cudanakiju.pl

cudanakiju.pl

sobota, 29 lutego 2020

S.T.A.G.S


Powieść "S.T.A.G.S" angielskiej pisarki M.A. Bennett jest jedną z najlepiej trafiających w nasze gusta publikacji młodzieżowych wydanych w 2019 roku. I ja, i mój trzynastoletni syn naprawdę daliśmy się wciągnąć tej historii, poddaliśmy się lekturze w pełni, bez żadnych uwag i niemal bez przerw. Cóż, uwielbiamy thrillery w kinie, ale jeszcze nigdy nie trafiliśmy na książkę tak filmową, trzymającą w napięciu, w sam raz nieprzewidywalną i niepokojącą. Fankami dziesiątej muzy i specjalistkami od niej są zarówno autorka, jak stworzona przez nią protagonistka: Greer, musiało więc zaiskrzyć, gdy trafiły na czytelników, którzy chodzą do kina na 30-50 filmów rocznie (a jeszcze więcej kupują i oglądają na DVD). Mimo że często nie znaliśmy obrazów, do których odnosiła się bohaterka w toku powieści.
Greer przytrafia się to, czego obawia się najbardziej każdy nastolatek: mając nadzieję na akceptację i przyjaźń rówieśników z "fajnego towarzystwa", daje się im wkręcić, stając się tak naprawdę ofiarą drwin. I nie tylko drwin, jak okaże się z czasem. Wcześniej doświadczymy z bohaterką różnych poziomów złośliwości, ironii i zażenowania. A wszystko zaczyna się, jak to często bywa w książkach czy filmach, od nowego początku: roku szkolnego, szkoły w ogóle. Greer otrzymuje stypendium w STAGS, renomowanej szkole imienia św. Aidana Wielkiego, założonej w VII wieku, pełnej jelenich poroży i dziwnych, surowych tradycji, często związanych z religią. Trymestry mają tu własne nazwy, budynki ‫– imiona, korytarze internatu wyposażone są w boazerie i dębowe drzwi, natomiast starsi uczniowie posiadają bardzo rozbudowane poczucie własnej wartości i reprezentują snobizm najczystszej próby. Zwłaszcza członkowie elitarnej kasty szkolnej: Ludzie Średniowiecza, otoczeni są aurą bogactwa, niedostępności, wszelkiej wyjątkowości i cesarskiej wręcz władzy. To ich króla od pierwszych dni bytności w szkole podziwia Greer, podkochuje się w nim, aż nagle otrzymuje od niego, samego Henry'ego de Walencourt, zaproszenie na weekendową imprezę w rodzinnej posiadłości.

Potwierdzenie udziału? Ale komu? – zdziwiłam się. – Nie ma nadawcy.
Dlatego, że wszyscy wiedzą, kto rozsyła te zaproszenia – poinformowała mnie Jesus. W jej głosie znowu zabrzmiał pogardliwy ton. – To Henry.
Jak już mówiłam, w STAGS był tylko jeden Henry. Czarne, tłoczone litery tańczyły mi przed oczami. Powinnam od razu się domyślić. Hasło: "polowanie strzelanie wędkowanie" brzmiało niemal jak żart. Brakowało w nim wielkiej litery i znaków interpunkcyjnych. Ale Ludzie Średniowiecza nie popełniali błędów. Jeżeli się mylili (...) – robili to z premedytacją. Henry specjalnie wyliczył te krwawe sporty w taki sposób, jakby wypowiadał je jednym tchem.
(...) – Henry de Walencourt zawsze zaprasza wybranych pierwszoklasistów do swojego domu na weekend Michaelmas justitium, który przypada na sezon łowiecki. Jeżeli udowodnisz swoją wartość w łowach i dasz się polubić jako człowiek, to w przyszłym roku, kiedy przejdziesz do drugiej klasy, możesz zostać Człowiekiem Średniowiecza.
Prawdziwa rozmowa ze współlokatorką była dla mnie czymś nowym, jednak siedziałam cicho i próbowałam przetrawić tę rewelację.
Pojedziesz, prawda? – Jesus nie dawała mi spokoju. – Logcross podobno jest cudownym miejscem. Absolutnym wyznacznikiem luksusu.

Po ciekawym, treściwym, niezbędnym i budującym napięcie sześćdziesięciostronicowym wprowadzeniu bohaterka ląduje we wspaniałym Longcross wraz z Ludźmi Średniowiecza i dwójką innych uczniów spoza elity. Przez jakiś czas jesteśmy zieloni jak Greer, nie wiedząc, w jakiej zabawie uczestniczy i co to za polowanie ma się rozegrać. Szybko okazuje się, że dziewczyna będzie bardzo potrzebować przyjaciół, a oni jej. Wzajemne wsparcie, jakiego udzielają sobie Greer i jej towarzysze weekendowego "wypad(k)u" : Nel oraz Shafeen, budowane powoli zaufanie i różne więzi są spoiwem historii, elementem ważnym na równi z dynamiczną i tajemniczą akcją. A ta stoi pod znakiem sadystycznych rozrywek prowadzących do śmierci, przed czym zostajemy ostrzeżeni już na pierwszej stronie powieści. Nie jest to zatem historia dla młodszej młodzieży ani czytelników o słabych nerwach. Sklasyfikowanie "S.T.A.G.S" jako thriller jest jak najbardziej słuszne.

Przypomniałam sobie, co czułam, kiedy trzymał mnie w objęciach bardzo realistyczne przyjemne emocje, które zabiła śmierć jelenia. Jakby słysząc moje myśli, Henry wstał i uniósł kieliszek.
Chciałbym wznieść bardzo szczególny toast – zapowiedział. – Za Greer, świeżo upieczoną łowczynię, która już na pierwszej wyprawie ustrzeliła jelenia. – Popatrzył na mnie szczerymi, błękitnymi oczami i znowu poczułam że moją duszę spowija coś ciepłego, miłego. – Panie i panowie, przedstawiam państwu Greer McDonald, zdobywczynię trofeum.
Nie byłam pewna, jak zareagować, więc siedziałam jak głupol, a tymczasem oni wstali i wznieśli kieliszki. Powtórzyli moje imię oraz to cudaczne wyróżnienie, cały czas gapiąc się na mnie. Potem opróżnili kieliszki i usiedli przy wtórze braw. Sytuacja była surrealistyczna. Do tej pory jeszcze nikt nie wznosił za mnie toastu, ale szkoda, że nie było ku temu innej okazji. W tamtej chwili wydawało mi się, że Henry chciał się zachować szarmancko, ale zdecydowanie wolałabym, żeby sobie odpuścił – lepiej, żeby sobie przypisał całą zasługę, bo z nią wiązało się poczucie winy.
Dalej było jeszcze gorzej. Dwaj lokaje wnieśli czarną księgę i otworzyli ją przed Henrym na właściwej stronie. Tom wyglądał na bardzo stary. Jego okładki były obciągnięte postarzałą skórą zwaną morocco w czarnym kolorze wpadającym w zieleń. Trzeci lokaj podał Henry'emu pióro. Wprawdzie nie było to gęsie pióro, ale i tak wyglądało na najstarszy przybór do pisania, jaki można sobie wyobrazić. Tego rodzaju piórem wiecznym ministrowie podpisywali po wojnie traktaty pokojowe.
Co się dzieje? – zapytałam Esme.
Henry wpisuje cię do dziennika łowów.
O Jezu!
Tylko moje nazwisko?
Nie, głuptasko – odparła. – Datę. Kto uczestniczył w polowaniu. Upolowaną zwierzynę, liczbę sztuk. Twoje nazwisko też. Jako osoby, która oddała decydujący strzał.
"No to świetnie" – pomyślałam. "Moje morderstwo dosłownie zostało uwiecznione w księgach historycznych".

No dobrze, młodzi zajmują się krwawymi sportami, a gdzie są wtedy rodzice? Brak dorosłych, w wielu książkach dla młodzieży (lub dzieci) niezrozumiały, chaotyczny, argumentowany źle lub wcale, tu jest wyjaśniony dobrze, a w pewnym momencie okazuje się nawet pozorny. Greer chodzi do szkoły z internatem, bo jej ojciec podróżuje zawodowo, łączy go jednak z córką silna więź i nawet filmowe fascynacje zrodziły się u niej właśnie dzięki rozmowom i seansom z tatą. Informacje te zyskujemy w miarę rozwoju akcji, podobnie jak dane na temat rodziców Nel i Shafeena, no i gwiazdora Henry'ego.

Czyli czym dokładnie zajmuje się kamerzysta?
Odrzuciłam myśl, by sarkastycznie stwierdzić, że kamerzysta to zgodnie z nazwą człowiek, który obsługuje kamerę.
Robi zdjęcia do filmów przyrodniczych, które znasz z telewizji: Davida Attenborough, Planety Ziemi, Autumnwatch i innych.
Codzienna rzeczywistość pracy mojego taty przedstawia się tak, że czasami trzeba czekać trzy dni, aż jaszczurka wyjdzie z nory, żeby nakręcić trzy sekundy ekscytującego materiału, na którym wąż próbuje ją pożreć, ale większość ludzi reaguje dość entuzjastycznie, kiedy im mówię, czym tata się zajmuje. Piers w ogóle nie okazał emocji.
Dużo wie o przyrodzie, prawda?
Tak. Zawsze, kiedy wraca z planu filmowego, opowiada mnóstwo historii. Obecnie jest w Chile, gdzie filmuje jaskinie nietoperzy. – Znowu przyszedł mi na myśl Wayne Manor. – Słyszałeś, że w dziewiętnastym wieku kupa nietoperzy była cennym towarem? Nazywano ją guanem. Ludzie używali jej jako nawozu, a kupcy wypełniali nią ładownie statków i rozwozili po świecie.
To rozbawiło Piersa. Znów zaśmiał się w ten swój dziwaczny sposób, który brzmiał jak krzyk, i pokręcił głową.
Gówno nietoperzy! – powiedział. – Naprawdę?
Tak. Albo coś takiego: skorpion spryskany choćby najmniejszą ilością alkoholu wariuje i moze sam siebie śmiertelnie ukąsić.
Będę o tym pamiętał.
A jelenie... – mówiłam dalej. – Tata powiedział mi, że ścigane zawsze biegną w kierunku wody, a potem stoją w niej, żeby psy zgubiły trop. To instynktowna taktyka.
Piers uniósł zrośniętą brew.
To akurat wiedziałem.
Z jego słów sączyła się ironia. Kopnęłam się pod stołem. No oczywiście, że wiedział. Jelenie patrzyły na nas ze wszystkich ścian, a nazajutrz mieliśmy upolować kolejnego. Piers na pewno znał się na tym już od dziecka.

Spodobało mi się tempo tej powieści i jej równość, oraz to, że szybko i trwale polubiliśmy bohaterkę, w tym dystans dziewczyny do siebie i własnych romantycznych wzlotów, które w licznych książkach młodzieżowych zaklejały nam całą relację dziewczęcej narratorki grubą, niemożliwą do przełknięcia warstwą lukru. Greer zakochuje się i odkochuje, mówiąc o tym jakoś naturalnie i przekonująco. Najciekawsze jest jednak, jak wpada w rożnego rodzaju pułapki psychologiczne i towarzyskie, a pod koniec nawet polityczne. To bardzo realistyczne sidła, rozstawiane przez doświadczonych kłusowników polujących na dobrą, ale zbyt ufną młodzież – literacką i rzeczywistą, która chce obalać stary porządek i dokonywać rewolucji: małych lub wielkich, ale zawsze służących poprawie sytuacji uciśnionych.
Niełatwo było wtłoczyć te wszystkie wątki w jeden utwór i zachować wiarygodność oraz wzbudzić zapał czytelnika, ale autorka tekstu i autor polskiego przekładu osiągnęli pełen sukces. Tłumacz powieści, Maciej Potulny, wykonał kawał dobrej roboty. Spolszczona wersja książki jest lekturą płynną, niepomijającą angielskich gier słownych i łacińskich nazw, ale wplatającą je w przekład tak, że wszystko zostaje wyjaśnione. Oczywiście poza kwestiami, które pozostawiono nam do samodzielnego rozważenia oraz sekretami, jakie być może rozpracujemy z Greer w kontynuacji jej przygód. Po znakomitym debiucie, M.A. Bennett niedługo zabłyśnie na polskim rynku drugą powieścią: "D.O.G.S", którą wydawnictwo Media Rodzina opublikuje w maju 2020 roku. Czekamy!

Bożena Itoya

M.A. Bennett, S.T.A.G.S, tłumaczył Maciej Potulny, Media Rodzina, Poznań 2019.

Leśne wędrówki


"Leśne wędrówki" Marii Dunin-Wąsowicz (tekst) i Elżbiety Wasiuczyńskiej (ilustracje) są ciekawym eksperymentem edukacyjnym. Po pierwsze, publikacja ta uczy, że książka dla dzieci mimo posiadania tradycyjnych składników: tekstu i ilustracji, może być kompozycją co najmniej niekonwencjonalną. Otóż tekst zaledwie wyziera tu zza obrazu, który spokojnie mógłby sobie poradzić sam. Narrator z offu, niczym w filmie przyrodniczym, informuje nas, co się dzieje, ale przecież i tak dobrze widzimy i wczuwamy się w zieloność. Bo "Leśne wędrówki" pękają od różnych odcieni zieleni i odblasków dnia oraz nocy, zmieniających ją w zupełnie inne barwy. To publikacja bardzo przyjemna w obcowaniu, magiczna lasem, wykorzystująca potęgę cienia i światła w naturze, taki przekład puszczy na język ilustracji książkowej i szyfr dziecięcych oczekiwań. Elżbieta Wasiuczyńska jest tu przynajmniej równoprawną autorką, a właściwie wydaje się sprawcą i dyrygentem tych wszystkich leśnych spotkań, pięknych momentów tak plastycznych, że niemal towarzyszą im zapachy i odgłosy zielonej gęstwiny.
Drugim oryginalnym aspektem książki jest jej... niekompletność. I odwrotność. Na obrazach brakuje kilku zwierzęcych postaci, które mamy okazję poznać dopiero na końcu, w przeznaczonym do wycięcia załączniku. Sami współtworzymy bohaterów "Leśnych wędrówek", formując ich figurki, bawiąc się nimi niczym kukiełkami w teatrzyku lub wymyślnymi pionkami z gry planszowej. Ilustratorka rozbudza nasze najgłębsze pokłady wyobraźni, poezji i potrzeb manualnych, podczas gdy autorka zwraca się do czytelnika bezpośrednio (łącznie z pisownią "Ciebie" i "Ty" wielką literą), prostymi słowami, zwięźle opisując zachowania zwierząt. Pod tym względem publikacja przypisana jest do rzeczywiście najmłodszych odbiorców, w wieku od około dwóch (według wydawcy od trzech) do pięciu lat. Starszakom mogą przeszkadzać dziecinny ton narracji i pewne niedoskonałości językowe.

Pewnie trochę żałujesz, że tak szybko pożegnaliśmy się z dzięciołem? Nie martw się. Właśnie tu, wśród krzaków leszczyny, schował się ktoś i i spogląda na Ciebie z ukrycia swymi bystrymi oczkami...
Czy widzisz na ścieżce ten leszczynowy orzech? Wiem, wiem, że miałbyś ochotę schrupać ten leśny przysmak. Ale nie tylko Ty masz na niego ochotę. Może uda Ci się zobaczyć, czyje łapki zerwały orzeszek i kto za chwilę zaniesie go do dziupli.
Jest, jest! Zwinna ruda wiewióreczka!
Któż ją prześcignie w jej szybkich skokach: z gałęzi na gałąź, z drzewa na drzewo...
Smacznego, leśna panienko! Ale czy twoje ząbki nie złamią się przy rozgryzaniu tych twardych orzechowych łupin?
Wiewiórcze zęby są bardzo mocne, o wiele mocniejsze od naszych. Wiewiórki mają za to inne kłopoty: czy zdążą nazbierać do spiżarni tyle orzechów, aby starczyło ich na całą zimę?

"Leśne wędrówki" stanowią nietypowy przewodnik po lesie, jak się okazuje na końcu książki, rzeczywiście istniejącym i konkretnie ulokowanym – w Nadleśnictwie Staszów, choć przecież możemy podjąć trop także gdzie indziej, gdziekolwiek w Polsce czy naszym regionie Europy. U nas ta najzieleńsza z publikacji sprawdziła się jako namiastka wakacji, wspomnienie wszystkich minionych lat w lesie i zapowiedź wspólnych wypraw, które rozpoczniemy za kilka miesięcy. To prawdziwie odświeżający zastrzyk lasu, mała słoneczna bateria, doładowująca wesołością i nadzieją w środku zimy.

Bożena Itoya

Maria Dunin-Wąsowicz, Leśne wędrówki, ilustracje Elżbieta Wasiuczyńska, Wydawnictwo Muchomor, Warszawa 2019.

Malutki Lisek i Wielki Dzik. Huk


"Huk" jest już piątym komiksem Bereniki Kołomyckiej o Malutkim Lisku i Wielkim Dziku. Pierwszy, jak głosi strona internetowa wydawcy (Egmont Polska), powstał jako rozwinięcie krótkiej historii nagrodzonej w drugiej edycji „Konkursu imienia Janusza Christy na komiks dla dzieci”, natomiast ten najnowszy ukazał się z logo "100 lat polskiego komiksu". Jubileuszowy rok 2019 przyniósł przynajmniej kilka bardzo wartościowych pozycji dla dzieci, świadczących o wysokim poziomie i szybkim rozwoju polskiego komiksu adresowanego do kilku- i nastolatków. "Huk" zdecydowanie do nich należy. Wszystko w tym albumie jest w sam raz: sposób prowadzenia historii, udział obrazu w stosunku do słowa, przytulność bohaterów zestawiona z dzikością przyrody, kolory przeplatające się z mdłą suszą, rozłożenie ciężaru między bezpośrednią akcję a relacje łączące postacie i ich dylematy moralne. Do tego dochodzi czytelność na każdym poziomie: plastycznym, literackim i edytorskim, oraz nastrój, którego nie potrafiłby powtórzyć żaden inny artysta.
Ta komiksowa opowieść została podzielona na trzy segmenty, zatytułowane "Cisza", "Pomruk" i "Huk". Pierwsza dominuje nad pozostałymi barwnością i spokojem, bo wraz z rozwojem akcji kolory ulegają wypaleniu, a zagrożenie tli się coraz intensywniej. Początkowe kadry wprowadzają nas w atmosferę upalnego, pozornie leniwego lata, ukazując na przemian Liska i Dzika oraz ich okolicę, trochę jak w filmie przyrodniczym. Tu akcją jest, na równi z biegiem i rozmową zwierząt, rośnięcie polnych ziół czy odblask światła, niczym w "Mikrokosmosie". Bardzo spodobało mi się, że bohaterowie Bereniki Kołomyckiej nie pozują do obrazków, czasem pokazywani są od tyłu, tylko we fragmencie, malutcy, ledwie widoczni, zatopieni w morzu traw. To też przypomina dokument o życiu zwierząt.
Związków z rzeczywistością jest tu więcej. Mimo malarskości albumu, antropomorfizacji zwierzątek i ich przyjacielskich stosunków, o które trudno w ekosystemie, "Huk" pokazuje prawdziwy krajobraz oraz wiele realnych problemów. Jedno małe szkiełko rzucone na suche trawy może doprowadzić do olbrzymiej katastrofy, i to właśnie ten mały przedmiot okazuje się villainem, który przecież musi zagościć w każdym porządnym komiksie bohaterskim. Superdzik natomiast ocali nawet głupiutką srokę, przez większość historii starającą się o rolę głównego złoczyńcy, ale ostatecznie pozostającą tylko zwyczajnym drugoplanowym zwierzątkiem z małym rozumkiem i dużymi przyzwyczajeniami. Prawda jest taka, że szkiełko pochodzi od wielkiego nieobecnego – człowieka, którego należy uznać za właściwego sprawcę kłopotów jabłonkowej doliny: pożaru traw i lasu.
Ekologiczna wymowa komiksu nie przytłacza przygody, wrażeń artystycznych, czy całego zaangażowania młodego czytelnika w opowieść. Epoka natrętnego dydaktyzmu dawno minęła, przynajmniej w topowych publikacjach dziecięcych, do których zalicza się seria "Malutki Lisek i Wielki Dzik". W naszych czasach nie da się jednak pominąć tematu zagrożeń środowiska, czy to spowodowanych bezpośrednim, doraźnym, czy długofalowym działaniem człowieka, trzeba tylko mówić o nim w wyważony, nienatrętny sposób, a nie na dawną, czarno-białą i łopatologiczną modłę. Berenika Kołomycka wciąga ekologiczny dyskurs na wyższy poziom artystyczny, zachowując jednocześnie prostotę potrzebną w wychowaniu świadomych, empatycznych użytkowników świata, niekoniecznie od razu "zielonych" aktywistów. Na razie wystarczy, że dzieci popatrzą na te małe, śliczne zwierzątka jak na mieszkańców własnej okolicy, na których życie sami mamy wpływ, a nie jak na jakiś wyimaginowany psi patrol czy inną kreskówkową gromadkę dokazującą (bez związku z rzeczywistością) za szybką ekranu.

Bożena Itoya

Berenika Kołomycka, Malutki Lisek i Wielki Dzik. Huk, Egmont Polska, Warszawa 2019.

niedziela, 9 lutego 2020

Balonowa 5





Książka "Balonowa 5" jest pozycją godną uwagi każdego przedszkolaka. Lekka jak baloniki, wznosi się niczym one – tyle że na wyżyny gatunkowe: książki dziecięcej, książki obrazkowej i małej formy literackiej. Dogłębnie przemyślana, skomponowana jak zgrabny utwór muzyczny, ciągnie czytelnika w zabawę, która, jak się spodziewam po moich małych bratankach, może trwać latami. Bo to taka książka, która staje się ulubioną i nieodłączną.
Uwagę rodziców i dzieci (a także jurorów poważnych konkursów) przyciąga do "Balonowej 5" graficzne bogactwo, oszałamiające mimo prostoty kreski i kolorystyki, analogicznej do podstawowego zestawu kredek. Hasanie bohaterów i rozrastanie się barwnej roślinności wywołują wrażenie ruchu, tłoku i wesela. Pozytywnie naładowana jest również treść książki, uderzająca wielowarstwowością. Znajdujemy tu i dobrą fabułę, i przepis kulinarny, i naukę: lokalizacji ("pod", "nad", "za" itp.), liczenia, kontynentów, figur tanecznych, trudnych, rzadszych dziś w języku polskim końcówek oraz poprawnych form liczebników. Podczas lektury chwilami napływały do mnie skojarzenia z twórczością Themersonów, kiedy indziej bez zastanowienia, niczym dziecko, śmiałam się z oryginalnych rozwiązań, jak cudowna rzeźba lamy, której czytelnik może dorysować w swoim bloku to, co nie zmieściło się w książce.
"Balonową 5" napisał Mikołaj Pasiński, a narysowała Gosia Herba. Ten artystyczny tandem poznaliśmy w "Słoniu na Księżycu", książce pięknej i mądrej, ale pod wieloma względami bardziej umownej i skomplikowanej od historii o zwierzątkach spod piątki. To wyjątkowo ciekawe: obserwować, jak twórczy rozwój prowadzi kogoś ku prostocie, oznaczającej dojrzałość. 

Opowieść autorów przeskakuje z mieszkania do mieszkania, bawiąc i zarazem zaskakując. Postaci wspomniane, ale nie pokazane, pozostawiwszy po sobie puste pokoje, pojawiają się po kilku stronach, potęgując ciekawość i oczekiwanie czytelników. Historyjka zmierza ku hucznej imprezie, na której spotkamy wszystkich lokatorów Balonowej 5. I ta scena, i cała książka stanowią wielką pochwałę przyjaźni i wspólnotowości.
W finale dochodzi też do niespodzianki związanej z ujawnieniem się narratora – wcześniej co prawda nie zastanawialiśmy się, kto nim jest, ale teraz dowiadujemy się że najmniejszy może widzieć najlepiej. Ta zasada spełnia się także w przypadku czytelników, stąd cieszę się, że Mikołaj Pasiński i Gosia Herba poświęcili tak wiele uwagi, ciepła, zrozumienia i swojego talentu najmłodszym dzieciom. Wychowane na tym utworze maluchy będą patrzeć na świat uważniej od rówieśników i po prostu bardziej go lubić. Jeśli nie chcecie przesadzać z rozbudową biblioteczki w dziecięcym pokoju, nie możecie zabrać za dużo na wyjazd albo znacie kogoś, kto jeszcze nie posmakował czaru literatury, "Balonowa 5" może z powodzeniem pełnić funkcję tymczasowo jedynej książki. Zajmie dziecku dużo wesołego czasu i pobudzi je do rozmaitych aktywności.
Bożena Itoya

Balonowa 5, napisał Mikołaj Pasiński, zilustrowała Gosia Herba, Egmont Polska (Egmont Art), Warszawa 2019.


poniedziałek, 27 stycznia 2020

Jakub, Mimmi i gadające psy


Jednym z wyraźniejszych akcentów szóstego Międzynarodowego Festiwalu Filmowego Kino Dzieci był film "Jakub, Mimmi i gadające psy", wyświetlany w ramach konkursu głównego. Niektórym projekcjom łotewsko-polskiej animacji towarzyszyły spotkania z twórcami i właśnie na takim pokazie udało mi się być. To wydarzenie pozwoliło odczuć i dzieciom, i rodzicom, a krytykom czy innym obserwatorom przypomniało, o co chodzi w festiwalach filmowych, na czym polega ich wyjątkowość i atmosfera. Byłam świadkiem spotkania grona filmowców, pewnie niewidujących się zbyt często, skoro można porozumiewać się zdalnie, jednak tylko "na żywo" można stworzyć tę specyficzną aurę zespołu artystów (i samemu jej doświadczyć). Widziałam żywe reakcje dzieci, czułam ich emocje, ciekawość i chęć kontaktu płynące na reżysera i na pewno mające wpływ na jego dalszą twórczość. Dodatkowo taka zagraniczna wizyta w oczach młodego widza zawsze dodaje wiele punktów prestiżu i lokalnemu kinu, i samemu dziecku, bo ilu kolegów z klasy lub przedszkola może się pochwalić rozmową z reżyserem filmu, pokazywanego w Polsce tylko wyjątkowo (przynajmniej na razie)?
Zbliżenie widza do "Jakuba, Mimmi i gadających psów" nie wynika tylko z możliwości obcowania z twórcami. Mamy tu do czynienia z pewną uniwersalnością dzieciństwa w mieście, zahaczającą o mityczność dzieciństwa w ogóle. Mowa przecież o okresie życia każdego z nas, gdy rozmawianie z psami, morzem, niebem czy drzewami nie jest niczym nadzwyczajnym, każdemu czasem się zdarza, w wyobraźni lub naprawdę. Łotewsko-polska koprodukcja okazała się wciągającą historią, która miesza świat fantazji z przyziemnością wielkomiejskiej dzielnicy nienależącej do zamożnych. Przypominają się wszystkie wakacje w mieście, a przynajmniej letnie weekendy, gdy biega się po ulicach w poszukiwaniu kolegów i jakichkolwiek zajęć. Miejscem akcji filmu jest Ryga, ale wydaje się, że dzieci (również dorosłe) z innych europejskich miast mogą poczuć się tu jak u siebie. Moje skojarzenia powędrowały na przykład ku katowickiemu Nikiszowcu.
Bliskość filmu naszym polskim (czy środkowoeuropejskim) wspomnieniom lub współczesnym realiom dotyczy również sytuacji zwierząt w mieście. Nie wiem, czy tak jak my jesteście wyczuleni na nieobecność zwykłych kundelków, dzikich psów i kotów bez rasy w kinie amerykańskim. Ewentualni włóczędzy są tam rasowi i wiecznie uciekający przed hyclem, co zostało wyjaśnione wprost w niedawno przez nas oglądanym blockbusterze "Był sobie pies 2" – pies trafiający do amerykańskiego schroniska ma na adopcję kilka tygodni, jeśli nikt go nie weźmie, zostanie uśpiony. Wiadomo, że u nas jest inaczej: bezpańskie zwierzęta istnieją, a w niektórych regionach kraju czy kontynentu żyją gromadnie. Tak właśnie funkcjonują ryskie gadające psy.
Zanim Jakub porozmawia z psami, musi się porozumieć z Mimmi, kuzynką, do której domu trafia trochę wbrew woli obojga. Naburmuszona dziewczynka nie zaprzyjaźnia się od razu z dziesięcioletnim bohaterem, ale ich późniejsze zbliżenia (oraz starcia) widz obserwuje z zaangażowaniem i zrozumieniem. Pojawia się ciekawa intryga z wątkiem ekologicznym, ponieważ Jakub i Mimmi zostają obrońcami lokalnej przyrody, a raczej jej pozostałości. A kiedy do potyczki ze "złym bossem" dojdzie zaginięcie jednego z członków psiego gangu i tajemniczy związek taty Mimmi z całą sprawą, wydarzenia zaczną przyspieszać. Powrót Jakuba do dawnego życia okaże się zderzeniem z innym światem, jakie każdy z nas pamięta jako powrót z pierwszych czy drugich samodzielnych, spędzonych bez rodziców wakacji.
Od strony artystycznej "Jakub, Mimmi i gadające psy" jest przyjemnym, niezapomnianym kąskiem, treściwym, ale też atrakcyjnym dla młodego widza i całej rodziny. To urzekająca, subtelna animacja mocno odbiegająca od dominujących we współczesnym kinie efektownych, krzykliwych i przełomowych filmów... już nawet nienazywanych rysunkowymi. Ten obraz nie podszywa się pod bogatszych kuzynów graficznie ani fabularnie, unika ich głośności, płytkości i oczywistości. Na pewno też zwrócicie uwagę na dźwięki i muzykę.
Aby poprzeć moją pozytywną opinię bardziej fachową oceną, dodam, że film "Jakub, Mimmi i gadające psy" otrzymał Kwiat Paproci – nagrodę jury dziennikarzy, "za empatyczne, wrażliwe i atrakcyjne artystycznie ukazanie historii, która zaskakuje oryginalnością a zarazem porusza ważne współczesne problemy kulturowe i cywilizacyjne świata dzieci i dorosłych". Naprawdę warto obejrzeć tę animację z dziećmi, pomówić o niej i w miarę możliwości powrócić za jakiś czas, najlepiej po wspólnych, rzeczywistych lub wirtualnych podróżach po małych dzielnicach wielkich europejskich miast. I po próbie poznania światów mieszkających w nich dzieci – nietrudno wzbudzić empatię i ciekawość naszych podopiecznych wynajdując informacje choćby o tym, w jakim wieku na Łotwie, w Szwecji czy Rumunii idzie się do szkoły, kiedy zaczynają się wakacje i jak długo trwają albo czy w tych krajach powstaje dużo filmów dla dzieci i na jakie ważne tematy. A może zbadacie, czy w waszej okolicy nie rozgrywa się jakaś cicha ekotragedia? W przypadku "Jakuba, Mimmi i gadających psów" mamy więc do czynienia z kinem na równi zaangażowanym społecznie i społecznie angażującym.

Bożena Itoya

Jakub, Mimmi i gadające psy, reżyseria: Edmund Jansons, rok produkcji: 2019, kraj: Łotwa, Polska, czas: 70 min, kategoria wiekowa: 6+, 6. MFF Kino Dzieci (21-29.09.2019 r.), sekcja: Konkurs główny. W kinach od 6 marca 2020 r.

Marona – psia opowieść


Kategoria "Konkurs filmowych odkryć" Międzynarodowego Festiwalu Filmowego Kino Dzieci właściwie mogłaby nazywać się "Konkurs filmowych objawień", zwłaszcza za sprawą animacji "Marona – psia opowieść". Ta cudowna, poetycka i zarazem ozięble przyziemna historia otwiera oczy szeroko i szerzej z każdą minutą filmu, aż do granic możliwości. Może się bardzo podobać albo spłynąć po widzu jak teledysk, jeżeli dziecku (lub dorosłemu) brak pewnych typów wrażliwości artystycznej i takiej rozumianej jako empatia. Podczas Kina Dzieci spotkałam się z obiema skrajnymi reakcjami odbiorców "Marony": jeden chłopiec skomentował właśnie zakończony seans mruknięciem i słowem "nudne", a inny, dzień po projekcji, zachwycał się, opowiadając koledze czy koleżance, że to najlepszy film festiwalu. Jak ja lubię podsłuchiwać takie rozmowy na wyciemnionej sali kinowej! Często zastanawiam się, jacy są na co dzień młodzi krytycy, co lubią robić i oglądać. W tym przypadku można też rozważać, czy na odbiór filmu wpływa stosunek do zwierząt, ich posiadania lub bycia przez nie posiadanymi.
Dla mnie "Marona" jest historią miłosną, przy czym mowa tu o kilku rodzajach uczucia: kochania za bardzo, na pokaz, za mało, na zabój, z brakiem wiary we wzajemność i opcją uwolnienia od siebie ukochanej osoby, dalej cierpliwie, ale bez ognia, lub też całym sobą, choć bez wylewności. Na ten ostatni sposób miłuje tytułowego pieska jego pierwszy "właściciel", trochę pijak i bardzo artysta cyrkowy. Jego uczucie przeplata się przez cały film jak nitka spaghetti, w którą czasem zmienia się w oczach Any (późniejszej Marony) podczas gimnastycznych wygibasów. Uważny widz dostrzeże, że w gąszczu późniejszych scen, związanych już z kolejnymi psimi "panami", przez chwilę miga plakat, miejskie ogłoszenie o poszukiwaniach zaginionego czarno-białego szczeniaka. Bo psia dziewczynka opuszcza swojego ukochanego pana, by nie był związany opieką nad nią, mógł podróżować z cyrkiem, który jest dla niego szansą na sukces. Ale porzucony pan, jak widać, nie chciał takiej okazji i nie wyjechał, skoro po zniknięciu Any rozwieszał na ulicach jej zdjęcia z danymi kontaktowymi. Równie refleksyjny jest wątek miłości, jaką żywi do Marony jej ostatnia pani, najpierw jako dziewczynka, potem nastolatka. Dorastanie człowieka łączy się tu z dojrzewaniem miłości i odpowiedzialności, niestety bardziej odczuwanej przez psa niż przez człowieka.
"Marona" jest obrazem pełnym artystycznych bodźców, gry konwencjami malarskimi i filmowymi, a także emocji, rozbudzanych wszelkimi środkami: fabułą, kolorystyką i ruchem animacji oraz dźwiękiem. Mnie mocno angażowały już same głosy postaci, ale przede wszystkim niezwykła muzyka, sygnalizowana już przez zwiastun, na sali kinowej okazała się przeszywająca. Kto doświadczy tego filmu i go polubi, ten pewnie pokocha kino na całe życie. Zwłaszcza, że animacja po prostu płynie, czasem powoli i lekko, w łagodnych barwach, a kiedy indziej rwie nami, atakuje ostrymi kontrastami, tańczącymi liniami przypominającymi neony rozświetlające wyjątkowo ciemną noc.
Odnośnie fabularnej gry z widzem, dostrzegam tu wiele płaszczyzn i stylów, przez co film jest niejednoznaczny i dla niektórych może się okazać trudny. Śliczna, młoda, bardzo uczuciowa suczka podróżuje od człowieka do człowieka, jej szczęście jest względne i chwilowe, a pamięć wszystkich minionych smutków i porzuceń – niezawodna. Człowiek nie pamięta tak intensywnie swoich miłosnych zawodów. Ludzkie pobudki i zachowania pokazywane są w filmie czasem dosłownie (bo poprzez słowa), czasem prześmiewczo, ale zawsze bardzo doskwierają. Obfita dawka łez i gorzkich, choć ujętych w animowany cudzysłów kadrów z "cywilizowanego", nieczułego świata sprawia, że chyba nikt nie uzna "Marony" za kino familijne. To raczej dramat, film obyczajowy, a równocześnie kino artystyczne, przekonane o inteligencji odbiorców i braterstwie dusz łączącym ich z twórcami. Trzymajcie się kategorii wiekowej (7+), nie obawiajcie zabrać do kina znacznie starszych dzieci albo nawet wybrać się tam w tylko dorosłym towarzystwie. Naprawdę warto!
Polska premiera filmu "Marona – psia opowieść" miała miejsce właśnie na 6. MFF Kino Dzieci, we wrześniu 2019 roku, to jest ponad trzy miesiące przed wprowadzeniem francusko-rumuńsko-belgijskiej animacji do repertuaru polskich kin (10 stycznia 2020 r.). I choć nie jest to obraz dla każdego, to został entuzjastycznie odebrany z różnych stron polskiej sceny krytyków filmowych. Jak podaje strona internetowa Kina Dzieci, światowa "premiera filmu miała miejsce na najważniejszym festiwalu animacji, francuskim Annecy". I właśnie tam zobaczył "Maronę" Maciek Kur, polski scenarzysta komiksowy i filmowy, który swoimi bardzo pozytywnymi wrażeniami dzielił się na naszej stronie na Facebooku. Głównie ze względu na tę rekomendację wybrałam się na film Anki Damian, dostrzegany i nagradzany na świecie (nominacja do Europejskich Nagród Filmowych, nagroda na Bucheon IAFF, Strasbourg European Fantastic FF, lista – 32 – pełnometrażowych filmów animowanych zgłoszonych do oscarowej rywalizacji przez Akademię Sztuki i Wiedzy Filmowej) oraz w Polsce. Jury Odkryć 6. MFF Kino Dzieci przyznało "Maronie" Kwiat Paproci za "przełamujący konwencje, spektakularny i różnorodny język wizualny, który pozwala wejść w skórę psa. Poczucie humoru dodaje lekkości tej wzruszającej historii". A młodych widzów do wybrania się na seans zachęcić może recenzja z kanału YouTube "Brody z Kosmosu", w której obserwowany i lubiany przez mojego syna krytyk popkultury wypowiada się o "Psiej opowieści" niemal w samych superlatywach. Zdanie to popiera najwyraźniej Kulon, goszczący na miniaturze filmu (i w wielu innych recenzjach) pies "Bród z Kosmosu", mój faworyt z recenzenckiego światka.

Bożena Itoya

Marona – psia opowieść, reżyseria: Anca Damian, rok produkcji: 2019, kraj: Francja/Rumunia/Belgia, czas: 92 min, kategoria wiekowa: 7+, 6. MFF Kino Dzieci (21-29.09.2019 r.), sekcja: Konkurs filmowych odkryć. Polska premiera: 10 stycznia 2020 r.

Zwierzęta, które zniknęły. Atlas stworzeń wymarłych



Wobec nadzwyczajnego urodzaju wydawniczego i mody na bogato ilustrowane książki popularnonaukowe, coraz trudniej trafić na publikację zaskakującą wiedzą, spojrzeniem i przekazem. Wszystkie oryginalne chwyty wydają się wtórne, dzieci nie takie rzeczy już widziały, no, chyba że po raz pierwszy mają w ręku książkę tego typu albo nigdy nie korzystały z internetu, aplikacji czy gier na platformie, komputerze lub urządzeniu mobilnym. A jednak, "Zwierzęta, które zniknęły. Atlas stworzeń wymarłych" okazały się książką świeżą, o bardzo silnym przekazie, pozbawioną nadmiernych stylizacji graficznych, śmieszków i infantylizacji tematu. Z przyjemnością odkrywałam, jak wysoki poziom merytoryczny i artystyczny osiągnęli autorzy: Nikola Kucharska (koncepcja, ilustracje, okładka, projekt graficzny), Katarzyna Gładysz, Joanna Wajs i Paweł Łaczek (teksty), zachowując rzeczowość i zwięzłość naukowych komunikatów oraz realizm zwierzęcych portretów (może z wyjątkiem uroczych brwi, unoszących się nieco nad ich właścicielami), a zarazem prezentując książkę wyjątkowo atrakcyjną wizualnie. Mamy tu do czynienia z pozornie niemożliwym do osiągnięcia, mistrzowskim połączeniem artystycznej, wesołej, ocierającej się o komiks ilustracji z naukowością i powagą tematu. Ta książka czaruje i przyciąga, począwszy od obrazków towarzyszących stronie tytułowej i spisowi treści. Chyba jeszcze nigdy nie miałam do czynienia z tak fantastyczną opowieścią o naszym realnym świecie. Od pierwszego kontaktu z "Atlasem stworzeń wymarłych" będziecie zawsze o nim pamiętać, na pewno przyciągnie też wzrok waszych gości – każdy zechce przyjrzeć się mu z bliska, niezależnie czy jest dzieckiem, czy ma własne, czy też po prostu lubi ładne rzeczy.
Ślicznie dobrane bywają tu nawet nazwy wymarłych stworzeń, a co dopiero ich podobizny o fantastycznym ubarwieniu, kształtach i proporcjach niczym z filmów (i serialu) Gwiezdne wojny. Dużo z tej graficznej uciechy zawdzięczamy Nikoli Kucharskiej, ale odwołania do wykopalisk i badań wskazują, że rozmaite dziwactwa gadów ssakokształtnych czy innych cudaków nie zostały wymyślone przez ilustratorkę. W "dinozaurzych", czy raczej kopalnianych rozdziałach znalazły się nawiązania do popkultury, co oczywiście rozluźnia encyklopedyczną atmosferę. Ciekawostkami są również polskie tropy dinozaurów i badań nad nimi. Młody wielbiciel starożytnych stworów może być dumny z polskich osiągnięć, o których dowiedzą się zresztą także czytelnicy obcojęzycznych przekładów "Atlasu".
Lektura przybliża też mniej znane od dinozaurów zwierzęta eocenu, fascynujące przez swoje podobieństwo do współczesnej fauny. Są po prostu większe, straszniejsze i dziwniejsze od dzisiejszych mieszkańców lasów, dżungli, sawanny albo mórz, przypominają nieco komiksowe monstra czy innych mutantów. A kogo poznajemy potem? Mamuty i pozostałe trąbowce, wielkie i groźne koty: smilodony, lwy amerykańskie i jaskiniowe, nosorożce włochate i różne niezwykłe stworzenia, jak rogate elasmoterium czy hipotamopodobny toksodon. Nadchodzą i odchodzą również wymarłe naczelne, bliżsi i dalsi krewni człowieka. W pewnym momencie kończą się plansze dotyczące czasów prehistorycznych i mamy już XV wiek, w którym człowiek spowodował zagładę nowozelandzkich moa, całego rzędu nielotów endemicznych, a wraz z nimi wymarły największe orły w historii – haasta. Szereg ilustracji, krótkich komunikatów i komiksowych dymków na wielkiej planszy przybliża też dzieje wyginięcia tura (XVIII wiek), drontów dodo i samotnego (XVII i XVIII wiek). I wtedy nadchodzi przebudzenie, bo kolejne karty opisane są już nie tylko "XVIII" czy nawet "XX wiek", ale "XIX-XXI wiek", a ich bohaterami okazują się znane wszystkim dzieciom tygrysy, wilki, gołębiowate, niektóre kormorany, kaczki, papugi, ssaki wodne oraz inne zwierzęta, których istnienie na Ziemi uważa się za oczywistość. Na koniec dostajemy mroczną zajawkę kolejnego tomu "Atlasu": rozdział "Zwierzęta, które znikają", na linii czasu zlokalizowany już jako XXI wiek.
Im bliżej naszych czasów, tym bardziej wzrastają smutek, niepokój i poczucie współodpowiedzialności. Dinozaury dinozaurami, ale norki europejskie, rysie iberyjskie, kozice tatrzańskie czy świneczki karłowate umierają tu i teraz, w naszej globalnej obecności, na naszych internetowych oczach. W tej chwili w pisaniu towarzyszy mi kilka bogatek, jedna modraszka i dwa wróble pożywiające się zimowymi kulkami z ziaren na moim balkonie. Dziś nietrudno je spotkać nawet przy wielkomiejskim bloku, ale kto wie, jak szybko znajdą się w kolejnych publikacjach o wymarłych zwierzętach? Co roku obserwujemy zmiany w naszym osiedlowym ekosystemie. Większość wynika z "estetycznych" i "rewitalizacyjnych" oraz po prostu deweloperskich ingerencji człowieka w środowisko. Tu wycięto ileś drzew – w zamian dostaliśmy jakieś tajemnicze krzaczki i trawy, tam zabudowano ostatni wolny, naturalny plac blokowiskiem, nie zważając na niegdysiejsze plany zielonych korytarzy fachowo: klinów napowietrzających) Warszawy. Ciągle brakuje nam równowagi i zdrowego rozsądku w ocenie stanu przyrody i klimatu: polska opinia publiczna ulega modom (czy raczej narzuconym z góry wpływom) na przezywanie zaniepokojonych współobywateli ekoterrorystami, a przestrzeń osobistych, indywidualnych działań, takich jak zużycie wody, wybór typu opakowań i gospodarowania odpadami oraz planowanie małej, podwórkowej architektury krajobrazu, uważamy za swoją wyłączną własność, bo "ja za to płacę i nikomu nic do tego". O tej samej bezczelności i jednakowym egoizmie możemy poczytać w "Atlasie stworzeń wymarłych" Nikoli Kucharskiej i kolektywu autorskiego. Oby ten przekaz, dla mnie chyba najważniejszy, okazał się dostatecznie jasny dla wszystkich, bo na podstawowym poziomie książka jest bardzo czytelna, przynajmniej dla starszych dzieci, zarówno pod względem treści, jak i formy. Wyraźna, choć niewielka czcionka, nieduże segmenty tekstu, czasem ułożonego w kolumny, kiedy indziej zamieszczonego w ramkach (plus osobne, zdobione ramy okalające większość kart), odpowiedni udział jasnego tła i dobór wszelkich odnośników – wszystko to niby oczywiste rozwiązania edytorskie, a jednak we współczesnych albumach przyrodniczych dla dzieci stosowane są zaskakująco rzadko, stąd często ubolewam nad chaosem publikacji, które z założenia powinny porządkować wiedzę. 

Cel ten spełnia książka Nikoli Kucharskiej. "Zwierzęta, które zniknęły" nie są jedynie przeglądem gatunków, to także opracowanie metanaukowe, przybliżające historię badań i upowszechniania wiedzy o wymarłych stworzeniach. Podrozdziały o anatomii dinozaurów, paleontologach, kopalnej mapie świata, teoriach wymierania czy zbiorach muzealnych są ogromnie ciekawe, zostały świetnie zaplanowane i zaprezentowane. Czytając pierwszą połowę "Atlasu", niemal przy każdej karcie myślałam, że to najlepszy fragment książki, ale po dinozaurach czytelnicza euforia wcale nie osłabła. Mimo niewątpliwie ponurego tematu, jest to pozycja piękna i dająca nadzieję – na zachwyt dzieci tym, co utracone, na przebudzenie i troskę o to, co zostało.

Bożena Itoya

Nikola Kucharska, Zwierzęta, które zniknęły. Atlas stworzeń wymarłych, teksty: Katarzyna Gładysz, Joanna Wajs, Paweł Łaczek, opracowanie naukowe: Katarzyna Gładysz, Paweł Łaczek, Nasza Księgarnia, Warszawa 2018.