cudanakiju.pl

cudanakiju.pl

piątek, 30 października 2020

Truchlin, czyli czeskie zaciemnienie

  Zacznijmy od początku. Jest koniec marca 2020 roku, pandemia, wszyscy boją się lub dołują, a wydawnictwo Afera zapowiada książkę dla tych, którzy już trochę nie są dziećmi, ale przecież tak całkiem jeszcze nie dorośli. Coś optymistycznego, powiecie? Czesi to śmiesznostki, więc na pewno ukaże się coś hurra optymistycznego na ciężkie czasy. Tymczasem zaprezentowana zostaje zaskakująca okładka: odcienie czerni i mroku, ciemnozielony napis z nazwiskiem autora... Cóż, zestawienie kolorów niezbyt popularne w polskiej literaturze młodzieżowej, ale książka czeska nie musi przejmować się naszą modą. Czeka was czeskie zaciemnienie.

Na pierwszej stronie "Truchlina" znalazłam najbardziej melancholijną z jesiennych fraz i już wiedziałam, że ta książka mnie "kupiła", cała należę do niej, ze wszystkimi moimi praskimi wspomnieniami i tęsknotami.

Był koniec października. W Pradze słońce jeszcze przyjemnie grzało, ale już z mniejszą siłą, jakby zmęczone.

Już od tej pierwszej strony akcja narasta, przyspiesza i mrocznieje, jak w operowej arii. Czujemy tajemnicę i jakąś tragedię, ale jaką? Jestem pewna, że młodzi czytelnicy dadzą się wciągnąć w lekturę tak, jak ja, samym kombinowaniem, czy to thriller, powieść fantastyczna, coś o wynalazkach, historii, a może zwyczajnie literatura obyczajowa o przyjaźni z dziadkiem? Ale nie, zwyczajnie na pewno nie będzie.

O dzielnicy zwanej Truchlin krążyło sporo opowieści, nie wszystkie prawdziwe. Fakt był jeden: na Truchlinie nie działała elektryczność. Nie świeciły latarnie, nie jeździły tramwaje, radio nie grało, a zegarek na baterie zatrzymywał się, kiedy tylko człowiek się tam znalazł. Dlaczego? Nikt nie miał pojęcia. Kiedy Jirka był mały, prezydent Pragi zaprosił naukowców i specjalistów z uniwersytetów na całym świecie, żeby rozgryźli tę zagadkę. Ważni panowie mierzyli, liczyli, badali i łamali sobie głowy, pisali artykuły do fachowych czasopism i organizowali w Pradze konferencje. Nic jednak nie wymyślili. Truchlin był dzielnicą jak każda inna i elektryczność powinna w nim działać, tyle że nie działała. To nie znaczy, że nic tam nie działało, czy coś. Dało się na Truchlinie żyć, mieszkało tu całkiem sporo ludzi. Gdy przychodziła burza, nad Truchlinem błyskało się najmocniej. Zupełnie jakby przyciągał burzowe chmury. A latarka na granicy Truchlina zawsze przestawała działać. Krok wstecz – i znowu świeciła. Krok do przodu – mrugała i gasła.

Bohater wydaje się co prawda typowym nastolatkiem, który dziadka odwiedza (niczym Czerwony Kapturek babcię ‒ z wiktuałami i krocząc niebezpieczną ścieżką) na żądanie rodziców, nie zna go za dobrze i uważa za byt tak samo szary i przebrzmiały, jak praska dzielnica, w której zamieszkuje starszy pan, czyli tytułowy Truchlin. Wizyta-niespodzianka okazuje się pewnym problemem dla gospodarza, jego wnuk poznaje tajemniczego gościa i domyśla się, że dziadek prowadzi dziwne biznesy, ale właściwie zostaje wypchnięty za drzwi, zresztą razem z rosłym mężczyzną, którego zastał w norce staruszka. Z tym przypadkowym przewodnikiem przemierza ciemne uliczki Truchlina, a pośpieszny spacer zmienia się nagle w ucieczkę przed nieznaną groźbą, uosabianą przez dwóch typów o posturach bandziorów. Jirka (nie, to nie jest imię damskie, tylko zdrobnienie od czeskiej wersji "Jerzego") wydostaje się z Truchlina, gubiąc tam część swojego dzieciństwa, a zyskując jakiś nowy, nienazwany cień. Trafia do świetlistej części Pragi, ale to tylko pozór, bo i w tym znanym, niby bezpiecznym świecie dochodzi do katastrofy.

Truchlin się powiększył – powiedział z przejęciem. – Dwanaście tysięcy ludzi zostało bez prądu, nie jeżdżą tramwaje, trochę aut się rozbiło, bo przestały im działać hamulce, a teraz nie mogą ruszyć. Wysiadły dwa przekaźniki sieci komórkowej, do tego ponad dwadzieścia tysięcy ludzi nie ma wody.

Przecież dopiero zaczęła się jesień – zdziwił się Jirka. Każdy wiedział, że granice Truchlina się przesuwają i że ma to związek z pogodą. W ciepłe letnie dni Truchlin się zmniejszał, jakby się kurczył na słońcu. Z kolei kiedy przychodził mróz albo nastawały długie ulewne deszcze, rozciągał się i wchłaniał kolejne domy i ulice. Ale różnica miedzy Truchlinem latem a Truchlinem zimą wynosiła jakieś dwadzieścia, może dwadzieścia pięć metrów, a ludzie żyjący w tej strefie granicznej byli na to dobrze przygotowani.

Najgorzej jest na Vinohradach i wokół placu Karola. Truchlin rozciągnął się też z drugiej strony, ale nie aż tak bardzo – dodała En i podała Jirce kubek z herbatą. – Wybuchła panika, ludzie się boją, a w dodatku na miejscu praktycznie nie mają dostępu do informacji, bo nic nie działa.

Sprawy ciemnej dzielnicy i jej wpływu na resztę miasta Jirka bada z dwójką przyjaciół: En, właściwie Anastazją, i Tondą (a to znowu imię męskie). Ich ciekawość wkrótce zmienia się w misję. Ratują świat, ale też rozmyślają o granicach przyjaźni i trzymaniu się za rękę.

Mimo motywów pozornie typowych także dla polskiej literatury młodzieżowej, podkreślam, że ta książka odstaje od naszego wyobrażenia o tym, jak opowiadać nastolatkom o ich życiu. Po pierwsze, rodzice Jirki wyjechali na urlop do Włoch, więc trzynastolatek został sam, z kluczami, gotowaniem, wszystkimi strachami i potencjalnymi wypadkami, które przetaczają się w głowach polskich mam, tatów i dziadków. I nikt się temu nie dziwi, nie zgłasza rodziny do opieki społecznej. Autor nie cacka się też z rówieśnikami Jirki i Any (czternastoletniej) czytającymi ich przygody. Tu naprawdę trup ściele się (dość) gęsto, złoczyńcy są agresywni i brutalni, także wobec dzieci, zdrady i kłamstwa najprawdziwsze, doskwierające i bolesne. A najwyższej próby "twisty" jeszcze bardziej zbliżają "Truchlin" do kryminałów i thrillerów dla dorosłych. Równocześnie zachowania, emocje i relacje nastolatków są bardzo realistyczne, czuć, że autor zna swój target.

Nie, babciu, dziś nie ma lekcji. Albo może są, ale nie dla nas – powiedziała En i przez zaciśnięte zęby dodała: – My z Jirką idziemy na Truchlin.

Na Truchlin? – zdziwiła się babcia. – No nie wiem, to chyba nie jest dobry pomysł... Nie powinniście tam chodzić... zamiast do szkoły... A już na pewno nie sami. Na Truchlinie żyją dziwni ludzie, niebezpieczni... Są tam też szarzy ludzie.

Szarzy? – Jirka połknął ostatni kęs chleba. Szarzy? Chyba się przesłyszał.

Przecież mówię. – Babcia pokiwała głową. – Szarzy ludzie z myśleniem na opak.

Jak to: na opak?

No, po prostu myślą na opak... A może raczej: na lewą stronę... – Babcia, zadumana potrząsała głową.

Esencją powieści jest jej scenografia: upiorna dzielnica, niewidzialną barierą odcięta od świata i naszych czasów, pobudzające wyobraźnię wycieczki sekretną trasą, takie nadziemne podchody prowadzące przez kładki i mostki linowe zawieszone między dachami. To coś dla fanów Złotej Uliczki, klimatu magicznego miasta, tu spotęgowanego po wielokroć. Znajdziecie w "Truchlinie" dużo (al)chemii, która połączyła z Pragą tysiące, miliony turystów (w tym mnie), bo też fikcyjne wątki przeplatają się z prawdziwymi marszrutami i obiektami z przewodników. W Pragę wgryza się biznesowo-alchemiczny spisek, który ma służyć przejęciu władzy nad światem i jego chyba wszystkimi pieniędzmi.

Wśród wielu ciekawych scen i wątków wyróżnia się między innymi śmieszno-gorzka wizja biblioteki, w której bywa tylko stara bibliotekarka, po przypadkowych odwiedzających spodziewająca się, że przyszli ukraść metalowe części na złom. Cóż, może taka apokalipsa kultury nas czeka: koniec, który nastąpi wraz z odejściem ostatniego strażnika nieużywanych woluminów i rozkradzeniem elementów biblioteki. A nad miastem zapanuje przyroda, co nawet zaczęło się dziać podczas lockdownu w naszej bieżącej pandemii.

Z łatwością pokonali metalowy płot oddzielający ulicę od najbliższego ogrodu i zanurzyli się w cieniu drzew. W zaroślach, które pochłonęły ogród lata temu, znaleźli wydeptane ścieżki.

Może żyją tu dzikie zwierzęta – zastanawiał się Jirka. – Sarny, dziki, może nawet lisy... W samym środku Pragi, kilkaset metrów w linii prostej od placu Wacława.

Truchlin można rozumieć jako metaforę, symbol sprzeciwu wobec globalizacji, technologizacji, "kameleonizacji" społeczeństwa, to jest dążenia do stałej zmiany stylu, barwy, charakteru, modelu. Tu wszystko opiera się oczekiwaniom nowoczesności: zarówno miejsca, rzeczy, jak i ludzie. Truchlina nie obchodzi, jak jest postrzegany, nasza krytyka po nim spływa, jakby został obdarzony jakimś gigantycznym kloszem, pod którym sobie trwa, wyciszony, wyszarzony, ujednolicony, miejski mikroorganizm stroniący od mozaikowej różnorodności i pstrokacizny współczesnych metropolii.

Wracając do początkowych rozważań nad gatunkiem, towarzyszą one również dalszej lekturze powieści. Po mocnym akcencie kryminalnym czujemy powiew apokalipsy, a postapo to przecież jeden z ulubionych przez młodzież i młodych dorosłych typ literatury rozrywkowej. Blackout w atmosferze grozy i nieznanego napięcia, coś z Kafki, Čapka, dużo z "Golema" Meyrinka ‒ oto Praga Vojtěcha Matocha. Do tego dochodzą szaro-czarno-białe ilustracje wykonane przez współczesnego komiksiarza czeskiego, Karla Osohę, niewątpliwie ważne dla budowy klimatu książki. Bardzo zresztą sugestywnego ‒ prawdopodobnie właśnie taką czeskość zapamiętacie już na zawsze, i słusznie, bo jest zgodna z rdzeniem literatury i całej kultury Czechów.

"Truchlin" czyta się dobrze między innymi ze względu na lekki język, i to nie tyle autora, co tłumaczki Anny Radwan-Żbikowskiej. Przekład ze współczesnej czeszczyzny na polski zawsze będzie zadaniem trudnym, wręcz karkołomnym, bo jest to język rozdwojony na wersję literacką i potoczną, używaną właściwie wszędzie, również w literaturze, a różniącą się od oficjalnej czeszczyzny niemal na każdej płaszczyźnie (choćby słownictwa i końcówek). W polszczyźnie nie ma takich podziałów. Na wertepy translatorskie związane z językiem nazywanym "obecná čeština" nakłada się jeszcze język młodzieżowy, ze swoim stylem mówienia, myślenia (narrator wszechwiedzący "myśląc bohaterem" dorzuca czasem jakąś "cholerę" i zachowuje dynamikę stylu potocznego), a nawet pisania, bo przecież naturalnym sposobem komunikacji jest współcześnie, nomen omen, komunikator.

"Truchlin" zachwycił mnie dopracowaniem formy. Wydawca potraktował czytelnika iście po królewsku: mamy tu zwięzłą, ciekawą informację o autorach książki przytoczoną na skrzydełkach solidnej okładki, od każdej strony wyposażonej w ciekawe ilustracje. Treść powieści wchłania się sama, dzięki znakomitemu przekładowi, ale też doborowi czcionki, a nawet papieru. Wszystko to jest po prostu... ładne. I miłe w obcowaniu. Starsze nastolatki, które mimo pokus świata pozaliterackiego i niskiej popularności hobby, jakim jest czytanie książek, nadal czytają, zasłużyły na poważne traktowanie, tę nagrodę w postaci perełki wydawniczej i literackiej. W "Truchlinie" czuje się profesjonalizm każdej osoby, która przyłożyła rękę do publikacji: autora, ilustratora, tłumaczki, redaktorek, wydawczyni, pań odpowiedzialnych za korektę, okładkę, opracowanie graficzne, adaptację projektu typograficznego i skład (Mimi Wasilewska), a nawet logo "Czeska Bajka" (Anna Wiśniewska). Tu wszystko pasuje, rozbudowany zespół współgra ze sobą jak przystało na najlepszą orkiestrę wydawniczą. Bardzo prosimy o skomponowanie dla nas polskiej edycji drugiego tomu serii!

Bożena Itoya

Vojtěch Matocha, Truchlin, ilustrował Karel Osoha, przełożyła Anna Radwan-Żbikowska, Wydawnictwo Afera, Wrocław 2020.

Chrisa Ferriego wykłady w Uniwersytecie Malucha

 W wydawnictwie Media Rodzina ukazał się w tym roku szereg kartonowych książek należących do serii "Uniwersytet Malucha". My trafiliśmy na trzy arcydziełka popularnonaukowe napisane przez Chrisa Ferriego: "Fizykę jądrową dla maluchów", "Technologię kosmiczną dla maluchów" oraz "Osiem małych planet". Ostatnia z publikacji jest wierszem, wyliczanką znakomicie spolszczoną przez Miłosza Urbana, będącego również tłumaczem pozostałych omawianych książek. 

Koncept "Ośmiu małych planet" łączy zabawę słowem, liczeniem, wiedzę i igraszki edytorskie. Układ Słoneczny koncentruje się oczywiście wokół Słońca, i to właśnie ono jest gwiazdą książeczki, jedynym ciałem niebieskim widocznym na każdej karcie. Strony mają bowiem okienka, przez które wyziera właśnie centrum układu planetarnego. Sami tytułowi bohaterowie uszeregowani od najdalszego, do najbliższego Słońcu, dostają na własność zawsze dwie strony. Planety przedstawione zostały jako sympatyczne, uśmiechnięte kuleczki z charakterystycznymi kolorami i atrybutami, jak księżyce, pierścienie czy lawiny meteorytów. Chwytliwym obrazkom Lizzy Doyle, odpowiedzialnej zapewne także za cały pomysł graficzny, w tym wspomniane okienka, nakładające się na siebie jak stopnie z różnokolorowymi, tęczowymi krawędziami, towarzyszą rymowane opisy położenia i najważniejszych cech danej planety. Poszczególnym obiektom poświęcono każdorazowo cztery wersy ujęte w dwóch zwrotkach: pierwsza zawiera nazwę i opis planety, druga informację o odległości od Słońca (ósma, siódma, szósta i tak dalej). Niezależnie od świetnie skondensowanej i ujętej wiedzy przyrodniczej, bardzo podoba mi się zarówno pomysł odliczania od ośmiu do jednego, jak i równoległe umieszczanie obok siebie cyfry i tożsamego jej liczebnika w rodzaju żeńskim: "5" i "piąta (planeta)", "3" i "trzecia". Książka, zasadniczo prosta, okazała się wprost genialna, ucząca na wielu płaszczyznach. "Osiem małych planet" porządkuje świat i bawi, bo jest to publikacja śliczna i zajmująca dla maluchów, co sprawdziłam czytając ją z dwu- i czterolatkiem.

"Fizyka jądrowa" oraz "Technologia kosmiczna dla maluchów" są niewątpliwie przejawem odwagi autora, bo może być trudno przekonać rodziców niebędących specjalistami w tych dziedzinach, że maluch cokolwiek zrozumie z tak kosmicznych ścisłości. Otóż po przeprowadzeniu badań empirycznych zapewniam, że zrozumie. Dziecko w wieku poniżej czterech lat zainteresuje się prostymi, nieprzeładowanymi ilustracjami i "osłucha" z tajemniczymi słowami, brzmiącymi nieco jak magiczne zaklęcia. To już dobra podstawa, takie wstępne otwarcie na świat nauki i późniejsze przyswajanie wiedzy. Czytanie prawdopodobnie okaże się też impulsem do aktywności plastycznej, bo młodsze przedszkolaki, przynajmniej w mojej (humanistycznej!) rodzinie często godzinami tworzą rysunki techniczne według własnych pomysłów. Tutaj mogą znaleźć inspirację w portretach spłaszczających się piłek, atomów, skrzydeł rakiet, w wektorach sił, a także w oszczędnym i wyjątkowo czytelnym użyciu kolorów. Poziom skomplikowania zagadnień fizyki jądrowej i technologii kosmicznej nie nuży młodego odbiorcy, nawet jeśli maluch nie zrozumie wszystkiego, to z procesu lektury wyjdzie z choćby niewielkim, ale ogromnie wartościowym bagażem wiedzy i ciekawości świata. Z takim przedszkolnym plecaczkiem, dobrze wyposażonym na dalszą naukową podróż.

Bożena Itoya

Chris Ferrie, Fizyka jądrowa dla maluchów, przekład: Miłosz Urban, seria wydawnicza: Uniwersytet Malucha, Media Rodzina, Poznań 2020.

Chris Ferrie, Technologia kosmiczna dla maluchów, przekład: Miłosz Urban, seria wydawnicza: Uniwersytet Malucha, Media Rodzina, Poznań 2020.

Chris Ferrie, Osiem małych planet, ilustracje: Lizzy Doyle, przekład: Miłosz Urban, seria wydawnicza: Uniwersytet Malucha, Media Rodzina, Poznań 2020.



niedziela, 23 sierpnia 2020

Uważność i spokój żabki


 Zabiegani, wiecznie rozkojarzeni i podenerwowani rodzice, a obok przemęczone i przebodźcowane dzieci - to dość częsty obraz współczesnej rodziny. Codzienność nie rozpieszcza, ciężko w niej wygospodarować odrobinę czasu na zaopiekowanie się sobą, a nawarstwione zmartwienia i stres lubią ciągnąć się za nami i budzić w najmniej oczekiwanych momentach - choćby wtedy, kiedy zmęczeni próbujemy wreszcie zasnąć, a nasz mózg przeradza się w "fabrykę trosk". Jeśli szukacie sposobu na zadbanie o higienę umysłu swoją i swojej rodziny, warto sięgnąć po "Uważność i spokój żabki" Elise Snel, terapeutki i propagatorki mindfulness dla dzieci, z powodzeniem wprowadzającej elementy medytacji w holenderskich szkołach.

W Polsce pomysł wprowadzania zajęć z uważności do szkół czy uczenia dzieci od małego podstaw medytacji to relatywna nowość. Sama medytacja, do niedawna domena osób uduchowionych lub zafascynowanych kulturą Wschodu, pomału wkracza do mainstreamu, jako przeciwwaga dla galopującego tempa życia i sposób na zadbanie o higienę umysłu. Elise Snel pochyla się nad tak podstawowymi, pomyśleć by można, kwestiami, jak identyfikacja własnych uczuć i odnajdywanie wewnętrznej równowagi, dostrzeganie własnych granic (jestem wypoczęta czy zmęczona?) czy nauka cierpliwości i odpuszczania. Wydawać by się mogło, że to sprawy oczywiste, umiejętności, które każdy z nas nabywa z wiekiem - ale czy na pewno? Nie zliczę, ile razy udało mi się pomylić u siebie głód ze złością - a miałam już ponad trzy dekady na samoobserwację. Cóż ma powiedzieć dziecko, pozbawione bogatego bagażu doświadczeń dorosłego? Pomysł, że świadomość siebie można aktywnie ćwiczyć, podobnie jak mięśnie, wydaje się rewolucyjny w swej prostocie.

Jeśli onieśmielają was rozwlekłe, mało przystępne książki o wychowaniu, po tę pozycję możecie sięgnąć bez obaw. Z łatwością przeczytacie ją w jedno bezdzietne popołudnie - albo, jeśli to nie wchodzi w grę, w dwa w miarę spokojne wieczory. Odnoszę wrażenie, że autorce, bardziej niż na przekazaniu twardej teoretycznej wiedzy, zależy na oddaniu pewnego nastroju, sposobu myślenia i funkcjonowania, w którym jest miejsce na higienę umysłu. I właśnie ten nastrój po lekturze pozostaje z nami na dłużej. Drugą, najistotniejszą składową książki są serie prostych ćwiczeń, uzupełnionych o nagrania z płyty CD, pozwalających wyciszyć myśli i emocje, skupić na sobie, wyostrzyć świadomość najbliższego otoczenia i wyrobić nawyk uważności. Ćwiczenia - czego pewnie nie muszę dodawać - stworzone z myślą o dzieciach, począwszy od 5-latków, ale równie odpowiednie dla wiecznie rozkojarzonych i podenerwowanych rodziców.

Jednym z problemów zaadresowanych w książce, który szczególnie zwrócił moją uwagę, jest wspomniana już wyżej "fabryka trosk", czyli znany chyba wszystkim stan ducha, pojawiający się często przed snem, w którym prześladują nas natrętne zmartwienia i negatywne myśli, od których nie potrafimy się uwolnić. Elise Snel w praktyczny sposób uczy umiejętności rozpoznawania tego stanu i wyciszania go. Dużo tu pracy z oddechem, wizualizacji (tytułowa żabka, w którą wczuwa się dziecko). Autorka kładzie nacisk na regularność ćwiczeń, wyrobienie pewnych nawyków, które w trudnych chwilach pozwalają odzyskać spokój ducha. Ważną metaforą staje się "surfowanie po falach", czyli nie walka z sobą i panowanie nad swoimi emocjami, a w pełni świadome poddanie się im z jednoczesnym nabraniem dystansu do swoich myśli.

"Uważność i spokój żabki" to nieprzeładowana, przystępnie napisana książka, która świetnie oddaje ideę uważności i jest pełna pomysłów, jak krok po kroku wprowadzić ją w codziennym życiu swoim i swoich dzieci. Bez względu na to, jak zaganiani jesteśmy (a może nawet szczególnie wtedy), warto poświęcić jej trochę czasu, zatrzymać się nad ćwiczeniami i znaleźć chwilę na ich wykonanie z dzieckiem i wspólne surfowanie po falach.

Joanna Pietrulewicz 

czwartek, 16 lipca 2020

Igrzyska śmierci

Igrzyska śmierci” Suzanne Collins są wzorcową, a nawet kultową już dystopią dla młodzieży. Powieść, stanowiącą pierwszy tom trylogii, przeczytaliśmy z moim czternastoletnim synem po wielokrotnym obejrzeniu cyklu ekranizacji. Znając filmy patrzyliśmy na całą opowieść inaczej niż czytelnicy, którzy zapadli się w uniwersum Panem dwanaście lat temu, gdy ukazała się pierwsza książka. To mocna literatura, emocjonująca, zmuszająca do refleksji, po prostu świetna. A my doceniliśmy ją niezależnie od wersji kinowej, przeżywaliśmy lekturę w pełni, mimo świadomości, co stanie się dalej.
Przez historię i codzienność państwa Panem, pozostałości po Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej, prowadzi nas szesnastoletnia mieszkanka jednego z landów czy stanów: Dystryktu Dwunastego. Ostatniego w politycznej wyliczance, bo Trzynasty został zniesiony z powierzchni ziemi przez jednostkę nadrzędną ‒ stolicę, metropolię, luksusowe miasto kasty rządzącej, czyli Kapitol. Na pamiątkę powstania trzynastu dystryktów, ku przestrodze ich aktualnych obywateli, niewolniczo pracujących na dobrobyt Kapitolu, ten ostatni od siedemdziesięciu czterech lat organizuje Głodowe Igrzyska. W brutalnych, idiotycznie bezsensownych zawodach sportowych urządzanych, transmitowanych (jak Big Brother, czy raczej Truman Show) i reżyserowanych ku uciesze majętnej, zgłupiałej z nudy gawiedzi biorą udział nastoletnie dzieci. Niczym ofiara dla smoka, para trybutów z każdego dystryktu co roku składana jest w daninie za winy przodków. Ta dwójka nigdy nie stanowi zespołu, muszą walczyć ze sobą tak samo, jak z pozostałymi 22 trybutami, bo wygrywa tylko jedna osoba. Przygotujcie się więc zatem, bo czytając książkę będziecie świadkami śmierci, nie jednej ani dwóch, ale minimum dwudziestu.
Przerażająca tradycja wplata się w ponadczasową opowieść o totalitaryzmie. Warto przeczytać i obejrzeć „Igrzyska śmierci”, by wniknąć w uczucia i postrzeganie świata charakterystyczne dla nastolatków, porzucić slogany i podręcznikowe formułki na rzecz prawdziwego mówienia o tym, co zdarzało się w Europie i na świecie kilkadziesiąt lat temu, gdzieniegdzie dzieje się nadal, a wszędzie może się odrodzić. Nie ma lepszego sposobu na rozmowę o mechanizmach historii z otwartą na świat młodzieżą.
Katniss Everdeen, główną bohaterkę „Igrzysk śmierci”, poznajemy w książce znacznie lepiej niż w ekranizacji. Również inne postacie, zwłaszcza drugi z trybutów „dwunastki”, Peeta Melark, zostają poprowadzone ciekawiej i w bardziej przejmujący sposób. Powieść ma wszystko, czego brakowało nam w filmie, jest w niej znacznie więcej uczuć, mądrości, strachu i piękna. Nie spodziewaliśmy się tak fascynującej lektury. Od chwili spotkania z Katniss, towarzyszenia jej w nielegalnych polowaniach za ogrodzeniem Dwunastego Dystryktu, w losowaniu trybutów na upiornych dożynkach, jej dobrowolnego zgłoszenia się na śmierć w Igrzyskach Śmierci za młodszą siostrę, błyskawicznie popłynęliśmy ku finałowi opowieści, wcale nie tak krótkiej, bo zajmującej 350 stron. Przebiegu zawodów nie da się streścić szkolnym planem wydarzeń, zresztą krwawe konkurencje w świetle jupiterów rozpoczynają się właściwe jeszcze przed wysłaniem trybutów na arenę, tuż po ich wyborze w rodzimych dystryktach. Najpierw wypowiedziana zostaje wojna wizerunkowa. Reklamowanie ludzkiego towaru ma służyć pozyskaniu sponsorów, którzy w ciężkich momentach mogą przesłać na przykład odrobinę lekarstwa, jedzenia albo wody. Tak tak, w oryginale to w końcu Głodowe Igrzyska. Medialność przyszłych morderców służy również rozbawieniu mieszkańców Kapitolu, którzy kochają zakładać się o zwycięstwo czy kolejność śmierci.
W tej brutalnej rzeczywistości autorka zostawiła dużo przestrzeni dla wielkich wartości i szlachetnych uczuć. Katniss pochodzi z dystryktu górniczego (są jeszcze między innymi tekstylny i rolniczy), jej ojciec zginął pięć lat wcześniej na szychcie. Dziewczyna jako jedenastolatka musiała zająć się utrzymywaniem rodziny, głównie dzięki handlowi upolowaną dziczyzną, bo jej matka zachorowała na ciężką depresję, a siostra miała zaledwie kilka lat. W losowaniach na trybutów biorą udział dzieci od dwunastego do osiemnastego roku życia, „Igrzyska Śmierci” rozgrywają się, gdy po raz pierwszy może zostać wybrana Prim, siostra Katniss, a po raz ostatni jej przyjaciel, Gale. Książka w równym stopniu przedstawia właściwą akcję i świat uczuć bohaterki, zawieszonej między przywiązaniem i lojalnością wobec rodziny i Gale'a a rodzącym się uczuciem do partnera z igrzysk, Peety. On zaś jest ucieleśnieniem zalet, ale tych ludzkich, nie wyidealizowanych. Bliskość młodych ludzi okazuje się tu metodą na przełamanie tragizmu historii. Choć brzmi to wzniośle, książka jest szczera i ciepła, pozbawiona grafomanii czy romansowego przesłodzenia. A zarazem bardzo gorzka, bo do końca nie wiemy, czy miłość Katniss i Peety nie jest aby tylko produktem reklamy. Połączenie literatury z filmem tylko potęguje wątpliwości.
Nie lubimy, gdy z ostatnią stroną książki wszystko zostaje rozwiązane. Wolimy mieć wątpliwości i drążyć, spierać się z postaciami i autorem. Z Suzanne Collins pięknie się nam kłóciło, cieszę się, że w Polsce wydano wszystkie powieści ze świata Panem oraz cały cykl Kronik Podziemia, bo „czytanie autorami” uprawiamy od kiedy mój syn potrafił pokazać ręką, którą książkę chce. A teraz, po lekturze „Igrzysk śmierci”, oboje chcemy przeczytać każdą powieść ich autorki.

Bożena Itoya

Suzanne Collins, Igrzyska śmierci, tłumaczyli Małgorzata Hesko-Kołodzińska i Piotr Budkiewicz, Media Rodzina, Poznań 2009.



Psy na medal: Baster, Rollek i Apa



Bardzo się cieszę, że Zielona Sowa kontynuuje wydawanie serii „Pies na medal”, której autorką jest Barbara Gawryluk, a ilustratorką Agata Kopff. Te niewielkie książki są kopalnią wiedzy na temat psów i bezpieczeństwa. Ładne, poręczne i lekkie świetnie sprawdzą się jako towarzysz wakacyjnych wycieczek, a że promują rozsądne postępowanie w terenie, będą nawet czymś więcej: odpowiedzialnym przewodnikiem po górach, plaży czy miejskiej dżungli.
Książka o Basterze, psie pasterskim pracującym w Górskim Ochotniczym Pogotowiu Ratowniczym na terenie Gorczańskiego Parku Narodowego, liczy niespełna 50 stron. Jej treścią jest opowiadanie o kilkuosobowym zastępie harcerzy podróżujących po górach, charakterystyka pracy psa ratowniczego i jednej z ras, wykorzystywanych w tym zawodzie: border collie, opis GOPRu oraz zastosowań numeru alarmowego w górach, a także zestaw ciekawych, atrakcyjnych ilustracji. Autorka pokazuje, jak praca psów ratowniczych odbiega od jej telewizyjnego obrazu oraz uświadamia młodym czytelnikom, że zmienna wysokogórska pogoda może zwieść każdego, nawet najlepiej wyszkolonego podróżnika. Co nie znaczy, że nie warto solidnie się przygotować, na przykład pod okiem zastępowego.
Podobny układ treści ma historia o psie przewodniku, Roll(k)u. Tym razem jednak przygoda, pozornie mniej efektowna czy dramatyczna, rozgrywa się w mieście, a z pracującym psem zapoznajemy się w równym stopniu, co z jego panem. Czytelnicy dowiadują się już na początku, że: „Rollek to pies przewodnik, a jego właściciel jest osobą ociemniałą. Pan Sebastian stracił wzrok jako młody chłopak w wypadku motocyklowym. Zaraz po tym, gdy się dowiedział, że już nigdy nie będzie widzieć, postanowił, że jego oczami zostanie pies”. Tak rzeczowe streszczenie zawiera i prawidłowe terminy, i ich zwięzłe definicje (rozbudowane w przypisie), i pewien ładunek emocji wpływający na odbiorcę. Skoro pan Sebastian był chłopcem, gdy uległ tak poważnemu wypadkowi, to znaczy, że był niewiele starszy od czytelnika. Ta myśl zmienia sposób odbioru książki, w ogóle mocno wpływającej na budowę lub odbudowę empatii oraz chęć przyjmowania innej perspektywy.
Zanim poznamy Rollka, zostajemy poinformowani, że w Polsce jest około 120 psów przewodników osób ociemniałych i niewidomych, ale „tylko czterdzieści z nich pracuje, czyli codziennie pomaga swoim właścicielom w pokonywaniu różnych tras, zarówno znanych, jak i nieznanych”. To niewielka liczba, tym bardziej więc Rollek zyskuje w naszych oczach i staje się prawdziwym superbohaterem. Prawdziwym i rzeczywistym, bo miałam okazję zobaczyć obu panów ‒ Sebastiana i Rollka ‒ na żywo, podobnie jak przytrafiło się to wielu dzieciom, które uczestniczyły w spotkaniach z nimi.
Opowiadanie o psie asystującym staje się okazją do poznania nowej rasy: chesapeake bay retrevier. Charakterystyka Rollka obejmuje i typowe cechy rasy, i wyjątkowość jej przedstawiciela. Podobnie bywało i w innych tomach serii, ale tym razem życie dziecięcych bohaterów książki nie jest zagrożone, choć wisi nad nimi niebezpieczeństwo zanudzenia się upalnymi wakacjami w mieście. Chłopcy w poszukiwaniu chłodu i wrażeń wybierają się na wystawę w Komnacie Zmysłów, której celem jest przybliżenie osobom widzącym świata niewidomych (na końcu książki znajduje się krótka lista i opis analogicznych wystaw, naprawdę istniejących w Polsce). Pan Sebastian, na co dzień sam korzystający z pomocy przewodnika, staje się przewodnikiem chłopców po wystawie, a oni po zwiedzaniu upewniają się, czy rzeczywiście potrzebuje asysty Rollka. Ba, sprawdzają to na własnej skórze. Znajomość z psem przewodnikiem i jego panem nie kończy się ‒ we wrześniu odwiedzą oni chłopców w szkole, na lekcji poświęconej między innymi sprzętom ułatwiającym codzienne funkcjonowanie osobom z niepełnosprawnością wzroku. Będzie i nauka o niegłaskaniu i nieprzytulaniu psów pracujących, która, moim zdaniem, może utrwalić w młodych ludziach ostrzeżenie przed traktowaniem obcych zwierząt jak maskotki.
Obie książki mają tę samą formę edytorską, co wcześniejsze odsłony serii: miękką oprawę ze skrzydełkami, sprawdzającymi się w charakterze zakładek, dużą czcionkę, wyraźne, barwne ilustracje w tle tekstu lub, na innych kartach, obok niego. Nieco inny wygląd nadano kolejnej, siódmej już części serii „Pies na medal”. „Apa. Pies zaprzęgowy” występuje bowiem w większym formacie i twardej oprawie, po raz pierwszy też bohaterem nie jest zwierzę pracujące w Polsce. Historia wypada więc bardziej egzotycznie, jednak czytelnicy znajdą w niej te same elementy, które podobały im się w „Czarcie”, „Juniorze”, „Morusie”, „Falco”, „Basterze” i „Rollku”.


Miło czytało się tę zimową opowieść o Finlandii w gorącym, polskim lipcu, i to nie tylko ze względu na różnicę temperatur. Najpierw moją uwagę zwróciło imię chłopięcego bohatera. Milan nieczęsto występuje w polskich książkach dla dzieci, o ile w ogóle w nich dotąd gościł. Odetchnęłam z ulgą: nie wszyscy uważają, że aby postać literacka przemówiła do czytelnika, musi mieć typowe imię, jedno z najczęściej nadawanych w Polsce w ostatnich latach. Po drugie, doceniłam zachowanie realiów w zakresie znajomości angielskiego wśród dzieci. Sześcioletni Milan nieźle radzi sobie z angielskim, i tak właściwie powinno być w przypadku każdego jego rówieśnika, skoro ma już za sobą trzy lata nauki tego języka. Następnie spodobała mi się szczegółowość opisu lapońskiej wycieczki, przybliżanie jej poszczególnych etapów może bowiem pomóc dzieciom obawiającym się podobnych podróży lub nie przejawiającym zainteresowania propozycjami rodziców (w końcu wielu młodych ludzi woli teraz zostawać w domu ze smartfonem lub komputerem). Turystyczny przejazd psimi zaprzęgami pokazany jest jako fascynująca przygoda i tę plastyczność tekstu uznaję za kolejną wielką zaletę książki Barbary Gawryluk.
Apa” góruje nad innymi częściami „Psa na medal” długością i rozbudowaną warstwą fabularną. Znalazło się w niej nawet miejsce na krótki opis tradycji i współczesności Saamów, za co autorce należy się szczególna pochwała, szczególnie że uczniowie początkowych klas szkoły podstawowej nadal czytują lektury pełne archaizmów i wymysłów na temat „zimnych krajów”. Również Agata Kopff znakomicie narysowała saamskie stroje i krajobrazy. Te ilustracje nie ustępują najpiękniejszym pocztówkom i albumowym fotografiom. Czekam na następne owoce współpracy twórczyń „Psa na medal”, niezależnie, czy będą w obszerniejszym, czy skromniejszym wariancie wydawniczym ‒ obie formy sprawdziły się doskonale.

Bożena Itoya

Barbara Gawryluk, Baster. Pies ratowniczy, seria Pies na medal, ilustracje Agata Kopff, wydawnictwo Zielona Sowa, Warszawa 2019.
Barbara Gawryluk,

Rollek. Pies przewodnik, seria Pies na medal, ilustracje Agata Kopff, wydawnictwo Zielona Sowa, Warszawa 2019.
Barbara Gawryluk, Apa. Pies zaprzęgowy, seria Pies na medal, ilustracje Agata Kopff, wydawnictwo Zielona Sowa, Warszawa 2019.

Co tam słychać? Gry i zabawy z dawnych lat. Rekiny

Nasz wakacyjny pakiet przewodników po różnych sprawach i zagadnieniach ‒ przyrody oraz człowieka ‒ liczy w tym roku trzy pozycje. Wszystkie ukazały się nakładem wydawnictwa Nasza Księgarnia, mają różnych autorów i ilustratorów, ale zgodnie spełniają zadanie umilacza czasu, atrakcyjnego informatora, posługującego się w równym stopniu tekstem i grafiką. Wybierzcie się z nami w głąb morza, brzucha i dawnego podwórka, takiego z naszego PRLowskiego blokowiska, ruchliwego i wywołującego sentymenty.
Gry i zabawy z dawnych lat” opisała Katarzyna Piętka, a „obrysowała” Agata Raczyńska. Jest to solidny wybór najważniejszych zajęć miejskich dzieci, uroczo zilustrowany i uzupełniony modnymi kolażami z archiwalnymi zdjęciami. Atrakcyjność formy towarzyszy czytelności przekazu, bowiem przytoczone zasady zabaw są jasne i zachęcające. Sama od razu zapragnęłam poskakać w klasy, szczura, gumę czy pofikać na trzepaku. W tym zbiorze znajdziecie też klasyki od babć, to jest przyśpiewki, rymowanki i wyliczanki, przedszkolne zabawy w kółeczku i berki, podstawę podstawówki, czyli „papier, kamień, nożyce”, dwa ognie (i inne zabawy z piłką), nieco hardcorowe (i moje ulubione) zabawy dla zaawansowanych bywalców podwórek, przez samą autorkę uznane za niebezpieczne: „sekret lub widoczek” i „pikułę, czyli grę w noże”, oraz wiele, wiele innych. Autorki wpisały się w pewien trend wydawniczy odwołujący się do wspomnień pokoleń dzisiejszych rodziców i dziadków, trafiając w sedno i wysoko podnosząc poprzeczkę innym tego typu pozycjom. „Gry i zabawy z dawnych lat” są po prostu pięknie wydane.
Książka „Co tam słychać, czyli dziwne dźwięki z głębi ciała” Marty Maruszczak (tekst) i Artura Gulewicza (ilustracje) również należy do dość popularnego w ostatnich latach działu publikacji dla dzieci. Młodsza młodzież, a przynajmniej jej część, lubi bowiem poczytać lub posłuchać o różnych codziennych, przyziemnych obrzydlistwach, jak kupy, bekanie czy puszczanie bąków. Warunkiem powodzenia takich przewodników po tabu savoir-vivre'u jest odpowiednia oprawa graficzna. Artur Gulewicz wybrał wielobarwne, wręcz krzykliwe obrazki i podział tekstu przypominające komiksowe kadry. Na każdej stronie jest kilka segmentów tekstu, każdemu z nich odpowiada większy lub mniejszy obrazek, przeważnie kontrastujący z pozostałymi. Jeśli chodzi o tematykę, to bekanie i puszczanie bąków rzeczywiście otwierają tę publikację, ale później jest już mniej kontrowersyjnie, co bardzo mnie cieszy, bo temat trochę nam się... przejadł. Dowiadujemy się zatem co nieco o trawieniu i związanym z nim burczeniu, o ziewaniu, kaszlu, kichaniu, czkawce, chrapaniu, biciu serca, szczękaniu zębami, śmiechu, płaczu, mowie, gwizdaniu, śpiewie oraz trzaskach w kościach. Asortyment jest bogaty i książka z każdą stroną coraz bardziej do mnie przemawiała. Krótkie, analogiczne w każdym dziale notatki są rzeczowe, dobrze napisane, dotyczą nie tylko ludzi, ale i zwierząt, a dodatkowo zostały wzbogacone o proste eksperymenty. Oprócz typowych popularnonaukowych ciekawostek i objaśnień w przewodniku Marty Maruszczak znaleźliśmy też sporo łamaczy stereotypów, choćby tego o niepłaczących chłopakach. Ilustracje doskonale odpowiadają charakterowi treści, są niezwykle kolorowe i zabawne. Z pewnością nie widziałam lepszej książki o burknięciach i chrapnięciach.
Trzeci z naszych wakacyjnych przewodników ma znacznie więcej wspólnego z komiksem, bo należy do serii „Naukomiks”, w której ukazały się również „Dinozaury. Skamieliny i pióra” oraz „Roboty i drony. Dawno temu, teraz i w przyszłości”. Album „Rekiny. Najlepsi myśliwi w przyrodzie” został napisany i narysowany przez Joe Flooda, tekst przełożyła Monika Gajdzińska, a rzeczowy wstęp przybliżający dzieciom pracę biologa morskiego napisał dr David Shiffman, naukowiec i naukowy bloger. Dobrze, że już w pierwszych zdaniach książki określono, że najlepsi myśliwi w przyrodzie mają wielkie problemy ‒ „Prawie jednej czwartej wszystkich znanych nam gatunków rekinów i ich krewnych grozi wyginięcie. Na skutek działań ludzkich za czasu życia waszych rodziców liczebność niektórych grup spadła o 90%”. Ta informacja naprowadza dorosłych na kategorię wiekową czytelnika, bo co prawda wydawca podaje „6-14 lat”, ale młodsze dzieci raczej nie zrozumieją ani danych liczbowych, ani szeregu pojęć i klasyfikacji, które pojawiają się w książce. Oczywiście można ograniczyć lekturę do efektownych, ciekawych obrazków, a tekst zrozumieć za kilka lat.
Komiks nie składa się z żadnego opowiadania, tylko ze scenek przybliżających nasze popkulturowe wyobrażenia o rekinach oraz fakty. Tekst wstawiony został w ramki w granicach kadru przedstawiającego omawiane zagadnienie, właściwie więc nie jest to komiks, tylko seria obrazków korzystająca w pewnym stopniu z komiksowej stylistyki, odwołująca się do skojarzeń czytelnika. Krótkie kadrowane i dymkowane historyjki pojawiają się kilkakrotnie jako przerywniki wykładu przyrodniczego i liczą jedną lub dwie strony, poza tym parę razy przy pomocy dymka przemówi wesoło jakaś rybka.
Pod względem poziomu i zróżnicowania wiedzy biologicznej „Rekiny” są bardzo wartościową publikacją, która ugruntuje, uporządkuje lub rozszerzy wiadomości ucznia na każdym poziomie szkoły podstawowej. Informacje wykraczają poza temat rekinów, czytelnik poznaje ogólnie środowisko wodne, etapy ewolucji organizmów żywych i Ziemi, terminologię, narzędzia i zakres badań biologa morskiego. To bardzo dobry sposób na zainteresowanie młodego człowieka pracą naukową i przyrodą. Podobnie jak „Gry i zabawy z dawnych lat” skłaniają do wniknięcia w tajniki środowiska rówieśniczego i miejskiego, a „Co tam słychać...” daje rozeznanie w środowisku, które stanowimy dla innych organizmów i siebie samych.

Bożena Itoya

Katarzyna Piętka, Gry i zabawy z dawnych lat, ilustracje Agata Raczyńska, Nasza Księgarnia, Warszawa 2016.
Marta Maruszczak, Co tam słychać, czyli dziwne dźwięki z głębi ciała, ilustracje Artur Gulewicz, Nasza Księgarnia, Warszawa 2019.
Joe Flood, Rekiny. Najlepsi myśliwi w przyrodzie, seria Naukomiks, przełożyła Monika Gajdzińska, Nasza Księgarnia, Warszawa 2019.

Detektyw Pingwin i Forteca Tajemnic


Długo czekaliśmy na drugi tom Przygód Detektywa Pingwina. Alex T. Smith poprzednio bardzo nas rozbawił swoją ilustrowaną powieścią „Detektyw Pingwin i sprawa zaginionego skarbu”, więc chętnie chwyciliśmy po „Detektywa Pingwina i Fortecę Tajemnic”. Autor trochę nas zawiódł, bo choć podtrzymał humor i charakter postaci z pierwszego tomu, to wydały się one nieco rozciągnięte, nienaturalne, podobnie jak długość powieści (tom 1.: 208 stron, tom 2.: 288 stron) spowodowała pewne dłużyzny. Nadal jednak jest to kawał dobrej slapstickowej literatury dla dzieci.
Pan Pingwin i jego przyjaciele ‒ Colin, pająk, nieoceniony partner detektywa, oraz kloszardka (jak się zdaje) Edyta z gołębiem Gordonem, wracają z jednej niebezpiecznej wyprawy, by przed jej zakończeniem wpaść (dosłownie) prosto w drugą, jeszcze groźniejszą. Podczas spektakularnej ucieczki samolotem rozbijają się wśród zaśnieżonych szczytów i zostają uratowani przed dwójkę dzieci z pobliskiego miasteczka. Młodzież okazuje się bardzo aktywnymi i utalentowanymi bliźniakami, które już szukały pomocy u Detektywa Pingwina i choć nie przeczytał ich listu, to zrządzeniem losu dotarł, gdzie trzeba. Rodzeństwo Strudli reprezentuje całą lokalną społeczność, choć istnieją podejrzenia, że nie należy do niej pewien czarno odziany typ, sobowtór naszego swojskiego Don Pedra, szpiega z Krainy Deszczowców.
Nowa sprawa dotyczy świateł i trzasków dobywających się z opuszczonej od lat, a raczej wieków, Fortecy Tajemnic, oraz być może z nią powiązanego zaginięcia tłumu gryzoni, które miały wziąć udział w 32. Międzynarodowych Igrzyskach Gryzoni w Szronedorf. Śmieszna jest oczywiście sama okazja, w ten humor wpisują się również idealnie przetłumaczone przez Piotra W. Cholewę nazwy własne: Strudel (nazwisko), Szronedorf-Na-Szczycie (pełna nazwa miejscowości), Pułkownik Pędzlonek (chomik) czy Dziadunio Grimm (szczyt, na którym znajduje się tytułowa forteca). Atmosferę podkręcają wesołe rysunki autora, wykorzystujące tylko czerń, biel, odcienie szarości i jeden pomarańczowy. Gołąb z uciekającym okiem przebrany za chomika, pingwin w gustownym alpejskim sweterku, maszynerie, między innymi ta przedstawiająca samolot-kukułkę (z uciekającym okiem), pająk z monobrwią, trenujący kung-fu i porozumiewający się ze światem za pomocą notesu – takie cuda tylko tutaj!
Właściwa akcja przerywana jest wstawkami z pamiętnika hipnotyzera, głównego złoczyńcy tej odsłony Przygód Detektywa Pingwina. Nasz rozkoszny śledczy wielokrotnie będzie marzył o kanapce z paluszkami rybnymi, jak Bilbo o swojej miłej norce, i o ucieczce, jak każdy rozsądny osobnik w obliczu oplatającego go i wciąż zacieśniającego uścisk śmiertelnego niebezpieczeństwa. Tu jednak nad wszystkim góruje przyjaźń, obowiązek ratowania z opresji członka ekipy i niesienia pomocy nowym przyjaciołom. No, Detektywa Pingwina napędza jeszcze myśl, że im prędzej zamknie się sprawę, tym szybciej będzie można odpocząć w biurze, z kanapką. Nie wiadomo tylko, co kieruje Gordonem, gołębiem w skórze chomika, uroczo odstającym od wszelkich zasad i normalnych pobudek. Może wy go zrozumiecie? My tymczasem sprawdzimy, cóż wydarzy się w tomie trzecim, zatytułowanym „Detektyw Pingwin i pechowy rejs”.
Bożena Itoya

Alex T. Smith, Detektyw Pingwin i Forteca Tajemnic, seria Przygody Detektywa Pingwina, przełożył Piotr W. Cholewa, Wydawnictwo Zielona Sowa, Warszawa 2019.