cudanakiju.pl

cudanakiju.pl

poniedziałek, 10 września 2018

Kobra


Katarzyna Wasilkowska rozpoczyna swoją książkę "Kobra" mocnym uderzeniem. Pierwsza scena przypomina amerykańskie filmy o porwaniach dokonywanych przez UFO, w drugiej natomiast poznajemy (ci, którzy nie czytali "Jowanki i gangu spod Gilotyny") jedenastoletniego Tomka, niegdyś Tomaszka. I co z tego, spytacie? Przecież zawsze na pierwszych stronach powieści poznajemy jej bohatera. Otóż chłopiec ten jest niepełnosprawny, pod względem fizycznym, bo po wypadku amputowano mu nogę, oraz emocjonalnie, bo w wyniku tej samej tragedii stracił ojca, a wyjątkowy jest fakt, że książka wcale nie jest o tym. Autorka obrała najlepszą drogę do integracji: nie podkreśla inności, mówi o swoim bohaterze jak o każdym innym. Drugi rozdział rozpoczyna się natomiast sceną niczym z westernów, wydaje się, że wieś, o której mowa (cel przyszłej podróży Tomka), ma swoich bandytów i nocnego szeryfa, potem porównywanego również do Zorro. Och, jakże byłam zaintrygowana tym preludium, jak chciałabym jeszcze raz przeżywać te cudowne czytelnicze emocje, gdy cała przygoda jeszcze przede mną!

Było późno. Mama leżała na sofie zwinięta w kłębek, oświetlona jedynie sinym blaskiem migającego ekranu telewizora.
Co oglądasz? – zapytał Tomek, przysiadając obok. Wiedział, że tylko bezmyślnie skacze po kanałach, ale chciał, żeby w końcu coś powiedziała.
Mama odłożyła pilot i popatrzyła na syna.
Ta wieś nazywa się Dębowy Borek, to jest pod Warszawą, sprawdzałam w internecie – odezwała się wreszcie zmęczonym głosem. – Wsiądziesz w Gdańsku, a babcia odbierze cię na Centralnym w Warszawie. Dalej pojedziesz z nią. Poradzisz sobie, nie jesteś już mały, prawda? – zapytała łagodnie, prawie czule, aż Tomka ścisnęło w gardle. Rzadko mówiła takim tonem i nigdy nie wiedział, jak się wtedy zachować, chociaż przecież cały czas tęsknił do odrobiny serdeczności. Odchrząknął, przełknął ślinę i nabrał powietrza, opanowując się, żeby nie pomyślała przypadkiem, że jest jeszcze mały.

Ważnym elementem tej powieści jest obraz rodziny po stracie. To, jak rozdrażniona i załamana jest mama po śmierci taty, jak trudno jej unieść ciężar samotności i samodzielnego dbania o rodzinę, jak Tomek usiłuje nie przeszkadzać, nie podpaść krzyczącej mamie, wesprzeć, zrozumieć, a nawet przejąć opiekę nad siostrą i matką... Nie, książka nie jest przygnębiająca, tylko mądra, a to, że bywa poważna, można tylko zaliczyć na jej korzyść. Tak właśnie bywa w życiu, jeśli młodzi czytelnicy nie są w pełni skoncentrowani na sobie, na pewno doświadczają różnych trudniejszych momentów. Cieszę się, że polscy pisarze pokazują rzeczywisty świat, pisanie o problemach nastolatków jest nawet bardzo popularne, jednak wśród nowszych powieści obyczajowych "Kobra" wyróżnia się przynajmniej pod dwoma względami. Po pierwsze, adresowana jest do młodszej młodzieży, stąd nie dotyka spraw licealistów, inicjacji seksualnej czy przenosin do nowej szkoły średniej (lub gimnazjum). Po drugie, trudno powiedzieć, czy jest to książka obyczajowa, chyba bardziej przygodowa, choć głęboko osadzona w naszych polskich realiach. A może kryminał? Albo baśń o dobrej starowince, mędrczyni czy wróżce przemieszczającej się przy pomocy nie karocy, ale niemal równie zaprzeszłego ciemnozielonego Tico.
W kryzysowym momencie życia rodziny na szczęście pojawia się pomysł terapii mamy, na czas której bierze ona urlop, Heniutka, siostra Tomka, ma zapewnioną opiekę, a sam Tomek wyjeżdża do babci ze strony ojca, której dotąd nie poznał. I tu zaczyna się prawdziwa przygoda. Najpierw – niestosująca się do stereotypów babcia, zresztą, jakakolwiek by była, spotkanie z nią to niezwykłe wydarzenie dla kogoś, kto nigdy nie czuł się wnukiem. Potem – wieś, zaskakująca przy porównaniu z filmami, bo z kosmonautą, Sfinksem i lwem. Pierwsze wrażenia to nie wiejskie (typowe lub nie) zwierzęta w obejściu i woda ze studni (zamkniętej, wodociąg pociągnęli już rok temu!). Tomek dociera do babcinego domu nocą i zauważa przede wszystkim głęboką ciemność i ciszę. Autorka, oprócz wydarzeń i osób, doskonale opisuje odczucia, a jej opowieść przesączona jest poezją.

Był bardzo zmęczony, ułożył się więc wygodnie na boku i czekał na sen. Nic z tego.
Cisza była zbyt idealna, by zasnąć. Był przyzwyczajony do swojego osiedla i jego wieczornego języka: szumu samochodów, odgłosów kroków na chodniku, pomarańczowego światła ulicznych latarni.
Wkładał głowę pod kołdrę i wyjmował, zatykał uszy i puszczał gwałtownie. Bez różnicy – ciemność i cisza.

Tytuł książki oznacza wspominanego już szeryfa czy superbohatera, który swoje nocne akcje filmuje i udostępnia w internecie. Tak, tak, to znak naszych czasów, a Katarzyna Wasilkowska zdecydowanie za nimi nadąża. Podobnie jak babcia Tomka, choć ta jej zgoda na nowoczesność jest dość gorzka. Cóż, w "Kobrze" zastaniemy wieś taką, jaką przeważnie bywa we współczesnej Polsce. Wygląda inaczej niż idylliczne wyobrażenia mieszczuchów czy nawet miejsca, w które zazwyczaj wyjeżdżają na wakacje lub przeprowadzają się zbuntowane nastolatki z powieści obyczajowych.

Myślałem, że tu będzie bardziej wiejsko, znaczy rolniczo – wyznał. – Jakoś mało zwierząt i pól.
U nas gleba słaba. – Babcia pokiwała głową. – Ciężko było coś wyhodować. A jak jeszcze do supermarketów przyszło wszystko i każdy mógł sobie kupić, co chciał, w dodatku tanio, to ludzie posprzedawali ziemię. Teraz miastowi przyjeżdżają i budują się na nowych działkach. Oni też myślą, że tu wieś. Tylko że sami nie widzą, jak powoli tę wieś zamieniają w miasto.
Tomek zerknął ukradkiem na babcię, która kątem oka złapała jego spojrzenie.
Patrzysz, czy mi nie żal? – Uśmiechnęła się. – Nie żal. Czego żałować? Że świat się toczy swoim torem? Wszystko ma swój czas, a czasu nie zatrzymasz. Ale ludzie wciąż próbują, gonią się z czasem. Zatrzymasz jadący pociąg? Strach próbować.
Coś białego odbiło się od przedniej szyby, i jeszcze jedno, i znowu. Tomek pochylił się, żeby spojrzeć w niebo.
Śnieg? Grad? – zapytał z niedowierzaniem, patrząc na unoszące się w pełnym słońcu białe kuleczki.
Styropian – odparła babcia. – Jest pogoda, to wszyscy wzięli się za robotę. Ocieplają na zimę.
Pojawiły się pierwsze domy. Ogromne, luksusowe, z wielkimi dachami obok chylących się drewnianych chatek czy szarych smutnych klocków. Wokół wielu z nich uwijali się półnadzy opaleni mężczyźni, mocując styropianowe płyty na elewacji.

Na miejscu Tomek przeżywa szereg niespodzianek (niektóre wiążą się z mrocznymi rodzinnymi tajemnicami) prowadzących do wewnętrznej przemiany, jakiej doświadczają wszyscy rasowi bohaterowie literaccy. Postać ta jest bowiem spokrewniona z całym panteonem dziecięcych detektywów, członków "paczek", młodszych i starszych braci połączonych z rodzeństwem więzią tak mocną, że aż wzruszającą dla czytelników. Trochę jakbyśmy odkrywali nieznane dotąd losy detektywa Blomkvista, rodziny z Saltkråkan, dzieci z Bullerbyn czy braci Lwie Serce. Bliskość świata Astrid Lindgren to nie wszystko, "Kobrę" można też określić jako "przygodówkę" w starym, dobrym polskim stylu, à la Nienacki, Niziurski czy Bahdaj, ale lepszą, bo powieść Katarzyny Wasilkowskiej nie trąci myszką i nie jest tak wyraźnie "chłopięca", jak licząca kilkadziesiąt lat klasyka rodzimej literatury młodzieżowej. Są tu kobiety-bohaterki, "zwykłe" babki, matki, małe siostrzyczki, sąsiadki, wiejskie dziewuszki służące komuś za przyszywaną siostrę heroiny z życia wzięte, naprawdę i na co dzień kogoś ratujące. W okresie mody na książki o "dziewuchach", wojowniczkach oraz buntowniczkach, niedościgłych idolkach podszytych geniuszem, panie z "Kobry" przemówiły do nas dużo bardziej, bo są z naszego świata.
Autorka zagwarantowała nam nie tylko ciekawą lekturę, ale też turlanie się ze śmiechu. Jako miłośnicy językowych igraszek ubawiliśmy się zwłaszcza czytając dialogi z udziałem mieszkańców Dębowego Borku (poza pisemnymi instrukcjami Heniutki, szalonymi i urzekającymi, co więcej, chyba z życia wziętymi!).

Organista powiadał, zie to sam diabeł – zaśmiał się gardłowo krępy osobnik, odsłaniając samotny ząb na przedzie.
Siedział obok pana Józusia i pił z takiej samej butelki. Miał robocze ubranie ubrudzone białą farbą i za duży kaszkiet, mimo upału naciągnięty głęboko na uszy.
A ty co, Mieciu, Radziowi nie pomożesz? Masz gajerek, jak cię mogię, w sam raz na jaką fuszerkię – zadrwił Ambroziak.
O organiście mi tu bajerów nie wstawiaj, ten to wszędzie szatana widzi.
Powiadał, zie od probościa słysiał – spoważniał Miecio i schował ząb. – Zie mu powiadali te, co tu psiez całę zimę motokrosy po lesie jeździli. A juś kaźdy gadał, zie na nich tylko diabła nasłać, jak ani policja rady nie dali. Aż tu oni same przyśli do probościa i mówią, zie diabeł się im ujawił pośrodku lasu i zabronił jeździć. I jeście im kazał do probościa się stawić, zieby pokazał, jakie groby mają pośprzątać.

Lokalsi zapewniają rozrywkę na każdym kroku: pod sklepem, przed kościołem i podczas mszy ‏– o, tu szczególnie! Trudno było mi się pozbierać po ataku śmiechu, który towarzyszył czytaniu o śpiewach i grze organisty, kościelnych kreacjach pań czy miejscowych donosach i wojenkach. Polskości jest w "Kobrze" znacznie więcej, także poważniejszej, historycznej. Tomek pod wpływem miejscowych pasjonatów historii spędza wakacje na zgłębianiu dziejów regionu, zwłaszcza działań wojennych i rodzinnych wspomnień z czasów drugiej wojny światowej. Będzie coś o osobistym spotkaniu z Hitlerem, o Hubalu, o moście z czołgu (zob. niżej), o lokalnym klubie historycznym. Autorka nie przynudza, ale skutecznie popularyzuje historię i rozbudza w dzieciach chęć poznawania przeszłości swojej okolicy. Katarzyna Wasilkowska nie jest oczywiście pierwszą przedstawicielką polskiej literatury przygodowo-historycznej dla młodzieży – bardziej doświadczony czytelnik na pewno skojarzy "Kobrę" choćby z "Panem Samochodzikiem". Wątki motoryzacyjne są zresztą ważnym elementem omawianej książki.
Poza atmosferą powieści z dzieciństwa dzisiejszych dziadków, pojawiają się i same te książki, czytywane przez pewną dziewczynkę z Dębowego Borku. Jest i mój ulubiony wątek bibliotek oraz bibliotekarzy żyjących książkami. Nie zabrakło również techniki easter egg, pochodzącej co prawda z gier komputerowych, ale stale stosowanej w polskim komiksie i coraz częściej również w beletrystyce. Motywy czy postaci z popkultury pojawiają się na gościnnych występach w filmach, albumach komiksowych i tym podobnych, a w pewnym popularnym serwisie internetowym, którego użytkownicy zakładają własne kanały i stają się "komenterami", roi się od specjalistów śledzących najdrobniejsze nawiązania w kinowych czy growych przebojach. Jednak kiedy w nowej powieści dla młodzieży czytana jest inna, niedawno wydana powieść dla młodzieży, sprawę wykryje tylko prawdziwy znawca wśród literackich detektywów. Mam nadzieję, że zainteresowanie nastolatków rodzimą literaturą będzie pączkowało także dzięki takim zabiegom, jak polecanie "Detektywów z klasztornego wzgórza" w "Kobrze". Jeśli młodzież będzie czytać podobne skarby, nigdy nie zazna nudy, bo jak można się nudzić mając taką wyobraźnię i takie spojrzenie na świat jak Lina, wytrawna czytelniczka? Szkoda, że Tomek i Lina nie mają swojego kanału, od razu bym ich zasubskrybowała.

Ten most jest zrobiony z czołgu, wiesz? – powiedziała Lina, wystawiając twarz do słońca migoczącego między liśćmi.
Tomek przyjrzał się kładce ułożonej z dziwnych, trójkątnie zakończonych, metalowych płyt. Osobliwie wyglądało tow sielankowej scenerii, jakby siedzieli pośrodku szeroko rozwartych wnyków. Lina otworzyła jedno oko. – No z czołgu, takiego po Niemcach. Ludzie go rozebrali i przerobili na mostek. Fajnie, nie? W dorosłości zostanę pisarką. Napiszę bajkę o czołgu, który musiał odpokutować swoje grzechy, służąc ludziom za mostek.

Na zakończenie zwrócę uwagę na jeszcze jeden, bardzo ciekawy aspekt książki Katarzyny Wasilkowskiej. Czytając "Kobrę" czuje się, jak znakomicie autorka zna i rozumie dzieci oraz młodzież. Niewymuszony, prawdziwy język to jedno, ja zwróciłam uwagę przede wszystkim na pokazywanie świata takim, jak widzą go dzieci, na bezbłędne oddanie sposobu myślenia inteligentnego, ale nie jakoś wyjątkowo genialnego nastolatka. Kiedy Tomek zauważa wielkiego zwierza za ogrodzeniem, autorka nie pisze, że to ogromny pies w boksie, ale tak, jak uważa bohater: lew w klatce. Takie podejście dodaje lekturze kolorów, emocji, może też krztynę poezji i wzruszenia, na przykład gdy Tomek martwi się o swoją siostrzyczkę, bo jest od niej daleko i nie może ochronić Heniutki przed całym złem wszechświata. Przeczytajcie tę książkę koniecznie, nawet jeśli wasze dzieci są na nią jeszcze za małe lub już za duże. To po prostu dobra proza, zresztą znajomość świata młodych przyda się każdemu rodzicowi, a niektóre fragmenty "Kobry" rozśmieszą dorosłych może nawet bardziej niż dziecięcych czytelników, bo obraz naszego "dorosłego" społeczeństwa jest tu trafniejszy niż w wielu felietonach czy esejach. W tych tekstach zresztą rzadko kto odważy się rozpracować marketingowe, pseudocharytatywne kity, którymi jesteśmy na co dzień karmieni, tymczasem Katarzyna Wasilkowska znakomicie podsumowała skalę dobroczynności znanych sklepów. Jak? Dajcie się zaprosić na wielkie otwarcie marketu ALFA Żołądek w Dębowym Borku, sami zobaczycie. Kiełbasa z grilla, baloniki, piwko i disco polo gratis.
Bożena Itoya

Katarzyna Wasilkowska, Kobra, okładka Katarzyna Kołodziej, Wydawnictwo Literatura, Łódź 2018.

niedziela, 9 września 2018

Kobiety i nauka. One zmieniły świat


Moje ogólne wrażenia dotyczące książki "Kobiety i nauka. One zmieniły świat" zamykają się w słowach: efektowna, kolorowa, potrzebna. Oceniając ją wyłącznie jako publikację artystyczną uznałabym, że jest interesująca, ale nie przełomowa ani kontrowersyjna. Jednak ilustracje wcale nie są tu najważniejsze, czym byłam bardzo zaskoczona. To pierwsza pozycja z linii wydawniczej Egmont Art, jaką przeczytałam i nie jestem pewna, jak rozumieć tę serię. W centrum "Kobiet i nauki" stoi bowiem wiedza, choć sztuka jest oczywiście istotnym elementem książki napisanej i zilustrowanej przez Rachel Ignotofsky – Amerykankę, z wykształcenia graficzkę, która według notki biograficznej "tworzy edukacyjne dzieła sztuki". Ilustracje, na których bohaterka wyłania się z czarnego tła można rozumieć symbolicznie: te postacie wyróżniały się z tłumu kobiet swoich czasów, ich ogromna wyobraźnia, stanowczość i geniusz uczyniły je fantastycznymi, unoszącymi się ponad przyziemność i przeciętność osobistościami. Równocześnie są to po prostu modne grafiki, sprzyjające trendom wyraźnym także w polskiej ilustracji książkowej i prasowej – widywałam już te barwy i kształty nie raz i nie dwa, u różnych twórców.
Moja recenzja dotyczyć będzie w głównej mierze treści i poziomu merytorycznego "Kobiet i nauki". Szanuję tę książkę za dużą porcję informacji o historii społecznej, przybliżenie uprzedzeń, które jeszcze niedawno rządziły światem i popularyzację dokonań kobiet w dziedzinach nadal uważanych za głównie męskie. Sądzę, że lektura ta może zainspirować młode dziewczęta, skłonić do zapisania się na zajęcia dodatkowe z zakresu nauk przyrodniczych czy samodzielnego zgłębiania dziejów walki o prawa kobiet.
Oczywiście czytelnicy (lub nieczytający krytycy) chętni do zapalczywej dyskusji mogą odświeżyć odwieczny, choć moim zdaniem absurdalny i pozorny problem: czemu w książkach o naukowcach nie ma kobiet, a w publikacjach o "naukowczyniach" brak mężczyzn (choć w tym przypadku jeszcze nie słyszałam głosów sprzeciwu). Nie popieram podziału książek i wzorców na dziewczęce i chłopięce. Bohaterowie męscy dla małych mężczyzn, książki o dziewczynkach dla dziewcząt? Jakże wyraźny to anachronizm! Mnie, jako rodzicowi i czytelnikowi, taka kategoryzacja wydaje się nienaturalna i szkodliwa. Tym samym nie jestem zwolenniczką pisania kompendiów wiedzy "upłciowionej". Edukacja o nauce powinna być obiektywna jak sama wiedza, złożona przecież z faktów, a nie interpretacji i wybiórczego traktowania danych zagadnień. Wyrwane z kontekstu ogólnych badań naukowych biogramy badaczy, niezależnie czy tylko kobiet, czy samych mężczyzn, przekażą dziecku tylko strzępki wiedzy, a rozumienie historii związane jest z pojmowaniem procesów, nie wyrywkowych danych.

Kobiety, o których opowiemy w tej książce, musiały walczyć ze stereotypami, by robić to, co chciały. Łamały zasady, publikowały pod pseudonimami, pracowały dla samej satysfakcji dowiadywania się nowych rzeczy. Musiały też nauczyć się wierzyć w siebie, gdy inni ciągle wątpili w ich umiejętności.

W książce "Kobiety i nauka" każdej bohaterce poświęcono dwie strony, na których rozmieszczono dłuższy, spójny tekst, kilka luźnych ciekawostek, dużą ilustrację oraz mniejsze elementy graficzne. Właściwy artykuł hasłowy tego leksykonu jest życiorysem, nie tylko naukowym, bo autorka zawsze podkreśla trudności (o ile zachodziły) wynikające z faktu, że dana osobistość nauki była kobietą oraz jej ewentualny wpływ na walkę o równouprawnienie kobiet. Spis treści zawiera daty narodzin (a także śmierci, w wypadku postaci historycznych) wszystkich pań, stąd łatwo się zorientować, że artykuły zostały uporządkowane chronologicznie. Opisanych zostało 50 kobiet parających się przede wszystkim naukami przyrodniczymi i ścisłymi (astronomka, inżynierka, matematyczka, entomolożka, paleontolożka, genetyczka, geolożka, fizyczka, chemiczka, botaniczka, biochemiczka, zoolożka, neurolożka, krystalografka rentgenowska, farmakolożka, programistka – plus subkategorie związane ze specjalizacjami). Co ważne, w życiorysach nie zawsze jest mowa o działalności naukowej, kilkakrotnie pojawiają się określenia "edukatorka" czy "lekarka" i inne nazwy osób (zob. niżej) niezwiązane z własnymi badaniami, tylko z wykonywanym zawodem. Czytelnicy poznają osiągnięcia między innymi Hypatii, Marii Sybilii Merian, Wang Zhenyi, Lise Meitner, Lillian Gilberth, Emmy Noether, Joan Beauchamp Procter, Jane Cook Wright, Jane Goodall, Sau Lan Wu czy Maryam Mirzakhani.
Wśród naukowców będących obiektem zainteresowania Rachel Ignotofsky niestety brakuje kobiet zajmujących się badaniami humanistycznymi, widać, jak zwykle, nie zostały uznane za tak istotne, przełomowe i wyraziste jak nauki ścisłe oraz przyrodnicze. Słowa "poetka" (to nie jest działalność naukowa), "pisarka" (to też nie jest działalność naukowa), "antropolożka" (jedna osoba) czy "filozofka" (jedna osoba) owszem, pojawiają się jako określenia bohaterek, ale tylko jeśli parały się one również matematyką, fizyką, astronomią czy biologią. Operując wspomnianym przykładem twórczości poetyckiej czy ogólnie literackiej, w książce "Kobiety i nauka" brakuje mi nie poetek czy pisarek, tylko literaturoznawczyń, niezależnie od tego, czy zajmowałyby się nierównościami społecznymi (jak wspominana w publikacji poetka), czy inną materią. Walcząc z dyskryminacją autorka "Kobiet i nauki" sama nie zdołała się ustrzec pewnych stereotypów w postrzeganiu kobiet. Dlaczego świat mogą zmieniać tylko te panie, które starają się przebić do sfery zarezerwowanej dla mężczyzn? A te, które działają bez narażenia na nietolerancję nie są już interesujące? Czemu Rachel Ignotofsky i inni autorzy piszący o niezwykłych kobietach nie sięgają głębiej niż potoczne rozumienie nauki i kobiety osiągającej sukces? Czyżby powodem powierzchowności był brak konsultacji ze specjalistami z wszelkich dyscyplin nauki, opieranie się tylko na własnej kwerendzie bibliograficznej i stereotypowej identyfikacji nauki jako dyscyplin przyrodniczych i ścisłych?
Autorka podkreśla to, co w biogramach kobiet-naukowców pasuje do profilu i koncepcji książki, narzucając też swoje oceny faktów (najczęściej wskazując po prostu, co było "niesprawiedliwe"), ale pomija charakterystyki niewygodne. Anachronizmy społeczne dotyczące traktowania kobiet są piętnowane, natomiast ich zachowanie niezgodne z dzisiejszymi normami naukowymi i prawnymi już nie. Dziewiętnastowieczna "paleontolożka" spotkała się z niesprawiedliwością, bo mężczyźni-badacze nie podawali jej nazwiska w swoich artykułach, ale w tym, że swoje eksponaty pozyskiwała na sprzedaż i nie przekazywała ich żadnemu muzeum, autorka nie widzi nic niestosownego.
Książka "Kobiety i nauka" jest poletkiem badawczym dla językoznawców, zwłaszcza zajmujących się nowym słownictwem i ideologizacją języka, odzwierciedlaniem trendów społecznych w języku (podobnie jak literaturoznawców może zainteresować przenikanie ideologii i zjawisk społecznych do tekstu książek dla dzieci). Już w pierwszym biogramie natknęłam się na formę "naukowczyni", której próżno szukać w słownikach. Wszak rzeczowniki "naukowiec" i "naukowcy" dotyczą również kobiet i nie ma w tym żadnych przejawów niesprawiedliwości czy szowinizmu. Na początku książki zainteresowało mnie także rzadkie zestawienie wyrazów (i samo pojęcie) "chrześcijańscy ekstremiści".
Nowe żeńskie nazwy zawodów i osób zajmujących się daną dziedziną są wartością dodaną polskiego przekładu, w języku angielskim książka pełni więc mniej funkcji i ma łagodniejszy, mniej intensywny przekaz od wersji polskiej. Być może w oryginale lektura wypada też bardziej gładko, bo my co chwilę potykaliśmy się na inwencji tłumaczki – z większością "-lożek" zetknęliśmy się pierwszy raz, a w każdym rozdziale natrafiliśmy na przynajmniej kilka tych "żeńskich neologizmów". Walorem spolszczonej książki jest dwuznaczność jej tytułu: nie wiadomo, czy tylko kobiety, czy też kobiety i nauka pospołu zmieniły świat (w oryginale wszystko jest jasne i typowe: "Women in Science – 50 Fearless Pioneers Who Changed the World").
Moje wątpliwości wzbudziła kwestia odbiorcy książki "Kobiety i nauka". Wiadomo, że autorka napisała ją głównie dla dziewcząt, ale w jakim wieku powinno się sięgnąć po tę publikację? Już w pierwszych rozdziałach pojawiają się pojęcia nieznane młodszym czytelniczkom, na przykład: sufrażystka, abolicjoniści, wojna secesyjna. Po ich definicje dzieci młodsze niż dwunasto- czy trzynastolatki będą musiały sięgnąć do słowniczka na końcu książki (jeśli zechcą, a rzadko im się chce), internetu lub spytać o nie rodziców czy nauczycieli. Publikację "Kobiety i nauka" można oczywiście traktować jako domową encyklopedię bez ograniczeń wiekowych, niemniej dorośli raczej nie kupują sobie ilustrowanych słowników biograficznych pisanych tak sugestywnym, prostym (poza wybranymi terminami) językiem. Niektóre dzieci zniechęcą się obszernością i poziomem skomplikowania książki, choć moim zdaniem ciężar merytoryczny został złagodzony krótkimi ciekawostkami na marginesach i wplataniem w działalność naukową prywatności badaczek. Ja przeczytałam "Kobiety i naukę" z przyjemnością, choć trudno mi było znieść ciągłe powtórzenia dotyczące męskiego świata, męskich uprzedzeń, męskiego nastawienia.
Pewnym problemem jest "amerykańskość" tej książki, ponieważ zasięg zainteresowania autorki objął przede wszystkim Stany Zjednoczone. Tę ograniczoność dostrzegłam po około dziesięciu biogramach, wcześniej zapowiadało się, że świat zmieniły jednak kobiety z całego świata: dzisiejszego Egiptu, Chin, Niemiec, Anglii, no i z Ameryki Północnej. Z punktu widzenia Rachel Ignotofsky ponad połowa "naukowczyń"-pionierek pochodzi z jej kraju. W czołówce kobiet wszech czasów znalazło się oczywiście miejsce dla Polki-noblistki, Marii Skłodowskiej-Curie, uwzględnione zostały również panie pochodzące z Anglii (6), Niemiec (4), Chin (2), Czech (1), Włoch (1), Rosji (1), Irlandii (1), Australii (1), Francji (1), Norwegii (1), Iranu (1), Austrii (1), i dzisiejszego Egiptu (1). Kilka postaci spoza USA pojawia się także w zwięzłym dodatku "Jeszcze więcej badaczek". Kwestie narodowościowe tylko okazjonalnie zajmują autorkę, a szkoda, bo w dużym stopniu wpływały na działalność naukowców. Publikacja zawiera również "Oś czasu", "Narzędzia laboratoryjne" oraz "Statystyki", zamieszczone pomiędzy rozdziałami, bez ścisłego związku z biogramami je poprzedzającymi lub następującymi po nich. Rozkładówka "Narzędzia laboratoryjne" jest niestety mało czytelna, przez co niezbyt użyteczna. Ponadto autorka zadbała o słowniczek, bibliografię (filmy, strony www, książki – w tej kolejności!) i indeks, co tym bardziej świadczy o aspirowaniu do statusu publikacji para- lub popularnonaukowej. Według mnie książka Rachel Ignotofsky jest jednak zbyt subiektywna i nacechowana językowo, by mogła być traktowana oraz wykorzystywana jako pomoc dydaktyczna. Pozostańmy przy jej funkcji zgodnej z serią wydawniczą Egmontu: ART. Zadaniem rodziców i nauczycieli będzie skomentowanie tej książki, dodanie szerszego kontekstu, jak sytuacja polityczna oraz społeczna w czasie i części świata, w których żyła dana badaczka czy osiągnięcia innych ludzi epoki, w tym mężczyzn.
Bożena Itoya

Rachel Ignotofsky, Kobiety i nauka. One zmieniły świat, tłumaczenie Paulina Błaszczykiewicz, Wydawnictwo Egmont, Warszawa 2018.

Zguba zębiełków


Ciekawe, ile dzieci skakało w tym roku z radości wywołanej powrotem Dobrzyka i jego kompanii. Przypuszczam, że wielu młodym ludziom ryjówki kojarzą się tylko z komiksową Sagą o Ryjówce Tomasza Samojlika. Jest to seria skutecznie pielęgnująca zamiłowanie do przyrody, przygody i książek, a w szczególności do dymkowanych albumów. Kolejne części "Ryjówki przeznaczenia" cieszą się wielkim powodzeniem dzięki udanym scenariuszom, czarującej grafice i kolorystyce oraz ogólnemu podejściu autora i wydawcy (Kultura Gniewu / Krótkie Gatki) do dziecięcego czytelnika. Tutaj nie lekceważy się maluczkich, nieważne, czy chłoną komiksy od pięciu lat, roku, czy dziesięciu minut. Komiksy Tomasza Samojlika są wydawane z dbałością o wszelkie szczegóły, od dopracowanej fabuły i rysunkowej akcji, przez dobór i wyrazistość kolorów, redakcję i korektę (nie zauważyłam żadnej literówki czy niezręcznego sformułowania w całej czterotomowej serii, a jestem na tym punkcie wyczulona), jakość oraz trwałość papieru i oprawy, aż do fantastycznych fanartów i dodatków encyklopedycznych na końcu albumu.
"Zguba zębiełków" jest książką ciekawą, wesołą i dowcipną (bo to niekoniecznie to samo), pełną akcji, wciągającą i pod każdym względem barwną. W tej opowieści spotykamy większość bohaterów, pozytywnych i negatywnych, których poznaliśmy w "Ryjówce przeznaczenia", "Norce zagłady" i "Powrocie rzęsorka". Naszym ulubieńcem jest oczywiście Dobrzyk, wybraniec łamiący stereotypy, bo jakby z przypadku, daleki od ideału, niezbyt samodzielny i dość niezdarny. Właśnie komediowy charakter bohatera, dumnie zwanego "ryjówką przeznaczenia", gwarantuje lekkość lektury i dystans względem gatunku fantasy, z którego autor czerpie garściami. Oprócz ryjówek na kartach "Zguby zębiełków" zagościli tytułowi kuzyni Dobrzyka, swoje pięć (lub więcej) kadrów mają też rzęsorek, kret, łasica, kruki, jeż, norniki, srokosz, puchacz, lis, pies, kot i najbardziej szkodliwi drapieżcy: ludzie, zaśmiecający przyrodę swoimi odpadami i wyziewami. Gdybym nie znała możliwości Tomasza Samojlika, chyba nie uwierzyłabym, że można stworzyć fascynujący dla dzieci komiks o zanieczyszczaniu środowiska, łańcuchu pokarmowym, zasiedlaniu przez dzikie zwierzęta ludzkich gospodarstw czy przygotowaniach lasu do zimy. Na kanwie takich przyziemnych, podręcznikowo-ekologicznych sytuacji czy z życia wziętych scenariuszy autor tworzy niesamowitą historię podróży, poszukiwania ratunku dla gatunku, powrotu do porzuconego królestwa, zdrady i nawrócenia. Najsłabsi dają radę pokonać tyranów i oprawców, zrzędy i po(d)rzutki okazują się najcieplejszymi aspektami istnienia, świat niby staje na głowie, a jednak w rzeczywistości jest właśnie taki, jak u Tomasza Samojlika. "Zguba zębiełków" nastraja optymistycznie, skłania do rozglądania się wokół w poszukiwaniu tych, którzy pomagają, choć nikt nie patrzy, i do czynienia dobra.
Rysunki autora zachwyciły nas i rozśmieszyły bardziej niż te we wcześniejszych komiksach z cyklu o ryjówkowatych. Bardzo podobała nam się ich prostota, która przy rozbudowanej akcji nie jest taka oczywista, zresztą w ogóle przy wielobarwnych pozycjach dla najmłodszych łatwo popaść w przesadę. Tomasz Samojlik najczęściej stosuje zbliżenia na postaci, unikając złożonego tła. Przy szerszych planach kadry są odpowiednio większe, a szczegóły ilustracji na tyle wyraźne, że nie dochodzi do zamętu, a czytelnik chętnie wyszukuje wszystkie ryjówkowate i wszelkie inne drobiazgi. Zwierzęcy bohaterowie bywają pocieszni i drapieżni, ludzie – niezbyt urodziwi i "z twarzy" mniej inteligentni od rodowitych mieszkańców lasu. Świetna dynamika rysunków obejmuje i mimikę postaci, i sceny gonitw, ataków czy pułapek, i stopniowalność napięcia w kolejnych kadrach. Trudno mi określić, czy w "Zgubie zębiełków" bardziej ujęły nas ilustracje, czy scenariusz. Ten komiks jest po prostu uniwersalnie fajny.
Bożena Itoya

Tomasz Samojlik, Zguba zębiełków, Kultura Gniewu (Krótkie Gatki), Warszawa 2018.

Medytacja dla najmłodszych

Rodzicielstwo to proces ciągłego samodoskonalenia. Z początku nieporadni, stopniowo nabywamy wiedzę - nie tylko o dzieciach, ale i o samych sobie, swojej psychice i granicach wytrzymałości. Wielu z nas ze zdumieniem odkrywa, że w kwestiach radzenia sobie z emocjami i stresem błądzimy po omacku - i, wciąż wyprowadzani z równowagi, gorączkowo zaczynamy szukać rozwiązań, które pozwoliłyby nam odzyskać kontrolę. Bo i temat ten - tak dziś skądinąd modny - jest raczej zaniedbywany w dziecięcej edukacji, zaczynając od rodziców, którzy na szalejące emocje dziecka często odpowiadają własnym wybuchem agresji, nie dając żadnych wskazówek, jak się wyciszyć (bo i sami tych metod nie znają), poprzez szkołę, która funkcjonuje wyłącznie w oparciu o system kar za złe zachowanie. W efekcie dziecko idzie w świat pozbawione najprostszych strategii przetrwania trudnych chwil.
A na naukę kontrolowania i wyciszania emocji nigdy nie jest za wcześnie, czego starają się dowieść Susan Verde i Peter H. Reynolds, autorzy wydanych przez wydawnictwo "Mamania" książeczek: "Ja, joga" i "Ja, spokój", skierowanych przede wszystkim (choć nie tylko) do dzieci. Za pomocą prostych, bardzo obrazowych i pełnych barwnych metafor historyjek przedstawiają one dwie metody radzenia sobie z emocjonalnym rozchwianiem - pozycje jogi oraz trening mindfulness. Ważne, że nie jest to typowy, suchy instruktaż, ale bardzo poetyckie opowieści o odzyskiwaniu spokoju, którym towarzyszą piękne, tętniące życiem ilustracje, świetnie oddające ducha emocjonalnej przemiany głównego bohatera i bohaterki: od myśli jak wzburzona woda, umysłu miotającego się jak łódka, po bezpieczną przystań, którą każdy może stworzyć sobie sam, zakotwiczając się w danym momencie i odbierając go wszystkimi zmysłami. Podobnie silnie działa na wyobraźnię obraz przygniatającego główną bohaterkę świata, który dzięki uspokojeniu myśli nabiera odpowiednich proporcji i daje się udźwignąć.

Książki mogą być nieocenionym wsparciem dla dzieci w wieku przedszkolnym i ich opiekunów, którzy być może nie zetknęli się wcześniej z tego typu technikami (albo słyszeli o nich, ale nie do końca rozumieją, o co chodzi). Na końcu każdej opowieści znajdziemy bardziej treściwy opis zaprezentowanych technik, z asanami (pozycjami jogi) włącznie. Tyle wystarczy, by zacząć ćwiczyć się w wyciszaniu emocji, zarówno tych dziecięcych, jak i rodzicielskich (które często są naczyniami połączonymi). Książeczki mogą też stanowić inspirację dla nauczycieli i opiekunów przedszkolnych - nic nie stoi na przeszkodzie, by stosować tego typu ćwiczenia w klasie (mindfulness nadaje się do tego idealnie). Jeśli więc rozważaliście zgłębienie tematu jogi czy technik medytacji dla dzieci, książeczki "Ja, joga" i "Ja, spokój" to prawdopodobnie najlepszy punkt wyjścia.
Joanna Pietrulewicz

Susan Verde i Peter H. Reynolds, "Ja, joga" i "Ja, spokój", Mamania 2018.

Więcej czapek!


„Chcemy nasze czapki!” - skandują z okładki bohaterowie książki Evy Lindström i nie dają za wygraną przez wszystkie karty tej niegrubej książeczki obrazkowej. Historia jest prosta i mniej więcej streszcza się w tytule. Oto wskutek nonszalanckiej i nieprzemyślanej działalności pewnego dorosłego grupka dzieciaków z jednego bloku w trakcie urodzinowego przyjęcia traci swoje czapki, a potem próbuje je odzyskać.

Czapki są nowe, przy wychodzeniu z domu powinny być na głowach (o czym przypomni dziecku każdy rodzic), a teraz, o zgrozo, zniknęły, przepadły, zawieruszyły się, a w dodatku tata Adama, dorosły, który za zniknięciem tychże czapek stoi, zupełnie nie rozumie powagi sytuacji! Role się odwracają: to dzieci zachowują się odpowiedzialnie, tymczasem tata Adama niby szuka, ale niezbyt skutecznie, lekceważy sprawę. Dzieci nie dają za wygraną, bez czapek nie chcą opuścić urodzin kolegi. Jedno jest pewne. Nakrycia głowy w tajemniczy sposób rozpłynęły w powietrzu...

Szczypta magii, odrobina tajemnicy i jasno określona stawka sprawiają, że kibicujemy Siri, Tomowi, Mai i Markowi w poszukiwaniu zagubionych przedmiotów. Bardzo chcemy, by ich świat powrócił do równowagi, innymi słowy, by czapki się znalazły. Na dzieciach - szczególnie tych mieszkających w blokach - duże wrażenie robi też wątek o psującej się windzie i mechaniku.

Zwraca uwaga perspektywa narracji, sprowadzająca wszelkich dorosłych do roli tła. Dzięki temu możemy się przyglądać, jak młodzi bohaterowie radzą sobie ze swoim małym wielkim problemem, nikt nie zaczyna zrzędzić i przepytywać dzieci na okoliczność zagubionej (pewnie kolejnej już tej zimy) czapki. Bo jak wiadomo, nie tylko skarpety giną w tajemniczych dziurach pod domowymi pralkami.

Czapki to zresztą szczególne elementy ubioru, mające swoje miejsce w literaturze dziecięcej. Pierwsze skojarzenie z tytułem książki Evy Lindström zaprowadziło mnie do Emila ze Smalandii i jego czapki, cyklistówki, z którą się nie rozstawał, a nawet przez trzy tygodnie uparcie w niej sypiał. Przypominam też sobie zagubioną czapkę krasnala Łapciusia z kultowego słuchowiska muzycznego „W Karzełkowie” (1990), z niezapomnianym w roli krasnoludka Bohdanem Smoleniem. Jest oczywiście czarodziejska czapka niewidka z filmu (1966) z uroczej i dziś już zapomnianej animacji Piotra Pawła Ludczyna o tym samym tytule. Filmowa czerwona czapeczka powodowała, że znikali ludzie, którzy zakładali ją na głowę. U Evy Lindström ludzie co prawda są, ale za to znikają czapki!

Za sprawą wydawnictwa Zakamarki dostajemy więc kolejną opowieść, w której czapka zyskuje sobie właściwe miejsce i stanowi oś – w tym przypadku – literackiej przygody. Autorka konstruuje opowieść z wydarzeń pozornie nieważnych, codziennych, takich, które na pierwszy rzut oka nie popychają akcji do przodu, a już na pewno nie przybliżają nas do rozwiązania zagadki zniknięcia czapek. Dorzuca absurdalne dygresje, dając czytelnikowi próbkę dziecięcego sposobu odbierania świata i przywilej popatrzenia na ten świat z dziecięcej perspektywy. W trakcie poszukiwania czapek dowiadujemy się na przykład, że nasza czwórka nie przepada za „kanciastymi przekąskami” – konia z rzędem temu, kto zgadnie przed lekturą, o co chodzi. Gdy winda staje między piętrami, dzieci odkrywają, że mechanik to „człowiek jak każdy inny”. To bonus dla rodziców, którzy frajdę z czytania tej książeczki mają także niemałą!

Mali czytelnicy z kolei, bo w końcu to książka dla dzieci, natychmiast zaczynają snuć teorie na temat zniknięcia czapek, podpowiadają grupce przyjaciół, gdzie jeszcze powinni zajrzeć, by czapki odszukać, i oczywiście zaczynają przeczesywać ilustracje, bo a nuż na poszukiwane nakrycia głowy się natkną. „Gęste” ilustracje autorki dają zresztą więcej okazji do zabawy. W klatce schodowej widzimy galerię postaci, które kiedyś utknęły między piętrami w feralnej windzie, i zbiór przedmiotów, których zniknięcie nie byłoby tak bardzo odczuwalne, jak zniknięcie nieszczęsnych tytułowych czapek. To znów okazja dla dorosłych, by z dzieckiem te przedmioty nazwać i zapytać o inne, które zdaniem dziecka zgubić by się mogły i nikt by po nich nawet nie zapłakał.

Szwedzka autorka jak nikt inny potrafi opowiadać o codzienności. Mogliśmy się o tym zresztą przekonać już za sprawą jej poprzednich książek wydanych przez Zakamarki, „Mats i Roj. Ktoś się wprowadza” i „Mój przyjaciel Stefan”. Czapki z głów – Lindström wciąż rozśmiesza w nieoczywisty sposób.


Eva Lindström (tekst i ilustracje), Chcemy nasze czapki!, przełożyła ze szwedzkiego Marta Wallin, Wydawnictwo Zakamarki, Poznań 2018.

niedziela, 2 września 2018

Tomek mechanik


Stała i tłumna obecność najsłynniejszych baśni w księgarniach, kioskach oraz na supermarketowych stoiskach z książkami nikogo już nie dziwi, choć chyba powinna, bo ile wydań "Czerwonego Kapturka" czy "Calineczki" może być równocześnie na rynku? Czy Polska bije jakiś rekord w tej materii? Z punktu widzenia wielbiciela literatury czy jej badacza ciekawym zjawiskiem jest natomiast boom na swobodne adaptacje klasyki baśni, czyli tworzenie książek i filmów na motywach tekstów sygnowanych nazwiskiem Grimm, Perrault czy Andersen. Tak jak kino grzebie na okrągło w "Dumie i uprzedzeniu" Jane Austen, czego przykładem są choćby przeboje "Dziennik Bridget Jones" czy "Masz wiadomość", tak też autorzy książek (nie tylko dla dzieci) i filmowcy starają się twórczo wykorzystać znane wszystkim baśniowe szablony. Źródłowe utwory niekoniecznie były adresowane do najmłodszych, nowe interpretacje też bywają "18+". Niezależnie od kategorii wiekowej, coraz trudniej o oryginalne potraktowanie tematu, zwłaszcza w przypadku "Kopciuszka", na którego ja i mój syn chyba zaczynamy mieć alergię. Spójrzmy więc, co z tej baśni wykrzesał Geoffroy de Pennart, autor lubianych przez nas książek "Orkiestra krowy Zosi" czy "Wilk powrócił".
Francuski pisarz i ilustrator nie pierwszy raz pokazuje, że ramy dawnych, wydawałoby się klasycznych i nienaruszalnych baśni właściwie nie istnieją. Spisane przez autorów nazywanych dziś baśniopisarzami, w rzeczywistości zostały przez nich wysłuchane, zebrane, uchwycone w jednej z wersji, ale mają prawo dalej się rozwijać i zmieniać. To fatalna popularność kolejnych przedruków i wznowień sprawiła, że baśnie w określonych wersjach uznano za kanon. Gdyby nie masowa produkcja wydawnicza, prawdopodobnie zapomnielibyśmy nie tylko o ustalonym przebiegu historii Czerwonego Kapturka czy Kopciuszka, ale też o tych nieszczęsnych imionach, pochodzących z czasów, gdy polszczenie zagranicznej literatury przebiegało na bardzo swobodnych zasadach, a "dzieciaczkom" wciskano całe pokłady literackiej słodyczy. Ciężar tego dziedzictwa językowego czuć miedzy innymi w "Akademii Pennyroyal", fantastycznej trylogii dla młodzieży M.A. Larsona (wyd. Mamania, przekład Grażyna Chamielec), w której pojawiają się legendarne księżniczki i, aby być rozpoznawalnymi dla czytelników i nie zmieniać konceptu autora, w polskim przekładzie muszą nosić tradycyjne imiona. Roszpunka, Kopciuszek czy Śnieżka brzmią jak "słodziaki", a w uniwersum Pennyroyal mają wojować z wiedźmami, prowadzić ważne misje polityczne czy społeczne. Dysonans jest duży i utrudnia lekturę. Taka wpadka jest na szczęście niemożliwa w książce Geoffroy de Pennarta, ponieważ autor pokazał, jak mogłaby wyewoluować baśń o biednej pasierbicy i pantofelku, gdyby historia ta nie została zmumifikowana przez masowe publikowanie jednej wersji. Imię Kopciuszek mogłoby zostać zapomniane, sierotka i złe siostry zastąpiono by może dojrzałym młodzieńcem i złymi kuzynami, czasy i realia przeszłyby we współczesność, a opowiadacze, czerpiąc inspiracje ze starożytnych (jak Ezop), niekiedy przenosiliby opowieść w świat zwierząt. Tak właśnie uczynił francuski pisarz, dowodząc, że żywa baśń nadal trwa i podnosząc mnie tym samym na duchu.

Witajcie w warsztacie "U Tomka", gdzie można naprawić każdy pojazd. Dzięki Tomkowi, który jest znakomitym mechanikiem, interes kwitnie. Tomek, zwany Smarowozem, jest fachowym, przyjaznym i docenianym przez klientów pracownikiem. To niesamowity chłopak, a jednak... życie go nie rozpieszczało!
Jeszcze jako dziecko w kołysce stracił rodziców, którzy zginęli w wypadku. Sąd zdecydował wówczas, by oddać go na wychowanie kuzynowi Rossowi i jego żonie Gladys. Para wzięła pod opiekę Tomka oraz warsztat, który zostawił mu w spadku ojciec. Wprowadzili się tam wraz ze swymi synami, Nastym i Snikim.
Ross i Gladys wkrótce zaczęli zgarniać wszystkie zyski z warsztatu Tomka, ale tego było im za mało. Zmuszali biedaka do prac domowych, a swoich synów nieustannie obsypywali prezentami. Tymczasem chłopiec pomiędzy zamiataniem a odkurzaniem odkrywał, jak działa silnik, który akurat się zepsuł, a trzeba go było szybko naprawić.

"Tomek mechanik" jest ciekawym typem książki obrazkowej, bo ilustracje teoretycznie nie są niezbędne do lektury, nie przegapimy żadnych wydarzeń nie oglądając ich, ale autor w swoich obrazkach zdradza to, czego ani razu nie podaje w tekście: bohaterowie nie są ludźmi. Tomek to pies wychowywany przez wyrachowane wilki i cały świat przedstawiony należy do psowatych, choć chadzają one w ludzkich ubraniach, na tylnych łapach, odwiedzają ulice i budynki typowe dla człowieka. I przejmują od ludzi najbardziej typowe przywary: interesowność, egoizm, lenistwo, zlośliwość.
Autor luźno potraktował wątki znane z klasycznego "Kopciuszka", zamiast balu mamy tu na przykład przesłuchanie do chóru, a księcia zastępuje "światowej sławy gwiazda rocka" Lady Wawa. Książkę czyta się przyjemnie, bo dziecko wesoło spędza czas na zabawie w odnajdywanie baśniowych nawiązań oraz na oglądaniu dużych, szczegółowych ilustracji, pełnych teatralnej dynamiki i komiksowego dramatyzmu. Całość pobudza do twórczego myślenia, szukania własnych rozwiązań w opowieściach, które lubi snuć chyba każde dziecko, do niekonwencjonalnego rysowania, a przede wszystkim rozwesela.
Bożena Itoya

Geoffroy de Pennart, Tomek mechanik, tłumaczenie Maria Skowrońska, tłumaczenie tekstów na wyklejce i obrazkach Jadwiga Skowrońska, Wydawnictwo Muchomor, Warszawa 2018.

Bruno i siostry


Kto czytał i polubił książki Doroty Suwalskiej "Znowu kręcisz, Zuźka!" oraz "Zuźka w necie i w realu", temu na pewno spodoba się powieść "Bruno i siostry" tej samej autorki. Spotkamy tu nawet niektórych znanych nam już bohaterów. Narratorem tym razem jest Bruno, cichy szóstoklasista, który szerzej wypowiada się tylko na piśmie, dlatego też spisuje swoje losy w postaci książki. Mamy zatem do czynienia nie z pamiętnikiem, tylko z formą książki w książce.

Wypadałoby teraz przedstawić bohaterów, ale o tym już napisałem w pierwszej księdze. No dobra! Napiszę coś o sobie. Jestem Bruno, jak już wiecie, i wcale nie mam pewności, czy jestem głównym bohaterem tej książki. Właściwie to chyba nikt tego nie wie. Nawet autorka. Bo tak naprawdę to autorka pisze tę książkę, to znaczy pisze, że ja piszę. Znów się zaplątałem. To znaczy autorka się zaplątała, bo to ona pisze, że ja piszę, jak już napisałem. Ciekawe, czy jakiś redaktor to poprawi.

Bohater jest rówieśnikiem mojego syna, co pewnie wpłynęło na znakomity odbiór "Bruna i sióstr" w naszym domu. Najważniejsze jednak, że jest to książka wciągająca, zabawna, inteligentna i zupełnie niewymuszona. Po prostu czuje się, że autorka lubi pisać, sympatyzuje ze swoimi bohaterami, a i czytelników traktuje jak mądrych przyjaciół. Takiego wzajemnego traktowania uczą się również Bruno i jego siostry: osiemnastoletnia Kaśka oraz debiutująca w roli uczennicy Miłka. Dziewczęta niekiedy zabierają głos (odbierając go niezadowolonemu Brunonowi) w formie krótkich notatek dyskutujących z głównym tekstem. Taka narracja wypada naturalnie i bardzo wesoło. Wszelkie eksperymenty Doroty Suwalskiej, w tym typograficzne, na pewno przydadzą się czytelnikom, zwiększą ich świadomość tekstu, a może też zainspirują do własnych działań.
Opowiadanie w tym miejscu o elementach fabuły "Bruna i sióstr" nie przysłuży się specjalnie książce, bo takie wyliczenie mogłoby wypaść typowo. W końcu większość pisarzy tworzących dla dzieci bierze na warsztat szkolne problemy, relacje w grupie, nastoletnie poszukiwanie własnej tożsamości, pierwszą miłość czy przepychanki z rodzeństwem. Mamy jednak do czynienia z autorką wyjątkową i aby docenić pełnię jej możliwości, trzeba samemu przeczytać całą książkę, pochylić się oraz roześmiać nad poprzestawianym układem "Bruna" (wstęp i zakończenie wcale nie znajdują się na samym początku i końcu), dowcipem, sposobem łączenia wątków i wplatania weń życiowych (ale nie przemądrzałych) prawd czy... muzyki rockowej. Partia tekstu z fragmentami piosenki Maanamu jest niepowtarzalna, genialnie psychodeliczna i powalająca jak atak "głupawki". Natomiast po skończeniu książki, wracając do wybranych scen (co robiliśmy już kilkakrotnie – tak jak przewija się ulubiony film), można potraktować "Bruna" jako kopalnię gagów o szalonych pomysłach i niespożytej energii młodszej młodzieży.

Jaszko będzie naszym tekściarzem, a być może również menedżerem, ponieważ nie umie grać na żadnym instrumencie. Problem w tym, że Karol (bas) i Marek (perkusja) również nie grają, ale obiecali, że będą ćwiczyć. Nie wiem tylko, w jaki sposób, ponieważ nie mają jeszcze instrumentów.
(...)
Kolejny problem polega na tym, że w dzisiejszych czasach okropnie trudno znaleźć wokalistę (przynajmniej w Brzezinie).
Najpierw zaproponowałem, żeby śpiewała Zuźka, bo ona jest bardzo fajna.
Ale Jaszko się nie zgodził. Chociaż to jego dziewczyna. Powiedział, że właśnie dlatego się nie zgadza, ponieważ zna doskonale jej możliwości wokalne i nie życzy sobie, żeby jego dziewczyna ośmieszała się publicznie. On sam też nie zamierza ośmieszać się pisaniem dla zespołu z taką beznadziejną wokalistką.

Dorota Suwalska dobrze opisuje świat początkujących nastolatków słowem, a Przemysław Liput – obrazem. Ilustracje pasują do konwencji literackiej przyjętej przez autorkę, są wesołe i nie potrzebują koloru (poza czernią i bielą), by oddać wszystko, co jest do pokazania. Okładkowy portret Bruna wbija się w pamięć, odcień włosów, poharatana brew, wyraz twarzy czy padający na nią cień decydują o rozpoznawalności książki, czytelności jej ogólnej "identyfikacji graficznej", do której przyczyniają się też zastosowane na okładce (także tylnej) barwy i czcionki. Dobrze mieć tę pozycję, kiedyś na pewno przyda się któremuś z młodszych członków rodziny, obojętnie jakiej jest płci i czy już do niej dorósł. Ta powieść nie poddaje się upływowi czasu, wszak po raz pierwszy ukazała się w 2007 roku, opisane tu wydanie jest kolejnym (ale pierwszym z ilustracjami Przemysława Liputa), ale rówieśnicy książkowego Brunona nie odczuwają jego realnego "starszeństwa".
Bożena Itoya

Dorota Suwalska, Bruno i siostry, ilustracje Przemysław Liput, Nasza Księgarnia, Warszawa 2018.