cudanakiju.pl

cudanakiju.pl

poniedziałek, 15 lipca 2019

Krasnoludki. Fakty. Mity. Głupoty

"Krasnoludki. Fakty. Mity. Głupoty" to oryginalny projekt podjęty przez Macieja Szymanowicza we współpracy z wydawnictwem Nasza Księgarnia. Nawiązując do form atlasu przyrodniczego, przewodnika etnograficznego czy popularnonaukowego leksykonu, znany ilustrator i plakacista stworzył skarbczyk fantastycznej wiedzy o małym ludku. Książka ta, adresowana teoretycznie do młodszych dzieci, podbiła serce trzynastolatka, a mnie, jego mamę, rozbawiła do łez i na pewien czas stała się moją ulubioną lekturą. Autor spakował w okładki "ponad 465 sztuk" zwariowanych ludzików, poczciwych i uroczych, ale przedstawionych w sposób tak absurdalny, że niejeden czytelnik tradycyjnych bajek może, za przeproszeniem, zgłupieć.
Karty dużej, kartonowej książki zmieniły się w wyobraźni autora (i naszej) w baśniowe plenery oraz zwyczajne, znajome wnętrza, choć szuflady, szafy czy zwykły stolik w powiększonej skali wyglądają zupełnie inaczej niż przywykliśmy. "Przestrzenność" tej publikacji jest niezwykła, krasnoludki wyłażą z każdej, choćby najmniej spodziewanej płaszczyzny (jak notka redakcyjna, z takim trudem wygospodarowana w mrowiu krasnoludkowej bieganiny), gapią się na nas, gadają do autora i do czytelników. Radzą, jakie sporty ekstremalne uprawiać, by schudnąć (na przykład: wirowanie na skrzydłach wentylatora, skok do kosza, wyścigi w miodzie na chlebku z twarożkiem), jak niefrasobliwie bawić się po krasnoludkowemu (każde dziecko temu przytaknie – należy wypić dużo wody i skakać, wywołując wewnętrzny chlupot), a także zdradzają tajemnice swojego pochodzenia ("Skąd się biorą krasnoludki? Z książek o krasnoludkach (zwłaszcza czytanych przed zaśnięciem (...), z ciastek w kieszeni, z wyobraźni, z kwiatków, ze sklepu, z dużego deszczu z małej chmurki"), chorób, które przechodzą lub wywołują (krasnoludoza wesołkowata, łac. Crasnoludosum chachachum). Wszystko to zostało opowiedziane i odegrane w stosownej skali ("Olimpiada Krasnoludkowa odbywa się zwykle co kwadrans"). Aby kompendium krasnoludkologii było pełne, autor przedstawił nam również osiągnięcia zacnych pzedstawicieli w dziedzinie kultury i sztuki oraz przybliżył życie odmiany leśnej oraz... kosmicznej.
Po przeczytaniu i obejrzeniu "Krasnoludków" chyba nie da się o nich zapomnieć, dzieci na pewno zachcą też wrócić do tej jedynej w swoim rodzaju lektury. Rozmaite odmiany wymyśl(o)nych stworków zaludniły, czy raczej "zaludkowały", moją wyobraźnię, delikatnie przypominając o wrażeniach wywołanych chyba dwadzieścia pięć lat temu przez książkę "Skrzaty". Ten album z mojego dzieciństwa, zresztą niedawno wznowiony, charakteryzował się jednak zupełnie innym poczuciem humoru i podejściem do mitologii czy baśni ludowej. W "Skrzatach" spotkałam odgałęzienia dawnych opowieści, głównie skandynawskich, i lustrzane odbicie ludzkiego świata, a "Krasnoludki" kojarzą się raczej z Szuflandią, zabawą na całego na zasadach wyznaczonych przez autora, luźno zakorzenionych w twórczości literackiej czy folklorystycznej wcześniejszych "badaczy". Maciej Szymanowicz zaszalał, puszczając wodze fantazji, która płynnie pokonuje granice wieku czytelnika, książkowych gatunków i konwencji. Autor przyjął tym samym jedyną słuszną metodę badawczą w dziedzinie krasnoludkoznawstwa, angażując w wymyślanie tej nauki także czytelników.

Krasnoludki. Fakty. Mity. Głupoty, zmyślił i narysował Maciej Szymanowicz, Wydawnictwo Nasza Księgarnia, Warszawa 2018.

środa, 29 maja 2019

Ściśle tajne. Czy wojna jest dla dziewczyn?


Ostatnio przeczytaliśmy dwie małe, ale wielkie książki Pawła Beręsewicza: "Czy wojna jest dla dziewczyn?" oraz "Ściśle tajne". Pierwsza z nich ukazała się już kilka lat temu (mój egzemplarz jest jej szóstym wydaniem), nakładem wydawnictwa Literatura w koedycji z Muzeum Powstania Warszawskiego, zdążyła nawet trafić na listę lektur szkolnych. Wojennych zbirów i przeciętnych, mimowolnych uczestników zdarzeń zilustrowała tam Olga Reszelska. Również druga z omawianych pozycji, "Ściśle tajne" z 2018 roku, rozpoczyna się (wewnątrz) ilustracją mężczyzny w niemieckim mundurze z II wojny światowej, choć ta książka opowiada o innym czasie. Tym razem, mimo prostoty i przystępności opowieści, mamy do czynienia z pewnymi figurami, dyskretnymi przenośniami, bardzo dobrze współgrającymi z nieco abstrakcyjnymi ilustracjami Macieja Szymanowicza, który często współpracuje z wydawnictwem Literatura przy serii "Wojny dorosłych – historie dzieci". Książka "Ściśle tajne" nie należy do tego cyklu, a jednak ma wydźwięk poważny przynajmniej na równi z publikacjami historycznymi.

O pradziadku nie mówiliśmy w domu "pradziadek", tylko Mały Dziadek – w odróżnieniu od dużego dziadka, który był po prostu dziadkiem, czyli tatą mojej mamy. Mały Dziadek kiedyś już chyba bardziej urósł, ale potem z powrotem zmalał i ze wszystkich dorosłych na świecie był ode mnie najmniej wyższy. Miał tak dużo lat, że kiedy próbowałem do tylu policzyć, zawsze myliłem się po drodze i musiałem trzy razy zaczynać od początku. Któregoś dnia opowiedział mi nawet, że jak był naprawdę mały, znalazł na ulicy szczeniaczka dinozaura i potem codziennie wyprowadzał go na spacer!

Już po pierwszym akapicie wiedziałam, że pojęcia wielkości i małości są w tym utworze względne, podszywają się pod siebie i zastępują. Mała historia jednej rodziny ma ogromną moc, mały chłopiec przyjmuje świat z wielkim sercem, a Mały Dziadek jest tak naprawdę kimś wielkim, spajającym rodzinę, mającym dystans do własnego wieku i świetny kontakt z prawnukiem. Wesoły tekst wywołuje też wzruszenie, zwłaszcza u osób dbających o relacje dziecka z seniorami rodu, tych rodziców czy dziadków, którzy często opowiadają o nieobecnych już przodkach, by zagościli oni na stałe w życiu najmłodszych członków rodziny. Wspominając zmarłych trzeba poruszyć temat śmierci, a książka Pawła Beręsewicza jest najlepszym środkiem łagodnie wprowadzającym w podobne rodzinne rozmowy.

Na grób Małej Babci chodziliśmy zawsze pierwszego listopada, w dzień Wszystkich Świętych. Stawialiśmy doniczkę z wielką kępą chryzantem i zapalaliśmy świeczki. To był jedyny dzień w roku, kiedy wolno mi było wziąć do ręki zapałki. Wyryte w kamieniu literki układały się w imię i nazwisko Małej Babci, a cyferki w daty – kiedy się urodziła i kiedy umarła. Mały Dziadek też miał tam swoje literki i cyferki, ale data była jedna. Bo Mały Dziadek na razie tylko się urodził.

Dziadek odchodzi, jednocześnie zostając z wnukiem na jeden z najpiękniejszych sposobów w polskiej literaturze dla młodych. Właśnie takich metafor i narracji potrzebują dzisiejsze starsze dzieci i młodsze nastolatki. Również grafikę zdobiącą "Ściśle tajne" cenię za niedosłowność i czegokolwiek-wykorzystanie rodem z dziecięcego rysunku: chmury wycięte są z zeszytu w kratkę, oprawki okularów nie łączą się na nosie, jakby zostały zrobione dla zabawy z drucików znalezionych w szufladzie dziadka. Takie obrazki, pochodzące z opisanego wyżej opowiadania "Kloss", znalazły się na okładce publikacji. Jednak historia chłopca "spiskującego" z Małym Dziadkiem nie jest jedyną w książce, drugie opowiadanie nosi tytuł "Pięć niedźwiedzi". Funkcję narratora i bohatera pełni ten sam młodzieniec, co w "Klossie", a rzecz dotyczy tym razem średniego i najmłodszego pokolenia rodziny, wliczając osoby jeszcze nienarodzone.

Jest ważna sprawa, usiądź, kolego,
tylko spokojnie, to nic groźnego,
równo oddychaj, nic się nie stało.
No? – ja im na to. – Śmiało!

Wiesz, jak to bywa, synku, na świecie.
Różnie się ludziom ich życie plecie,
raz jest pogoda, a raz jest plucha.
Hm! – ja im na to. – Słucham.

Bo widzisz, chłopie, czasem jest zdrowo
zmienić coś w życiu, zacząć na nowo.
Z wszystkim się człowiek w końcu oswoi.
Więc? – ja im na to. – No i?

Nie ma obawy, nic się nie wali,
wciąż cię będziemy, synku, kochali,
wciąż pomagali, wciąż się troszczyli.
Hej! – ja im na to. – Czyli?

Czyli w tym roku, gdy minie lato,
będziesz miał brata – i co ty na to?
Za pięć miesięcy rączkę ci poda.
Brat? – ja im na to. – Zgoda.

"Misie" rozłożyły nas na łopatki. Początkowo wydaje się, że może być to kolejny łagodny "oswajacz" adresowany do przyszłych starszych braci i sióstr, ale czytelnicy szybko zauważają, że autor i ilustrator wypracowali inny, szalony i szalenie zabawny koncept. Obejmuje on między innymi eksperyment dotyczący pamięci wyniesionej z życia prenatalnego. Badania sumiennie przeprowadza starszy brat, czyli nasz bohater. Ta lektura ubawi wszystkich, niezależnie od wieku i posiadania rodzeństwa. Nie wiem, kiedy ostatnio czytaliśmy lub oglądaliśmy coś równie śmiesznego. Na obu płaszczyznach: tekstu oraz ilustracji, sielanka wspomnień i wyobrażeń przeplata się z bajką o niedźwiedziach oraz orzeźwiającą jak wiadro zimnej wody rzeczywistością. "Ściśle tajne" stanowi przykład emocjonującego romansu literatury (i Literatury) z jakże modną książką obrazkową.

Mamo, mogę przemówić do brata? – spytałem, kiedy wszystko było gotowe.
Po uzyskaniu zgody delikatnie przytknąłem tubę do brzucha mamy i powiedziałem przyjaźnie, ale stanowczo:
Dzień dobry, bracie. Tu mówi brat. Zaraz będę czytał. Tylko się skup, żebyś mi potem nie mówił, że nie pamiętasz.
Zacząłem od pierwszego rozdziału. Brzmiał tak:
"Pięć niedźwiedzi mieszkało tam,
gdzie czerniał gąszcz puszczy,
pierwszy wielkie miał ciało i uwielbiał swój tłuszczyk.
Czule taszczył po chaszczach kołyszące się sadło
i szczęśliwy był, zwłaszcza gdy coś w paszczę mu wpadło.
Przez cały miesiąc codziennie czytałem bratu to samo. Żeby mu się dobrze utrwaliło. Żeby nie wyleciało mu z głowy. Kiedy kończyłem, przystawiałem do węższego końca tuby ucho zamiast ust i sprawdzałem, co mój brat na to. On na to nic, ale ja się nie zrażałem. Trzydzieści jeden razy przeczytałem o taszczeniu kołyszącego się sadła, zanim przeszedłem do następnej zwrotki.

W tekst "Klossa" i "Pięciu niedźwiedzi" wplecione zostały wierszyki, pozytywnie wpływające na atmosferę lektury – nie pozwalają za bardzo wzruszyć się czy zirytować losami i przemyśleniami bohatera. Poezja w pewnym sensie równoważy więc emocje, zresztą w ogóle "Ściśle tajne" to takie literackie jin-jang. Paweł Beręsewicz skomponował książkę idealną, złożoną z dwóch pasujących do siebie utworów: intensywnych, dotyczących trudnych tematów (końca i początku życia), ale też lekkich, przynoszących rozluźnienie obok rozmyślań, śmiech i nostalgię zarazem. Takie to opowieści z dwóch krańców.

Podpełzłam jeszcze bliżej. Przed Antkiem na ziemi leżało dziesięć kulek ulepionych z wilgotnego piasku. Chłopiec przelewał właśnie wodę z wiaderka do niewielkiego dołka, żeby przygotować materiał na kolejne kule.
Dwa pączki poproszę! – zawołałam wesoło, a on znowu nerwowo podskoczył.
Już cię tu nie ma, szpiegu jeden! – warknął, ale ja postanowiłam się nie zrażać.
Mogę z tobą polepić pączki? – zapytałam grzecznie.
Popatrzył na mnie ze zgrozą.
Pączki?! – krzyknął. – Dziewczyno! Wojna idzie, a ty mi tu o pączkach! To są pociski, a nie pączki!


Dylematy zupełnie innego dzieciństwa zostają poruszone w drugiej z moich ulubionych małych-wielkich książek Pawła Beręsewicza. Opowiadanie "Czy wojna jest dla dziewczyn?" zostało wydane jako jedna z pierwszych odsłon serii "Wojny dorosłych – historie dzieci". Chronologiczne pierwszeństwo łączy się z tym literackim – utwór Pawła Beręsewicza należy do najlepszych polskich książek dla dzieci opowiadających o wojnie, z pewnością więc przysługuje mu miejsce na podium Literatury w mistrzostwach dziecięcych historii o historii. To znakomicie skonstruowane opowiadanie z reportażową bezpośredniością i poetycką czułością oddaje wojenne dorastanie bohaterki (oraz częściowo jej kolegi), proces przyspieszony, zdeformowany i traumatyczny, a przecież rozpoczynający się niby normalnie, bo plażową zabawą w udawanie dorosłych rozmów i zachowań. Nawet później dzieciństwo próbuje radzić sobie z ciemnymi sprawami złych dorosłych poprzez odnoszenie rzeczywistości do ulubionej książki, nakładanie na zachowania ludzi filtrów z baśni: czy ten pan nie zachowuje się jak wilk z "Czerwonego Kapturka"? Bohaterowie tej opowieści są bardzo autentyczni: dziewczynka – dziewczęca, chłopiec – chłopięcy, dzięki czemu nie tylko przemawiają do młodych umysłów i serc, ale też do nich docierają. A niełatwo jest przebić się do dzisiejszych trzecio-, czwartoklasistów. Natomiast dorośli są tą narracją dogłębnie poruszeni, głównie dzięki fragmentom takim, jak zacytowany poniżej. Chyba właśnie te dwa akapity zapewniły książce "Czy wojna jest dla dziewczyn?" wszystkie wyróżnienia i nagrody, które zdobyła, a jest ich długa lista.

Kiedy tydzień później na Warszawę spadły bomby, nie było komu dmuchać i wtykać palców w lufy karabinów. Tatę wezwano do wojska i walczył gdzieś z Niemcami, a my z mamą zostałyśmy same i bałyśmy się i za siebie, i za niego. Najpierw jak rój złośliwych szerszeni bzyczały silniki samolotów. Potem słychać było świst lecących bomb. Mogły spaść wszędzie. Na Marszałkowską, Łazienki, na plac Zamkowy, na nasz stołowy pokój. Wtulałam się w mamę najmocniej, jak mogłam. To zawsze była najlepsza kryjówka – ciepła, ciemna, pachnąca. Jeszcze się nie zdarzyło, żeby ktoś zły mnie tam kiedyś odnalazł. Tym razem, choćbym nie wiem jak mocno zamykała oczy i zatykała uszy, i tak słyszałam głośne wybuchy i czułam drżenie mamy i miasta.
Mama była lekarką. W czasie wojny lekarze mają o wiele więcej pracy niż zwykle. Normalne pokojowe ospy, różyczki i świnki nie przestają atakować, nadal przez nieuwagę spada się ze schodów i rozcina palce przy krojeniu cebuli, a jeszcze na dodatek ludzie specjalnie robią sobie nawzajem krzywdę bombami, czołgami, ogniem i żelastwem. Przez to wszystko moja mama, zamiast po prostu być moją mamą, moim aniołem stróżem, moim bunkrem i schronem, dzień i noc pracowała w szpitalu, zszywając rany, składając połamane kości, lecząc oparzenia, a czasami patrząc smutno na tych, którym nie mogła już pomóc.

Dziecięcy i sugestywny jest również język książki. Krótkie, stanowcze zdania, ograniczone do minimum dialogi, słownictwo (celowo zahaczające o przedwojenną polszczyznę) i styl myślenia charakterystyczny dla kilkulatka czy młodszego nastolatka chwilami rozśmieszają, ale w finale poruszają w zupełnie odmienny sposób. Przypuszczalnie będzie to pierwsza książka bez happy endu, jaką przeczytają wasze dzieci, stąd zapamiętają ją na długo, może na zawsze. Dlatego to takie ważne, że jest dobrze napisana i mądra. Autor puentuje wyliczeniem, niemal wyliczanką – kto przeżył, kto zginął, podsuwając czytelnikom mocne przesłanie: w wojnie nie ma w pełni szczęśliwych zakończeń. W opowiadaniu "Czy wojna jest dla dziewczyn?" do pojęć życia i śmierci przykłada on zupełnie inną miarę niż w książce "Ściśle tajne". Niełatwo jest uniknąć patosu, a z drugiej strony infantylizmu, gdy mówi się dzieciom o wojnie. Również w tym zakresie Paweł Beręsewicz osiągnął pełny sukces.

Bożena Itoya

Paweł Beręsewicz, Ściśle tajne, ilustracje Maciej Szymanowicz, Wydawnictwo Literatura, Łódź 2018.
Paweł Beręsewicz, Czy wojna jest dla dziewczyn?, ilustracje Olga Reszelska, wydanie VI, pierwsze wydanie zostało zrealizowane w koedycji z Muzeum Powstania Warszawskiego, Wydawnictwo Literatura, Łódź 2017.

Ale historia... Mamy niepodległość!


Szósty tom serii "Ale historia..." spełnia oczekiwania stałych czytelników i jednocześnie ich zaskakuje. Mamy tu do czynienia z nietypowym podejściem do historii i wyjątkowo celnymi rozwiązaniami fabularnymi łączącymi przeszłość naszego kraju, codzienne drobne wyzwania bliskie współczesnym dzieciom i atrakcyjną, nieco utopijną przyszłość. W 2018 roku księgarnie doświadczyły zalewu publikacji dziecięcych wpisujących się w obchody 100-lecia odzyskania przez Polskę wolności i właśnie tamtych wydarzeń dotyczy książka "Mamy niepodległość!", a jednak Grażyna Bąkiewicz (tekst) oraz Artur Nowicki (ilustracje, komiksy) potrafili nas oczarować, opowiadając o końcu zaborów w sposób oryginalny, ciekawy, a częściowo też zabawny.
Klasa prowadzona przez ekscentrycznego historyka, pana Cebulę, po raz kolejny podejmuje wyprawę w daleką przeszłość. O ile naszym dzieciom koniec XIX i pierwsze dziesięciolecia XX wieku wydają się trochę abstrakcyjne, o tyle dla jeszcze nienarodzonych pokoleń okres ten okaże się zapewne zupełnie nieprawdopodobny i prehistoryczny. A bohaterowie "Ale historii..." to właśnie dzieci przyszłości podróżujące w czasie, patrzące z bliska, z fantastycznonaukowym zadziwieniem na to, co my znamy z nudnych podręczników. Świeżość ich spojrzenia jest niezwykła, a rozwiązania techniczne związane ze szkolnym wehikułem czasu za każdym razem wzbudzają mój podziw. Nie ma się tu do czego przyczepić, choć kwestia ławek przenoszących o setki lat wstecz i działającej w przeszłości ochrony("pola siłowego") czy obowiązujących tam zasad kontaktowania się z przodkami to teoretycznie tylko drobiazgi, pewne przenośnie i uproszczenia, jednak autorka z zapobiegliwością charakterystyczną dla najlepszych pisarzy uprzedziła ewentualne wątpliwości czytelników, wskazując skrótowo, acz kategorycznie, reguły postępowania pomiędzy startem z ławki a lądowaniem w niej (i pewne pole pozostawione dla buntowników).
Tę przygodę przeżywamy z punktu widzenia Oli, dziewczynki nietypowej, niby wyzwolonej, ale przed rodzicami udającej słodką, różową laleczkę. Jej historia może okazać się dla małych czytelniczek równie ciekawa, co mniej znane dzieje odzyskania przez Polskę niepodległości. W najnowszej odsłonie serii "Ale historia..." młodsza młodzież, niezależnie od płci, znajdzie inspirację nie tylko do nauki, ale też do rozmaitych osobistych działań, choćby radzenia sobie z rodziną czy radzenia się przyjaciół. Grażyna Bąkiewicz gładko wchodzi we współczesny dziecięcy świat wyzwań, zakładów, konkurowania, zawierania sojuszy, przy czym korzysta też ze sprawdzonych motywów dawnych powieści przygodowych, jak choćby poszukiwanie skarbów. Młodzi podróżnicy w czasie starają się bowiem odnaleźć królewskie insygnia, czy raczej to, co z nich zostało po haniebnym przetopieniu polskich koron i bereł na pruskie monety. Ola i jej koledzy z klasy są oburzeni, mają różne pomysły na prześledzenie losów kosztowności, odzyskanie ich i przywrócenie do dawnej formy. Transformację przechodzą symboliczne przedmioty, ostatecznie w niespodziewany sposób przysługując się narodowi, ale również w najważniejszych postaciach opowieści zachodzą w jej toku ważne przemiany. Także młody czytelnik doświadcza odmiany, bo nie może oderwać się od lektury, co w przypadku książek historycznych dla dzieci zdarza się bardzo rzadko.
Książka "Mamy niepodległość" nie jest typem bohaterskiej epopei, przyciąga poważnym traktowaniem małych historii i ludzi. Oby powstawało jak najwięcej takich porywających lektur, przenoszących dziesięcio- i nastolatków do innych epok oraz perspektyw.

Bożena Itoya

Grażyna Bąkiewicz, Mamy niepodległość!, ilustrował Artur Nowicki, seria Ale historia..., Nasza Księgarnia, Warszawa 2018.

niedziela, 5 maja 2019

Hej, Jędrek! Kłopoty z dziewczynami?


Szósty "Jędrek!" to książka na szóstkę. Jako fani rozmaitych serii wydawniczych rzadko w tak zaawansowanym stadium cyklu trafiamy na perełkę, tymczasem tom "Hej, Jędrek! Kłopoty z dziewczynami?" następuje po "Przepraszam, czy tu borują?", "Gdzie moja forsa?", "Kto tu rządzi?", "Masz cykora?" oraz "Szukasz guza?" i naprawdę nas zaskoczył. W ogóle publikacja i napisana, i zilustrowana w sposób prosty, ale przemyślany, zabawny, ale nie głupi, a przede wszystkim pociągający dla nastolatka zdarza się we współczesnej polskiej książce bardzo rzadko.

Wyszczerzyliśmy się wszyscy jak do klasowego zdjęcia. Przeszklone drzwi się otworzyły i naprzeciwko nas stanęła gromadka dzieciaków, których rodzice musieli się naczytać dziwnych rzeczy o Polsce.
Brakowało im tylko harpunów albo innej broni do walki z niedźwiedziami polarnymi. Ech, południowcy! Na dworze raptem minus kilka stopni, a ci ubrani, jakby szykowali się na podbój bieguna północnego. Przez ten tydzień będą musieli się wiele nauczyć. Najważniejsze, że przynajmniej znają podstawy języka – pani Reszka powiedziała nam, że przyjezdni należą do Koła Przyjaciół Polski (w większości nasi rówieśnicy, ale w grupie są też starsi – na przykład mój przydziałowy w tym roku kończy 12 lat) i od jakiegoś czasu uczą się polskiego. Szczerze – szacun! Na miejscu Włocha, który ma do wyboru pływać w ciepłym morzu i zajadać najlepsze lody na świecie albo męczyć się wygibasami w stylu: "W Szczebrzeszynie chrząszcz brzmi w trzcinie", raczej nie postawiłbym na to drugie. Nie dlatego, że jestem leniwy. Po prostu doceniam przyjemności w życiu.

Najnowszy "Jędrek!" spodoba się też rodzicom, choć niektórym z nas może być trudno w to uwierzyć. Obrazki? Dymki? Szkolne perypetie? Przecież to nie nasze pokolenie i w ogóle nie ten poziom. A jednak warto się przełamać i wczytać w tekst Rafała Skarżyckiego oraz przyjrzeć się rysunkom w części komiksowej (przeplatanej z tekstem, uzupełniającej go i niezbędnej, stąd cytowane tu fragmenty są niepełne). Jeśli dotąd myśleliście, że komiksy i inne kumplowsko-młodzieżowe publikacje (nazywane przeze mnie "komiksowanymi") są banalne, płytkie czy głupawe, to czytając "Kłopoty z dziewczynami?" przypuszczalnie zmienicie zdanie. Nie nazwałabym tej lektury dydaktyczną czy moralizującą, ale na pewno bohater jest mądry, postępuje w zgodzie z ważnymi wartościami, tylko ciągle jego dobroć jest przyćmiewana przez zwariowane zbiegi okoliczności i wpadki.

Sofija nie raczyła nawet na mnie spojrzeć. A Karola... Sami zobaczcie.
Równie dobrze mógłbym z miejsca dać się zmasakrować Siwemu i Karkowi – może nawet mniej by bolało – albo zmienić szkołę. Niby wciąż byłem tym samym chłopakiem, inteligentnym, dowcipnym, z głową pełną pomysłów, ale bez kumpli te wszystkie cechy raptem przestały być tak ważne. Jakie to miało teraz znaczenie?

Najnowsze przygody Jędrka i jego ekipy kręcą się wokół niespodziewanego przyjazdu włoskich uczniów z międzynarodowej wymiany oraz spodziewanego i wyczekiwanego balu karnawałowego. Obok stałych starć głównego bohatera ze starszą siostrą (Anką zwaną Wyjcem) i wyrostkami ze szkoły (Łysym i Karkiem) czeka nas szereg niespodzianek. Po pierwsze, tym razem mama-policjantka nie będzie musiała interweniować, bo też nie zajdzie taka potrzeba – autorzy skoncentrowali się na relacjach postaci, chwilowo rezygnując z wątków kryminalno-detektywistycznych. Po drugie, dojdzie do zaskakujących sytuacji: przyjaciele Jędrka staną się mu wrodzy, a wrogowie na chwilę zmienią się w prawie kumpli. Książka "Kłopoty z dziewczynami?" nie jest ani filmem, ani komiksem czy powieścią graficzną, a jednak ma znakomity scenariusz i wyborne, dynamiczne ujęcia. Przeczytaliśmy ją z prawdziwą frajdą, wszystko tu gra jak w perfekcyjnie dopasowanym mechanizmie. Oby zabawa z Jędrkiem trwała jak najdłużej, przynajmniej kolejnych sześć tomów!

Bożena Itoya

Hej, Jędrek! Kłopoty z dziewczynami?, tekst: Rafał Skarżycki, rysunki: Tomasz Lew Leśniak, Nasza Księgarnia, Warszawa 2018.

Niezapominajka


Autorska książka Agnieszki Świętek jest urokliwą interpretacją tematu dzieciństwa i starości oraz formy książki obrazkowej. Ma idealny format, objętość i płaszczyznę przeznaczoną na ilustrację. Stanowi ciekawą i ważną próbę nawiązania romansu literatury z animacją, z powodzeniem realizowanego na przykład w dziecięcej książce skandynawskiej (choćby w serii "Biuro detektywistyczne nr 2" Jørna Liera Horst i Hansa Jørgena Sandnesa). Z wielką przyjemnością przeczytałam "Niezapominajkę" i uważam, że powinna powstać cała seria, a może nurt podobnych książek. Choć ta pewnie jest w dużym stopniu niepowtarzalna, bo zbudowana na świeżości twórczej i emocjonalności autorki.

Tyle mnie nauczyła!
Pokazała mi, jak rozróżniać drzewa po samych liściach.
Rozpoznała nazwy chyba wszystkich ptaków w całym lesie.

Proste słowa, wypowiadane przez dziecięcą narratorkę, uzupełniane są dużymi, rozbudowanymi i wiele mówiącymi obrazami. Na ilustracjach Agnieszki Świętek w pierwszej kolejności dostrzega się prześwity, słoneczne odblaski i poświaty. W oczach (i sercu) bohaterki właśnie taka poświata po świata opuszczeniu stanie się lustrzanym odbiciem ukochanej babci. Starsza pani powoli odchodzi, a wnuczka przeżywa kolejne emocje i etapy oswajania się z tą sytuacją, samą myślą o nieuchronnych zmianach.

Niedawno zgubiła klucze i błądziła po mieście, bo zapomniała gdzie mieszka.
Czasem się złoszczę i aż chce mi się płakać, gdy nie pamięta o naszych wspólnych sprawach.

Książka jest pełna światła, ale też kwiatów, wiatru i w ogóle przyrody. Ludzkie dojrzewanie, starzenie się i śmierć zostają wplecione w obrazy natury, wszystko tu wydaje się piękne i takie, jak powinno być, by pasować do reszty. Funkcje pełnione przez członków rodziny zmieniają się, z czasem podopieczny przejmuje opiekę nad swoim niegdysiejszym opiekunem. Tak filozoficzne podejście nie jest oczywiście potrzebne i oczekiwane w przypadku najmłodszych czytelników, oni tylko chłoną nastrój oraz pozytywne przesłanie. I te niezwykłe ilustracje, stylistyką zbliżone do frankofońskich komiksów, japońskiej mangi, a zarazem do anime, bo przecież obrazy w "Niezapominajce" same ożywają, jak fotografie w książkach o Harrym Potterze. Agnieszka Świętek jest prawdziwą czarodziejką książki obrazkowej.

Bożena Itoya

Agnieszka Świętek, Niezapominajka, Wydawnictwo Widnokrąg, Piaseczno 2018.

W świecie małp


Nowa publikacja Asi Gwis, w której występuje nie tylko jako ilustratorka, ale też autorka koncepcji i tekstu, jest przedmiotem ładnym i pożytecznym. Na widok książki "W świecie małp" nasz rodzinny maluch zakrzyknął: "Dżungla!", bo rzeczywiście, najpierw widzi się tu morze liści, wśród których różnobarwne małpy wyglądają jak dojrzałe owoce na drzewie. Ja natychmiast wpadłam w wir fotografowania tego albumu: tak jak w przypadku kwitnących w tej chwili jabłoni i bzów, musiałam zrobić choć jedno zdjęcie, a skończyło się na ujęciach z każdej strony, każdej strony. Po obróceniu karty zawsze doświadczaliśmy kolejnego wybuchu kolorów, soczystych i miękkich zarazem, aż chciało się pogłaskać wszystkie uformowane z nich zwierzęta.
Autorka nie tylko pięknie namalowała swoich bohaterów, ale też przygotowała o nich ważne i dobrze podane informacje. Tekst został przemyślany pod każdym względem: jak powiązać narrację z obrazami, by jedno nie przyćmiewało drugiego, ile danych jest w stanie przyjąć małe dziecko, które słowa zrozumie, ale też w jaki sposób uniknąć protekcjonalnego traktowania młodego czytelnika. Wszystkie te sprawdziany Asia Gwis przeszła celująco.

Planeta małp
Gdzie żyją małpy?
Małpy można spotkać na trzech kontynentach: w Ameryce, Afryce i Azji.

Krótkie komunikaty popularnonaukowe podawane są w formie komiksowych dymków wypływających z pyszczków małp, kiedy indziej na owalnych polach bardzo przypominających dymki (niekiedy pojawiają się też pojedyncze zdania zapisane przy krawędzi prostokątnego obrazka). Zagęszczenie tak zaprezentowanych wiadomości jest właściwe, czyli niskie – po kilka na rozkładówce. Ta forma przekazu ułatwia jednorazowe przyswojenie odpowiedniej dawki informacji, a ich zapamiętanie jest dla dzieci łatwe, bo od razu kojarzą określoną ciekawostkę z "wypowiadającym" ją zwierzęciem.

Jeśli chcecie mnie zobaczyć, nie musicie wybierać się do Afryki. Mieszkam z rodziną na skałach Gibraltaru.
magot (makak magot)

Oprócz charakterystyki rozmaitych gatunków małp w książce Asi Gwis znaleźliśmy pewne ogólne mądrości związane z tymi zwierzętami, obecnymi przecież w tradycji regionów, w których występują i miewających znaczenie wręcz filozoficzne.

Oto trzy mądre małpki:
Kikazaru zakrywa uszy i nie słyszy nic złego, Iwazaru zakrywa pyszczek, więc nie może powiedzieć niczego złego, a mała Mizaru z zakrytymi oczami niczego złego nie widzi.
Trzy mądre małpki to przedstawienie starego japońskiego przysłowia, które uczy nas, aby być miłym, nie krytykować i nie szukać w ludziach niczego złego.

Małpy zostały narysowane realistycznie, ale równocześnie z kreskówkowym polotem. Malarskie portrety zwierząt wtapiają się w tło, są częścią środowiska – dżungli, sawanny, ośnieżonych gór, nawet miasta. Na kartach "W świecie małp" znalazło się dużo wesołości i brykania, ale nie zabrakło też miejsca na sprawy poważne. Autorka nie poprzestaje na rozbawieniu czytelnika i pobudzeniu jego zainteresowania ładnymi obrazkami, cały czas konsekwentnie przekazuje wiedzę, choćby o konturach kontynentów i charakterystycznych dla nich lasach czy krainach, a na koniec dodaje co nieco o naszym wpływie na środowisko życia małp, pozornie mieszkających tak daleko.

Większość opisanych w tej książeczce gatunków jest zagrożona wyginięciem z powodu działalności człowieka. Oznacza to, że jeśli nie zmienimy naszego postępowania, za kilkanaście lat wiele z tych pięknych zwierząt będziemy mogli oglądać tylko na archiwalnych fotografiach lub w filmach.
Na przykład orangutany tracą swoje domy w wyniku wycinki lasów tropikalnych pod uprawy olejowca gwinejskiego, z którego otrzymuje się olej palmowy.
Co ty możesz zrobić? Całkiem dużo! Poproś rodziców, aby podczas zakupów zawsze sprawdzali, czy w składzie waszych ulubionych słodyczy lub kosmetyków nie ma oleju palmowego lub czy pochodzi on tylko z certyfikowanych upraw.

Koncept książki Asi Gwis jest świetny, przy czym obejmuje nie tylko wygląd publikacji i poziom przekazywanych wiadomości, ale też sposób ich podziału. Małe dzieci najłatwiej uczą się, czy to języka, czy na przykład biologii, przez zastosowanie przeciwieństw i właśnie do tej metody nawiązują niektóre plansze "W świecie małp": wysoko / nisko, małe / duże, śnieżne małpy / leśni ludzie (biel w zestawieniu z zielenią kolejnych kart). Inne rozkładówki pozwalają przyzwyczaić się do trybu omawiania tematów przyrodniczych, jaki stosowany jest w szkole i przedszkolu, to jest wyodrębnienia mniejszych działów dotyczących danego zwierzęcia – jak zmysły, zwyczaje, sąsiedztwo z ludźmi, pora aktywności (dzień lub noc), dieta, funkcjonowanie w stadzie i rodzinie, sposoby na wyróżnianie się samców (w celu przyciągnięcia uwagi samic i zaakcentowania przywództwa). Te ostatnie naturalne ozdoby przedstawione zostały (wraz z modelami) w oryginalnej formie obrazów zawieszonych na ścianie... lasu? Tytuł poświęconego im działu – "Wyróżnij się!" – można rozumieć metaforycznie, bo też są to najbardziej stonowane strony pstrokatej książki. Bardzo się nam spodobały, zresztą cała galeria małpich portretów pędzla (i pióra) Asi Gwis jest wyjątkowo poukładana, pouczająca, egzotyczna i estetyczna.

Bożena Itoya

Asia Gwis, W świecie małp, Nasza Księgarnia, Warszawa 2019.

Żubr Pompik. Wyprawy – do parków narodowych: "Bory Tucholskie", Słowińskiego, "Ujście Warty" i Drawieńskiego


Dobrze jest wracać co jakiś czas do "Wypraw" Żubra Pompika, wyruszać z bohaterem Tomasza Samojlika w kolejne wędrówki, zwłaszcza gdy "w realu" nie możemy akurat podjąć rodzinnej włóczęgi. Autor tej serii, niedużej rozmiarem, ale wielkiej, jeśli wziąć pod uwagę liczbę tomów, zasięg tematyczny i możliwości wykorzystania, inspiruje do własnych planów, wyjazdów, spacerów i dokładniejszego przyglądania się przyrodzie.
Piąta książeczka z cyklu "Żubr Pompik. Wyprawy" nosi tytuł "Najstraszniejszy drapieżnik" i prowadzi czytelnika do Parku Narodowego "Bory Tucholskie". Pełne wyrazu pyszczki żubrów, jelenia, głuszca, pszczół (!), rzęsorka i ściganej przez niego ryby relacjonują nam życie mieszkańców tej ostoi przyrody, charakterystyczne cechy terenu, a także skale występujące w naturze. Takim porównaniem wielkości jest na przykład ilustracja pokazująca głowę Pompika, żubra jeszcze przecież małego, obok tytułowego najstraszniejszego drapieżnika Borów Tucholskich – rzęsorka, w tym ujęciu niemal mikroskopijnego.

Kiedy jesteście z nami, nie musicie się bać drapieżników – dodała Porada.
Pompik nie był do końca przekonany.
Nawet najstraszniejszego z drapieżników? – zapytał.
A który to? – chciała wiedzieć Polinka.
Pompik zamyślił się przez chwilę, po czym wyjaśnił:
Ten, który całymi dniami poluje, a nie co kilka dni, jak wilki.
I zjada dziennie tyle, ile sam waży.
I do tego jeszcze potrafi nurkować.
I jest jadowity!
Ojej... – Polinka była pod wrażeniem.
Na szczęście takich drapieżników nie ma – zaśmiała się Porada.
A właśnie, że są! – rozległ się nagle zuchwały okrzyk.

Tomasz Samojlik jak zwykle zapewnił na swojej literacko-rysunkowej lekcji przyrody luźną atmosferę i szereg humorystycznych akcentów, wśród których przodują wypowiedzi i miny bojaźliwego jelenia. W tyle nie pozostają zresztą portrety pozostałych zwierząt reagujących na różne rewelacje czy wygłaszających swoje mądrości. W tekście i na ilustracjach nie zabrakło też wzmianki o niegdysiejszym mieszkańcu Borów Tucholskich, teraz spotykanym tylko w logo parku narodowego – głuszcu.
Następny przystanek na trasie Pompika i jego rodziny to Słowiński Park Narodowy, opisany w książce "Zachłanna mewa". Tytułowy ptak jest też symbolem tego chronionego obszaru, no i postacią bardzo charakterną, przynajmniej w ujęciu Tomasza Samojlika. Zanim jednak zetkną się z mewą, żubry dokonają kilku odkryć, zwłaszcza Pompik, ku niezadowoleniu i zazdrości jego młodszej siostry. Polinka będzie za to wiodła prym w zgrabnym poruszaniu się na piachu – wreszcie przyda się jej bycie najmniejszą i najlżejszą w stadzie. W pięknym, piaszczystym krajobrazie poznamy wraz z żuberkami kilku charakterystycznych bywalców plaży (także roślinę) i jednego mniej spodziewanego lokatora (lisa). Starcie z zachłanną, co i rusz krzyczącą: "Moja, moja, moja, moje!" mewą na pewno doprowadzi dzieci do śmiechu oraz do kolejnej opowieści o podróżującym Pompiku.
W cyklu "Wyprawy" po "Zachłannej mewie" następuje "Dumny bielik", czyli historyjka z Wolińskiego Parku Narodowego, my jednak przez przypadek nie zaopatrzyliśmy się w tę książkę i przeskoczyliśmy od razu do części 8., zatytułowanej "Ptasie stado" i poświęconej Parkowi Narodowemu "Ujście Warty". Tym razem autor zaprosił nas do obcowania z całym stadem gęsi zbożowej, symbolu parku, oraz do przyjęcia na chwilę roli ornitologa badającego liczebność tego gatunku (w mikroskali – na kartach opowiastki). Na wewnętrznych okładkach "Żubra Pompika" zawsze znajdują się bowiem podstawowe informacje o danym obiekcie przyrodniczym, łatwe zagadki oparte na wyszukiwaniu i kilka pytań (w tym jedno z przymrużeniem oka) sprawdzających, co czytelnik zapamiętał z wyprawy. "Ptasie stado" wyróżnia się spośród dotychczasowych odsłon serii mglistą aurą ilustracji, spokojem i ciszą, którą bardzo łatwo sobie wyobrazić. Przynajmniej dopóki nie rozgęga się tytułowa zgraja.

Jaka mglista mgła! – zachwycała się, skacząc dookoła Pompika. – Jaka łączysta łąka! Jaka mokra mokrość pod racicami!
Każdy okrzyk był okazją do przyjacielskiego gruchnięcia Pompika w bok lub szturchnięcia go głową.
W końcu Pompik nie wytrzymał.
Polinko! Dasz mi wreszcie spokój?! – wykrzyknął.
No coś ty? – Polinka szczerze się zdziwiła. – Nie lubisz mnie?
Lubię, lubię, ale czasem zwierzęta mają ochotę być same, wiesz? – powiedział Pompik.
Same? – zdziwiła się Polinka.
Tak, same! Żeby nikt na nie bez przerwy nie wpadał i...
Pompik nie dokończył, bo właśnie... wpadł na odpoczywające w wysokich trawach ptaki.
GĘGĘ! – z oburzeniem wykrzyknął potrącony przez Pompika ptak. – Co to jest? Tu się odpoczywa!
Oj, przepraszam. – Pompik się zawstydził, zrobił krok w bok... i nadepnął na kolejnego mieszkańca łąki.
Alarm!!! – zagęgała poszkodowana gęś. – Żubr mnie depcze!
Nie, nie, ja wszystko wytłumaczę – zaczął Pompik, ale... było już za późno.




Tomaszowi Samojlikowi nie są, jak widać powyżej, obce także zabawy językowe i te Polinkowe eksperymenty z polszczyzną wyszły mu wyjątkowo okazale. Zazwyczaj jednak książki o wyprawach Pompika poświęcone są tym najzwyczajniej rozumianym zabawom, czyli brykaniu żuberków na łonie przyrody. Tak też jest w dziewiątej przygodzie – "Zwinnej wydrze", oprowadzającej nas po Drawieńskim Parku Narodowym. Chociaż i tutaj wszystko zaczyna się od językowych gier w rymowanki-przezywanki, to przesłanie całej książeczki jest poważniejsze i dotyczy... nadmiernej powagi dorosłych. Tej zupełnie zbędnej i zbyt popularnej cechy Poradzie i Pomrukowi pomaga się pozbyć tytułowa wydra, wesoło podsumowująca najnowszy blok "Wypraw". A już nadciąga kontynuacja, bo na mapie Polski goszczącej w środku każdego tomu serii (i zapraszającej do odhaczania czytelniczych wycieczek odbytych już w towarzystwie Pompika) oznaczone są 23 parki narodowe, tak więc przed nami jeszcze wiele, wiele wypraw.

Bożena Itoya

Tomasz Samojlik, Żubr Pompik. Wyprawy, tom 5.: Najstraszniejszy drapieżnik, Wydawnictwo Media Rodzina, Poznań 2018.
Tomasz Samojlik, Żubr Pompik. Wyprawy, tom 6.: Zachłanna mewa, Wydawnictwo Media Rodzina, Poznań 2018.
Tomasz Samojlik, Żubr Pompik. Wyprawy, tom 8.: Ptasie stado, Wydawnictwo Media Rodzina, Poznań 2018.
Tomasz Samojlik, Żubr Pompik. Wyprawy, tom 9.: Zwinna wydra, Wydawnictwo Media Rodzina, Poznań 2018.