cudanakiju.pl

cudanakiju.pl

środa, 21 sierpnia 2019

Tańcz, Córko Księżyca!


Książka "Tańcz, Córko Księżyca!" jest ciekawą próbą przybliżenia polskim młodym czytelnikom sztuki opowiadania i ogólnie ludowości charakterystycznych dla innych części świata. Nie mamy tu do czynienia ani z legendą, ani z mitem, nie czytamy i nie oglądamy też ludowej bajki. Kouam Tawa i Fred Sochard demonstrują poezję tańczenia i tańczenie poezji, bo ich książka jest bardzo melodyjna, dynamiczna, rozedrgana, co jednak nie wynika z rytmu tekstu, tylko z emanującej zeń miłości do afrykańskiego myślenia o muzyce i ruchu (a także uwielbienia dla innych elementów kultury – opisano nawet świąteczny jadłospis). Grafika zaś uzupełnia zwrotki spiralami, pasami i rozbłyskami kolorów oraz "etnicznych" wzorów, układając się jakby w ożywione rysunki naskalne lub malunki na ceramice czy drewniane rzeźby.

Zna ją cała wioska:

mężczyźni, kobiety
i dzieci,

pieśni, przysłowia
i legendy,

konie, bawoły
i ptaki,

równiny, góry
i rzeki,

cała wioska zna
tę staruszkę.

Staruszkę,
która idzie i co chwilę przystaje,

staruszkę,
która wspina się palona słońcem
na pagórek długi i zakurzony.

Lecz nikt nie nazywa jej
staruszką, o nie.

Ona jest dla wszystkich
Córką Księżyca,
wielką Córką Księżyca.

Idź do wioski
i zapytaj drogę,
kim jest Córka Księżyca.

Mimo że przypomina nieco wiejską przyśpiewkę z ilustracjami w stylu "Pyzy na polskich dróżkach", tylko w wersji z Czarnego Lądu, historia Córki Księżyca nie jest banalna ani łatwa. Obrazy odbiegają od powszechnego wyobrażenia o tym, co podoba się małym dzieciom, narracja unosi się gdzieś między wierszem a prozą, umykając wszelkim typowym dla polskiej literatury sposobom pisania dla dzieci, a pełna dźwięków, radości i nadziei opowieść zmierza ku niespodziewanemu rozwiązaniu. Nie tak wygląda punkt kulminacyjny bajek o księżniczkach, nie takie szczęśliwe zakończenia odbijają od stereotypowej matrycy twórcy animowanych filmów z fabryki Disney'a. Spróbujcie wytłumaczyć dzieciom, że tak też jest dobrze, że spełnienie ma różne oblicza.

Cała wioska była dumna
ze swojej rodziny artystów.
Zapraszano ich na wszystkie
uroczystości w okolicy.
Przychodzono zobaczyć, jak ojciec gra
radości i smutki wioski.
Przychodzono posłuchać, jak matka śpiewa
przeszłość i bieżące sprawy wioski.

Lecz przede wszystkim przychodzono
popatrzeć, jak córka tańczy
życie i przyszłość wioski.

Przekaz książki Kouama Tawy i Freda Socharda jest tym silniejszy, że w świecie tradycji umiejscowili oni nowe myślenie o społecznej funkcji kobiety, o naturze, istnieniu w niej człowieka, muzyki, wspólnotowości. Ta antropologiczna perełka pobudzi dzieci do refleksji, czytających z nimi dziadków czy rodziców do opowiadania o tym, jak było kiedyś, w jakiej kulturze wyrastali. Każdej rodzinie przyda się myślenie i mówienie o dojrzewaniu, starzeniu się, a Córka Księżyca jest symbolem i trwania, i rozwoju, i przemijania. Wszystko to wytańczy wam słowami i kolorami, lepiej niż jakakolwiek książeczka z rozmaitymi efektami ruchu lub 3D.

Bożena Itoya

Kouam Tawa, Tańcz, Córko Księżyca!, ilustracje Fred Sochard, przełożyła z francuskiego Katarzyna Skalska, Wydawnictwo Zakamarki, Poznań 2019.

Niezwykłe przyjaźnie w świecie roślin i zwierząt


"Niezwykłe przyjaźnie w świecie roślin i zwierząt" to książka Emilii Dziubak i kota Homera. Właśnie sympatyczny kocur zwiedzający labirynty przyjaźni zwierzęcych, roślinnych i roślinno-zwierzęcych "kradnie każdą scenę", podkręca humor i scala zupełnie odmienne historie współżycia, rozgrywające się na ziemi i pod nią, w wodzie, na drzewach, w drzewach i innych roślinach, a nawet w organizmach zwierząt. Niezwykłość tej książki polega również na jej formie: mimo że należy do "kartonówek", i to tych w dużym formacie, kojarzonym raczej z odbiorcą w wieku przedszkolnym, to spodoba się nawet młodszym nastolatkom (potwierdzono empirycznie). Choć obrazkowe i nawiązujące do sztuki komiksu, "Niezwykłe przyjaźnie" zachowują wysoki poziom merytoryczny i dostarczają profesjonalnych informacji czytelnikom w każdym wieku, zaś charakter i wartość grafiki czynią z publikacji niepowtarzalne, artystyczne dziełko.
Zaokrąglone kocisko opuszcza bezpieczną przystań domu, obrażone z powodu przeludnienia, to znaczy przekocenia, a właściwie przezwierzęcenia ukochanego dotąd lokum. Podąża własnymi ścieżkami poszukując idealnego przyjaciela, a my dzięki tej książce drogi odwiedzamy zakątki niedostępne zazwyczaj człowiekowi. W warstwie tekstu zjawiska przyrodnicze opisane są zgodnie z rzeczywistością i antropomorfizacja ogranicza się do określania związków między organizmami mianem przyjaźni, natomiast w sferze ilustracji autorka popuściła wodze fantazji, dodając oczy, usta i mimikę wszystkim bohaterom "Niezwykłych przyjaźni", nawet jeśli są nimi glon, grzyb, kwiat czy żołądź. Obrazki te są zabawne, wielobarwne, choć stonowane, wnoszą do publikacji lekkość i wyobraźnię, które w zestawieniu z naukową ścisłością tekstu dają oryginalny, świeży i po prostu wspaniały efekt. Całość jest czytelna i ciekawa, jak przystało na dobrą pozycję popularnonaukową.
Wśród nietypowych "zaprzyjaźnionych" par poznajemy między innymi mrówki i mszyce, krowę i bakterie, koźlarza i brzozę, mysz i kwiat, wilka i kruka, żółwia sępiego i żabę (uwaga! fałszywy przyjaciel! i to wcale nie tłumacza...). Szczególnie interesujące wydały nam się działy "Fałszywy przyjaciel", "Przyjaciel od święta" i "Zakochany przyjaciel" – podobnie jak pozostałych sześć ("Przyjaciel opiekun", "Przyjaciel na dobre i na złe", "Nieświadomy przyjaciel", "Idealny przyjaciel", "Przyjaciel z pracy", "Przyjaciel z sąsiedztwa") zajmują po dwie strony, a na poświęconej im rozkładówce tuli się lub zjada od 4 do 7 duetów. Między bohaterami spaceruje, zasiada lub zwija się w kłębuszek Homer, prezentując typowe kocie pozy i podejście do życia. Najbardziej ubawiło nas ugniatanie łapkami wiewiórczego ogona, obserwacja rybek (koniecznie w pozycji z łapkami podwiniętymi pod ciało), leniwe mycie brzuszka, obojętne wobec ostrzegawczego śpiewu pawiana oraz intensywne drapanie na stronie opowiadającej o czyszczeniu "przyjaciela" z insektów. Głębokie zainteresowanie przejawia Homer w przypadku opowieści o krzyżowaniu gatunków: kota domowego i żbika. Zapewne odczuł pokrewieństwo i zew natury, chociaż tylko na chwilę, bo zaraz wrócił do ciepłego, miłego domku i oddającego mu właściwą cześć właściciela.
Oprócz wysokiej dawki wiedzy i wesołej historii Homera, książka Emilii Dziubak zawiera też aktywizujące dodatki: test "Jakim przyjacielem jesteś?" (oczywiście z ilustracjami i odpowiedziami) oraz labirynt. To naprawdę dobra i jedyna w swoim rodzaju lektura, ucząca, pogodna, ładna, poczciwa, mądra i troszkę szalona.

Bożena Itoya

Emilia Dziubak, Niezwykłe przyjaźnie w świecie roślin i zwierząt, konsultacja merytoryczna dr Julita Korczyńska, dr Anna Szczuka, Wydawnictwo "Nasza Księgarnia", Warszawa 2018.

niedziela, 18 sierpnia 2019

Zaczekaj


Tomik wierszy Joanny Papuzińskiej "Zaczekaj", który ukazał się na początku 2019 roku w wydawnictwie Literatura Piętro Wyżej, jest wyjątkowy nie tylko dlatego, że zawiera poezję adresowaną do dorosłych. Wybitna pisarka dziecięca i poetka stworzyła dziesiątki tekstów dla dojrzałych czytelników, choć przeważnie są to utwory krytycznoliterackie. Jednak i wśród wierszy tej autorki spotykałam już takie głębsze, poważniejsze, trafiające do mnie na równi z moim synem, jak choćby w przypadku zbioru "Opowieść". Na niepowtarzalność "Zaczekaj" składają się według mnie i zawarte w tomiku utwory, i okoliczności wydania książki, i moje subiektywne z nią spotkania. Premiera publikacji towarzyszyła obchodom jubileuszu 80. urodzin Joanny Papuzińskiej, na które to spotkanie zostałam zaproszona przez wieloletniego wydawcę pani profesor, Wydawnictwo Literatura. Styczniowy wieczór pełen był literackich sław, wzruszeń, przemów, kwiatów i dedykacji. Po autografy jubilatki, właśnie w tomiku "Zaczekaj", i po chwilę rozmowy ustawili się w długiej kolejce cenieni przeze mnie pisarze, od których dedykacje sama zdobywam przy okazji rozmaitych wydarzeń czy spotkań autorskich. Swój egzemplarz tej publikacji dostałam na Warszawskich Targach Książki, podczas których tradycyjnie stawiłam się na "dyżur autografowy" pani profesor i zrobiłam sobie z nią pamiątkowe zdjęcie. Właśnie takie książki jak "Zaczekaj" są dla mnie pełnowartościowe – ciekawe treścią, uzupełnione osobistymi spotkaniami, wspomnieniami i dedykacjami. A do tego moimi własnymi słowami, bo recenzja bardzo mocno wiąże piszącego z omawianą publikacją i jej autorem, wydobywa z recenzenta głęboko ukryte lub często mu towarzyszące, ale rzadko wypowiadane publicznie myśli oraz smutki i radości, w każdym razie zawsze prowadzi do pewnego obnażenia, niekiedy krępującego. Stąd relację recenzenta z pisarzem, nawet jeśli nie byłaby odczuwana przez tego ostatniego, określiłabym jako bliską, często wręcz intymną.

Zapalę

Zapalę czarną świecę
przez obłoki podrepcę
do tej bożej przedsieni
co się w zachmurach mieni
świetlistą mgłą usłana
pójdę zawołam znajdę
bo to niemożliwe
żeby już nic

Intymności nie brakuje również wierszom należącym do zbioru "Zaczekaj". W krótkich utworach poetyckich Joanna Papuzińska oddała wielość i rozległość stanów, którym podlega człowiek kochający, chorujący, modlący się, tęskniący, odchodzący, ale wciąż pytający, wierzący, czy to w znaczeniu religijnym, czy w sensie posiadania nadziei. Niektóre wiersze wydały się zamknięte dla mnie, niedostępne – może jestem na nie za młoda, a może po prostu nie przeżyłam tego, co trzeba, by je zrozumieć. Większość jednak poruszyła mnie, często do łez, przypominając o starości mojej nieżyjącej babci, o niespełnionej, od i na zawsze tej samej miłości, o chwilach spędzonych w kościołach w różnych częściach Polski i Europy. To poezja refleksyjna, rozjątrzająca i kojąca zarazem. A do tego bywa, że mówi o samej sobie zupełnie bez romantyzmu, gorzko diagnozując swoje pochodzenie i sens.

Poezja

Poezja zaczyna się od naszej dziwności,
że plączą się po głowie myśli których ani
przy rodzinnym obiedzie
ni przy herbacie w pracy
wypowiedzieć nie sposób nie budząc popłochu.
Szukamy zatem kogoś
kto może włada tą samą mową.
Zwinięte arkusiki nosimy w kieszeniach.
Powoli zarastamy
samotnością,
coraz mniej nas obchodzi
cokolwiek nie jest wierszem.
Wreszcie spotykamy poetów
lecz oni
nie zamierzają słuchać, pragną tylko mówić.
Możliwe jest jedynie wspólne narzekanie.
Zostaje jeszcze Pan Bóg
z jego cierpliwością
dla wszelkich naszych stękań.
W końcu zatracamy granicę
między wierszem a pacierzem.

Tom "Zaczekaj" to wyznanie, podsumowanie, może nawet testament, który powierza nam Joanna Papuzińska. Przypuszczalnie jego pełne zrozumienie dostępne będzie tylko dla czytelników znających osobowość twórczą autorki, jednak w znacznej mierze przekaz jest uniwersalny. Dowolnie, odnosząc do własnych doświadczeń możemy interpretować choćby wiersz "Jemioła", bo przecież każdy człowiek wrażliwy na poezję czuje się czasem wycięty z innych czasów czy świata.

Jemioła

Upuszczona przez ptaka pomiędzy konary
przyrastam do wieczności
ona mnie przygarnia
choć liść mój niepodobny
i zieleń nie taka
przytulam się
i zrzucam białe łzy na ziemię
z wysoka

Autorka tych poruszających wierszy kilkakrotnie wspomina o poczuciu wykorzenienia, czy to pokoleniowego, czy osobistego. Ludzka materia opiera się jednak temu "pieleniu", przywierając mocno do ziemi i życia, nawet mimowolnie. Och, jakbym chciała, by współcześni uczniowie analizowali tę poezję w szkołach, odnosząc ją do bliskich osób lub zasłyszanych w mediach historii z terenów doświadczonych konfliktami...

Perz

Już mnie wyrwali, wykopali
wszystką ziemię ze mnie wytrzepali
ułożyli ciało w słońcu, żeby wyschło.
Dobrze mi jest. Nie cierpię.
Uchodzi ze mnie wilgoć jak krew.
Z jasności w ciemność
i z ciemności w jasność
łagodnym kołysaniem.
I tylko powoli
od spodu
w ziemię wkręcam
te kłącza
doprawdy niechcący.

Na co dzień nie chcemy słuchać zwierzeń ludzi starych, zwłaszcza mówienie o starzeniu się ciała krępuje nas, młodych. Wolimy z kpiną uznawać te tłumy chorujących, przesiadujących w poczekalniach za gderliwe gaduły mające zbyt dużo czasu. Dzięki "Zaczekaj" zaglądamy głębiej, poznajemy smutek, samotność, rezygnację. Szpitalne odchodzenie jest straszne, a w obiektywie poezji Joanny Papuzińskiej staje się tak realne, pierwszoosobowe, że czytelnik zmienia punkt widzenia, chce ratować wszystkich bliskich, którzy są, byli lub będą zmuszeni tracić nadzieję w "sterylnych" salach.

Dostałam tylko

Dostałam tylko kawałeczek światła
Jak w dzieciństwie, gdy kładło się na głowę worek
Z wyciętymi szparkami by udawać ducha
Albo kata
z piosenki o tej krakowiance
Co listeczki zbierała pod zieloną lipką.
W okienku czasem srebrny termometr zaświeci
To ręka się pokaże
Mocująca kroplówkę
Twarze bliskich pocięte smutkiem
Historia o poranku
I w pustej dali ułamek sufitu.

Najbardziej poruszającym dla mnie tematem tomiku "Zaczekaj" jest miłość. Dojrzałe, głębokie uczucie zostało oddane zwięźle, obrazowo i przejmująco jak w najlepszych piosenkach, choć wierszom Joanny Papuzińskiej nie towarzyszy przecież (jeszcze) żadna muzyka. Są tu rozważania o wieczności, o możliwości bycia razem, zjednoczenia gdzieś tam, nawet jeśli rozstanie dwojga ludzi nastąpi na długo przed śmiercią lub w ogóle dopiero po niej dojdzie do bliskiego spotkania.

Pytanie

Dwie proste równoległe czy też się spotkają
w nieskończoności
Niby biegły tak blisko tak długo
ale oddzielone
i nigdy jak jedno
owszem ciała niekiedy ale nigdy dusze
a umysły tym bardziej
za tą szklaną szybą równoległości
nie do dotknięcia
więc to jest pytanie
czy też się roztopi
ta ściana osobności
i wiecznej tęsknoty

Wbrew matematyce i innym ścisłym podejściom wierzymy, że nieskończoność istnieje i przełamuje wszelkie racjonalne zasady, nie jest wyłącznie przedłużeniem teraźniejszości, może coś zmienić, dodać – zwłaszcza jeśli chodzi o ziemskie niespełnienie. Miłość, choć ogólnie w poezji bywa banalna, ujmująca tylko dla aktualnie zakochanych, według mnie zajmuje tu pierwszy plan. Skąd bowiem tytuł zbioru, co oznacza? Znalazł się w "Zaczekaj" taki utwór, którego nie można psuć żadnym opisem, każdy wers, nawet słowo ma moc wymykającą się omówieniom. I jest to właśnie wiersz tytułowy.

Zaczekaj

Jeśli wyruszysz pierwszy, to na mnie zaczekaj
w tych korytarzach gdzie za bielą biel
i jeszcze zdążą chwycić końce palców
nim też stały się bielą
i teraz wirują we dwoje
jak nigdy nie umieli blisko
zniknęły
ściany
osób

Książka została opatrzona tylko jedną ilustracją Piotra Fąfrowicza. Grafika znalazła się na okładce i starczy za wszelkie obrazy, nic więcej do tych wierszy dodawać nie trzeba. Oto kamienica pokreślona znakami przypominającymi wojenne napisy na warszawskich budynkach, tak bliskich autorce "Asiuni", "Mojego taty szczęściarza" i "Krasnali i olbrzymów". Ten dom poezji jakby unosi się na nocnym niebie, wygaszone lub zarośnięte zieloną ścianą okna osób, których już nie ma, zostały zestawione z górującym nad nimi, jedynym rozświetlonym, symbolem jasnej obecności poetki.

Bożena Itoya

Joanna Papuzińska, Zaczekaj, ilustracja na okładce Piotr Fąfrowicz, wstęp Grzegorz Leszczyński, Wydawnictwo Literatura (Literatura Piętro Wyżej), Łódź 2019.

Co się stało? Wielkie plamy. Straszny bałagan

 Bardzo ucieszyła mnie wiadomość, że Karolina i Hans Lijklema, autorzy książki "Co się stało? Małe wypadki" (wydanej przez oficynę Widnokrąg w 2017 roku), nie poprzestaną na tym jednym concept booku. W 2018 roku ukazały się dwie nowe odsłony cyklu: "Straszny bałagan" oraz "Wielkie plamy". Podobnie jak w tomiku otwierającym serię, czytelnicy w wieku od przedszkolaków do dziadków znajdą w tych małych, kolorowych i zupełnie wyjątkowych publikacjach dużo humoru oraz oryginalnych kompozycji tekstowo-plastycznych. Duet autorski łączy role pisarza, copywritera i grafika, może także twórcy memów. Dowcipne, krótkie przekazy zawarte w każdej ilustracji i towarzyszącym jej jednozdaniowym komentarzu (zapisanym bardzo dużą czcionką) mają w sobie urok, "to coś", co odczuwałam czytując jako dziecko paski z przygodami Profesora Filutka. Każda minihistoryjka jest perełką, napisaną i narysowaną lekko, ze smakiem, nawet jeśli jej tematem jest pamiątka pozostawiona na czapce dziecka przez ptaszka.
Sekret obu książek tkwi w braku dosłowności, przyjętym w takiej sytuacji i ujęciu, że i tak każdy w miarę bystry czytelnik zrozumie, na czym polega komizm scenki. Mali sprawcy (lub ofiary, jeśli przyjąć domniemanie niewinności) wielkich plam i strasznego bałaganu wypowiadają się o swoich przypadkach bez skarg (na tatę, dziadka, kolegę, brata...), ubolewania nad własną dolą, kajania się czy innych oczekiwanych wtrętów. Są bardzo radośni, niefrasobliwi wręcz, a jeśli na obrazkach widać ich twarze, są to buzie wesołe i zupełnie niewinne, a jakże! Przecież to wszystko zdarza się na co dzień w każdej rodzinie, no, może tylko jedna czy dwie z pokazanych sytuacji przytrafiła się nam raz lub dwa. Jeśli częściej, zawsze możemy odwołać się do serii "Co się stało?", pokazując domownikom, że skakanie na fotelu, strzyżenie lalki, brodzenie w wodzie w mieszkaniu, siadanie na świeżo malowanym, paćkanie się jedzeniem (w dowolnej fazie dzieciństwa) są zajęciami zupełnie typowymi, skoro nawet pokazują je w książce. Na pewno będziecie chcieli dodać coś od siebie: uzupełnić ilustrację opowieścią o zdarzeniach sprzed i po ujęciu widocznym na książkowej "fotografii", opisem powypadkowego otoczenia, dopowiedzieć swoje małe, zabawne tragedie – proszę bardzo, Karolina i Hans Lijklema przygotowali na tę okazję pustą ostatnią stronę.
Czytając "Straszny bałagan" i "Wielkie plamy" pękałam ze śmiechu, ale i z dumy, że polski, "dziecięcy" rynek wydawniczy ma się już na tyle dobrze, by możliwe było publikowanie książek niewielkich objętością, kompletnie niestandardowych, niepodążających ślepo za społecznymi trendami i modami, nieskazanych na nagrody we wszystkich po kolei polskich konkursach "literackich". Widnokrąg nie kalkuje cudzych pomysłów, nie rozkręca fabryki bestsellerów, stawia na talent oraz koncept, a ja wierzę, że ta bohaterska postawa opłaci się na wielu płaszczyznach.

Bożena Itoya 

Karolina & Hans Lijklema, Co się stało? – Straszny bałagan –, Wydawnictwo Widnokrąg, Piaseczno 2018.
Karolina & Hans Lijklema, Co się stało? – Wielkie plamy –, Wydawnictwo Widnokrąg, Piaseczno 2018.

poniedziałek, 15 lipca 2019

Krasnoludki. Fakty. Mity. Głupoty

"Krasnoludki. Fakty. Mity. Głupoty" to oryginalny projekt podjęty przez Macieja Szymanowicza we współpracy z wydawnictwem Nasza Księgarnia. Nawiązując do form atlasu przyrodniczego, przewodnika etnograficznego czy popularnonaukowego leksykonu, znany ilustrator i plakacista stworzył skarbczyk fantastycznej wiedzy o małym ludku. Książka ta, adresowana teoretycznie do młodszych dzieci, podbiła serce trzynastolatka, a mnie, jego mamę, rozbawiła do łez i na pewien czas stała się moją ulubioną lekturą. Autor spakował w okładki "ponad 465 sztuk" zwariowanych ludzików, poczciwych i uroczych, ale przedstawionych w sposób tak absurdalny, że niejeden czytelnik tradycyjnych bajek może, za przeproszeniem, zgłupieć.
Karty dużej, kartonowej książki zmieniły się w wyobraźni autora (i naszej) w baśniowe plenery oraz zwyczajne, znajome wnętrza, choć szuflady, szafy czy zwykły stolik w powiększonej skali wyglądają zupełnie inaczej niż przywykliśmy. "Przestrzenność" tej publikacji jest niezwykła, krasnoludki wyłażą z każdej, choćby najmniej spodziewanej płaszczyzny (jak notka redakcyjna, z takim trudem wygospodarowana w mrowiu krasnoludkowej bieganiny), gapią się na nas, gadają do autora i do czytelników. Radzą, jakie sporty ekstremalne uprawiać, by schudnąć (na przykład: wirowanie na skrzydłach wentylatora, skok do kosza, wyścigi w miodzie na chlebku z twarożkiem), jak niefrasobliwie bawić się po krasnoludkowemu (każde dziecko temu przytaknie – należy wypić dużo wody i skakać, wywołując wewnętrzny chlupot), a także zdradzają tajemnice swojego pochodzenia ("Skąd się biorą krasnoludki? Z książek o krasnoludkach (zwłaszcza czytanych przed zaśnięciem (...), z ciastek w kieszeni, z wyobraźni, z kwiatków, ze sklepu, z dużego deszczu z małej chmurki"), chorób, które przechodzą lub wywołują (krasnoludoza wesołkowata, łac. Crasnoludosum chachachum). Wszystko to zostało opowiedziane i odegrane w stosownej skali ("Olimpiada Krasnoludkowa odbywa się zwykle co kwadrans"). Aby kompendium krasnoludkologii było pełne, autor przedstawił nam również osiągnięcia zacnych pzedstawicieli w dziedzinie kultury i sztuki oraz przybliżył życie odmiany leśnej oraz... kosmicznej.
Po przeczytaniu i obejrzeniu "Krasnoludków" chyba nie da się o nich zapomnieć, dzieci na pewno zachcą też wrócić do tej jedynej w swoim rodzaju lektury. Rozmaite odmiany wymyśl(o)nych stworków zaludniły, czy raczej "zaludkowały", moją wyobraźnię, delikatnie przypominając o wrażeniach wywołanych chyba dwadzieścia pięć lat temu przez książkę "Skrzaty". Ten album z mojego dzieciństwa, zresztą niedawno wznowiony, charakteryzował się jednak zupełnie innym poczuciem humoru i podejściem do mitologii czy baśni ludowej. W "Skrzatach" spotkałam odgałęzienia dawnych opowieści, głównie skandynawskich, i lustrzane odbicie ludzkiego świata, a "Krasnoludki" kojarzą się raczej z Szuflandią, zabawą na całego na zasadach wyznaczonych przez autora, luźno zakorzenionych w twórczości literackiej czy folklorystycznej wcześniejszych "badaczy". Maciej Szymanowicz zaszalał, puszczając wodze fantazji, która płynnie pokonuje granice wieku czytelnika, książkowych gatunków i konwencji. Autor przyjął tym samym jedyną słuszną metodę badawczą w dziedzinie krasnoludkoznawstwa, angażując w wymyślanie tej nauki także czytelników.

Krasnoludki. Fakty. Mity. Głupoty, zmyślił i narysował Maciej Szymanowicz, Wydawnictwo Nasza Księgarnia, Warszawa 2018.

środa, 29 maja 2019

Ściśle tajne. Czy wojna jest dla dziewczyn?


Ostatnio przeczytaliśmy dwie małe, ale wielkie książki Pawła Beręsewicza: "Czy wojna jest dla dziewczyn?" oraz "Ściśle tajne". Pierwsza z nich ukazała się już kilka lat temu (mój egzemplarz jest jej szóstym wydaniem), nakładem wydawnictwa Literatura w koedycji z Muzeum Powstania Warszawskiego, zdążyła nawet trafić na listę lektur szkolnych. Wojennych zbirów i przeciętnych, mimowolnych uczestników zdarzeń zilustrowała tam Olga Reszelska. Również druga z omawianych pozycji, "Ściśle tajne" z 2018 roku, rozpoczyna się (wewnątrz) ilustracją mężczyzny w niemieckim mundurze z II wojny światowej, choć ta książka opowiada o innym czasie. Tym razem, mimo prostoty i przystępności opowieści, mamy do czynienia z pewnymi figurami, dyskretnymi przenośniami, bardzo dobrze współgrającymi z nieco abstrakcyjnymi ilustracjami Macieja Szymanowicza, który często współpracuje z wydawnictwem Literatura przy serii "Wojny dorosłych – historie dzieci". Książka "Ściśle tajne" nie należy do tego cyklu, a jednak ma wydźwięk poważny przynajmniej na równi z publikacjami historycznymi.

O pradziadku nie mówiliśmy w domu "pradziadek", tylko Mały Dziadek – w odróżnieniu od dużego dziadka, który był po prostu dziadkiem, czyli tatą mojej mamy. Mały Dziadek kiedyś już chyba bardziej urósł, ale potem z powrotem zmalał i ze wszystkich dorosłych na świecie był ode mnie najmniej wyższy. Miał tak dużo lat, że kiedy próbowałem do tylu policzyć, zawsze myliłem się po drodze i musiałem trzy razy zaczynać od początku. Któregoś dnia opowiedział mi nawet, że jak był naprawdę mały, znalazł na ulicy szczeniaczka dinozaura i potem codziennie wyprowadzał go na spacer!

Już po pierwszym akapicie wiedziałam, że pojęcia wielkości i małości są w tym utworze względne, podszywają się pod siebie i zastępują. Mała historia jednej rodziny ma ogromną moc, mały chłopiec przyjmuje świat z wielkim sercem, a Mały Dziadek jest tak naprawdę kimś wielkim, spajającym rodzinę, mającym dystans do własnego wieku i świetny kontakt z prawnukiem. Wesoły tekst wywołuje też wzruszenie, zwłaszcza u osób dbających o relacje dziecka z seniorami rodu, tych rodziców czy dziadków, którzy często opowiadają o nieobecnych już przodkach, by zagościli oni na stałe w życiu najmłodszych członków rodziny. Wspominając zmarłych trzeba poruszyć temat śmierci, a książka Pawła Beręsewicza jest najlepszym środkiem łagodnie wprowadzającym w podobne rodzinne rozmowy.

Na grób Małej Babci chodziliśmy zawsze pierwszego listopada, w dzień Wszystkich Świętych. Stawialiśmy doniczkę z wielką kępą chryzantem i zapalaliśmy świeczki. To był jedyny dzień w roku, kiedy wolno mi było wziąć do ręki zapałki. Wyryte w kamieniu literki układały się w imię i nazwisko Małej Babci, a cyferki w daty – kiedy się urodziła i kiedy umarła. Mały Dziadek też miał tam swoje literki i cyferki, ale data była jedna. Bo Mały Dziadek na razie tylko się urodził.

Dziadek odchodzi, jednocześnie zostając z wnukiem na jeden z najpiękniejszych sposobów w polskiej literaturze dla młodych. Właśnie takich metafor i narracji potrzebują dzisiejsze starsze dzieci i młodsze nastolatki. Również grafikę zdobiącą "Ściśle tajne" cenię za niedosłowność i czegokolwiek-wykorzystanie rodem z dziecięcego rysunku: chmury wycięte są z zeszytu w kratkę, oprawki okularów nie łączą się na nosie, jakby zostały zrobione dla zabawy z drucików znalezionych w szufladzie dziadka. Takie obrazki, pochodzące z opisanego wyżej opowiadania "Kloss", znalazły się na okładce publikacji. Jednak historia chłopca "spiskującego" z Małym Dziadkiem nie jest jedyną w książce, drugie opowiadanie nosi tytuł "Pięć niedźwiedzi". Funkcję narratora i bohatera pełni ten sam młodzieniec, co w "Klossie", a rzecz dotyczy tym razem średniego i najmłodszego pokolenia rodziny, wliczając osoby jeszcze nienarodzone.

Jest ważna sprawa, usiądź, kolego,
tylko spokojnie, to nic groźnego,
równo oddychaj, nic się nie stało.
No? – ja im na to. – Śmiało!

Wiesz, jak to bywa, synku, na świecie.
Różnie się ludziom ich życie plecie,
raz jest pogoda, a raz jest plucha.
Hm! – ja im na to. – Słucham.

Bo widzisz, chłopie, czasem jest zdrowo
zmienić coś w życiu, zacząć na nowo.
Z wszystkim się człowiek w końcu oswoi.
Więc? – ja im na to. – No i?

Nie ma obawy, nic się nie wali,
wciąż cię będziemy, synku, kochali,
wciąż pomagali, wciąż się troszczyli.
Hej! – ja im na to. – Czyli?

Czyli w tym roku, gdy minie lato,
będziesz miał brata – i co ty na to?
Za pięć miesięcy rączkę ci poda.
Brat? – ja im na to. – Zgoda.

"Misie" rozłożyły nas na łopatki. Początkowo wydaje się, że może być to kolejny łagodny "oswajacz" adresowany do przyszłych starszych braci i sióstr, ale czytelnicy szybko zauważają, że autor i ilustrator wypracowali inny, szalony i szalenie zabawny koncept. Obejmuje on między innymi eksperyment dotyczący pamięci wyniesionej z życia prenatalnego. Badania sumiennie przeprowadza starszy brat, czyli nasz bohater. Ta lektura ubawi wszystkich, niezależnie od wieku i posiadania rodzeństwa. Nie wiem, kiedy ostatnio czytaliśmy lub oglądaliśmy coś równie śmiesznego. Na obu płaszczyznach: tekstu oraz ilustracji, sielanka wspomnień i wyobrażeń przeplata się z bajką o niedźwiedziach oraz orzeźwiającą jak wiadro zimnej wody rzeczywistością. "Ściśle tajne" stanowi przykład emocjonującego romansu literatury (i Literatury) z jakże modną książką obrazkową.

Mamo, mogę przemówić do brata? – spytałem, kiedy wszystko było gotowe.
Po uzyskaniu zgody delikatnie przytknąłem tubę do brzucha mamy i powiedziałem przyjaźnie, ale stanowczo:
Dzień dobry, bracie. Tu mówi brat. Zaraz będę czytał. Tylko się skup, żebyś mi potem nie mówił, że nie pamiętasz.
Zacząłem od pierwszego rozdziału. Brzmiał tak:
"Pięć niedźwiedzi mieszkało tam,
gdzie czerniał gąszcz puszczy,
pierwszy wielkie miał ciało i uwielbiał swój tłuszczyk.
Czule taszczył po chaszczach kołyszące się sadło
i szczęśliwy był, zwłaszcza gdy coś w paszczę mu wpadło.
Przez cały miesiąc codziennie czytałem bratu to samo. Żeby mu się dobrze utrwaliło. Żeby nie wyleciało mu z głowy. Kiedy kończyłem, przystawiałem do węższego końca tuby ucho zamiast ust i sprawdzałem, co mój brat na to. On na to nic, ale ja się nie zrażałem. Trzydzieści jeden razy przeczytałem o taszczeniu kołyszącego się sadła, zanim przeszedłem do następnej zwrotki.

W tekst "Klossa" i "Pięciu niedźwiedzi" wplecione zostały wierszyki, pozytywnie wpływające na atmosferę lektury – nie pozwalają za bardzo wzruszyć się czy zirytować losami i przemyśleniami bohatera. Poezja w pewnym sensie równoważy więc emocje, zresztą w ogóle "Ściśle tajne" to takie literackie jin-jang. Paweł Beręsewicz skomponował książkę idealną, złożoną z dwóch pasujących do siebie utworów: intensywnych, dotyczących trudnych tematów (końca i początku życia), ale też lekkich, przynoszących rozluźnienie obok rozmyślań, śmiech i nostalgię zarazem. Takie to opowieści z dwóch krańców.

Podpełzłam jeszcze bliżej. Przed Antkiem na ziemi leżało dziesięć kulek ulepionych z wilgotnego piasku. Chłopiec przelewał właśnie wodę z wiaderka do niewielkiego dołka, żeby przygotować materiał na kolejne kule.
Dwa pączki poproszę! – zawołałam wesoło, a on znowu nerwowo podskoczył.
Już cię tu nie ma, szpiegu jeden! – warknął, ale ja postanowiłam się nie zrażać.
Mogę z tobą polepić pączki? – zapytałam grzecznie.
Popatrzył na mnie ze zgrozą.
Pączki?! – krzyknął. – Dziewczyno! Wojna idzie, a ty mi tu o pączkach! To są pociski, a nie pączki!


Dylematy zupełnie innego dzieciństwa zostają poruszone w drugiej z moich ulubionych małych-wielkich książek Pawła Beręsewicza. Opowiadanie "Czy wojna jest dla dziewczyn?" zostało wydane jako jedna z pierwszych odsłon serii "Wojny dorosłych – historie dzieci". Chronologiczne pierwszeństwo łączy się z tym literackim – utwór Pawła Beręsewicza należy do najlepszych polskich książek dla dzieci opowiadających o wojnie, z pewnością więc przysługuje mu miejsce na podium Literatury w mistrzostwach dziecięcych historii o historii. To znakomicie skonstruowane opowiadanie z reportażową bezpośredniością i poetycką czułością oddaje wojenne dorastanie bohaterki (oraz częściowo jej kolegi), proces przyspieszony, zdeformowany i traumatyczny, a przecież rozpoczynający się niby normalnie, bo plażową zabawą w udawanie dorosłych rozmów i zachowań. Nawet później dzieciństwo próbuje radzić sobie z ciemnymi sprawami złych dorosłych poprzez odnoszenie rzeczywistości do ulubionej książki, nakładanie na zachowania ludzi filtrów z baśni: czy ten pan nie zachowuje się jak wilk z "Czerwonego Kapturka"? Bohaterowie tej opowieści są bardzo autentyczni: dziewczynka – dziewczęca, chłopiec – chłopięcy, dzięki czemu nie tylko przemawiają do młodych umysłów i serc, ale też do nich docierają. A niełatwo jest przebić się do dzisiejszych trzecio-, czwartoklasistów. Natomiast dorośli są tą narracją dogłębnie poruszeni, głównie dzięki fragmentom takim, jak zacytowany poniżej. Chyba właśnie te dwa akapity zapewniły książce "Czy wojna jest dla dziewczyn?" wszystkie wyróżnienia i nagrody, które zdobyła, a jest ich długa lista.

Kiedy tydzień później na Warszawę spadły bomby, nie było komu dmuchać i wtykać palców w lufy karabinów. Tatę wezwano do wojska i walczył gdzieś z Niemcami, a my z mamą zostałyśmy same i bałyśmy się i za siebie, i za niego. Najpierw jak rój złośliwych szerszeni bzyczały silniki samolotów. Potem słychać było świst lecących bomb. Mogły spaść wszędzie. Na Marszałkowską, Łazienki, na plac Zamkowy, na nasz stołowy pokój. Wtulałam się w mamę najmocniej, jak mogłam. To zawsze była najlepsza kryjówka – ciepła, ciemna, pachnąca. Jeszcze się nie zdarzyło, żeby ktoś zły mnie tam kiedyś odnalazł. Tym razem, choćbym nie wiem jak mocno zamykała oczy i zatykała uszy, i tak słyszałam głośne wybuchy i czułam drżenie mamy i miasta.
Mama była lekarką. W czasie wojny lekarze mają o wiele więcej pracy niż zwykle. Normalne pokojowe ospy, różyczki i świnki nie przestają atakować, nadal przez nieuwagę spada się ze schodów i rozcina palce przy krojeniu cebuli, a jeszcze na dodatek ludzie specjalnie robią sobie nawzajem krzywdę bombami, czołgami, ogniem i żelastwem. Przez to wszystko moja mama, zamiast po prostu być moją mamą, moim aniołem stróżem, moim bunkrem i schronem, dzień i noc pracowała w szpitalu, zszywając rany, składając połamane kości, lecząc oparzenia, a czasami patrząc smutno na tych, którym nie mogła już pomóc.

Dziecięcy i sugestywny jest również język książki. Krótkie, stanowcze zdania, ograniczone do minimum dialogi, słownictwo (celowo zahaczające o przedwojenną polszczyznę) i styl myślenia charakterystyczny dla kilkulatka czy młodszego nastolatka chwilami rozśmieszają, ale w finale poruszają w zupełnie odmienny sposób. Przypuszczalnie będzie to pierwsza książka bez happy endu, jaką przeczytają wasze dzieci, stąd zapamiętają ją na długo, może na zawsze. Dlatego to takie ważne, że jest dobrze napisana i mądra. Autor puentuje wyliczeniem, niemal wyliczanką – kto przeżył, kto zginął, podsuwając czytelnikom mocne przesłanie: w wojnie nie ma w pełni szczęśliwych zakończeń. W opowiadaniu "Czy wojna jest dla dziewczyn?" do pojęć życia i śmierci przykłada on zupełnie inną miarę niż w książce "Ściśle tajne". Niełatwo jest uniknąć patosu, a z drugiej strony infantylizmu, gdy mówi się dzieciom o wojnie. Również w tym zakresie Paweł Beręsewicz osiągnął pełny sukces.

Bożena Itoya

Paweł Beręsewicz, Ściśle tajne, ilustracje Maciej Szymanowicz, Wydawnictwo Literatura, Łódź 2018.
Paweł Beręsewicz, Czy wojna jest dla dziewczyn?, ilustracje Olga Reszelska, wydanie VI, pierwsze wydanie zostało zrealizowane w koedycji z Muzeum Powstania Warszawskiego, Wydawnictwo Literatura, Łódź 2017.

Ale historia... Mamy niepodległość!


Szósty tom serii "Ale historia..." spełnia oczekiwania stałych czytelników i jednocześnie ich zaskakuje. Mamy tu do czynienia z nietypowym podejściem do historii i wyjątkowo celnymi rozwiązaniami fabularnymi łączącymi przeszłość naszego kraju, codzienne drobne wyzwania bliskie współczesnym dzieciom i atrakcyjną, nieco utopijną przyszłość. W 2018 roku księgarnie doświadczyły zalewu publikacji dziecięcych wpisujących się w obchody 100-lecia odzyskania przez Polskę wolności i właśnie tamtych wydarzeń dotyczy książka "Mamy niepodległość!", a jednak Grażyna Bąkiewicz (tekst) oraz Artur Nowicki (ilustracje, komiksy) potrafili nas oczarować, opowiadając o końcu zaborów w sposób oryginalny, ciekawy, a częściowo też zabawny.
Klasa prowadzona przez ekscentrycznego historyka, pana Cebulę, po raz kolejny podejmuje wyprawę w daleką przeszłość. O ile naszym dzieciom koniec XIX i pierwsze dziesięciolecia XX wieku wydają się trochę abstrakcyjne, o tyle dla jeszcze nienarodzonych pokoleń okres ten okaże się zapewne zupełnie nieprawdopodobny i prehistoryczny. A bohaterowie "Ale historii..." to właśnie dzieci przyszłości podróżujące w czasie, patrzące z bliska, z fantastycznonaukowym zadziwieniem na to, co my znamy z nudnych podręczników. Świeżość ich spojrzenia jest niezwykła, a rozwiązania techniczne związane ze szkolnym wehikułem czasu za każdym razem wzbudzają mój podziw. Nie ma się tu do czego przyczepić, choć kwestia ławek przenoszących o setki lat wstecz i działającej w przeszłości ochrony("pola siłowego") czy obowiązujących tam zasad kontaktowania się z przodkami to teoretycznie tylko drobiazgi, pewne przenośnie i uproszczenia, jednak autorka z zapobiegliwością charakterystyczną dla najlepszych pisarzy uprzedziła ewentualne wątpliwości czytelników, wskazując skrótowo, acz kategorycznie, reguły postępowania pomiędzy startem z ławki a lądowaniem w niej (i pewne pole pozostawione dla buntowników).
Tę przygodę przeżywamy z punktu widzenia Oli, dziewczynki nietypowej, niby wyzwolonej, ale przed rodzicami udającej słodką, różową laleczkę. Jej historia może okazać się dla małych czytelniczek równie ciekawa, co mniej znane dzieje odzyskania przez Polskę niepodległości. W najnowszej odsłonie serii "Ale historia..." młodsza młodzież, niezależnie od płci, znajdzie inspirację nie tylko do nauki, ale też do rozmaitych osobistych działań, choćby radzenia sobie z rodziną czy radzenia się przyjaciół. Grażyna Bąkiewicz gładko wchodzi we współczesny dziecięcy świat wyzwań, zakładów, konkurowania, zawierania sojuszy, przy czym korzysta też ze sprawdzonych motywów dawnych powieści przygodowych, jak choćby poszukiwanie skarbów. Młodzi podróżnicy w czasie starają się bowiem odnaleźć królewskie insygnia, czy raczej to, co z nich zostało po haniebnym przetopieniu polskich koron i bereł na pruskie monety. Ola i jej koledzy z klasy są oburzeni, mają różne pomysły na prześledzenie losów kosztowności, odzyskanie ich i przywrócenie do dawnej formy. Transformację przechodzą symboliczne przedmioty, ostatecznie w niespodziewany sposób przysługując się narodowi, ale również w najważniejszych postaciach opowieści zachodzą w jej toku ważne przemiany. Także młody czytelnik doświadcza odmiany, bo nie może oderwać się od lektury, co w przypadku książek historycznych dla dzieci zdarza się bardzo rzadko.
Książka "Mamy niepodległość" nie jest typem bohaterskiej epopei, przyciąga poważnym traktowaniem małych historii i ludzi. Oby powstawało jak najwięcej takich porywających lektur, przenoszących dziesięcio- i nastolatków do innych epok oraz perspektyw.

Bożena Itoya

Grażyna Bąkiewicz, Mamy niepodległość!, ilustrował Artur Nowicki, seria Ale historia..., Nasza Księgarnia, Warszawa 2018.