cudanakiju.pl

cudanakiju.pl

poniedziałek, 26 lipca 2021

Na zawsze Milena

Opowiadanie o chłopcu, który wie, jak długo trwa miłość jest trzecią książką z serii o Dawidzie, bohaterze Pera Nilssona (tekst) i Pii Lindenbaum (nieodłączne ilustracje tworzące nasz obraz protagonisty i jego kompanów). Przygoda podzielona na sześć dni tygodnia rozgrywa się w szarej, szkolno-domowej codzienności, ale roi się w niej od małych dramatów, z których wybrnięcie może zaważyć o wielu aspektach życia młodych ludzi. Nie tylko teraz, ale i w dorosłości, gdy zdobywane przez rówieśników Dawida kompetencje społeczne oraz umiejętności wyrażania i porządkowania emocji będą decydować o ich szczęściu. Krótkie opowiadanie kryje potencjał dziesiątek rozmów... i monologów, które pozwolą czytelnikowi dojść do porozumienia z samym sobą, szkolnymi kolegami, rodzicami. Również ci ostatni powinni czytać bardzo uważnie, bo zachowanie mamy i taty Dawida uważam za kluczowe dla całej historii. Czy potrafilibyśmy zachować się jak oni?

Dawid jest zakochany i chodzi z Mileną (nie tylko do klasy), tata Dawida chodzi z Ewą, która ma córkę, Agnes, chcącą chodzić na spacery z suczką Dawida, Busią, i nim samym. Na pierwszej takiej przechadzce dostrzega ich Milena, po czym odwraca się i przez kolejne dni nie odzywa do Dawida, a koleżanki z klasy tworzą żywą barierę między zakochanymi, nie dopuszczając chłopca ani do dziewczyny, ani do słowa. Czy chodzi o ten niewinny spacer? Dawid cierpi, czasem gotuje się od gniewu, robi trochę głupot, ale głównie postępuje mądrze, co jest godne podziwu, bo pamiętam z dzieciństwa, że w podobnych sytuacjach zachowanie zimnej krwi graniczy z cudem.

À propos zimna (i oziębłości), ciekawym i bardzo realistycznym elementem fabuły jest wpływ pieska Dawida na przełamywanie lodów między skłóconymi lub dopiero zapoznającymi się ludźmi. Wesoły czworonóg rzeczywiście często rozładowuje napięcie, pozwala też wypełnić pustkę, gdy nie wiadomo, co powiedzieć: zabawą, ruchem. Zwróciłam też uwagę na dyskretnie zarysowane wątki relacji między rodzeństwem, pojmowania języka obcego (samej ukochanej Mileny!) przez dziecko oraz formowania się podziałów w grupie. Te pozornie drugoplanowe sytuacje są według mnie ważne na równi z innymi, podkreślanymi przez autora problemami: rozwodem rodziców, niszczycielską siłą plotek, głęboko przeżywanym młodzieńczym zakochaniem i miłosnym zawodem. Rozpoetyzowanie Dawida może wprawiać w zakłopotanie mniej wrażliwych czytelników, budzić ich zażenowanie i powodować dystansowanie się od bohatera, który wierzy w dozgonną miłość nie będąc jeszcze nawet nastolatkiem. Jednak wspomniane urywki codzienności równoważą ewentualne zniechęcenie do lektury, składając się na wciągający, wielobarwny obrazek literacki o dużej wartości praktycznej (książka niewątpliwie ma charakter terapeutyczny), ale też artystycznej, jak to bywa w sztuce użytkowej. "Na zawsze Milena" to opowieść spleciona misternie, choć z wykorzystaniem nitek powszedniości, bez brokatów czy innych fantastycznych efektów, książka, którą po prostu musicie przeczytać.

Bożena Itoya

Per Nilsson, Na zawsze Milena. Opowiadanie o chłopcu, który wie, jak długo trwa miłość, ilustrowała Pija Lindenbaum, przełożyła ze szwedzkiego Marta Rey-Radlińska, Zakamarki, Poznań 2019.

czwartek, 1 lipca 2021

Coś i Nic

 


Czy coś jest lepsze niż nic? Zazwyczaj tak nam się zdaje. Tak też sądzili bohaterowie tej książki, tytułowi Coś i Nic. Do czasu!

Anna Paszkiewicz przygląda się utartym zwrotom, których używamy na co dzień: „coś wspaniałego”, „nic z tego”, „to dopiero coś!” i snuje z nich opowieść o tym, jak wskutek drobnego wydarzenia zawsze pomijane, smutne i osamotnione Nic zostaje dostrzeżone i docenione. Cała warstwa fabularna opiera się na na jednym koncepcie: że „coś” i „nic” są samoświadomymi bytami, które słuchają, co się o nich mówi, a powiedzonka, które wypowiadamy zupełnie nieświadomie, wpływają na poczucie własnej wartości u naszych abstrakcyjnych bohaterów. Można próbować się w tym doszukiwać różnych głębi, ja jednak nie bardzo je dostrzegam i chętnie pozostanę przy interpretacji, że jest to sympatyczna zabawa językiem.

Mocną stroną książki są ilustracje autorstwa Kasi Walentynowicz. Po pierwsze, udało jej się w bardzo prosty i przekonujący sposób przedstawić Coś i Nic. Coś to skłębione kolorowe linie. Coś zajmuje miejsce, pęcznieje, rozpycha się. Za to Nic jest prawie niewidoczne, narysowane czarną przerywaną linią, tyleż jest, co go wcale nie ma. Nic jest skromne, prawie przezroczyste. Ilustracje zostały wykonane flamastrami (albo techniką do złudzenia przypominającą flamastry). Są bardzo kolorowe, w podstawowej palecie barw, dosadne, gęste, pełne szczegółów, wesołe. Ilustratorka w ciekawy sposób wypełnia konkretem i detalem niedługi tekst, rozbudowując dzięki temu pojedyncze zdania w całe mikroświaty. 

Ronja St

Anna Paszkiewicz, Coś i Nic. Ilustracje: Kasia Walentynowicz, Wydawnictwo Widnokrąg, Piaseczno 2020

 

niedziela, 6 czerwca 2021

5 sekund do Io i Rebeliantka

 

Małgorzata Warda doceniła potęgę e-sportu kilka lat przed wybuchem jego popularności, z jakim w Polsce mamy do czynienia dopiero teraz, na początku lat 20. XX wieku. Tymczasem już w 2015 debiutowała seria "5 sekund do Io", której bohaterami są nastoletnia Mika, społeczna i towarzyska alienacja młodzieży, VR, nowoczesne gry, biznes skoncentrowany wokół e-sportu, darknet, pieniądze i "fejm". W 2017 roku ukazał się drugi tom powieści z podtytułem "Rebeliantka". Jak czyta się się "5 sekund do Io" po takim czasie od premiery (a technologia nie próżnuje ani 5 sekund, w tej dziedzinie 5 lat może okazać się całą epoką) nastolatkowi obytemu w świecie gier i e-sportu?

To skomplikowane. Pierwsza powieść ma akcję wartką niczym wielkie amerykańskie hity filmowe. Fabuła, mimo że nawiązuje do spraw bardzo przyziemnych, przykrych i bliskich wielu polskim nastolatkom, jak bieda, samotność, chęć zdobycia popularności wśród rówieśników czy wreszcie dramaty znane raczej z rodzimej literatury i kina, jak wychowywanie się w rodzinach zastępczych i separacja od rodzeństwa, oscyluje między bajką a Bondem, w każdym razie unosi się w sferach wysokiego nieprawdopodobieństwa. Na "dzień dobry" Mika zostaje wplątana w atak terrorystyczny i darknetową aferę szpiegowską, sami więc rozumiecie, że będzie się działo.

Pod względem zawiązania akcji i jej blockbusterowej dynamiki książka była dla mojego syna zaskakująca, bo raczej nie czytywaliśmy wcześniej takiej literatury. Szybko dała o sobie znać gatunkowa polifonia, wprowadzająca chwilami wrażenie wielości, literackiego bogactwa, ale kiedy indziej pewnej kakofonii. Odczucia te towarzyszyły nam przy lekturze obu tomów. Otóż autorka przeplata ciężkie doświadczenia bohaterki, zwłaszcza tragiczny rozpad rodziny, oraz wydarzenia świadczące o jej samodzielności, niezależności czy sile (choćby przebicia ‒ w męskim świecie gier komputerowych) przemyśleniami kojarzącymi się raczej z naiwnymi dziewczynkami marzącymi o księciu. Dla czytającego obie powieści chłopca narracja pierwszoosobowa wrażliwej i kochliwej dziewczyny bywa męcząca, może nawet trochę żenująca. Nie wiem, dlaczego ambitni, chcący przekazać coś głębszego autorzy piszący dla młodzieży z takim zapamiętaniem sięgają po tradycje tak zwanej powieści pensjonarskiej albo innej literatury (bardzo) popularnej. Ciągle doskwiera nam brak rozwarstwienia polskiej literatury dla młodzieży (oczywiście nie licząc wyjątków), mamy utwory czysto obyczajowe i fantastyczno-obyczajowe i już. Mieszanie gatunków oczywiście często okazuje się bardzo atrakcyjne, gorzej, jeśli poszukujący nowych wyzwań czytelnik nie może trafić na nic innego niż stała kompozycja nowoczesnych technologii, morderczych igrzysk, miłości, kłopotów rodzinnych i ewentualnie rozterek moralnych z oczywistym rozwiązaniem. Edukacyjny i/lub romantyczny rys w niemal każdej powieści naprawdę zniechęca nastoletniego pożeracza książek, nawet jeśli najpierw książka porywa go przygodą czy dobrze poprowadzonym wątkiem komputerowo-gamerskim.

Sytuacja historyczna: Kiedy na Ziemi zaczęło brakować miejsca do życia, a dobra naturalne zostały wyczerpane, NASA wysłała sondę na Io, która przez piętnaście lat zbierała próbki z powierzchni księżyca. Przekazane do laboratorium potwierdziły, że na księżycu jest możliwe życie. NASA w porozumieniu z rządem rozpoczęła więc operację w celu zasiedlenia księżyca. Sprawy wymknęły się spod kontroli, kiedy na Ziemi wybuchła epidemia eboli i Io stało się miejscem ucieczki dla ludzi. Nie przebierając w środkach, walczą więc o ziemię na księżycu. Na Io wylądowały tez grupy ekoterrorystów, którzy nie chcą dopuścić do skolonizowania Io i czerpania z jego dóbr naturalnych.

Miękkość świata wewnętrznego Miki co rusz jest zestawiana z brutalnością gry, a właściwie wirtualnego uniwersum "Work a Dream" (nazwa technologii VR), do którego gracze przenoszą się jeszcze bardziej niż bohaterowie filmu Stevena Spielberga "Ready Player One" do OASIS (pomijam tu literacki pierwowzór, bo w naszym domu ekranizacja jest tak kultowa, że nie chcieliśmy czytać bazowej książki). Kolejną analogią jest "Sala samobójców" Jana Komasy. "5 sekund do Io" lokuje się gdzieś między tymi dwoma dziełami. Mika staje się swoim awatarem, traci kontakt z rzeczywistością, bo też prawie w niej nie bywa, jak wielu innych graczy na świecie buja w obłokach księżyca Jowisza, wyniszczając swój organizm, ba, zbliżając się do granicy zapaści, a nawet śmierci. Dziewczyna gubi się w każdym ze swoich światów.

Sytuacja historyczna: Z Ziemi zostały wysłane elitarne grupy ochotników, którzy mają za zadanie skolonizować Tytan. Zbudowano dla nich osiedle mieszkalne, zwane Spes ‒ Nadzieja, i nauczono ich, jak przetrwać w nowym środowisku, ale to podróż w jedną stronę. Nie będzie powrotu. Wczoraj, w okolicach jeziora Kraken Mare zaobserwowano ruch. Dzisiaj zniknęło czterech uczestników wyprawy. Za zniknięciem prawdopodobnie stoją istoty pozaziemskie. Kiedyś tworzyły zaawansowaną cywilizację, dzisiaj mieszkają w górach. Działają szybko i niosą zagrożenie, a jest ich tak wiele, że zostały nazwane Legionem.

Nurtującą zapewne wszystkie nastoletnie fanki "5 sekund do Io" kwestię, czy Ian i Bartek, dwaj młodzi mężczyźni bardzo ważni w życiu Miki, powrócili w "Rebeliantce" (choćby we wspomnieniach, bo retrospekcje stanowią integralną część pierwszej powieści), pozostawię nierozstrzygniętą. Nie wiem, jak wielbicielki tajemniczych e-romansów wytrzymały dwa lata dzielące publikację obu tomów. Mogę natomiast zdradzić, że bohaterka, zanim jeszcze wyplątała się z alternatywnej rzeczywistości gry "Bitwa o Io", podejmuje długofalową rozgrywkę w "Tytana". Nie chodzi już o przypadkowe, prywatne wejścia do VR czy szkolne i nawet krajowe turnieje. Dziewczyna dołącza do międzynarodowej ligi, jest kontraktowym członkiem teamu We Fly High. A umowa ta, w miarę rozwoju wydarzeń, nabiera coraz więcej cech cyrografu z diabłem (czym książka przypomina kolejny lubiany przez nas film ‒ "Nerve" Henry'ego Joosta i Ariela Schulmana). To właśnie "Rebeliantka" wprowadza czytelników w świat profesjonalnego e-sportu, przy okazji fantazjując co nieco na temat jego blasków i cieni (zwłaszcza tych drugich). Tak czy siak, młodzież zostanie dobitnie oświecona w różnicach między wyobrażeniem o życiu zawodowego gracza jako zabawie a jego rzeczywistą pracą, ograniczeniami i zobowiązaniami, jakie go wiążą.

Twórczość Małgorzaty Wardy, poza wartościami artystycznymi, ma duży potencjał dydaktyczny. Może być znakomitym narzędziem w rękach nauczycieli i bibliotekarzy, bywała też doceniana przez poważne gremia ‒ powieść "5 sekund do Io" otrzymała nagrodę literacką Książka Roku 2015 Polskiej Sekcji IBBY. Podsumowując, aby celnie wypowiadać się o polskiej literaturze współczesnej dla młodzieży, żeby choć powierzchownie pojąć jej relacje z kulturą popularną, zwłaszcza filmem i fenomenem streamerów, youtuberów oraz influenserów, trzeba znać te dwie książki Małgorzaty Wardy. Również każdy czytający nastolatek powinien sięgnąć po te lektury, nawet jeśli potraktuje je wyłącznie jako materiał badawczy, punkt odniesienia do ulubionych filmów albo gier.

Bożena Itoya

Małgorzata Warda, 5 sekund do Io, Media Rodzina, Poznań 2015, 2017 (Wydanie II).

Małgorzata Warda, 5 sekund do Io. Rebeliantka, Media Rodzina, Poznań 2017.

czwartek, 22 kwietnia 2021

Po prostu Mama

Książka Renaty Piątkowskiej "Po prostu Mama" jest zbiorem siedmiu zróżnicowanych tematycznie opowiadań, które łączy motyw matki-bohaterki. Mamy tu mamę singielkę ("Laurka"), opiekunkę pierworodnego dziecka, chorującego na śmiertelnie niebezpieczną przypadłość w regionie świata, gdzie nie ma dostępu do szpitali z oddziałami neonatologicznymi ("Oddech"), wzajemną opiekę i bezwarunkowe wsparcie matki i kilkuletniej córki ("Tajemny znak"), punkt widzenia rodzica dziecka niepełnosprawnego ("Klocki") oraz dziewczynkę po chemioterapii, której mama dąży do powrotu dziecka do samodzielnego, normalnego życia ("Pójdę z tobą"), dalej nieugiętą matkę Thomasa Edisona ("Geniusz") i anonimową, równie bohaterską kobietę z egzotycznych dla nas Himalajów, która swoją walkę o syna toczy w nieokreślonym czasie, właściwie równie dobrze może to być teraz, jak sto czy dwieście lat temu ("Zawsze cię znajdę"). Uniwersalny jest zresztą cały ten tomik, opowiadający o matczynej miłości i odwadze jako o wartościach niezależnych od szerokości geograficznej, statusu majątkowego czy epoki. Oczywiście to piękno bywa porządkowane lub tłamszone przez zwyczaje danego kręgu kulturowego, ale autorka nie wnika tak głęboko, nie tłumaczy, że sytuacja z jednego opowiadania byłaby niemożliwa w warunkach drugiego. Podobna analiza wykracza poza ramy literackiego obrazka, jakim jest każdy z utworów ujętych w książce "Po prostu Mama".

Opowiadania Renaty Piątkowskiej są sentymentalne, mają poruszać, a przede wszystkim wzruszać czytelników. I osiągają zamierzony skutek, przynajmniej jeśli chodzi o dorosłego odbiorcę. Każda mama dostrzeże cząstkę siebie w którejś z bohaterek na rozmaite sposoby realizujących wzorzec matki lub go przerastających. Młodym czytelnikom (wydawca oznaczył książkę jako "6+") za to z pewnością poszerzą się horyzonty, może też zaczną oni odrobinę bardziej doceniać swoją codzienność z jej domyślnym tłem: mamą. Dzieci z opowiadań "Po prostu mama" stykają się z ograniczeniami, upokorzeniami lub wykluczeniami często obcymi polskim dzieciom, ale pojawiają się również okoliczności bardzo swojskie, jak wychowywanie się w niepełnej rodzinie, zmagania z chorobą, stresem i nieprzystosowanie do wymogów szkolnych. Warto zwrócić uwagę, czy naszym pociechom historia o polskiej mamie funkcjonującej (z sukcesem i uśmiechem) jako oboje rodziców jednocześnie nie wyda się bardziej odległa i nierealna od opowieści o rodzinie pozbawionej dostępu do neonatologa lub kobiecie brodzącej w himalajskiej zamieci śnieżnej bez żadnego sprzętu i odnajdującej zaginionego synka. Przełamywanie stereotypów wciąż nie jest szczególnie popularne w rodzimej literaturze dla najmłodszych, dlatego przekaz opowiadania "Laurka" wypada szczególnie mocno. Autorka wyraźnie posiada wielkie doświadczenie w tworzeniu tekstów koncentrujących się na przyziemności, dobrze, że się jej trzyma i pomaga najmłodszym obłaskawiać te dni powszednie, niby zwyczajne, w rzeczywistości zaś często będące gigantycznymi wyzwaniami ‒ jak Dzień Ojca bez ojca albo poniedziałek, wtorek, środa, czwartek i piątek ze śmiechami i szeptami za twoimi plecami, gdy idziesz szkolnym korytarzem. Mam nadzieję, a właściwie nawet przekonanie, że dzięki temu niewielkiemu tomikowi wygrana zostanie niejedna dziecięca walka z podobnymi przeciwnościami.

Bożena Itoya

Renata Piątkowska, Po prostu Mama, ilustracje Joanna Rusinek, Wydawnictwo Literatura, Łódź 2020.

Nibybór


Agnieszka Frączek znalazła świetny sposób na zapoznanie dzieci z wielkomiejską, na przykład warszawską fauną. "Nibybór" jest wesołym i w pełni dopracowanym projektem poetyckim, zwartą kompozycją, której poszczególne elementy łączą się ze sobą, uzupełniają, opowiadając ciągle nową, ale wciąż tę samą historię ‒ jak zwrotki w dobrej piosence.

Wpadła do domu i bzyczy na mnie.

Jakieś pretensje śmie mieć, normalnie!

Że niby mam tu pająków krocie?

Fakt, mam Wacusia i jego ciocię.

Lecz gdzie tu krocie?

/Mucha, fragment/

Również ilustracje z kolejnych wierszy nawiązują do poprzednich, dzieci mogą nawet szukać bohaterów, którzy przeskakują strony i pojawiają się w "nie swoim" utworze. Najmłodszym spodobają się też komiksowe dymki, nienadużywane, obecne tak w sam raz często. Daniel Włodarski wykonał masę dobrej roboty, wpasowując się w humor poetki i lekkość jej wersów.

Tuż obok parku jest kamienica.

A na jej strychu co? Tajemnica!

Zwisa z sufitu z ponurym: chrr...,

aż pan dozorca wzdryga się: brr!


Co to takiego? Bluszcz-akrobata?

Miniwilkołak? Papuś pirata?

Gruszka? Ropuszka? Stara poduszka?

Szczypiorek w mało twarzowych ciuszkach?

A może wyrósł tu perz-opryszek

i, chrapiąc, spłoszył ze strychu ciszę?

/Tajemnica, fragment/

Jest tu szereg historii prawdziwych, ujętych z reporterską precyzją, jak ta o gawronie otwierającym orzechy z użyciem samochodu (w modzie są także tramwaje, sama widziałam na mieście!), kunach z parkingu, dziku, lisie, nawet łosiu, który, owszem, bywa widywany, choć kto by pomyślał jeszcze jakiś czas temu. Koty, szczury, sroki, wiewiórki czy psy to istoty towarzyskie już od dawna, nie dziwią nic, więc autorka znalazła swoje sposoby na taką ich prezentację, by było wyjątkowo i odkrywczo.

Do czego orzech wiewiórkom służy?

A to zależy ‒ mały czy duży.

Większy wiewiórki rozłupią prędko,

a potem chrup, chrup! schrupią go z chętką.

Za to malutkim albo średniakiem

będą się bawić (z nie mniejszym smakiem).


Gole nim mogą strzelać fachowo

(to którąś z łapek, to znowu głową),

mogą go sobie turlać po trawce,

puszczać nim kaczki w miejskiej sadzawce,

a dwie wiewiórki (chyba z Elbląga)

podobno lubią nim grać w ping-ponga.


Tylko jednego żadna nie lubi:

tego, że orzech czasem się gubi...

/Wiewiórki/

Obok nawiązań do stereotypowych wyobrażeń o danym zwierzaku, mamy tu więc moc fantazji Agnieszki Frączek, pomysłów, których nie powstydziłby się żaden geniusz konceptu. Dodatkowo dostajemy w pakiecie perfekcyjną polszczyznę, ale nie nudną, słownikową i akademicką, tylko tę żywą, skoczną i dowcipną. Czytanie "Nibyboru" wywołuje wrażliwość językową i przyrodniczą, sprawia, że dzieci chcą bawić się w tworzenie rymowanek i obserwowanie zwierząt, na które niekoniecznie zwracały dotąd uwagę. Po tej lekturze okaże się, że zwykła mucha, mrówka czy bąk mogą być równie ciekawe, co łoś, dzik, lis i inne leśne stworzenia. A przecież "robaki" w myśleniu potocznym często nawet nie są postrzegane jako zwierzęta.

Rzadko trafia się tak przyjemna i pożyteczna lektura, atrakcyjna i dla zupełnych maluszków, i dla przedszkolaków, młodszych uczniów oraz wszelkich dorosłych błąkających się na co dzień szlakami Nibyboru. Agnieszka Frączek wyprostuje wasze ścieżki, powoli oprowadzi po tajemnicach, które są niewidoczne, gdy poddajemy się wielkomiejskiemu pędowi. Warto przystopować, poczytać i popatrzeć.

Bożena Itoya

Agnieszka Frączek, Nibybór. Zwierzęta wśród drapaczy chmur, ilustracje Daniel Włodarski, Wydawnictwo Literatura, Łódź 2020.

Idol. Pola Negri

Książka "Pola Negri" jest jedną z czterech odsłon serii "IDOL", wymyślonej i zilustrowanej przez Justynę Styszyńską. Tekst tej okazałej i niesztampowej publikacji napisała Marta Kowerko-Urbańczyk, zaś o jego poprawność faktograficzną i filmoznawczą zadbały Dorota Łańcucka oraz Katarzyna Wajda. Wszystkie dotychczasowe postaci: Maria Skłodowska-Curie, Mikołaj Kopernik, Frida Kahlo i Pola Negri, pokazywały swoje talenty oraz osiągnięcia w formie wielkoformatowych zeszytów aktywnościowych z naklejkami, zadaniami, ciekawostkami, a równolegle autorki prowadziły opowieść biograficzną ‒ literacką oraz graficzną.

Wyklejana biografia Poli Negri jest też zwięzłą historią kina, a przynajmniej jego początków. Czytelnicy poznają podstawowe zawody związane z powstawaniem filmu, mogą wejść w rolę kostiumologa, strojąc Polę, pobawić się w scenarzystę, reżysera czy technika nakładającego kaszety na filmowe kadry. Książka ta może dużo zdradzić, podpowiedzieć wiele rozwiązań dzieciom świeżo zainteresowanym sztuką kina albo nawet kręceniem własnych filmików, poprowadzi je ku bardziej profesjonalnym rewirom, uczyni świadomymi kinomaniakami.

Kino bardzo szybko zyskało popularność. Wyobraź sobie, że gdy Pola uczyła się jeszcze w szkole baletowej, na świecie było już tysiące sal kinowych! Początkowo można w nich było oglądać filmy, które stanowiły rejestrację rzeczywistości, czyli przedstawiały prawdziwe zdarzenia. Ale widzom szybko przestało to wystarczać. W czasach filmu niemego ogromną popularność zyskały pełne gagów i śmiesznych scen komedie z Charliem Chaplinem. Kino wykorzystywano też, by pokazywać ludziom filmy propagandowe, czyli takie, które w dobrym świetle przedstawiają rządzących. Dziś możemy w kinach oglądać filmy bardzo różnych gatunków.

Książka obejmuje głównie okres lat 20. i 30. XX wieku, ale chronologia nie została w pełni zachowana, ponieważ autorki stosują szereg dygresji filmoznawczych i biograficznych. Czytelnik nie ma raczej wrażenia nieporządku, pewne rozbieganie wynika po prostu z charakteru książki aktywizującej, jednak osoba wrażliwa na poprawność językową może dostrzec niedoskonałości stylistyczne w tekście (dość wyraźne z uwagi na jego zwięzłość), nieporadność składniową i leksykalną. Uwagę zwraca też dysonans między prostym, objaśniającym językiem, jakim zazwyczaj zwraca się nauczyciel do na przykład sześciolatka, a stosunkowo zaawansowaną terminologią. Uproszczenia w partiach tekstu, które autorka chciała chyba jak najszybciej zakończyć, przeplatają się z ładnymi relacjami na temat kina i kariery Poli Negri, definicje wyglądające na urywki z encyklopedii sąsiadują z żywymi wypowiedziami autorki, pachnącymi prawdziwą pasją.

Może zauważasz czasem, że ludzie lubią naśladować bardzo znane osoby. Inspiracją może stać się to, jak wyglądają lub to, co mówią i robią. Zwróć uwagę, jak ogromny wpływ na modę ma sposób ubierania się gwiazd. A może ty też masz ochotę czasem ubrać się lub uczesać jak ktoś, kogo znasz z telewizji i Internetu? O najbardziej wyrazistych i popularnych osobach mówi się czasem, że są ikonami mody. Taką właśnie ikoną w swoich czasach była Pola Negri. Dziś niektóre jej stylizacje mogą wydać nam się zaskakujące, rzadko już widzimy panie w turbanach na głowie. Natomiast inne są wciąż popularne wśród kobiet. To ona wprowadziła zwyczaj malowania na czerwono paznokci u stóp, jako pierwsza nosiła też sięgające za kolana buty na wysokim obcasie zwane kozakami.

Magnetyzm "Poli Negri" wynika przede wszystkim z bardzo charakterystycznych portretów tytułowej bohaterki, trochę mrocznych, utrzymanych w kolorystyce i stylistyce rzadko proponowanej przez polskich ilustratorów tworzących dla dzieci. Justyna Styszyńska nie ogląda się na stereotypy i wyobrażenia o słodyczy, jaka powinna bić z obrazków dla najmłodszych, po prostu rzetelnie oddaje nastrój i technikę kina niemego, pozostając w zgodzie z własną wizją artystyczną. Purpura, czerń, egzaltacja, bogactwo i przesadna mimika ‒ oto elementy najwyraźniej budujące klimat tej publikacji, egzotyczne dla młodego czytelnika, ale też najbardziej zapadające mu w pamięć. To fascynująca, choć jednak dość oschła narracyjnie opowieść o epoce kina niemego i jej końcu, narodzinach kultu gwiazdy filmowej, z którego wywodzi się współczesna chwała celebrytów, oraz spokojnym, stylowym odchodzeniu do historii, jakie zapewne nie przytrafi się większości telewizyjnych i internetowych gwiazdek, dziś świecących oślepiająco, a jutro gasnących bez śladu.

Bożena Itoya

Idol. Pola Negri, koncepcja graficzna i pomysł serii: Justyna Styszyńska, tekst: Marta Kowerko-Urbańczyk, konsultacje faktograficzne: Dorota Łańcucka, konsultacje filmoznawcze: Katarzyna Wajda (FINA), Wydawnictwo Widnokrąg, Piaseczno 2019.

Mój kochany kotopies

Niewielka książka Beaty Ostrowickiej "Mój kochany kotopies" jest adresowanym do przedszkolaków i najmłodszych uczniów opowiadaniem o kształtowaniu pewności siebie i asertywności. Kolorowa, łagodna oprawa graficzna autorstwa Elżbiety Grozdew ułatwia właściwe podanie i przyswojenie tematu. Publikacja ma niewątpliwie charakter terapeutyczny, ale sprawdza się też jako zwyczajna historyjka na dobranoc.

Gałgankowy, kolorowy tułów pasował zarówno do kota, jak i do psa. Ale jak na kota, ogon był zdecydowanie za krótki. A smukły pyszczek z zielonymi ślepiami wcale nie miał wąsów.

Tytułowy stworek jest nieudaną pluszową maskotką uszytą przez babcię Oli i Krzysia. Starsza pani od dawna zajmuje się tworzeniem podobnych zabawek, ale ten akurat dziwak nie podoba się nawet autorce, ląduje więc na strychu, gdzie podczas wakacji spędzanych u babci zostaje znaleziony przez Olę. Dziewczynka zabiera kotopsa do domu i uznaje za ukochaną zabawkę. Szybko jednak zaczyna się go wstydzić, bo o ile była w stanie wytrzymać kpiny brata, to śmiechy i szyderstwa koleżanek z klasy druzgoczą jej pozycję towarzyską. Ola wypiera się więc kotopsa, chowa go i zapowiada wyrzucenie. Sytuację poznajemy też z punktu widzenia samego pluszaka (nazywanego tu przytulakiem), przy czym nie jest to zabieg wprowadzający elementy fantastyczne, tylko typowa narracja stosowana w książkach i filmach dla najmłodszych, nauka empatii pobierana przez przedszkolaki na przykładzie ich słodkich codziennych towarzyszy: maskotek.

Kotopies zamieszkał w pokoju dziewczynki.

W dzień siedział na jej biurku i patrzył, jak odrabia lekcje. Najbardziej lubił, gdy pisała literki. Na początku wszystkie były krzywe, z czasem zaczęły wyglądać coraz ładniej. Podobało mu się również, gdy rysowała.

I cały czas do niego mówiła. To było najwspanialsze. Opowiadała o szkole, o koleżankach, o Bartku, z którym się przyjaźni, o tym, co przeczytała w książce, kogo spotkała w sklepie, o lekcjach angielskiego i treningach karate. Gdyby kotopies potrafił mówić, mógłby pochwalić się, ile zna angielskich słówek. Prawie tyle samo, co Ola.

Pod płaszczykiem opowiadania kryją się rady dla przedszkolaków i świeżo upieczonych uczniów: jak postępować, gdy wszyscy się śmieją z twoich rzeczy, przyjaciół lub rodziny? Poddać się i przyłączyć do drwin oraz grupy (pewnie znajdując też nową ofiarę-zastępcę), czy postawić na swoim i zignorować ciśnienie "grupy rówieśniczej"? Porzućmy złudzenia, świat nie roi się od małych twardzieli i idealistów, większość kilkulatków wybiera oczywiście pierwszą opcję. Dzięki książce Beaty Ostrowickiej jest jednak szansa, że mali czytelnicy, sami albo z pomocą dorosłych omawiających z nimi historię kotopsa, przeniosą doświadczenia Oli na własne podwórko i dołączą do drużyny superasertywnych bohaterów.

Bożena Itoya

Beata Ostrowicka, Mój kochany kotopies, ilustrowała Elżbieta Grozdew, Wydawnictwo Literatura, Łódź 2020.