cudanakiju.pl

cudanakiju.pl

czwartek, 1 grudnia 2016

Biuro Detektywistyczne nr 2 – po raz 3., 4. i 5.



Nasza kolekcja książek Jørna Liera Horsta i Hansa Jørgena Sandnesa z serii "Biuro Detektywistyczne nr 2" rozrasta się i liczy już pięć tomów. Krótkie, kolorowe, zabawne i wciągające publikacje zostały bardzo ładnie wydane, zachęcają dziecko do samodzielnego czytania, uczą spostrzegawczości oraz łączą opowieść literacką ze stylistyką filmu animowanego (ilustrator jest twórcą filmów rysunkowych). Dziecko z radością sięga co jakiś czas po następną część lubianego cyklu literackiego, a rodzicom przyjemnie patrzy się na błyskawicznie czytającą pociechę. Tych książek nie da się bowiem czytać wolno, rozdziały są krótkie, więc nie zniechęcają początkującego książkomaniaka odległością do najbliższej "przerwy", a równocześnie zostały tak pomysłowo skonstruowane, że po skończeniu jednego natychmiast chce się zacząć drugi.
"Operacja Zachód Słońca" (3. tom "Biura Detektywistycznego nr 2") zaopatrzona została w kilka motywów zapewniających książce powodzenie u młodych czytelników. Na pierwszych stronach spotykamy śmieszną babunię (używając dziecięcego słownictwa), którą główni bohaterowie ratują spod kół pędzącego auta. Tiril i Oliver prędko odkrywają, że samochód prowadzony był przez... Elvisa Presley'a? Czy może jednak przez prawdziwych zbirów mających na koncie rabunek w miejscowym banku? Młodzi detektywi podejmują śledztwo, ich pies podejmuje trop, a my uczestniczymy w obserwacji ikony popkultury, podejrzanych typów, ich śladów i budzącej strach jaskini opryszków.
Również w "Operacji Żonkil" (4. tom "Biura Detektywistycznego nr 2") gości zabawna, tym razem mniej poczciwa, a bardziej zrzędliwa staruszka, która mimo statusu postaci drugoplanowej odegra ważną rolę wykonując pierwszorzędną robotę... sąsiedzko-donosicielską. W tej części przygód detektywów z norweskiego miasteczka Elvestad (liczba mieszkańców: 937), dotychczas działających w lecie, po raz pierwszy pojawia się zimowa sceneria, inna, ciekawa kolorystyka, świeżość śniegu i niemal baśniowe światło skandynawskiej zimy. Zagadka dotyczy kradzieży cennego obrazu ("Żonkil") należącego do zamożnego biznesmena, a podczas jej rozwiązywania ujawniony zostaje prawdziwy przekręt. Książka jest ciekawa i zaskakująca, wyróżnia się na tle i tak udanego cyklu.
Tom 5. nosi tytuł "Operacja Wyspa". Ta wakacyjna opowieść, rozgrywająca się w scenerii norweskich fiordów, czytana zimą staje się jeszcze bardziej egzotyczna. Oj, można zatęsknić za latem i pływaniem w ciepłym morzu! Autor zadbał też o mroczną atmosferę (oczywiście odpowiednio złagodzoną) skandynawskich kryminałów – Tiril, Oliver i Otton (pies tropiący) znajdują porzucone łódki dryfujące od niewielkiej, wyludnionej wyspy. Miejsce to, nazywane Wyspą Wakacyjną, od ponad pół wieku nie ma stałych mieszkańców, a od jakiegoś czasu nie pełni nawet funkcji wynikającej z jej nazwy. Kiedyś w letnie miesiące tętniła kolonijnym życiem, ale ośrodek spłonął i straszy rozpadającymi się budynkami. Na jakie tajemnice i ślepe uliczki śledztwa natkną się tym razem członkowie Biura Detektywistycznego nr 2? Z wyjaśnieniem sprawy trzeba poczekać aż do finału książki, nie padnie tu żadne "wiedziałem od początku!", bo młody czytelnik nigdy nie jest pewny rozwiązania zagadki, za którą zabierają się Tiril i Oliver. Nic dziwnego, w końcu rzeczywistość pisze najlepsze i najmniej spodziewane scenariusze, a Jørn Lier Horst pracował jako policyjny detektyw, stąd "akcja (...) jest jak żywcem wyjęta z rzeczywistości. To, o czym czytasz, mogło wydarzyć się naprawdę. To mogło przytrafić się tobie..." (z informacji wydawcy o autorze).

Bożena Itoya

Jørn Lier Horst, Hans Jørgen Sandnes, Operacja Zachód Słońca, tłumaczył z norweskiego Tadeusz Wojciech Lange, Media Rodzina, Poznań 2015.
Jørn Lier Horst, Hans Jørgen Sandnes, Operacja Żonkil, tłumaczył z norweskiego Tadeusz Wojciech Lange, Media Rodzina, Poznań 2015.
Jørn Lier Horst, Hans Jørgen Sandnes, Operacja Wyspa, tłumaczyła z norweskiego Katarzyna Tunkiel, Media Rodzina, Poznań 2016.

Teraz tu jest nasz dom





Barbara Gawryluk napisała niedawno bardzo mocną, sugestywną i pasjonującą książkę dla dzieci pod tytułem "Teraz tu jest nasz dom". Przekaz publikacji jest tym silniejszy, że zawiera niepowtarzalne ilustracje Macieja Szymanowicza, obrazy-metafory, zbliżone do plakatów, komunikujące, a nie jedynie komentujące. Już po okładce książki można ocenić, że będzie ciekawie: widzimy okno mieszkania przechodzące płynnie w ekran telewizora, a za szkłem pociski spadające na budynek mieszkalny w spokojną noc. Autorka przygotowała literacki reportaż, rozbudowaną i pogłębioną wersję relacji, jakie widujemy w programach telewizyjnych i które zazwyczaj nudzą nas po kilku dniach lub tygodniach. Będzie to więc opowieść z prawdziwego życia, jakby wyciągnięta z serwisu informacyjnego, którego może już nie przełączymy tak łatwo?
Akcja tej wyjątkowej książki zawiązuje się podczas wojny u naszych sąsiadów. Oczywiście nie chodzi o nasz blok czy ulicę, ale warto sięgać wzrokiem i sercem nieco dalej. W naszej współczesności, nawet za życia naszych małych dzieci, w graniczącym z Polską kraju zaatakowani zostali zwykli ludzie, ich codzienność legła w gruzach, a wielu bliskich poległo. Bohaterowie opowieści Barbary Gawryluk pochodzą z ukraińskiego miasta Donieck, są dziećmi małżeństwa polsko-ukraińskiego i wnukami małżeństwa rosyjsko-ukraińskiego. Romek jest uczniem trzeciej klasy, Mikołaj chodzi do zerówki, a najmłodsza Natalia do przedszkola. To właśnie proste, szczere i prawdziwe słowa, uczucia oraz spostrzeżenia rodzeństwa sprawiają, że książka jest wiarygodna, piękna i wzruszająca. Zwróciliśmy uwagę także na postać mamy i taty, najbardziej rodzicielskich z rodziców. Ich postawa i wypowiedzi zostały opisane wręcz po mistrzowsku, autorka nie nadużywa słów i zdrobnień, ale w niezwykły, reportażowo surowy i rodzinnie łagodny sposób przekazuje wielkie emocje. Czytelnik naprawdę angażuje się w lekturę, książka zmienia go, czyni lepszym, wrażliwszym, bardziej otwartym.
"Teraz tu jest nasz dom" przedstawia Polskę z nieznanego nam punktu widzenia. Nasz kraj jawi się rodzinie o polskich korzeniach jako bezpieczna przystań, ale nie ziemia obiecana, bo Romek, jego rodzeństwo i kuzyni byli bardzo przywiązani do Doniecka, własnych pokojów, rowerów, zabawek. Ziemią obiecaną była i pozostała Ukraina, jednak musieli z niej wyjechać (w pośpiechu i z małymi plecakami), bo szkoła została zbombardowana, bo po ulicach jeżdżą czołgi, nie ma prądu, jedzenia, nie można wychodzić z domu... W książce co jakiś czas pojawia się pytanie nie o przyczynę ucieczki, ale o powrót do rodzinnego miasta i dziadków, którzy w nim zostali. Dzieci nie drążą tematu rosyjskiej agresji na Ukrainę, sensu wojny, one tylko chcą wiedzieć, kiedy ta wojna się skończy i kiedy będą mogły wrócić do domu. A rodzice nie mogą odpowiedzieć inaczej niż "Teraz tu jest nasz dom".
Książka Barbary Gawryluk nie jest w pełni optymistyczna, ale tak trudnego tematu nie można przedstawić w jaśniejszych barwach. Trudno mi nawet uwierzyć, że autorka zdołała uformować tak pozytywny przekaz. Z "Teraz tu jet nasz dom" bije moc rodziny, wiara w solidarność ludzi oraz niezwykła siła człowieka. Romek, główny bohater i narrator, pokonuje bowiem niechęć i drwiny rówieśników, potrafi się "postawić", pomaga też młodszemu bratu w nawiązaniu kontaktu z kolegami. Autorka znakomicie pokazuje, że im jesteśmy młodsi, tym więcej w nas empatii i otwartości – dzieci z zerówki właściwie nie są uprzedzone do Mikołaja, to on się od nich separuje, a mała Natalia już na początku pobytu w ośrodku dla uchodźców uczy się biegle mówić po polsku (choć przed wyjazdem jako jedyna w domu nie znała nawet słowa po polsku) i szybko się aklimatyzuje. Jednak to właśnie najmłodszy członek rodziny wzbudza nie tylko największy podziw, ale i najsilniejsze wzruszenie, choćby pytając, czy może zabrać ze sobą chociaż ukochanego pluszaka lub czy w nowym mieszkaniu będzie pokój dla dziadków z Doniecka (wyznających zasadę "starych drzew się nie przesadza"). Rodzina Romka dostaje bowiem mieszkanie od fundacji Anny Dymnej. Jeśli wcześniej nie domyśliliśmy się, że historia opisana w książce "Teraz tu jest nasz dom" wydarzyła się naprawdę, to uświadomią nas słowa prezes fundacji "Mimo wszystko" zacytowane na okładce oraz posłowie autorki. Ciąg dalszy losów tej i innych rodzin poszkodowanych w wojnie na Ukrainie zależy między innymi od nas, naszej świadomości, zrozumienia, chęci, gestów. Przecież nie wszyscy musimy i możemy dawać komuś mieszkanie czy jego wyposażenie, ale każdego z nas stać na ofiarowanie poczucia bezpieczeństwa ludziom wygnanym z domu przez wojnę. Są to naprawdę istniejące osoby, mające różne osobowości i nastawienie, jak rodzice Romka marzący od lat o przeniesieniu się do Polski, jak on i jego rodzeństwo – nielubiący zmian, zagubieni w nowej rzeczywistości, ale starający się do niej przystosować, czy wreszcie jak nastoletnia kuzynka, buntująca się przeciwko wyjazdowi z Ukrainy i planująca jak najrychlejszy powrót, choćby wiązał się z ucieczką z nowego polskiego "teraz tu domu".
Bożena Itoya

Barbara Gawryluk, Teraz tu jest nasz dom, ilustracje Maciej Szymanowicz, Wydawnictwo Literatura, Łódź 2016.

Jørna Horsta operacje na książce dla dzieci

Norweskie kryminały dla dorosłych są w Polsce bardzo popularne, a autor tych najpoczytniejszych – Jørn Lier Horst, postanowił spróbować również pisarstwa dla dzieci. Jak operuje gatunkiem opowieści detektywistycznej dla młodszych (od około 6 lat) czytelników, możemy przekonać się w książkach należących do serii "Biuro Detektywistyczne nr 2". Dwie pierwsze odsłony cyklu: "Operacja Burzowa Chmura" i "Operacja Człowiek w Czerni", sprawdziły się jako lekka, ciekawa lektura i według nas znacznie przewyższają podobną serię innego skandynawskiego (dokładnie: szwedzkiego) pisarza. Trudno uniknąć porównania, bo tu także para dzieci – Tiril i Oliver – zakłada własne biuro detektywistyczne zajmujące się zagadkami małego miasteczka.
Operacje norweskich bohaterów są rzeczywiście zagadkowe, dodatkowo zostały barwnie opisane i zilustrowane. Warstwa plastyczna jest istotnym elementem książek, co stanowi zasługę ich współautora, twórcy filmów animowanych i ilustratora Hansa Jørgena Sandnesa. Obrazki, od których wprost roi się na stronach każdej z opowieści, przypominają właśnie kadry kreskówki. Ta formuła się sprawdza, przynajmniej w przypadku serialu książkowego "Biuro Detektywistyczne nr 2", bo nietypowe ilustracje wyróżniają go na półkach księgarskich bibliotecznych czy domowych, czynią jasnym, oryginalnym i atrakcyjnym dla najmłodszych. Atutem są również rysunkowe zagadki, na końcu każdej książki znajduje się bowiem lista przedmiotów i szczegółów do wyszukania. Ich odnalezienie wcale nie jest takie proste, kartkowanie i odnajdywanie zadanych drobiazgów (ze stoperem w ręku) zajęło nam czasem 5, 10 czy 15 sekund, ale kiedy indziej ponad minutę.
"Operacja Burzowa Chmura" zawiera relację ze śledztwa w sprawie kilku kradzieży, do jakich doszło w miasteczku Elvestad. Mieszkańcy tej nadmorskiej miejscowości próbują połączyć ze sobą kolejne przestępstwa, przepytują sąsiadów, badają ślady, w czym pomaga im wybitny pies tropiący Otto. Wsparcia udziela również mama Tiril, racząca młodych detektywów pysznymi wypiekami. Wciągająca, chwilami nieco dramatyczna akcja utrzymuje uwagę czytelnika do ostatniej strony. A pod koniec pierwszej historii już całkiem nieźle znamy głównych bohaterów, choć ich przygoda zajmuje tylko 97 stron zadrukowanych wyraźnym pismem oraz dużymi ilustracjami (oba rozwiązania sprzyjają początkującym czytelnikom).

Myślisz, że bułeczki z kremem waniliowym twojej mamy są już gotowe? – zapytał.
Znowu jesteś głodny?
Lepiej myślę po jedzeniu – wyjaśnił. – Wiemy już, po co im te wszystkie łupy. Teraz musimy tylko się dowiedzieć, gdzie są.
I myślisz, że ci się to uda po zjedzeniu bułeczki?
Oliver wzruszył ramionami.
Nie zaszkodzi spróbować – odpowiedział i poszedł do drzwi.
"Operacja Człowiek w Czerni" przybliża z kolei tajemnicę sprzed lat dotyczącą miejscowej Równiny – terenu, na którym w czasach młodości dziadka Olivera obozowali włóczędzy. Dzieci odkrywają tajemnicze wykopy, później znajdują też starą mapę, na której zaznaczone zostały nieistniejące już obiekty. Tiril i Oliver muszą więc pogrzebać w przeszłości, a nieocenioną pomoc niesie wspomniany dziadek Franz. W drugiej historii z cyklu "Biuro Detektywistyczne nr 2" poznajemy również pierwszego detektywa w mieście.

Tirli rozejrzała się dookoła. Już chciała coś powiedzieć, ale się rozmyśliła. Na skraju lasu po drugiej stronie łąki stał mężczyzna w płaszczu i wielkim, czarnym kapeluszu zasłaniającym oczy.
Popatrz – szepnęła, wskazując głową mężczyznę.
Oliver wyprostował się, ale w tej samej chwili człowiek się odwrócił. Czarny płaszcz omiótł mu ciało, po czym mężczyzna zniknął między wysokimi drzewami.

Seria książek Jørna Liera Horsta i Hansa Jørgena Sandnesa liczy dotąd siedem tomów wydanych w Polsce. Dwie pierwsze opowieści bardzo zachęcają do przeczytania dalszych. Prawdziwi, ale niezbyt groźni złoczyńcy, samodzielne dochodzenie dwojga zapalonych detektywów, akcja umieszczona w ciekawej lokalizacji (aż czuć te plenery, letnie przestrzenie...), dawka humoru, a do tego psi asystent – te składniki tworzą znakomitą kompozycję zabawy i dreszczyku emocji. Właśnie tego oczekują młodzi czytelnicy, rodzice zaś będą usatysfakcjonowani poziomem literackim, językowym i graficznym książki.
Bożena Itoya

Jørn Lier Horst, Hans Jørgen Sandnes, Operacja Burzowa Chmura, tłumaczyła z norweskiego Katarzyna Tunkiel, Media Rodzina, Poznań 2015.
Jørn Lier Horst, Hans Jørgen Sandnes, Operacja Człowiek w Czerni, tłumaczyła z norweskiego Katarzyna Tunkiel, Media Rodzina, Poznań 2015.

środa, 23 listopada 2016

Mały Asmodeusz – dobry diabeł

Jedną z książek dla dzieci, do których lubimy co jakiś czas wracać, jest "Mały Asmodeusz" szwedzkiego pisarza Ulfa Starka z ilustracjami polskiego malarza Józefa Wilkonia. Opowiadanie o diabełku niespełniającym oczekiwań rodziny i swojej piekielnej społeczności jest mądre, ciekawe i zostało po mistrzowsku zilustrowane. Obcowanie z tą książką, a więc jej czytanie, oglądanie i omawianie, wiąże się z przyjemnością i dreszczykiem zarezerwowanym tylko dla najlepszych publikacji.

Dlaczego nie bawisz się tak jak inni? – zapytała matka i pogłaskała go czule po głowie.
Bo chcę siedzieć tutaj i słuchać, jak huczy ogień – powiedział Mały Asmodeusz. – Szumi jk ktoś, kogo nigdy nie widziałem.
Wtedy westchnął jego ojciec.
Jesteśmy przez ciebie nieszczęśliwi! Nie chcesz się kłócić ani drażnić. Nigdy nie jesteś złośliwy ani niedobry. A jeśli chodzi o poczucie humoru, to nie masz go wcale. Co mam z tobą zrobić?

Problemem Małego Asmodeusza jest odstawanie od bezmyślnych, wrednych rówieśników. Ten diabełek, mimo że jest synem najstraszniejszego z biesów – Władcy Ognia i Westchnień, przejawia skłonność do rozmyślań, łagodne usposobienie i, o zgrozo, wydaje się po prostu dobry. Mroczny, czerwonooki, skrzydlaty i rogaty ojciec wysyła Asmodeusza na powierzchnię, do słonecznej krainy, w jego pobratymcach wywołującej obrzydzenie, a w naszym bohaterze – zachwyt. Diabełek musi wypełnić zadanie, by w końcu zyskać akceptację rodziców i całego piekła. Wiadomo, czym zajmują się biesy z ludowych baśni, do których nawiązuje ta opowieść: Asmodeusz ma wyłudzić duszę od śmiertelnika.

Przepraszam – powiedział Asmodeusz i pociągnął księdza za sutannę.
Czego chcesz? – zasyczał ksiądz.
Dać ci to, czego najbardziej pragniesz. Mogę zaproponować pieniądze, rozgłos lub nagie kobiety. Wyglądasz na naprawdę nadętego pyszałka.
Co powiedziałeś? – prychnął ksiądz i przeciągnął ręką po swojej błyszczącej, wyglansowanej łysinie.
A może raczej jakąś czuprynę? – proponował dalej Asmodeusz. – Ciemną albo jasną. Z falami lub bez. Trzeba tylko dokładnie powiedzieć. Za to chcę tylko twoją duszę.

Do tej lektury potrzeba nam trochę dystansu i zamiłowania satyrycznego. Podróż diabełka jest barwna (nigdy nie widzieliśmy tak kolorowych ilustracji Józefa Wilkonia!) i wesoła, nie obywa się też bez potknięć, bo Asmodeusz jest zupełnie niedoświadczony, nie wie nic o Ziemi, podziale gatunkowym śmiertelników i ich dusz. Szczęśliwie szybko trafia na bratnią duszę, poznaje dzięki niej niedostępne mu dotąd uczucia, marzenia, wartości oraz motywacje, które przerastają porządek Podziemia, wymykają się jego prawom.

A później pomyślał o Krainie Podziemia.
Przypomniał sobie, jak ciemno i gorąco, i zimno jest tam pod Czarną Górą. Jak nieszczęśliwie i samotnie wyglądają dusze, które tam przebywają. Kiedy już wszystko to sobie przypomniał, Krystyna przestała mówić. I nie patrzył już na nią. Patrzył teraz na spalony, poczerniały krzew z nagimi, ponurymi gałęziami.
Nie – powiedział. – Nie chcę, żebyś mi oddała swoją duszę.
Wtedy Krystyna zaczęła go prosić z całego serca. Powiedziała, że nigdy już nie będzie szczęśliwa, jeśli jej braciszek nie wyzdrowieje. Że gorszym cierpieniem niż wszystkie ognie Podziemia jest patrzeć na niego, kiedy tak leży w łóżku z nogami cienkimi jak zapałki, i nie móc nic zrobić.

W "Małym Asmodeuszu" bardzo podoba mi się poważne podejście obu autorów do czytelnika. Nie jest to słodka historia, ale tylko pozornie dużo w niej smutku. Wspaniałe, mroczne wizerunki diabłów, nietoperzy, piekła i lasu motywują wyobraźnię dziecka do wysiłku i podróży, ale nie straszą go. Te nieostre obrazy składają się na książkową galerię malarstwa Józefa Wilkonia, w której wizyta sprawi młodemu czytelnikowi frajdę, a przy okazji będzie małą lekcją na temat gry kolorów oraz fantazji. Dzięki tłumaczce (Katarzyna Skansberg) książka spisana została piękną polszczyzną, bez zbędnej infantylizacji i zdrobnień – naprawdę miło było nam czytać o Krystynie, a nie Krysi, Zosi czy innej Amelce.
Bożena Itoya

Ulf Stark, Mały Asmodeusz, ilustracje Józef Wilkoń, przekład Katarzyna Skansberg, Media Rodzina, Poznań 2011.

Podróż dookoła świata z Nikolą Kucharską

Dwa NK w jednym – Nikola Kucharska w Naszej Księgarni, to jak dotąd bardzo udane zestawienie. Podobały nam się dotychczasowe wspólne projekty ilustratorki i wydawnictwa: "Znowu kręcisz, Zuźka!", "Zuźka w necie i w realu", "Legendy polskie dla dzieci w obrazkach". Nie mieliśmy przyjemności zapoznania się z "Opowiem ci, mamo, co robią koty", za to w nasze ręce trafiła najnowsza książka-rozkładanka dla starszych dzieci zatytułowana "Podróż dookoła świata. Północ – południe. Wschód – zachód". Nikola Kucharska występuje tu jako ilustratorka, autorka tekstu, zagadek i ogólnej koncepcji publikacji.
Książka zachęca do otwarcia kolorową, solidną okładką w dużym formacie, nietypową ze względu na poziome ułożenie tekstu i wesołych rysunków. Również zawartość okazuje się bardzo atrakcyjna dla dziecka, bo w środku znajdujemy moc rysunków, komiksowych dymków, zadań do wyszukiwania i ciekawostek z różnych rejonów Ziemi. Przygoda toczy się dwoma torami, ponieważ na niezwykle długiej (podobno ponad 3 metry, ale nie mierzyliśmy), wielokrotnie składanej stronie, a właściwie planszy, narysowane zostały dwie podróże: pozioma, z zachodu na wschód globu, i pionowa, z północy na południe. Każdą z historyjek można oglądać osobno, niekoniecznie rozkładając je na całą długość, ale też karta po karcie (otwierane jak zwykła książka opowiastki liczą po 14 stron). Wędrówkę północ – południe odbywa rodzina globtroterów, a zachód i wschód poznają zabawni turyści (dziadek, rodzice, dzieci i pies).
Publikacja zainteresuje raczej starsze dzieci, ponieważ trzeba się nieźle wysilić, by znaleźć wszystkie postacie, zwierzęta i inne szczegóły ukryte przez autorkę na tylu metrach obrazkowej opowieści. Tekstu jest tu niewiele, ale notatki będą zrozumiałe właśnie dla uczniów, bo poza dowcipnymi komentarzami i rozmowami zawierają informacje z zakresu przyrody, historii i ogólnie cywilizacji. Do lektury nie jest jednak potrzebna szersza wiedza z zakresu geografii, tę można nabyć dopiero w toku zabawy z "Podróżą dookoła świata". Nawet najbardziej oporne dzieci po lekturze książki Nikoli Kucharskiej przyswoją przynajmniej kierunki świata, a charakterystyczne dla danego kontynentu czy kraju zwierzęta, starożytne cywilizacje, słynne postacie historyczne i mity – nie jestem pewna, w której kategorii mieszczą się Diego Maradona i Leo Messi – zapamiętają się po prostu same.
"Podróż dookoła świata. Północ – południe. Wschód – zachód" polecić można nie tylko rodzicom, którzy chcą w wesołej formie zaaplikować swoim pociechom trochę wiedzy, ale też wielbicielom komiksów, zarówno starszym, jak i młodszym. W pewnym stopniu jest to właśnie komiks edukacyjny, choć zamiast tradycyjnych kadrów i rozkładówek autorka proponuje gigantyczną rozkładankę bez żadnych podziałów na ujęcia. Wypowiedzi są luźne, nie zawsze związane z sąsiednimi dymkami, natomiast humorystyczna konwencja graficzna i sama atmosfera bardzo przypominają "kolorowe zeszyty". Jeśli Nikola Kucharska trafi w gusty wasze i waszych dzieci, przypuszczalnie długo nie wypuścicie z rąk "Podróży dookoła świata".
Bożena Itoya

Nikola Kucharska, Podróż dookoła świata. Północ – południe. Wschód – zachód, Nasza Księgarnia, Warszawa 2016.

Błękitny śpiew płetwala


Wydawnictwo Łajka wydaje tylko niezwykle wyszukane książki, przyjemne dla oka i ucha malucha. We wszystkich królują zwierzęta, tym razem zaś sopocka oficyna udostępniła nam opowieść i marzenia o prawdziwym władcy świata zwierząt. Gigantyczny ssak morski ledwie mieści się w "Płetwalu błękitnym" Jenni Desmond, choć i książka ma okazały format, a jej błękit jest naprawdę wielki.
Autorka zgrabnie połączyła elementy popularnonaukowe z opowiadaniem o chłopcu czytającym książkę – tę samą, co my! Na ilustracjach widać okładkę, którą właśnie trzymamy w rękach, zupełnie jak w "Niekończącej się historii". Mały bohater "Płetwala błękitnego" zapoznaje się i przy okazji nas z podstawowymi informacjami o olbrzymie z morskich... nie, nie głębin, bo przecież przynajmniej raz na pół godziny płetwal musi zaczerpnąć powietrza. Na pewno zwierzę to można uznać za nieposkromionego zdobywcę oceanów. Chociaż też nie, człowiek niemal go poskromił, od początku XX wieku do lat 60. wybijając 360 tysięcy tych pięknych istot. W każdym razie dzięki tej publikacji dowiemy się więcej o naszej planecie, sobie samych, a przede wszystkim o niesamowitym stworzeniu, którego istnienie, wygląd i rozmiary przewyższają wyobraźnię pisarzy fantastycznych. Ten prawdziwy cud natury może zafascynować najmłodszych podobnie jak dinozaury, trzeba tylko podsunąć dzieciom książkę Jenni Desmond.
Ilustracje sprawiają wrażenie sklejonych z dziecięcych rysunków oraz akwarelowych, całkiem dorosłych obrazów. To, co dzieje się po tej stronie książki – świat chłopca i jego wyobrażenia o rzeczach porównywalnych z gabarytami wieloryba, narysowane zostało jakby kredkami i ręką małego bohatera. Błękitne, granatowe i szare portrety płetwala oraz oceanu namalowane są natomiast wprawnym, poetyckim pędzlem, co pięknie komponuje się ze zwięzłym, ścisło-przyrodniczym językiem narracji. Historyjka o zabawie wiedzą służy równocześnie temu właśnie celowi, ponieważ mały czytelnik, dzięki towarzystwu książkowego kolegi i fantazji obydwu, łatwo zapamiętuje szczegóły z życia płetwala.
Po przeczytaniu książki w jesienny poranek, przez resztę dnia słyszałam w wietrze śpiew płetwali. Nawet nie musiałam zamykać oczu, Jenni Desmond zdołała tak głęboko wniknąć do mojej wyobraźni, że wszystko wokół jest dziś mniej szare, a bardziej niebieskozielone, takie morsko-magiczne.
Bożena Itoya

Jenni Desmond, Płetwal błękitny, tłumaczenie Anna Błasiak, Wydawnictwo Łajka, Sopot 2015.

Filozoficzna podróż na grecką wyspę

W kolejnej książce z serii „Bajki filozoficzne” Michel Piquemal zabiera nas w podróż na grecką wyspę, na której mieszka niezwykły nauczyciel. Nie dość, że bacznie słucha swoich uczniów, to jeszcze na każde pytanie odpowiada bajką. Jego uczniowie zaś zadają trudne pytania: Po co się martwić o innych? Czym jest szczęście? Podobnie dzieje się gdy, któryś z uczniów ma problem. Zamiast przemądrzałej rady, otrzymuje kolejną niezwykłą opowieść. W zasadzie do każdej sytuacji w życiu, nauczyciel ma już gotową historię. Owym dziwnym nauczycielem jest Mistrz Sofios, zapraszający swoich uczniów, a wraz z nimi i czytelnika, do podróży po krainie myśli. Nie mamy tu podanych gotowych odpowiedzi, gdyż autor, za pośrednictwem bajek zachęca nas do własnej refleksji. Nawet kiedy się nie zgadzamy i chcemy powiedzieć, że z ta bajką jest coś nie tak, to już zostaliśmy złapani w sidła Sofiosa. Zamiast ślęczeć nad książkami, w ramach lekcji, Sofios każe swoim uczniom cały dzień budować zamki z piasku. By się dowiedzieć po co były piaskowe zamki trzeba już samemu przeczytać książeczkę.
Podobnie jak wcześniejsze pozycje z serii, książka jest wspaniałą pomocą dydaktyczną na lekcjach etyki. Bajki mistrza Sofiosa często są ze sobą połączone, szerzej obejmując dane zagadnienie, co ułatwi omawianie tematu na lekcji. Opowieści te są wszak stworzone by rozpoczynać, a może nawet rozpalać, dyskusje. Doskonale nadają się także do wspólnej lektury dziecka z rodzicem. Na podstawie opowieści można dziecko pociągnąć nieco za język. Takie wspólne debaty to nie tylko bodziec do rozwoju, lecz również pogłębienie więzi poprzez wspólne rozmyślania. Co może bardziej zbliżać niż wymiana myśli i uczuć? Jeśli idzie o samodzielną lekturę, to dzieci, które są weteranami bajek filozoficznych również znajdą wiele radości w czytaniu. Jednak dla dziecka, które pierwszy raz samodzielnie czyta „bajki filozoficzne” poprzednie pozycje mogą być prostsze w odbiorze – gdyż autor zrezygnował tym razem z komentarzy „w pracowni filozofa”.
Dorosły, który przez przypadek sięgnie po książkę, też musi uważać by nie zostać wciągniętym przez dowcipnego mistrza. Przeważnie humorystyczne historie mogą uśpić czujność czytelnika, który ani się obejrzy, a sam zacznie się zastanawiać nad sensem płynącym z opowieści. Sam jako nauczyciel skorzystałem co nieco, przyglądając się rezolutnej postaci Sofiosa. Podpatrując jego żartobliwe, ale i pełne powagi pomysły, można się pochylić nad problem jak powinna wyglądać edukacja. Tak jak w przypadku następującej bajki:

Kolega, który lubił stawiać kłopotliwe pytania,
zagadnął kiedyś Sofiosa:
– Mistrzu, kto jest dobrym nauczycielem?
– Kto jest złym uczniem? – odpowiedział mu Sofios.

Simon zawsze był złym uczniem, od małego. Wszyscy mówili: Simon to zły uczeń! Kiedy odrabiał lekcje, z góry był pewny, że napisze wszystko źle. Kiedy mu dawano pytanie, nawet jeśli znał odpowiedź, bąkał coś, wystraszony tracił głowę, a nauczyciel tylko wzdychał. Simon nigdy nie będzie umiał zrobić nic dobrze. Ale pewnego dnia nauczyciel zachorował i zastępował go młody stażysta. Wchodząc do klasy, stażysta położył bezwiednie rękę, przyjaznym gestem, na głowie Simona. Uczeń bardzo się więc starał, żeby mu zrobić przyjemność i przyłożył się jak mógł najlepiej do pisania. Kiedy nowy nauczyciel zebrał zeszyty, pochwalił Simona, ku wielkiemu zdumieniu całej klasy. I w ciągu kolejnych dni chłopiec nie dostał ani jednego złego stopnia. Poprzedni nauczyciel po powrocie najpierw bardzo się zdziwił, oglądając jego zeszyty, a w końcu porzucił nawyk, by widzieć w nim złego ucznia. I właśnie wtedy Simon zaczął robić prawdziwe postępy w nauce.

Warto przez lekturę bajek Sofiosa przypomnieć sobie o sprawach ważnych, o których nie zawsze jest czas i miejsce na rozmyślania. Spraw, które niestety często mogą ulec zapomnieniu.

Patryk Zaremba

Michel PiquemalBajki filozoficzne. Opowieści mędrca Sofiosa,  tłumaczyła Maria Braunstein,  Wydawnictwo Muchomor, Warszawa 2016.