cudanakiju.pl

cudanakiju.pl

niedziela, 9 grudnia 2018

Etnogadki


"Etnogadki" zespołu autorskiego Monika Michaluk, Witold Przewoźny (tekst i opracowanie) oraz Michał Stachowiak (ilustracje i opracowanie graficzne) są zarazem albumem i przewodnikiem etnograficznym dla dzieci. Podtytuł "Opowiastki o dawnych obrzędach i zwyczajach" odnosi się do polskiej wsi sprzed kilkuset lat, ale także tej z dzieciństwa dziadków oraz rodziców młodych czytelników. Książka została opublikowana w 2018 roku przez wydawnictwo Albus, podejmujące się tylko ciekawych projektów. Tym razem poznańska oficyna postawiła na połączenie tradycji z nowoczesnością oraz równowagę między tekstem a grafiką. Oryginalne, według mnie nowatorskie ilustracje opowiadają bowiem o bardzo dawnych, głęboko w nas zakorzenionych, często rytualnych czynnościach, typowych sytuacjach i miejscach, a jednakowa wartość słowa i obrazu przywodzi na myśl równonoc, która zresztą kilkakrotnie pojawia się na kartach książki.

Hej, Księżycu! Dziś wygrałeś,
Lecz odwróci się twa karta,
Czegoś tu nie przewidziałeś,
Pani twa niewiele warta!

Wkrótce o tym się przekonasz,
Teraz ciężki sen mnie morzy.
Czego w czasie tym dokonasz?
Cóż takiego, zuchu, stworzysz?

Przytul się, kochana chmurko,
Czas się schować, nabrać sił.
Wkrótce wyjrzę na podwórko,
Śniegi, lody skruszę w pył!

Słońce rządzi w tej publikacji, porządkując życie i obyczaje bohaterów według własnego cyklu. Zawartość (tekstowa i graficzna) ułożona została zgodnie z porami roku, wyznaczanymi właśnie przez Słońce, wyglądające do nas z większości ilustracji. Przygoda zaczyna się zimą, więc nawet dopasowaliśmy się do książki rozpoczynając jej lekturę na przełomie listopada i grudnia. Przed właściwym pierwszym rozdziałem zamieszczono bardzo ciekawe, kilkustronicowe wprowadzenie "Dawno temu w małej wiosce", dobrze obrazujące, czym są "Etnogadki". Czysto informacyjny tekst sformułowany jest w sposób prosty, przystępny dla kilkuletniego dziecka, chwilami odrobinę stylizowany na dawne "gadki", stąd na przykład Słońce nazywane bywa "Słonkiem" i "Słoneczkiem". Oprócz opisu osób, ich domostw i zajęć na pierwszych stronach pojawiają się wierszyki i duże, czytelne oraz estetyczne ilustracje.

Weźcie, chłopcy moi,
Każdy po swym stadku,
Praca rąk nie brudzi,
A życie w dostatku!

Rośnij, babko moja,
Gościom posmakujesz,
A jak się nie udasz,
Gorzko pożałujesz!

Laluś moja, laluś!
Mama cię uszyła,
Ja cię będę czesać,
Będę cię nosiła!

Zgrabne, zwięzłe wersy i strofy stanowią rozwinięcie informacji przytaczanych na dole strony, one także służą objaśnieniu, kto i co jest bohaterem książki. Na niektórych planszach znalazły się dłuższe wierszyki opisujące życie wsi, umieszczone na polach podobnych do tradycyjnych makatek z sentencjami. Natomiast gospodarze, gospodynie, dzieci i zwierzęta wypowiadają swoje rymowane kwestie w dymkach przypominających te komiksowe. Najwięcej mówi sowa, nasza przewodniczka po dawnych polskich obrzędach i zwyczajach.

Mówią o mnie mądra głowa,
Bo wiem więcej niż wy, ludzie,
Znana jest mi leśna mowa,
Widzę pracę waszą w trudzie.

Ja samotny strażnik granic,
Hukam! Dzionek z nocą godzę!
Jeśli magię macie za nic...
Jest mi z wami nie po drodze!

W głównym tekście możemy napotkać "Słoneczko", ale to wierszykach pojawia się najwięcej stylizacji językowej: odwołań do ludowych porzekadeł, regionalizmów leksykalnych (słownictwo) i gramatycznych (końcówki wyrazów). Czytelnik łatwo wczuwa się w nastrój książki, bo też autorzy bardzo dobrze rozumieją zasady tworzenia wiejskich przyśpiewek i rymowanego bajania, jakby przenieśli się w czasie na jakieś profesjonalne szkolenie (może odbyte przy darciu pierza, zbieraniu ziół, przędzeniu albo podczas zapustów?) i po powrocie ułożyli "Etnogadki".
Rozdział poświęcony zimie składa się z obszernego podrozdziału "Boże Narodzenie", dalej następuje niemal równie pokaźny "Karnawał" i już wita nas wiosenne powiedzenie, bo tak właśnie w tekście oznaczane są kolejne pory roku. Zimowe zwyczaje zostały przedstawione w sposób interesujący dla dziecka i zachęcający je do pielęgnowania tradycji kulinarnych, rozrywkowych, religijnych, a także tych związanych z życiem rodzinnym. Od pierwszego rozdziału autorzy włączają nas do zabawy, krótko i wesoło rymując instrukcje wykonania ozdób czy smakołyków. To bardzo skuteczna próba aktywizacji czytelnika, a przy okazji można poćwiczyć pamięć, w trakcie wykonywania aniołka albo pączków recytując wierszyk. Zupełnie jak zaklęcie z Harry'ego Pottera albo "litania" zakupowa bohaterek "Dzieci z Bullerbyn".

Kiedyś zamiast choineczki
podłaźniki podwieszano.
A ze słomy szczerozłotej
aniołeczki wyplatano!

1. Teraz w rękę weź garść słomy,
wkrótce cel będzie wiadomy.

2. Potem zwiąż kokardę złotą,
niech warkoczyk inni splotą!

3. Zegnij wiecheć na połowę,
zaraz z czubka zrobisz głowę.

4. Anioł skrzydła musi mieć!
Jako rączki warkocz wpleć.

5. Jednym cięciem suknię stwórz,
twój aniołek gotów już!

Kolejne fazy przepisów są realistycznie (i ładnie!) zilustrowane, ponumerowane, przeważnie też uszeregowane w tym samym kierunku, co wskazówki na tarczy zegara, mamy tu więc ukryty element edukacyjny. W książce często powtarzają się okręgi czasu, na przykład roczne prace na polu wpisywane są w podzielony na cztery części "wieniec", oświetlany Słońcem i Księżycem w różnych fazach. Ta kolistość odpowiada strukturze i przesłaniu książki, o czym jeszcze wspomnę poniżej.
Dział dotyczący Bożego Narodzenia wart jest szczególnej uwagi ze względu na wielobarwność, szczegółowość, wyjątkową atrakcyjność i rzeczowość zarazem. Autorzy "Etnogadek" przekazują informacje o obrzędach z punktu widzenia popularyzatorów wiedzy i nauk antropologicznych, konkretnie antropologii kulturowej, inaczej etnologii (niekiedy nazywanej etnografią). Można więc powiedzieć, że książka ma charakter świecki, w odpowiednich momentach nie unika się jednak akcentów religijnych, bo te są przecież częścią zwyczajów polskiej wsi, stąd na przykład nazwa "Boże Narodzenie", a nie "Gwiazdka".
Album wydany przez Albus doskonale odpowiada dawce i sposobowi pobierania wiedzy, jakie interesują dzieci i powinny być im zapewniane. To wszystko po prostu trzeba wiedzieć – o własnych korzeniach, tradycji, pochodzeniu przedmiotów, potraw, znaczeniu zachowań przy świątecznym stole. Przedszkolne jasełka i strzelanie pistoletami na wodę nie starczą, powinniśmy przekazywać dzieciom sens tego, co robią i o czym się uczą, a "Etnogadki" umożliwiają zrozumienie przyrody oraz umieszczenie w jej kontekście naszych zwyczajów czy ogólnie polskiej kultury ludowej.
Ten głęboki przekaz książki Moniki Michaluk i Witolda Przewoźnego nie posiada znamion przestępstwa przynudzania. Samodzielny czytelnik odbiera lekturę "Etnogadek" jako przygodę, przy odrobinie fantazji może przeżyć przenosiny do innego wymiaru, pętli czasu niezależnej od rzeczywistości. Wieś i jej mieszkańcy zostali scharakteryzowani na tyle szczegółowo, by dziecko miało ogólną świadomość, jacy są i jak wygląda dla nich każda pora roku, ale też aby mogło uzupełnić te dane własną wyobraźnią. Między stronami, wersami, rysunkami można rozważać, co dziewczęta robią, gdy nie pracują, który gospodarz kryje się pod którym przebraniem, rozpoznawać przedstawione na początku osoby na dalszych obrazkach – a nuż zdemaskujemy zakochaną parę szukającą kwiatu paproci? Możliwych zabaw jest bez liku, trzeba tylko delektować się albumem we własnym tempie. Dlatego, według mnie, "Etnogadki" najlepiej czytać i równocześnie oglądać samemu (albo bardzo uważnie uczestniczyć w rodzinnej lekturze "na głos").
Michał Stachowiak uczynił z "Etnogadek" także książkę obrazkową, błyskotliwą, przekazującą autorską wizję ludowości. Grafiki przypominają hafty, obrazki na szkle, wzory z chust, spódnic, kaftanów, koszul, sklecone są jakby z naturalnych koralików: owoców, liści, kłosów, źdźbeł, gałązek, kwiatów, chmur, promieni, piór, oczu, ogonków. Elementy ilustracji wydają się niepowtarzalne, artystyczne, a zarazem równe, geometryczne, perfekcyjne, jakby wyszły spod doskonałej maszyny. Ilustrator wiernie i kusząco odwzorował zróżnicowane barwy wszystkich okresów cyklu przyrody, tu nawet biel i szarość zimy nie są smutne ani nudne. Zresztą w zimie można znaleźć moc kolorów, wystarczy tylko wejść do chaty, zwłaszcza kuchni, w której przygotowuje się świąteczne i zapustowe potrawy albo do karczmy, gdzie tańczą przebierańcy. A potem następują inne pory roku, podczas których przerabiamy z gospodarzami wszystkie ich sezonowe obowiązki i rozrywki, ze wsparciem soczystych kolorów. Co ciekawe, ciemność też jest atrakcyjna i pasjonująca – do najintensywniejszych pod względem wrażeń plansz zaliczają się właśnie te przedstawiające noc. Tutaj bowiem dzień i noc, jak pory roku, są niezbędne, komplementarne, następują po sobie i w zakończeniu dochodzimy znów do początku.
Bardzo podoba mi się to zapętlenie, obrzędowość książki o obrzędach i zwyczajach. Można ją czytać (i oglądać) na okrągło, przechodzić powolutku, po kolei, tak jak przeżywamy każdy rok. Lektura wiąże się z dużą satysfakcją, bo młody czytelnik zyskuje i ciekawą, praktyczną wiedzę, i bogate wrażenia artystyczne. Mam nadzieję, że przynajmniej jednakowe zadowolenie odczuwają twórcy "Etnogadek", bo jest to publikacja na wysokim poziomie edytorskim, dydaktyczno-merytorycznym i plastycznym. Na każdej karcie czuć ogrom pracy, pasji i talentu autorów.
Bożena Itoya

Monika Michaluk, Witold Przewoźny (tekst i opracowanie), Michał Stachowiak (ilustracje i opracowanie graficzne), Etnogadki. Opowiastki o dawnych obrzędach i zwyczajach, Wydawnictwo Albus, Poznań 2018.

wtorek, 4 grudnia 2018

Smoki wyobraźni


Wydawnictwo Literatura w 2018 roku przekształciło się w grupę wydawniczą, poszerzając swoją ofertę o pozycje dla dorosłych. Adresatami linii wydawniczej (czy też wydawnictwa-córki) Literatura Piętro Wyżej są czytelnicy wychowani na książkach dziecięcych i młodzieżowych publikowanych w wydawnictwie Literatura, którzy wyrośli już nawet z serii "Plus minus 16", ale chcieliby pielęgnować swoje zainteresowania oraz przyzwyczajenia czytelnicze. Oczywiście po "dorosłe" publikacje Katarzyny Ryrych, Pawła Wakuły czy Barbary Stenki może sięgnąć każdy chętny, ale ideą było utrzymanie i pogłębienie sympatii czytelników dla ich ulubionych pisarzy, typów literatury czy narracji. Jednocześnie autorzy piszący zazwyczaj dla młodych ludzi mogą na chwilę odejść od konwencji, tematyki i ograniczeń książki dla dzieci, wykazać się na innym polu, zyskać nową publikę.
"Smoki wyobraźni" są pierwszą książką Pawła Wakuły adresowaną do dorosłych. Moja rodzina czytuje i bardzo lubi "Kajtka i Yetika", kilka tomów opowiadań o leśniczym Piątku, zbiór "Mój tata jest olbrzymem" czy cykl opowiadań historycznych "Zdarzyło się w Polsce", a także inne publikacje historyczne ukazujące się w serii "A to historia!" wydawnictwa Literatura ("Jagiełło pod prysznicem", "Jajecznica Kolumba", "Wierusz i Nikt", "Bjorn. Syn burzy"), więc w pewnym sensie jesteśmy znawcami twórczości Pawła Wakuły, ale "Smoki wyobraźni" okazały się dla mnie wielkim zaskoczeniem. Co prawda humor prawie nigdy nie opuszcza tego pisarza, jednak wcześniej, na przykład w tomach "Opowiadania z kluczem" czy "Czarownice są wśród nas", otrzymaliśmy ledwie zapowiedź jego możliwości satyrycznych, parodystycznych i kryminalnych. Nowa książka przesiąknięta jest czarnym humorem, utrzymana w konwencji groteski i literackiej gry z czytelnikiem.
Autor połączył historie rozmaitych, nieznających się osób przeplatając je inną opowieścią. Jest to właściwie zbiór opowiadań wypływających z odrębnego opowiadania, głównego, choć zapisanego kursywą, ramowego, ale bezimiennego (poza chwilowo przywdzianymi funkcjami prologu oraz epilogu) i poszatkowanego pozostałymi, rozdzielonego między nie, a wobec fantazyjności ogółu, chyba najmniej wciągającego dla czytelnika. Otóż koleją (właśnie "koleją", a nie byle "pociągiem"!) podróżuje sobie narrator – jedzie, jedzie pan, pan i w rytmie stukotu zwierza nam się ze swojej fascynacji podobnymi wędrówkami oraz z obrzydzenia, jakie wywołują w nim gadatliwi współpasażerowie. Również "nasz" pan nie jest sam, daje się wciągnąć w pogawędkę, która szybko przeradza się w dyskusję na jakże egzotyczny i niepoważny dla dorosłych ludzi temat smoków.
Kolejne rozdziały noszą imiona smoków: Walenty, Eustachy, Amadeusz, Bartłomiej, Fabrycy, Kalikst, Winicjusz, Teofil, Emeryk, Gedeon, Antoni, Dionizy i Albert, Wincenty, Tycjan. Ładne, szlachetne imiona, czyż nie? Mnie skojarzyły się z wymienianymi co rano w radiu mitycznymi solenizantami, bo osobiście nigdy nie zetknęłam się z żadnym Kalikstem, Fabrycym, Emerykiem ani nawet Eustachym. Czy zatem rzeczywiście istnieją? Właściwie można w to wątpić tak samo, jak i w prawdziwość smoków. Autor zaplanował charakter swoich opowiadań i bohaterów już nadając im imiona. Stał się demiurgiem świata niezwykłego, bo osadzonego w rzeczywistej, ziemskiej, nie tak dawnej przeszłości, a zarazem fantastycznego, przy czym czytelnik zastanawia się, na ile jest to fantastyka, a na ile przenośnia i drwina. Mamy tu do czynienia z umiejętną i urokliwą stylizacją, utwór skrzy się starodawną erudycją, obserwujemy też kontrolowane użycie archaizmów i innych form wysokich. Z tekstu biją elegancja i "grzeczność", służące jednak jako ścianki jednego z elementów tej szkatułkowej opowieści. Imiona smoków, ich losy, forma prozy, którą zostały opisane, sytuacja i cel, w jakich są przekazywane przez współpasażera w pociągu – wszystko to składa się na misterną sieć, którą snuje wokół nas Paweł Wakuła. Dawno nie widziałam tak pięknej i perfekcyjnej pajęczyny literackiej, jakże miło było dać się w nią wplątać!
Nie opowiem, co przytrafia się bohaterom "Smoków wyobraźni", aby nie odbierać czytelnikom niespodzianek, a konstruującemu fantastyczne pułapki pisarzowi – ofiar. Książkę Pawła Wakuły polecam wszystkim wielbicielom dobrej literatury. Odczułam tu nie tylko pokrewieństwo smoków z ludźmi, ale i pewną łączność, zakorzenienie czy podobieństwo "Smoków" względem kilku autorów, dzieł i typów twórczości, w których zaczytywałam się jako licealistka i studentka: "Inwazji jaszczurów" i "Krakatitu" Karla Čapka, "Przemiany" Franza Kafki, dramatów Samuela Becketta. Jest i krztyna dziewiętnastowiecznej klasyki rosyjskiej (prozy, dramatu), zwłaszcza Antoniego Czechowa, a i miłośnicy "Strefy mroku" czy innych tworów z okolic Stephena Kinga znajdą tu coś dla siebie.
Wiele artystycznych wrażeń zapewnia czytelnikowi również ilustrator "Smoków wyobraźni", Piotr Fąfrowicz. Każdemu opowiadaniu towarzyszy całostronicowa grafika przedstawiająca smoczego bohatera w jego naturalnym otoczeniu. Jak przystało na tradycyjną ilustrację książkową, pod obrazem znajduje się odpowiadające mu, zaczerpnięte z tekstu zdanie. Trzeba uważać, by nie czytać tych podpisów przed zakończeniem lektury danego rozdziału – ja dwukrotnie, mimowolnie i przedwcześnie poznałam pointę opowieści. Delikatne akwarele z drobnymi zwierzętami, domami oraz okienkami, łysymi drzewami i smoczymi ogonami ząbkowanymi jak dziecięce szlaczki dobrze oddają kruchość i pewną przezroczystość bohaterów (metaforycznie: prześwitujemy przez nich my sami). Ogólną melancholię i nostalgię buduje także kolorystyka ilustracji, każdemu smokowi przyporządkowujących barwę, zazwyczaj smutno-jesienną, trochę przykurzoną, może nadpleśniałą. Te zabiegi graficzne znakomicie oddają naturę i nastrój tekstu, zresztą stylizacja obejmuje także inne poziomy książki, czyniąc z niej edytorski skarb. Tak oto przygotowana przez Elżbietę Chojnę okładka jest jakby podwójna: w nowiutkiej, idealnie białej twardej oprawie zamknięto poszarzałą, pozaginaną i ponaddzieraną miękką okładkę, z jakimiś zaciekami, odręcznym napisem. Podobnie wyglądają należące do mojej mamy książki wydawane w latach 50. XX wieku, może były na nich kiedyś obwoluty, ale dawno się rozpadły. Publikacja ma też ciekawy, nietypowy format, a w tej kwestii współczesne wydawnictwa dla dorosłych są raczej jednostajne. Innym urozmaiceniem jest malutka czcionka zastosowana w odpowiednich fragmentach "Amadeusza" – niby to tylko zabieg kosmetyczny, ale wyjątkowo celny. Twórcy książki ujęli mnie wszystkimi szczegółami i ogółami, sprawiając, że "Smoki wyobraźni" Pawła Wakuły uważam za literaturę piętro wyżej od wszystkiego, co ostatnio czytałam.
Bożena Itoya

Paweł Wakuła, Smoki wyobraźni, ilustracje Piotr Fąfrowicz, okładka Elżbieta Chojna, Wydawnictwo Literatura – Literatura Piętro Wyżej, Łódź 2018.

czwartek, 29 listopada 2018

Jane, lis i ja


Wśród miłośników dziewiętnastowiecznej literatury angielskiej są tacy, którzy cenią tylko oryginalne klasyki, ale znajdą się i osoby chętnie sięgające po rozmaite interpretacje, zwłaszcza adaptacje filmowe do nich zalicza się moja mama, a i ja po części też. Trudno tylko dokonać wyboru, co obejrzeć. Nawet wielbiciele "Dziwnych losów Jane Eyre", a co dopiero laicy, mogą mieć problem z doliczeniem się ekranizacji powieści Charlotte Brontë, co gorsza, niekoniecznie znajdą w którejkolwiek ducha pierwowzoru. Czasem lepiej sięgnąć po ujęcie mniej klasyczne, świeże, niespodziewane, i, zamiast gubić się w mnogości bezpośrednich adaptacji, wybrać utwór czerpiący z literackiego źródła w sposób nieoczywisty, coś będącego wariacją na temat klasyki, a nie jej kalką. Takim pokłonem w stronę Jane Eyre, patronki dziewcząt uduchowionych, ale brzydkich lub za takie uważanych (również albo przede wszystkim przez nie same) jest album "Jane, lis i ja" Isabelle Arsenault (rysunki) i Fanny Britt (scenariusz), w Polsce wydany przez Kulturę Gniewu. Formalnie utwór ten można nazwać powieścią graficzną lub komiksem, choć nie ma w nim dymków, a niektóre kadry, strony czy rozkładówki są w ogóle pozbawione tekstu.
Bohaterką tej historii i zarazem jej narratorką jest Hélène, zwykła szara dziewczynka w wieku około 11-14 lat. To przez pryzmat jej smutnych losów poznajemy przypadki Jane Eyre, bo Hélène stara się uciekać od rzeczywistości w świat powieści Charlotte Brontë. W szkole jest prześladowana przez "koleżanki" z klasy, do których chętnie przyłączają się też chłopcy jesteśmy świadkami wyzwisk, uśmieszków, gestów i całkowitego wykluczenia, a przede wszystkim pogrążamy się w reakcjach ofiary przemocy. Hélène chodzi skulona, w jej opowieści nie ma kolorów, chyba że streszcza "Dziwne losy Jane Eyre". Te fragmenty rozkwitają barwnymi akwarelami, ale główna narracja graficzna prowadzona jest w tonacji sepii, szkicu, mgły, nieostrości i ogólnej depresji. Bohaterce brakuje poczucia własnej wartości, źródeł (auto)regeneracji pewności siebie, wierzy w wymyślone zarzuty rówieśników, znane wszystkim dzieciom i nastolatkom gnębionym w swoich klasach: jesteś gruba, brzydka, śmierdzisz, nie masz kasy, nie masz przyjaciół. Mama nie wie. Nauczycieli nie ma. Jest tylko Hélène kontra wszyscy, a przynajmniej tak się jej wydaje do pewnego momentu.
Czytaliśmy z synem dużo powieści i opowiadań o kompleksach nastolatków i bullyingu w szkole, temat pojawia się często również w kinie, ale komiks czy powieść graficzna rzeczywiście jest dla nas dotąd niespotykanym, a bardzo skutecznym sposobem na upowszechnienie wiedzy o tym problemie. Kto czytał "Jane, lis i mnie", ten mówi, że lektura jest mocna. Dziewczynka przy ważeniu u lekarza wstydzi się. Naśladuje szok widziany w reklamie i u mamy. Uważa, że 40 kilogramów to bardzo dużo, że nabazgrane na drzwiach szkolnej toalety hasło "Hélène waży 100 kilo!" właściwie jest bliskie prawdy. Wyobraża sobie siebie w kostiumie kąpielowym jako tłustą kiełbasę. A my to czytamy, oglądamy obrazki i nie rozumiemy: przecież wygląda tak samo, jak prześladowczynie, nie jest od nich ani trochę okrąglejsza! Tylko że one trzymają się prosto, zachowują głośno, by wszyscy je dostrzegali, a Hélène przemyka zgarbiona, starając się zniknąć.
Zazwyczaj ze stanowiska czytelnika łatwo oceniać i dziwić się bohaterce, kibicować, by pokonała kompleksy, zwróciła się o pomoc do rodzica, nauczyciela, pedagoga, psychologa, telefonu zaufania. Jednak "Jane, lis i ja" działa inaczej, po prostu wciąga nas w sytuację nieszczęśliwej nastolatki, a kiedy jest się w jej klatce, trudniej radzić i grzmieć. Właśnie tak czują się niektóre (bardzo liczne) dziewczęta w szkole podstawowej i średniej. Autorki pokazały ich świat od wewnątrz, bez rozwiązań i morałów, które dostępne są dopiero dorosłym czy osobom oceniającym sytuację na chłodno, z boku i obiektywnie. Tymczasem książka opowiada o przeżyciach subiektywnych, wręcz intymnych, które doprowadzają dorastających ludzi na skraj wytrzymałości, czasem przemijają, samoczynnie się rozpływają, jak w ukoronowanych happy endami historiach o Hélène i jej bratniej duszy Jane Eyre, ale niekiedy kończą się samookaleczeniami i innymi formami przemocy, a nawet samobójstwami.
Tytułowy lis pełni w opowieści funkcję symboliczną, jego pojawienie się sprowadza przełom, z którym również w rzeczywistej części narracji pojawiają się kolory, wcześniej zarezerwowane tylko dla marzeń o Jane Eyre. Podobnie wyznacznikiem przeniknięcia (lub dopuszczenia) piękna literatury do codzienności Hélène jest zmiana czcionki w głównej narracji, niemal do końca prowadzonej nieco krzywymi wersalikami, nagle zamienionymi na ładne, równe pismo odręczne, które dotąd pojawiało się tylko na stronach nawiązujących do "Dziwnych losów Jane Eyre". Poza tymi dwiema niewielkimi dawkami poetyzmu – Jane i lisem, jest to książka bardzo przyziemna i realna, bo relacjonująca określony wycinek z życia Hélène, bez wstępu, retrospekcji czy innych przypisów, bez słów "i żyłam długo i szczęśliwie". Bohaterka nie wie, czy taka będzie jej przyszłość, ale szare dni odzwierciedlone w tym komiksie prawdopodobnie odbiją się echem w dorosłości, więc nawet jeśli "długo", to niekoniecznie "szczęśliwie". Trudno dywagować na temat potencjalnej przyszłej traumy dorosłego dziecka, ale lepiej, na wszelki wypadek, być obecnym w emocjach swojego dziecka bardziej niż mama Hélène, by nie realizować modeli pokazanych w filmie "7 uczuć" Marka Koterskiego (wspominanym już przez mnie przy innej okazji, bo uniwersalnym).
Album "Jane, lis i ja" okazał się dla mnie kongenialnym przekładem utworu Charlotte Brontë na współczesną formę i warunki – znane i zrozumiałe dla dzisiejszej młodzieży. Okoliczności przemocy szkolnej nie są jednak unikatowe, tylko XXI-wieczne, bo sądząc po niektórych elementach świata przedstawionego komiksu (adapter i płyty gramofonowe w domu, centrum handlowe, krynolinowe kiecki, przywoływany film "La Bamba"), jego akcja rozgrywa się około 30 lat temu. Przypuszczalnie więc przeżycia Hélène odpowiadają doświadczeniom jednej z autorek, realizującej tym samym jednakową terapię, jak "przerabiający" swoje dzieciństwo Adaś Miauczyński. Pod tym względem bohaterka jednak wie, że "długo" nie będzie do końca szczęśliwe, skoro po kilkudziesięciu latach czuje potrzebę powrotu do czasu, gdy opuszczała kokon klasowej poczwarki.

Bożena Itoya

Isabelle Arsenault (rysunki), Fanny Britt (scenariusz), Jane, lis i ja, tłumaczenie: Zespół, Kultura Gniewu, Warszawa 2018.

Okropny rysunek!


Nie od dziś wiadomo, że kolejność, w której rodzą się dzieci, silnie rzutuje na ich doświadczenie dzieciństwa i osobowość. Każdy, kto ma rodzeństwo (a także każdy rodzic, który ma więcej niż jedno dziecko) przyzna, że relacje między rodzeństwem bywają zarzewiem licznych konfliktów. Sama miałam szczęście być tą najstarszą i, jak to z najstarszymi bywa, zawsze najbardziej zachwalaną i rozpieszczaną. Miałam też brata, który musiał się zmagać z wyzwaniami bycia młodszym dzieckiem w rodzinie: nieuniknionymi porównaniami i kompleksami wynikającymi z tego, że starsze rodzeństwo z racji wieku prześciga młodsze pod względem wiedzy i umiejętności. Rodzice często bywają bezradni w obliczu frustracji młodszych dzieci, za wszelką cenę usiłujących dorównać starszemu rodzeństwu. I właśnie z tymi dziecięcymi emocjami mierzą się bohaterowie książki "Okropny rysunek!" Johanny Thydell i Emmy Adbåge.

Inka jest o trzy lata młodsza od Starszego Brata, wpatrzona w niego jak w obrazek. Kiedy Starszy Brat rysuje, rysuje też Inka. Wkłada w tę czynność całą siebie: zaciska usta, czerwienieje na twarzy, wspina się na stół. Cóż kiedy jej dzieło ciągle nie jest wystarczająco dobre? Wszystko sprzysięga się przeciwko niej: przedmioty, które chciałaby narysować, są za trudne, kredka ma niewłaściwy kolor, pisak robi na kartce wielką krechę - i dziurę na dokładkę. Jeden rysunek, a tyle nieszczęść! W głowie Inki szaleje prawdziwa burza emocji.

Starszy Brat, jak to starsi bracia miewają w zwyczaju, głównie ignoruje dziewczynkę, raz po raz reagując zdawkowo na jej wybuchy. Widać, że ciężko mu o chwilę spokoju z siostrą, która naśladuje jego każdy gest i wpada we wściekłość, gdy nie dorównuje bratu. Jednak chłopiec w obliczu tej sytuacji zachowuje stoicki spokój - mało tego, ostatecznie udaje mu się łagodnie rozładować frustrację młodszej siostry i ukierunkować jej działania twórcze tak, by mogła poczuć, że potrafi sama stworzyć coś wyjątkowego. Chłopiec jest nie tylko świetnym słuchaczem, ale przede wszystkim nie daje się ponieść emocjom siostry i, choć z początku wydaje się wycofany i zajęty własną pracą, w rzeczywistości przekierowuje uwagę na poszukiwanie rozwiązania tej trudnej sytuacji. Mało który rodzic poradziłby sobie równie dobrze.

Zresztą w "Okropnym rysunku!" rodzice się są od początku do końca nieobecni. Nie ma mamy ani taty, którzy dokładaliby do już napiętej sytuacji między bratem a siostrą własny ładunek emocjonalny, wpadali w sam środek konfliktu i próbowali go za wszelką cenę załagodzić. Wszystko rozgrywa się wyłącznie między rodzeństwem, dzięki czemu oboje, i Inka, i Starszy Brat, dostają znakomitą lekcję komunikacji i rozwiązywania problemów. A mała Inka zyskuje nowe pokłady poczucia własnej wartości i szansę, by wyżyć się kreatywnie bez ciągłego porównywania się z bratem.

Książka Thydell i Adbåge jest zwięzła, nieprzegadana, pozbawiona łopatologicznego moralizowania. Większość uwagi skupiają na sobie rewelacyjne, naładowane emocjami ilustracje. Gdyby usunąć tekst książeczki i pozostawić samą szatę graficzną, czytelnik nie miałby najmniejszych problemów z odszyfrowaniem fabuły. Twarz Inki mówi wszystko.

"Okropny rysunek!" to historia, w której element własnych doświadczeń odnajdzie każde rodzeństwo. Przyjemna w odbiorze, miejscami - może niesłusznie - wywołująca śmiech młodego czytelnika, ale ostatecznie pozostawiająca go z poczuciem, że każdy, młodszy czy starszy, może znaleźć dla siebie rolę, a gniew i frustracja ostatecznie ustępują w obliczu siostrzano-bratniej miłości.

Thydell Johanna, Adbåge Emma, "Okropny rysunek!", tłumaczyła Katarzyna Skalska, Wydawnictwo Zakamarki, Poznań 2018

niedziela, 25 listopada 2018

Cykada


Książka artystyczna może się podobać lub nie, zależnie od preferencji i wrażliwości odbiorcy, a także poziomu jego plastycznego wykształcenia czy obycia, ale ocena tego typu publikacji nie może wynikać tylko z naszego gustu. W takich wypadkach opinia recenzenta nie powinna się więc ograniczać do prostego "lubię / nie lubię", "ładne / brzydkie", ale jednocześnie luźna, nienaukowa formuła blogu wyklucza głęboką, profesjonalną analizę. Skoncentruję się zatem na wrażeniach, jakie album "Cykada" Shauna Tana może wywołać w zwyczajnym polskim czytelniku, interesującym się twórczością tego ilustratora, scenarzysty i pisarza, odbiorcy, który często sięga także po inne opowieści graficzne i literackie.
Pod względem formalnym książka jest krótsza od wszystkich poprzednich tego autora wydanych w Polsce przez Kulturę Gniewu. Składa się z kilku zwrotek (pisanych celowo kaleką polszczyzną, jakby dopiero przyswajaną przez obcokrajowca), plansz i rozkładówek. W tej publikacji nie chodzi jednak o ilość ani powiązania z wcześniejszymi utworami, chyba że przez zaprzeczenie: zwięzłość "Cykady", oszczędność, czy wręcz "niepełnosprawność" środków wyrazu ma być wyznacznikiem stylu i przesłania, może manifestem autora, a trochę też wyzwaniem rzuconym czytelnikowi.
Przyzwyczajeni do wielobarwnych grafik Shauna Tana, tu od razu odczuwamy pewną jednostajność. Co prawda goszczący na każdej ilustracji bohater ma zieloną głowę, która w pewnym momencie nawet zapłonie bardzo żywym płomieniem, ale ogólnie "Cykada" jest historią o szarości i w szarości. Niewiele tu kolorów poza jaśniejszymi i ciemniejszymi popiołami, odpowiadającymi marności codziennego bytu bohatera, czy też świata, w którym przyszło mu funkcjonować. Cykada to szeregowy pracownik, poniżany, traktowany bez minimum szacunku, właściwie pozbawiony praw. Czytałam już inną "mało kolorową" książkę Shauna Tana, sepiowego "Przybysza", tam jednak poczucie stłamszenia i beznadziei nie było tak obezwładniające, bohater nie wtapiał się w ścianę, przydzieloną mu przegródkę, marny kącik w szafie, niekończące się schody czy dach kończący męczarnie. Sytuacje, w które autor wrzucił swojego bohatera, kojarzą się oczywiście z prozą Franza Kafki, ale Shaun Tan zaczepia nas też o inne konteksty, nieznane twórcy "Zamku" i "Procesu". Po pierwsze, Cykada uosabia pracownika wielkiej korporacji, której stereotyp (a może i mit) urósł już w XXI wieku; po drugie zaś symbolizować może współczesnych imigrantów, w rozmaitych miejscach i okolicznościach traktowanych jak gorsi ludzie albo nawet zwierzęta. Dostrzegam też możliwość szerszej interpretacji książki i jej bohatera, na przykład młodzież będzie się pewnie doszukiwać podobieństw firmy do szkoły, a Cykady do ucznia. Młodzi w ogóle mogą być bardziej wyczuleni na cykanie Shauna Tana, niewątpliwie nadaje on na ich falach, o ile jeszcze nie dali się porwać wyścigowi szczurów. Każdy wrażliwy nastolatek odczuwa choć przez krótki czas wyobcowanie Cykady, niekiedy określane również jako alienacja. Obcy czy alien, nasz bohater bardzo przypomina ufoludka, w końcu też okazuje się, że nie tylko książka jest eksperymentem autora na nas, ale i obecność Cykady wśród ludzi stanowi rodzaj badania, doświadczenia obnażającego bezsens czy wręcz idiotyzm naszej "cywilizacji". Po tej lekturze pokrzepienie dotknie jedynie osób, które i tak czuły się "poza systemem", dla nich zieleń Cykady od początku będzie niosła nadzieję, a końcowe przepoczwarzenie skojarzy się z wolnością, jakiej sami zaznali lub ciągle zaznają (choćby nie dotyczyły ich zasoby i nie mieli na czynsz). Czytelnicy sprawnie poruszający się po labiryntach społeczeństwa raczej popadną w przygnębienie. Mogą też uznać, że opowieść ta jest za krótka jak na taką cenę. Według mnie natomiast ciągnie się długo, przynajmniej od "Przemiany" Kafki, i przetrwa nas wszystkich i wszędzie, odporna, ponadczasowa i kosmopolityczna jak karaczany.

Bożena Itoya

Shaun Tan, Cykada, tłumaczenie Łukasz Buchalski, Kultura Gniewu, Warszawa 2018.

czwartek, 22 listopada 2018

Sentymentalny wilk


Wydawnictwo Muchomor konsekwentnie i dość regularnie udostępnia polskim czytelnikom książki autorskie Geoffroy'a de Pennarta. Ten francuski pisarz i ilustrator jest twórcą licznych literacko-plastycznych coverów tradycyjnych baśni, bratnią duszą Roalda Dahla, piszącego jednak ostrzej i bardziej oryginalnie. "Sentymentalny wilk" Geoffroy'a de Pennarta pod wieloma względami przypomina "Revolting Rhymes" Roalda Dahla, a podstawowe różnice dotyczą formy – francuska książka jest pisana prozą, pozbawiona znamion parodii i łatwiej przyswajalna nawet dla najmłodszych dzieci. Potencjalna ekranizacja "Sentymentalnego wilka" w polskich kinach otrzymałaby zapewne kategorię wiekową "bez ograniczeń", podczas gdy film "Revolting Rhymes" wyświetlany był podczas festiwalu Kino Dzieci z rekomendacją "od 8 lat".
Sentymentalnym wilkiem jest Lucjan, młodzieniec już właściwie dojrzały, ale dopiero mający udowodnić swoją samodzielność. Jak to często w baśniach bywa, bohater decyduje się opuścić dom rodzinny i wyruszyć w świat, jednak bez familijnych zatargów, a wręcz przeciwnie, czule żegnany przez rodziców, babcię, dziadka oraz trzech braci. Ojciec wręcza Lucjanowi listę smacznych kąsków, z którą młody wilk występuje na oładce książki, i rozpoczyna się przygoda. Wędrówkę napędza burczenie wilczego brzucha, jednak specjały polecane w ojcowskim menu, choć występują w przyrodzie, okazują się wyjątkowo problematyczne. Każdy z nich wywołuje w podróżniku sentyment, wspomnienie bliskich, a ich by przecież nie zjadł, więc i z trzema świnkami czy Czerwonym Kapturkiem musi postępować z szacunkiem.
Dobre serce Lucjana będzie się musiało zmierzyć z jego pustym brzuchem, sumienie stanie się przyczyną młodzieńczego buntu przeciwko utrwalonej przez pokolenia tradycji żywienia wilków, ale też pomoże w obraniu dobrej drogi. Czy i jak zakończy się wilcza głodówka? Czy wilk, choćby i taki sentymentalny, może zostać baśniowym dobroczyńcą? Swoje zdanie na ten temat Roald Dahl wypowiedział dawno, dawno (ponad 30 lat) temu, teraz mamy szansę sprawdzić, jak do sprawy ustosunkował się przed 20 laty Geoffroy de Pennart, "Le loup sentimental" ukazał się bowiem we Francji w 1998 roku.
Ilustracje autora są proste, kolorowe i nastrajają czytelnika bardzo pozytywnie. Tekst informuje o zdarzeniach przedstawionych na rysunkach, ale cała historia nie mogłaby się obyć bez narracji plastycznej, jest ona przynajmniej równie ważna jak słowo, a według małych dzieci często nawet istotniejsza. Publikacja może okazać się ciekawostką dla badaczy i miłośników książki obrazkowej jako zjawiska tak żywo się rozwijającego w XXI wieku, a przecież wywodzącego się między innymi właśnie z igraszek podobnych do "Sentymentalnego wilka". Oczywiście mam na myśli bardziej tradycyjny nurt książki obrazkowej, nie całą artystyczno-eksperymentalną strefę działania, która zazwyczaj bywa odbierana lepiej przez dorosłych niż przez dzieci. Geoffroy de Pennart pisze (i ilustruje) zdecydowanie dla dzieci, podobnie jak Roald Dahl, sięgnijcie więc po jego utwory, jeśli chcecie zaproponować młodziutkiej młodzieży dobrą, "nieudziwnioną", nie przesadnie nowoczesną czy niszową książkę – prostą, może nie przełomową, ale zbudowaną na zgrabnym koncepcie.

Bożena Itoya

Geoffroy de Pennart, Sentymentalny wilk, tłumaczyła Maria Skowrońska, Wydawnictwo Muchomor, Warszawa 2018.

Kieszonkowy atlas ptaków


Obserwacja ptaków jest świetnym sposobem na domową (choć plenerową) edukację przyrodniczą, pomaga zbliżyć do siebie dorosłych i dzieci, bo cóż lepiej pogłębia więzi od wspólnego hobby. Rozwijanie pasji ornitologicznej nie musi prowadzić do profesjonalizmu, ale warto mieć pod ręką fachową publikację, która umożliwi doszlifowanie wiedzy, podtrzyma, a nawet jeszcze bardziej rozbudzi ciekawość przedszkolaka czy młodszego ucznia. Wydawnictwo Solis opublikowało idealną pomoc na takie okoliczności: "Kieszonkowy atlas ptaków" na licencji angielskiego wydawnictwa Dorling Kindersley.
Atlas jest rzeczywiście niewielki, może zmieścić się w kieszeni bojówek, niedużej damskiej torebce czy najmniejszej komorze plecaka. To ważna cecha, bo książka ma służyć poradą podczas spacerów, wycieczek i innych minibadań terenowych, które nam zdarza się prowadzić nawet w drodze do szkoły i po zakupy. Mimo częstego transportowania, kartkowania i zaznaczania wybranych stron, "Kieszonkowy atlas ptaków" nie niszczy się, papier jest odpowiednio gruby i trwały, nie klejony, a solidnie szyty. Na użyteczność publikacji wpływa też jakość druku, zdjęć i grafik, układ tekstu oraz ilustracji – wszystko bez zarzutu. Treść każdego artykułu została skondensowana w kilku zdaniach i obrazkach, nie znajdziemy tu oczywiście pełnego opisu danego gatunku, tylko informacje zgodne z profilem atlasu: zwięzłe, zapisane drobnym drukiem i zilustrowane małymi mapkami oraz portretami ptaków.
Autorami przewodnika są Jonathan Elphick i John Woodward (przekład Agata Borucka-Jasińska), a przedmiotem ich zainteresowania stało się 320 najpopularniejszych gatunków ptaków europejskich. Bohaterowie ci zostali przedstawieni w rozdziałach "Anatomia", "Rozpoznawanie", "Wróblowate", "Ptaki łowne i inne nie wróblowe", "Siewkowe i brodzące", "Ptactwo wodne", "Ptaki morskie", "Sowy i ptaki drapieżne". Książka zawiera też słowniczek i indeks oraz bardzo przydatny wstęp "Jak korzystać z książki" z dokładną rozpiską, co oznaczają symbole, ikony, mapy czy rysunki poglądowe powtarzające się w omówieniu każdego gatunku i jakie cechy ptaka zostały ujęte na fotografiach. Wskazano także typy opisu tekstowego, podział na informacje ogólne i szczegółowe występujący w artykułach oraz zakres przytaczanych w nich danych. Struktura atlasu i tak jest przejrzysta, a po przestudiowaniu wstępu staje się po prostu oczywista. Dzieci mogą skorzystać nie tylko z wiedzy zgromadzonej w tym przewodniku, ale także nauczyć się, jak powinna wyglądać czytelna, rzeczowa prezentacja. Takie umiejętności są bardzo potrzebne i cenione we współczesnej szkole.
Podstawowym zadaniem "Kieszonkowego atlasu ptaków" jest pomoc w rozpoznawaniu obserwowanych gatunków: czy widziany przez nas (w locie lub "na siedząco") ptak rzeczywiście nazywa się tak, jak przypuszczamy, czy jest samcem, czy samicą, osobnikiem młodym czy dojrzałym; oraz przybliżenie jego cech i zwyczajów: czy, kiedy i gdzie migruje, czym się żywi, jak wygląda jego gniazdo, a jak brzmi głos. Oczywiście pomysłowi czytelnicy wykorzystają przewodnik na rozmaite inne sposoby – mogą przerysowywać ptaki, tworzyć mapki występowania różnych gatunków w okolicy, notować swoje obserwacje porównywane z danymi z książki, przypinać własne fotografie, opracowywać statystyki, na przykład ile gatunków wymienionych w atlasie udało się spotkać w określonym miesiącu czy porze roku (raz zaznaczyliśmy 13 gatunków widzianych jednego dnia w Warszawie). Polecam więc "Kieszonkowy atlas ptaków" Dorling Kindersley jako punkt wyjścia do licznych własnych działań, książka ta należy do skutecznych środków służących kształtowaniu ogólnej spostrzegawczości, pasji małego naukowca, umiejętności porównywania (jakichkolwiek) obiektów oraz wrażliwości ekologicznej. Pokazuje też, jak uczyć się w sposób uporządkowany, efektywnie, ale też przyjemnie.

Bożena Itoya

Jonathan Elphick, John Woodward, Kieszonkowy atlas ptaków, tłumaczenie z języka angielskiego: Agata Borucka-Jasińska, Dorling Kindersley Limited, wydawnictwo SOLIS, Warszawa 2017.