cudanakiju.pl

cudanakiju.pl

czwartek, 28 października 2021

Czemu tata siedzi w garnku?


Szczęśliwi, których ulubionymi autorami są współcześni polscy pisarze publikujący w wydawnictwie Literatura. Tu ukazuje się tak dużo i często, że niekiedy trudno nadążyć. Nowości, wznowienia, zmiany układów autorsko-ilustratorskich, no po prostu wielkie bogactwo i raj czytelnika lubiącego mieć wybór. Ja na przykład uwielbiam przebierać między książkami Pawła Beręsewicza, które już czytałam i które dopiero pojawiły się na rynku. Zazwyczaj wygrywają te drugie, tym razem musiałam czym prędzej dowiedzieć się "Czemu tata siedzi w garnku?".

Specjaliści od reklamy pewnie powiedzieliby, że "wow!", chwytliwy tytuł to połowa sukcesu książki. Paweł Beręsewicz jest co prawda mistrzem w tej dziedzinie, ale intrygujący tytuł to jeszcze nic, koncept fabularny przebija tu zdolności marketingowe autora. Opowiadania powstałe we współpracy z ilustratorką Asią Gwis tworzą rodzinny album zdjęć z dzieciństwa pewnego taty. Poszczególne ujęcia fotograficzne rozwijane są w cudowne, nieco fantazyjne historie przez dziadka-bajarza, a pytania, to tytułowe i będące tytułem każdego kolejnego opowiadania, zadaje kilkuletni synek taty-niegdyś-bobasa.

– No a co z tymi butami, dziadek? Po co tacie buty, skoro śpi? – Na razie śpi. Ale na tym zdjęciu jeszcze się nie stało to, co się stało zaraz potem. – A co się stało? – Ziemia się zatrzęsła, pociemniało, zaryczało... – I co to było? – Chyba dinozaur. W każdym razie trzeba było szybko uciekać. – I uciekliście? – Tylko dzięki temu, że nie musieliśmy zakładać tacie butów.

Czytając "Czemu tata siedzi w garnku?" zaznałam wielkiej pociechy – nie jesteśmy jedyną szaloną rodziną! To opowieści o dziecku wybierającym się do wojska, a trafiającym do garnka, dla ludzi, którzy zazdroszczą odkurzaczom i sami zaczynają wciągać piasek. Żyją z tygrysami i małymi siostrami w parkowych kałużach. Chowają kluczyki w brzuchu, wmawiają radiu swoje własne wiadomości i mijają się z przeznaczeniem, gdy piłka do gry przepowiada im karierę Leo Messiego. Jeśli wydaje się wam, że nie przeżyliście nic podobnego, upewnijcie się sięgając po tę książkę. Może tylko niewłaściwie interpretowaliście zdarzenia z dzieciństwa waszego, waszych dzieci lub wnuków?

Potem śmiertelnie się pogniewali i nie odzywali się do siebie aż do kolacji. Od tamtej pory wszystko już było normalnie. Twój tata i twoja ciocia kłócili się regularnie co trzy i pół dnia, a przez resztę tygodnia nawet trochę się lubili.

Przenikliwość autora w materii stosunków rodzinnych świadczy o latach wnikliwych badań empirycznych. Już wcześniejsze prace, jak seria o rodzinie Ciumków czy "Na przykład Małgośka", stanowiły cenny wkład w nauki o wesołych familiach, ale najnowsza książka sięga dalej, głębiej w historię. Można by wręcz pokusić się o przypuszczenie, że chłopcem pięknie odmalowanym przez Asię Gwis jest sam pisarz. Wątpliwości naszły mnie jednak w rozdziale omawiającym stosunkowo nową dyscyplinę sportową: wyścig po dziecięcy wózek zakupowy w supermarkecie. Jak zapewne wiecie, tych samochodzików czy innych ozdobnych pojazdów nigdy nie starcza w kluczowych dniach i godzinach tygodnia, dlatego też dziadek opowiada wnukowi, jak z wielkim poświęceniem podjął bieg po ostatni wózek-samochodzik oraz dlaczego tata śpi za kierownicą. Historyjkia Pawła Beręsewicza zachęcą was do wielu rodzinnych aktywności, może niekoniecznie do takiej sztafety, ale na przykład do stworzenia cowieczornego rytuału czytania, najlepiej z dziadkami i z rodzinnymi albumami. Na rozgrzewkę polecam lekturę spisu treści "Czemu tata siedzi w garnku?", my już na tym etapie bawiliśmy się świetnie. 
 

Bożena Itoya
 

Paweł Beręsewicz, Czemu tata siedzi w garnku?, ilustracje Asia Gwis, Wydawnictwo Literatura, Łódź 2021.

Harjunpää i fińskie sprawy kryminalne


Nie mogę nazwać siebie znawczynią powieści kryminalnych, ale ich miłośniczką – to już owszem. Właściwie ta sympatia jest całkiem świeża, bo po uświadomieniu sobie, że reprezentuję trzecie pokolenie pałające gorącym uczuciem do Agathy Christie i kilkakrotnym przeczytaniu ulubionych śledztw detektywa Poirota, długo nie było nic innego. Aż zaprzyjaźniłam się z serią "Czeskie krymi" wydawnictwa Afera, w ramach której poznałam między innymi sprawy prowadzone przez Tomáša Volfa, jakie znakomity Jiří Březina opisał w "Przedawnieniu" i "Południcy". Druga z wymienionych książek ukazała się w Polsce w bieżącym roku (czeski oryginał: 2016) i właśnie ona skojarzyła mi się z pierwszym przeczytanym przeze mnie fińskim kryminałem, napisanym na początku lat 80. XX wieku "Harjunpą i dręczycielem kobiet". Jego autorem jest Matti Yrjänä Joensuu, zmarły w 2011 roku popularny pisarz i policjant. "Dręczyciela kobiet" w 2013 roku opublikowało Wydawnictwo Kojro, później ukazał się jeszcze "Harjunpää i syn policjanta" (napisany również w pierwszej połowie lat 80.), natomiast wcześniej: "Harjunpää i kapłan zła" (wydanie polskie: 2005, wydanie fińskie: 2003). Wszystkie trzy powieści przełożyła z języka fińskiego Bożena Kojro i chwała jej za to, bo są kryminałami wartościowymi, ważnymi, mocnymi, klasycznymi i w dużej mierze wzorcowymi dla współczesnego gatunku. Myślę, że ich lektura powinna być obowiązkowym punktem czytelniczych wycieczek dla wszystkich wielbicieli publikacji o morderstwach oraz ich społecznych uwikłaniach, ale i fanów samej Finlandii. Helsinki skrywające się poza światłem parkowych, dworcowych i osiedlowych latarń wypadają tu wyjątkowo mrocznie.

Powieść "Harjunpää i dręczyciel kobiet" rozpoczyna się bez żadnych wstępów, po prostu od razu uczestniczymy z jednej strony w nocnej pracy policjantów z wydziału kryminalnego, a z drugiej w procesie myślowym i ucieczce przestępcy. Jeszcze nie wiemy, kim jest, co zrobił i jak jego działania zwiążą się z tytułowym nadkonstablem Harjunpą. Podobnie skonstruowane są pozostałe wydane w Polsce książki Mattiego Joensuu, mistrza splatania wątków i losów. A także genialnego twórcy portretów potencjalnych i faktycznych morderców i gwałcicieli, ich rodzin oraz środowisk, kształtujących i miażdżących psyche sprawców. Przerażające to i bardzo prawdziwe – żaden przestępca nie wziął się znikąd. Dręczyciel kobiet porusza się na krawędzi gwałtu i morderstwa, jest tak niepozorny, że początkowo trudno go zidentyfikować i wszcząć poszukiwania, po prostu udaje się na jogging i atakuje, niekoniecznie powodując duże urazy, stąd poszkodowane nie zawsze zgłaszają napad. Z czasem okazuje się, że przestępca nie jest ani szczególnie inteligentny, ani nieprzewidywalny, jednak ujęcie go oraz zatrzymanie po aresztowaniu pozostaje problemem. Policjanci sami wpadają w swoje sidła, działają nieporadnie, potykają się o formalności i niedobory kadrowe. Taki obraz fińskiego wymiaru sprawiedliwości lat osiemdziesiątych jest kolejną cechą charakterystyczną prozy Joensuu. Niedociągnięcia w pracy operacyjnej to jedno, innym istotnym elementem fabuły jest wyzierająca co jakiś czas i niekiedy omawiana wprost systemowa dyskryminacja kobiet w helsińskiej policji. Współpracowniczką, a później partnerką Harjunpy jest Onerva, czasem podejmująca walkę o równe i godne traktowanie, kiedy indziej zaś zmuszana do pogodzenia się ze stanem rzeczy. Policjantka kilkakrotnie ratuje nadkonstabla z opresji, akceptuje jego spontaniczne, niekiedy co najmniej wątpliwe pomysły, zaś niektóre lekkomyślne projekty podejmują wspólnie, jak zasadzka na dręczyciela kobiet z Onervą jako wabikiem.

Śmiesznostki, słabości i przywary instytucji policji bledną wobec wypaczeń społecznych, jakie dostrzega i opisuje Matti Yrjänä Joensuu. Degeneracje, zaniedbania, niewidzialni dla innych mieszkańców stolicy, choć co dzień mijani na ulicy, klatce schodowej czy nawet w korytarzu własnego mieszkania chorzy, nieszczęśliwi ludzie – oto bohaterowie powieści kryminalnych o nadkonstablu Harjunpie. Nie pierwszoplanowi, bo każde miasto chce ich zepchnąć na jak najdalszy plan, ale w tych literackich, choć nie całkiem fikcyjnych sprawach kryminalnych zaczynają decydować o życiu "dobrych rodzin", niewinnych obywateli należących do klasy średniej (lub wyższej). W "Dręczycielu kobiet" zetkniemy się między innymi ze starszą kobietą pomieszkującą w przeznaczonej do rozbiórki ruderze z dorosłym, poważnie upośledzonym synem, izolowanym przez nią od świata, w tym kluczowych tu spraw seksu. Oboje żywią się tym, co znajdą na wielkim wysypisku śmieci, sprzedając też przeterminowane, wyrzucone, a później przez nich "odzyskane" produkty. Autor niespodziewanie wprowadza ich do akcji, znów ożywiając nasz proces lektury, wrzucając na głęboką wodę czyjegoś losu i myśli. W "Synu policjanta" margines społeczny oznacza zupełnie inną grupę. Chłopiec z tytułu uosabia stoczenie się młodzieży mającej rodziny, a jednak bezdomnej, zaniedbywanej i ignorowanej przez "bliskich", tworzącej szajki, gangi, pijącej, wszczynającej bójki i burdy, a w końcu popełniającej ciężkie przestępstwa. Mikael, bardzo nieletni syn terroryzującego rodzinę policjanta, w Polsce byłby uczniem szóstej lub siódmej klasy szkoły podstawowej. Z pewnością nie zasłużył na to, co go spotyka i co sam robi, na całą tę głupotę i bezsens świata, ale autor jest dla niego bezlitosny, w końcu zna podobne przypadki ze swojej pracy w policji.

Zazębiające się kręgi przemocy domowej, kompleksów, wściekłości, przenoszenia nienawiści i pragnienia zemsty na przypadkowe obiekty, wszystko w "Synu policjanta" prowadzi ku upadkowi bohatera. Choć tak naprawdę tym najważniejszym bohaterem jest wciąż Harjunpää, kochający ojciec i raczej spełniony mąż, rzadko bywający w domu, ale dzięki rodzinie utrzymujący się na powierzchni całej tej gęstej mazi nieszczęścia, z którą ma do czynienia w pracy. Nadkonstabl to postać bardzo ludzka, żaden z niego twardziel w pełni izolujący życie prywatne od służbowego, martwi się o córki i żonę, odnosi do nich choroby (fizyczne i psychiczne, cywilizacyjne i społeczne) ofiar i sprawców przestępstw. W kolejnych tomach serii przeżywamy z nim to podenerwowanie, niekiedy przebijające przez wszystkie okropieństwa ujawniane w śledztwie. Nie dziwcie się więc, że na blogu poświęconym literaturze dla dzieci i młodzieży omawiam te fińskie powieści kryminalne, bo choć adresowane do dorosłych, napisane zostały w dużym stopniu DLA młodych – dla ich dobra, w celu otrzeźwienia (niekoniecznie pijących, ale zawsze upojonych własnymi "nadrzędnymi" troskami) rodziców, opiekunów i innych decydentów dziecięcego losu. 


Bożena Itoya 

Matti Yrjänä Joensuu, Harjunpää i dręczyciel kobiet, z języka fińskiego przełożyła Bożena Kojro, Wydawnictwo Kojro, Rusiec 2013. 
Matti Yrjänä Joensuu, Harjunpää i syn policjanta, z języka fińskiego przełożyła Bożena Kojro, Wydawnictwo Kojro, Rusiec 2017.

niedziela, 29 sierpnia 2021

Łatwo być miłym!

 

Książka "Łatwo być miłym!" to sprytny drobiazg pokazujący, jak pewien prosiaczek zgłębia tajniki empatii i społecznego pożycia. Autorka, włoska ilustratorka Francesca Pirrone, przygotowała dla małych czytelników jasne przesłanie, zresztą cała ta publikacja jest pełna światła i pozytywnych wibracji. Przejrzystość słów, użytych bardzo skromnie, i dużych, zajmujących niemal całe strony kadrów nie wyklucza potrzeby skoncentrowania się na treści. Każdy segment książki składa się z polecenia, czy raczej zalecenia: "Dziękuj.", "Uśmiechaj się.", "Bądź cierpliwy.", "Wspieraj.", "Dbaj.", "Chroń.", "Ratuj.", "Pomagaj.", "Przepuszczaj.", "Dziel się.", "Szanuj Ziemię", oraz trzech obrazków, z których pierwszy zawsze jest wstępem, a jego sens rozumiemy dopiero po przewróceniu kartki i obejrzeniu dalszego ciągu, przy czym do przyswojenia całości przeważnie konieczny jest powrót do pierwszego kadru tej minihistoryjki.

Bohater przemierza kolejne strony zbierając przeżycia, dobre uczynki i przyjaciół. W małym-wielkim finale "zdjęcie" grupowe i bagaż doświadczeń są już całkiem pokaźne. Utrwalone kolejnymi lekturami, bo też "Łatwo być miłym!" wydaje się książką, do której maluch będzie wracał chętnie i wielokrotnie, proste przekazy autorki mają szansę głęboko zakorzenić się w systemie wartości dziecka. Nauce sprzyjają śliczne, dopracowane ilustracje, będące jakby wyimkami z większego komiksu. Kompletności brakuje, ponieważ nie znamy motywacji bohatera, nie wiemy, czemu ze złości czy kłótni z królikiem o to, kto pierwszy ma się huśtać, płynnie przechodzi do pokojowego rozwiązania, ta zgoda następuje na zasadzie deus ex machina. Może wystarczyła rada autorki: "Przepuszczaj"? A może pierwszy obrazek nie jest każdorazowo początkiem historyjki, tylko jej gorszym wariantem, a dalej następuje dwuobrazkowa dróżka, którą powinniśmy obrać? Sami zdecydujcie, jak będziecie objaśniać swoim dzieciom i uczniom, że łatwo być miłym.

Bożena Itoya

Francesca Pirrone, Łatwo być miłym!, tłumaczenie Katarzyna Radziwiłł (na podstawie wydania holenderskiego), Muchomor, Warszawa 2020.

Malutki Lisek i Wielki Dzik. Okropieństwo

Szósty tom serii "Malutki Lisek i Wielki Dzik" Bereniki Kołomyckiej jest świeżutki niczym nowalijka. Już na etapie okładki oko czytelnika tonie w zieleni, a małe ręce chcą głaskać – liście i Liska. Historyjka opowiedziana w tym albumie w niewielkim stopniu nawiązuje do poprzedniego, ale można ją czytać i oglądać niezależnie od wcześniejszych odsłon cyklu, w ogóle zaczynając od "Okropieństwa". Nie trzeba wcześniej znać bohaterów, by ich polubić. To może być wasz liskowo-dzikowy debiut. Lekkość pióra i pędzla autorki, tak daleka od maniery, pozornie wydaje się również wskazywać na debiut, ale wystarczy bardziej zagłębić się w lekturę, by docenić poziom artystyczny i techniczne umiejętności kadrowania oraz "dymkowania" bohaterów. Są bardzo wysokie, jak przystało na pierwszą damę polskiego komiksu dla dzieci.

Malutki Lisek i inne zwierzęta szykują się do zimy, gromadząc zapasy lub szukając tych już zebranych, ale zapomnianych. Rozmawiają. Rozmyślają. Trochę filozofują. Nie jest to komiks akcji, przynajmniej nie w tym stereotypowym znaczeniu, jakiego spodziewaliby się przeciwnicy uznawania kolorowych zeszytów za pełnowartościowe książki, czyli wciąż dobrze się mające osoby komiksy dyskredytujące. Targetem "Okropieństwa" nie są dzieci, które trzeba zmuszać do czytania i lepiej niech już czytają komiksy z ich błyskawiczną, dziwnie poprzecinaną fabułą niż nic, chociaż tak naprawdę to żadna książka. Berenika Kołomycka tworzy dla młodych i wiecznie młodych odbiorców, którzy lubią i umieją przyswajać malownicze leśne widokówki składające się w spokojną, nastrojową opowieść oraz chcą i potrafią myśleć, także o innych. Tematem tego albumu jest bowiem przede wszystkim przyjaźń, także taka zmuszająca do wyrzeczeń, a przyznanie się do winy, podjęcie ryzyka utraty zaufania czy w ogóle przyjaciela, bywa największym wyrzeczeniem.

Wielki Dzik reprezentuje spokojne, refleksyjne podejście do życia, niekiedy okazuje odwagę nie poddaje się nurtowi plotek ani grupowej paniki. Malutki Lisek jawi się jako jego przeciwieństwo – w gorącej wodzie kąpany, czasem rozpali się do pomarańczowości, palnie coś, potem szybko żałuje. Świadkiem liskowej żywiołowości i narzekania na Dzika jest Koszatka (najśliczniejsza z uroczych postaci w komiksie), która zlękniona przekazuje wieść Wiewiórce, ta z kolei biegnie z doniesieniem do oczernianego przez rudego. Gdy już myślimy, że wszystko potoczy się jak zwykle, to znaczy zostaniemy pouczeni, jak powstaje plotka i ile może zrujnować, następuje niespodziewany zwrot, a właściwie stop akcji. Dzik zanim wysłucha wiadomości przeprowadza test, czy rewelacja, z którą przychodzi do niego Wiewiórka jest prawdą i czymś dobrym. Przy braku pewności co do którejkolwiek opcji, wielka nowina zostaje porzucona na rzecz patrzenia sobie na śliczne rybki. Bardzo dobrze rozumiem Wielkiego Dzika i niniejszym uznaję za mojego guru. Zamiast truć codzienność plotkami, wyrzutami i podejrzeniami, lepiej wszyscy obserwujmy wodny, leśny i powietrzny drobiazg. A przynajmniej czytajmy komiksy Bereniki Kołomyckiej, której podejście do świata i sztuki komiksu podbudowuje i przywraca równowagę.

Bożena Itoya

Berenika Kołomycka, Malutki Lisek i Wielki Dzik. Okropieństwo, Egmont Polska, Warszawa 2020.

Niemożliwe



Portugalska książka "Niemożliwe" Catariny Sobral pokazuje i omawia poważne, fundamentalne wręcz sprawy (wszech)świata w bliskiej dzieciom oprawie plastycznej i formie krótkich, jasnych komunikatów. Jest to spójna, przystępna opowieść – czytelnik ma wrażenie, że bierze udział w występie wprawionego opowiadacza, który na dodatek jest rysownikiem. Ale takim posługującym się dziecięcym językiem plastycznym, myślącym jak sam słuchacz / oglądacz. Zadaniem czytającego maluchom dorosłego jest zmieniać głos, przybierać odpowiednie intonacje, dodawać dźwięki zwierząt, wiatru, wybuchów, wody, naśladować stąpanie dinozaurów i ogólne zrobić takie przedstawienie, na jakie ta wspaniała książka zasługuje.

Wszystko zaczęło się wtedy, kiedy wszystko było w jednym miejscu.

Pomysłowość autorki zachwyciła mnie dowcipem, barwnością i pewną oczywistością, na którą jednak rzadko kto by wpadł. Właśnie tak należy przybliżać kilkulatkom zagadnienia powstawania materii i życia, naszego układu i planety, czyli kwestie trudne do objęcia nawet najtęższymi, kilkudziesięcioletnimi umysłami. Jest w "Niemożliwym" rozmowa o małym i wielkim, o rozroście, odłączaniu się i zbliżaniu, o cząsteczkach, które wyglądają jak różnobarwne i wielokształtne urodzinowe baloniki z oczami. Perspektywy się zmieniają, dlatego też my musimy obracać książkę, bo chwilami wszystko staje na głowie i również dymki z tekstem oraz towarzyszące nam w lekturze dzieci (może one to wszystko rysują?) lądują do góry nogami.

W tej jednej milionowej sekundy wszechświat urósł tak bardzo, że o ile wcześniej nie bylibyśmy w stanie go zobaczyć, bo był za mały, o tyle teraz nie możemy objąć go wzrokiem, bo jest gigantyczny!

Treść książki trudno jest opisywać słowami, bo te wypowiadane są różnymi czcionkami, w towarzystwie obrazków, z których każdy stanowi integralny element historii. Wyobraźnia dziecka bawi się świetnie, szczególnie przy umysłowej gimnastyce, jaką autorka zaproponowała zamykając dotychczasowy rozwój świata w granicach jednego roku. Te bardzo obrazowe ćwiczenia z myślenia przydadzą się każdemu starszemu przedszkolakowi, uczniowi zerówki i pierwszej klasy, a kto wie, może z tej formy popularyzacji wiedzy skorzystają i starsi. Zwłaszcza z najfajniejszego we wszechświecie słowniczka, który zamyka książkę pod postacią superkontynentu (w superbohaterskiej pelerynie). 


Bożena Itoya 

Catarina Sobral, Niemożliwe, z portugalskiego przełożył Jakub Jankowski, Wydawnictwo Druganoga, Warszawa 2021.

Kuferek Adama Mickiewicza

 

Jako dziecko lubiłam twórczość Adama Mickiewicza, w niektórych przypadkach nawet bardzo. Po niedawnym ukończeniu szkoły podstawowej przez mojego syna mam już wieszcza trochę dosyć, a wizja kolejnych obowiązkowo czytanych w szkole średniej dzieł zdecydowanie mnie przygnębia. "Kuferek Adama Mickiewicza" okazał się miłą odskocznią od szkolnego trybu analizy poezji i literatury w ogóle.

Napisana przez Jarosława Mikołajewskiego niewielkich rozmiarów książka jest lekką biografią opowiedzianą w konwencji muzealnego oprowadzania. Taki charakter opowieści wynika z proweniencji tytułowego przedmiotu i samego autora, oboje bowiem reprezentują warszawskie Muzeum Literatury imienia Adama Mickiewicza. Eksponat pozwala zrozumieć kluczowe dla życia patrona podróże, zbliżyć się do jego miłości i lęków, decyzji, polityczno-społecznych warunków bytowania. Jarosław Mikołajewski cytuje wiersze, celnie wskazuje ich lokalizację chronologiczną, "państwową" i... uczuciową. Wstępnie interpretuje poezję, dyskretnie podsuwając młodemu czytelnikowi myśl, że te wszystkie duchy przeszłości nie muszą być tak upiornie nudne i trudne. Zostawia przestrzeń dla indywidualnej pracy z "Panem Tadeuszem", "Dziadami" czy "Świtezianką", która i tak czeka każdego polskiego ucznia, warto więc zacząć ją przyjemnie, z mądrym przewodnikiem, jakim jest Jarosław Mikołajewski.

"Kuferek Adama Mickiewicza" adresowany jest do dzieci ze szkoły podstawowej, a na tym poziomie polskie książki prawie zawsze mają ilustracje. Tutaj obecność obrazków jest zrozumiała ze względu na ich charakter informacyjny. Ewa Mędrek po prostu płynnie uzupełnia tekst mapą, portretami, przy czym te o nieznanych twarzach zwracają szczególną uwagę i zapadają w pamięć, przedstawieniami ważnych dla opowieści miejsc, budynków wiązanych z naturą (gałęziami, falami), świetnymi ilustracjami do "Ballad do romansów", które mogą nie wydawać się obligatoryjne, ale bez nich wzmianka o romantyzmie pozostałaby suchą notką, a tak udało się wprowadzić odpowiedni nastrój, będący przecież podstawą tej epoki literackiej. Seryjność grafik wskazujących na temat wojny: armat i żołnierzyków, genialnie pokazuje zarówno gigantyzm wojen, ich wszechobecność, taśmowe płynięcie uzbrojonych ludzi oraz dział, zalewanie przez nie świata, jak i pewną karykaturalność, absurdalność tych wszystkich zrywów, bojów, wyzwolicieli, z czasem zaklętych w pozbawione twarzy figurki w dziecięcej zabawie, czy nawet książce.

Bożena Itoya

Jarosław Mikołajewski, Kuferek Adama Mickiewicza, ilustrowała Ewa Mędrek, Muchomor, Warszawa 2019.

A może morze?


Przewodnik i pamiętnik, książka aktywnościowa i miniencyklopedia Bałtyku ‒ to wszystko połączyły w jednym broszurowym wydawnictwie Barbara Caillot i Aleksandra Karkowska. Jeśli zastanawiacie się nad kierunkiem całorocznych rodzinnych (a nawet szkolnych) wycieczek i rozwoju zainteresowań waszych dzieci czy uczniów, wyskakujących powoli z przedszkolnych i wczesnoszkolnych trzech linii oraz programów ćwiczeń zamkniętych w tym etapie edukacji, rozważcie proszę: "A może morze"? Dla absolwentów przedszkola i pierwszaków publikacja ta może okazać się zbyt rozbudowana, większości zadań nie mogliby wykonywać samodzielnie, stąd zabawa w znawcę Bałtyku byłaby mniej ciekawa i angażująca. Na starsze dzieci czekają całe godziny obserwacji i notowania. Po otwarciu zeszytu, tuż za delikatną, muszelkową wyklejką, widzimy miejsce do podpisania przez właściciela, ale nie tylko imieniem i nazwiskiem, a także miejscowością zamieszkania, odległością od morza oraz datą rozpoczęcia notatek. Właściwą część publikacji rozpoczyna mapa polskiej linii brzegowej Morza Bałtyckiego z oznaczonymi miejscowościami, których nazwy należy samodzielnie wpisać podczas uzupełniania zeszytu, oraz z miejscem na wypunktowanie ulubionych. Dalej następuje kalendarz pogody na cały miesiąc, z rubrykami czekającymi na rysunki słońca, chmur, deszczu, fal w różnym natężeniu oraz na oznaczenia temperatury wody i powietrza. Takie obserwacje wymagają sumienności oraz regularności, więc dziecko nabywa kompetencji potrzebnych nie tylko w pracy naukowej, ale i w najzwyczajniejszej szkole. Przy okazji młody badacz Bałtyku będzie miał się czym zająć w nudniejsze, deszczowe dni wyjazdu.

Wśród zadań zaproponowanych w "A może morze?" znalazły się ćwiczenia plastyczne i techniczne, jak labirynt zamknięty w latarni morskiej, kolorowanie starej pocztówki, wykonanie różnych przedmiotów z kamyków, składanie papierowego statku czy budowa latawca według instrukcji; przyrodnicze (zgadnij, jaka to ryba, zwierzęta w Bałtyku, odrysuj kontur muszli i spróbuj dopasować do opisu); geograficzne (nazwy krajów nadbałtyckich, wspomniana mapa); żeglarskie (alfabet Morse'a, węzły, typy statków, tajemnice latarni morskiej), a nawet socjologiczne (ankieta z "człowiekiem morza"). Aktywności przeplatane są ciekawostkami i faktami, właściwie nawet są z nimi spojone, bo fragmenty do wypełnienia należą do szerszych notatek albo konkretnych dziedzin wiedzy i zawsze uzupełniając czy układając tekst dziecko uczy się czegoś.

Jestem pod wielkim wrażeniem profesjonalizmu autorek, odpowiedzialnych również za projekt graficzny (wraz z Katarzyną Brzostowską). Nauka i zabawa zostały tu idealnie zrównoważone, zadania można wykonywać w dowolnej kolejności, niekoniecznie wszystkie, bez stresu i jakiegokolwiek szkolnego nacisku. W razie wątpliwości, na ostatniej stronie znajdziecie odpowiedzi do trudniejszych quizów. Ilustracje i czcionki podtrzymują wrażenie lekkości, całość sprawia przyjemność, daje satysfakcję ze sprawdzenia się w niełatwych wyzwaniach oraz pozwala połknąć bakcyla Bałtyku ‒ niegroźnego, choć mocno zaraźliwego, bo zapadają nań całe rodziny, nie chcąc nigdy "zdrowieć" i przekazując go kolejnym pokoleniom. 


Bożena Itoya 

Barbara Caillot, Aleksandra Karkowska, A może morze?, Oficyna Wydawnicza Oryginały, 2020.