cudanakiju.pl

cudanakiju.pl

poniedziałek, 14 stycznia 2019

Trzy książki Dr. Seussa i Stanisława Barańczaka


Nasza kolekcja książek Dr. Seussa ostatnio wzbogaciła się o trzy indywidualnie wydane wiersze: "Sam to wszystko widziałem na ulicy Morwowej", "Kto zje zielone jajka sadzone?" oraz "Na każde pytanie odpowie czytanie!". Wznowienie tych pozycji uważam za duże wydarzenie wydawnicze minionego roku. Napisane i narysowane przez amerykańskiego klasyka literatury dziecięcej Theodora Geisela (pseudonim Dr. Seuss), przełożone na język polski przez znakomitego poetę Stanisława Barańczaka, mogą stać się skarbem nie tylko w rodzinnej biblioteczce, ale także w zbiorach badaczy. Omawiane książki umożliwiają przekrojowe spojrzenie na dorobek twórcy "Kota Prota" (ang. "The Cat in the Hat"), bowiem wiersz "Sam to wszystko widziałem na ulicy Morwowej" ("And to Think That I Saw It on Mulberry Street") jest debiutem Dr. Seussa dla dzieci, opublikowanym po raz pierwszy w 1937 roku, utwór "Kto zje zielone jajka sadzone?" ("Green Eggs and Ham") ukazał się w roku 1960, a "Na każde pytanie odpowie czytanie!" ("I Can Read With My Eyes Shut!") – w roku 1978. Przegląd ten dotyczy również ilustracji książkowej, bo Theodor Geisel nieco inaczej rysował w latach 30. i 70. XX wieku, w okresie jego aktywności twórczej zmieniały się trendy, stylistyki, myślenie o książce dla dzieci i warunki wydawnicze.

Do dzień rano, gdy z domu szybkim krokiem wychodzę,
Bo za kwadrans ma zacząć się szkoła,
Tato zawsze powtarza: "Tylko nie śpij po drodze:
Pilnie patrz, co się dzieje dokoła".

Ale gdy po powrocie mówię mu szczegółowo,
Co widziałem, przechodząc przez miasto,
Tato patrzy surowo, kręci nosem i głową,
I powtarza mi: "Ech, ty fantasto!

Wszystkie dzieci zmyślają, robią z myszy wielbłąda –
Ale tak dziwnych rzeczy żadne z nich nie ogląda!".

Utwór "Sam to wszystko widziałem na ulicy Morwowej" mojemu synowi podobał się najmniej, a mnie chyba najbardziej z omawianej trójki (ewentualnie na równi z "Kto zje zielone jajka sadzone?"). Tematem wiersza jest samodzielna droga do szkoły widziana oczami kilkuletniego chłopca. Przestrzegany przez tatę, by "patrzył pilnie", stara się jak może, ale oczywiście na swój dziecięcy sposób. Początkowo wydaje się, że zarażony przyziemnością ojca bohater nie opowie nam nic ciekawego.

Ale nic nie dostrzegłem:
Tylko jakieś donice
Barwy burobordowej
I wóz, który je wiózł;
Tak, tylko ten wóz, plus
Konia, co ciągnął wóz
Po ulicy Morwowej.

Jednak pstryczek wyobraźni szybko zostaje włączony i rozpoczyna się opowieść, szalona kreacja świata, prowadzona przede wszystkim na płaszczyźnie słowa, ale dobrze wyrażona także rozbudowywanymi co stronę ilustracjami. Historia rozrasta się w trybie "Rzepki" – co chwilę do wesołej kompanii (początkowo złożonej tylko ze smętnego konia oraz równie ponurego i nudnego woźnicy) ktoś dołącza, coś się zmienia. Tekst z poprzednich stron nie jest jednak za każdym razem powtarzany, jak u Tuwima. Chłopięce wymyślanie i rymowanie nie jest tak regularne, systematyczne, tu panuje wolność. A gdyby ktoś nie nadążał, wszystko znajdzie na obrazkach, bardzo przypominających mi twórczość Franciszki Themerson, zwłaszcza grafikę (postaci dzieci i kolorystyka) z mniej popularnych publikacji, jak "Żółte, zielone, czerwone, niebieskie, niezwykłe przygody" (Wydawnictwo Fundacji Festina Lente). Właśnie tak rysowało się w latach 30. XX wieku, a wspomniane książki są skarbczykiem ilustracji retro.
Wiersz "Sam to wszystko widziałem na ulicy Morwowej" jest zabawny, ciekawy, a zarazem solidny i doskonały pod względem formalnym. Jego melodyjność i lekkość mogą zachęcić dzieci i całą rodzinę do częstej lektury poezji. Można też porozmyślać o relacjach łączących chłopca z ulicy Morwowej z jego tatą. We współczesnym rozumieniu dzieciństwa postać ojca ciąży, bo ściąga bohatera na ziemię, symbolizuje surowość świata, podział na to, co wolno "w środku" i "na zewnątrz", czyli na co można sobie pozwolić tylko w myślach i wolnym czasie, a jak należy zachowywać się przy ludziach (zwłaszcza dorosłych).

Nie, nie na drzewie
przy ptaków śpiewie
nie, nie zjem szynki
we wnętrzu skrzynki,
co z drzewa zwisa,
nie obok lisa,
nie wspólnie z myszką,
nie żadną łyżką,
i nie chcę w domku,
Tomku-Przytomku,
zjadać zielonych
jajek sadzonych
albo zielonej
szynki wędzonej!

A może pociąg?
Pociąg nasz pociąg
do jaja zdwaja;
szynkę w przedziale
je się wspaniale!

Wspomniana już powtarzalność fraz, charakterystyczna dla "Rzepki" Juliana Tuwima, pojawia się w ulubionym (spośród omawianych) utworze mojego syna: "Kto zje zielone jajka sadzone?". Znalazłam tu dużo "Kota Prota" – podobne myślenie o poezji, łączenie pogodnej anarchii dzieciństwa z dyskretną edukacją, której oczekują w książce dla dzieci jej pierwsi odbiorcy, czyli rodzice i nauczyciele. Inteligentny humor i pewna dosadność językowa wyróżniają ten wiersz spośród innych adresowanych do dzieci. Jest to trochę wyliczanka, zauważa się i "kolejowy" rytm, znany nam z "Lokomotywy", zresztą autor dosłownie doczepia do wiersza kolejne wagoniki zwrotek, ciągnąc tę przebojową, rymowaną podróż i stopniowo przyspieszając tempo. Tak przynajmniej my czytaliśmy "Kto zje zielone jajka sadzone?", coraz szybciej i weselej.
Zainteresowanie małego czytelnika jest podtrzymywane od początku do ostatniej strony książki, a zapewniają je (poza giętkim językiem) dynamiczne ilustracje, sympatyczni, pełni ekspresji futerkowi bohaterowie, nieoczekiwane zakończenie, a po nim jeszcze niespodzianka – kolejny utwór, bo oryginalną, angielską wersję trudno nazwać tym samym wierszem. To dobrze przemyślany i przeprowadzony zabieg dydaktyczny, zamieścić na końcu każdej publikacji Dr. Seussa tekst w języku angielskim, cały, zawsze z oznaczeniem strony, na której znalazła się dana zwrotka w głównej, ilustrowanej, polskojęzycznej części książki. Ten sposób czytania sprawdza się, ponieważ łamańce czy dowcipy językowe, które tworzył Dr. Seuss, nie powinny być tłumaczone wprost, tylko właściwie tworzone na nowo w języku docelowym i właśnie taki charakter mają przekłady Stanisława Barańczaka. Gdyby młodemu czytelnikowi podano na sąsiednich stronach tak różne teksty, zająłby się ich zestawianiem, zamiast recytować (choćby w myślach) płynnie, z zachowaniem rytmu, najpierw w jednym, potem w drugim języku. Wydawnictwo Media Rodzina wybrało doskonały sposób prezentacji dwujęzyczności wierszy i podwójnego geniuszu poetyckiego.

Czyta się o polanach,
plonach i plombach,
opalonych kolanach,
klonach i klombach,
o kolanach, które klonom
wiosną czasem wyrosną
(dziwny typ zachowania),
o pszczółkach, które w szkółkach
(takich ulach na kółkach)
uczą się rachowania,
O tym, dlaczego w portach
jest tyle motorówek,
i o tym, skąd u mrówek
ich skłonność do wędrówek,
o kocich grach i sportach,
o krokodylach w szortach!
Skąd bierze się kałuża,
dlaczego pachnie róża,
co robić, gdy na nosie
usiądzie sowa duża?
Na wszystkie te pytania
czytanie ci odpowie –
metoda prosta, tania,
porządkująca w głowie;
gdy oczy masz otwarte
i chętne do czytania –
wszystko wokół jest warte
zainteresowania!

Na pierwszy rzut oka widać, że książka "Na każde pytanie odpowie czytanie!" wydana została w innych czasach niż poprzednie utwory Dr. Seussa, jakby w następnej epoce dziejów literatury dla dzieci. Ilustracje mają odmienną kolorystykę i "gęstość", są bardziej pastelowe, jest ich więcej, często w mniejszych niż wcześniej formatach. Karty zostały kompletnie zapełnione obrazkami i ich tłami, czasem nawet czterema na dwóch sąsiednich stronach. Rysunki relacjonują treść wiersza na tyle dokładnie, że praca nad przekładem musiała być znacznie trudniejsza od tłumaczenia choćby "Kto zje zielone jajka sadzone?". Jest to też książka obrazkowa, bo sfera plastyczna uzupełnia tekst i ingeruje weń, choćby wpływając na jego ułożenie i kolor czcionki.
Ta radosna pochwała czytelnictwa znakomicie podsumowuje moją opinię o książkach Dr. Seussa i w ogóle jego twórczość literacką oraz graficzną. Wiersze amerykańskiego mistrza poezji dla dzieci mają w sobie wszystko, czego można oczekiwać po literaturze dla młodych: styl, humor, przesłanie, rozrywkę, wysoki poziom słowa, istotny udział ilustracji. Dodatkowo łączne spojrzenie na "Sam to wszystko widziałem na ulicy Morwowej", "Kto zje zielone jajka sadzone?" oraz "Na każde pytanie odpowie czytanie!" pozwala prześledzić rozwój tego twórcy i w ogóle amerykańskiej książki dla najmłodszych. Utwory te uświadamiają też, jak daleko jest niektórym masowo drukowanym w Polsce "książeczkom" do prawdziwej literatury i ilustracji książkowej. To również przykład edukacji językowej i przekładu literackiego na najlepszym poziomie.

Bożena Itoya

Dr. Seuss, Sam to wszystko widziałem na ulicy Morwowej, przełożył Stanisław Barańczak, Media Rodzina, Poznań 2018.
Dr. Seuss, Kto zje zielone jajka sadzone?, przełożył Stanisław Barańczak, Media Rodzina, Poznań 2018.
Dr. Seuss, Na każde pytanie odpowie czytanie!, przełożył Stanisław Barańczak, Media Rodzina, Poznań 2018.

Sztuczna broda Świętego Mikołaja


Zbiór opowiadań Terry'ego Pratchetta "Sztuczna broda Świętego Mikołaja" jest dziełkiem z pogranicza książek podtrzymujących atmosferę bożonarodzeniową i tych, które z niej kpią. Jedenaście krótkich, humorystycznych, bogato ilustrowanych utworów powinno przekonać nawet dzieci zazwyczaj zerkające na książki z ukosa (i to tylko jeśli publikacja na pierwszy rzut oka kojarzy się z jakąś popularna grą czy aplikacją). Te teksty są niczym zabawne filmiki z internetu: łatwo przyswajalne, z postaciami, z którymi równie szybko się zapoznajemy i rozstajemy. W "Sztucznej brodzie" przyziemność komercyjnych i tradycyjnych (kulinarno-towarzyskich) świąt przeplata się z motywami fantastycznymi. Święty Mikołaj szuka pracy innej niż ta główna, sezonowa, trafia to do supermarketu, to do zoo, kiedy indziej zaś do obwoźnej lodziarni. Szanujący się angielscy obywatele biorą udział w rozmaitych okołoświątecznych przedsięwzięciach, jak pieczenie gigantycznego placka czy opieka nad dziwnymi stworzeniami. Bohaterowie przeważnie należą do stereotypowego obrazu prowincjonalnej społeczności angielskiej, podszczypywanej żarcikami Terry'ego Pratchetta.
W tomie "Sztuczna broda Świętego Mikołaja" pojawiają się niemal zwyczajne bajki, bardzo zbliżone do twórczości Roalda Dahla, zresztą nawet ilustracje Marka Beecha przypominają obrazki Quentina Blake'a, tworzącego niezapomniany duet z autorem "Matyldy", "Fantastycznego Pana Lisa" czy "BFG". Jest i bajka elektroniczna, z przymrużeniem oka nawiązująca do trwających już kilkadziesiąt lat artystycznych rozmyślań o inteligencji, niezależności, emocjonalności i prawach maszyn. Dzieci lubią ten temat, rozpala on wyobraźnię także całkiem dorosłych fanów science fiction.
Z opisu wydawniczego wiemy, że nieżyjący już autor, satyryk i wizjoner fantastyki, pisał opowiadania zgromadzone w "Sztucznej brodzie" dawno temu, jeszcze jako nastolatek. Może właśnie dlatego najlepiej trafią one do młodszej młodzieży, mającej dystans do powagi świąt i literatury, chcącej odsapnąć od tradycji i obowiązkowych lektur. Przy lekturze będą się dobrze bawić także dzieci od około 7 lat wzwyż, bo nie znajdą u Terry'ego Pratchetta żadnych obrazoburczych twierdzeń o nieistnieniu Świętego Mikołaja, yeti czy żywych blaszanych kogucików. Książka została bardzo ładnie wydana, ma efektowne i dopasowane do siebie, różnokolorowe i wzorzyste elementy okładki: wyklejki, twardą oprawę, nawet obwolutę ze złotymi, tłoczonymi motywami i kuszącym, pociesznym tytułowym bohaterem. Mimo pozornej "grudniowości", zbiór ten można czytać równie dobrze przed i po Bożym Narodzeniu, bo zawiera opowiadania po prostu zimowe i szalone.

Bożena Itoya

Terry Pratchett, Sztuczna broda Świętego Mikołaja, ilustrował Mark Beech, przełożył Maciej Szymański, Dom Wydawniczy Rebis, Poznań 2018.

Botanicum


Album "Botanicum" jest ciekawym eksponatem w naszej kolekcji nowoczesnych książek przyrodniczych przeznaczonych dla dzieci i innych wielbicieli obrazkowej popularyzacji nauki. To publikacja podwójnie stylizowana – nazywana przez autorki "muzeum", a nie "książką", dzielona na "sale", nie "rozdziały", zaopatrzona w "wejście" i "bibliotekę", nie zaś "wstęp" i "aneks" (dodatkowo na okładce zagościł złoty bilet do Muzeum Roślin) oraz ilustrowana jak dawne atlasy i leksykony, w których wklejano tablice z rycinami na specjalnym papierze. Ta wydawnicza perełka, kosztowniejsza od większości moich kolczyków i niektórych naszyjników, została wyposażona w szczegółową etykietę (redakcyjną) informującą o jej najwyższej próbie. Spoglądając tam poznajemy bowiem sztab specjalistów doszlifowujących arcydziełko, zostajemy także wtajemniczeni w szczegóły warsztatu artystów ("Ilustracje narysowano piórkiem i tuszem, a następnie pokolorowano cyfrowo", "Tekst złożono krojami Gill Sans i Mrs. Green").
Właśnie szata graficzna jest pierwszym składnikiem albumu przyciągającym czytelnika, utrzymuje też jego uwagę przez całą lekturę. Czytanie "Botanicum" przypomina natomiast zapoznawanie się z encyklopedią – "wsiąknąć" mogą tylko fascynaci, poza nimi raczej nikt nie będzie czytał od deski do deski przygód pierwszych roślin, drzew, palm i sagowców, roślin zielnych, traw i roślin trawopodobnych, storczyków i bromelii oraz przystosowań (w świecie roślin). Dla mojego syna tekst książki (autorstwa Kathy Willis, wykładowcy i dyrektor jednego z działów Królewskich Ogrodów Botanicznych w Anglii) nie odbiega za bardzo od treści jego podręczników do przyrody. Nie trzeba być specjalistą, by zrozumieć proste i zwięzłe wykłady botaniczne, których poziom dopasowany jest do możliwości ucznia mniej więcej od czwartej klasy szkoły podstawowej wzwyż. Natomiast ilustracje Katie Scott spodobają się zdecydowanie szerszemu i nawet dużo starszemu gronu odbiorców.
"Botanicum" powinno być postrzegane przede wszystkim jako publikacja pełniąca funkcję informacyjną, użytkową, niewątpliwie dominują w nim walory edukacyjne, bo nawet artystyczne przedstawienia roślin służą przekazaniu określonej wiedzy o nich. Pod tym względem książka niczym nas nie zaskoczyła. Prawdziwa przyjemność rozpoczyna się już po przyswojeniu informacji tekstowych, gdy zechcemy zagubić się między ilustracjami, odbyć jakąś własną podróż albo inną zabawę z roślinami, według dowolnie przyjętych zasad.
Oglądając kwiaty fuksji i magnolii można gorąco zatęsknić za egzotycznymi wakacjami i naszą rodzimą wiosną, choć z tej publikacji dowiemy się wiele o zagranicznych korzeniach ulubionych roślin występujących w Polsce czy Europie. Dobrze mieć świadomość, które drzewa nie przyjmą się poza swoim naturalnym miejscem występowania, ale można też spróbować na własną rękę dopasować je do naszych realiów, na przykład rysując sobie polski las z baobabem. Dla nas wyjątkowo smakowicie wyglądały karty poświęcone drzewom strefy umiarkowanej, a że "Botanicum" trafiło pod naszą strzechę złotą polską jesienią, wzbogaciliśmy je o nasze własne szeleszczące plansze – liście zasuszone między stronami w specjalnych bibułkach. Dopasowywanie poszczególnych liści do barw ilustracji było miłym zajęciem, zwłaszcza że odcienie zmieniały się wraz z obsychaniem eksponatów. Przy okazji zauważyliśmy, że Katie Scott zestawieniom kolorystycznym poświęciła nie mniej uwagi niż samym szkicom. Koncepcja plastyczna "Botanicum" nie polega tylko na wzorowaniu się czy odnoszeniu do zielników i starodawnych rycin, graficzka na każdej planszy dobrała rośliny kontrastujące barwami, ułożyła je w przemyślany sposób, jakby tworzyła choreografię, co przekłada się także na niespodziewane przejście od pionu do poziomu, dodawanie tła, owadzich statystów czy całych roślinnych kompozycji pod szklanym kloszem oraz nagłe odejście od "wieloobrazkowości" na rzecz portretu tylko jednej rośliny, zajmującego całą wielką kartę.
Format "Botanicum" zrobi wielkie wrażenie na osobach z zamiłowaniem i drobiazgowością przyglądających się ładnym przedmiotom podbijającym światowe rynki wydawnicze (książkom, plakatom, kalendarzom adwentowym, układankom...). Album ma ładny i trwały, szarawo-beżowy papier, ciekawe i atrakcyjne czcionki, doskonały układ graficzny, twardą oprawę, na której brakuje mi jedynie obwoluty – pewnie dlatego, że w moim dzieciństwie chyba każda encyklopedia przyrodnicza z górnej półki była w nią wyposażona.

Bożena Itoya

Botanicum, ilustracje Katie Scott, tekst Kathy Willis, z języka angielskiego przełożyła Katarzyna Rosłan, konsultacja merytoryczna Marcin Zych, Wydawnictwo Dwie Siostry, Warszawa 2016.

piątek, 4 stycznia 2019

Bjørn – Syn burzy


Pierwsza powieść Pawła Wakuły wydana w młodzieżowej odsłonie serii "A to historia!" wydawnictwa Literatura zaskakuje rozmachem, literacką doskonałością i czystością gatunkową. Trudno uwierzyć, że "Bjørn – Syn burzy" ukazał się w 2018 roku, jako utwór całkiem nowy, nasz, rodzimy, nie dzieło życia jakiegoś klasyka ślęczącego przez dziesiątki lat nad rękopisem, tylko powieść współczesnego, jak najbardziej aktywnego pisarza. To jedna z aż trzech książek Pawła Wakuły wydanych w świeżo minionym roku, niby bardzo "historycznym", bo doświadczyliśmy potopu publikacji i serii wpisujących się w obchody 100-lecia odzyskania niepodległości przez Polskę, jednak "Bjørn" nie pasuje ani do tego jubileuszu, ani do potocznego myślenia o nauczaniu historii w książce dla dzieci, ani w ogóle do powszechnego podejścia do książki dla młodych. W czasach dominacji obrazu oraz mody na nieodróżnianie literatury od książek popularnonaukowych i obraz(k)owych, w epoce krótkich, prostych form (para)literackich, gdy literatura młodzieżowa identyfikowana jest z nieco skandalizującymi, ale równocześnie pouczającymi książkami o palących problemach współczesności (przy czym często są to lektury kalkujące amerykańskie hity), kiedy granice między literaturą piękną a popularną ulegają zatarciu lub zapomnieniu, dostajemy obszerną (386 stron), klasycznie rozumianą powieść historyczno-awanturniczą osadzoną w realiach Europy sprzed nie 100, ale 1000 lat.
Powieść historyczna Pawła Wakuły jest zarazem kryminałem i młodzieżową "przygodówką", każdy z tych typów prozy został w "Bjørnie" znakomicie dopracowany, a zarazem dopasowany do oczekiwań współczesnych nastolatków. Autorzy i wydawcy literatury popularnej "dla niedorosłych" i tak zwanego nurtu young adult nie krępują się poruszać kwestii niegdyś wstydliwych, ba, w dobie #metoo wręcz należy łamać tabu i pisać o sprawach kontrowersyjnych, królujących w hasztagach, memach, filmikach, postach o tysiącach czy milionach udostępnień. "Paradokumentalizacja" książki młodzieżowej jest faktem, więc gdzie tu miejsce dla powieści historycznej? Otóż Paweł Wakuła wykorzystał modę na dosadność i realizm tekstu dla swoich literackich celów, pokazując jedenastowieczne realia z bezpośredniością godną serialu "Gra o tron" (i odwołując się do masowej, popkulturowej fascynacji wikingami). Jeśli więc sądzicie, że moglibyście zanudzić się "Bjørnem", bo przyzwyczailiście się, że w prozie adresowanej do młodzieży poruszane są tematy takie, jak problemy rodzin mieszanych kulturowo i narodowo, patchworkowych, homoseksualizm, przemoc rówieśnicza i seksualna, bullying, to bez obaw, znajdziecie je i tu.

Stare kobiety spluwały na mój widok, a mężczyźni przyglądali mi się ponuro. Pewnie zastanawiali się, co zrobiliby, gdyby to ich spotkała taka hańba. Jak wiesz, dzieci na całym świecie naśladują dorosłych, lecz są od nich o wiele okrutniejsze, więc prędko dały mi poznać, co to znaczy być odmieńcem.

Moim zadaniem nie jest streszczanie fabuły, nie mogę też zdradzić za wiele o tym, kim jest tytułowy bohater i które wydarzenia oraz osoby przedstawione w książce są prawdziwe (to znaczy udokumentowane w kronikach i innych dokumentach uznawanych przez historyków za wiarygodne). Tę wiedzę najlepiej uzyskać po lekturze, zasięgając informacji u autora, który przygotował bardzo rzeczową (i dowcipną) Notę autorską oraz szczegółowe Noty biograficzne i Noty historyczne. Wcześniej najważniejsza jest dobra zabawa czytelnika, jego "wejście" w historię, obcowanie z literackim kunsztem, a nie znajomość i rozpoznawanie faktów. My zostaliśmy wciągnięci przez tę niezwykłą opowieść już na jej pierwszej karcie, zupełnie niehistorycznej.

Norny – Szepczące, boginie przeznaczenia – siedziały u podnóża olbrzymiego jesionu Yggdrasil – drzewa światów i przędły nici ludzkiego żywota. Ponad ich głowami wisiały trzy księżyce, z których jednego przybywało, drugi był w pełni, a trzeci właśnie zmieniał się w cienki sierp.
(...) Nagle Skuld wydała stłumiony okrzyk:
Siostry, spójrzcie! Widziałyście już coś podobnego?
Urdhr zbliżyła swoje niewidzące oczy do kądzieli dziewczyny i wciągnęła powietrze, obwąchując kilka splątanych ze sobą złotych nici.
To znak, że w Midgardzie właśnie narodził się śmiertelnik, którego dola na dobre i na złe połączyła się z losem wielkich królów i potężnej królowej. Będzie mu dane życie pełne przygód, łaska bogów i podziw śmiertelników... Zobaczy cuda tego świata, zazna miłości, przyjaźni i zdrady, niejeden raz zanurzy swój miecz w krwi wrogów, jak przystało na bohatera, który po śmierci ma zasiąść w Walhalli u boku Odyna... Lecz nim nadejdzie ten dzień, ty, Skuld, będziesz musiała przeciąć splątane nici i nigdy nie będziesz wiedziała, kogo pozbawisz w ten sposób życia!

Arne Ingvarsson, Saga o Bjørnie Stenskalle

Paweł Wakuła jako pisarz porusza się na granicy powieści i sagi królewskiej czy bohaterskiej, nawiązuje też do (chlubnej lub nie, według mnie cennej i ciekawej) dziewiętnastowiecznej tradycji europejskiej polegającej na tworzeniu... falsyfikatów średniowiecznych podań, utworów poetyckich, epickich czy innych skarbów kultury pisanej. Tłem wymyślonej przez autora akcji są niesnaski i sojusze panujące w jedenastowiecznej Europie: w krainach Polan, Normanów, Dunów, w wielu innych miejscach, które odwiedza Żyd Ibrahim, jedna z najciekawszych postaci, wędrowiec i (przypuszczalnie) szpieg znający każdego istotnego władcę i mający radę na wszystko. Podopiecznym Ibrahima zostaje kilkuletni Bjørn, którego my poznajemy kilkadziesiąt lat później, na początku XI wieku, jako siwego wikinga. Za więzienie (a może schronienie?) służy mu wówczas zrujnowany klasztor na wyspie Lindisfarne (Anglia). Stary woj ma sławę berserka, mężczyzny wpadającego w zwierzęcy szał, może też zmieniającego się w niedźwiedzia – to właśnie jego widzimy na okładce (autorstwa Marcina Minora) z niedźwiedzią głową. Bjørnowi towarzyszy ośmiu mnichów "rezydujących" na Lindisfarne, w miarę rozwoju fabuły stają się oni nie tylko słuchaczami dramatycznych, krwawych opowieści wikinga o jego młodości, ale także świadkami i uczestnikami sensacyjnych wydarzeń w czasie aktualnym. Aktorami w tym spektaklu są również czterej zbrojni wikingowie zesłani na wyspę z rosłym, groźnym, legendarnym wręcz Bjørnem jako jego strażnicy.
Retrospekcje Bjørna Stenskalle na żądanie Knuta Wielkiego (króla Danii, Anglii i Norwegii) spisuje opat Brendan. Wyjątkowo interesująco wypada właśnie opis procesu tworzenia historii o człowieku swoich czasów. Obserwujemy porozumienie łączące mnicha z wojownikiem, obustronną zgodę na swój los i tych losów połączenie. Przeplatają się tu relacje sojusznik-zdrajca (swoich zasad lub władcy), powiernik-doradca, obrońca-podopieczny, przy czym niekiedy ulegają one zamianie – niespodziewanie ten, który miał słuchać, zwierza się, a spodziewany złoczyńca okazuje się cennym pomocnikiem, nawet ratownikiem. Niespodzianki zdarzają się także w stosunkach między innymi postaciami, wiarygodnie zarysowanych, czasem pokazanych dokładniej. Autor rozpala naszą ciekawość i wyobraźnię pozostawiając wiele niedopowiedzeń, a portrety psychologiczne bohaterów są tak realistyczne, że czytając mieliśmy wrażenie kontaktu z żywymi osobami.

Dobrze byłoby też, gdyby znalazło się jakieś piwo – ciągnął wiking. – Opróżniliśmy do dna beczułkę, którą zabraliśmy ze statku, a wcale nie była pełna, bo jak dobrze wiesz, musieliśmy przedtem upić więźnia...
Brendan nie przerywał pisania, stawiał obok siebie równe, zaokrąglone litery, raz po raz maczając pióro w inkauście. Wiedział, jak taka czynność onieśmiela prostych ludzi.
Ojcze? – mruknął niepewnie woj. – Czy ty mnie słyszysz?
Brendan nieśpiesznie podniósł na niego wzrok, najwyraźniej ten człowiek rządził pozostałymi, bo wypowiadał się w ich mieniu. Właśnie jego należało przede wszystkim poskromić.
Jak ci na imię? – spytał.
Jestem Bork, syn Jorunda... – Mężczyzna oblizał suche spierzchnięte wargi. – Ci tutaj to Czarny Glum i Uve Krzykacz, tego zaś z obwiązaną gębą zwą Małym Ormem. Co będzie z naszym posiłkiem?
Brendan odłożył pióro i posypał pergamin drobnym piaskiem, żeby wchłonął inkaust. Nie śpieszył się, każda sekunda zwłoki coraz bardziej wyprowadzała jego rozmówcę z równowagi.
Ojcze...
Milcz! – głos opata zabrzmiał jak trzask bicza. – Muszę znać wasze imiona, bo właśnie piszę list do earla Northumbrii. Eryk z Lade musi dowiedzieć się o waszym niegodziwym zachowaniu! – Bork Jorundsson wytrzeszczył oczy, ale Brendan nie pozwolił mu ochłonąć. – Może wasi następcy będą zachowywali się lepiej!
Czterech mężczyzn wymieniło zdumione spojrzenia.
Nasi następcy?
A coś ty myślał? – Brendan roześmiał się wzgardliwie. – Że będę tolerował w opactwie podobnych łotrów? Mam nadzieję, że Eryk każe was wychłostać... Choć nie postawiłbym nawet oberżniętego pensa na to, że ujdziecie z tego z życiem! Napaść na ludzi będących pod ochroną opactwa Lindisfarne, kradzież owiec, awantury w poświęconym miejscu... Król Knut karze takie zachowanie gardłem!
Jak to owiec? To było tylko jedno małe jagnię! – wybełkotał Mały Orm.

Autor doskonale wywiązuje się także z roli historyka, sprawozdawcy dawnych czasów i zwyczajów, znawcy systemów wartości odmiennych od współczesnych. Poznajemy dzieje ziem polskich z innej, nierodzimej perspektywy. Paweł Wakuła detronizuje mity o początkach Polski, te wkuwane na pamięć dumne sformułowania o chrzcie, europejskości i światłości zeń płynących. Nas wychowano na skrótowej, szkolnej wiedzy, ale następne pokolenie, czytając dobrą młodzieżową literaturę historyczną, ma szansę na odejście od tej bezrefleksyjnej nauki. Jest to oczywiście bardzo optymistyczna wizja, bo samych zajęć z przedmiotu "Historia i społeczeństwo" w szkole podstawowej jest aktualnie mniej niż w moim dzieciństwie, trzeba więc wiedzieć, gdzie szukać skutecznych i ciekawych sposobów na poszerzanie żałosnej bazy (45 minut historii na tydzień w piątej klasie, 90 minut w szóstej klasie).
Przygody (i tragedie) Bjørna Stenskalle wplecione w wielką historię zapadają w pamięć, przybliżają funkcjonowanie machiny dziejów, pozwalają zrozumieć, jak w Europie kształtowały się rządy dynastii, ogromne i małe państwowości, narody. Są to historie opowiadane niczym legenda albo poemat epicki, taka "Kalevala" naszych czasów, niepozbawiona humoru i nowoczesnego myślenia o literaturze. Powieść "Bjørn – Syn burzy" zawiera nie tylko opis tak dziś modnych wierzeń skandynawskich (nordyckich) i słowiańskich, ale także szerszą charakterystykę trudnych czasów przejścia od pogaństwa do chrześcijaństwa, pokazanych czasem z etnograficzną precyzją, kiedy indziej zaś z przymrużeniem oka. Do konwencji bohaterskiej opowieści podanej półżartem pasują nawet tytuły rozdziałów, małe arcydziełka, sformułowane w sposób przemyślany, intrygujące, czasem w pełni zrozumiałe (w tym zabawne) dopiero po lekturze danego rozdziału.

Cieszę się twoim szczęściem, panie powiedział uroczyście Żyd. (...)
To tylko kolejna nic niewarta dziewczynka... – ciągnął Dobromir, pocierając z zakłopotaniem podbródek. – Mam ich już sześć, ale co zrobić, takie są wyroki boskie. Ten obmierzły cap Sulgast rozpowiada, że to klątwa za to, że w swoim czasie wyparłem się starych bogów, ale nie ma racji! Czyż nie składam obiat w świątyni na wzgórzu, tak jak to czynili moi przodkowie? Rok w rok darowuję Trzygłowowi dwanaście najlepszych jałówek i sześć beczułek miodu. A może nie dbam o siano i owies dla wyrocznego konia? Nie sądzę, żeby Trzygłów był ze mnie niezadowolony! Być może Sulgast wolałby, żebym kazał złożyć w ofierze człowieka, jak to bywało dawniej, ale na to niech nie liczy! My tu, w Brennie, jesteśmy dobrymi chrześcijanami!

Proza Pawła Wakuły nie zawsze jest wesoła, ale nigdy nie przestaje być fascynująca, wręcz uwodzicielska, nawet gdyby było to kuszenie niepokojące i ciut niemoralne. "Bjørn – Syn burzy" to jeden z niewielu znanych mi utworów literackich dla młodzieży, w których pojawia się miłość zmysłowa, bez sztucznego romantyzmu, po prostu prawdziwe nastoletnie pożądanie. Oczywiście takie ujęcie może zbulwersować część dorosłych czytelników, podobnie jak fizyczność i dosadność w scenach batalistycznych oraz innych związanych z wojaczką. Do mnie i mojego syna te obrazy przemawiają, wydają się nam potrzebne i dobrze umotywowane, stanowią po prostu istotny element obrazu Europy w powijakach, występnej, prymitywnej, innej niż znamy z dumnych pocztów władców i dynastii. Zwłaszcza że w najpopularniejszych źródłach wiedzy niewiele się wspomina o bastardach, nieślubnych synach władców, którzy w historii Bjørna grają pierwsze skrzypce.
Kolejnym zaskoczeniem, jakie przyniosła mi lektura "Syna burzy", był wizerunek starości poczciwej, trochę zagubionej, zdziecinniałej, graniczącej ze śmiercią. Taki obraz rzadko zdarza się w książkach dla młodych czytelników, przypominam sobie tylko stetryczałego staruszka z opowieści o córce burzy – "Ronji, córki zbójnika". U Astrid Lindgren był Łysy Per, Paweł Wakuła przedstawił nam brata Kaliksta. Narrator zręcznie przełącza się na myślenie poszczególnych postaci, pokazując ich sposób postrzegania i odczuwania świata, a mnie najbardziej wzruszyło właśnie to, co w duszy Kaliksta gra.

Rzeka płynęła, klasztor trwał, a tymczasem on z małego chłopca zmienił się w mężczyznę, potem starca. Wreszcie kazano mu resztę życia spędzić na Lindisfarne... Dlaczego?

Kalikst poruszył się niespokojnie. Nie lubił tej wyspy, wszystko było mu tu obce. Jego młodsi bracia szeptali coś po kątach, a on miał już słaby słuch i nie wiedział, o co im chodzi, był pewien, że śmieją się z niego. W wieży mieszkał siwy wiking, który posiadł jakąś straszną tajemnicę. Dionizy, Cynebald, Euzebiusz, Remigiusz, Anzelm i Will... Oni wszyscy skradali się pod drzwi jego celi, żeby posłuchać, co ma do powiedzenia. Po co?
Wiedziony impulsem, Kalikst wstał z pryczy i zapalił kaganek. Przeszedł przez pusty refektarz i wyszedł na wewnętrzny dziedziniec. W oknie narożnej wieży nie paliło się światło, ale mimo to zaczął wspinać się na schody. Ostrożnie i powoli, czyli tak jak zwykle, bo od jakiegoś czasu nogi zaczęły odmawiać mu posłuszeństwa. W słabym świetle widział, że schody są dziurawe, ale nie bał się. W jego wieku niewiele było rzeczy, których warto było się bać.
Udowodnię im wszystkim, że nie jestem gorszy... – szeptał sam do siebie.
Gdy mijał okno, jakiś podmuch zgasił płomień. Staruszek zawahał się, teraz naprawdę miał kłopoty. Nagle opuściła go cała złość, jedyne, czego teraz pragnął, to z powrotem znaleźć się w łóżku pod ciepłym kocem z owczej wełny. Ostrożnie odwrócił się na pięcie i, macając dłonią po ścianie, zaczął schodzić z wieży. Wciąż jeszcze nie bał się. Nie było czego.
Szło mu dobrze, ale mimo to zatrzymał się. Wydało mu się, że cień przed nim jest czarniejszy niż powinien. Wyraźnie słyszał czyjś stłumiony oddech, a może to był tylko szum wiatru. Ostrożnie wyciągnął przed siebie drżącą rękę.

Lektura "Bjørna" uświadamia, jak złożona i wymagająca jest praca pisarza. Po pierwsze, dostrzegam ogrom pracy badawczej, jaką autor musiał wykonać przygotowując materiały do książki. Jednak rekonesans (teoretycznie) może przeprowadzić każdy, trudniej napisać utwór o walorach artystycznych. Po drugie zatem, docenić należy koncept powieści, dwutorowy sposób prowadzenia narracji (obie płaszczyzny akcji są równie ciekawe!), głębię fabuły, przy zachowaniu jej przejrzystości, język (archaizowany, kiedy trzeba) oraz humor "Syna burzy". Książka Pawła Wakuły sprawiła ogromną przyjemność mojemu dwunastoletniemu synowi, najbardziej docenią ją właśnie oczytani chłopcy w tym wieku i starsi fascynaci bohaterskich przygód z przeszłości. Oczywiście nie wykluczam żeńskiego grona czytelniczego, sama należę do (zapewne) najzagorzalszych fanek Bjørna.

Przed zajęciami ojca Wicelina Luca podszedł do mnie z nadąsaną miną.
Gdzie mój chleb? – spytał.
Tutaj! – roześmiałem się, głaszcząc się po brzuchu. – Naprawdę myślałeś, że ci go oddam?
Poczerwieniał z gniewu i zamierzył się na mnie pięścią, ale ja nie czekałem, aż wyprowadzi cios, skoczyłem do przodu i z całej siły grzmotnąłem go w nos.
Luca chciał złapać mnie wpół, ale ja już wskoczyłem mu na plecy, złapałem za szyję i zacząłem okładać kułakiem po tłustym karku. Mój prześladowca ryczał z wściekłości, ale nie mógł mi nic zrobić.
Kilku wyrostków z bandy, której przewodził Luca, jakiś chłopak z Rawenny i dwaj Niemcy, rzuciło się, żeby ściągnąć mnie z jego pleców, ale Bolko, niewiele myśląc, przewrócił im pod nogi ławę. Natychmiast z dzikim krzykiem doskoczyli do nich synowie księcia Rasława i zaczęli walić, ile wlezie. W sali rozpętała się istna bitwa, Wieleci rzucili się na Obodrzyców, Sasi na Turyngów, Longobardowie na Rzymian, drewniane pulpity łamały się z trzaskiem, a wzbity z podłogi kurz skrył walczących. Tamtego dnia wszystkie sąsiedzkie spory i plemienne waśnie wybuchły ze zdwojoną siłą. Nasi ojcowie byliby z nas dumni.

Mocną stroną powieści i bodaj ulubionym wątkiem mojego syna jest braterstwo książęcych synów, chłopców przetrzymywanych jako zakładnicy wysłani cesarzowi niemieckiemu przez własnych ojców. Akcja prowadzona w Zamku Sokołów (Falkenburgu) obfituje w sceny zabawne, dynamiczne, przepełnione atmosferą młodzieńczej przyjaźni, która później może przetrwać najtrudniejsze próby. Czy tak będzie, jeszcze nie wiemy, ponieważ książka nie pomieściła całej relacji starego wikinga o jego dzieciństwie i wczesnej młodości. W "Bjørnie – Synu burzy" zostało zawiązanych kilka bliskich znajomości, sojuszy i wątków, których rozwinięcia nie możemy się doczekać, bo powieść kończy się wieloma znakami zapytania, a autor oznajmiał w mediach, że pracuje nad jej kontynuacją. Póki co snujemy domysły, różne wersje zdarzeń z życia Bjørna Stenskalle, jakbyśmy dalej czytali opowieść o nim. I to też jest świetna zabawa.

Bożena Itoya

Paweł Wakuła, Bjørn – Syn burzy, okładka: Marcin Minor, Wydawnictwo Literatura, Łódź 2018.

czwartek, 3 stycznia 2019

Lutek i ciotka Józefina


Danuta Parlak znana jest jako autorka ciepłych, delikatnie przygodowych historii z przesłaniem dla młodszych dzieci. Również zilustrowany przez Jonę Jung zbiór opowiadań "Lutek i ciotka Józefina" spodoba się przede wszystkim przedszkolakom i czytającym z nimi rodzicom, dziadkom, wychowawcom czy animatorom. Jest to lektura pobudzająca do śmiechu, małych rozmyślań, rozmów, rysowania i budowania własnych scenek teatralnych. Autorka uczyniła bowiem bohaterami różne sympatyczne stworzonka, przyjazne i bliskie małym dzieciom, mające podobne do nich rozterki oraz sposób myślenia. Lutek, Unka, pająk Ksawery, mrówki Ambroży i Kajetan, państwo Robakowie czy państwo Żukowie są mieszkańcami ogrodów, jakich wiele w naszym kraju, a dzieci: Tosia i Tymek – bywalcami tych zielonych przystani najlepszej zabawy. Jedni mają swoje plany i ambicje, innym zależy tylko na szczęśliwym trwaniu w zgodzie ze sobą i z sąsiadami. Starsi czytelnicy mogą dostrzec podobieństwo "Lutka i ciotki Józefiny" do "Bajek z mchu i paproci" czy serii o Muminkach, bo też postacie stworzone przez Danutę Parlak (i Jonę Jung) przypominają usposobieniem czy humorkami Żwirka, Muchomorka, Małą Mi, Filifionkę, Paszczaka i inne skrzaty oraz trolle.

Mucha-bzyczucha – wymamrotała Unka, dając upust swojej złości. I na Lutka, i na muchę. (Niby jak może nam pomóc? No, jak...?)
Franciszka – przedstawiła się mucha.
Co to za imię? – Skrzywiła się Unka. – Najgłup... – urwała, widząc ostrzegawczy wzrok Lutka.
Po prababci – wyjaśniła mucha. – Francesca. Prababcia pochodziła z Włoch.
Franczeska-bzyczeska – wymamrotała pod nosem Unka. (Niech sobie Lutek nie myśli, że będzie mi dyktował, co mam robić).
Mówiłaś coś? – Lutek spojrzał wymownie.
Skąd – zaprzeczyła Unka. – To znaczy, chciałam powiedzieć, że... bardzo melodyjne jest to Twoje bzyczenie. Takie... miłe dla ucha.
Taaak – mucha spojrzała na Unkę z zainteresowaniem.
Nie przesadzaj z tym entuzjazmem w drugą stronę – wyszeptał Lutek. Ale wydawał się udobruchany.
Nooo, takie bzyczenie z włoskim akcentem – ciągnęła Unka. Bzyczando italiando – dodała w myślach. – Do czego ten Lutek jeszcze mnie zmusi?
Bo ja z babcią dużo bzyczałam po włosku – wyznała zadowolona Franciszka. – Pobzyczeć wam?

Trzy utwory zgromadzone w "Lutku" to spokojne opowiastki bez zbędnych fajerwerków. Wywołują poczucie pogodnej harmonii, określiłabym je raczej jako bajki kojące niż porywające przygodą. Tu nie ma mowy o wartkiej akcji, są za to przyjacielskie zabawy i pogadanki. I tajemnicza ciotka Józefina. Ta ostatnia nie ukazuje się nam pod ludzką, robaczkową czy inną postacią, a jedynie jako hasło, symbol porządku i zasad, postrach burzycieli ogrodowego miru.

Natychmiast wyniesiesz się z ogrodu, albo – pani Żukowa zawiesiła na chwilę głos – albo wezwę CIOTKĘ JÓZEFINĘ! – zagrzmiała.
Efekt był błyskawiczny i zupełnie nieoczekiwany. Wirek gwałtownie pobladł, czułki zaczęły mu dygotać i w okamgnieniu z butnego, aroganckiego Wirka Szkaradniaczka zmienił się w oklapłe, roztrzęsione chuchro, które ledwo trzymało się na nogach. Kimkolwiek była ciotka Józefina, miała potężną moc. Większą niż superspryskiwacz.

Łagodnej, wesołej i niewydumanej prozie towarzyszą znakomicie dopasowane, proste, kolorowe malunki Jony Jung. Znana ilustratorka, którą mój syn uwielbiał w swoich przedszkolnych latach, jak zwykle przedstawia pozytywny obraz świata – trochę w duchu malarstwa naiwistów, idealnie "w klimacie" twórczości dzieci. Najmłodsi właśnie tak postrzegają świat, Jona Jung oraz Danuta Parlak potrafią przeniknąć do wyobraźni maluchów i podzielić się nią na kartach książki. Nawet jeśli nie macie w rodzinie przedszkolaka, z którym moglibyście poczytać i pooglądać "Lutka i ciotkę Józefinę", można samemu sobie przypomnieć, jak to było mieć kilka lat, leżeć na trawie i rozmyślać nad szelestem liści, zapachem owoców i kwiatów, właściwościami ludzi oraz stworzeń, a w dowolnie wybranej chwili wspiąć się na jak najwyższe drzewo. Polecam tę literacko-plastyczną zieloność oraz beztroskę zwłaszcza na chwile, w których zima ciąży, szaruga zza okna przenika do środka nas i psuje nastrój. Na mnie terapia ogrodem Lutka podziałała znakomicie.

Bożena Itoya

Danuta Parlak, Lutek i ciotka Józefina, ilustracje Jona Jung, Wydawnictwo Literatura, Łódź 2018.

Wilczki Wilkonia


Książka "Wilczki" adresowana jest do najmłodszych czytelników, a właściwie nawet do tych dzieci, które tylko słuchają i oglądają, a jeszcze nie czytają. Svenja Herrmann napisała (pierwotnie w języku niemieckim) ładną, prostą opowiastkę do obrazów Józefa Wilkonia, całkiem dojrzałych, bo liczących sobie ponad 40 lat. Wilczki są cztery, w trakcie lektury często je liczymy – z autorką i ilustratorem, bo oboje równolegle prowadzą nas coraz głębiej w leśną przygodę. A do jej rozpoczęcia potrzebny będzie tylko jeden krok jednego z wilcząt.

Pewnej rozgwieżdżonej nocy młoda wilczyca obudziła się w swojej norze. Jej matka była właśnie na polowaniu, więc szczenię odważyło się zrobić krok w stronę wyjścia. Powiew słodkiego wiosennego powietrza uderzył je w nozdrza, na co młode zaskomlało.

Stylizacja narracji na dawną przypowieść o zwierzętach, taką daleką krewną utworów Rudyarda Kiplinga (z powodu tematu nasuwa się też skojarzenie z "Białym Kłem" Jacka Londona, ale to jeszcze odleglejsze powiązania), powoduje pewną archaizację języka. Zabieg ten pasuje do poetyckiego obrazu nocnej kniei, odmalowanego i słowem, i pędzlem. Tekst pozostaje zrozumiały nawet dla maluchów i uniwersalny, ponieważ badanie świata na własną rękę (lub łapę) dotyczy wszystkich młodych.

I znów zobaczyły cztery wodne wilczki, które łypały na nie ciekawskimi oczkami. Cóż robić? Trzeba wskoczyć do jeziorka i zawrzeć przyjaźń. Jeden, dwa, trzy, cztery! Ale nikt się nie ruszył.
Wtedy mała przewodniczka zdobyła się na odwagę i pierwsza wskoczyła do wody.
Jeden, dwa... Trwało to wprawdzie nieco dłużej, ale zabrzmiało i "trzy".
Jeden, dwa, trzy, cztery! Serca waliły jak szalone.

Historia podróżujących i w pewnym momencie zagubionych w lesie wilczków okazała się łagodna, nieskomplikowana oraz wyważona, bo choć raczej pouczająca, to zdarzają się i fragmenty humorystyczne. Mali miłośnicy natury znajdą w niej tchnienie wolności nieskażone ludzką ingerencją, puszczański mikrokosmos, pewnie zechcą się przyłączyć do wilczego zewu szczeniąt i ich matki. Bo też opowieść oczywiście ma szczęśliwe zakończenie, z zapachem domu i matczynym ciepłem.
Wielbiciele malarstwa i grafik Józefa Wilkonia zastaną w "Wilczkach" wszystko to, co najbardziej "Wilkoniowate". Rozmyte kształty zwierząt, ich charakter oddany jakby kilkoma maźnięciami pędzla – niby to oczywiste, ale jakoś nikt inny tak nie potrafi. Wilki Wilkonia są bardzo... wilcze, zwierzęce, artysta nie próbuje robić z nich dziecięcych maskotek, pozostają dzikie, należą tylko do siebie. Atmosferę książki tworzą i portrety zwierząt, i obrazy puszczy, przy czym bardzo istotne są barwy, te rozmaite szarobure tonacje sierści, ściany drzew, ściółki, nieba. Widać, że wilczki należą do lasu i las do nich, stapiają się ze sobą, tworzą zgodną całość, złożoną jednak z niezależnie bytujących elementów. Relację tę można w pewnym stopniu przenieść na płaszczyznę książki, bo też tekst "Wilczków" dobrze współgra z ilustracjami, chociaż właściwie słowa nie są tu konieczne. Józef Wilkoń słusznie został wskazany na okładce i stronie tytułowej nie jako ilustrator, ale współautor, dla mnie jest nawet głównym twórcą tej publikacji.
Bożena Itoya

Svenja Herrmann, Józef Wilkoń, Wilczki, tłumaczyła Anna Urban, Media Rodzina, Poznań 2018.

niedziela, 23 grudnia 2018

Kuba niedźwiedź. Historie z gawry


Autorka "Kuby niedźwiedzia. Historii z gawry" jest dziennikarką i dlatego jej książka ma podwójny, jeśli nie potrójny charakter. Publikacja składa się z opowiadań, fikcji literackiej nawiązującej do prawdziwych zachowań polskich niedźwiedzi, oraz rozdziałów "reporterskich", wyróżnionych innym kolorem czcionki. Fragmenty relacjonujące wydarzenia odnotowane przez obserwatorów przyrody i pracowników Tatrzańskiego Parku Narodowego to materiał popularnonaukowy, silnie dydaktyczny, podany swobodnym językiem, ale zawierający wiele bezpośrednich zwrotów do czytelnika (pamiętaj, nie należy, najlepiej zachowywać się...). Literackim partiom tekstu towarzyszą liczne ilustracje autorstwa Anny Łazowskiej.

A przecież to jemu, Kubie, należały się brawa. Był od brata silniejszy, sprawniejszy, no i o cały rok starszy. Niestety nie czuł się doceniany.
To niesprawiedliwe, wkurzające! Mógłbym go trzasnąć, a przynajmniej wrzucić w gniazdo os. Niech sobie potem moczy w potoku pokłuty zad.
Młodszy brat potrafił go wkurzyć tak bardzo, że potem Kuba chodził zły przez cały dzień. Mama, a nawet ta głupia wiewióra, którą nazywał Wióra, nie były lepsze.

Renata Kijowska podjęła się trudnego zadania spojenia wiadomości przyrodniczych z duchem reportażu i twórczością literacką. W publikacji czuć misję, jako książka szerząca wiedzę jest na pewno skuteczna i wartościowa (nawet ja dużo się z niej nauczyłam), jednak pod względem formalnym zamiar autorki nie do końca się powiódł. Książka "Kuba niedźwiedź" rozumiana jako utwór literacki ma szereg niedociągnięć, przede wszystkim warsztatowych i językowych (zwłaszcza stylistycznych). Narrator nie może się zdecydować, czy ma wgląd w myśli postaci (i których), czy nie. Potoczne zwroty i składnia (a właściwie jej brak) jakoś tu nie pasują, burzą harmonię, zdają się być wtrącane na siłę, by pozyskać dziecięcego czytelnika. Ciągłe przejścia od właściwej historii do dygresji zoologicznych autorki jeszcze potęgują wrażenie szorstkości tekstu, jego fabularnych dziur, przeskoków w czasie, ogólnego braku płynności.

Mama. Wielka, miękka i taka ciepła. Właściwie Kuba mógłby nie wychodzić z gawry, tylko tak spać wtulony, myśląc, że ma ją tylko dla siebie, że nie musi się tym ciepłem dzielić. Ale przyszła wiosna i wszystko zepsuła. Porzucili gawrę i ćwiczą.

Łagodność fragmentów opowieści skonfrontowana z późniejszymi dramatycznymi losami bohaterów nasuwa pytanie o wiek czytelników, który trudno mi określić. Pamiętam, że jako dziecko strasznie płakałam nad losem Dżekiego i Nuki z telewizyjnego serialu animowanego, przedszkolne maluchy i młodsi uczniowie szkoły podstawowej mogą jeszcze głębiej przeżyć przygody Kuby, jego brata Benka, ich mamy i przyjaciół (lisa i wiewiórki), bo w książce nie ma niedomówień czy metafor dostępnych twórcom filmu. Reality show z Tatr porusza bardzo poważne zagadnienia: żywienie się dzikich zwierząt na ludzkich śmietnikach i inne przejawy szkodliwego przenikania się światów człowieka i niedźwiedzia, kłusownictwo, obserwowanie mieszkańców lasu przez przyrodników używających nowych technologii (fotopułapki, obroże), życie i zachowania zwierząt urodzonych na wolności po przeniesieniu ich do ogrodu zoologicznego. Śmierć, przemoc oraz szaleństwo są elementami tej historii i zostają opisane bez ogródek. Książka "Kuba niedźwiedź" jak najbardziej może być czytana dzieciom i przez dzieci, jednak rodzice muszą wcześniej ocenić, czy wrażliwość potencjalnych czytelników jest odpowiednia dla tej lektury.

Gdy mężczyźni zbliżyli się do ogrodzenia, mama Kuby i Benia zobaczyła ich kątem oka. Coś w niej jakby drgnęło. Ale nie było to radosne ożywienie. Poderwała się z legowiska pełna wściekłej furii. Znów jak pierwszego dnia zaczęła biegać wzdłuż ogrodzenia.
Mamo, przestań – wołał Kuba przez łzy.
Mówiliśmy pani, ze takie kręcenie się w kółko zwyczajnie nam przeszkadza, o ryku nie wspomnę – wtrącił bez sensu Bolo.
Ale ona nie słuchała. Ich mały wybieg otaczała fosa. Nagle cofnęła się, rozpędziła. Wyglądało to tak, jakby miała zamiar przeskoczyć fosę, ogrodzenie, całe zoo...

Bardzo mocną stroną "Historii z gawry" są ilustracje. Anna Łazowska jest dla mnie graficznym objawieniem roku w książce dla dzieci ("Kuba niedźwiedź" to jej debiut w dziedzinie ilustracji książkowej dla młodych). Artystka operuje barwami dnia oraz nocy, wiosny, lata i jesieni, pokazując ich urok lub grozę, rozmaite rodzaje światła i cienia. Niemal odczuwamy ciepło letniej polany, zapach nocnej mgły albo jesiennego lasu, a na widok rzęsistego deszczu naprawdę się wzdrygnęłam. Matowa, ciemna okładka na pierwszy rzut oka może się wydać odrobinę ponura, ale proszę się jej dokładnie przyjrzeć: po pierwsze, ilustracja przedstawia noc w górach, podczas której jedynym oświetleniem jest księżyc, po drugie zaś, widzimy las i zwierzęta, którym człowiek wydarł kawałek domu. Jak na taką scenerię i nastrój, grafika Anny Łazowskiej i tak jest nadspodziewanie świetlista i pozytywna, pięknie wypada też tytuł złożony ze słomiano-księżycowych, lakierowanych liter. Po otwarciu książki trafiamy na ciekawe, nieco folklorystyczne wyklejki, które zapowiadają sympatię ilustratorki dla fioletów, często wracających w całej książce. Wewnątrz znalazło się mnóstwo kolorowych, choć stonowanych ilustracji. Są to obrazki artystyczne, ale podobające się dzieciom, nie nazbyt słodkie, w sam raz poetyckie i nowoczesne. Nawet małe niedźwiedzie pozostają groźnymi, dzikimi zwierzętami, a nie słodkimi misiami, choć wzbudzają wielką sympatię młodego czytelnika. Każdą z ilustracji oglądałam już po kilka razy, pochylając się to nad nasyceniem barw, to nad przepływem światła przez szpary w ścianie lasu, chmur czy w drewnianym ogrodzeniu, albo też przyglądając się sposobom pokazywania ruchu i ujęciom statycznym; kiedy indziej przekartkowałam całą książkę, by przyjrzeć się wszystkim odcieniom nieba, innym zależnie od miejsca akcji, trochę odzwierciedlającym nastroje bohaterów. Potem na stronie internetowej ilustratorki zobaczyłam, jak powstawały te prace i nie mogę się doczekać, kiedy galeria zostanie wzbogacona o kolejne ukończone projekty grafik w książkach dla dzieci.
Bożena Itoya

Renata Kijowska, Kuba niedźwiedź. Historie z gawry, ilustrowała Anna Łazowska, Znak Emotikon, Kraków 2018.