cudanakiju.pl

cudanakiju.pl

poniedziałek, 20 sierpnia 2018

Mirabelka Cezarego Harasimowicza – saga Dorotek


Moje pierwsze skojarzenie z mirabelką, i tą prawdziwą, i literacką, to słońce. Mała, soczyście żółta kuleczka była jednym z ulubionych przedmiotów mojego dzieciństwa, taka ładna, pyszna, a nie trzeba było po nią jechać do żadnych odległych sadów czy na działkę, bo rosła masowo tuż obok bloków. To małe słoneczko rozjaśniało codzienność moją i innych podwórkowych bywalców. Podobnie okładka i wstęp książki "Mirabelka" Cezarego Harasimowicza z ilustracjami Marty Kurczewskiej odwołują się do słoneczności tego owocu, a słońce to radość, szczęście oraz jasność widzenia. Ta lektura jest takim małym oświeceniem: czytelnik może wyraźniej, z nowej perspektywy i w ciekawym zbliżeniu spojrzeć na losy warszawskich drzew, ulic i ich ludzi. Mirabelka Cezarego Harasimowicza przyświeca bowiem mieszkańcom Muranowa (i ich wnukom, prawnukom na emigracji) od dwudziestolecia międzywojennego do pierwszego dwudziestolecia XXI wieku. Przez historię prowadzą nas kolejne pokolenia drzewek i rozmawiające z nimi Doroty: Dorka, Dorotka, Dotty.

Maciek nie wsiadł do pociągu na Dworcu Gdańskim. Nie wyjechał. Nie dał się wyrzucić. Nie mógł odejść na zawsze. Kochał Dorotkę, a Dorotka jego kochała. Przecież nie mogli się rozstać. Ja też nigdzie się nie wybierałam. Jak mogłabym stąd uciec? Przecież wrosłam w ziemię, w której były korzenie mojej mamy i mojej babci. Czerpię soki z pozostałości po moich przodkach. Dobrze mi tu jest. Czerpię siłę ze słońca i ze szczęścia ludzi, którzy robią kompoty i ciasta z moich owoców. Lubię, jak chronią się w moim cieniu, by się ochłodzić podczas upałów.

Cezary Harasimowicz opowiada głównie o dziejach polskich Żydów i ich potomków, bo też mirabelka rosła (i będzie rosła) na terenie należącym w trakcie drugiej wojny światowej do warszawskiego getta. Jest to opowieść piękna i smutna, realna swoim dramatyzmem i zarazem nadprzyrodzona z powodu obecności duchów przeszłości czy rozmów z drzewami. Co do przekazywania wiedzy, nie jest to dla mnie najważniejsza funkcja "Mirabelki" i nie nauczanie historii uznaję za największą wartość tej książki. Bo też historia jak historia, ostatnio jest jej w literaturze dla dzieci wyjątkowo dużo, a autor nie zdradza żadnych nowych faktów. Co prawda "Mirabelka" wyróżnia się nietypowym prowadzeniem opowieści, nieszablonową, wzruszającą narracją, ale też przy odpowiednim (czyli nie negatywnym, po prostu otwartym) nastawieniu każde fakty mogą poruszyć serce czytelnika. Pamiętam, że jako nastolatka niekiedy płakałam nawet nad podręcznikami do historii.

A potem jest wesele! I można się już napawać szczęściem. Pan Izaak gra wesołe, skoczne melodie. Towarzyszy mu kolega z filharmonii, grając na klarnecie, i bębniarz z domu weselnego. Wszyscy ustawiają się w korowodzie, tańczą i śpiewają. Mężczyźni pod wodzą Chaima robią koło, Dorka i kobiety robią drugie koło. A panowie Alfusowie szykują taką niespodziankę, że mówię wam, nikt się tego nie spodziewał. Otóż wynoszą całe worki pełne kolorowych koralików i cekinów, i obsypują nimi wszystkich gości na szczęście, na pomyślność, na zdrowie i na długie życie. Patrzę, jak roztańczone stopy weselników wdeptują w ziemię koraliki i cekiny, jakby były gwiazdami z nieba i jakby owe gwiazdy miały się zasiać na wieczną pamiątkę tego wesela. Jest mi dobrze, bardzo dobrze, czuję się szczęśliwa razem z ludźmi.

Warto przyjrzeć się innym niż popularnonaukowy (historiograficzny) aspektom książki Cezarego Harasimowicza. Pierwszym z nich jest jej malarskość. Zarówno ulotne, rozwiane ilustracje Marty Kurczewskiej z nieco zaostrzonymi twarzami, jak i nastrój tekstu literackiego przypominają obrazy Marca Chagalla, a także piosenkę Wojciecha Młynarskiego ("Tak jak malował pan Chagall") wspominającą i tę atmosferę, i samo malarstwo. Warto również zwrócić uwagę na metatekstowy i metaliteracki charakter opowiadania Cezarego Harasimowicza. Korzenie "Mirabelki" tkwią bowiem w prozie Hanny Krall, a literacki portret panny młodej i niektóre "pozazmysłowe" doznania podsuwają skojarzenia choćby z dramatem "Dybuk" Szymona An-skiego. To wyrastanie literatury dziecięcej z dorosłej odpowiada przyjętemu przez autora sposobowi łączenia małych historii z wielką. Szkieletem opowieści snutej przez mirabelkę, a raczej mirabelki, jest cykliczność i powtarzalność – nie tylko w przyrodzie, tu także losy ludzkie wyrastają jedne z drugich, zupełnie jak drzewa. A że historię poznajemy właśnie z punktu widzenia rośliny, otrzymujemy i ciekawą dla dziecka narrację, i interesujące, filozoficzne spojrzenie na "organiczność" ludzkiego świata.
Na wyróżnienie zasługuje również konstrukcja postaci w "Mirabelce". Ci bohaterowie, to, jak się pojawiają, co robią, jak są zarysowani, kilkakrotnie sprawili, że czułam się raczej jakbym oglądała film (lub Teatr Telewizji – i znów "Dybuk"...) niż czytała książkę. Taka to magiczna moc scenarzysty filmowego. Przed czytelnikiem przesuwają się kolejni aktorzy, zjawy i symboliczne Dorki. Ich historie są jak te kolorowe koraliki: czekały aż ktoś je pozbiera, znów będzie się nimi cieszył, splecie je w korale opowieści.
Cezary Harasimowicz obficie cytuje przeboje muzyki rozrywkowej królujące w radiu i podśpiewywane (lub wykrzykiwane) przez Polaków w latach 40., 50., 60. i na początku lat 80. XX wieku. Bardzo spodobało mi się przekonanie autora o łączliwości kultury popularnej z historią społeczną, a po trosze i polityczną. Cytowane piosenki są nie tylko tekstami kultury, ale i utworami literackimi, od dziś zrośniętymi z "Mirabelką", dla mnie i dla każdego czytelnika tej książki.
No właśnie, a kim właściwie jest prototypowy czytelnik tego opowiadania? Innymi słowy: czy "Mirabelka" to książka dla dzieci? Przyznam, że na początku miałam co do tego poważne wątpliwości. Publikacja wydawała się przede wszystkim sentymentalna, skoncentrowana na upływie czasu, kultywacji przeszłości rozumianej przez autora jako złoty wiek. A przecież u dzieci właściwie nie pojawia się autorefleksja, jak ważne jest dzieciństwo, w jaki sposób i w jakim stopniu zdarzenia z najmłodszych lat kształtują całe życie, czym dziecięce "własne podwórko" (rozumiane dosłownie i w przenośni) staje się dla dorosłego. Nie wiem, czy lektura "Mirabelki" zmieni podejście młodych czytelników, na pewno jednak skłoni do przemyśleń dorosłych, którzy być może spróbują poukładać przeszłość rodziny w swoją własną opowieść, na wzór tej snutej przez warszawskie drzewko. Książka wydaje się więc odpowiednia raczej do pracy z dziećmi, do wspólnej, rodzinnej lektury niż do samodzielnego czytania przez dziecko.
Pod względem historiograficznym "Mirabelka" niemal pęka w szwach. Przekrojowe spojrzenie na kilkadziesiąt lat dziejów Warszawy (i pośrednio Polski) było celem autora, jednak czuje się, że książka jest aż przeładowana prawdziwymi wydarzeniami, co chwilami czyni całą opowieść zbyt ciężką. Podkreślam, że mówię o swoim subiektywnym wrażeniu. W pewnym momencie powojnia fabuła jakby przyspiesza, skupiając się na najnowszej historii. Autor wyraźnie stara się, nawet za cenę utraty zainteresowania najmłodszego czytelnika (niestety niektóre komentarze czy opisy są dla dziecka niezrozumiałe), przekazać wszystko, co zaplanował powiedzieć o rzeczywistości polityczno-społecznej drugiej połowy XX i początku XXI wieku. "Ciśnienie" historii w połączeniu z nostalgicznym, nieco filozoficznym tonem opowieści i dziecinnym językiem, jakim posługują się kolejne drzewka, wywoływało we mnie sprzeczne czytelnicze wrażenia. W naszej rodzinie wolimy, gdy lektury młodzieżowe są bardziej określone gatunkowo, to znaczy zależnie od nastroju wybieramy albo oniryczną, poetycką literaturę, albo książki historyczne, stąd pozycja historyczno-poetycka nie zachwyciła nas tak, jak miała. A że właśnie oczarowanie nas, odbiorców, było głównym zamierzeniem autora, byłam przekonana od pierwszej do ostatniej strony "Mirabelki", bo też jej czytelnik czuje się usilnie wzruszany.
Cezary Harasimowicz odnotował najważniejsze z punktu widzenia warszawskich Żydów wydarzenia historyczne, począwszy od wybuchu drugiej wojny światowej, a skończywszy na latach 80. XX wieku (bo później bohaterowie o żydowskich korzeniach nie mieszkają już w Warszawie). Nie jest to wiedza nowa dla ucznia czwartej czy piątej klasy szkoły podstawowej. Mój syn czytając tylko niektóre z opowiadań historycznych dla dzieci i młodzieży wydanych w ciągu ostatnich 3-4 lat już wielokrotnie zetknął się z tematyką i wojny, i zagłady Żydów, i stalinizmu, i Marca 1968 roku, i Solidarności. Dla dziecka sięgającego po choćby co piątą publikację młodzieżową "z historią w tle" książka Cezarego Harasimowicza nie będzie historycznym objawieniem, natomiast może uświadomić czytelników nieobytych z najnowszymi dziejami Polski. Wspomniałam już jednak, że pozycja ta posiada dla mnie inne walory. Na koniec napiszę o największym.
"Mirabelka" wypada bardzo korzystnie jako opowieść o małej ojczyźnie, co ważne, wielkomiejskiej. Śmierć bohaterki wskutek działań deweloperskich jest tu tym bardziej symboliczna, że pączkowanie nowych osiedli i inwestycji biznesowych zabija warszawską lokalność i "charakterność". Wielka część współczesnych mieszkańców Warszawy przebywa w swoim miejscu zamieszkania od niedawna, nie zna jego historii, nie czuje się zakorzeniona ani nawet w luźniejszy sposób związana z dzielnicą czy osiedlem. Coraz rzadziej dzieci z wielkich miast "dziedziczą" małe ojczyzny swoich rodziców i dziadków, a przecież dużo lepiej słucha się historii tych najbardziej własnych miejsc. Nastolatki przewożone samochodem do i ze szkoły (plus zajęcia dodatkowe) czasem nawet nie znają nazw ulic w swojej dzielnicy, nazw i układu dzielnic, a co dopiero ich historii. Lokalizacje padające w "Mirabelce" oraz towarzyszące im nastroje mogą okazać się abstrakcyjne dla większości małych warszawiaków, i to powinno przebudzić rodziców: czas pospacerować z dziećmi, zbliżyć je do miasta. Może warto pobawić się w mirabelkę, poprosić dziecko o wcielenie się w jej rolę i opowiedzenie o swojej okolicy, ludziach, którzy tu wcześniej mieszkali, wyobrażonych przyszłych mieszkańcach... Czy wasze dzieci miałyby cokolwiek do powiedzenia?
We wrześniu z ulicy Andersa ma zniknąć restauracja Państwomiasto, wspominana w "Mirabelce" jako jedno z najbardziej energetycznych, charakterystycznych i popularnych punktów współczesnego Muranowa. Przyczyną podobno jest znaczne podwyższenie czynszu, a więc historia lubi się powtarzać, bo warszawiacy już wielokrotnie żegnali piękne miejsca kultury i spotkań z tego właśnie powodu. To wydarzenie wpasowałoby się w smutne odcienie "Mirabelki" (wiadomość o zamknięciu restauracji pojawiła się około dwa miesiące po publikacji książki), choć również za miesiąc zostanie dopisany i radośniejszy rozdział tej opowieści: na Muranowie ma zostać posadzone drzewko pochodzące od mirabelek opisanych przez Cezarego Harasimowicza. Zabrzmi to jak truizm, ale sami widzicie, że w życiu, niczym w "Mirabelce", smutek i kolejne pożegnania przeplatają się z radością i nadzieją.
Bożena Itoya

Cezary Harasimowicz, Mirabelka, ilustracje Marta Kurczewska, Wydawnictwo Zielona Sowa, Warszawa 2018.

wtorek, 7 sierpnia 2018

Język empatii


Niedawno po polskim Internecie krążył szalenie popularny filmik: młody YouTuber, Mateusz Ciawlowski, siedzi przed mikrofonem i z rozbrajającym uśmiechem wyśpiewuje "teksty mamy":

Za kilka lat wspomnisz moje słowa.
Nie jestem twoją koleżanką.
Załóż kapcie, bo skarpet nie dopiorę.
Tylko chodzę i po wszystkich sprzątam.
(...)
Ty nie jesteś wszyscy.
Jak zaraz nie będzie czysto, to wyrzucę wszystko za okno.
Czy ja nie mówię po polsku?
Nie jestem służącą.

Uśmiałam się przy nim do łez, a znajoma określiła go mianem Języka Polskiej Pramatki. Młodych rodziców piosenka bawi podwójne, wywołując żywe wspomnienia z dzieciństwa i uświadamiając, jak tego typu wyrażenia z naszej podświadomości przenikają powoli do języka, jakim porozumiewamy się z naszymi własnymi dziećmi. Ale kiedy już otrzemy łzy śmiechu i przeczytamy te wypowiedzi raz jeszcze, przychodzi refleksja: codzienny język rodzica, widziany oczami dziecka, to groźby, agresja, ignorowanie uczuć i (to chyba cecha typowo polska) epatowanie matczynym męczeństwem. Nie tego chcemy dla naszych dzieci, a jednak kiedy zostajemy wytrąceni z równowagi, teksty pramatki same cisną się na usta, bez względu na to, ile mądrych książek o wychowaniu przeczytaliśmy. Nie wystarczy wiedzieć, czego chcemy dla naszych dzieci - trzeba jeszcze wiedzieć, jak to osiągnąć.

I właśnie o tym "jak" traktuje właśnie kultowa książka Adele Faber i Elaine Mazlish "Jak mówić, żeby dzieci nas słuchały, jak słuchać, żeby dzieci do nas mówiły", znana ze słyszenia nawet rodzicom, którzy na co dzień nie interesują się książkami poświęconymi wychowaniu. Jako początkująca matka czytałam o niej często w dyskusjach na forach rodzicielskich, ale często opatrywano ją epitetem "stara" (pierwsze wydanie powstało prawie cztery dekady temu), więc uznałam, że pewnie nieszczególnie przystaje do dzisiejszych metod wychowawczych, i odpuściłam lekturę. Przyznaję, że był to duży błąd.

Z "Jak mówić..." zetknęłam się bliżej kilka lat później, kiedy w przedszkolu mojej córki zawisły plakaty zapraszające rodziców na spotkania w poradni psychologicznej, poświęcone wychowaniu dzieci. Jedno dotyczyło kar i nagród. Byłam już wtedy po lekturze kilku książek z nurtu bliskościowego, więc z czystej ciekawości postanowiłam wybrać się na spotkanie i posłuchać, jakie metody proponuje się rodzicom przedszkolaków. Spodziewałam się karnych jeżyków, zostałam jednak mile zaskoczona, kiedy prowadząca rozdała nam kartki ze scenkami komiksowymi  z "Jak mówić...", proponującymi rodzicom zupełnie nowy język do komunikacji z dziećmi, oparty na szacunku i akceptacji. Całe spotkanie zeszło nam na ćwiczeniach w rozwiązywaniu domowych konfliktów w oparciu o metody Faber i Mazlish. Wyszłam zachwycona i czym prędzej przeprosiłam się z ich książkami.

Po lekturze mogę szczerze powiedzieć: "Jak mówić..." to dla rodziców małych dzieci lektura obowiązkowa. W odróżnieniu od innych książek z nurtu bliskościowego Faber i Mazlish mają bardzo praktyczne podejście (być może ma z tym coś wspólnego fakt, że nie są terapeutkami, lecz przede wszystkim matkami i z takiej piszą perspektywy). Opowiadają oczywiście o filozofii wychowania w szacunku, nakreślają podejście, jakie powinno przyświecać rodzicom, ale nacisk kładą na konkretny język, wyrażenia i skrypty, które pozwalają radzić sobie z codziennymi sytuacjami. W miarę jak opanowywałam proponowane przez Faber i Mazlish zwroty, coraz bardziej przekonywało mnie takie podejście do sprawy. Czasem zarzuca się autorkom, że ich metody zahaczają o psychomanipulację (bo czym w końcu jest proponowanie konkretnych sformułowań, które wywołują u dzieci takie, a nie inne reakcje?), ale ja jestem im dozgonnie wdzięczna za to, że w chwilach, gdy puszczają mi nerwy, mogę odwołać się do zestawu wyrażeń, które pozwalają uspokoić atmosferę i skupić się na rozwiązaniu problemu, a nie eskalacji konfliktu. Dla tych z nas, którzy z domu rodzinnego wynieśli jedynie Język Pramatki, jest to prawdziwe wybawienie. Musimy jedynie pamiętać, by skupiając się na języku, nie stracić z oczu podwalin proponowanego przez autorki podejścia. Słyszałam o matce, która - wierząc, że postępuje w duchu metod z "Jak mówić..." - mówiła do dziecka: "Chcesz posprzątać pokój czy dostać karę? Wybieraj!". Do proponowanej przez autorki kwestii wprowadzającej wybór wetknięto stary dobry koncept kary. Pokazuje to, że wykucie na pamięć paru zwrotów nie wystarczy, potrzebna jest całkowita zmiana mentalności.

Faber i Mazlish poruszają w książce kilka bardzo istotnych kwestii, z którymi nie spotkałam się w innych książkach o wychowaniu, a przynajmniej nie były one tak jasno i obszernie wyłożone. Bardzo dużo uwagi poświęcają między innymi wyzwalaniu dzieci z narzuconych im ról (ta kwestia jest dla mnie największym odkryciem, dużo uwagi poświęcam teraz temu, w jaki sposób opisuję swoje dzieci przy nich samych i przy obcych), zachęcaniu do samodzielności (w pozytywnym sensie, nie na zasadzie brutalnego odcinania pępowiny), pochwałom (różnica między "Jesteś bardzo odpowiedzialna" a "To się nazywa odpowiedzialność" - bezcenne spostrzeżenie). Bardzo szczegółowo opisują też scenariusze umożliwiające dzieciom samodzielne znalezienie rozwiązania konfliktów. W miarę jak czytałam, miałam coraz większą ochotę zrobić listę tych metod i powiesić na lodówce.

O mocy zaproponowanego w książce języka niech świadczy następująca anegdota: Kiedy byłam w trakcie lektury "Jak mówić...", przyszła do mnie moja pięcioletnia córka i opowiedziała o przedszkolnym konflikcie: koleżanka chciała zawsze siedzieć koło niej, a moja córka chciała też czasem siedzieć z innymi dziećmi. Była rozżalona, że proszone o interwencję panie kazały jej się przesiadać ("A przecież chciałam siedzieć na moim ulubionym krzesełku z motylkiem"). Po opowiedzeniu mi tej historii spytała, co zrobiłabym na miejscu pań.
Zwykle w takich sytuacjach czułam się bezradna. Bo jak rozwiązać taki konflikt, żeby wszyscy czuli się wysłuchani i potraktowani sprawiedliwie? Co można zaproponować, żeby nie skończyło się atakiem furii u jednej ze stron? Ale jako że miałam głowę pełną pomysłów z "Jak mówić...", sięgnęłam pamięcią do konkretnego scenariusza: opisz problem ("Widzę dwie dziewczynki, z których jedna chce siedzieć codziennie obok drugiej, ale druga chce siedzieć czasem z kimś innym", poproś o propozycje rozwiązań ("Jestem pewna, że wymyślicie, jak rozwiązać ten problem. Zapiszę wszystkie wasze pomysły").

Moja córka zaczęła w wyobraźni odgrywać tę scenkę, podając na zmianę pomysły swoje i (wyimaginowane) pomysły koleżanki. Ostatecznie ustaliła, że koleżanka może siadać z nią co drugi dzień. Nie wiem, czy uda jej się zastosować ten scenariusz samodzielnie w przedszkolu, ale mogłam na własne uszy przekonać się, że proponowany przez Faber i Mazlish język rzeczywiście otwiera dziecięce umysły na samodzielne rozwiązywanie problemów.
Najnowsze wydanie "Jak mówić..." uzupełnione jest o podrozdziały "Doświadczenia rodziców polskich", poruszające problemy wynikające z naszej kultury wychowania, a także - co mnie szczególnie ujęło - posłowie napisane przez Joannę Faber, córkę jednej z autorek. I to odróżnia "Jak mówić" od książek autorów kanapowych: nie dość, że autorki mają po troje dzieci, a więc swoje metody mogły gruntownie przetestować w praktyce, to jeszcze dziś, po kilkudziesięciu latach od wydania książki, możemy w niej przeczytać relację z pierwszej ręki, jak wyglądało dzieciństwo w domu Faberów. Joanna z rozbrajającą szczerością opowiada o ciężarze bycia młodą matką i córką autorek kultowego podręcznika o wychowaniu (w Ameryce jeszcze bardziej znanego niż w Polsce), przyznaje się do licznych rodzicielskich porażek, ale jednocześnie zapewnia, że dorastanie w domu pełnym empatii miało ogromny, pozytywny wpływ na jej dzieciństwo i relacje z rodzicami. Dziś sama pisze książki oraz prowadzi warsztaty o wychowaniu, popularyzując metody swojej matki. Trudno o lepszą reklamę.

Mnie szczególnie jednak ujęła wypowiedź jednej z czytelniczek, cytowana na łamach książki. "Na samą myśl, jak wyglądałoby życie mojego dziecka bez Waszych książek, chce mi się płakać. Podarowaliście podobnym do mnie - perfekcjonistom, pracoholikom, dorosłym dzieciom alkoholików - niewiarygodny dar: zdolność porozumiewania się z ukochanymi dziećmi w sposób pełen miłości i pozbawiony krytyki". Mam podobne odczucia. Mam nadzieję, że moje dzieci będą kiedyś mogły mówić o swoim dzieciństwie w takich słowach, jak Joanna, a w filmiku z "tekstami matek" nie usłyszą zbyt wielu znajomych kwestii.

Joanna Pietrulewicz

Jak mówić, żeby dzieci nas słuchały, jak słuchać, żeby dzieci do nas mówiły, Faber Adele, Mazlish Elaine, Wydawnictwo Media Rodzina, Poznań 2017

niedziela, 5 sierpnia 2018

Była sobie dziewczynka


Katalog wydawnictwa Tadam może służyć jako informator o tendencjach we współczesnej, głównie polskiej, książce obrazkowej i ilustrowanej dla dzieci. Oferta tego edytora obejmuje rozmaite style i konwencje plastyczne oraz narracyjne, łącznie z nietypowymi, "demokratycznymi" komiksami dla starszych dzieci (cykl "W koronie" Bartosza Sztybora, Piotra Nowackiego i Łukasza Mazura) czy zbiorem baśni (dla tej samej grupy odbiorców) napisanym przez malarza i opatrzonym reprodukcjami jego obrazów, takich prawdziwych, wystawianych w galeriach i schodzących z nich niczym świeże bułeczki ("Papiernik" Rocha Urbaniaka). Są w katalogu Tadam i bajki naukowe, i terapeutyczne, i opowieści zaangażowane społecznie, i lekkie, świeże kartonówki – komiksy dla maluchów o zwierzętach ("Pani Detektyw Sowa", "Pan Łasuch Miś", "Pan Elegant Lis", "Pan Kawalarz Wilk", "Pani Reporterka Mysz" Adama Święckiego) czy stworzeniach mitologicznych ("Świat okiem Ancyklopka", "Wszystkie psoty Ancyklopka", "Ancyklopek na placu zabaw" Piotra Dobrego i Łukasza Majewskiego; cykl "Smoczek Loczek" Macieja Jasińskiego i Piotra Nowackiego), nie zabrakło również książek paragrafowych (seria "Jak wytresować Cthulhu" Macieja Jasińskiego i Jacka Frąsia) i tych urzekających bogactwem treści, choć pozbawionych tekstu ("Znajdka" Dobrosławy Rurańskiej). Autorzy, scenarzyści i rysownicy często powracają w kolejnych projektach dla wydawnictwa Tadam, a obecność nazwisk należących do czołówki polskiego komiksu dla dzieci (i nie tylko, wszak na przykład Jacek Frąś znany jest głównie jako autor "Melona" czy rysownik "Totalnie nie nostalgii" – publikacji zupełnie nie dla dzieci) podtrzymuje moje stałe zainteresowanie poczynaniami tego edytora. Tadam służy twórcom komiksów i jako wizytówka, i jako poligon eksperymentów z formą oraz treścią. To cenna funkcja i warta pochwały misja wydawnicza.
Jednym z nowszych i w założeniu nowatorskich przedsięwzięć zrealizowanych w wydawnictwie Tadam jest książka "Była sobie dziewczynka" Piotra Dobrego (tekst) oraz Łukasza Majewskiego (rysunki), współpracujących wcześniej przy wspomnianej serii o Ancyklopku. Tym razem autorzy przygotowali coś dla znacznie starszych czytelników. To opowieść o losie dziewcząt snuta przez wieki i kultury, od czasów prehistorycznych w bliżej nieokreślonej lokalizacji do tu i teraz. Nie sposób nie dostrzec łączności publikacji z boomem na książki o silnych kobietach oraz walce o ich prawa, choć z radiowych wypowiedzi autorów dowiedziałam się, że plan i zarys książki "Była sobie dziewczynka" zostały przygotowane zanim na półkach księgarskich zatłoczyło się od buntowniczek i bojowniczek. W każdym razie Piotr Dobry i Łukasz Majewski znakomicie wstrzelili się w oczekiwania rynku oraz środowiska dziennikarsko-krytycznego. O ich książce było głośno w okolicach marcowej premiery, ale nie powinna popadać w zapomnienie nawet wiele miesięcy później.
Książka składa się z 26 jednostronicowych (w rozmiarze bardzo zbliżonym do A4) rozdziałów, do pewnego momentu rozpoczynających się od słów "Dawno, dawno temu, w (...), była sobie dziewczynka". Każdemu rozdziałowi towarzyszy jedna, całostronicowa ilustracja. Poszczególne teksty rozbito na krótkie akapity, a czytelnik, mimo zmieniających się czasów i okoliczności, ma wrażenie powtarzalności historii lub uczestniczenia w ciągle tej samej, trudnej i niecukierkowej opowieści. Bardziej zróżnicowana jest warstwa plastyczna, dzięki której każdorazowo po przewróceniu kartki opowieść ulega odświeżeniu czy resetowi. Ilustracje zostały dobrze dopasowane kolorystyką oraz nastrojem do epoki, kultury i klimatu danego rozdziału. "Etniczne" obrazki Łukasza Majewskiego swoją oszczędnością i surowością odpowiadają konwencji tekstu, zawierają też ocenę autorów, bo łatwo wyłowić sytuacje z punktu widzenia dziewczynki najsmutniejsze.

Dziewczynka również była włochata, tak jak jej rodzic i rodzeństwo. Długie włosy na całym ciele – na nogach, plecach, a nawet na twarzy – chroniły ją przed zimnem. Mieszkała bowiem w jaskini – ciemnej, nieprzytulnej, bez drzwi i okien. Nie spała na wygodnym łóżku, lecz na skórze zwierzęcej rozłożonej na skalnej podłodze.

Po pierwszej historyjce zatytułowanej "Prehistoria" następują: "Mezopotamia", "Egipt", "Grecja", "Rzym", "Chiny", "Scytia", "Wikingowie". Przedmiotem zainteresowania autora bywają podstawowe okoliczności życia dziewczynki: imię, zwyczaje związane z narodzinami, warunki mieszkaniowe, zabawki, stosunki rodzinne, obowiązki domowe (praca), możliwości nauki oraz wiek, w którym bohaterka wychodzi za mąż i / lub zostaje matką. Tylko w rozdziałach "Scytia" i "Wikingowie" dziewczynka wydaje się w pełni szczęśliwa i decydująca o własnym losie, waleczna, silna, pobudzająca czytelników do zabaw w jej życie.
Po "Wikingach" następują "Polanie" z cudowną, wiele mówiącą ilustracją i smutnym wydźwiękiem opowieści o naszej kuzynce sprzed wieków. Przyznam, że mieliśmy pewien problem z narracją w tym i poprzednim rozdziale, raz dziecinną, wskazującą na odbiorcę w wieku przedszkolnym, a kiedy indziej prowadzoną na wzór tekstu popularnonaukowego dla starszych uczniów (rówieśników mojego syna), z elementami języka oficjalnego, archaizmami, intelektualizmami. Równocześnie autor często wtrąca swoją opinię, stosując zwroty "na szczęście", "niestety" i na inne sposoby sugerując czytelnikowi należyty odbiór historii.

Niedługo po zaplecinach dziewczynka wbrew własnej woli została zaręczona z dużo starszym chłopcem. Miała wówczas zaledwie osiem lat. Pięć wiosen później, w wieku lat trzynastu, musiała wyjść za mąż. Rozpleciono wówczas jej piękny warkocz, a włosy ścięto i wrzucono do ognia. Od swojej matki chrzestnej panna młoda otrzymała czepiec – koronkowe nakrycie głowy dla zamężnych kobiet. To był definitywny koniec dzieciństwa Dobromiły.

Dalsze rozdziały zatytułowane zostały "Średniowiecze" i "Aztekowie", po nich następuje przejściowy okres historii dziewczynki, w którym mowa o "dawno temu" ("Wietnam", "Epoka georgiańska", "Niewolnictwo", "Epoka wiktoriańska", "Polinezja", "Romowie", "Nepal"), zamiast wcześniejszego "dawno, dawno temu", aż wreszcie autor przechodzi do rozdziałów rozpoczynających się od słów "Nie tak dawno temu...". Współczesność maluje się w ciemniejszych barwach niż przeszłość, a dziewczynce przychodzi zmierzyć się z rzeczywistością Afganistanu, Nigerii, Turcji, Japonii (tu jest mniej strasznie, za to na tyle egzotycznie, że małemu czytelnikowi trudno jednoznacznie ocenić, czy to źle, czy dobrze), Somalii, Amiszów oraz Korei Północnej.
Piotr Dobry w ciekawy sposób uwzględnił w swoich opowieściach postacie historyczne: jedną dziewczynkę (Jane Austen) i kilku przywódców danych krajów. Ich obecność jest zaskakująca, bo czytelnik przyzwyczaja się do konwencji fikcyjnych biografii jakichś abstrakcyjnych "były-sobie-dziewczynek", będących pewnymi modelami, aż tu nagle: bum! To prawdziwa osoba! Balansowanie między prozą non-fiction a baśnią znalazło też odzwierciedlenie w ilustracjach, które uwzględniają łatwo rozpoznawalne sygnały, identyfikacje miejsc i czasów, choć równocześnie kojarzą się z prostymi obrazkami jaskiniowców czy pierwszymi rysowniczymi próbami dziecka. To jednak bardzo artystyczny i dojrzały prymitywizm, wypadający perfekcyjnie na lakierowanej okładce książki, ale nieco zamglony możliwościami kolorystycznymi i fakturowymi "ekologicznego" papieru wewnątrz.
Autor pozwolił dobie na dużą swobodę w określaniu czasu i miejsca akcji danych rozdziałów, nie przejmując się regułami naukowych wywodów czy zasadą historycznej ścisłości. Świadomość, że nie jest to książka popularnonaukowa bije się we mnie z myślą, że w każdej publikacji przytaczającej jakieś fakty (tu: z zakresu historii i etnografii) powinien zostać zachowany porządek. Tymczasem spoglądając na książkę "Była sobie dziewczynka" jako całość, zwróciłam uwagę na jej wybiórczość. Konstrukcja merytoryczna została zaburzona, bo autor stosuje różne klucze doboru materiału – czasem omawia sytuację dziewczynki w konkretnym okresie historii i miejscu świata (np. kilkadziesiąt lat panowania króla czy królowej), kiedy indziej podaje tylko nazwę kraju lub krainy lub grupy etnicznej, a opisywany okres (pre)historyczny może wynosić równie dobrze kilkadziesiąt jak kilkaset lat. W tytułach rozdziałów autor posługuje się nie tylko nazwami krajów i grup etnicznych lub wyznaniowych, ale również pojęciami o różnym stopniu szczegółowości oraz ścisłości ("Niewolnictwo", "Epoka georgiańska").
Ponadto w tekście brakowało mi nawet najogólniejszych odnośników wskazujących, co równolegle działo się choćby w tym samym kraju czy regionie, ale w innych klasach społecznych. "Była sobie dziewczynka" staje się przez to opowieścią o uciśnionych dzieciach, powyrywanych z kontekstu swoich czasów i kultur (bo w każdej tradycji sprawiedliwość czy prawo mogą oznaczać co innego), generalnie: o niedoli społecznej. Taki zabieg dla mnie podważa wiarygodność całości i zbliża jej wydźwięk do propagandowych tekstów kultury minionej epoki. Oczywiście pełny obraz historii praw (a raczej prześladowań) kobiet nie był celem autora i nie należy do formuły książki, jednak obawiam się, że obecne ujęcie może być dla dzisiejszych dzieci mylące, a na pewno przygnębiające. Spośród dwudziestu sześciu bohaterek zaledwie siedem ostatecznie, po przeważnie ciężkim dzieciństwie, wywalczyło swobodę decydowania o sobie lub darowano im taką możliwość (do tego dochodzi jeszcze ósma, która urodziła się jako chłopiec, była wychowywana jako dziewczynka i postanowiła nią pozostać, ale nie jestem pewna, czy wychowywanie chłopca jako dziewczynki kwalifikuje się jako ofiarowanie dziewczynce wolności). Mimo optymistycznego i otwartego zakończenia, trudno oprzeć się wrażeniu, że dziewczynki mają, a przynajmniej miały "słabo". Na bohaterce-czytelniczce z ostatniego rozdziału ("Ty") zdaje się ciążyć wielka odpowiedzialność za właściwe wykorzystanie ogromnego potencjału i wolności, jakie zostały jej dane, jest to winna tym wszystkim wcześniejszym biednym bohaterkom. Książka kończy się jakby manifestem współczesnej wyzwolonej dziewczęcości, wezwaniem do bycia sobą i korzystania z przywilejów, ale też do pamięci o tych dziewczynkach, które nadal, w tej chwili, żyją w świecie "nie tak dawno temu".
Bożena Itoya

Piotr Dobry (tekst), Łukasz Majewski (ilustracje), Była sobie dziewczynka, Wydawnictwo Tadam, Warszawa 2018.

Pies na medal: Czart – pies lawinowy; Junior – opiekun osób starszych


Opowiadania Barbary Gawryluk należą do naszych ulubionych książek o zwierzętach, dlatego ucieszyła nas wieść o nowej serii tej autorki – "Psie na medal". Cykl ukazuje się w wydawnictwie Zielona Sowa z ilustracjami Agaty Kopff i dotychczas liczy dwie pozycje: "Czart – pies lawinowy" oraz "Junior – opiekun osób starszych". Są to książeczki niewielkie, w miękkiej oprawie, ale wydane pod każdym względem porządnie i godne polecenia zarówno dzieciom zaczynającym czytać, jak i bardziej wprawionym czytelnikom.
Tekst obu książek jest prosty, ale nie banalny, zawiera prawdziwe, występujące w rzeczywistym języku określenia i pojęcia. Autorka pisze dla najmłodszych (na okładce widnieje oznaczenie "wiek 6+"), ale ufa w ich kompetencje językowe, nie stosuje protekcjonalnych uproszczeń i zdrobnień. Na końcu publikacji zamieszczane są krótkie hasła encyklopedyczne podsumowujące i zarazem poszerzające wiedzę zdobytą w opowiadaniu: "Psy lawinowe", "Tatrzańskie ochotnicze Pogotowie Ratunkowe (TOPR)" i "Tatry" w przypadku "Czarta" oraz "Psy – towarzysze osób starszych i samotnych", "Kundle" i "Schronisko dla zwierząt" w "Juniorze". Chętnie widziałabym wśród publikacji popularnonaukowych dla dzieci więcej tak zrozumiałych, zwięzłych i bezpośrednich minileksykonów (za "redakcję oraz słowniczek i encyklopedię na końcu" odpowiada Anna Włodarkiewicz). Łatwy odbiór wcale nie tak oczywistych treści jest możliwy także dzięki wyglądowi książek z serii "Pies na medal". Duża czcionka zapewnia komfort czytania nawet pierwszoklasistom, a kolorowe, ładne i zabawne ilustracje wiernie odpowiadające tekstowi czynią lekturę jeszcze przyjemniejszą.
Mimo niewielkiej objętości (48 stron, w tym 41 stron opowiadania) oba tomiki zawierają dość rozbudowane, w pełni kompletne utwory literackie. To ważne, bo historyjki ujmowane w tak małych publikacjach dla dzieci często bywają pełne skrótów i dziur, fabularnie poszarpane. Tymczasem w opowiadaniu "Czart pies lawinowy" praca tytułowego psa na medal została wpisana w niebezpieczną przygodę dwóch chłopców, rówieśników czytelnika. Po krótkim wstępie, w którym autorka przedstawia Czarta i jego opiekuna, ratownika TOPR, następuje dramatyczna akcja. Alek i Robert, wprawni narciarze, oddalają się od grupy na zimowym obozie sportowym w Tatrach, by popróbować wyzwań ambitniejszych od standardowej trasy treningowej. Jeden z chłopców postanawia nie ryzykować i wraca do instruktora, ale drugi szusuje trudną dolinką i spada na niego lawina. Szybka reakcja kolegi, a potem instruktora, pozwala błyskawicznie sprowadzić ratowników. Wraz z nimi interweniuje Czart. Historia nie kończy się na akcji ratowniczej, jest prowadzona dalej, bez "przynudzania" i nadmiernego pouczania. W opowiadaniu o psie lawinowym na medal najbardziej doceniam konkretność, reporterską szczerość autorki, nie tylko w zakresie omówienia pracy psa. Również zachowania oraz odczucia ("zabawa" w wyzwania, zamiłowanie do brawury, wstyd) młodych bohaterów oraz reakcje dorosłych są wiernym odwzorowaniem rzeczywistości.

Książka "Junior opiekun osób starszych" ze względu na mniejszą widowiskowość zawodu tytułowego psa na medal jest nieco spokojniejsza. Nie doświadczymy tu wypadków czy innego bezpośredniego zagrożenia życia, choć moim zdaniem także Junior ratuje ludziom życie. I wzajemnie. Bohaterem opowiadania jest bowiem schroniskowy kundelek, wypożyczany do domu opieki, by dotrzymywał towarzystwa samotnym starszym ludziom, a tym samym pocieszał ich oraz sam doświadczał przyjaźni. Akcja koncentruje się na planie przeniesienia Juniora na stałe do ośrodka, który często odwiedza jako (pracujący) gość. Aby młodzi czytelnicy nie zniechęcili się trudnym i potencjalnie smutnym tematem, Barbara Gawryluk uczyniła bohaterami również dzieci: Dorotkę i Łukasza. Bliźnięta, początkowo trochę zmuszane przez mamę, odwiedzają w domu opieki sąsiadkę, która kiedyś często się nimi opiekowała. To bardzo ciekawy, choć ledwo poruszony (bo też zbyt poważny dla sześciolatków) wątek tej historii – jak ważne są dla starszych osób wnuki, choćby te "przyszywane", i jak łatwo młodzi zapominają, wymigując się nawet od dotrzymywania towarzystwa, a co dopiero od opieki nad swoimi niegdysiejszymi towarzyszami i opiekunami. Opowiadanie "Junior – opiekun osób starszych" uwrażliwia i na los sąsiadów, dziadków, wszystkich samotnych osób, zwłaszcza mieszkańców domów opieki, i na dolę zwierząt przebywających w schroniskach, przy okazji informując o pracy wolontariusza oraz sugerując, jak angażować się w małe, lokalne aktywności (nawet będąc dzieckiem). Na pierwszym planie pozostają oczywiście obowiązki psa towarzysza, bo Junior, czy jako bywalec, czy stały lokator domu opieki, pracuje bez przerwy. Kolejnymi psami na medal opisanymi przez Barbarę Gawryluk będą Morus, ratownik wodny, oraz Falko, pracownik lotniska. Cieszą mnie plany kontynuacji serii i mam nadzieję, że trafi ona do naprawdę szerokiego grona czytelników. Dzieci, które przeczytają te książki będą mądre i empatyczne.
Bożena Itoya

Barbara Gawryluk, Czart – pies lawinowy, ilustracje: Agata Kopff, redakcja oraz słowniczek i encyklopedia na końcu: Anna Włodarkiewicz, Wydawnictwo Zielona Sowa, Warszawa 2018.
Barbara Gawryluk, Junior – opiekun osób starszych, ilustracje: Agata Kopff, redakcja oraz słowniczek i encyklopedia na końcu: Anna Włodarkiewicz, Wydawnictwo Zielona Sowa, Warszawa 2018.

Lekcja majsterkowania


W postępowych środowiskach edukacyjnych triumfy święci od jakiegoś czasu metoda projektu: przekazywanie dzieciom odpowiedzialności za całokształt zadań, których się podejmują, umożliwianie im planowania, wykonywania, popełniania błędów i uczenia się na nich. Tymczasem rzeczywistość przedszkolna i szkolna jest zgoła inna: większość prac plastyczno-technicznych polega na ścisłym wykonywaniu poleceń pod ciągłym nadzorem dorosłego, a dostępne narzędzia nie są szczególnie wyszukane. W takiej atmosferze dziecko szybko przyzwyczaja się do tego, że każdy jego krok musi być zatwierdzony przez dorosłego, pojawia się lęk przed porażką i swobodnym majsterkowaniem.

Ten negatywny trend zdają się dostrzegać autorki "Zrób to. Krok po kroju". We wstępie mówią wprost, że o pomoc dorosłych dzieci powinny prosić jedynie w drodze wyjątku - kiedy potrzebny jest na przykład klej na gorąco czy młotek - zapewniając, że przedstawione projekty mogą wykonać (w większości) samodzielnie. Uff. Moja córka musiała to usłyszeć od kogoś innego niż ja (na moje sugestie, by spróbowała zrobić coś sama, reaguje - jak na pięciolatkę przystało - histerią).

Na treść książki składa się dwanaście projektów na atrakcyjne gadżety (szczudła, gra memo, zakładka, torba...) i modne elementy wyposażenia dziecięcych pokoi, w rodzaju tych, które proponuje w swoich programach projektantka Dorota Szelągowska. Mamy więc obowiązkowy sznurek z klamerkami do zawieszania pocztówek, rysunków czy zdjęć, spersonalizowaną lampę, magnesy, a nawet (mój ulubiony projekt) działający zegar ścienny. Każdy projekt przedstawiony jest w formie przypominającej przepis kulinarny: lista "składników" i dokładna instrukcja wykonania. Jasno i czytelnie, tak że dziecko w wieku wczesnoszkolnym powinno sobie poradzić samo. Nie znaczy to, ze projekty są zupełnie proste: wymagają liczenia, kreślenia, nie obędzie się też bez stosowania specjalistycznych klejów. Ale są jednocześnie na tyle łatwe, że nie zniechęcają.

Miło trafić na książkę, która nie traktuje naszych pociech jak ofiar losu. Autorki starają się obudzić w dzieciach duch majsterkowicza, zachęcając do eksperymentowania i modyfikowania bazowych projektów poprzez wykorzystanie dostępnych materiałów recyklingowych. Książka nie jest szczególnie obszerna - udało nam się przeczytać wszystkie instrukcje od A do Z w czasie jednego posiedzenia - ale ładnie wydana i zilustrowana. To ciekawy pomysł na prezent dla 6-9-latków z zacięciem plastycznym - albo wręcz przeciwnie, dla tych, które potrzebują zachęty do zajęcia się majsterkowaniem.
Joanna Pietrulewicz

Clara Lidström, Annakarin Nyberg, Zrób to. Krok po kroku, Zakamarki, Poznań 2018.

Bajka na końcu świata – Ożywczy deszcz


Książki w naszym domu dzielą się na dwie grupy. Niektóre, zanim zostaną przeczytane (i zrecenzowane), muszą trochę odleżeć, zaczekać na odpowiedni moment, wpasować się w nasz nastrój. Inne nie leżą ani chwili, od razu są łapczywie pochłaniane (i "pochwalane"), to nasze samopoczucie dostosowuje się do nich, a nie odwrotnie. Tak właśnie było z "Ożywczym deszczem", trzecim tomem serii Marcina Podolca "Bajka na końcu świata" – położyłam album gdzieś w środku stosu kilkudziesięciu książek czekających na przeczytanie, spojrzałam w inną stronę, a gdy ponownie się odwróciłam, nie było już ani komiksu, ani mojego syna.
Okładka "Ożywczego deszczu" ma więcej barw i kontrastów od wcześniejszych, za to mniej tu poszarpanego, połamanego świata. Tytułowy deszcz jest kolorowy, jakby za krople służyły rozpuszczone lentilki. Równocześnie autorowi udało się zachować (po)katastroficzną atmosferę, tak że trzecia "Bajka na końcu świata" nawet na pierwszy rzut oka pozostaje nietypową "bajką" komiksową, a wszystkie okładki zestawione ze sobą wypadają znakomicie, kompletnie (choć, na szczęście, to jeszcze nie koniec serii). Każda podsuwa czytelnikowi nieco odmienne wrażenia i ujęcia bohaterek, Wiktorii i Bajki, inne (pół)plenery, kolejne kolory grzbietu i tytułu, niby to żywe, ale równie dobrze mogące się kojarzyć z rozkładem, wypaleniem czy toksycznością. A skąd się wziął na najnowszej okładce ten dinozaur? Bać się go czy przytulić? Jest towarzyszem czy antagonistą Wiktorii? Taki to właśnie niepokojąco-fascynujący cykl – nigdy nie wiemy, co tym razem zgotował nam autor, ale zawsze jesteśmy pewni, że coś dobrego.
"Ożywczy deszcz" podobał nam się najbardziej z dotychczasowych tomów "Bajki na końcu świata". Rzadko chyba bywa, by trzecia część serii nie tylko nie ustępowała wcześniejszym, ale nawet je przeganiała, ale tak właśnie jest w tym przypadku, przynajmniej według nas. Marcin Podolec jest w znakomitej formie i mam nadzieję, że wreszcie wygra któreś "zawody" książkowe, bo w dziedzinie książki dla dzieci w Polsce trofea wciąż zdobywają te same od wielu lat czarne konie. Po nominacji drugiego tomu "Bajki na końcu świata" do zeszłorocznej nagrody PS IBBY i najnowszej informacji o znalezieniu się innego komiksu na prestiżowej liście trzynastu książek nominowanych do brytyjskiej Nagrody Bookera, może właśnie nadeszła pora na "Ożywczy deszcz". Warto stale odświeżać swoje myślenie o literaturze, ilustracji i ogólnie literaturze adresowanej do dzieci, bo sami młodzi czytelnicy bez przerwy je aktualizują. Polski komiks dla dzieci nie jest już przejściową zabawką, mizerną imitacją lektury dla tych, którzy dopiero zaczynają czytać. To pełnoprawna książka, dzielona na kategorie wiekowe i (powoli) gatunkowe, goszcząca obok całkiem poważnej literatury młodzieżowej na półkach wytrawnych czytelników oraz publicznych bibliotek. Specjalizacją Marcina Podolca są graficzne opowiadania postapokaliptyczne dla dzieci i młodzieży w wieku od około ośmiu lat. Odrobinę feminizujące, co tym bardziej potwierdza, że stanowią dystynktywny "znak czasów".
Na "Ożywczy deszcz" składa się pięć krótkich, powiązanych ze sobą fabularnie komiksów: "Bajka i instynkty", "Bajka, opady i odpady", "Bajka i pojedynek gigantów", "Bajka i ślad wielkiej stopy", "Bajka i ożywczy deszcz". Znaleźliśmy w nich trochę dawnych wątków (wróci tajemniczy zmiennokształtny dymek!) i bardzo dużo nowości. Pierwsze opowiadanie postapokaliptyczne pejzaże ma tylko w tle, temat jest zupełnie inny, lekki i uniwersalny. Rozpoczęcie tomu w ten sposób było świetnym pomysłem. Ostatni kadr "Bajki i instynktów" zahacza o początek "Bajki, opadów i odpadów" i podobnie będzie z kolejnymi historyjkami – zawsze zazębiają się na siebie, tworząc segmenty jednej wielkiej opowieści, tej samej od pierwszego tomu ("Ostatni ogród", tom 2.: "Opuszczony dom"). W drugim epizodzie na Bajkę i Wiktorię spadają radioaktywny deszczyk i "duże, duże kłopoty", które przenikają do "Bajki i pojedynku gigantów", przy czym do tytułowych olbrzymów zalicza się wspomniany już wcześniej dinozaur z okładki. "Bajka i ślad wielkiej stopy" przypomina w pewnym stopniu pierwszy fragment tego tomu, bo autor ponownie odwzorował z życia wzięte zachowania oraz relacje (psie i ludzkie). Bohaterki kłócą się, obrażają i godzą, by "wybuchowo" poradzić sobie z kłopotami i szczęśliwie dobrnąć do zwyczajnego zakończenia, tak potrzebnego po wcześniejszych nadzwyczajnych wydarzeniach.
Ilustracje jak zwykle cieszą oko nieprzeciętną, daleką od jaskrawości kolorystyką. Na estetykę opowieści znacząco wpływa tez podział na kadry, ich kompozycja, wszystko jakby zawieszone między opowiadaniem graficznym a filmem animowanym (z którym autor ma stałą, profesjonalną styczność). Portrety Bajki są zabawne i pocieszne, a Wiktoria aż kipi od emocji, które wyraża każdym szczegółem twarzy (te "kreskowe" oczy, zadarty nosek, wystające i jeszcze niekompletne zęby, rumieńce, gniewne zmarszczki, brew na przedostatnim obrazku...) i zaokrąglonej postawy. Dziewczęca bohaterka jak zwykle w komiksach Marcina Podolca jest po prostu dziecięcym bohaterem, żadną komiksową lalą ani księżniczką z książeczki. Dla mojego syna nie miało znaczenia, że w albumie nie pojawia się żaden chłopiec lub mężczyzna, bo płeć fantastycznych (s)tworów trudno zidentyfikować. Życzę naszym dzieciom jak najwięcej książkowych postaci, które są równie "(...) i sprytne, i mądre, i odważne. Niezależne.. Trochę szalone, ale też... subtelne, pełne wdzięku i klasy".
Bożena Itoya

Marcin Podolec, Bajka na końcu świata. 3. Ożywczy deszcz, Krótkie Gatki / Kultura Gniewu, Warszawa 2018.

środa, 25 lipca 2018

Samuraj i Anioł Stróż


Wydawnictwo BIS udostępniło w tym roku publikację, która zaskoczyła mnie tematem, treścią i oprawą graficzną. Akcja opowiadania "Samuraj i Anioł Stróż", którego autorem jest Andrzej Żak, a ilustratorką Anna Krztoń, rozgrywa się na oddziale onkologicznym szpitala dziecięcego oraz w rajskich oddziałach świata. Bohaterami są dzieci skazane przez nowotwór i te czekające na cudowne ułaskawienie. W surowo-sterylnym miejscu młodzi pacjenci starają się żyć w miarę swobodnie, utrzymywać kontakty towarzyskie, bawić się, przyjaźnić, zakochiwać, wierzyć – w Boga i wyzdrowienie. Literatura dla młodzieży zahaczająca o sprawy wiary należy raczej do rzadkości, przynajmniej ta porządna, dobrze skomponowana, nienachalna ideologicznie. Miło było znów sięgnąć po takie cacko, bo ostatnim byli chyba "Muszkatowie" Grzegorza Gortata z 2013 roku.
"Samuraj i Anioł Stróż" to książka sięgająca głęboko, dotykająca skrywanych myśli, obaw, poruszająca tematy i interpretacje bardzo osobiste, rzadko wypowiadane na głos – w dziecięcym życiu i w literaturze dla dzieci. Czemu Bóg nie słucha chorych dzieci? Co będzie po śmierci? Czy Bóg jest nowoczesny? Jak walczyć z brakiem nadziei? Takie zagadnienia zajmują tęgie dorosłe umysły, a tu muszą się z nimi zmagać mali, bardzo słabi ludzie. Jednym z nich jest Teo, zwany Brzydkim, a później Samurajem. Jego rozmyślania zmieniają się w spotkania z aniołem-karateką i można uznać, że chłopiec zbliża się do granicy życia i śmierci fantazjując na temat przenikania się tych dwóch światów, sposobów (nie)istnienia. Jednak autor nie narzuca jednoznacznie tej interpretacji, bo choć sugeruje, że jedno ze spotkań z Aniołem Stróżem odbywa się w czasie śpiączki Teo, to jednocześnie pozwala nam wierzyć w naprawdę nadprzyrodzone wydarzenia. I choć podstawowym przesłaniem "Samuraja i Anioła Stróża" jest potrzeba samodoskonalenia się do walki z przeciwnościami losu, to ja najbardziej doceniam fragmenty, w których bohaterowie zastanawiają się nad obecnością Boga i aniołów w ich życiu oraz nad sensem wszystkiego. Tak już jest z tą książką, że każdy może sobie w niej upatrzyć własny pierwszy plan. Trzeba tylko wniknąć w historię, nie przestraszyć się słów, którymi jest opowiadana.
Dosadność tej lektury polega bowiem nie tylko na jej dosłowności w przedstawieniu życia dziecka z nowotworem. Andrzej Żak zdecydował się na wprowadzenie nietypowych, mocno podkoloryzowanych postaci oraz dość "inwazyjnej" stylizacji językowej, co może się podobać lub nie, ale na pewno nikogo nie pozostawi obojętnym. "Samuraj i Anioł Stróż" zdecydowanie wyróżnia się z ogółu nowszej polskiej beletrystyki adresowanej do młodszej młodzieży. Początkowo miałam wrażenie, że misja obalania stereotypów obraca się przeciw autorowi, szkodzi tekstowi i jedynie utrwala utarte poglądy na temat duchownych czy chorych. Na przykład opisy "wyluzowanego" księdza i sztywnej katechetki wypadły nieszczerze, zbyt modelowo i kontrastowo, by były wiarygodne. A kolokwializmy, które w założeniu zapewne miały zbliżyć bohaterów do czytelników, niekiedy okazują się "obciachowe".

No więc tak... ta godzina z katechetką to okropne nudy! Ale kiedy nie ma co robić, lepsze to, niż leżeć w łóżku, bać się i patrzeć w sufit. W czasie swojej godziny Chuda Maria jak nakręcona gada o stworzeniu świata. Nie wiadomo, kto ją tak nazwał, ale przezwisko jest trafne, bo rzeczywiście katechetka wygląda jak żółknący, wysuszony szparag. Nikt jej nie lubi, chyba nawet ksiądz Antoni, którego w dżinsach i T-shircie trudno wziąć za szpitalnego kapelana. W letnie upalne dni trzyma koloratkę w sportowej torbie i jedynie mały krzyżyk na opalonej piersi świadczy, że ten wysportowany mężczyzna wierzy w Boga.
Księdzu Antoniemu Bóg pozwala chyba na więcej niż Chudej Marii, nawet na to, żeby zagrać z Barcą w karty albo kłócić się z ordynatorem o dłuższy dostęp do telewizora! Zwłaszcza gdy chodzi o National Geographic, o przyrodnicze filmy. I nie ma nic przeciwko tym, na których rozmnażają się żyrafy, hipopotamy albo lwy, co okropnie nie podoba się katechetce.
No więc było sennie, gdy nagle Szpilka odpalił jak z armaty. Barca twierdzi, że zrobił to z powodu Blanki. Wszyscy wiedzą, że Księżniczka mu się podoba, łypie na nią bez przerwy, a najbardziej na jej cycki!

Zachowania oraz kryteria samooceny Teo również nie zrównałyby go z moim synem, mniej więcej równolatkiem "Samuraja", ale nawet nie próbowałam ich zapoznać, bo wiem, że moje dziecko odrzuciłoby bohatera i książkę tak niefrasobliwie traktujących kwestię kradzieży i znęcania się nad zwierzętami. Nie twierdzę, że jest to książka zła, po prostu nie odpowiada zainteresowaniom i wrażliwości tego akurat młodego czytelnika.

(...) I jak zwykle wtrąciła coś jeszcze o grzechu, ale Teo już nie chciał tego słuchać. Od dawna żył w grzechu. Kiedyś w sklepie ukradł czteroostrzowy scyzoryk. Był taki piękny, że sam się o to prosił. Kiedy go zgubił, najpierw uznał, że nie ma się z czego spowiadać, a potem... Potem zwyczajnie było mu wstyd!
Strzelił też z wiatrówki do kota, ale tylko dwa razy. Właściwie celował w przywiązaną do kota puszkę, tylko że wyszło jak wyszło! W tym drugim przypadku pytanie, czy to grzech, wciąż nie miało odpowiedzi.
Kretyn – Teo przeszył Szpilkę spojrzeniem. – Kompletny debil! – Gdyby jego wzrok potrafił spopielać, w miejscu, gdzie siedział zdrajca, zapewne dymiłaby już tylko kupka popiołu.
Kretyn i kapuś! – zalicytował szeptem Barca. Na wszelki wypadek zasłonił jednak usta dłonią. Szpilka był od nich starszy i wyższy o głowę! Na pewno umiał się bić!

W sferze językowej opowiadanie jest zaskakujące, autor stosuje bowiem kolokwializmy i wulgaryzmy obok stylu literackiego, co oczywiście winduje do góry granicę wieku czytelnika (proponuję książkę najwcześniej dziesięcio-, a nawet jedenastolatkom). Potoczne słownictwo czy rozwiązania składniowe pojawiają się nie tylko w dialogach, ale również w partiach tekstu należących do wszechwiedzącego narratora, jak w przypadku wykrzyknień, występujących trochę za często i w dziwnych miejscach. W publikowanej przez to samo wydawnictwo serii Marcina Pałasza o Marcelce stosowany jest podobny zabieg stylistyczny, ale tam wypada naturalnie, a i czytelnik jest młodszy, stąd pewna infantylizacja języka ma sens.
Przeplatanie starego języka (nie tylko literackiego, także młodzieżowego – żaden nastolatek nie powie dziś "klops" ani "kapuś") z nowym oraz dawnego obrazu wiary ze współczesnymi potrzebami młodych znalazło odzwierciedlenie w ilustracjach Anny Krztoń, świetnej rysowniczki i scenarzystki komiksów. Zadbała ona o grafikę na wysokim poziomie i wprowadziła do swoich charakterystycznych, prostych, czarno-białych rysunków motywy z "innej bajki" – odmiennych kultur, odległych stylistyk. W dymkach wyobrażeń i wypowiedzi bohaterów pojawiają się bogato zdobione chińskie smoki, samuraj w pełnym rynsztunku, anioły niczym z wyobrażeń natchnionych malarzy, anioł i dzieci na kładce – to z kolei wizerunek znany ze sklepów z dewocjonaliami czy obrazków rozdawanych przez księży, będą i dłonie Adama i Boga w ujęciu Michała Anioła. Anna Krztoń czynnie uczestniczy w opowieści, taka ilustracja sprawia czytelnikowi wielką przyjemność i mam nadzieję, że to nie był jednorazowy eksperyment rysowniczki z książką bezdymkową.
Bożena Itoya

Andrzej Żak, Samuraj i Anioł Stróż, ilustracje Anna Krztoń, Wydawnictwo BIS, Warszawa 2018.