cudanakiju.pl

cudanakiju.pl

niedziela, 29 sierpnia 2021

Mój cień jest różowy


Jeżeli za przekład książki dla dzieci bierze się Michał Rusinek, poeta i językowy sztukmistrz, to musi czekać nas lektura wyjątkowa. W końcu spod jego pióra wyszły polskie wersje "Fistaszków" (Wydawnictwo Nasza Księgarnia) oraz opowieści Tomiego Ungerera ("Otto", "Księżycolud" i "Trzej zbójcy", Wydawnictwo Format). "Mój cień jest różowy", stwierdza chłopiec wpatrujący się w swoje roztańczone odbicie, odziane w spódnicę baletnicy. Taką okładkę przygotował autor oryginalnego tekstu i zarazem ilustracji: Scott Stuart. Minęło kilka miesięcy od polskiej premiery tej dość głośnej książki adresowanej do kilkuletniego czytelnika i jego rodziców, spróbujmy na chłodno spojrzeć na jej zalety i przekaz, nie mieszając się w medialne wybuchy ideologicznej agresji. Ewentualne rozterki dotyczące wartości czy zasad ugruntowywanych przez tę publikację wynikać mogą z jej tematu. Autor opowiada bowiem o przełamywaniu uprzedzeń i zachowaniach wychowawczych rodzica dziecka, które nie identyfikuje się (przynajmniej nie w pełni) ze swoją biologiczną płcią. Kwestia ta rozciągana jest na inne "tożsamości nienormatywne". Tytułowy cień oznacza tu drugie "ja" lub "ja" pierwsze, ale w jakiś sposób wstydliwe i ukrywane, potrzebujące ujawnienia. Posiadający konserwatywne poglądy dorośli czytelnicy książek dla dzieci mogą odetchnąć i nie poczuwać się do obowiązku bycia zbulwersowanym, bowiem "Mój cień jest różowy" okazuje się nie być książką kontrowersyjną, krytykującą kogokolwiek, piętnującą dzieci "normalne", mieszającą im w głowach. Tu jest miejsce dla każdego, a jeśli nie zgodzicie się z tatą głównego bohatera, możecie wyjaśnić swojemu dziecku, czemu nie ma on racji i jak wy byście postąpili, gdyby to ono czuło się wyklęte ze świata.

Cień taty mojego niebieski jest cały - i wszystkie chłopaki w rodzinie taki miały.

Na dużych, pokrywających całe (również niemałe) strony ilustracjach poznajemy zmartwionego chłopca wojującego z własną przynależnością: do rodziny, oczekiwań, społecznej roli, zachowań i zainteresowań, jakie przyporządkował mu świat ze swoimi normami i kategoryzacjami. Niezadowolony z siebie samego wyraźnie cierpi. Po chwili jednak okazuje się, że gdy nasz bohater jest sam, jego różowy cień jest dobrym, zabawnym kompanem, tylko że ta zabawa kończy się wraz z pojawieniem bardzo męskiego mężczyzny, czyli taty.

Twój cień już niebawem nie będzie różowy. Nie przejmuj się - mówi. - To etap przejściowy.

Pasować do rodziny, w ogóle do świata – to marzenie i wyzwanie dla malucha, który właśnie idzie do szkoły. Trudno uwierzyć w podobną odwagę, ale mimo kompleksów i samoakceptacji bliskiej zeru, chłopiec spędza pierwszy dzień w spódniczce baleriny. Podoba się sam sobie, tata wygląda na strapionego, inni uczniowie gapią się i śmieją. Po lekcjach ciuszek i wiara w siebie zostają rzucone w kąt, bohater zaszywa się pod pierzyną, a ojciec... Zachowa się zupełnie inaczej niż na początku tej historyjki. Nie, idylla nie nadejdzie nagle, ale uda się wypracować jakąś drogę do pewności siebie i szerszego patrzenia na świat. A chyba dokładnie takie są cele wzajemnego wycho(wy)wania się w rodzinie przez dorosłych i dzieci, prawda? Spróbujcie zatańczyć, jak wam zagrają wasze cienie, w rytm lekkiego przekładu Michała Rusinka. Czasem będzie różowo, kiedy indziej dopadnie was blue monday albo inny niebieski cień codzienności, ale na pewno warto dać się zaprosić do tej lektury w rozmaitych układach i kolorach tęczy. 
 

Bożena Itoya 

 Scott Stuart, Mój cień jest różowy, przełożył Michał Rusinek, Wydawnictwo Znak Emotikon, Kraków 2021.

Lama mania



Lamy są ostatnio modne, w Polsce chyba bardziej jako motyw zdobiący rozmaite artykuły papiernicze niż żywe zwierzęta, chociaż te pojawiają się w charakterze terapeutów i gwiazd specjalnych farm. Opublikowanie świeżutkiej, we francuskim oryginale wydanej zaledwie rok temu książki "Lama mania" to świetny ruch wydawnictwa Muchomor, bo zdecydowanie istnieje duże grono zainteresowanych młodych odbiorców. Autorką tego kompendium jest francuska pisarka Françoise de Guibert, w której dorobku znajdują się liczne publikacje adresowane do najmłodszych, między innymi popularnonaukowe przewodniki po faunie i sztuce, encyklopedie Larousse'a, ale także adaptacje mang. Zróżnicowane są również dokonania ilustratorki Anne-Hélène Dubray, tworzącej bardzo ciekawe, tryskające kolorami albumy (sądząc po mojej małej internetowej kwerendzie). Obie panie debiutują na rynku polskim właśnie "Lama manią".

Przewodnik po świecie lam opowiada zarówno o funkcjonowaniu tych zwierząt w naturze, jak i ich życiu z człowiekiem. Dowiadujemy się co nieco o południowoamerykańskiej krainie lam – płaskowyżu śródgórskim Altiplano, leżącym w Andach Środkowych, na terenie Boliwii i Peru. Tu od razu zaznaczam, że autorka wspomina jedynie o "Altiplano – krainie lam", zaś jego dokładną lokalizację i charakterystykę czytelnik musi sprawdzić w innym źródle, o ile poczuje taką potrzebę. Françoise de Guibert omawia za to skoki temperatur w środowisku naturalnym lam, ich metody przystosowania do warunków pogodowych, dokładny wygląd, pokarm, reguły i długość życia w stadzie oraz rodzinie, smykałkę do ekologii, szkoły i podróży. Wymieniane są również inne gatunki żyjące w Altiplano, dzicy kuzyni lam oraz prehistoryczne wielbłądowate. Dowiadujemy się, jak ludzie wykorzystywali lamy w przeszłości, czemu szukali ich towarzystwa i do czego są im potrzebne współcześnie. Na zakończenie możemy wykonać quiz, w którym mylne odpowiedzi są na tyle dowcipne, że trudno się pomylić.

Szereg porządnie przedstawionych ciekawostek najwięcej zyskuje dzięki wyobraźni ilustratorki i przyjaźni, jaką wyraźnie żywi ona wobec swoich modelek. W pracach grafików bardzo często widać, czy dobrze bawili się przy ich tworzeniu i sądzę, że rysowanie lam sprawiło Anne-Hélène Dubray wielką przyjemność. Ta twórcza radość udziela się małym czytelnikom, zwłaszcza przy oglądaniu rozkładówek z "minami i minkami" lam (można spróbować naśladowania, polecam zwłaszcza teatrzyk cieni) oraz wyszukiwanką "gdzie jest lama" – nie ma tam co prawda żadnego przebojowego "living room", ale zdarzają się inne nieoczekiwane miejsca. Cała publikacja jest zróżnicowana i sympatyczna jak same bohaterki oraz ciepła jak ich wełna, koniecznie zanurzcie się w niej w jakiś zimny letnio-jesenny wieczór. 


Bożena Itoya 

Françoise de Guibert (tekst), Anne-Hélène Dubray (ilustracje), Lama mania, tłumaczenie Katarzyna Radziwił, Muchomor, Warszawa 2021.

Opowieści z głębi miasta

 

Jeśli polubi się opowieści Shauna Tana, to od razu bardzo. Z niecierpliwością czeka się na kolejne, często sięgające magicznej głębi miasta (lub przedmieść) historie tworzone słowem i obrazem. Ostatnia książka australijskiego artysty wydana w Polsce, jak zwykle przez kulturę gniewu, zawiera poetyckie grafiki i teksty ‒ krótsze i dłuższe opowiadania oraz wiersze, łącznie 25 epizodów o zwierzętach, bohaterach prawdziwych i zarazem wyimaginowanych. Oderwanie publikacji od schematów, jej nietypowość i niedefiniowalny charakter rzuca się w oczy już na etapie spisu treści ujętego w formie ikon, cieni zwierząt z numerami stron, na których zaczynają się poświęcone im rozdziały. Obrazki te nie zostały ułożone w kolejności następowania opowieści, nie znamy klucza zastosowanego w spisie treści. Pozostaje nam podążać za myślą autora, porzucić utarte tory myślenia o książce, jej celach i formach, po prostu wniknąć do głębi miasta.

Pewnego dnia rzuciłem w ciebie kijem.

Przyniosłeś mi go z powrotem.

Moja dłoń dotknęła twojego ucha.

Twój nos dotknął tyłu mojego kolana.

Ruszyliśmy przed siebie, jedno obok drugiego,

jakby tak było od zawsze.


Czas rozlał się między nami

bezkresną rzeką,

rozpostartymi równaniami, uniesionym niebem,

aż zakrzyknąłeś do mnie,

Świat należy do nas!

I tak było.

Opowieść o psie jest intymna, osadzona w bliskości, i równocześnie historyczna, bo porusza dzieje nawiązywania relacji, która z czasem przeistacza się w wielowiekową przyjaźń psio-ludzką. Sam tekst wiersza mógłby się wydawać nieco mizerny, nazbyt wzniosły, ale towarzyszy mu szereg ilustracji będących realizacją tej samej wiecznej przygody w różnych czasach, szerokościach geograficznych, rozmaitych wcieleniach. Bardzo to ładne i wzruszające.

Zupełnie inne wrażenia i emocje wywołują krokodyle, które niezauważone mieszkają w sięgającym chmur biurowcu. Realizm magiczny połączony z bardziej lub mnie dyskretnym ekomorałem przebija przez gładką ściółkę większości opowieści. Ludzka perspektywa wypada tu śmiesznie. Jesteśmy tylko pyłkiem na drodze, czymś nieistotnym, małostkowym i zarozumiałym, nieświadomym prawdziwego trwania świata, jego sensów. Nasze miasta są zabawkami, poczekalniami, migawkami dla mitycznych istot przybierających postać gigantycznych ślimaków uprawiających miłość na miejskich szosach, fascynujących brokatowych ryb dryfujących wysoko nad dachami lub (pozornie) zwyczajnych zwierząt. Te stworzenia nigdy nie są typowe, ale mi bardzo łatwo było przeniknąć do wizji Shauna Tana, niemal uznać je za własne, może dlatego, że już na stronie siedemnastej przyleciały motyle, a ja przeżyłam podobną opowieść na żywo z ćmami w centrum swojej metropolii. Pamiętam, jak pisałam do koleżanek z pracy, bo bardzo chciałam dzielić z nimi ten moment, gdy powietrze zmieniło się w drgające skrzydła. Tak dobrze jest utrwalić własne magiczne doświadczenia w czyjejś książce.

Krążyły, tańczyły i trzepotały wokół naszych uszu niczym niemy cud. Staliśmy zupełnie nieruchomo, jedno obok drugiego, jak zator na moście, wstrzymując każdy oddech i każde mgnienie oczu w oczekiwaniu na zwiewne błogosławieństwo maleńkich owadów. "Patrz! Patrz! Tu, na ramieniu, na ręce, na kolanie, na głowie! Zaczekaj! Nie ruszaj się! Spójrz na tego, na moim nosie!". I przez ułamek chwili, z twarzami i dłońmi obróconymi ku niebu, nie pytaliśmy dlaczego. Zgiełk w naszych głowach zamilkł, niekończące się zwoje taśmy z głosem narratora doszukującym się wszędzie skutku i przyczyny, znaku i symbolu, jakiegoś konkretnego znaczenia, wartości czy przesłania ‒ wszystko to po prostu ustało, a do nas przyleciały motyle.

(Przyp)owieści Shauna Tana bywają smutne, kiedy głęboko wnikają w naszą potrzebę ujarzmiania natury, likwidacji potworów, uczestniczenia w widowisku śmierci ‒ czasem nazywanym polowaniem, kiedy indziej połowem. Dobrze choć raz zobaczyć, jak to naprawdę wygląda, ubrać w poezję i malarstwo codzienność naszej leniwej konsumpcji i niby-nieszkodliwego, biernego gapienia się. Inne historyjki tchną w nas marzenia i nadzieję, bo przemawiają prosto do serca, językami literatury i grafiki. I tu doszło do mojego kolejnego spotkania: sowa Shauna Tana przefrunęła do "Kraboszek" Barbary Piórkowskiej, łącząc zupełnie różne literackie światy. Polecam takie transgatunkowe, "międzyautorskie" przeżywanie "Opowieści z głębi miasta".

Analogii jest oczywiście więcej, również takich bezpośrednich, bo chyba każdy skojarzy miniaturę o żabach z "Cykadą", czyli właściwie "Przemianą" Franza Kafki. Zresztą tom obfituje w transformacje i podmiany, niektóre jawią się jako wyzwolenie, inne przerażają i ostrzegają. A Shaun Tan bawi się wyśmienicie i jako metaforysta, i jako moralista, celnie podsumowując kondycję ludzkiego społeczeństwa ‒ czasem bardziej dramatycznie, kiedy indziej kąśliwie. Przede wszystkim zaś snuje te niepowtarzalne obrazy, z których może nie wszystkie mnie przekonują, ale tych wypowiedzianych jakby specjalnie dla mnie nigdy nie zapomnę: koni, jaka, gołębi, kota, lisa. "Opowieści z głębi miasta" są dziełem, do którego wraca się często, bo jego czytanie i oglądanie wywołuje łącznie wrażenia, jakie znamy z wizyt w galeriach, kinach, muzeach i bibliotekach, gromadzących wiedzę o całej twórczej i niszczycielskiej działalności człowieka oraz jej artystyczny komentarz.

Bożena Itoya

Shaun Tan, Opowieści z głębi miasta, tłumaczenie Anna Warso i Wojciech Góralczyk, Kultura Gniewu, Warszawa 2018.

poniedziałek, 26 lipca 2021

Siedem dni i Zadurzenie



Trudne tematy w literaturze dla młodzieży już nie szokują. Potrzeba powieścioterapii (jako kontynuacja dziecięcej bajkoterapii) jest stale silnie odczuwana zarówno przez zagubionych nastolatków, jak i przez zapewniających im wsparcie dorosłych: wydawców, jurorów konkursów literackich, pisarzy, pedagogów, rodziców. Co roku poszerza się więc oferta książek pomagających zrozumieć traumy i uzależnienia ‒ od toksycznych relacji, przemocy, internetu, mediów społecznościowych, gier, adrenaliny, używek ‒ oraz, co ważne, wykonać pierwszy krok do wyjścia z nich. Tylko pierwszy, bo literatura zawsze pozostaje literaturą, nie zastąpi profesjonalnej diagnozy i terapii.

Eve Ainsworth jest angielską pisarką opowiadającą o wykluczeniu, porzuceniu, braku samokontroli i wiary w siebie, schematach postępowania osób prześladujących i prześladowanych (w domu, szkole, na osiedlu), o pustce, depresji, śmierci. Mimo tak ciężkich, pozornie dołujących i nie dających dobrych rokowań stanów czy zachowań, powieści tej autorki niosą dużo nadziei, mówiąc kolokwialnie: dają kopa. Po ich przeczytaniu otwiera się szeroko oczy, zaczyna rozglądać i podejmować działania, także skierowane w siebie samego.

Na polskim rynku księgarskim (i bibliotecznym) dostępnych jest pięć publikacji Eve Ainsworth, dwie pierwsze: "Siedem dni" oraz "Zadurzenie", ukazały się w 2017 roku w przekładzie Marcina Mortki. To był bardzo ambitny i odważny ruch ze strony wydawnictwa Zielona Sowa. Głównymi tematami książek są bowiem odpowiednio brutalny bullying oraz pierwsza miłość, odczuwana przez czternastolatkę do agresywnego chłopca przejmującego kontrolę nad jej życiem. Trudno sobie wyobrazić okazję, na którą prezentem mogłyby być te powieści. Początek roku szkolnego? Pierwszy poważny związek? Podarunek zawsze wypadłby złowróżbnie, lepiej więc obie podsunąć i przeczytać w ramach profilaktyki dojrzewania, choć nie jest ono żadną chorobą.

"Siedem dni" zbudowane zostało na koncepcie podwójności, dwuznaczności, dwustronności. Można próbować dopasowania metafor dwóch stron medalu, dwóch końców każdego miecza, ale tak naprawdę chodzi po prostu o racje obu stron, empatię, psychologiczne podejście do osoby nękanej (Jess) i nękającej (Kez). Powieść ma formę przeplatających się pamiętników dwóch dziewcząt, których role wraz z rozwojem akcji okazują się coraz bardziej dramatyczne i nieoczywiste. Eve Ainsworth pracowała jako szkolny pedagog, w swoich książkach czerpie garściami z rozmów przeprowadzanych z młodzieżą, z korespondencji z nimi oraz z innych własnych doświadczeń. W "Siedmiu dniach" znajdziecie dużo dosadności, szarości, gwałtowności, dosłowności i rozpaczy. Czeka was również spotkanie z osiedlowym aniołem stróżem, zwykłym chłopcem, którego znaczenie niektórzy mogą przeoczyć. Później jednak sięgną po drugą książkę, bo kto przejdzie katharsis "Siedmiu dni", raczej na pewno zechce przeżyć "Zadurzenie", w którym gdzieś z boku akcji znów pojawi się Lyn.

"Zadurzenie" opowiada o nastoletniej miłości, która pochłania całą uwagę i czas. Bohaterka może wydawać się zaślepioną idiotką, pustą laską spełniającą się jako odbicie w oczach szkolnego przystojniaka, pozbawioną wsparcia przyjaciół i rodziny outsiderką, która wreszcie znajduje zainteresowanie, ale to tylko pozory. Charakterystyka Anny jest znacznie bardziej rozbudowana, warto zrezygnować z uproszczeń i lepiej ją zrozumieć, by dogadywać się z młodzieżą ‒ niezależnie, czy w waszym przypadku oznacza to rówieśników, własne dzieci czy uczniów. W wielu nastolatkach możecie dostrzec coś z Anny lub jej chłopaka Willa, którego krótkie listy następują po każdym rozdziale prowadzonym w dziewczęcej narracji pierwszoosobowej. Znów mamy więc dwie skrajne perspektywy i, podobnie jak w "Siedmiu dniach", dwójkę bohaterów funkcjonujących na granicy wytrzymałości. A może już poza nią? Według mnie nagromadzenie problemów w obu książkach jest nieprawdopodobne, napięcie sięga zenitu, a potem odlatuje gdzieś w kosmos. Rozumiem potrzebę wskazania, skąd biorą się kompleksy oraz zachowania "przemocowe", w tym autoagresja, jednak tak wysokie stężenie trudności i patologii, z jakim spotkałam się w powieściach Eve Ainsworth, pasuje bardziej do podręczników czy poradników psychologicznych niż do literatury. Chyba że tej popularnej, z niezbyt gustownymi okładkami poskładanymi z darmowych zdjęć i obrazków przez słabego grafika. Do literatury fachowej nie pasują tylko optymistyczne zakończenia, które zresztą niezbyt mnie przekonały ‒ zwłaszcza w przypadku "Siedmiu dni".

Obie powieści prezentują zarówno sytuacje spotykane na co dzień w przeciętnej polskiej szkole, na każdym podwórku i w wielu domach, jak również realia charakterystyczne tylko dla wielkiego miasta, mieszkań i klatek niekończących się blokowisk. Pojawiają się również podziały głębsze, będące specyfiką między innymi angielską: na lepsze i gorsze rodziny, szkoły, dzielnice oraz osiedla. Na wyraźnie zarysowane klasy społeczne. Dla polskiego czytelnika niektóre akcenty świata przedstawionego zabrzmią obco, może nawet niezrozumiale. Mnie ten wniosek wydał się budujący: nasze dzieci nie doświadczają tak wyraźnej presji i dyskryminacji ze względu na miejsce wychowywania się, swojej nauki czy pracy rodziców. Bohaterom udaje się czasem przeskoczyć granice, które nas przeważnie nie dotyczą, w naszych warunkach nawet nie istnieją, co nie oznacza, że powinny pozostać niewidzialne. To kolejna forma zapobiegania społecznym nieszczęściom, tylko tym razem dotyczącym ogółu, a nie jednej osoby przeżywającej własne koszmary. Czytajmy Eve Ainsworth, by mieć świadomość nierówności, krzywd, wykluczeń i zwalczać je w zarodku.

Bożena Itoya

Eve Ainsworth, Siedem dni, przekład Marcin Mortka, wydanie II, Zielona Sowa, Warszawa 2017.

Eve Ainsworth, Zadurzenie, przekład Marcin Mortka, wydanie II, Zielona Sowa, Warszawa 2017.

Na zawsze Milena

Opowiadanie o chłopcu, który wie, jak długo trwa miłość jest trzecią książką z serii o Dawidzie, bohaterze Pera Nilssona (tekst) i Pii Lindenbaum (nieodłączne ilustracje tworzące nasz obraz protagonisty i jego kompanów). Przygoda podzielona na sześć dni tygodnia rozgrywa się w szarej, szkolno-domowej codzienności, ale roi się w niej od małych dramatów, z których wybrnięcie może zaważyć o wielu aspektach życia młodych ludzi. Nie tylko teraz, ale i w dorosłości, gdy zdobywane przez rówieśników Dawida kompetencje społeczne oraz umiejętności wyrażania i porządkowania emocji będą decydować o ich szczęściu. Krótkie opowiadanie kryje potencjał dziesiątek rozmów... i monologów, które pozwolą czytelnikowi dojść do porozumienia z samym sobą, szkolnymi kolegami, rodzicami. Również ci ostatni powinni czytać bardzo uważnie, bo zachowanie mamy i taty Dawida uważam za kluczowe dla całej historii. Czy potrafilibyśmy zachować się jak oni?

Dawid jest zakochany i chodzi z Mileną (nie tylko do klasy), tata Dawida chodzi z Ewą, która ma córkę, Agnes, chcącą chodzić na spacery z suczką Dawida, Busią, i nim samym. Na pierwszej takiej przechadzce dostrzega ich Milena, po czym odwraca się i przez kolejne dni nie odzywa do Dawida, a koleżanki z klasy tworzą żywą barierę między zakochanymi, nie dopuszczając chłopca ani do dziewczyny, ani do słowa. Czy chodzi o ten niewinny spacer? Dawid cierpi, czasem gotuje się od gniewu, robi trochę głupot, ale głównie postępuje mądrze, co jest godne podziwu, bo pamiętam z dzieciństwa, że w podobnych sytuacjach zachowanie zimnej krwi graniczy z cudem.

À propos zimna (i oziębłości), ciekawym i bardzo realistycznym elementem fabuły jest wpływ pieska Dawida na przełamywanie lodów między skłóconymi lub dopiero zapoznającymi się ludźmi. Wesoły czworonóg rzeczywiście często rozładowuje napięcie, pozwala też wypełnić pustkę, gdy nie wiadomo, co powiedzieć: zabawą, ruchem. Zwróciłam też uwagę na dyskretnie zarysowane wątki relacji między rodzeństwem, pojmowania języka obcego (samej ukochanej Mileny!) przez dziecko oraz formowania się podziałów w grupie. Te pozornie drugoplanowe sytuacje są według mnie ważne na równi z innymi, podkreślanymi przez autora problemami: rozwodem rodziców, niszczycielską siłą plotek, głęboko przeżywanym młodzieńczym zakochaniem i miłosnym zawodem. Rozpoetyzowanie Dawida może wprawiać w zakłopotanie mniej wrażliwych czytelników, budzić ich zażenowanie i powodować dystansowanie się od bohatera, który wierzy w dozgonną miłość nie będąc jeszcze nawet nastolatkiem. Jednak wspomniane urywki codzienności równoważą ewentualne zniechęcenie do lektury, składając się na wciągający, wielobarwny obrazek literacki o dużej wartości praktycznej (książka niewątpliwie ma charakter terapeutyczny), ale też artystycznej, jak to bywa w sztuce użytkowej. "Na zawsze Milena" to opowieść spleciona misternie, choć z wykorzystaniem nitek powszedniości, bez brokatów czy innych fantastycznych efektów, książka, którą po prostu musicie przeczytać.

Bożena Itoya

Per Nilsson, Na zawsze Milena. Opowiadanie o chłopcu, który wie, jak długo trwa miłość, ilustrowała Pija Lindenbaum, przełożyła ze szwedzkiego Marta Rey-Radlińska, Zakamarki, Poznań 2019.

czwartek, 1 lipca 2021

Coś i Nic

 


Czy coś jest lepsze niż nic? Zazwyczaj tak nam się zdaje. Tak też sądzili bohaterowie tej książki, tytułowi Coś i Nic. Do czasu!

Anna Paszkiewicz przygląda się utartym zwrotom, których używamy na co dzień: „coś wspaniałego”, „nic z tego”, „to dopiero coś!” i snuje z nich opowieść o tym, jak wskutek drobnego wydarzenia zawsze pomijane, smutne i osamotnione Nic zostaje dostrzeżone i docenione. Cała warstwa fabularna opiera się na na jednym koncepcie: że „coś” i „nic” są samoświadomymi bytami, które słuchają, co się o nich mówi, a powiedzonka, które wypowiadamy zupełnie nieświadomie, wpływają na poczucie własnej wartości u naszych abstrakcyjnych bohaterów. Można próbować się w tym doszukiwać różnych głębi, ja jednak nie bardzo je dostrzegam i chętnie pozostanę przy interpretacji, że jest to sympatyczna zabawa językiem.

Mocną stroną książki są ilustracje autorstwa Kasi Walentynowicz. Po pierwsze, udało jej się w bardzo prosty i przekonujący sposób przedstawić Coś i Nic. Coś to skłębione kolorowe linie. Coś zajmuje miejsce, pęcznieje, rozpycha się. Za to Nic jest prawie niewidoczne, narysowane czarną przerywaną linią, tyleż jest, co go wcale nie ma. Nic jest skromne, prawie przezroczyste. Ilustracje zostały wykonane flamastrami (albo techniką do złudzenia przypominającą flamastry). Są bardzo kolorowe, w podstawowej palecie barw, dosadne, gęste, pełne szczegółów, wesołe. Ilustratorka w ciekawy sposób wypełnia konkretem i detalem niedługi tekst, rozbudowując dzięki temu pojedyncze zdania w całe mikroświaty. 

Ronja St

Anna Paszkiewicz, Coś i Nic. Ilustracje: Kasia Walentynowicz, Wydawnictwo Widnokrąg, Piaseczno 2020

 

niedziela, 6 czerwca 2021

5 sekund do Io i Rebeliantka

 

Małgorzata Warda doceniła potęgę e-sportu kilka lat przed wybuchem jego popularności, z jakim w Polsce mamy do czynienia dopiero teraz, na początku lat 20. XX wieku. Tymczasem już w 2015 debiutowała seria "5 sekund do Io", której bohaterami są nastoletnia Mika, społeczna i towarzyska alienacja młodzieży, VR, nowoczesne gry, biznes skoncentrowany wokół e-sportu, darknet, pieniądze i "fejm". W 2017 roku ukazał się drugi tom powieści z podtytułem "Rebeliantka". Jak czyta się się "5 sekund do Io" po takim czasie od premiery (a technologia nie próżnuje ani 5 sekund, w tej dziedzinie 5 lat może okazać się całą epoką) nastolatkowi obytemu w świecie gier i e-sportu?

To skomplikowane. Pierwsza powieść ma akcję wartką niczym wielkie amerykańskie hity filmowe. Fabuła, mimo że nawiązuje do spraw bardzo przyziemnych, przykrych i bliskich wielu polskim nastolatkom, jak bieda, samotność, chęć zdobycia popularności wśród rówieśników czy wreszcie dramaty znane raczej z rodzimej literatury i kina, jak wychowywanie się w rodzinach zastępczych i separacja od rodzeństwa, oscyluje między bajką a Bondem, w każdym razie unosi się w sferach wysokiego nieprawdopodobieństwa. Na "dzień dobry" Mika zostaje wplątana w atak terrorystyczny i darknetową aferę szpiegowską, sami więc rozumiecie, że będzie się działo.

Pod względem zawiązania akcji i jej blockbusterowej dynamiki książka była dla mojego syna zaskakująca, bo raczej nie czytywaliśmy wcześniej takiej literatury. Szybko dała o sobie znać gatunkowa polifonia, wprowadzająca chwilami wrażenie wielości, literackiego bogactwa, ale kiedy indziej pewnej kakofonii. Odczucia te towarzyszyły nam przy lekturze obu tomów. Otóż autorka przeplata ciężkie doświadczenia bohaterki, zwłaszcza tragiczny rozpad rodziny, oraz wydarzenia świadczące o jej samodzielności, niezależności czy sile (choćby przebicia ‒ w męskim świecie gier komputerowych) przemyśleniami kojarzącymi się raczej z naiwnymi dziewczynkami marzącymi o księciu. Dla czytającego obie powieści chłopca narracja pierwszoosobowa wrażliwej i kochliwej dziewczyny bywa męcząca, może nawet trochę żenująca. Nie wiem, dlaczego ambitni, chcący przekazać coś głębszego autorzy piszący dla młodzieży z takim zapamiętaniem sięgają po tradycje tak zwanej powieści pensjonarskiej albo innej literatury (bardzo) popularnej. Ciągle doskwiera nam brak rozwarstwienia polskiej literatury dla młodzieży (oczywiście nie licząc wyjątków), mamy utwory czysto obyczajowe i fantastyczno-obyczajowe i już. Mieszanie gatunków oczywiście często okazuje się bardzo atrakcyjne, gorzej, jeśli poszukujący nowych wyzwań czytelnik nie może trafić na nic innego niż stała kompozycja nowoczesnych technologii, morderczych igrzysk, miłości, kłopotów rodzinnych i ewentualnie rozterek moralnych z oczywistym rozwiązaniem. Edukacyjny i/lub romantyczny rys w niemal każdej powieści naprawdę zniechęca nastoletniego pożeracza książek, nawet jeśli najpierw książka porywa go przygodą czy dobrze poprowadzonym wątkiem komputerowo-gamerskim.

Sytuacja historyczna: Kiedy na Ziemi zaczęło brakować miejsca do życia, a dobra naturalne zostały wyczerpane, NASA wysłała sondę na Io, która przez piętnaście lat zbierała próbki z powierzchni księżyca. Przekazane do laboratorium potwierdziły, że na księżycu jest możliwe życie. NASA w porozumieniu z rządem rozpoczęła więc operację w celu zasiedlenia księżyca. Sprawy wymknęły się spod kontroli, kiedy na Ziemi wybuchła epidemia eboli i Io stało się miejscem ucieczki dla ludzi. Nie przebierając w środkach, walczą więc o ziemię na księżycu. Na Io wylądowały tez grupy ekoterrorystów, którzy nie chcą dopuścić do skolonizowania Io i czerpania z jego dóbr naturalnych.

Miękkość świata wewnętrznego Miki co rusz jest zestawiana z brutalnością gry, a właściwie wirtualnego uniwersum "Work a Dream" (nazwa technologii VR), do którego gracze przenoszą się jeszcze bardziej niż bohaterowie filmu Stevena Spielberga "Ready Player One" do OASIS (pomijam tu literacki pierwowzór, bo w naszym domu ekranizacja jest tak kultowa, że nie chcieliśmy czytać bazowej książki). Kolejną analogią jest "Sala samobójców" Jana Komasy. "5 sekund do Io" lokuje się gdzieś między tymi dwoma dziełami. Mika staje się swoim awatarem, traci kontakt z rzeczywistością, bo też prawie w niej nie bywa, jak wielu innych graczy na świecie buja w obłokach księżyca Jowisza, wyniszczając swój organizm, ba, zbliżając się do granicy zapaści, a nawet śmierci. Dziewczyna gubi się w każdym ze swoich światów.

Sytuacja historyczna: Z Ziemi zostały wysłane elitarne grupy ochotników, którzy mają za zadanie skolonizować Tytan. Zbudowano dla nich osiedle mieszkalne, zwane Spes ‒ Nadzieja, i nauczono ich, jak przetrwać w nowym środowisku, ale to podróż w jedną stronę. Nie będzie powrotu. Wczoraj, w okolicach jeziora Kraken Mare zaobserwowano ruch. Dzisiaj zniknęło czterech uczestników wyprawy. Za zniknięciem prawdopodobnie stoją istoty pozaziemskie. Kiedyś tworzyły zaawansowaną cywilizację, dzisiaj mieszkają w górach. Działają szybko i niosą zagrożenie, a jest ich tak wiele, że zostały nazwane Legionem.

Nurtującą zapewne wszystkie nastoletnie fanki "5 sekund do Io" kwestię, czy Ian i Bartek, dwaj młodzi mężczyźni bardzo ważni w życiu Miki, powrócili w "Rebeliantce" (choćby we wspomnieniach, bo retrospekcje stanowią integralną część pierwszej powieści), pozostawię nierozstrzygniętą. Nie wiem, jak wielbicielki tajemniczych e-romansów wytrzymały dwa lata dzielące publikację obu tomów. Mogę natomiast zdradzić, że bohaterka, zanim jeszcze wyplątała się z alternatywnej rzeczywistości gry "Bitwa o Io", podejmuje długofalową rozgrywkę w "Tytana". Nie chodzi już o przypadkowe, prywatne wejścia do VR czy szkolne i nawet krajowe turnieje. Dziewczyna dołącza do międzynarodowej ligi, jest kontraktowym członkiem teamu We Fly High. A umowa ta, w miarę rozwoju wydarzeń, nabiera coraz więcej cech cyrografu z diabłem (czym książka przypomina kolejny lubiany przez nas film ‒ "Nerve" Henry'ego Joosta i Ariela Schulmana). To właśnie "Rebeliantka" wprowadza czytelników w świat profesjonalnego e-sportu, przy okazji fantazjując co nieco na temat jego blasków i cieni (zwłaszcza tych drugich). Tak czy siak, młodzież zostanie dobitnie oświecona w różnicach między wyobrażeniem o życiu zawodowego gracza jako zabawie a jego rzeczywistą pracą, ograniczeniami i zobowiązaniami, jakie go wiążą.

Twórczość Małgorzaty Wardy, poza wartościami artystycznymi, ma duży potencjał dydaktyczny. Może być znakomitym narzędziem w rękach nauczycieli i bibliotekarzy, bywała też doceniana przez poważne gremia ‒ powieść "5 sekund do Io" otrzymała nagrodę literacką Książka Roku 2015 Polskiej Sekcji IBBY. Podsumowując, aby celnie wypowiadać się o polskiej literaturze współczesnej dla młodzieży, żeby choć powierzchownie pojąć jej relacje z kulturą popularną, zwłaszcza filmem i fenomenem streamerów, youtuberów oraz influenserów, trzeba znać te dwie książki Małgorzaty Wardy. Również każdy czytający nastolatek powinien sięgnąć po te lektury, nawet jeśli potraktuje je wyłącznie jako materiał badawczy, punkt odniesienia do ulubionych filmów albo gier.

Bożena Itoya

Małgorzata Warda, 5 sekund do Io, Media Rodzina, Poznań 2015, 2017 (Wydanie II).

Małgorzata Warda, 5 sekund do Io. Rebeliantka, Media Rodzina, Poznań 2017.