cudanakiju.pl

cudanakiju.pl

poniedziałek, 16 października 2017

Dzika


Powieść "Dzika" Małgorzaty Karoliny Piekarskiej przeznaczona jest dla młodzieży (zwłaszcza w wieku gimnazjalnym) i stanowi kontynuację "Tropicieli". Obie książki ukazały się jako wznowienia w wydawnictwie Nasza Księgarnia, z ilustracjami Agnieszki Świętek. Mimo że seria ta wydaje się mniej popularna od "Klasy Pani Czajki" (do której nawiązanie znajdziemy zresztą w "Dzikiej") i "LO-terii" tej samej autorki, uważam ją za niezwykle ważną pozycję w polskiej literaturze dla młodzieży. Powinien poznać ją każdy, komu zależy na emocjonującej lekturze, znajomości współczesnego świata nastolatków lub po prostu adresowanych do nich wytworów kultury.
"Dzika" zachwyciła mnie bezpośredniością i prostotą. Nie znajdziemy tu ani jednego zbędnego akapitu, wybujałych rozważań i górnolotnych stwierdzeń, jakie czasem wciskane są przez autorów w usta i głowy nastoletnich bohaterów. Tutaj gimnazjalista jest po prostu gimnazjalistą, a nie rozpoetyzowanym myślicielem. Oszczędność w opisie doznań i charakterów nie wyklucza bogactwa wrażeń i zainteresowań młodych ludzi. Autorka odpowiednio wyważyła proporcje między wątkami detektywistycznymi, varsavianistycznymi, obyczajowymi, aktywnością harcerską i miłością.

Ale ja taki nie jestem odparł Rafał.
To też wiem. Ciekawe tylko, jak długo wytrzymasz, kiedy się zacznie.
Ale co?
Dokuczanie mi.
Myślisz, że klasa będzie ci dokuczać?
Sam zobaczysz.
Słuchaj... – Rafał spojrzał na Alicję. Chciał przerwać rozmowę na drażliwy temat. – Czy chciałabyś należeć do harcerstwa?
Do harcerstwa? – Alicja aż przystanęła na chodniku.
No co się tak dziwisz? Ja należę. Zbiórki są w piątki po południu. Jest fajnie. Na przykład mój najlepszy kumpel jest ze mną w drużynie. Chodzi do równoległej klasy...
Ten rudy? Co z tą blondynką kręci?
No... To bardzo fajny chłopak.
A ona?
Też fajna.
Myślisz, że mnie przyjmą?
A czemu mieliby nie przyjąć? Zasada jest prosta... – zaczął, ale nie zdążył nic więcej powiedzieć. Tuż przed nimi wyrósł ojciec. Mina zdradzała, że stary Subocz nie jest zadowolony ze spotkania z synem. Dlaczego?
A gdzie ty się włóczysz? – spytał groźnie.
No... przecież wracam do domu.
A to co? – Subocz spojrzał groźnie na Alicję.
Tata, to jest Alicja... Przecież znasz z widzenia... Wnuczka pani Rudnickiej...
Wiem – przerwał ojciec. – I żeby mi to było ostatni raz. Nie życzę sobie więcej z nią kontaktów. Tfu! – demonstracyjnie napluł na chodnik.

Głównymi bohaterami są piętnastoletni Rafał i Alicja – mieszkańcy Saskiej Kępy, gimnazjaliści, harcerze. Chłopca poznaliśmy już w "Tropicielach", ale jego koleżanka jest nową postacią. Obecność dziewczyny od pierwszych stron wnosi niepokój, problemy, ponieważ jest ona dzieckiem małżeństwa afrykańsko-polskiego, ma ciemną skórę i egzotyczne nazwisko, a wszystko to na przemian bawi i rozwściecza otoczenie. Alicja wprowadza się do babci mieszkającej w tym samym budynku, co Rafał, który od pierwszej chwili nie może od niej oderwać oczu i myśli. Zostają kompanami ze szkolnej ławki, harcerstwa, powoli uświadamiają sobie, że łączy ich coś więcej. Jednak jest to tylko jeden z planów powieści, na innych obserwujemy problemy rodzinne obojga bohaterów, ich częściowe wykluczenie (różnego rodzaju), dopadające młodych duchy przeszłości rodziców, specyfikę społeczności warszawskiej Pragi oraz, a właściwie przede wszystkim, aferę kryminalną, w jaką zostaje wplątany cały zastęp Tropicieli i przynajmniej jedna reprezentantka zastępu Fotografek.
Zadanie roczne harcerzy koncentruje się wokół działek w ich dzielnicy. Co ciekawe, pod tym względem napisana w 2006 roku "Dzika" jest niezwykle aktualna, bo węszona przez chłopców sprawa likwidacji ogródków działkowych i wybudowania tam "jakiegoś supermarketu czy obiektu handlowego" odżyła w 2017 roku. Rafał i jego koledzy po napomknięciu o problemie trochę o nim zapominają, ponieważ ich uwagę przyciąga inne zagadnienie związane z tym terenem. W spokojnym, znanym wszystkim miejscu znajdywane są, żywe lub martwe, egzotyczne zwierzęta. Alicja opiekuje się jednym z takich znalezisk – żółwiem stepowym Śpiochem, którego poszukuje bardzo podejrzany i natrętny typ. Punkt kulminacyjny tego wątku będzie bardzo dramatyczny, szykujcie się więc na emocje, których być może nie doświadczyliście jeszcze w literaturze dla dzieci. Również zakończenie, jak to bywa u Małgorzaty Karoliny Piekarskiej, nie będzie typowe ani do końca szczęśliwe.
Mój syn uwielbia powieści Małgorzaty Karoliny Piekarskiej. Kiedy w domu pojawia się nowa książka jej pióra, wiemy, że czeka nas wspólny czytelniczy maraton – nie sięgniemy po inną lekturę, zanim nie skończymy tej (a zazwyczaj czytamy po minimum trzy książki równocześnie). Twórczość tej autorki po prostu nas przyciąga, co wynika nie tylko z dobrych historii, ale i stylu pisarstwa, konstrukcji tekstu opartej na zwiastunie i retrospekcji. Najpierw bowiem jesteśmy wrzucani na głęboką wodę akcji, w sam środek jakichś wydarzeń, by po chwili cofnąć się do źródła danej sytuacji, przebyć z bohaterami, krok po kroku, drogę do finału. Nasza ciekawość zostaje w ten sposób rozgrzana do czerwoności.

A co było w pokoju nauczycielskim?
Pytano mnie o żółwia, ale powiedziałam, że zdechł.
Rafała zamurowało, aż stanął w połowie chodnika.
Powiedziałaś tak?
Tak... no bo wiesz... kazaliby mi oddać... Tylko...
Co?
Alicja przez chwilę milczała. Nie chciała opowiadać o tym, jak zachowała się kobieta ze sklepu.
Wy macie złodziejstwo w genach! – wykrzyczała.
My, czyli kto? – spytała Alicja.
Czarni – odparła sprzedawczyni.
Proszę się natychmiast uspokoić. – Tym razem to pani Czajka podniosła głos. – Nie życzę sobie takiego odzywania się do mojej uczennicy. Ma pani jakiś dowód?
Pani Czajka zachowała się wspaniale, ale wzrok tej kobiety, ta pogarda i wstręt, bolały.
Co? – powtórzył pytanie Rafał. – Nad czym się tak zastanawiasz?
Czy po żarcie dla żółwia nie jeździć do sklepów poza Kępą – odparła Alicja. – Może ten facet mnie tu obserwuje? Może będzie chciał mi odebrać Śpiocha?
A nie zastanawia cię, czemu mu tak na tym żółwiu zależy?
Może się przywiązał?
Do legwana też? Tak się przywiązał, że te zwierzęta od niego uciekają?
To ja już nie wiem.
Ja tam uważam, że powinniśmy przyjrzeć się działkom – stwierdził Rafał. – Zresztą to nasze zadanie roczne. Powinniśmy się już nim zająć.

Czarno-białe rysunki Agnieszki Świętek czasem wpisują się w tradycyjne rozumienie ilustracji książkowej, ale bywają też niedosłownymi, komiksowymi wstawkami, żartami komentującymi fabułę, a nie ją portretującymi. Gdy zrozumie się ich charakter, znakomicie uzupełniają i "uśmieszniają" lekturę, ale kolorowa okładka może być myląca, bowiem "Dzika" nie jest książką dla małych dzieci, ani nawet dla dziesięciolatków. Mój jedenastolatek został przeze mnie "dopuszczony" do tej powieści, ponieważ znam jego odporność na wulgaryzmy i agresję, jednak książka może źle podziałać na osoby zbyt wrażliwe lub przeciwnie, podatne na przejmowanie złych postaw i "pocisków", jak w szkole mojego syna określa się rozbudowane wyzwiska.
"Dziką" odbieramy w pewnym stopniu osobiście, bo dobrze znamy spojrzenia i niektóre komentarze, jakimi obdarzane są Alicja i jej mama, a nawet babcia. Autorka nie przebiera w słowach i realistycznie oddaje światopogląd, zachowania społeczne i sposób komunikowania się niektórych Polaków. W książkach dla dzieci i młodzieży ludzie zazwyczaj są wypolerowani ze zwyczajności, bardzo dobrzy albo bardzo źli, wyrażają się i myślą tak, jak wypada w książkach, odwzorowują określone typy, realizują z góry założone postawy. W "Dzikiej" postacie są bardziej ludzkie, jak nasi sąsiedzi, znajomi, członkowie bliższej i dalszej rodziny, pracownicy sklepów na naszej ulicy. Czasem przeklinają, są pełni uprzedzeń, bywają permanentnie przygnębieni rzeczywistością i pozbawieni energii. Warto podsuwać nastolatkom książki, w których zobaczą prawdziwy świat, nieprzepuszczony przez filtry, nieobsługiwany przez aplikacje, nieskrócony i nieupiększony do postaci kolorowego teledysku lub galerii "dzióbków" na Instagramie.
Bożena Itoya
Małgorzata Karolina Piekarska, Dzika, zilustrowała Agnieszka Świętek, Nasza Księgarnia, Warszawa 2017.

piątek, 13 października 2017

Elvis i Agenci Pamięci


Seria "Bzik & Makówka przedstawiają" przebojem wtargnęła na rynek polskiej książki dla dzieci w 2014 roku – za pierwszy tom ("Zgniłobrody i Luneta Przeznaczenia") Rafał Witek otrzymał Nagrodę Literacką im. Kornela Makuszyńskiego, czyli "Koziołka". Autor nie spoczął na laurach, a my, czytelnicy, nie powinniśmy tracić z oczu tego cyklu, ponieważ każdy tom jest ciekawszy i lepiej dopracowany. Oprócz dobrej literatury znajdziemy w "Bziku & Makówce" niepowtarzalne ilustracje z satyryczno-plakatowym rysem. Jeśli, jak ja, nie możecie odżałować, że nie trafiliście na wystawę prac Magdy Wosik, sięgnijcie po "Elvisa i Agentów Pamięci", takie małe portfolio artystki. Piąta odsłona "ponadczasowych" przygód Gabrysi Bzik i Nilsona Makówki kwitnie znakomitymi rozwiązaniami graficznymi i pomysłami literackimi.
Jedyną sprzecznością, zresztą bardzo pozytywną, jaką zastałam w tej książce, jest jej dwoisty wpływ na czytelnika. Z jednej strony, autor uporządkował wiele spraw, nawiązując do poprzednich podróży w czasie ("Zgniłobrody i Luneta Przeznaczenia", "Ucieczka z tajemniczego ogrodu", "Autograf za milion dolarów", "Maliny zza żelaznej kurtyny") i częściowo wyjaśniając ich przyczyny, czym zaspokoił naszą ciekawość. Jednak równocześnie skończyliśmy lekturę tego tomu umierając z ciekawości, co będzie dalej. I kiedy to będzie? To znaczy, w jak niedalekiej (miejmy nadzieję) przyszłości przeczytamy kontynuację? Oraz: w jaką przeszłość kolejnym razem zostaną wrzuceni bohaterowie? A może szykuje się niespodzianka, jakiś powrót do przyszłości? Wszystko jest możliwe, w końcu w "Elvisie i Agentach Pamięci" to nie duet rozrabiak & mózgowiec cofnął się w czasie, jak zazwyczaj (z wyjątkiem pierwszego tomu) bywało, tylko przeszłość zawitała w progi dwudziestego pierwszego wieku.
Gabrysia i Nilson bywali już i dawno, dawno temu, i tuż za swoją czasową miedzą, za górami i lasami, ale też w niespodziewanych zakątkach własnego miasta. Teraz są po prostu... w czwartej klasie. Drugi semestr, dużo prac domowych, opinia uczniów sprawiających (nietypowe) problemy – oto codzienna strawa genialnych detektywów i podróżników w czasie. Aby podbudować swój wizerunek, Bzik & Makówka zabierają się za przygotowanie klasowej strony internetowej. Chcą być ekspertami i dokonać elektronicznych cudów, więc odpowiadają na wywieszone w warzywniaku ogłoszenie o kursie "programowania i grafiki komputerowej dla nieletnich". Brzmi podejrzanie, prawda? Przewidujący Nilson Makówka, fascynat prawa i przepisów wszelkiej maści, też węszył niebezpieczeństwo i w rozmowie telefonicznej wypytał o wszystko, co trzeba. Uspokojeni, przyszli kursanci udali się pod wskazany adres, ale go nie znaleźli, poznali za to wesołego sprzedawcę kebabu. W jego toalecie odkryli przejście... nie, nie do Ministerstwa Magii, tylko do biura Agentów Pamięci. Na miejscu okazało się, że są dobrze znani tej dziwnej "fundacji" i zostali przez nią zwabieni w celach innych niż produkcja strony internetowej. Choć i takowa w końcu powstanie. Będzie nawet wątek miłosny, i to nie jeden!
Bzik & Makówka porwani nie zostaną, staną się za to asystentami Elvisa Presley'a i pewnego wynalazcy z innej bajki. Akcja zacznie niepostrzeżenie gnać, aż nagle książka się skończy i na Waszych ustach (albo klawiaturach) pojawi się, jak na naszych, pytanie: Panie Autorze, kiedy ciąg dalszy? Wcześniej jednak zaszalejecie na koncercie Elvisa, bo główny wątek humorystyczny oparty jest na słynnej teorii głoszącej, że król rocka nie umarł, żyje gdzieś, nie wiadomo, gdzie. Czemu więc nie miałoby chodzić o współczesną Polskę? Mam nadzieję, że piąci "Bzik & Makówka" zostaną przetłumaczeni na wiele języków i zagoszczą w każdym muzeum poświęconym Elvisowi Presley'owi na świecie. Żarty żartami, ale rzadko zdarza się tak udane wpisanie popkulturowego mitu w (porządną!) literaturę dla dzieci.
Konstrukcji tej ilustrowanej minipowieści nie można nic zarzucić, doskonale realizuje szablon przyjęty przez Rafała Witka oraz Magdę Wosik już w pierwszym tomie, przy czym, jak już wspomniałam, od czasu "Zgniłobrodego" koncepcja została udoskonalona, rozwinięta. Czytamy i oglądamy na tych samych zasadach, które ustalono w poprzednich "Bzikach & Makówkach", tylko sięgamy głębiej, bawimy się lepiej, dowiadujemy więcej. Po raz kolejny zastanawiałam się, jak to możliwe, że rysownik tak znakomicie "dogaduje się" z tekstem, skoro nie jest jego współautorem. Ja odbieram tę lekturę jako eksperymentalny projekt z pogranicza sztuk, prawdziwe zjawisko, którego miejsce jest zarówno na półkach zwykłych dziesięciolatków lubiących książki rozrywkowe, jak w muzeach literatury, kultury popularnej czy galeriach karykatury i plakatu.
Bożena Itoya

Rafał Witek, Elvis i Agenci Pamięci, seria Bzik & Makówka przedstawiają, rysunki Magda Wosik, Nasza Księgarnia, Warszawa 2017.

poniedziałek, 9 października 2017

Kapitan Majtas. Druga, trzecia i czwarta wielka powieść



Kapitan Majtas szaleje po regale mojego syna. Natychmiast po "Pierwszej wielkiej przygodzie" przyszedł czas na "Drugą wielką powieść", o głównym tytule "Inwazja krwiożerczych klozetów". Poza niezwykle chwytliwymi tytułami, na okładce goszczą równie kuszące (dla planowanego odbiorcy) hasła reklamowe ujęte w dymki – bardziej takie supermarketowo-wyprzedażowe niż komiksowe. Oto dowiadujemy się, że czekają nas: szybka akcja, super-sensacja oraz denna animacja (w tomie 3. i 4. powitają nas za to "tra-la-laaa!", "kupa śmiechu", "absurdalna animacja", "akcja jak burza w klozecie", "śmichy chichy" oraz "beznadziejny wątek romansowy" – to ostatnie mój syn uznał za oszustwo). Dodatkowo publikacja została zatwierdzona do publikacji przez SROK – Społeczną Radę Ochrony Klozetów. Otwieramy książkę i już wiemy, co nas czeka, ponieważ główni bohaterowie zgotowali nam komiksowy wstęp ze streszczeniem pierwszej książki. Wśród dymkowanych kwestii przeważają "ble, ble, ble" i "tra-la-laaa", właściwie są to jedyne wypowiedzi Kapitana Majtasa. Jeśli to was nie zniechęci (a pokażcie mi dziesięciolatka, który się nie zaśmieje i zrezygnuje z dalszej lektury), to zanurkujecie w "Inwazję krwiożerczych klozetów" i wynurzycie się dopiero po drugiej stronie okładki. Zresztą nawet tam, do ostatniej litery, autor utrzymał konwencję, podając, że cena "na razie" wynosi tyle a tyle. Dav Pilkey dopracował każdy szczegół, od tytułów rozdziałów (na przykład: "Coś innego", "Ciekawsze i ważniejsze sprawy", "Co było później", "Żeby nie przynudzać", "Co było jeszcze później", "Sceny skrajnej przemocy w ruchomych obrazkach"), po wzbudzające lęk uzębienie dyrektora Kruppa, zmieniające się w superbohaterskie, równiutkie rządki zębów wraz z metamorfozą w Kapitana Majtasa.
W tym tomie bieliźniany zbawiciel świata nie pamięta, co robił w pierwszym, ponieważ był zahipnotyzowany przez George'a, Harolda i ich pierścień. Polany wodą Majtas zmienia się w Kruppa, który jednak usłyszawszy pstryknięcie palcami powraca do postaci gołego i wesołego superbohatera. To chyba najdonioślejsza psota szatanów z czwartej klasy, przynajmniej do czasu powołania przez nich do życia tytułowych krwiożerczych klozetów. Dyrektor Krupp nie zapomniał innych występków chłopców, na czele z występem na zeszłorocznym turnieju wynalazców, dlatego też dyskwalifikuje ich z tegorocznego. W akcie zemsty mali niedoszli wynalazcy doprowadzają do zagłady imprezy, co z kolei skutkuje wielką karą – pozostawaniem w szkole po lekcjach do końca roku szkolnego. Już pierwszego karnego dnia chłopcy sprowadzają na szkołę inwazję uzębionych (i gadających) muszli klozetowych, po raz kolejny (ale inaczej!) ożywiając swoje komiksy.
W "Kapitanie Majtasie" unosi się duch Roalda Dahla. Wystarczy spojrzeć na obraz dorosłych, i to tych, którzy powinni być autorytetami, by przypomnieć sobie choćby rzucającą dziećmi dyrektorkę z "Matyldy". "Druga wielka powieść" (podobnie "Trzecia") jest zemstą na takich nauczycielach i w ogóle na dorosłych.

Wieść o wyrzuceniu George'a i Harolda szybko dotarła do pokoju nauczycielskiego. Całe grono pedagogiczne wybiegło z niego, wiwatując i śmiejąc się z chłopców.
Teraz macie za swoje! – chichotała sekretarka, panna Anthrope. – Ale będzie fajnie, jak zadzwonię z tą miłą wiadomością do waszych rodziców!
Wynieśmy ich ławkę na dwór i porąbmy na kawałki! – zaproponowała pani Ribble.
Urządźmy w sali gimnastycznej imprezę z tańcami! – radował się pan Meaner.

W "Trzeciej wielkiej powieści", zatytułowanej "Inwazja nieprawdopodobnie nikczemnych kucharek z Kosmosu (i zaraz potem atak równie paskudnych i makabrycznych truposzów)", oraz w "Czwartej wielkiej powieści" – "Przerażającym planie profesora Pofajdanka", wydawnictwo Domek na drzewie (podobieństwo nazwy tego niby-wydawnictwa komiksowego i tytułu pewnej australijskiej serii książek dla dzieci jest nieprzypadkowe) znów zapewnia nam skondensowaną wersję poprzednich przygód swoich redaktorów naczelnych, czyli George'a i Harolda, oraz Majtasa. Za każdym razem przeżywamy też sceny skrajnej przemocy w ruchomych obrazkach, przy czym, wbrew zapowiedziom, wcale nie jest to tak denna animacja. Każdą wielką powieść otwiera ten sam numer, znany nam zresztą z czołówki serialu "Fawlty Towers" ("Hotel Zacisze"): George i Harold przestawiają litery ogłoszenia, tworząc nowy, złośliwy komunikat. W trzecim tomie ten zabieg ma dodatkowe znaczenie, ponieważ Dav Pilkey potrafi "kreatywnie" opracowywać własne pomysły i ze znakomitym wyczuciem przegania ewentualne znużenie czytelnika lub rutynę twórcy. Naprawdę niewiele "komiksowanych" książek przypadło mi dotąd do gustu, ale ta seria jest po prostu świetna.
Obok graficznych wstawek ("animacji"), do autorskich zagrań Pilkey'a należą króciutkie rozdziały "żeby nie przynudzać", umieszczane zawsze w punkcie kulminacyjnym opowieści, poza tym wiązanie końcówki rozdziału z tytułem kolejnego oraz zwroty "spoza kadru", w których bohaterowie są świadomi bycia postaciami z książki. Dwa ostatnie rozwiązania zastosowali wiele lat później także autorzy "Wielopiętrowego domku na drzewie", ale nawet oni nie odważyli się skopiować zielonej (chociaż tak naprawdę czarno-białej) lawy zalewającej tekst.

Cicho, zgniłki! – warknął Jennifer. – Jeśli nasz plan ma się udać, musimy poczekać, aż narrator dojdzie do tego miejsca. Tymczasem obserwujmy każdy ruch nieprzyjaciela przez nasz Trinokloskop!

Trzeci tom "Kapitana Majtasa" był dla nas śmieszniejszy od poprzednich. Dyrektor w skąpym stroju zyskuje tu nowe moce, wszystkiego jest dwa razy więcej: komiksów, zamieszania, wrogów. Kumulacja potworów bawi, ale największą zaletą tej przygody okazał się humor sytuacyjny. Każda kolejna wielka powieść potwierdza, że autor zasługuje na tytuł mistrza gatunku.
W czwartym tomie jest już zupełnie jasne, że Kapitan Majtas to nie bożyszcze tłumów, tylko utrapienie George'a i Harolda. Podobnie czytelna jest opinia autora o szkolnictwie – jeśli chcecie wiedzieć, jak "fascynujący świat nauki" widzą dzieci, przeczytajcie rozdział drugi "Przerażającego planu profesora Pofajdanka". A potem możecie sobie włączyć "Another Brick In The Wall" Pink Floyd, pasuje doskonale.

Jak wszyscy doskonale wiedzą, Nowa Bufonia to taki mały kraj na południowy wschód od Grenlandii. Na pewno uczyliście się o jego systemie politycznym i surowcach naturalnych. Założę się jednak, że nie wiecie o jednym: wszyscy mieszkańcy Nowej Bufonii mają śmieszne imiona i nazwiska.
Wystarczy zapytać ich prezydenta (który nazywa się Głuptong Jagódka Małpikotlet Junior) albo jego śliczną żonę Smrodellę.
Na pewno opowiedzą wam o dziedzictwie swego kraju oraz o tym, jak dumni są z tradycji śmiesznych nazwisk. Wyjaśnią wam ich znaczenie dla kultury narodowej. A na koniec zanudzą was straszliwie długą i nieco zawiłą historią pochodzenia tej dziwnej tradycji.
Wiecie co? Darujmy sobie tę opowieść. Wystarczy pamiętać, że wszyscy mieszkańcy Nowej Bufonii mają głupie nazwiska.

Wniosek z lektury trzech omawianych "Majtasów" może być tylko jeden: pstrykajcie palcami przy dorosłych, ale przypadkiem nie polewajcie ich wodą – lepszy świat pełen "głupkowatych uśmieszków bojowych" niż wściekłych dyrektorów w peruczkach.
Bożena Itoya

Dav Pilkey, Kapitan Majtas. Druga wielka powieść. Inwazja krwiożerczych klozetów, tłumaczenie Piotr Jankowski, Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2017.
Dav Pilkey, Kapitan Majtas. Trzecia wielka powieść. Inwazja nieprawdopodobnie nikczemnych kucharek z Kosmosu (i zaraz potem atak równie paskudnych i makabrycznych truposzów), tłumaczenie Piotr Jankowski, Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2017.
Dav Pilkey, Kapitan Majtas. Czwarta wielka powieść. Przerażający plan

Życie na podglądzie


"Życie na podglądzie" przyciąga starszą młodzież intrygującą okładką oraz mocnym opisem wydawniczym. Jest tu malutki dom, równoznaczny z rodziną, i wielki, (wszech)potężny rak chwytający domek (lub podrzucający nim), patrzący nań okrągłymi, wszystkowidzącymi ślepiami-kamerami, a całość znajduje się na niebieskim tle – może to ekran telewizyjny? W końcu wydawca każe nam wczuć się w sytuację komunikując: "Niespodziewanie życie Twojej rodziny staje się obiektem telewizyjnego show. Potrafisz to sobie wyobrazić?". Spróbujmy.
W prologu i pierwszej części powieści dowiadujemy się wraz z Jaredem, ojcem piętnastoletniej Jackie, że niedługo umrze on z powodu nowotworu mózgu. Poznajemy reakcje chorego, jego żony, młodszej córki (Megan), a wreszcie głównej bohaterki. Rodzinny dramat rozwija się powoli, ponieważ autor zarzuca nas retrospekcjami, opisami szkoły i związków koleżeńskich dziewcząt, oraz szczegółowo przedstawia kolejne postaci drugoplanowe. Jedną z nich jest sam guz mózgu, glejak wielopostaciowy IV stopnia, zyskujący tu osobowość i imię: Glej. Książka Lena Vlahosa okazała się trudna ze względu na temat i styl narracji, a przede wszystkim z uwagi na bezpośredni, realistyczny obraz ludzkich niedoskonałości fizycznych, emocjonalnych i moralnych.

Kiedy Glej skończył kąpiel malutkiej Jackie, wpadł na coś doprawdy niezwykłego. To była część kory mózgowej, której żywiciel nigdy świadomie nie wykorzystywał. Prawdę mówiąc, żaden człowiek nie eksploatował z premedytacją tej sekcji mózgu. Był to fragment owych mitycznych dziewięćdziesięciu procent mózgu, których człowiek nie używa. Tyle że te zasoby bynajmniej nie były mitem, a w każdym razie nie dla glejaka wielopostaciowego IV stopnia.
Nurkując coraz głębiej w korze mózgowej Jareda, Glej mijał połyskujące kurtyny neuronów, z których co chwila wystrzeliwały rozbłyski w kolorze cyklamenowym, indygo i seledynowym, niczym zorza polarna umysłu. Wiry i strumienie inteligencji niosły go przez lejowate kłęby myśli zmieniające się w gwałtowny nurt, który bez uprzedzenia wyrzucił go wprost do synaptycznego morza, gdzie z głośnym pluskiem zanurzył się w ciepły bezmiar wody.

Wadą powieści jest brak swobody i płynności czytania, zacinanie się na ciągłych przeskokach, niemożność odczuwania głębi literatury. Nie da się utonąć w tej książce ani nawet w niej zanurkować, po lekturze pozostajemy susi, bo czytając cały czas mamy świadomość, jakim zabiegom poddaje nas autor. No, może brodzimy w gęstej wydzielinie konsumpcyjno-telewizyjnej ludzkości, ale jawne i okazałe zabiegi pisarskie, mające na celu wzruszanie i szokowanie czytelnika, pozostały dla nas prowokacjami. Autor sugeruje nam, jak mamy odbierać każdą z postaci, niczym stronniczy obrońca i oskarżyciel podsuwający ławie przysięgłych ocenę cząstkową oraz sam wyrok. Odpowiadając więc na cytowane wyżej polecenie z opisu wydawniczego: spróbowaliśmy to sobie wyobrazić, ale się nie udało. Naszą fantazję zastąpiły wyobraźnia autora i jego osobliwy styl, tak barwny, że chyba aż przebarwiony, dający o sobie znać w "glejowych" partiach tekstu i trochę przeze mnie zapożyczony na potrzeby niniejszego akapitu recenzji. Poetyckie porównania zastosowane w opisie czegoś tak organicznego, jak guz mózgu, zostały doprawione skomplikowanymi charakterystykami medycznymi. Po takich fragmentach czytelnik przeważnie potrzebuje chwili oddechu, czasem nawet dnia odpoczynku, zanim zacznie czytać dalej. Pozostałe elementy konstrukcji powieści kontrastują z przeżyciami Gleja, jest to po prostu relacja na żywo z życia uczestników i animatorów show.

Nie zapomnijcie obejrzeć "Życia i śmierci", najważniejszego reality show w historii telewizji. Pierwszy odcinek już za tydzień w ATN. Będziecie mogli śledzić życie Jareda Stone'a, którego mózg powoli zjada nieoperacyjny nowotwór. Nasze kamery mają nieograniczony dostęp do jego domu, dwadzieścia cztery godziny na dobę. Zobaczycie, jak razem z rodziną radzi sobie ze śmiertelną chorobą i z samą śmiercią. To będzie niespotykane, opiniotwórcze widowisko telewizyjne. Za chwilę wracamy.

Jako wielbicielka filmu "Truman Show" wypatrzyłam w "Życiu na podglądzie" wiele podobieństw do tego przełomowego obrazu sprzed niemal dwudziestu lat (choć podobno i tak nie był w pełni nowatorski). Trudno powiedzieć, czy były to celowe "mrugnięcia" do czytelnika, czy też autor mimowolnie czerpie ze skarbca popkultury, w każdym razie wydarzenia i zachowania opisane w książce nie są dla współczesnej młodzieży tak bulwersujące, jak miały być. Przede wszystkim temat nie trafia w zainteresowania młodych Polaków, bo raczej nie oglądają oni tego typu programów, o ile w ogóle korzystają z dobrodziejstw telewizji. Nastolatków prędzej wciągną dwa pomniejsze wątki, odpowiadające aktualnym modom i realiom: akcja wsparcia Jareda zorganizowana przez uczestników gry sieciowej fantasy oraz międzynarodowa "wymiana" uczniów na portalu społecznościowym (choć ten wskazany w książce uważany bywa raczej za przeznaczony dla maluszków i staruszków).
Autor solidnie zanalizował destrukcyjny wpływ choroby głowy rodziny, zamianę ról, do której dochodzi w domu Jareda, reorganizację relacji. Nie udało się nam zaprzyjaźnić z bohaterami książki, ale uznaliśmy ich za charakterystyczne typy, dobrych reprezentantów różnych pokoleń i funkcji społecznych. Niestety powieść jest mocno osadzona w realiach Stanów Zjednoczonych i nie wszystko będzie jasne dla polskiego czytelnika, zwłaszcza młodego. Dotyczy to na przykład pracy Jareda czy opisu (a nawet samej nazwy) amerykańskiej klasy średniej. W powieści znalazły się też fragmenty jakby odseparowane od fabuły, owszem, ciekawe, ale ich obecność pozostała dla mnie niezrozumiała – może odnoszą się do rzeczywistych miejsc, osób czy okoliczności, których polski czytelnik po prostu nie zna.

Właściciel sieci Powell's wcale nie żartował, nazywając swój sklep miastem książek. Olbrzymi lokal zajmował całą przecznicę i składał się z sześciu pomieszczeń, z których każde było większe niż przeciętna księgarnia. Poszczególne działy gromadziły księgozbiór poświęcony innej tematyce. Nawet wytrawni bibliofile zatrzymywali się przy tablicach informacyjnych przed sklepem, chętnie korzystając z ich pomocy, żeby znaleźć literacką igłę w przytłaczającym stogu słów.

Zakończenie powieści wykracza daleko poza czas akcji, a tym samym ucina rozważania o ewentualnej kontynuacji czy własne dywagacje na temat dalszych losów Jackie, jej rosyjskiego przyjaciela Maksa, internetowej przyjaciółki Hazel i całkiem realnej siostry Megan. Ale jeżeli chcecie na własny sposób rozpisać fikcyjny sequel "Życia na podglądzie", możecie po prostu pominąć epilog.
Bożena Itoya

Len Vlahos, Życie na podglądzie, tłumaczył Maciej Potulny, projekt graficzny okładki Lucyna Talejko-Kwiatkowska, Media Rodzina, Poznań 2017.

piątek, 29 września 2017

Na przykład Małgośka

Książka "Na przykład Małgośka" mogłaby uchodzić za prototypową powieść przygodową dla chłopców. Nie zdecyduję się jednak, by tak ją nazwać, bo udział tytułowej Małgośki, jej charakter i znaczenie dla losów chłopięcego (głównego) bohatera są tak istotne, że po lekturze można zakrzyknąć "Girl power!". To po prostu świetna powieść dla wszystkich początkujących nastolatków. Stosunek humoru do zupełnie realnych problemów oraz dorastania do późnego dziecięctwa jest tu dokładnie taki, jaki być powinien – w literaturze i w życiu młodszej młodzieży. A o jakim wieku właściwie mówimy, najlepiej przybliży nam sam autor, Paweł Beręsewicz.

Tak naprawdę na półce zostały jeszcze dwie pary, ale były na nich wesołe żółte miśki, a przecież mężczyznom w pewnym wieku niektóre wzory na bieliźnie stanowczo nie przystoją. Robertowi miśki nie pasowały już od ponad dwóch lat, natomiast czarno-białe piłki i czerwone ferrari jeszcze nie przestały pasować. Na tej podstawie możemy w pewnym przybliżeniu określić wiek Roberta na lat dziesięć i pół.

Bohater powieści – Robert, staje przed wieloma wyzwaniami. Po raz pierwszy wyjeżdża na wakacje bez rodziców, debiutuje jako uczestnik obozu sportowego, na jego drodze stają wampir i jeszcze bardziej tajemnicze istoty. Na przykład Małgośka.

Nie wystarczyłby jeden trening dziennie? – Robert nagle przyłapał się na tym, że podsłuchuje rozmowę dziewczyn z tyłu.
Nie, jeden to za mało – odpowiedziała ta bliżej przejścia.
Ale już nie będzie na nic więcej czasu! – żaliła się sąsiadka spod okna.
A co ty byś chciała robić? Przecież to obóz tenisowy!
O! Dokładnie tak samo uważam! – chciał powiedzieć Robert, ale kiedy już klęczał na siedzeniu, uśmiechając się do zaskoczonej piegowatej blondynki, zdał sobie sprawę, że to nie jego rozmowa.
Yyy... chcesz chipsa?? – zapytał, dumny ze swojego refleksu.
Nie, dzięki! – odpowiedziała, a Robert odetchnął z ulgą, bo właśnie przed chwilą zjadł ostatniego.
Albo może jednak poproszę! – zmieniła zdanie dziewczyna.
Robert zaczerwienił się od stóp do głów.
Aaa... może wolisz kanapkę? – bąknął.
W ten sposób dowiedział się, że Maryśka uwielbia jajka na twardo. Maryśka albo Małgośka, bo nie usłyszał dokładnie.

Robert zostaje zakwaterowany w pokoju z przedstawicielami męskiej nastoletniości wszelkiej maści. Jest wśród nich odcięty od świata kolega nieruszający się bez słuchawek, swoje miejsce w lokum i w historii zajmują też Pączek o wielkim apetycie oraz doświadczony w dziedzinie romansów i sportowego ubioru Adidas. Tak zróżnicowane towarzystwo gwarantuje liczne starcia, lub chociaż otarcia, charakterów, komedię omyłek i inne wartkie akcje. Na obozie tenisowym zmagania sportowe przeplatają się bowiem z współzawodnictwem rówieśniczym: kto okaże popularniejszy, kto ma większe doświadczenie z dziewczynami, kto jest w stanie narobić największego wstydu koledze, ewentualnie trenerowi. Zmieszanie jest tu w ogóle ważnym, może nawet dominującym tematem, bo przecież zawsze towarzyszy pierwszemu zauroczeniu. A właśnie do tego niechcianego (przez chłopców) i nieoczekiwanego momentu ma przygotować czytelnika powieść Pawła Beręsewicza. Lepiej wiedzieć, co i jak, zanim się zacznie, bo tuż obok usiądzie ta jedyna. Na przykład Małgośka.

Raz by pojechał bez majtek, to by się nauczył rozumu – mruknął obojętnie tata, co strasznie rozsierdziło mamę.
Tobie się po prostu nie chce ruszyć i zainteresować! – powiedziała ze złością. –Jak ja czegoś nie dopilnuję, to...
Tu nastąpiła długa gniewna wymiana zdań i ktoś obcy zdziwiłby się pewnie, ile gorących emocji mogą budzić zwykłe skarpetki i majtki. Jednak Robert nie był obcy i w ogóle go to nie dziwiło. Dziś były skarpetki i majtki, wczoraj samochód i nieumyta szklanka, a kiedy indziej najnowsza książka jakiegoś "-skiego" czy "-icza". Robert nie miał pewności, ale czuł w głębi duszy, że w tych głośnych rozmowach słowa nie miały znaczenia. Gdzieś pod nimi kryły się dziwne smutki i żale, może tęsknota za czymś, co było i zgasło, albo nie zgasło, tylko przygasło i już nie daje tyle ciepła, co kiedyś.

W książce dzieje się bardzo dużo, ale trudno to streścić tak, by nie zdradzić kilku wynikających z siebie niespodzianek. Będzie ciepło i zabawnie, ale też emocjonująco, irytująco, ba, nawet niepokojąco i groźnie. Tu komizm oraz gorycz występują jako nieodzowne składniki życia towarzyskiego i rodzinnego. No właśnie, a gdzie w tym czasie byli rodzice? Ich obecność i znaczenie autor podkreślił na początku oraz na końcu powieści, uczynił z nich klamrę spinającą przygody Roberta "do kupy". Bo, choć właściwie jest to historia o samodzielności i dorastaniu, to oba doświadczenia nie przebiegają prawidłowo bez niemej asysty rodziców, ich zwyczajnej obecności gdzieś "w domyśle", o której subtelnie i trafnie pisze Paweł Beręsewicz.
Bożena Itoya

Paweł Beręsewicz, Na przykład Małgośka, okładka Olga Reszelska, wydanie IV, Wydawnictwo Literatura, Łódź 2016.

środa, 27 września 2017

Przygody Kapitana Majtasa. Pierwsza wielka przygoda

Wydawnictwo Jaguar opublikowało niedawno cztery pierwsze części serii "Kapitan Majtas" Dava Pilkey'a, pierwotnie wydawanej w Stanach Zjednoczonych od 1997 roku. W Polsce te humorystyczne opowiadania o komiksie i z elementami komiksu ukazywały się od 2002 roku nakładem komiksowego Egmontu. Teraz Kapitan Majtas powraca (w tym samym tłumaczeniu) wzmocniony ekranizacją – premiera pełnometrażowej animacji pokryła się z reedycją polskiej wersji książki.
Nie śledzę szczegółowo historii podobnych (lekkich i przystępnych) "komiksowanych" publikacji, ale nawet ogólna wiedza na ich temat pozwala zauważyć, że "Kapitan Majtas" musiał być przynajmniej inspiracją, a może po prostu pierwowzorem "Dziennika Cwaniaczka" czy "Wielopiętrowego domku na drzewie", a więc współczesnych hitów tego paragatunku. W katalogach bibliotecznych "Przygody Kapitana Majtasa" bywają opisywane jako "powieść ilustrowana", jednak ja nie zgadzam się z taką klasyfikacją – wyklucza ją długość (a raczej: krótkość) utworu, niewielki wachlarz postaci i wątków oraz "niepomijalność" ilustracji. Tak jest w "Majtasie", to samo można powiedzieć o "Cwaniaczku" i "Domku na drzewie", które dodatkowo niemal nie różnią się od siebie konstrukcją, typem humoru, postaci i ich spojrzenia na świat. Po lekturze "Przygód Kapitana Majtasa. Pierwszej wielkiej przygody" zauważyliśmy jednak istotną różnicę: to Majtas jest źródłem późniejszych wariactw komiksopodobnych bohaterów literackich, jest ciekawszy, zabawniejszy i dużo oryginalniejszy od swoich następców.
Bohaterami serii Dava Pilkey'a są dwaj czwartoklasiści: George i Harold, którzy powołują do życia bohatera, jakiego świat nie widział: Kapitana Majtasa. Chłopcy najpierw działają na mikroskalę, opisując i rysując "nowego, lepszego i niepokonanego superbohatera" w odręcznych komiksach, kserowanych potajemnie w szkolnym sekretariacie i nielegalnie kolportowanych wśród uczniów. Poznajemy jedną z odsłon bazgrołkowatej serii, a chwilę później – dyrektora szkoły, pana Kruppa. Okazuje się, że gabinet dyrektora skrywa kolekcję artefaktów, zawierającą między innymi wszystkie dotychczasowe numery komiksu "Odlotowe przygody Kapitana Majtasa", które znienawidzony belfer najwyraźniej uważnie przestudiował, bo wrzucony nagle w rolę bohatera walczącego o "prawdę, sprawiedliwość i wszystko, co było z bawełny i nie kurczyło się w praniu" pan Krupp doskonale wywiązuje się z zadania. Tak oto szacowny pedagog pozbywa się peruczki, okrycia wierzchniego i w samych, niezbyt modnych, majtkach oraz zarzuconej na plecy zasłonie gania po mieście i ratuje.
Gabinet dyrektora i jego przemianę obserwujemy wraz z bohaterami podczas ich wizyty "na dywaniku". Oczywiście nie jest to pierwsza taka wizyta George'a i Harolda, liczne wybryki uczyniły z nich bohaterów środowiska uczniowskiego i antybohaterów grona pedagogicznego. Szuflady pana Kruppa pełne są proc, gumowych robaków, sztucznych psich kup i innych przedmiotów odebranych łobuzującym dzieciakom, czyli głównie małym komiksiarzom. Dyrektorskie wcielenie Majtasa nie znosi tych dwóch młodzieńców, mści się na nich i gnębi, ale jako superbohater pan Krupp toleruje wsparcie George'a i Harolda i ich asystę w akcjach.
Zahipnotyzowany dyrektor staje się bieliźnianym supermanem i od pierwszej chwili czuje powołanie do ratowania świata przed przestępcami, szczególnie złodziejami i szalonym naukowcem w pampersie. Wiem, wszystko to brzmi raczej głupkowato, ale książkę czyta się dobrze i błyskawicznie, jest śmieszna dla większości (jeśli nie dla wszystkich) rówieśników George'a i Harolda. Dzieci znajdą tu wszystkie niezbędne elementy takich krótkich "komiksowanych" książeczek: absurd, transformację rzeczywistości w jej weselszą wersję z krzywego zwierciadła, brak szacunku (i przystępności treści) dla nadętych dorosłych. Oczywiście nie jest to literatura najwyższych lotów, ale Kapitan Majtas lata na tyle wysoko, na ile pozwalają mu opasły brzuszek oraz dowcip oparty na sztucznej kupie.
Bożena Itoya

Dav Pilkey, Przygody Kapitana Majtasa. Pierwsza wielka przygoda, tłumaczenie Piotr Jankowski, Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2017.

czwartek, 21 września 2017

Dziewczyny z ryciny


"Dziewczyny z ryciny" są siódmą książką z cyklu "Aniołki kota Cagliostro" i siódemka zdecydowanie okazała się szczęśliwa dla autorów: Jarosława Mikołajewskiego (tekst) oraz Marcina Bruchnalskiego (ilustracje). Kolejna detektywistyczno-kulturowa przygoda międzynarodowej grupy przyjaciółek jest lekka, przejrzysta, zabawna, kolorowa i wciągająca. Po raz pierwszy obok stałego edytora, poznańskiego wydawnictwa Media Rodzina, wystąpił współwydawca: Muzeum Łazienki Królewskie, ponieważ tytułowe dziewczyny są postaciami z pewnego muzealnego eksponatu, który na co dzień można zobaczyć na jednej z ekspozycji w słynnych warszawskich ogrodach.
Na początku książki autor i ilustrator przedstawiają sześć bohaterek, pochodzących z Polski, Włoch, Czech, Anglii, Rosji i Francji, oraz ich kociego szefa, dalej zarysowują sferę i mapę ich detektywistycznej działalności, sposoby komunikacji oraz fantastyczne aspekty znajomości. Tę część publikacji czyta się i ogląda bardzo przyjemnie nawet starym znajomym aniołków kota Cagliostro, do których należymy – dobrze pamiętamy każdą ich przygodę. Od pierwszej strony autor, będący wybitnym pisarzem, poetą, tłumaczem i znawcą kultury włoskiej, oczarowuje znakomicie skonstruowaną opowieścią, humorem, naturalnością języka, pogodą ducha, jakąś świetlistością bijącą od zagadki i jej opisu (choć zazwyczaj zagadki bywają mroczne...). Jarosławowi Mikołajewskiemu wspaniale akompaniuje Marcin Bruchnalski, którego subtelne ilustracje nie tylko oddają miejsca oraz bieg akcji, ale też współtworzą nastrój historii. Choć obraz Łazienek Królewskich nosi w sobie chyba każdy warszawiak, to nasza wyobraźnia nie odmalowałaby tak cudownie dziewczyn z ryciny. Okładka z wizerunkami tajemniczych bohaterek oraz nocnego parku (z jednym z jego budynków i mieszkańców) jest po prostu piękna i wyjątkowa.
Dziewczęta, na wezwanie kota Cagliostro prowadzące śledztwo, nie zobaczą trzech Heliad z akwaforty w sytuacji, w jakiej my widzimy je na okładce – to przywilej czytelników. Marta i jej przyjaciółki (Olga, Patricia, Helenka, Rita i Mary) zostają skierowane do muzealniczki opiekującej się zbiorami Białego Domku w Łazienkach Królewskich, gdzie doszło do tajemniczego zniknięcia.

(...) Faeton poprosił swojego tatę, żeby ten pozwolił mu powozić rydwanem słońca. Czyli słonecznym wozem. Helios musiał się zgodzić, bo wcześniej obiecał, że spełni każde życzenie syna. Kłopot w tym, że Faeton nie potrafił powozić rydwanem, więc konie brykały po całym niebie i nie dały się prowadzić drogą, jaką słońce codziennie odbywa po niebie.
Wyobraźcie sobie – wtrąciła pni – słońce, które to wzbija się w górę, to opada, po chwili znowu się wzbija, i znowu opada... Przecież to byłaby apokalipsa.
Profesor mówił nam w szkole – wróciła Rita do swojej opowieści – że kiedy Faeton znalazł się za wysoko, groziło to pożarem, a kiedy za nisko, mogła spłonąć ziemia. Wtedy Zeus, czyli bóg bogów, trafił Faetona piorunem. Chłopiec wpadł do Padu i zginął...
Owszem, do Padu potwierdziła pani ale kiedyś ta rzeka nosiła nazwę Erydan... Brawo, Rito! Doskonale znasz mitologię. Ale teraz popatrzcie: jeszcze wczoraj na rycinie był grób z urną na szczycie... I wciąż tutaj jest. Była Klimena, i ona wciąż płacze nad synem, jak wczoraj. Był łabędź, i też wciąż tu jest. To Kyknos, przyjaciel Faetona, król Ligurów, który zmienił się w łabędzia. Żyjąc w wodzie, unika słońca i nieba... Były też trzy Heliady i... I ich właśnie nie ma! A przecież tu stały.

Przewodniczkami Aniołków są dwie członkinie grupy: Marta, dlatego, że orientuje się w historii i topografii warszawskich ogrodów, oraz Rita, ponieważ dobrze zna mitologię i dzieła starożytnego poety Owidiusza. Rozwiązanie zagadki będzie jednak możliwe nie tyle dzięki wiedzy, co empatii, a także "wrażliwości, domyślności tudzież intuicji", które to cechy posiadają młode detektywki (określenie autora). W książce znajdziemy dużo dziewczęcej mocy, radości, świeżości, a także ciepła i otwartości, jakie towarzyszą wielkiej, "wielokrotnej" przyjaźni. Ta otwartość oznacza z jednej strony gotowość na uwzględnienie w śledztwie choćby najbardziej nieprawdopodobnych możliwości, a z drugiej – niezamykanie się na nowe znajomości. Znając poprzednie przygody Marty i spółki trudno się dziwić, że zaprzyjaźnią się one nawet z mitycznymi Heliadami.
"Dziewczyny z ryciny" poza wartością kulturoznawczą zapewniają po prostu dobrą rozrywkę z odrobiną poezji. Heliady przemawiają bowiem wierszem, a i cała otaczająca je atmosfera jest tak liryczna i nostalgiczna, że brakuje nam tylko muzyki... muz. Warto zaproponować tę pozycję młodym podróżniczkom, fascynatkom zagadek detektywistycznych, turystkom zwiedzającym stolicę, warszawiankom dopiero poznającym swoje miasto, czy też po prostu dziewczętom lubiącym czytanie i myślenie. Zresztą chyba każdy chciałby przeżyć taką antyczną przygodę we współczesnej Warszawie.
Bożena Itoya

Jarosław Mikołajewski, Dziewczyny z ryciny, ilustracje Marcin Bruchnalski, seria Aniołki kota Cagliostro, Media Rodzina, Muzeum Łazienki Królewskie, Poznań – Warszawa 2017.