cudanakiju.pl

cudanakiju.pl

niedziela, 16 września 2018

Moje dwa kółka


Przejście od etapu jazdy na rowerze z bocznymi, małymi kółkami do zwyczajnego, dwukołowego pędu bywa wydarzeniem symbolicznym. Dla młodego człowieka może okazać się ważniejsze niż wspięcie się na dwie nogi po długotrwałym raczkowaniu, bo nauki chodzenia jako niemowlęta (czy nieco starsze maluchy) nie jesteśmy świadomi, a kilkulatek odczuwa już satysfakcję z samodzielności i samodoskonalenia. Poza tym raczkujący pędziwiatr stając na własnych nogach zwalnia, kroczy powolutku, a mały cyklista odpinając boczne kółka znacznie przyspiesza, w swoim odczuciu jest zdolny prześcignąć wiatr. Sébastien Pelon uważa chyba podobnie jak ja, bo zagadnieniu nauki pedałowania na dwóch kółkach poświęcił uroczą książkę obrazkową "Moje dwa kółka". W Polsce pozycję tę opublikowało wydawnictwo Tadam, w przekładzie Ewy Balcer.
Jest to lektura nieco refleksyjna, ale też pełna beztroskiej zabawy, można więc powiedzieć, że mieszana gatunkowo. Pod względem formalnym wpisuje się w formę picturebook i przyjaźni się z komiksem. Wrażenia estetyczne wywoływane przez tę książkę porównałabym z piciem oranżady. Wszystko (poza kanciastymi, długimi pejzażami miejskimi) jest tu zaokrąglone, lekkie, unoszące się i ulotne zupełnie jak bąbelki, a wśród spokojnej palety barw wzrok przykuwa zwłaszcza soczystość, niemal odblaskowość pomarańczy. Taka kolorystyka bardzo przypadła nam do gustu, ale zastanowił mnie dysonans między tekstem a obrazem, które w książce tego typu powinny być idealnie zgrane. Otóż w polskiej edycji czapka opisana jako "różowa" na ilustracji jest jaskrawopomarańczowa, podobnie jak niektóre drobne elementy na innych rysunkach (kwiaty, motyle, parasol, znaki drogowe, opatrunek). Tego ciekawego, mocnego akcentu nie znalazłam w ilustracjach udostępnionych na stronie internetowej autora. Wydaje mi się, że kolor podany przez tłumaczkę odpowiada francuskiemu tekstowi i towarzyszącej mu ilustracji, natomiast my zobaczyliśmy jeden kolor, a przeczytaliśmy o innym. Ale może to zadziałały tylko filtry zmieniające odcienie fotografii i innych obrazów internetowych, a zmiana dotyczy wyłącznie przekładu? Swoją drogą, tajemnicza bohaterka, zjawa-towarzyszka, instruktorka jakby usnuta z mgły, nie wygląda na "futrzaną kuleczkę", do tego określenia bardziej pasuje pompon na jej czapce. Przewodniczka bohatera, jego niewidzialna przyjaciółka, przypomina raczej (do złudzenia!) balonowego Baymaxa z filmu "Wielka Szóstka".
Na początku książki widzimy jeden z wielu ponurych miejskich poranków, z którym nie wiadomo co zrobić. Gdzieś za drzwiami, to pokoju, to znów całej kamienicy, jest mama, jej wypowiedzi (w komiksowych chmurkach) otwierają i zamykają właściwą historię, która należy jednak wyłącznie do dziecięcego bohatera. On sam organizuje sobie czas i radzi z trudnościami, uczy się i dorasta wiedząc, że mama gdzieś tam jest, czeka, wspiera, ale nie pcha jego rowerka ani nie każe jechać wolniej, żeby mieć go na oku. I to mimo czułostkowych rodzinnych zwrotów "mój króliczku" i "mamusiu" – jak widać używają ich nie tylko rozpieszczeni maminsynkowie i nadopiekuńczy rodzice.
Chłopiec sam wyrusza na wyprawę swoim czterokołowym rowerkiem, poza miasto, śladem dostrzeżonego na ulicy śmiesznego stwora pedałującego na tylko trochę większym rowerze. Kompania jest wesoła i zaskakująca, a chwilami nawet irytująca, bo "kuleczka" potrafi jeździć bardzo szybko i to z elementami akrobatycznymi. Chłopiec złości się i żąda odczepienia bocznych kółek od swojego pojazdu, bo też tak chce. Kółka znikają w paszczy uczynnej postaci w czapeczce, a potem pozostaje "tylko" pomknąć samodzielnie na "prawdziwym" rowerze. Oczywiście nie jest łatwo, dochodzi do małego "auć", wybuchu płaczu, przytulania, wesołego opatrywania skaleczenia i można próbować dalej. Wydarzenia te opisywane są w licznych kadrach (bez wyraźnych linii), na które zostały podzielone strony przedstawiające kluczową część przygody. W końcu udaje się pojechać prosto, i to nawet w deszczu, a po długiej, wyczerpującej przygodzie (z obowiązkową drzemką) nadchodzi czas na powrót do domu i zdawkową, typowo dziecięcą odpowiedź na pytanie "co robiłeś?". Nieistotne, jak odpowiadają wasze dzieci, gdy wracają ze szkoły czy podwórka, ważne, by dać im okazję do przeżycia własnych "Dwóch kółek" i tysięcy innych przygód. Książka Sébastiena Pelona może je zachęcić do zdobywania świata w pojedynkę, jedynie z dyskretną, niejako zdalną asystą rodziców.
Bożena Itoya

Sebastien Pelon, Moje dwa kółka, tłumaczenie: Ewa Balcer, Wydawnictwo TADAM, Warszawa 2018.

piątek, 14 września 2018

Binio Bill. Rio Klawo


Drugi tom zbiorczy "Binia Billa", podobnie jak pierwszy ("Binio Bill kręci western i... w kosmos!"), pozornie jest pozycją dla dorosłych wielbicieli Jerzego Wróblewskiego, czytujących jego komiksy już w wieku chłopięcym. My nie pretendujemy do miana kolekcjonerów i żadne z nas nie jest chłopcem z lat 80. – mój syn ma 12 lat, a ja... Cóż, płeć się nie zgadza, nie czytywałam też "Świata Młodych", a właśnie w tej gazecie ukazywały się przygody polskiego szeryfa na Dzikim Zachodzie. Mimo że odbiegamy od wyobrażenia o typowym odbiorcy reedycji komiksów Jerzego Wróblewskiego, to bardzo się nam ona podoba. W albumie "Binio Bill. Rio Klawo" znalazły się trzy odcinki serii: "Rio Klawo", "Na szlaku bezprawia" oraz "Binio Bill kontra trojaczki Benneta". Wszystkie poddano renowacji i nadano im żywsze kolory, aż w ogóle nie czuć po nich starości. Tak, tak, dla naszych dzieci filmy i komiksy sprzed 30-40, ba, nawet sprzed 20 lat to nie "klasyka", tylko starocie. Ale nie tym razem.
Zbigniew Bilecki, czyli Binio Bill, to jegomość w dżinsach, kowbojkach, czerwonej koszuli, żółtej kamizelce i pasującym do niej kapeluszu z rondem, posiadacz wielkiej brązowej grzywy, której może mu pozazdrościć nawet ulubiony rumak Cyklon. Choć właściwie posiada równie okazałą, i to śnieżnobiałą. Ten kowbojsko-koński duet ma zadbać o porządek w miasteczku Rio Klawo, jednak część mieszkańców woli bandycki chaos. Binia czekają pojedynki w saloonie, zasadzki na pustyni i przyskrzynianie czarnych charakterów z rewolwerami. Tyle w pierwszym, tytułowym komiksie. Rio Klawo jest także miejscem akcji drugiego odcinka: "Na szlaku bezprawia". Właściwie akcja jest ruchoma, bo Binia wzywa Dakota, w której grasuje niejaka Jane Klamota. Dzielny szeryf wyrusza w podróż, a na drodze stają mu między innymi Indianie i ścierający się z nimi oddział kawalerii. Po czyjej stronie znajdzie się Binio? I jak to możliwe, że stróż prawa zostanie gangsterem napadającym na banki? Ruchliwa akcja okazuje się na tyle wartka, że nastolatek "łyka" drugą część "Binia Billa" błyskawicznie. Samotny jeździec odjeżdża to w stronę zachodzącego słońca, to gdzieś indziej, w komiksie "Binio Bill kontra trojaczki Benneta" przyjeżdża do "spokojnego Rio Klawo" księżycową nocą, wcale nie tak cichą i spokojną. Poranek okazuje się jeszcze bardziej niepokojący, wszak "Mnóstwo ludzi przewija się codziennie przez Rio Klawo. Ceny żywności skaczą do góry, w miarę jak nowi osadnicy postanawiają tutaj pozostać...", a na dodatek w miasteczku grasuje tytułowe trio, w różowych kapeluszach i z białymi czuprynami przypominające sklonowanego Świętego Mikołaja. Pod wodzą leciwego acz energicznego tatusia rzezimieszki rabują i oszukują, ale Binio Bill gwarantuje happy end, nawet jeśli będzie musiał walczyć w pędzącym pociągu. Wiadomo, nie ma Dzikiego Zachodu bez kolei żelaznej, pościgu na dachach wagonów, przepychanek w parowozie i groźnego mostu. Zupełnie nie rozumiem, czemu miałby to być komiks tylko dla dorosłych Piotrusiów Panów, ja też odbyłam z nim bajkową podróż do przeszłości, a było tym weselej, że w scenerii warszawskiego metra. W swoim wagonie z nikim nie walczyłam, no może z niskim poziomem czytelnictwa, także komiksów i również wśród kobiet – drogie panie, bądźmy równie aktywnymi czytelniczkami, co nasze wspaniałe polskie "komiksiarki" scenarzystkami, rysowniczkami i specami od kolorów! Pojęcie typowo męskiego komiksu to staroć, anachronizm zakorzeniony w latach 80. XX wieku i jeszcze dawniejszych czasach. Krótkie gatki, Binio Bill i całe komiksowo są dla wszystkich.
Bożena Itoya

Jerzy Wróblewski, Binio Bill. Rio Klawo, renowacja i kolory: Arkadiusz Salamoński, Jarosław Składanek, Kultura Gniewu / Krótkie Gatki, Warszawa 2018.

czwartek, 13 września 2018

Detektyw Pingwin i sprawa zaginionego skarbu


Książka "Detektyw Pingwin i sprawa zaginionego skarbu" Alexa T. Smitha w angielskim oryginale została wydana w 2017 roku, a dzięki wydawnictwu Zielona Sowa polski, znakomity przekład Piotra W. Cholewy możemy czytać już rok później. W lekturze tej szczególnie rozmiłował się mój dwunastoletni syn, choć potem i ja dołączyłam do grona największych fanów Pana Pingwina. Oczywiście najpierw zwróciliśmy uwagę na sympatyczne rysunki, z których zerkają na nas pękaty bohater i jego z lekka nastroszony partner. Ilustracje są dziełem autora, pojawiają się na niemal każdej stronie książki (a także na wyklejkach i okładce), bywają splecione z kartą gazety, planem muzeum, a najczęściej przypominają szaro-pomarańczowe, pełne szczegółów, dopracowane i wesołe szkice.
Jest to historia debiutującego prywatnego detektywa, który liczy na przygody, sławę i godziwe zarobki, gdyż grozi mu upadłość oraz konieczność opuszczenia swojego (chyba wynajmowanego) londyńskiego igloo i wyniesienia się na Mroźne Południe. Pan Pingwin przewraca tabliczkę na drzwiach biura głoszącą "otwarte" i zaczyna oczekiwać na pierwszy telefon ze zleceniem; w tym momencie rzeczywiście rozlega się dryndanie i adept zagadkowego, pełnego wyzwań życia zawodowego spada z fotela do kosza na papiery. Trudno nie polubić bohatera po takim wstępie, a potem jest tylko lepiej, bo przecież jeszcze nie poznaliśmy Watsona, to znaczy Colina. Asystent Pana Pingwina jest pająkiem i naszym ulubieńcem (zaraz po swoim szefie).
Do "Detektywa, Profesjonalnego Poszukiwacza Przygód" zwraca się z błaganiem o ratunek pani Budyka Gnatek, właścicielka Muzeum Obiektów Extraordynaryjnych, działająca w duecie z bratem, niejakim Montagiuszem. Gnatkowie szukają skarbu ukrytego w muzeum przez ich praprapradziadka, fortuna jest im niezbędna do uratowania popadającego w ruinę obiektu. W wielkim nieporządku, wśród tysięcy gratów i niszczejących eksponatów, rozpoczynają się poszukiwania. Będą tajemnicze wskazówki, ukryte przejścia, podstępy, aligatory, dżungla, zdrady i ratunki.

Kto wkroczy do tej dżungli,
niech ma się na baczności.
Tu straszne kreatury
chowają się w ciemności.

Ich szpony cię rozszarpią,
zagryzą cię ich kły.
Uwierz mi, na ich widok
każdy ze strachu drży.

Skarb czeka już na tego,
co zgodnie z mapą kroczy,
lecz biada człowiekowi,
który ze ścieżki zboczy.

Sir Randolf Gnatek
założyciel muzeum
profesjonalny łowca skarbów

Książkę czyta się świetnie, jednym tchem, przygodowa atmosfera à la Indiana Jones (Pan Pingwin ma nawet podobny kapelusz) czy Jumanji (wierszowane przestrogi) jest umiejętnie podtrzymywana, w fabułę wciągają charakterystyczne postacie i zwroty akcji. Zachwyciłam się również pięknymi zdaniami, które są elementem niezwykle zgrabnego tłumaczenia, podobnie jak zabawne imiona i nazwiska. Tekst został dopracowany do najmniejszego słówka, co naprawdę nie jest normą w polskich przekładach książek dla dzieci i młodzieży. Tu mamy do czynienia z ideałem. "Detektywa Pingwina i sprawę zaginionego skarbu" docenią dzieci płci obojga w wieku powyżej sześciu lat (jak wskazuje wydawca), a także znacznie starsi miłośnicy komiksów i "przygodówek".

Bożena Itoya

Alex T. Smith, Detektyw Pingwin i sprawa zaginionego skarbu, przełożył Piotr W. Cholewa, Wydawnictwo Zielona Sowa, Warszawa 2018.

Niebanalnie o warzywach


"Pora na kalafiora" Agaty Dudek i Małgorzaty Nowak - sądząc po okładce, a nawet po pobieżnym przewertowaniu kilku kartek wydawać by się mogło, że za tym zabawnym tytułem kryje się zupełnie zwyczajna książeczka o warzywach. Jednak Wydawnictwu Dwie Siostry raczej nie zdarza się wydawać pozycji banalnych. Cóż więc świeżego wnoszą autorki do kategorii kartonowych książek dla maluchów poświęconych warzywom?

Mamy więc przede wszystkim charakterystyczne ilustracje Agaty Dudek. Koniec z nudnym, bladym fotorealizmem - zwykły por przybiera formę niemalże plakatową, a kolejne ilustracje, choć wszystkie wykonane w podobnym stylu, są soczyste, tętniące życiem (nawet dosłownie, bo - jak to w przyniesionych z ogródka warzywach bywa - pełno na nich drobnych żyjątek) i nieprzewidywalne.
Czytając kolejne podpisy, odkrywamy, że kolejność warzyw jest nieprzypadkowa - każdą parę coś łączy: kształt, kolor, rodzina, przeznaczenie kulinarne. Dzięki temu nie poznajemy wyłącznie nazw poszczególnych roślin, ale za jednym zamachem uczymy się odróżniać je od tych, z którymi najłatwiej je pomylić. Może por i szczypior nie stanowią wielkiego wyzwania, ale już cukinia i ogórek potrafią być zagwozdką dla wysłanego na zakupy kulinarnego laika. Dzięki takiej formule do "Pora na kalafiora" trafiło wiele warzyw, które zwykle są w tego typu pozycjach pomijane: seler naciowy, burak cukrowy, batat, a nawet... patison (jeśli jesteście ciekawi, co stanowi parę dla patisona, koniecznie zajrzyjcie do książeczki).

Nic tu nie pojawia się przypadkiem. Nawet wspomniane wcześniej żyjątka nie są po prostu zabawnym dodatkiem do głównych ilustracji. Po dokładniejszym przyjrzeniu się zauważamy, że przy ziemniakach kręci się stonka ziemniaczana, po kalafiorze łazi żarłoczna gąsienica, a po sałacie i szpinaku spacerują ślimaki. A więc chodzi o naszych konkurentów do konsumpcji rzeczonych warzyw! Bardzo prosty i mądry zabieg, który wzbogaca przekaz książki i wprowadza do ilustracji ciekawe urozmaicenie (kiedy znudzą się warzywa, można zawsze pokazywać paluszkiem robaczki). Jednak jako osoba, która zoologię pamięta jak przez mgłę, nie wzgardziłabym jakąś ściągą z nazw tych stworzeń.

Podsumowując: proste, czytelne i barwne ilustracje, wetknięte tu i ówdzie drobne żarciki, które sprawiają, że lektura nie jest dla rodzica nudną rutyną. Jak na książeczkę, która jest "tylko" spisem warzyw - całkiem nieźle.
Joanna Pietrulewicz

Pora na kalafiora, Agata Dudek, Małgorzata Nowak, Wydawnictwo Dwie Siostry, Warszawa 2018

Motoryzacyjne szaleństwo


Fora rodzicielskie roją się od próśb zdesperowanych mam i tatusiów: "polećcie książki o samochodach, mamy już chyba wszystko, a nasze dziecko nie ma dość". Jest w tych maszynach coś magicznego, co przyciąga uwagę dzieci, fascynuje je bez reszty. Mruczące, warczące, szumiące, stare, nowe, wielkie, małe, we wszystkich możliwych kolorach (poza - jak ostatnio zauważyła moja zawiedziona pięciolatka - różowym) i o najdziwniejszych kształtach. Jak wielkie miejskie zoo, gdzie nigdy nie wiesz, jakiego nowego osobnika spotkasz na swojej drodze. A biada tym rodzicom, którzy w drodze do żłobka natkną się auto do zadań specjalnych: śmieciarkę czy samochód do oczyszczania studzienek ściekowych - nie pozostaje wtedy nic innego, jak zatrzymać się i obejrzeć cały spektakl w wykonaniu mechanicznego potwora i jego ludzkich pomocników.

Autor "Autochodów", Carl Johanson, składa hołd tej różnorodności i bogactwu form. Z okładki spozierają na nas zwykłe pojazdy: wóz strażacki, traktor, przysadzista osobówka. Ale tuż obok stoi auto w kształcie znaku nieskończoności na kółkach, auto-dinozaur, auto-wieża w kolorowe paski i autobus-rakieta, od razu zdradzając, że nie mamy do czynienia ze zwykłym przeglądem pojazdów mechanicznych, a raczej z czymś w rodzaju snu zwariowanego mechanika.

Już od pierwszej strony zaczynamy - nomen omen - z grubej rury: porośnięty liśćmi dżunglołaz, kroczący kryształ, ciastociąg, transporter chmur, ruropęd, dżambo dżem, jajowóz turystyczny, gumożuj kanciasty, motomoderna, schodochód, księgarówka (pochwały należą się tłumaczce Katarzynie Skalskiej, która musiała te wszystkie nazwy powymyślać). Mój dwulatek przyglądał się kolejnym maszynom ze stoickim spokojem, pięciolatka zanosiła się śmiechem na widok kolejnych zwariowanych automobili.

Dla niepoznaki co parę stron z oparów absurdu wyłaniają się zupełnie zwyczajne pojazdy: a to strona poświęcona różnym modelom wozów strażackich, a to pojazdy z placu budowy, a to znów maszyny kopalniane, rolnicze czy ratunkowe. Wszystkie tak różnorodne w swych formach, że małe dziecko prawdopodobnie nie zauważy, gdzie kończy się rzeczywistość ("traktor z prasą zwijającą"), a zaczyna fantazja ("autokopter") . Co gorsze, w pewnym momencie i dorosły zaczyna się gubić. Czy "odkurzacz uliczny na motorze" to jeszcze prawda, czy już wytwór wyobraźni? Czy istnieją karetki dla słoni i karetki dla żyraf?

"Autochody" to całe trzydzieści trzy obszerne strony wypełnione po brzegi pojazdami mechanicznymi. Z pewnością zadowolą wszystkich małych fanów i fanki motoryzacji. Prosta formuła (auto - podpis) sprawdzi się zarówno w przypadku dwulatka (nie bez znaczenia są wytrzymałe kartki o gramaturze papieru technicznego), który przyjmie wszystkie pojazdy z dobrodziejstwem inwentarza, jak i starszych dzieci, które zrozumieją zawarty w książce humor i elementy absurdu. Nawet dorośli z pewnością docenią ją jako ćwiczenie umysłowe: wariacje wokół tematu "samochód". Może po lekturze puścicie wodze wyobraźni i stworzycie wraz z dziećmi własne "autochody"?
Joanna Pietrulewicz

Autochody, Carl Johanson, Wydawnictwo Zakamarki, Poznań 2018

Wampiry, potwory, upiory i inne nieziemskie stwory


Książka Sylwii Błach jest ilustrowanym (przez Paulinę Daniluk), niepoważnym leksykonem potocznych wyobrażeń potworów z popkultury, opatrzonym literackim komentarzem. Oceniana w ramach tej parakategorii okazuje się publikacją ciekawą, dobrą, konsekwentną, bo niemal bez wyjątków trzyma się konwencji i założeń. Właściwie to książka jedyna w swoim rodzaju, bo wśród bestiariuszy adresowanych do dzieci i młodzieży nie spotkałam się dotąd z takim ujęciem tematu. Były mity greckie dla małych dzieci, wierszyki i baśnie ludowe o słowiańskich istotach mitologicznych, powieści czerpiące z powieści czerpiących z rozmaitych mitologii (głównie greckiej i nordyckiej), a nawet kolorowanka z monstrami pochodzącymi z wierzeń i mitów ludów z różnych stron świata. Ale kompendium zbierającego wiedzę o istotach tak różnych jak zombie, centaur, Slenderman, rusałka, krasnoludek, nekromanta, kosmita czy sukkub jeszcze na półce mojego syna nie widziałam.
Największym walorem publikacji jest właśnie dobór "bohaterów". Dokładnie te fantastyczne stworzenia zajmują nastolatków (młodszych i starszych), ku nim zwracają się gry (także te planszowe), rozmowy, komiksy, literatura, filmy i wreszcie wyobraźnia rówieśników mojego dwunastolatka i jego starszego koleżeństwa. Co prawda panuje tu pomieszanie z poplątaniem, bo obok istot mitycznych znanych z klasycznych opracowań i sztuki pojawiają się stwory wtórne – wytwory (albo przetwory) pisarzy czy filmowców, ale stan ten odpowiada popkulturze, postmodernizmowi i świadomości naszych dorastających dzieci.
Drugim elementem książki Sylwii Błach, jaki najbardziej docenił mój syn, są krótkie opowiadania zamykające każdy rozdział. Autorka we wstępie określa je jako drabble, formę literacką, której jedynym wskaźnikiem jest objętość: dokładnie 100 słów. Według mnie część tych tekstów-ćwiczeń jest zbyt wyrywkowa, ale znalazło się też sporo ciekawych, a "Lekcję polskiego" (zombie) uważam za bardzo udaną. Mojego syna często to właśnie opowiadania zatrzymywały przy lekturze, tekst encyklopedyczny zdarzało mu się pomijać, głównie ze względu na irytujący dla niego "koleżeński", "młodzieżowy" język. Rzeczywiście, i ja zwróciłam uwagę, że tuż obok wysokiego, starodawnego stylu (słownictwo i szyk) pojawiają się potoczne, tu brzmiące sztucznie słowa ("niefajnie") i zwroty ("w sensie" użyte tak, jak w niestarannym języku mówionym).
W "Wampirach, potworach, upiorach i innych" dostrzegłam niestety sporo niefortunnych sformułowań i rozwiązań, wynikających chyba z narracji opartej na luźnej rozmowie z czytelnikiem. Formuła ta, wbrew pozorom, wymaga od autora wielkiego "wyrobienia", a w omawianej książce widać (a raczej słychać, bo przy czytaniu na głos wszelkie niezręczności są wyraźniejsze) szereg niedociągnięć warsztatowych. Autorka nie uniknęła powtórzeń, jak w rozdziale o goblinach (chodzi o stwierdzenia, nie pojedyncze słowa) i zdarza się, że przeczy własnym słowom. Dowiadujemy się na przykład, że celem potworów jest straszenie, ale już Nessi i yeti nie są straszne, choć po chwili okazuje się, że potwory zawsze mają złe zamiary. Dość często miałam wrażenie, że jest to książka nie tylko adresowana do dzieci, ale i pisana przez dziecko, święcie przekonane o istnieniu wampirów czy innych upiorów (i podpisujące się "wampirzyca Sylwia"). Czytamy, że gremliny należą do folkloru miejskiego, którego autorska definicja (w słowniczku) sprowadza się do wierzeń, ale kilka zdań dalej autorka dzieli te stworzenia na "filmowe" i "prawdziwe", czyli przeprogramowuje się z opowieści o popkulturze na tekst literacki (fantastyczny).
Kwestia słowniczka pojawiającego się na początku każdego rozdziału jest zresztą warta szerszego poruszenia. Dobrze, że nie zdecydowano się na przypisy dolne, bo dzieci rzadko zwracają na nie uwagę, podobnie jak na objaśnienia na końcu publikacji. Definiowane słowa bywają rzeczywiście trudne dla młodszego nastolatka, ale przeważnie są jednak banalne. Mój syn powiedział, że nie rozumie sensu opisywania sformułowania "bez liku", terminu "hormon" czy czasownika "interpretować", nie znalazł natomiast wyjaśnienia, co oznacza "nieefektywność" czy kluczowa dla książki "popkultura". A najbardziej zdziwiła dwunastolatka obecność uświadamiającego wprowadzenia do rozdziału "Istoty pozbawione moralności – sukkuby i inkuby". Ten zabieg wydał mu się nie na miejscu, niepasujący do reszty książki. Opowieść o demonach jest jednak moją ulubioną, nie ze względu na tekst, ale dzięki ilustracji. Prace Pauliny Daniluk uprzyjemniają lekturę całych "Wampirów, potworów, upiorów i innych...", bywają zabawne, mgliste, krwiste, mroczne, a obraz seksualnego demona wywarł na mnie największe wrażenie. Chociaż może lepsze są wodnik, gargulce, harpie, trolle, mara, ghula i Slenderman... Naprawdę trudno wybrać, bo ilustratorka sprawiła, że książka Sylwii Błach stała się dla nas wielokrotnie przeglądanym albumem sztuki i sztuczek plastycznych oraz magicznych.
Bożena Itoya

Sylwia Błach, Wampiry, potwory, upiory i inne nieziemskie stwory, ilustracje Paulina Daniluk, Wydawnictwo Albus, Poznań 2017.

Cudowna wyspa dziadka. Mój wieloryb


Benji Davies napisał i zilustrował dwie opowieści o świecie małego chłopca: "Cudowną wyspę dziadka" oraz "Mojego wieloryba". Właściwie ten angielski twórca jest autorem jeszcze dwóch książek obrazkowych ("The Storm Whale in Winter", "The Grotlyn") i ilustratorem kolejnej ("All Right Already. A Snow Story", pomijam dwie "książki zabawki", jak w katalogu Biblioteki Narodowej określono publikacje z 2008 roku z ilustracjami B. Daviesa), ale w Polsce ukazały się dotychczas tylko wspomniane tytuły, oba nakładem wydawnictwa Znak Emotikon. Moje serce skradła zwłaszcza "Cudowna wyspa dziadka", jedna z najładniejszych historii o odejściu ukochanego dziadka. Jest to książka krótka, senno-poetycka, bardzo estetyczna i kolorowa, a przede wszystkim dziecięca. Świat jest tu bowiem widziany małymi oczami, wyobraźnia i fascynujące opowieści dziadka mieszają się z rzeczywistością, trochę ponurą, ale przeważnie raczej ciepłą i porywającą, bo bliską fantazji.

Na tyłach domu Syda znajdował się dom dziadka. Wchodziło się tam przez furtkę, ścieżką obok drzewa. Klucz schowany był pod doniczką i Syd mógł wpadać z wizytą, kiedy tylko miał na to ochotę.

Sąsiadem małego Syda jest dziadek-przyjaciel, taki towarzysz zabaw na życzenie, zawsze dostępny, będący bliziutko, niezawodny. Codzienne wycieczki za płot zostaną zaburzone nagłym niepokojem – dziadka nie ma w domu. A może jednak jest, bo woła chłopca na strych, gdzie odkrywa przed nim drzwi prowadzące w najdalszy rejs.

Zarzucili kotwicę i dotarli do brzegu.
Gdzie twoja laska, dziadku? – zapytał Syd.
Dam sobie bez niej radę – odparł staruszek.
(...) Na wzgórzu, między drzewami, czuło się powiew chłodnej bryzy. Znaleźli tam starą chatę. Wymagała solidnego sprzątania, lecz dzięki pomocy innych wkrótce zaczęła wyglądać czysto i schludnie.

Na niesamowitej wycieczce dziadek i wnuk poznają egzotyczną wyspę, znajdują urokliwe lokum, wypakowują bagaż, korzystając z pomocy miejscowych zwierząt i zwiedzają dżunglę. Ilustracje są tu właściwie ważniejsze niż tekst, który toczy się obok, raz czy dwa coś dopowiada, ale więcej informacji i przygód ukrytych jest w obrazkach. Najbardziej zapadł nam w pamięć portret nurkującego dziadka z brodą niczym wodospad; w zrozumieniu historii pomogło zaś śledzenie szczegółów na kolejnych obrazkach: strych przed rejsem, kufer na wyspie, strych po rejsie, strona tytułowa. Nie zdradzę, co wydarzyło się dalej i o jakie odejście dziadka chodzi, ale koncept autora jest bardzo ciekawy i efektowny. Warto poczytać i pooglądać tę książkę z maluchem, który jest zżyty z najstarszymi członkami rodziny. A potem oczywiście rozmawiać i odnajdywać własne cudowne wyspy.
`
Mniej przemówiła do mnie (i mojego syna) książka "Mój wieloryb". Wielorybie ogony na wyklejce wyglądają podobnie do jednej z ilustracji w "Cudownej wyspie dziadka", również chatki z obu opowieści przez chwilę uznaliśmy za ten sam budyneczek, jakby dom wędrujący między książkami Benjiego Daviesa. W drugim picturebook'u nad morzem, właściwie na samej plaży, mieszka sobie inny chłopiec – Noi w czarnej czapeczce. Początkowo nie wiemy, czy miejscem akcji jest wyspa (jak okazuje się później), półwysep czy zwykłe wybrzeże, ale na pewno nie ma tu wielu ludzi. W tle widzimy tylko "wyszarzony" budynek czy budynki, może letniskowe i w tej chwili opuszczone. Poza tatą nie poznajemy żadnej rodziny ani kolegów malucha. Noi bawi się sam, po dokładnym przejrzeniu ilustracji można stwierdzić, że radzi sobie całkiem nieźle. A jeśli jednak samotność mu doskwiera, gdy tata z brodą jak szare korale znika na wiele godzin? Jest jeszcze sześć kotów, ale Noi wynajduje sobie innego towarzysza, albo raczej podopiecznego. Kiedy tata-rybak łowi na morzu, syn przechadza się brzegiem i ratuje z opresji małego wieloryba. Tylko czy to rzeczywiście ratunek dla zwierzęcia, czy raczej dla dziecka? Jak długo da się ukrywać wieloryba w wannie przed tatą i prawdę przed sobą? Morał tej historii jest niewątpliwie mądry i zgrabny, jednak mam wątpliwości, na ile mały czytelnik będzie się identyfikował z sytuacjami z książki, raczej niespotykanymi na co dzień w naszym kraju. Dzieci nie bywają z reguły odseparowane od społeczeństwa i zdane na bliższy kontakt z dziką przyrodą niż z ludźmi. Jeśli jednak traktować "Mojego wieloryba" jako pewną przenośnię, mały traktat o zapracowanych rodzicach i pozostawionych samym sobie dzieciach, to publikacja może mieć pewien potencjał terapeutyczny. Zawsze pozostaje też kontemplacja obrazków, bo jest to książka równie atrakcyjna wizualnie, co "Cudowna wyspa dziadka", choć dużo spokojniejsza, surowsza, bardziej skalista i kameralna, mimo ogromu oceanu otaczającego wyspę Noi.
Bożena Itoya

Benji Davies, Cudowna wyspa dziadka, przełożyła Małgorzata Pietrzyk, Znak Emotikon, Kraków 2018.
Benji Davies, Mój wieloryb, przełożyła Małgorzata Pietrzyk, Znak Emotikon, Kraków 2018.