwierzoobjaśniarka jest wynalazkiem fikcyjnym i ten fakt leży u źródła całego dowcipu. Autor nasycił tekst aluzjami do współczesnej techniki, mód, języka marketingu, lifestyle'u, dawniejszej literatury włoskiej, światowej sztuki oraz odwiecznych i nieprzemijalnych cech ludzkości oraz wybranych gatunków fauny. Niektóre z tych akcentów pozostaną niezrozumiałe dla młodszych czytelników, zwłaszcza odniesienia do literatury, która na włoskim gruncie jest powszechnie znana, a u nas – niekoniecznie. Mnie natomiast trochę przytłoczył nadmiar "easter eggów", bo też książka jest zbudowana właściwie tylko z nich. I z miłości do zwierząt. To właśnie głęboka sympatia do omawianych obiektów, bardziej niż humorystyczny opis sposobów, na jakie psy, koty i inne zwierzęta domowe postrzegają świat i czego od niego oczekują, sprawia, że "Zwierzoobjaśniarka" bardzo mi się podoba. Rzecz jasna są też zwariowane, kolażowo-satyryczne ilustracje autora wchodzące w skórę rozmaitych epok i konwencji artystycznych, ale bez słów byłyby tylko zbiorem wesołych, pozbawionych kontekstu (jeśli nie sensu) obrazków.

"Codex Moclob" (1848) traktuje o perypetiach i wynalazkach Bonawentury Karczocha, czyli Karczochiusza, którego wszyscy znamy jako genialnego konstruktora zwierzoobjaśniarki.
Karczochiusz, urodzony pod koniec XVIII wieku w dolinie rzeki Wieprzobobroświniotygrys, młodość spędził w Egongu, gdzie wynalazł swój słynny doplamiacz żyraf (jedna z jego podopiecznych zdobyła dzięki temu specyfikowi tytuł Miss Sawanny 1812). Następnie udał się w podróż po świecie, podczas której odkrywał zwyczaje osobliwych plemion, co najmniej tak tajemniczych jak ich narzecza: Rzępolaków, Miauczykanów, Dlaelizejczyków i wielu innych.
P przyjeździe do Włoch w 1815 roku Karczochiusz miał zaledwie dwadzieścia pięć lat, lecz już wtedy dużo potrafił: zagrać pod pachą "Panie Janie", niepostrzeżenie przylepić glut z nosa pod stołem, określić trajektorię lotu pijanej muchy. Lecz przede wszystkim władał niezliczonymi językami (ponoć podczas strzyżenia u fryzjera udało mu się przetłumaczyć "A wczora z wieczora" na nepalski).

Nawet w tak krótkiej próbce tekstu widać, że niektóre żarty dotrą tylko dla dorosłych, a te o glutach, graniu pod pachą i pijanej musze spotkają się z uznaniem maluchów, które jeszcze nie wiedzą, co to XVIII wiek ani "codex". Kolejne rozdziały streszczają życiorys Bonawentury i jego zmagania z przekładem języków zwierząt na ludzki, a następnie relacjonują, o czym rozmawiają koty, psy i "inne zwierzęta". Są to tematy ważkie z punktu widzenia dysputantów, choć dla nas niepoważne i zabawne, zwłaszcza, jeśli obcujemy ze zwierzętami na co dzień i mieliśmy dotąd wrażenie, że rzeczywiste pragnienia i uczucia naszych podopiecznych odbiegają nieco od tych opisanych w "Zwierzoobjaśniarce" – przecież powinny się koncentrować na nas, właścicielach!Tymczasem tu wszystkie czworonogi, istoty żyjące w wodzie i powietrzu rozmawiają o: łowach (pozyskiwaniu żywności od staruszek), miłości (ale nie do człowieka), terytorium, rasach, jedzeniu, kupach; owce lubią sobie popić, ryby – pokoncertować, kury ciągle się kłócą, mrówki wymieniają wojskowe komendy, a pająki – uwagi o inżynierii pajęczyn. Spośród moich ulubieńców, to jest dzikich ptaków, rozpracowane zostały tylko jaskółki, ale w jednozdaniowym, niezbyt ciekawym skrócie. Ogólnie część książki streszczająca rozmowy zwierząt wydała się nam najmniej udana, przy powtórnej lekturze ledwie się uśmiechaliśmy, a i to tylko w niektórych momentach. Przypuszczam, że obrazkowo-satyryczna miniatura Olivottiego wpisuje się po prostu w nurt rozrywki, który niezbyt pasuje do naszych gustów, może jest zbyt wykwintny lub zanadto skoncentrowany na zabawie z samym sobą, zamiast z czytelnikiem. Niewątpliwie jednak należy do publikacji spójnych, przemyślanych i dopracowanych (meta)artystycznie.

Bożena Itoya

Sergio Olivotti, Zwierzoobjaśniarka. Wynalazek, który zmienił świat, przełożyła Joanna Wajs, Nasza Księgarnia, Warszawa 2018.

wtorek, 22 października 2019

Niezwykłe lato z Tess


W konkursie głównym 6. Międzynarodowego Festiwalu Filmowego Kino Dzieci wystartował między innymi obraz "Niezwykłe lato z Tess", perełka według widzów uczestniczących w pokazie połączonym ze spotkaniem z gwiazdami filmu oraz według Jury Twórców (nagroda główna Kwiat Paproci) i Jury Dziennikarzy (wyróżnienie). Werdykty Kina Dzieci nie dziwią, skoro nawet na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Berlinie (Berlinae) przyznano "Niezwykłemu latu" Kryształowego Niedźwiedzia. Ta holenderska produkcja z 2019 roku jest pełnometrażowym debiutem reżysera Stevena Wouterlooda i nastoletnich aktorów: Josephine Arendsen (Tess) oraz Sonny'ego Coops van Utterena (Sam).
Kategoria wiekowa 9+ nie wyklucza nawet sporo starszych widzów "Niezwykłego lata z Tess", zwłaszcza nastolatków do około 15 lat (a między wiekiem 9 i 15 lat istnieje zazwyczaj przepaść) oraz ich rodziców. Film może też posłużyć jako źródło wiedzy o rozmaitych aspektach życia w Holandii: wzorcach wychowania, relacjach społecznych (szczególnie pozycji ojcostwa), wersjach samotnego rodzicielstwa, codzienności. Poruszane tematy są kluczowe z punktu widzenia dorastającego dziecka i zaangażowanego w to dojrzewanie rodzica. Mowa tu o tajemnicach – nowych, których potrzebuje nastolatek, i dawnych, nadzorowanych przez dorosłego i szkodliwych w odczuciu młodych.
Sam, główny bohater filmu, bywa uważany za dziwaka. Dużo mówi, patrzy na świat nieco inaczej od rówieśników i rodziny: starszego o kilka lat brata, bliskiego, bardzo obecnego w życiu synów taty oraz nieco wycofanej, cierpiącej na częste migreny mamy. Chłopiec ma 10 lat, choć niekiedy wydaje się dużo starszy. Poznajemy go podczas tytułowych wakacji, w trakcie których ma wiele swobody – myślenia i spędzania czasu. Holenderska wyspa, domek, plaże, miasteczko, pustkowia, wszystko to staje się fascynującą scenerią przygód Sama (a nie nudną dekoracją) właśnie dlatego, że jest na wakacjach z rodziną, ale równocześnie jest wolny, osobny, odchodzi i wraca, gdy chce. I ja uważam, że takie wyjazdy często wpływają na rozwój, dojrzewanie i samodzielność dzieci lepiej niż tradycyjne kolonie czy obozy.
Widziany w filmie holenderski dziesięciolatek nie odpowiada typowemu wyobrażeniu chłopca w tym wieku, jakie miewają dorośli w Polsce. Różni się też od autentycznych polskich dzieci. Nie w głowie mu rapsy, youtube'y, brawl starsy, fortnite'y i smartfony. On myśli o tym, że kiedyś wszyscy członkowie rodziny umrą i zostanie sam, bo jest najmłodszy. Postanawia więc trenować samotność, by łatwiej przyszła mu, gdy nadejdzie czas. Plan obejmuje codzienne zwiększanie liczby samotnych godzin, aż do wyjazdu z wakacji. Realizacja zadania komplikuje się jednak, gdy w życie Sama tanecznym (salsowym) krokiem wkracza Tess, ze swoim śmiechem, nieprzewidywalnością i sekretami.
Tess mieszka na wakacyjnej wyspie, z mamą, bez taty, o którym nie wie właściwie nic. Wszystko robi sama, choć mama jest tuż, za rogiem, gdzie pracuje w przychodni jako recepcjonistka. W tym filmie często ktoś potrzebuje pomocy lekarskiej, więc rola mamy Tess wcale nie jest tak drugoplanowa, jak można się spodziewać po samodzielności (i samowolności...) tytułowej bohaterki. Dziewczyna podoba się Samowi, imponuje mu niezależnością, jest też jedyną rówieśniczką, na jaką trafia podczas rodzinnego urlopu i być może pierwszą, z którą znajduje wspólny język. Związek tych dwojga, czy oparty na przyjaźni, czy na miłości, składa się głównie z burzliwych chwil. Tess jest typem przywódcy, w dodatku wychowywanym przez feministkę, bywa też wybuchowa, ale i spokojny Sam okazuje się osobą asertywną, pomysłową, o ukształtowanym systemie wartości, mimo ćwiczeń samotności jest wzorowym przykładem istoty gromadnej i jak nikt w tej opowieści dba o spojenie wielkiej wyspiarskiej rodziny.
"Niezwykłe lato z Tess" pozwoli wam zrozumieć drugą stronę – dzieciom rodziców, rodzicom dzieci, samotnikom ludzi wiecznie towarzyskich, duszom towarzystwa odludnych dziwaków. Film Stevena Wouterlooda jest wspólnym mianownikiem dzisiejszego społeczeństwa wielopokoleniowego, gdzie, co ważne, nie każdy musi mieć drugą połówkę, spełniać oczekiwania czy bajkowe ideały (królewna znajduje księcia, żyją długo i szczęśliwie i tak dalej). Po seansie widać było, że nie wszyscy na sali zrozumieli ten przekaz: dziś nie trzeba mieć ślubu, by być razem, rodzice nie zawsze dążą do powrotu do siebie "dla dobra dziecka". Sprawiło mi wielką frajdę obejrzenie na wielkim ekranie, w filmie dla dzieci, rodziców uwolnionych z garniturów, zawodów polegających na siedzeniu w biurze i wracaniu do domu późno, takich mam i tatów, którzy tańczą, całują się, śmieją, czasem nawet, o zgrozo, palą papierosy. To obrazy i wątki bardzo odległe od propozycji polskiego kina dla młodych (jeśli już w ogóle jakieś powstają). Przed nami daleka droga od infantylnego, archaicznie dydaktycznego kina familijnego do filmów dla dzisiejszej młodzieży, rzeczywistej, widzącej znacznie więcej, niż wydaje nam się, że należy jej pokazywać, żyjącej w prawdziwym świecie, a nie w bańce Bullerbyn czy innej baśni.

Bożena Itoya

Niezwykłe lato z Tess, reżyseria: Steven Wouterlood, rok produkcji: 2019, kraj: Holandia, czas: 82 min, kategoria wiekowa: 9+, 6. MFF Kino Dzieci (21-29.09.2019 r.), sekcja: Konkurs Główny.

sobota, 5 października 2019

Teraz będziesz kurą


Wśród wydawanych w Polsce książek dla najmłodszych dzieci nadal rzadkością są opowieści nietypowe, pozbawione tradycyjnej fabuły i jasnego rozgraniczenia między fantazją a rzeczywistością. Ciągle zakłada się, że maluchom należy przedstawiać świat oczywisty, dosłowny, pozbawiony większych metafor. Tak wychowywani czytelnicy pewnie świetnie poradzą sobie ze szkołą opartą na testach, ale trudniej przyjdzie im rozumienie sztuki, czy to malarstwa, czy choćby kina. Ledwie kilka dni temu spotkałam na festiwalu filmowym kilkanaścioro dzieci w wieku 6-10 lat zupełnie niewiedzących, co dzieje się na ekranie, choć dane filmy odpowiadały właśnie tej kategorii wiekowej i naprawdę nie były zbyt skomplikowane. Po prostu przyzwyczajonym do bezpośredniości konsumentom kultury brakowało głosu z offu, tłumaczącego co i jak. Takiego suflera nie spotkacie też w książce "Teraz będziesz kurą", szwedzkiej miniaturze Barbro Lindgren (tekst) i Charlotte Ramel (ilustracje), wydanej w Polsce przez Zakamarki w przekładzie Katarzyny Skalskiej. Wniknięcie w akcję historyjki i jej interpretacja przebiegną na tyle raźno, na ile wasi podopieczni uniknęli dotąd pragmatycznego, czarno-białego pojmowania świata w trybie testu jednokrotnego wyboru.
Na pierwszej stronie, bez żadnego wstępu, zostajemy wciągnięci w wir zabawy. Trochę to teatrzyk, trochę zwykłe przebieranki. Gdy opada widoczna w pierwszym ujęciu kurtyna koca, pod którym bawi się rodzeństwo, poznajemy już tylko odgrywane przez dzieci postacie: wilka i kurę, a że nie jest to książka o zwierzątkach, ale o udających je dzieciach, poznajemy po ludzkich nogach (i dłoniach wilka). Inicjatorem, scenarzystą i reżyserem scenek rozgrywających się w dziecięcym pokoju jest starszy brat – wilk, jego młodsza siostra lub brat posłusznie wykonuje polecenia ("Teraz będziesz kurą"), wzbijając się na wyżyny "kurkowatości", czym zaskakuje prestidigitatora, a może również wywołuje w nim zazdrość i zniechęcenie... W końcu uczeń przerasta mistrza ceremonii, który sam mając ledwie kilka lat nie jest skory do rozdawania pochwał i nagród.
Emocje starszego brata są tu na pierwszym planie. Kiedy przeczytaliśmy tę książeczkę po raz pierwszy, nawet zastanawialiśmy się, czy powinniśmy czytać ją przedszkolakowi z naszej rodziny. I tu: uwaga! Autorki całkowicie zaniechały wartościowania postępowania bohatera! Może ono stać się złym przykładem dla złośliwego starszego rodzeństwa, bo dominacja, wykorzystywanie starszeństwa nie są krytykowane, w ogóle żadna ocena nie pojawia się ani w warstwie tekstu, ani na ilustracjach. Wilkowi nie towarzyszą komiksowe burzowe chmury wokół głowy, nie ma on czerwonych, wściekłych oczu czy innych brzydkich rysów. Jest tak samo niewinnie zwierzęcy, jak kurka, no, może odrobinę mniej słodki od niej, ale tak to bywa przy porównaniu przedszkolaka ze "żłobkowiczem" lub ucznia z przedszkolakiem. Pewnie właśnie takie zestawienia są jedną z przyczyn goryczy zupełnie jeszcze małego starszego rodzeństwa.
"Teraz będziesz kurą" mimo swojego zawieszenia w dziecięcej wyobraźni pokazuje jak najprawdziwszą codzienność. Niekoniecznie znaną rodzicom, bo dla nich przedstawienie wygląda inaczej, co widzimy w ostatnim kadrze tej obrazkowej, niemal aminowanej książki. Miło obcuje się z takim fantazyjnym reportażem obrazkowym, jednak ja pozostaję tradycjonalistką i wolę literaturę piękną dla młodych, a "Teraz będziesz kurą" nie jest nawet opowiadaniem.

Bożena Itoya

Barbro Lindgren (tekst), Charlotte Ramel (ilustracje), Teraz będziesz kurą, przełożyła ze szwedzkiego Katarzyna Skalska, Wydawnictwo Zakamarki, Poznań 2019.

niedziela, 29 września 2019

Zbrodnie Grindelwalda. Scenariusz oryginalny



J.K. Rowling już wiele lat temu zapowiedziała, że nie napisze więcej powieści o Harrym Potterze, ale nie wspomniała wówczas o scenariuszach teatralnych i filmowych. Ta luka jest skwapliwie wykorzystywana od kilku lat: najpierw opublikowana została dramatyzowana kontynuacja losów nastoletniego czarodzieja, a właściwie jego nastoletnich dzieci i ich przyjaciół, a następnie narodził się nowy zwyczaj, według którego premierze kolejnych filmów z uniwersum Harry'ego Pottera towarzyszą książki nazywane "scenariuszami oryginalnymi". W ten sposób tytuł "Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć", pod którym kryje się książkowa adaptacja filmu, ewoluował (w skróconej wersji) w nazwę serii i powstała książka "Fantastyczne zwierzęta: Zbrodnie Grindelwalda. Scenariusz oryginalny".
Oryginalność tej najnowszej produkcji literackiej jest kwestią względną. Z punktu widzenia czytelnika, książka w pełni powtarza treść filmu, który z kolei powiela motywy i rozwiązania fabularne znane z poprzedniego filmu i wszystkich wcześniejszych przygód uczniów i profesorów Hogwartu. Nie za wiele tu więc "oryginalności" w znaczeniu odkrywczości, a właśnie tak zazwyczaj rozumie to słowo użytkownik języka polskiego. Oczywiście tytuł publikacji stanowi tak naprawdę kalkę z języka angielskiego, po prostu bezpośrednio kopiuje i brzmienie, i znaczenie "The Original Screenplay". Z pewnością nie zaprezentowano nam scenariusza w tej formie, z jaką pracowali filmowcy, jednak informacja widniejąca na stronie redakcyjnej wskazuje, że książka przytacza dialogi z filmu: "Polskie napisy dla produkcji filmowej Warner Bros. Artur Wierzchowski. Polski dubbing dla produkcji filmowej Warner Bros. Barbara Robaczewska". Takie rozwiązanie jest na polskim rynku książki dla dzieci egzotyczną ciekawostką i nie sądzę, by się przyjęło, bo chyba nikogo poza gigantami kina nie stać na podobną multiplikację "opowieści filmowych". Na pewno nie rodzimych literatów i scenarzystów, zresztą patrząc na poziom rozwoju polskiego filmu dla młodych, aktualnie nie byłoby nawet czego wydawać.
Fabuła książki nie wykracza poza... no, nie ekranizację, bo tu raczej "Scenariusz oryginalny" jest "książkizacją" filmu, więc poza prototyp twórczy. Możliwość zapoznania się we własnym tempie z dynamiczną akcją bardzo spodobała się mojemu synowi i pozwoliła dostrzec pewne niuanse, które umknęły nam podczas wizyty w kinie, gdzie byliśmy nieco ogłuszeni błyskawicami i błyskawicznością sceny otwierającej film. Lektura ogólnie okazała się przyjemnym przypomnieniem seansu i zachętą do kolejnego, tym razem w warunkach kina domowego. Czytanie scenariusza w oderwaniu od projekcji "Zbrodni Grindelwalda" wydaje mi się bezsensowne, niepełne, bo tylko wyobrażając sobie różnice w wyglądzie aktorów grających postacie pojawiające się i w starych filmach o Harrym Potterze, i w nowym cyklu "Fantastyczne zwierzęta", postrzegamy ten świat jako całość i emocjonujemy się jak należy. W książce nie zobaczymy też (para)miłosnych spojrzeń wymienianych przez Albusa Dumbledore'a (w czasie aktualnym akcji filmu: Jude Law, w retrospekcjach: Toby Regbo) i Gellerta Grindelwalda (w czasie aktualnym: Johnny Deep, w przeszłości: Jamie Campbell Bower). A bez niedomówień znów nie przeżywamy utworu w całej jego rozpiętości uczuciowej, moralnej czy intelektualnej. Starcie tych dwóch umysłów i serc jest na kartach scenariusza suche, pozbawione filmowej soczystości i gwałtowności, dlatego ponad lekturę "Zbrodni Grindelwalda" stawiamy seans, a przynajmniej radzimy od niego zacząć.

Bożena Itoya

J.K. Rowling, Fantastyczne zwierzęta: Zbrodnie Grindelwalda. Scenariusz oryginalny, ilustrations and design by Minalima, tłumaczenie scenariusza oryginalnego dla celów publikacji Małgorzata Hesko-Kołozińska i Piotr Budkiewicz, Media Rodzina, Poznań (brak daty wydania).

środa, 11 września 2019

Mały atlas motyli Ewy i Pawła Pawlaków

Ogrodowy pamiętnik – tak został scharakteryzowany "Mały atlas motyli Ewy i Pawła Pawlaków" w opisie okładkowym i dokładnie tym jest w rzeczywistości. Autorzy uchylają nam rąbka swoich rodzinnych tajemnic: co jest ważne w ich codzienności, jak przyroda wkracza w ich artystyczny świat, jak współpracują ze sobą na gruncie literackim i graficznym. Dla najmłodszych czytelników książka ta będzie subtelną, czarowną opowieścią o ulotnych chwilach spotkań z motylami, o stadiach ich rozwoju, a nawet o długości życia. Właśnie to ciekawiło mnie w pradzieciństwie i jakoś nikt mnie nie oświecił, aż do czasu, gdy dorosłam do szkolnego przedmiotu "biologia". Zresztą wszystkie szczegóły prezentowane przez autorów należą do gatunku "co zawsze chciałeś wiedzieć"... i czego na pewno nie zapomnisz, bo pod względem edukacyjnym "Atlas" jest niezwykle trafny i skuteczny. Piękne ujęcia malarskie, kolażowe, fotograficzne, dziecięce (autorstwa Hani, znanej już z rysunków do "Małego atlasu ptaków") wprowadzają wielość spojrzeń na sprawy najurokliwszych z owadów. Każdy z typów opisu graficznego i tekstowego przepełniony jest uczuciem, a dzięki ludziom będącym tak ciepłymi i aktywnymi sąsiadami motyli sami czujemy się naprawdę blisko natury.

W naszym domu książka Ewy i Pawła Pawlaków została przyjęta bardzo ciepło i przyprowadziła miłego gościa. Podobnie jak we wstępnym haśle atlasu, otwieranym przez fotografię motyla grzejącego się w świetle pracowni autorów, i nas odwiedziła rusałka pawik, przysiadając na podłodze obok "ogrodowego pamiętnika" i wdzięcznie pozując do zdjęcia. Sami rozumiecie, że taki cudowny przypadek nastraja pozytywnie do lektury i sprawia, że książka staje się całkiem "nasza".
Atlas jest wymarzonym materiałem do zajęć przyrodniczych w przedszkolach i pierwszych klasach szkoły podstawowej oraz warsztatów plastycznych dla dzieci w każdym wieku. O niektórych motylach autorzy opowiadają z punktu widzenia rodzinnych historii (i zdjęć), kiedy indziej podają zwięzłą charakterystykę lub też przytaczają zwyczaje typowe dla wszystkich motyli czy dokładnie na odwrót – wskazują, co wyróżnia danego owada spośród najbliższej rodziny (długość snu, latanie w deszczu, sposób poruszania się gąsienicy...). Czasem zadają nam też proste pytania, jeszcze bardziej wiążące czytelnika z lekturą. Struktura haseł w motylim minileksykonie zmienia się więc w zależności od pomysłu autorów, ale ta niestałość nie wpływa negatywnie na odbiór publikacji i jej poziom, wręcz przeciwnie. Humanistyczno-artystyczne podejście do nauk przyrodniczych jest ostatnio bardzo modne, takie urozmaicenie w postaci omówienia tematu "od serca", a nie w formie ścisłych, słownikowych formułek, podoba się i dzieciom, i dorosłym. W ten sposób łatwiej też zarazić małe, chłonące naturę dusze swoją pasją. A że okołodomowa przyroda jest wielką fascynacją Ewy i Pawła Pawlaków, widać od pierwszej strony każdego z atlasów i bardzo dziękujemy, że dzielą się z nami tą miłością.

Bożena Itoya

Mały atlas motyli Ewy i Pawła Pawlaków, ilustracje: Ewa Kozyra-Pawlak i Paweł Pawlak, tekst i zdjęcia: Ewa Kozyra-Pawlak, projekt graficzny serii: Paweł Pawlak, rysunki: Hania Cisło, konsultacja merytoryczna: dr inż. Kamila Twardowska, Wydawnictwo "Nasza Księgarnia", Warszawa 2018.

środa, 4 września 2019

Zagadki z dziurką dla maluchów i starszaków




"Zagadki z dziurką" w wersji dla dwu- i trzylatków to właściwie zagadki z dwiema dziurkami. Cała rodzina była zachwyconą tą grą, bo to przedmiot bardzo estetyczny, w użyciu odpowiednio prosty, ale też łamigłówki nie są na tyle łatwe, by dziecko się znudziło. Na pierwszej karcie (z utwardzonego, gładkiego i supertrwałego papieru) danej zagadki znajduje się pytanie i okienka, spod których wygląda fragment obrazka z odpowiedzią. Po odsłonięciu widzimy lwa, traktor czy dom w pełnej krasie, wraz z określającym go napisem. Szata graficzna zapewnia utrzymanie uwagi malucha, bo i czytelne, duże ilustracje, i ładne, soczyste kolory zachęcają do długiego, wielokrotnego przyglądania się. Rymowane zagadki są dobrze sformułowane, zrozumiałe i na tyle krótkie, by dziecko się nie niecierpliwiło. Odpowiedzi zawsze składają się z jednego słowa – nazwy zwierzęcia, maszyny czy innego oczywistego przedmiotu. Dwulatek natychmiast przyswaja mechanikę gry, w naszym przypadku nie było żadnego buntu, podglądania, odchodzenia, wszystko było jasne od pierwszego pytania: ciocia trzyma plik zagadek i czyta wierszowane pytanie, bratanek słucha, przygląda się obrazkowi i odpowiada, a w nagrodę za prawidłowe rozwiązanie odsłania cały obrazek. Pełną kolekcję pytań rozpracowaliśmy za jednym razem, od deski do deski. I od razu sięgnęliśmy po zagadki z kolejnego poziomu, to jest dla dzieci od trzeciego roku życia.
Mój towarzysz zabawy w "Zagadki z dziurką" w chwili, gdy dostał dwie pierwsze części serii, nie był jeszcze "pełnotrzyletni" – miał dwa lata i dziewięć miesięcy. Pewnie dlatego kilka pytań z drugiego poziomu trochę go przerosło, co tylko świadczy o świetnym dopasowaniu gry do wieku gracza. Dziecko między trzecim a czwartym rokiem życia znacząco różni się wiedzą, kompetencjami komunikacyjnymi, sposobem i nawet stylem postrzegania świata od malucha mającego od dwóch do trzech lat. Zagadki dla trzy- i czterolatka nadal mają formę rymowanki i "podglądanki" (przez dwa okienka). Szybkość reakcji na rymowany tekst ćwiczymy w połączeniu z aktywizacją wrażliwości wizualnej, co wydaje się oczywiste i banalne, ale słyszałam nawet ośmiolatki nie radzące sobie z tak prostymi zadaniami. Trudność zagadek jest umiejętnie stopniowana, od żyrafy, przez budę, piekarza, zamek, nos, strażaka, mrowisko, kredki... Jak widać pojawiają się tu i nazwy zawodów, i miejsca, i części ciała. Zabawa przedszkolaka trwa dłużej niż dziecka w wieku żłobkowym, bo plik z pytaniami (i odpowiedziami) jest dwustronny i liczy aż 38 pozycji. Śliczne, apetyczne ilustracje w obu grach dla maluchów przygotowała Agnieszka Malarczyk.
Kiedy przedszkolaki przejdą już przez pierwszą, a może i drugą grupę, można zaproponować im "Zagadki z dziurką dla dzieci 4+" ze wspaniałymi ilustracjami Justyny Hołubowskiej-Chrząszczak, które są najjaśniejszą stroną publikacji. Same pytania składają się na quiz edukacyjny, niekoniecznie sprawdzający wiedzę, raczej uczący czegoś nowego, wzbogacony o zadania aktywizujące gracza, jak "znajdź 5 różnic", "który cień należy do...", "znajdź 3 takie same monety". Zagadek jest aż 78, a że strony z odpowiedziami zawierają nie tylko nazwę szeroko rozumianej rzeczy i jej portret, ale też wykład semantyczny (jak w słowniku dla dzieci) lub ciekawostkę (czasem taką łamiącą stereotypy), a niejednokrotnie również bonusową zabawę, to cztero- i pięciolatek z pewnością poświęci tej odsłonie "Zagadek z dziurką" przynajmniej kilka godzin. Wizualnie wydawnictwo to odbiega od poprzednich, nie tylko z powodu dojrzalszych, bardziej rozbudowanych i zdecydowanie artystycznych ilustracji, ale też z uwagi na nieregularność okienek: w przypadku niektórych zagadek podglądamy odpowiedź (niekiedy potrójną!) przez trzy okienka różnej wielkości, kiedy indziej jest to tylko jedno malutkie pole albo dwa średnie. Obrazki ułożone są czasem w pionie, czasem w poziomie, a widoczny przez okienka fragment nie jest już tak oczywisty, jak w łamigłówkach dla dwu- i trzylatków. Myślenie przestrzenne cztero- i pięciolatka zostanie rozpalone do czerwoności. Również twórcy musieli nieźle się nagłowić, by dziurki pasowały do każdej z zagadek na dwustronnej karcie i aż miło popatrzeć na te genialne rozwiązania. Niestety gorzej wypada tekst – pytania zostały sformułowane jako dość niezgrabne rymowanki, które czyta się nierówno, gubiąc wątek, rym i współczesną polszczyznę. Za dużo tu nieużywanych przez dzieci czasowników: "zowie", "zwie", "pobierają", za dużo wymuszonych prawie-rymów. Kiedy odpowiedź ma się rymować, ale w rzeczywistości nie bardzo się rymuje, czterolatek może mieć problem ze wstawieniem właściwego słowa.

Mniejsze zgrzyty odczuliśmy czytając zagadki "dla dzieci 5+" z wiele znaczącym podtytułem "W 80 stron dookoła świata". I tu najwięcej przyjemności przyniosło nam przeglądanie ilustracji, a same zadania wydały się wyrażone i wyważone lepiej niż o poziom niżej, choć co do niektórych mam wątpliwości, czy są możliwe do rozwiązania dla pięciolatka. Na przykład pytania o największe afrykańskie okazy przyrody: szczyt i drzewo, o mongolski namiot czy miejsce pracy naukowców na Antarktydzie, początkowo zbiły nas z tropu. Jednak później doszłam do wniosku, że wybrane, ambitniejsze zagadki mają przynieść wiedzę, a nie ją sprawdzić. Twórcy z Bright Junior Media założyli, że dzieci kończące przedszkole i zaczynające zerówkę lub szkołę podstawową nie uznają od razu, po pierwszej złej odpowiedzi w quizie, że odniosły porażkę i gra jest głupia. Miejmy nadzieję, że rzeczywiście gracze nie poddadzą się tak łatwo, bo warto rozwiązać wszystkie te labirynty wiedzy (oraz dosłowne – bo są tu i takie) oraz zachwycić się rozwiązaniami graficznymi autorstwa Justyny Hołubowskiej-Chrząszczak, by nabrać nieprzeciętnego w tym przedszkolnym wieku obycia w naukach przyrodniczych i sztuce.
Bożena Itoya

Zagadki z dziurką dla dzieci 2+, ilustracje Agnieszka Malarczyk, Czuczu ‏– Bright Junior Media, Kraków 2018.
Zagadki z dziurką dla dzieci 3+, ilustracje Agnieszka Malarczyk, Czuczu – Bright Junior Media, Kraków 2018.
Zagadki z dziurką dla dzieci 4+, ilustracje Justyna Hołubowska-Chrząszczak, Czuczu – Bright Junior Media, Kraków 2018.
Zagadki z dziurką dla dzieci 5+, ilustracje Marianna Stuhr, Czuczu – Bright Junior Media, Kraków 2018.

środa, 28 sierpnia 2019

Cynamon, chłopaki i ja


Szeroka oferta wydawnictwa Media Rodzina adresowana jest do czytelników wszelkich płci, poziomów dojrzałości i zainteresowań, stąd obejmuje między innymi współczesne niemieckie powieści dla nastoletnich dziewcząt. Powieść "Cynamon, chłopaki i ja. Podwójne życie Victorii King" Dagmar Bach, pierwsza część trzytomowego cyklu, w Niemczech ukazała się w roku 2016, a w Polsce trzy lata później. Skuszeni opisem i "magiczną" okładką sugerującymi, że głównym wątkiem książki będzie podróżowanie bohaterki między równoległymi wymiarami, sięgnęliśmy po tę pozycję z dużym zainteresowaniem. Niestety, okazało się, że autorka bardzo dosłownie i staroświecko rozumie pojęcie książki dla dziewcząt, błądząc na granicy dobrego literackiego smaku i kiczu. "Cynamon" jest jak radiowy hit, który podoba się prawie wszystkim wokół, ale dla innych jest tylko sprytnie opracowaną, prostą kompilacją popularnych motywów, taką nutą pod publiczkę.
Główna bohaterka ma piętnaście lat i myślę, że jest to górna granica wieku czytelniczek, natomiast dolną określiłabym jako dziesięć lat – co prawda z książką poradziłyby sobie i młodsze dziewczynki, ale pewnie nie byłyby zainteresowane fabułą. Ta sprowadza się bowiem do perypetii szkolnych, towarzyskich i rodzinnych dojrzewającej nastolatki. Victorii podoba się chłopiec-bożyszcze dziewczęcych tłumów, członek trzyosobowej grupy przeprzystojnych pasjonatów informatyki. Trudno z nim nawet porozmawiać, najpierw z powodu ograniczonej dostępności do bóstwa, później zaś z uwagi na rozbieżność zainteresowań, ale też pojęć kultury osobistej. Codzienność Victorii szybko zaczyna zapełniać towarzystwo innego przedstawiciela trio modeli-informatyków i jest to wcale nie zaskakujący, wręcz bardzo spodziewany przez czytelników zwrot akcji, a więc właściwie żaden "twist". Są też perypetie "modowe", bo dowiadujemy się sporo o stylizacjach mamy Victorii, kolorystyce ubrań Konstantina w obu wymiarach, informacje na temat ulubionych, wygodnych ciuchów samej narratorki, która w wyniku krawieckich szaleństw swojego alter ego zaczyna chodzić w miniówach.
Niestety rozwinięcie niektórych wątków wywołuje wątpliwości odnośnie stałości bohaterki, jej charakteru, wartości, które są dla niej ważne, a tym samym zastanawiamy się, co właściwie chciała przekazać młodzieży autorka. Ja doszłam do wniosku, że niewiele, celem nie jest tu bowiem pochwała określonych postaw, a jedynie zabawienie czytelniczek o ciągotach do romantycznych lektur, nieco ambitniejszych od słynnej serii Harlequin. Nie darzę zrozumieniem tego nurtu literatury popularnej, czytając "Cynamon" starałam się więc uchwycić motywów fantastycznych. Rozmyślałam, na ile rozbudowane i komplementarne są wymiary stworzone przez Dagmar Bach, wcale niesymetryczne, przez co ciekawe. Może (ale tego po pierwszym tomie nie wiemy) i wszystko ma tu swoje odpowiedniki "po drugiej stronie", jednak pewne osoby i sprawy nie znajdują oczywistych przeciwieństw, różnią się nieznacznie lub wcale. W książce pojawiają się sugestie, że Victoria nie jest jedynym podróżnikiem między wymiarami, a przenoszenie się może dotyczyć również płaszczyzny czasu. Wszystkie te wątpliwości i "rozkminki", w połączeniu z interesującym, częściowo szczęśliwym, ale też trochę nieodgadnionym zakończeniem powodują, że pewnie sięgnę po drugi tom serii "Podwójne życie Victorii King". By zaspokoić ciekawość i wiedzieć, jak pisze się dla młodzieży w Niemczech.
Bożena Itoya

Dagmar Bach, Cynamon, chłopaki i ja. Podwójne życie Victorii King, tłumaczyła Anna Urban, Wydawnictwo Media Rodzina, Poznań 2019.