cudanakiju.pl

cudanakiju.pl

wtorek, 7 kwietnia 2020

Supermocni kontra złodzieje zdrowia. Zdrowie to super przygoda!


Wytrawni książkomianiacy raczej nie szukają lektur w programach lojalnościowych wielkich koncernów, ale chyba powinni zacząć, przynajmniej sądząc po zbiorze "Supermocni kontra złodzieje zdrowia", który udało mi się złowić w bibliotecznym bookcrossingu. Miałam fart, bo książka była dystrybuowana tylko w sieci sklepów Lidl, a żeby ją otrzymać trzeba było dokonać zakupów za kilkaset złotych, co w naszej rodzinie zdarzyć się nie mogło. Estetycznie i efektownie wydana publikacja w twardej oprawie zawiera dwa odrębne segmenty: bogato ilustrowany fotografiami informator o zdrowym żywieniu dzieci (w tym proste przepisy na dania owocowe i warzywne) oraz zestaw trzech komiksów. Tutaj zajmę się degustacją drugiej części tego pysznego albumu.
Komiksy zostały opatrzone odrębnym spisem treści i podtytułem "Zdrowie to super przygoda!", rozpoczynają się na stronie 62 ze 128 stron całości, co daje aż 66 stron dymkowanych przygód i stanowi ponad połowę całej książki. Wspólny temat i adresatów określono hasłem towarzyszącym spisowi treści: "Specjalnie dla wszystkich, małych i dużych, 3 komiksy o superbohaterach, warzywach i owocach!".
Pierwszą historyjkę opowiedzieli scenarzysta Rafał Skarżycki i rysownik Tomasz Lew Leśniak, a więc duet znany dzieciom z "Tymka i Mistrza" czy serii "Hej, Jędrek!", a dorosłym z cyklu pasków "Polska mistrzem Polski" albo legendarnego "Jeża Jerzego". Prosta i wesoła, pastelowa "Liga Profesora Jot" oczywiście odbiega od wcześniejszych tytułów, bo też podporządkowana jest określonemu tematowi i celowi. Autorzy zrealizowali swoje zadanie celująco, angażując młodego czytelnika na wszystkie sposoby dostępne sztuce komiksu. Jest tu więc dobrze rozpoczęta i poprowadzona fabuła z wyraźną pointą, są atrakcyjne rysunki, kolory i kadry podkreślające to dynamikę akcji, to emocje bohaterów, to znów chaos, któremu muszą się przeciwstawić w walce z głównym złoczyńcą. Bo oczywiście jest i takowy, a na imię mu Zły Nawyk. Za sprawą paskudnego trolla w Uśmiechowie szerzą się lenistwo, rozlazłość i plaga smartfonowych zombie. Wszystko to zaś wynika z umiłowania do śmieciowego jedzenia, które złośliwie podsuwa mieszkańcom imć Zły Nawyk. Para bohaterów odnajduje siedzibę Profesora Jot, który nie dość, że pracuje nad ważnymi dla świata zagadnieniami, jak piramida zdrowego żywienia i stylu życia dzieci i młodzieży, to jeszcze dysponuje błyskotliwymi uwagami na temat internetu i praktycznymi rozwiązaniami przydatnymi w starciu ze Złym Nawykiem. Liga Profesora Jot podejmuje walkę w iście superbohaterskim stylu, a finałowa bitwa będzie miała kontynuację również w późniejszych działaniach prozdrowotnych, prowadzonych na przykład w szkołach.
W drugim komiksie zmianie ulegają stylistyka, kolorystyka, drobiazgowość kreski, ostrość konturów i humoru, trochę też sposób kadrowania, no i oczywiście sama przygoda. Choć nadal mamy do czynienia z superdzieciakami, to tym razem jest ich troje, mają prawdziwe moce i zupełnie ludzkich wrogów, którzy zresztą nie wydają się ani trochę sympatyczniejsi od zielonego trolla. Autorem scenariusza "
Superbohaterów z ulicy Borówkowej" jest Rafał Skarżycki, natomiast rysunki stworzył Piotr Nowacki. Wymyśleni przez nich Olek, Ewka i Amelka wydają się zwykłymi uczniami podstawówki, ale po zjedzeniu warzyw zyskują supermoce: sokoli wzrok od marchewki, wulkaniczną energię za sprawą fasolki i wyjątkowo sprawny mózg dzięki brukselce. Przeobrażeniu towarzyszy oczywiście zmiana stroju na stosowne kostiumy (z maskami na oczy), ale warzywne trio nadal jest rozpoznawalne i bardzo zabawne. W ogóle wszystkie postacie w tym komiksie są śmieszne, łącznie z wygniecionym inspektorem policji i tłustawymi złoczyńcami, czyli rodziną Fastwódzkich. Charakter wszystkim bohaterom: pozytywnym, negatywnym i szaraczkom-statystom, nadał przede wszystkim ilustrator, Piotr Nowacki. Pod względem rysunków komiks "Bohaterowie z ulicy Borówkowej" jest niezwykle dopracowany, jego poziom artystyczny znacząco odbiega od standardów znanych nam z komiksów edukacyjnych. Naszą uwagę zwróciły zwłaszcza tradycyjne komiksowe świsty, wybuchy, kółka zębate pracujące w "myślowym" dymku bohaterki, gdy ta kombinuje niczym pomysłowy Dobromir (skojarzeń z tą animacją mieliśmy zresztą więcej), słowne "brzdęki" i inne ekspresje, fajne, w rozmaity sposób przedstawiane tła ("wyciemniany" jednym kolorem tłumek lub budynki, kiedy indziej kropeczki), urocze przedstawienie wróblej bandy, przezroczysta cera złoczyńców zestawiona z ich krwistymi strojami oraz ujęcie, w którym wyłaniają się z mroku. A Fastwódzcy to rzeczywiście mroczne typy – knują, jak przejąć władzę nad światem, swoim planom nadając kryptonim "Operacja tłuszcz", kradnąc ze sklepów całe zdrowe jedzenie, zaś hamburgery na siłę wciskając i nimi... ciskając. Ta osobliwa broń zostanie wykorzystana również przez superdzieciaki, w sposób zaskakujący i wiele mówiący o naturalności takich dań.
Trzecia historyjka rozgrywa się w świecie równocześnie bajkowym i w pewnym stopniu bardziej realnym, niż poprzednie. "Drużynę Witamin" napisał Maciej Jasiński, narysował Janusz Wyrzykowski, zaś gościnnie wystąpił w niej "pan Okrasa, tez z telewizji!". Zakapturzony dobroczyńca wspiera warzywa i owoce, które niegdyś żyły w przyjaźni z dziećmi, bawiły się z nimi i uczyły, a teraz zostały odcięte od ludzi przez słodyczowego potentata, pana Przesłodzonego. Zdrowotna apokalipsa, jaka rozpętuje się, gdy dzieci przestają przyjaźnić się z brokułem, pomidorem, cytryną czy bananem i jeść cokolwiek innego niż łakocie, przedstawiona została w cukierkowych barwach i ogólnie w stylistyce rodem z "Charliego i fabryki czekolady", ulepkowej krainy z "Ralpha Demolki" albo innego "Hopa". Dzieci przeżywające z owocami i warzywami ten fantastyczny komiks drogi poznają prawdziwą twarz batonów, piratów Czarnej Próchnicy (statek z waty cukrowej) oraz inne zagrożenia wynikające z żywieniowego pójścia na łatwiznę. To ciekawe uzupełnienie koncepcji wcześniejszych komiksów, które nas ujęło zwłaszcza scenariuszem.
Zbiór trzech owocowo-warzywnych komiksów wypada jak fachowo skomponowany, zróżnicowany, bogaty w wartości i atrakcyjny smakowo posiłek. Ja czuję się bardzo posilona, tym bardziej więc małym czytelnikom po tej lekturze na pewno przybędzie sympatii dla komiksów oraz chęci do walki w imię Ligi Profesora Jot, Superbohaterów z ulicy Borówkowej i Drużyny Witamin. Przyjmując punkt widzenia, oczekiwania oraz potrzeby kilkuletniego odbiorcy właściwie nie mam zastrzeżeń do treści i wyglądu historyjek składających się na zbiór "Zdrowie to super przygoda!". Największe, a może tylko jedyne grzechy wydawcy dotyczą całego albumu "Supermocni kontra złodzieje zdrowia" – to brak strony tytułowej i redakcyjnej z prawdziwego zdarzenia oraz niewymienienie autorów w żadnym miejscu poza początkiem danego komiksu. Rozwiązania te wynikają zapewne z jakichś zwyczajów marketingowych, natomiast z punktu widzenia czytelnika, a tym bardziej takiego będącego też bibliotekarzem, ujmują całości nieco profesjonalizmu.

Bożena Itoya

Supermocni kontra złodzieje zdrowia. Kompendium wiedzy o żywieniu dzieci oraz 3 komiksy o mocach warzyw i owoców!, Lidl, Narodowe Centrum Edukacji Żywieniowej. [brak daty wydania, brak miejsca wydania]

Tak wiele rzeczy/ So Many Things


Lubię książki dla dzieci, które przykuwają wzrok. Zachęcają do otwarcia, kartkowania stron. Dzieci też takie lubią, choć czasem pociąga nas inna estetyka. W przypadku „Tak wielu rzeczy” odczucia mieliśmy podobne - okładka ujęła nas głębokimi, wyrazistymi kolorami i wszyscy chcieliśmy zobaczyć, co książka kryje w środku.

    Jest to słownik obrazkowy polsko-angielski obejmujący 17 tematów (w ogrodzie, sporty i rekreacja, czas na posiłek, pogoda i geografia, na wsi, ubieranie się, w ruchu, w supermarkecie, na targu, na plaży, w szkole, w mieście, przedmioty w domu, świętowanie i zabawa, zwierzęta, kwiaty, ptaki). Na każdej stronie odnajdziemy krótki wstęp oraz ilustracje rozmieszczone na stronie w formie rozsypanki, „kontrolowanego bałaganu” przyporządkowane do danego działu. Każda  jest podpisana w języku polskim (na czarno ) i angielskim (na czerwono).
Słownik jest wydany w twardej oprawie, z miękkimi stronami w środku (cenna informacja dla rodziców pociech książko-lubnych i zarazem książko- niszczących/ pożerających)
Tyle z informacji formalnych.

    Przyznam szczerze, że książki obrazkowe zajmują specjalne miejsce w moim matczynym sercu. Chyba każdy rodzic ma doświadczenie w czytaniu tysięcy razy tego samego tekstu, tej najbardziej ulubionej z lubianych historii, które dziecko podtyka pod nos ze słodkim zaśpiewem „przecytas?” bądź rozkazem: „cytaj!”. Właśnie. Książki bez tekstu są takim cudownym wynalazkiem, który za każdym - pierwszym, drugim, dziesiątym i setnym razem można oglądać z dzieckiem inaczej. Ba - dzieci same z siebie też chętnie po nie sięgają, przez co stają się one niezastąpionym towarzyszem podróży, umilaczem czasu w kolejce do lekarza, czy w restauracji przed podaniem posiłku. Kolejną    z wielu supermocy książek obrazkowych jest ich uniwersalność: inaczej czytamy ją z niemowlakiem, inaczej z dwulatkiem, a jeszcze czymś innym staje się kiedy czytającym jest zaawansowany przedszkolak - innymi słowy wraz z rozwojem dziecka zmienia się też jego percepcja takiej pozycji. Gdy dzieci w rodzinie jest więcej, bogato ilustrowane książki stają się kolejną, atrakcyjną propozycją wspólnego spędzania czasu i budowania więzi: starsze rodzeństwo nawet nie potrafiąc czytać może objaśniać świat „młodszakom”.

    Nie ma jednej recepty, jednego najlepszego sposobu „używania” „Tak wielu rzeczy”. Sądzę, że każdy może znaleźć tutaj temat, który go kręci: pojazdy, zwięrzęta, moda, jedzenie, sport, przyroda, pogoda. Obrazki pobudzają wyobraźnię, zapraszają do porównań, odszukiwania wspomnień, rzeczy w pokoju. Stają się pretekstem do rozmowy o minionych wakacjach, wizycie w sklepie, zoo, planowaniu obiadu. Dwujęzyczność książki zdejmuje z braków czytającego ciężar odgrzebywania  w czeluściach pamięci niszowych słówek dotyczących gatunków ptaków i zachęca również do wprowadzania kolejnego języka. Bogactwo ilustracji staje się wyzwaniem dla „poszukiwaczy rzeczy”, ćwiczeniem orientacji, czy inspiracją do tworzenia dzieł plastycznych, czy układania zagadek.

    Szczere gratulacje dla Autorki za stworzenie takiej książki, w której - mimo starań!, trudno zaspokoić głód wrodzonego czepialstwa.

Aleksandra Adamowicz

Maya Hanisch, Tak wiele rzeczy / So Many Things, Nasza Księgarnia 2020

środa, 1 kwietnia 2020

Bardzo dzika opowieść. Las złamanych serc


Krótkie gatki, jako element wydawnictwa kultura gniewu, są dla nas kultową i "wiodącą" marką polskiego komiksu. Te albumy były pierwszymi i ulubionymi kolorowymi zeszytami mojego syna, gdy uczył się czytać i wyrastał na starszego konesera dymkowanych opowieści. I na pewno nie tylko moja latorośl rozwijała się dzięki lekturze "Bajki na końcu świata", "Detektywa Misia Zbysia na tropie" czy "Sagi o ryjówce" oraz warsztatom z ich autorami. Naszym ostatnim odkryciem jest komiks łączący świat Bajki z uniwersum walecznych mieszkańców Samojlikowej puszczy: "Las złamanych serc", czyli pierwszy tom serii "Bardzo dzika opowieść", w której jako scenarzysta wystąpił Tomasz Samojlik, autor i rysownik między innymi przygód rzęsorków, ryjówek i ich kumpli, a jako ilustrator – Marcin Podolec, zazwyczaj solista, odpowiedzialny za postapokaliptyczne, niesamowite przypadki Wiktorii i Bajki. Kolory do tego niezwykłego projektu stworzyła Agata Mianowska.
Mapa na wyklejkach skojarzy się wam pewnie z terenem działania Kubusia Puchatka, Krzysia, Sowy Przemądrzałej i całej reszty. Tyle że w "Bardzo dzikiej opowieści" zauważycie też sygnały XXI wieku: samochód mknący ulicą poprowadzoną przez las, leśny parking z okazałym, przepełnionym wręcz śmietnikiem, jakieś wysypisko między drzewami i komin fabryczny w niewielkiej odległości. Witajcie więc w Stumilowym Lesie, na jaki zasłużyliśmy.
Naszymi – ludzkimi – reprezentantami są tu trzy postacie i zaręczam, że nie polubicie żadnej z nich. Dwie pojawiają się na samym początku komiksu i tam też znikają, ale tylko fizycznie, bo cień ich obecności rzuca się na całą historię. Młoda kobieta i mężczyzna w podobnym wieku niby nie wydają się niesympatyczni, ale trochę podejrzani, a to, że twórcy nie serwują nam od razu gotowej oceny, licząc na naszą umiejętność samodzielnego wysnuwania wniosków, dobrze wróży na dalszą lekturę. W każdym razie właśnie ich widzimy i słyszymy jako pierwszych komentatorów szaroburego lasu. Nie wyszedł im jakiś biznes, więc ironicznie rozmyślają nad zatrudnieniem się w fabryce czy elektrowni, jaka ma powstać w lesie, przez który właśnie przejeżdżają.
Trzeci człowiek jest prawdziwym złoczyńcą, knującym podbój i zgładzenie starego, dobrego świata natury. Symbolizuje on to, co w "Bardzo dzikiej opowieści" najbrutalniejsze i najprymitywniejsze, czyli cywilizację. Dzikość zwierząt, przeważnie zresztą wtórna, zestawiona jest tu z przedsiębiorczością współczesnego człowieka, za którą idą interesowność, egoizm, a wreszcie cwaniactwo i brak skrupułów prowadzące do otwartego łamania prawa. Skażenie moralne wiąże się z zanieczyszczeniem środowiska, bowiem las, już zaśmiecony, choć nadal będący rezerwatem rysia, wkrótce ma zostać wykupiony i ponownie sprzedany pod budowę wspomnianej elektrowni. W takich oto okolicznościach poznajemy główną bohaterkę, kotkę Ryśkę, i pozostałych mieszkańców Lasu złamanych serc, a ich poczynania będą już zdecydowanie pocieszniejsze i bardziej bohaterskie od tych ludzkich.
Kot, żółw, papuga, nawet patyczak cierpią na niespełnienie. Same nie wiedzą, kim są, zdają sobie tylko sprawę, jakimi chciał uczynić je człowiek i że w czymś tam mu nie pasowały, więc się ich pozbył. Gromadzą się w Lesie złamanych serc i próbują razem przetrwać, podobnie jak zdążający na zebranie mieszkańcy rezerwatu. Tylko szara, puchata i pewnie rasowa kocica nie chce współpracować, woli iść swoją ścieżką do celu, pachnącego zresztą utopią. Od początku wydaje się nam najmniej świadomą czegokolwiek, łącznie ze sobą, zupełnie nierozgarniętą istotą. Przywary Ryśki wynikają z jej uczłowieczenia: przejmującej samotności, izolacji nieznanej dziko żyjącym gatunkom, i wpatrzenia w świat telewizji, do pewnego stopnia zabawnego, ale chwilami też tragicznego. Oczywiście bardzo dzika opowieść o kotce, która chodziła własną drogą, zmieni się w historię drogi wspólnej, wiążącej przyjaźnie i ukazującej lekkomyślność bohaterki w innym świetle – jako odwagę, lekkość w podejmowaniu decyzji o poświęceniu oraz jako wiarę w możliwość zmieniania ponurej przyszłości.
Charaktery bohaterów kształtują się na naszych oczach, tym łatwiej więc czytelnikowi zaprzyjaźnić się z Ryśką, Hiruni, Rafą ("to znaczy Rafandżelo") i Belką, wręcz pokochać je za prostoduszność i odruchy dobrych serc. Narysowani są ładną, ciekawą kreską i świetnie pokolorowani, ale daleko im do słodyczy zabawkowych zwierzaczków (no, może z wyjątkiem zielonej papużki Hiruni i dzika z nieco nieproporcjonalnym ryjem). Mimo typowej dla kreskówek i bajek antropomorfizacji, zwierzęta Marcina Podolca i Tomka Samojlika pozostają bliskie rzeczywistości, a na pewno stykają się z najprawdziwszymi wyzwaniami współczesnego świata. Te, choć niewątpliwie ważkie i doniosłe, nie zdołają pozbawić twórców i bohaterów "Bardzo dzikiej opowieści" optymizmu oraz dowcipu. Oprócz humoru sytuacyjnego, którego nie brakuje w świetnie napisanych dialogach i znakomicie z nimi zgranych kadrach, mamy tu nawiązania do zwyczajów (czasem obrzydliwych) żywieniowych niektórych bohaterów, i przynajmniej jeden popkulturowy easter egg czytelny dla młodzieży. Stuknięta sowa, rozmawiająca sama ze sobą, i to wcale nie w myślach (choć tak... myśli), między innymi na temat planów przechytrzenia stojących nieopodal członków drużyny, bardzo przypomina pewnego oślizłego Tolkienowskiego bohatera.
A gang Psubratów, zarysowany już na wyklejkowej mapie i w pierwszych rozmowach lokatorów Lasu złamanych serc? Cóż, nie mogę dokładnie opisać tej zgrai, by nie zdradzić intrygi i moich przypuszczeń co do rozwoju akcji w kolejnych tomach serii, ale podzielę się chociaż ogólnym, plastycznym wrażeniem. Psubraty wyglądają bardzo przejmująco, niczym najczarniejszy koszmar Bajki na końcu świata, która przecież funkcjonuje w rzeczywistości po zagładzie. Mogą wzbudzić lęk, choć raczej nie tym, jakie są, lecz jak się takimi stały – przez przymykanie społecznego oka na pewne bardzo powszechne praktyki. Tym samym psubraty powinny bardziej przerażać nas niż inne zwierzęta, demiurgów, a nie mieszkańców Lasu złamanych serc. Mam nadzieję, że młodzi, inteligentni czytelnicy poczują się w pewnym stopniu współodpowiedzialni za istnienie i ciągłe powstawanie nowych żebraczych gangsterów, tę już się dziejącą apokalipsę. Wiem, że to możliwe, bo podobne lektury polskich autorów niejednokrotnie uwrażliwiały młodych ludzi, wpływały na ich postawy względem przyrody i zwierząt zamkniętych w schroniskach. Oto poważne skutki lekkich, często lekceważonych przez dorosłych książek dla dzieci. Nie szukajmy ciągle urokliwych, kanonicznych lektur z naszego dzieciństwa z dosadnym morałem, lepiej skoncentrować się właśnie na tych nowoczesnych problemach (których sprawcami są pokolenia nasze i dziadków naszych dzieci), ich odpowiednim dla młodzieży przedstawieniu, tak, by mogła ona sama dokonać diagnozy, podjąć działania profilaktyczne i przygotować dalszą taktykę leczenia złamanego świata.

Bożena Itoya

Bardzo dzika opowieść, 1. Las złamanych serc, scenariusz: Tomasz Samojlik, rysunki: Marcin Podolec, kolory: Agata Mianowska, wyd. krótkie gatki (kultura gniewu), Warszawa 2019.

Niebajka o Mikołaju


Nie, nie tęsknię za zimą aż tak bardzo, by u progu wiosny pisać o gwiazdkowych zwyczajach. Katarzyna Wasilkowska wzięła na pisarski warsztat zupełnie innego Mikołaja, co łatwo poznać zerkając na towarzyszące utworowi ilustracje (ich autorami są Maja Siemińska i Szczepan Troka Wysocki). "Niebajka o Mikołaju" jest projektem wspomagającym konserwację gdańskiego zabytku: Bazyliki pod wezwaniem Świętego Mikołaja, i to właśnie ten kościół należy uznać za głównego bohatera opowieści. Twardziela, enta wśród polskich świątyń, który teraz, popękany ze starości, zdany jest na naszą łaskę.

Sami widzicie – wichry historii i bałtyckie sztormy uderzały w Mikołaja ze wszystkich stron. Klasztor zmieniał się i przemieszczał, dominikanie byli przepędzani i wracali, lecz bazylika stała, tracąc na przestrzeni dziejów jedynie małą wieżyczkę, kilka dachówek, no i okna (jak te butelkowe denka).
Mikołaj przetrwał nawet wojnę wojen, najstraszniejszą ze wszystkich, drugą wojnę światową, aż do chwili, gdy nad Gdańsk nadciągnął koniec świata. Tak przynajmniej pomyśleli mieszkańcy, stłoczeni w przeludnionym mieście.
Wczesną wiosną 1945 roku bruk ulic i ściany kamienic zaczęły drżeć, a lodowaty oddech grozy przeniknął wszystkie żywe stworzenia do samej kości.

Już pierwsze strony publikacji robią na czytelniku duże wrażenie. Składa się na nie efektowne połączenie różnych typów grafiki i poetycko-bajkowa lekkość tekstu. Halo, miało być o kościele, to chyba powinno się pisać poważnie i nudno, byśmy siedzieli "jak na kazaniu"?! A tu figa. Dwa akapity otwierające książkę unoszą nas hen, daleko, aż nagle ockniemy się z zaczytania już na końcu historii, liczącej niemało, bo aż 112 stron.
Dzieci powitane zostaną metaforą raka pustelnika, a następnie dowiedzą się: jak gdańszczanie okazują sympatię Mikołajowi, kim są dominikanie i czemu możemy z nimi wędrować w czasie, kto jest ojcem, a kto bratem, skąd u duchownych wynalazczość w dziedzinie kosmetyków męskich i dlaczego ilustratorzy zaprezentowali nam tyle piesków (czasem w przebraniach, niczym komiksowi superbohaterowie), skoro mowa jest o świętym Dominiku i jego zakonie. W dalszej części książki poznają moc prostego słowa kaznodziei i... pisarki.
Katarzyna Wasilkowska pisze bowiem prosto i po prostu ładnie, stosując wyszlifowaną polszczyznę bez wyraźnych ozdobników stylistycznych, także tych prowadzących do "zdziecinnienia" tekstu. Są tylko subtelne odniesienia do tonu dawnych kronik. "Niebajka"zachowuje wartość informacyjną, ale góruje nad nią literackość, ba, poetyckość całości, podkreślana również przez artystyczne grafiki. I te malunki na otoczakach! Aż chce się pogłaskać kamienie na ilustracjach, otoczyć je dłonią...
Książka o Mikołaju zainteresuje młodych pasjonatów historii, którzy znajdą tu wyimki z dziejów Europy i europejskich legend, w tym żywotów świętych. Wszystko to przedstawione zostało w sposób tak nowoczesny, że aż miło słuchać i patrzeć. Ilustratorzy podjęli kilka odważnych, humorystycznych interpretacji dawnych czasów i pełnych czci sprawozdań, a także rozwiązań edytorskich na wysokim poziomie – sztuki i wesołości. Rozciągnięcie wersu mówiącego o długich wyprawach w ścieżkę prowadzącą na sąsiednią stronę to jak dotąd mój ulubiony myk drukarski tego roku. Choć ta akcja dotyczy roku pańskiego tysiąc dwieście dwudziestego siódmego.
Atrakcyjne grafiki przeplatają się z pięknymi, albumowymi fotografiami Julii Piwakowskiej i Piotra Vasco Wasilkowskiego oraz z dziecięcymi rysunkami. Ta różnorodność nie powoduje chaosu, ale daje nam odczuć płynącą z wielu stron moc świętego Dominika, dominikanów i ogromnej, niejednorodnej wspólnoty. Zewsząd przebija czułość twórców wobec miasta i Mikołaja. Bardzo chciałabym znów poczuć to wszystko, znaleźć się w moim ukochanym Gdańsku na dzień Świętego Dominika, przespacerować Jarmarkiem Dominikańskim. Narodziny tej 760-letniej tradycji również pokazano w "Niebajce o Mikołaju". Plastyczny język autorki pozwala zobaczyć istnienie i zakorzenianie się Bazyliki pod wezwaniem Świętego Mikołaja na tle rozwoju miasta, przeżyć niepowtarzalną lekcję historii, jeśli tylko naszą wyobraźnię stać na podłączenie się do tej literacko-wizualnej podróży w czasie.

Kościół przebudowywany i rozbudowywany był kilkakrotnie, aż wreszcie po ponad dwustu latach
od przybycia dominikanów do Gdańska stanął nowy, gotycki, w postaci takiej, jaką znamy dziś: z czteroprzęsłowym prezbiterium, trzema nawami, sklepieniem gwiaździstym i rozpoznawalną z daleka ośmiokątną wieżą.
Gdyby wyświetlić film, pokazujący rozwój miasta w przyspieszonym tempie, zobaczylibyśmy, jak Mikołaj obrasta domami. Nigdy nie miał placu, ani nawet okazałego wejścia. Od początku do wnętrza wchodziło się prosto z ulicy, przez skromny portal, po kilku schodkach w górę (a dziś w dół, bo poziom ulicy Świętojańskiej przez te wszystkie wieki się podniósł). Mikołaj stał się na zawsze częścią miejskiego organizmu. Widać dobrze mu było wśród gwaru ulicy i krzyku mew. Może dlatego, że sam był jaskinią spokoju, w której o każdej porze dnia było miejsce dla tych, którzy potrzebowali rozmowy z Bogiem, wyciszenia czy pięknej muzyki.

"Niebajka" jest też, co trochę wynika z tytułu, opowieścią o trudnych czasach – najazdach, oblężeniach, fałszywych przyjaciołach i krwawych podstępach. Znajdziemy w tej książce również zwięzłe, czytelne traktaciki na temat średniowiecznej sztuki, symboliki i zwyczajów. Aż trudno uwierzyć, jak obszerny, wielostronny przekaz zawiera się w tak niepozornej publikacji. Na lekturze skorzystają i najmłodsi, i rodzice, i nawet dziadkowie, a już zwłaszcza więzi rodzinne razem czytających. Na poziomie dziecięcego odbiorcy przygody kościoła mają różnoraki, ale zawsze pozytywny wpływ: rozwijają wrażliwość artystyczną (może nawet praktyczne umiejętności, na przykład tworzenia okien z gomółek?), ciekawość świata i umiejętność spoglądania nań z odmiennych od własnego punktów widzenia, poszerzają oczywiście wiedzę historyczną, poprowadzoną aż do czasów współczesnych, ze szczególnie poruszającą relacją z Gdańska w roku 1945 i latach bezpośrednio po nim następujących. Jak widać nie wymieniam tu czynników religijnych, uważam bowiem, że temat książki nie wyklucza wcale czytelników nienależących do grona wiernych Kościoła katolickiego. Typ narracji, ciepły sposób myślenia o Gdańsku, jego mieszkańcach i nieożywionych elementach miejskiego organizmu czynią "Niebajkę o Mikołaju" publikacją bardzo uniwersalną, przystępną i ciekawą dla każdego mieszkańca Gdańska, miłośnika Trójmiasta czy nawet pomorskiego turysty. Byle tylko miał trochę poczucia humoru, bo inaczej może nie docenić autorskiego podejścia choćby do spraw śmierci.

A co tam słychać pod podłogą? W ciszy krypt odpoczywa w pokoju całkiem spora ekipa różnych znamienitych gości. Nawet jeśli nie wszyscy dogadaliby się ze sobą za życia, teraz bardzo grzecznie nie żyją sobie obok siebie. Śmierć jest bardzo sprawiedliwa. Mamy tam kilku krzyżaków i znaczniejszych dominikanów, mamy bogatych fundatorów i katolickich szlachciców z Pomorza, jest mieszczan gdańskich cała gromada. Niezliczone podeszwy i kolana wiernych w większości wytarły już płyty nagrobne, na pojedynczych jednak można odczytać resztki napisów.

Grzeczne nieżycie obok siebie stanie się chyba moją ulubioną maksymą. W "Niebajce" roi się też od mądrości wymyślonych nie przez Katarzynę Wasilkowską, ale przez dawnych autorów inskrypcji, epitafiów, kronik. Dzięki równowadze między takimi wykopaliskami (dosłownie! mowa również o archeologii) a nowoczesnym spojrzeniem współczesnej pisarki, książka ma jedyną w swoim rodzaju atmosferę.

"Nie mówcie mi o chrześcijanach,
którzy nigdy się nie śmieją,
to nie mogą być poważni ludzie"
Tak powiedział jeden święty mnich. No, czyż nie miał racji? Poczucie humoru pomaga nam radzić sobie w trudnym czasie, a szczególnie radzić sobie ze sobą samym. Zresztą jak być ponurym, kiedy kogoś przepełnia Boża radość?
Dominikanie są szczerze radośni. Weselą się każdego dnia, śmieją z siebie samych, a czasem robią sobie kawały.

"Niebajka o Mikołaju" jest książką ważną, ale nieprzesadnie poważną, co odpowiada zacytowanej wyżej opinii o dowcipie braci dominikanów. Wszystkim nam przyda się taki koktajl z refleksji i chichotu, z zachowaniem zdrowych proporcji, wymierzonych z mistrzowską wprawą przez Katarzynę Wasilkowską i sztab jej ilustratorów oraz fotografów.

Bożena Itoya

Katarzyna Wasilkowska, Niebajka o Mikołaju, ilustracje i opracowanie graficzne: Maja Siemińska i Szczepan Troka Wysocki, ilustracje dzieci: Zuzanna, Tytus i Oriana Troka Wysoccy, fotografie: Julia Piwakowska, Piotr Vasco Wasilkowski, wyd. Fundacja Centrum św. Jacka, Gdańsk 2020.

Książka jest cegiełką. Całkowity dochód ze sprzedaży przeznaczony jest na prace konserwatorskie w kościele Świętego Mikołaja w Gdańsku.

sobota, 29 lutego 2020

S.T.A.G.S


Powieść "S.T.A.G.S" angielskiej pisarki M.A. Bennett jest jedną z najlepiej trafiających w nasze gusta publikacji młodzieżowych wydanych w 2019 roku. I ja, i mój trzynastoletni syn naprawdę daliśmy się wciągnąć tej historii, poddaliśmy się lekturze w pełni, bez żadnych uwag i niemal bez przerw. Cóż, uwielbiamy thrillery w kinie, ale jeszcze nigdy nie trafiliśmy na książkę tak filmową, trzymającą w napięciu, w sam raz nieprzewidywalną i niepokojącą. Fankami dziesiątej muzy i specjalistkami od niej są zarówno autorka, jak stworzona przez nią protagonistka: Greer, musiało więc zaiskrzyć, gdy trafiły na czytelników, którzy chodzą do kina na 30-50 filmów rocznie (a jeszcze więcej kupują i oglądają na DVD). Mimo że często nie znaliśmy obrazów, do których odnosiła się bohaterka w toku powieści.
Greer przytrafia się to, czego obawia się najbardziej każdy nastolatek: mając nadzieję na akceptację i przyjaźń rówieśników z "fajnego towarzystwa", daje się im wkręcić, stając się tak naprawdę ofiarą drwin. I nie tylko drwin, jak okaże się z czasem. Wcześniej doświadczymy z bohaterką różnych poziomów złośliwości, ironii i zażenowania. A wszystko zaczyna się, jak to często bywa w książkach czy filmach, od nowego początku: roku szkolnego, szkoły w ogóle. Greer otrzymuje stypendium w STAGS, renomowanej szkole imienia św. Aidana Wielkiego, założonej w VII wieku, pełnej jelenich poroży i dziwnych, surowych tradycji, często związanych z religią. Trymestry mają tu własne nazwy, budynki ‫– imiona, korytarze internatu wyposażone są w boazerie i dębowe drzwi, natomiast starsi uczniowie posiadają bardzo rozbudowane poczucie własnej wartości i reprezentują snobizm najczystszej próby. Zwłaszcza członkowie elitarnej kasty szkolnej: Ludzie Średniowiecza, otoczeni są aurą bogactwa, niedostępności, wszelkiej wyjątkowości i cesarskiej wręcz władzy. To ich króla od pierwszych dni bytności w szkole podziwia Greer, podkochuje się w nim, aż nagle otrzymuje od niego, samego Henry'ego de Walencourt, zaproszenie na weekendową imprezę w rodzinnej posiadłości.

Potwierdzenie udziału? Ale komu? – zdziwiłam się. – Nie ma nadawcy.
Dlatego, że wszyscy wiedzą, kto rozsyła te zaproszenia – poinformowała mnie Jesus. W jej głosie znowu zabrzmiał pogardliwy ton. – To Henry.
Jak już mówiłam, w STAGS był tylko jeden Henry. Czarne, tłoczone litery tańczyły mi przed oczami. Powinnam od razu się domyślić. Hasło: "polowanie strzelanie wędkowanie" brzmiało niemal jak żart. Brakowało w nim wielkiej litery i znaków interpunkcyjnych. Ale Ludzie Średniowiecza nie popełniali błędów. Jeżeli się mylili (...) – robili to z premedytacją. Henry specjalnie wyliczył te krwawe sporty w taki sposób, jakby wypowiadał je jednym tchem.
(...) – Henry de Walencourt zawsze zaprasza wybranych pierwszoklasistów do swojego domu na weekend Michaelmas justitium, który przypada na sezon łowiecki. Jeżeli udowodnisz swoją wartość w łowach i dasz się polubić jako człowiek, to w przyszłym roku, kiedy przejdziesz do drugiej klasy, możesz zostać Człowiekiem Średniowiecza.
Prawdziwa rozmowa ze współlokatorką była dla mnie czymś nowym, jednak siedziałam cicho i próbowałam przetrawić tę rewelację.
Pojedziesz, prawda? – Jesus nie dawała mi spokoju. – Logcross podobno jest cudownym miejscem. Absolutnym wyznacznikiem luksusu.

Po ciekawym, treściwym, niezbędnym i budującym napięcie sześćdziesięciostronicowym wprowadzeniu bohaterka ląduje we wspaniałym Longcross wraz z Ludźmi Średniowiecza i dwójką innych uczniów spoza elity. Przez jakiś czas jesteśmy zieloni jak Greer, nie wiedząc, w jakiej zabawie uczestniczy i co to za polowanie ma się rozegrać. Szybko okazuje się, że dziewczyna będzie bardzo potrzebować przyjaciół, a oni jej. Wzajemne wsparcie, jakiego udzielają sobie Greer i jej towarzysze weekendowego "wypad(k)u" : Nel oraz Shafeen, budowane powoli zaufanie i różne więzi są spoiwem historii, elementem ważnym na równi z dynamiczną i tajemniczą akcją. A ta stoi pod znakiem sadystycznych rozrywek prowadzących do śmierci, przed czym zostajemy ostrzeżeni już na pierwszej stronie powieści. Nie jest to zatem historia dla młodszej młodzieży ani czytelników o słabych nerwach. Sklasyfikowanie "S.T.A.G.S" jako thriller jest jak najbardziej słuszne.

Przypomniałam sobie, co czułam, kiedy trzymał mnie w objęciach bardzo realistyczne przyjemne emocje, które zabiła śmierć jelenia. Jakby słysząc moje myśli, Henry wstał i uniósł kieliszek.
Chciałbym wznieść bardzo szczególny toast – zapowiedział. – Za Greer, świeżo upieczoną łowczynię, która już na pierwszej wyprawie ustrzeliła jelenia. – Popatrzył na mnie szczerymi, błękitnymi oczami i znowu poczułam że moją duszę spowija coś ciepłego, miłego. – Panie i panowie, przedstawiam państwu Greer McDonald, zdobywczynię trofeum.
Nie byłam pewna, jak zareagować, więc siedziałam jak głupol, a tymczasem oni wstali i wznieśli kieliszki. Powtórzyli moje imię oraz to cudaczne wyróżnienie, cały czas gapiąc się na mnie. Potem opróżnili kieliszki i usiedli przy wtórze braw. Sytuacja była surrealistyczna. Do tej pory jeszcze nikt nie wznosił za mnie toastu, ale szkoda, że nie było ku temu innej okazji. W tamtej chwili wydawało mi się, że Henry chciał się zachować szarmancko, ale zdecydowanie wolałabym, żeby sobie odpuścił – lepiej, żeby sobie przypisał całą zasługę, bo z nią wiązało się poczucie winy.
Dalej było jeszcze gorzej. Dwaj lokaje wnieśli czarną księgę i otworzyli ją przed Henrym na właściwej stronie. Tom wyglądał na bardzo stary. Jego okładki były obciągnięte postarzałą skórą zwaną morocco w czarnym kolorze wpadającym w zieleń. Trzeci lokaj podał Henry'emu pióro. Wprawdzie nie było to gęsie pióro, ale i tak wyglądało na najstarszy przybór do pisania, jaki można sobie wyobrazić. Tego rodzaju piórem wiecznym ministrowie podpisywali po wojnie traktaty pokojowe.
Co się dzieje? – zapytałam Esme.
Henry wpisuje cię do dziennika łowów.
O Jezu!
Tylko moje nazwisko?
Nie, głuptasko – odparła. – Datę. Kto uczestniczył w polowaniu. Upolowaną zwierzynę, liczbę sztuk. Twoje nazwisko też. Jako osoby, która oddała decydujący strzał.
"No to świetnie" – pomyślałam. "Moje morderstwo dosłownie zostało uwiecznione w księgach historycznych".

No dobrze, młodzi zajmują się krwawymi sportami, a gdzie są wtedy rodzice? Brak dorosłych, w wielu książkach dla młodzieży (lub dzieci) niezrozumiały, chaotyczny, argumentowany źle lub wcale, tu jest wyjaśniony dobrze, a w pewnym momencie okazuje się nawet pozorny. Greer chodzi do szkoły z internatem, bo jej ojciec podróżuje zawodowo, łączy go jednak z córką silna więź i nawet filmowe fascynacje zrodziły się u niej właśnie dzięki rozmowom i seansom z tatą. Informacje te zyskujemy w miarę rozwoju akcji, podobnie jak dane na temat rodziców Nel i Shafeena, no i gwiazdora Henry'ego.

Czyli czym dokładnie zajmuje się kamerzysta?
Odrzuciłam myśl, by sarkastycznie stwierdzić, że kamerzysta to zgodnie z nazwą człowiek, który obsługuje kamerę.
Robi zdjęcia do filmów przyrodniczych, które znasz z telewizji: Davida Attenborough, Planety Ziemi, Autumnwatch i innych.
Codzienna rzeczywistość pracy mojego taty przedstawia się tak, że czasami trzeba czekać trzy dni, aż jaszczurka wyjdzie z nory, żeby nakręcić trzy sekundy ekscytującego materiału, na którym wąż próbuje ją pożreć, ale większość ludzi reaguje dość entuzjastycznie, kiedy im mówię, czym tata się zajmuje. Piers w ogóle nie okazał emocji.
Dużo wie o przyrodzie, prawda?
Tak. Zawsze, kiedy wraca z planu filmowego, opowiada mnóstwo historii. Obecnie jest w Chile, gdzie filmuje jaskinie nietoperzy. – Znowu przyszedł mi na myśl Wayne Manor. – Słyszałeś, że w dziewiętnastym wieku kupa nietoperzy była cennym towarem? Nazywano ją guanem. Ludzie używali jej jako nawozu, a kupcy wypełniali nią ładownie statków i rozwozili po świecie.
To rozbawiło Piersa. Znów zaśmiał się w ten swój dziwaczny sposób, który brzmiał jak krzyk, i pokręcił głową.
Gówno nietoperzy! – powiedział. – Naprawdę?
Tak. Albo coś takiego: skorpion spryskany choćby najmniejszą ilością alkoholu wariuje i moze sam siebie śmiertelnie ukąsić.
Będę o tym pamiętał.
A jelenie... – mówiłam dalej. – Tata powiedział mi, że ścigane zawsze biegną w kierunku wody, a potem stoją w niej, żeby psy zgubiły trop. To instynktowna taktyka.
Piers uniósł zrośniętą brew.
To akurat wiedziałem.
Z jego słów sączyła się ironia. Kopnęłam się pod stołem. No oczywiście, że wiedział. Jelenie patrzyły na nas ze wszystkich ścian, a nazajutrz mieliśmy upolować kolejnego. Piers na pewno znał się na tym już od dziecka.

Spodobało mi się tempo tej powieści i jej równość, oraz to, że szybko i trwale polubiliśmy bohaterkę, w tym dystans dziewczyny do siebie i własnych romantycznych wzlotów, które w licznych książkach młodzieżowych zaklejały nam całą relację dziewczęcej narratorki grubą, niemożliwą do przełknięcia warstwą lukru. Greer zakochuje się i odkochuje, mówiąc o tym jakoś naturalnie i przekonująco. Najciekawsze jest jednak, jak wpada w rożnego rodzaju pułapki psychologiczne i towarzyskie, a pod koniec nawet polityczne. To bardzo realistyczne sidła, rozstawiane przez doświadczonych kłusowników polujących na dobrą, ale zbyt ufną młodzież – literacką i rzeczywistą, która chce obalać stary porządek i dokonywać rewolucji: małych lub wielkich, ale zawsze służących poprawie sytuacji uciśnionych.
Niełatwo było wtłoczyć te wszystkie wątki w jeden utwór i zachować wiarygodność oraz wzbudzić zapał czytelnika, ale autorka tekstu i autor polskiego przekładu osiągnęli pełen sukces. Tłumacz powieści, Maciej Potulny, wykonał kawał dobrej roboty. Spolszczona wersja książki jest lekturą płynną, niepomijającą angielskich gier słownych i łacińskich nazw, ale wplatającą je w przekład tak, że wszystko zostaje wyjaśnione. Oczywiście poza kwestiami, które pozostawiono nam do samodzielnego rozważenia oraz sekretami, jakie być może rozpracujemy z Greer w kontynuacji jej przygód. Po znakomitym debiucie, M.A. Bennett niedługo zabłyśnie na polskim rynku drugą powieścią: "D.O.G.S", którą wydawnictwo Media Rodzina opublikuje w maju 2020 roku. Czekamy!

Bożena Itoya

M.A. Bennett, S.T.A.G.S, tłumaczył Maciej Potulny, Media Rodzina, Poznań 2019.

Leśne wędrówki


"Leśne wędrówki" Marii Dunin-Wąsowicz (tekst) i Elżbiety Wasiuczyńskiej (ilustracje) są ciekawym eksperymentem edukacyjnym. Po pierwsze, publikacja ta uczy, że książka dla dzieci mimo posiadania tradycyjnych składników: tekstu i ilustracji, może być kompozycją co najmniej niekonwencjonalną. Otóż tekst zaledwie wyziera tu zza obrazu, który spokojnie mógłby sobie poradzić sam. Narrator z offu, niczym w filmie przyrodniczym, informuje nas, co się dzieje, ale przecież i tak dobrze widzimy i wczuwamy się w zieloność. Bo "Leśne wędrówki" pękają od różnych odcieni zieleni i odblasków dnia oraz nocy, zmieniających ją w zupełnie inne barwy. To publikacja bardzo przyjemna w obcowaniu, magiczna lasem, wykorzystująca potęgę cienia i światła w naturze, taki przekład puszczy na język ilustracji książkowej i szyfr dziecięcych oczekiwań. Elżbieta Wasiuczyńska jest tu przynajmniej równoprawną autorką, a właściwie wydaje się sprawcą i dyrygentem tych wszystkich leśnych spotkań, pięknych momentów tak plastycznych, że niemal towarzyszą im zapachy i odgłosy zielonej gęstwiny.
Drugim oryginalnym aspektem książki jest jej... niekompletność. I odwrotność. Na obrazach brakuje kilku zwierzęcych postaci, które mamy okazję poznać dopiero na końcu, w przeznaczonym do wycięcia załączniku. Sami współtworzymy bohaterów "Leśnych wędrówek", formując ich figurki, bawiąc się nimi niczym kukiełkami w teatrzyku lub wymyślnymi pionkami z gry planszowej. Ilustratorka rozbudza nasze najgłębsze pokłady wyobraźni, poezji i potrzeb manualnych, podczas gdy autorka zwraca się do czytelnika bezpośrednio (łącznie z pisownią "Ciebie" i "Ty" wielką literą), prostymi słowami, zwięźle opisując zachowania zwierząt. Pod tym względem publikacja przypisana jest do rzeczywiście najmłodszych odbiorców, w wieku od około dwóch (według wydawcy od trzech) do pięciu lat. Starszakom mogą przeszkadzać dziecinny ton narracji i pewne niedoskonałości językowe.

Pewnie trochę żałujesz, że tak szybko pożegnaliśmy się z dzięciołem? Nie martw się. Właśnie tu, wśród krzaków leszczyny, schował się ktoś i i spogląda na Ciebie z ukrycia swymi bystrymi oczkami...
Czy widzisz na ścieżce ten leszczynowy orzech? Wiem, wiem, że miałbyś ochotę schrupać ten leśny przysmak. Ale nie tylko Ty masz na niego ochotę. Może uda Ci się zobaczyć, czyje łapki zerwały orzeszek i kto za chwilę zaniesie go do dziupli.
Jest, jest! Zwinna ruda wiewióreczka!
Któż ją prześcignie w jej szybkich skokach: z gałęzi na gałąź, z drzewa na drzewo...
Smacznego, leśna panienko! Ale czy twoje ząbki nie złamią się przy rozgryzaniu tych twardych orzechowych łupin?
Wiewiórcze zęby są bardzo mocne, o wiele mocniejsze od naszych. Wiewiórki mają za to inne kłopoty: czy zdążą nazbierać do spiżarni tyle orzechów, aby starczyło ich na całą zimę?

"Leśne wędrówki" stanowią nietypowy przewodnik po lesie, jak się okazuje na końcu książki, rzeczywiście istniejącym i konkretnie ulokowanym – w Nadleśnictwie Staszów, choć przecież możemy podjąć trop także gdzie indziej, gdziekolwiek w Polsce czy naszym regionie Europy. U nas ta najzieleńsza z publikacji sprawdziła się jako namiastka wakacji, wspomnienie wszystkich minionych lat w lesie i zapowiedź wspólnych wypraw, które rozpoczniemy za kilka miesięcy. To prawdziwie odświeżający zastrzyk lasu, mała słoneczna bateria, doładowująca wesołością i nadzieją w środku zimy.

Bożena Itoya

Maria Dunin-Wąsowicz, Leśne wędrówki, ilustracje Elżbieta Wasiuczyńska, Wydawnictwo Muchomor, Warszawa 2019.

Malutki Lisek i Wielki Dzik. Huk


"Huk" jest już piątym komiksem Bereniki Kołomyckiej o Malutkim Lisku i Wielkim Dziku. Pierwszy, jak głosi strona internetowa wydawcy (Egmont Polska), powstał jako rozwinięcie krótkiej historii nagrodzonej w drugiej edycji „Konkursu imienia Janusza Christy na komiks dla dzieci”, natomiast ten najnowszy ukazał się z logo "100 lat polskiego komiksu". Jubileuszowy rok 2019 przyniósł przynajmniej kilka bardzo wartościowych pozycji dla dzieci, świadczących o wysokim poziomie i szybkim rozwoju polskiego komiksu adresowanego do kilku- i nastolatków. "Huk" zdecydowanie do nich należy. Wszystko w tym albumie jest w sam raz: sposób prowadzenia historii, udział obrazu w stosunku do słowa, przytulność bohaterów zestawiona z dzikością przyrody, kolory przeplatające się z mdłą suszą, rozłożenie ciężaru między bezpośrednią akcję a relacje łączące postacie i ich dylematy moralne. Do tego dochodzi czytelność na każdym poziomie: plastycznym, literackim i edytorskim, oraz nastrój, którego nie potrafiłby powtórzyć żaden inny artysta.
Ta komiksowa opowieść została podzielona na trzy segmenty, zatytułowane "Cisza", "Pomruk" i "Huk". Pierwsza dominuje nad pozostałymi barwnością i spokojem, bo wraz z rozwojem akcji kolory ulegają wypaleniu, a zagrożenie tli się coraz intensywniej. Początkowe kadry wprowadzają nas w atmosferę upalnego, pozornie leniwego lata, ukazując na przemian Liska i Dzika oraz ich okolicę, trochę jak w filmie przyrodniczym. Tu akcją jest, na równi z biegiem i rozmową zwierząt, rośnięcie polnych ziół czy odblask światła, niczym w "Mikrokosmosie". Bardzo spodobało mi się, że bohaterowie Bereniki Kołomyckiej nie pozują do obrazków, czasem pokazywani są od tyłu, tylko we fragmencie, malutcy, ledwie widoczni, zatopieni w morzu traw. To też przypomina dokument o życiu zwierząt.
Związków z rzeczywistością jest tu więcej. Mimo malarskości albumu, antropomorfizacji zwierzątek i ich przyjacielskich stosunków, o które trudno w ekosystemie, "Huk" pokazuje prawdziwy krajobraz oraz wiele realnych problemów. Jedno małe szkiełko rzucone na suche trawy może doprowadzić do olbrzymiej katastrofy, i to właśnie ten mały przedmiot okazuje się villainem, który przecież musi zagościć w każdym porządnym komiksie bohaterskim. Superdzik natomiast ocali nawet głupiutką srokę, przez większość historii starającą się o rolę głównego złoczyńcy, ale ostatecznie pozostającą tylko zwyczajnym drugoplanowym zwierzątkiem z małym rozumkiem i dużymi przyzwyczajeniami. Prawda jest taka, że szkiełko pochodzi od wielkiego nieobecnego – człowieka, którego należy uznać za właściwego sprawcę kłopotów jabłonkowej doliny: pożaru traw i lasu.
Ekologiczna wymowa komiksu nie przytłacza przygody, wrażeń artystycznych, czy całego zaangażowania młodego czytelnika w opowieść. Epoka natrętnego dydaktyzmu dawno minęła, przynajmniej w topowych publikacjach dziecięcych, do których zalicza się seria "Malutki Lisek i Wielki Dzik". W naszych czasach nie da się jednak pominąć tematu zagrożeń środowiska, czy to spowodowanych bezpośrednim, doraźnym, czy długofalowym działaniem człowieka, trzeba tylko mówić o nim w wyważony, nienatrętny sposób, a nie na dawną, czarno-białą i łopatologiczną modłę. Berenika Kołomycka wciąga ekologiczny dyskurs na wyższy poziom artystyczny, zachowując jednocześnie prostotę potrzebną w wychowaniu świadomych, empatycznych użytkowników świata, niekoniecznie od razu "zielonych" aktywistów. Na razie wystarczy, że dzieci popatrzą na te małe, śliczne zwierzątka jak na mieszkańców własnej okolicy, na których życie sami mamy wpływ, a nie jak na jakiś wyimaginowany psi patrol czy inną kreskówkową gromadkę dokazującą (bez związku z rzeczywistością) za szybką ekranu.

Bożena Itoya

Berenika Kołomycka, Malutki Lisek i Wielki Dzik. Huk, Egmont Polska, Warszawa 2019.