cudanakiju.pl

cudanakiju.pl

czwartek, 16 lipca 2020

Igrzyska śmierci

Igrzyska śmierci” Suzanne Collins są wzorcową, a nawet kultową już dystopią dla młodzieży. Powieść, stanowiącą pierwszy tom trylogii, przeczytaliśmy z moim czternastoletnim synem po wielokrotnym obejrzeniu cyklu ekranizacji. Znając filmy patrzyliśmy na całą opowieść inaczej niż czytelnicy, którzy zapadli się w uniwersum Panem dwanaście lat temu, gdy ukazała się pierwsza książka. To mocna literatura, emocjonująca, zmuszająca do refleksji, po prostu świetna. A my doceniliśmy ją niezależnie od wersji kinowej, przeżywaliśmy lekturę w pełni, mimo świadomości, co stanie się dalej.
Przez historię i codzienność państwa Panem, pozostałości po Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej, prowadzi nas szesnastoletnia mieszkanka jednego z landów czy stanów: Dystryktu Dwunastego. Ostatniego w politycznej wyliczance, bo Trzynasty został zniesiony z powierzchni ziemi przez jednostkę nadrzędną ‒ stolicę, metropolię, luksusowe miasto kasty rządzącej, czyli Kapitol. Na pamiątkę powstania trzynastu dystryktów, ku przestrodze ich aktualnych obywateli, niewolniczo pracujących na dobrobyt Kapitolu, ten ostatni od siedemdziesięciu czterech lat organizuje Głodowe Igrzyska. W brutalnych, idiotycznie bezsensownych zawodach sportowych urządzanych, transmitowanych (jak Big Brother, czy raczej Truman Show) i reżyserowanych ku uciesze majętnej, zgłupiałej z nudy gawiedzi biorą udział nastoletnie dzieci. Niczym ofiara dla smoka, para trybutów z każdego dystryktu co roku składana jest w daninie za winy przodków. Ta dwójka nigdy nie stanowi zespołu, muszą walczyć ze sobą tak samo, jak z pozostałymi 22 trybutami, bo wygrywa tylko jedna osoba. Przygotujcie się więc zatem, bo czytając książkę będziecie świadkami śmierci, nie jednej ani dwóch, ale minimum dwudziestu.
Przerażająca tradycja wplata się w ponadczasową opowieść o totalitaryzmie. Warto przeczytać i obejrzeć „Igrzyska śmierci”, by wniknąć w uczucia i postrzeganie świata charakterystyczne dla nastolatków, porzucić slogany i podręcznikowe formułki na rzecz prawdziwego mówienia o tym, co zdarzało się w Europie i na świecie kilkadziesiąt lat temu, gdzieniegdzie dzieje się nadal, a wszędzie może się odrodzić. Nie ma lepszego sposobu na rozmowę o mechanizmach historii z otwartą na świat młodzieżą.
Katniss Everdeen, główną bohaterkę „Igrzysk śmierci”, poznajemy w książce znacznie lepiej niż w ekranizacji. Również inne postacie, zwłaszcza drugi z trybutów „dwunastki”, Peeta Melark, zostają poprowadzone ciekawiej i w bardziej przejmujący sposób. Powieść ma wszystko, czego brakowało nam w filmie, jest w niej znacznie więcej uczuć, mądrości, strachu i piękna. Nie spodziewaliśmy się tak fascynującej lektury. Od chwili spotkania z Katniss, towarzyszenia jej w nielegalnych polowaniach za ogrodzeniem Dwunastego Dystryktu, w losowaniu trybutów na upiornych dożynkach, jej dobrowolnego zgłoszenia się na śmierć w Igrzyskach Śmierci za młodszą siostrę, błyskawicznie popłynęliśmy ku finałowi opowieści, wcale nie tak krótkiej, bo zajmującej 350 stron. Przebiegu zawodów nie da się streścić szkolnym planem wydarzeń, zresztą krwawe konkurencje w świetle jupiterów rozpoczynają się właściwe jeszcze przed wysłaniem trybutów na arenę, tuż po ich wyborze w rodzimych dystryktach. Najpierw wypowiedziana zostaje wojna wizerunkowa. Reklamowanie ludzkiego towaru ma służyć pozyskaniu sponsorów, którzy w ciężkich momentach mogą przesłać na przykład odrobinę lekarstwa, jedzenia albo wody. Tak tak, w oryginale to w końcu Głodowe Igrzyska. Medialność przyszłych morderców służy również rozbawieniu mieszkańców Kapitolu, którzy kochają zakładać się o zwycięstwo czy kolejność śmierci.
W tej brutalnej rzeczywistości autorka zostawiła dużo przestrzeni dla wielkich wartości i szlachetnych uczuć. Katniss pochodzi z dystryktu górniczego (są jeszcze między innymi tekstylny i rolniczy), jej ojciec zginął pięć lat wcześniej na szychcie. Dziewczyna jako jedenastolatka musiała zająć się utrzymywaniem rodziny, głównie dzięki handlowi upolowaną dziczyzną, bo jej matka zachorowała na ciężką depresję, a siostra miała zaledwie kilka lat. W losowaniach na trybutów biorą udział dzieci od dwunastego do osiemnastego roku życia, „Igrzyska Śmierci” rozgrywają się, gdy po raz pierwszy może zostać wybrana Prim, siostra Katniss, a po raz ostatni jej przyjaciel, Gale. Książka w równym stopniu przedstawia właściwą akcję i świat uczuć bohaterki, zawieszonej między przywiązaniem i lojalnością wobec rodziny i Gale'a a rodzącym się uczuciem do partnera z igrzysk, Peety. On zaś jest ucieleśnieniem zalet, ale tych ludzkich, nie wyidealizowanych. Bliskość młodych ludzi okazuje się tu metodą na przełamanie tragizmu historii. Choć brzmi to wzniośle, książka jest szczera i ciepła, pozbawiona grafomanii czy romansowego przesłodzenia. A zarazem bardzo gorzka, bo do końca nie wiemy, czy miłość Katniss i Peety nie jest aby tylko produktem reklamy. Połączenie literatury z filmem tylko potęguje wątpliwości.
Nie lubimy, gdy z ostatnią stroną książki wszystko zostaje rozwiązane. Wolimy mieć wątpliwości i drążyć, spierać się z postaciami i autorem. Z Suzanne Collins pięknie się nam kłóciło, cieszę się, że w Polsce wydano wszystkie powieści ze świata Panem oraz cały cykl Kronik Podziemia, bo „czytanie autorami” uprawiamy od kiedy mój syn potrafił pokazać ręką, którą książkę chce. A teraz, po lekturze „Igrzysk śmierci”, oboje chcemy przeczytać każdą powieść ich autorki.

Bożena Itoya

Suzanne Collins, Igrzyska śmierci, tłumaczyli Małgorzata Hesko-Kołodzińska i Piotr Budkiewicz, Media Rodzina, Poznań 2009.



Psy na medal: Baster, Rollek i Apa



Bardzo się cieszę, że Zielona Sowa kontynuuje wydawanie serii „Pies na medal”, której autorką jest Barbara Gawryluk, a ilustratorką Agata Kopff. Te niewielkie książki są kopalnią wiedzy na temat psów i bezpieczeństwa. Ładne, poręczne i lekkie świetnie sprawdzą się jako towarzysz wakacyjnych wycieczek, a że promują rozsądne postępowanie w terenie, będą nawet czymś więcej: odpowiedzialnym przewodnikiem po górach, plaży czy miejskiej dżungli.
Książka o Basterze, psie pasterskim pracującym w Górskim Ochotniczym Pogotowiu Ratowniczym na terenie Gorczańskiego Parku Narodowego, liczy niespełna 50 stron. Jej treścią jest opowiadanie o kilkuosobowym zastępie harcerzy podróżujących po górach, charakterystyka pracy psa ratowniczego i jednej z ras, wykorzystywanych w tym zawodzie: border collie, opis GOPRu oraz zastosowań numeru alarmowego w górach, a także zestaw ciekawych, atrakcyjnych ilustracji. Autorka pokazuje, jak praca psów ratowniczych odbiega od jej telewizyjnego obrazu oraz uświadamia młodym czytelnikom, że zmienna wysokogórska pogoda może zwieść każdego, nawet najlepiej wyszkolonego podróżnika. Co nie znaczy, że nie warto solidnie się przygotować, na przykład pod okiem zastępowego.
Podobny układ treści ma historia o psie przewodniku, Roll(k)u. Tym razem jednak przygoda, pozornie mniej efektowna czy dramatyczna, rozgrywa się w mieście, a z pracującym psem zapoznajemy się w równym stopniu, co z jego panem. Czytelnicy dowiadują się już na początku, że: „Rollek to pies przewodnik, a jego właściciel jest osobą ociemniałą. Pan Sebastian stracił wzrok jako młody chłopak w wypadku motocyklowym. Zaraz po tym, gdy się dowiedział, że już nigdy nie będzie widzieć, postanowił, że jego oczami zostanie pies”. Tak rzeczowe streszczenie zawiera i prawidłowe terminy, i ich zwięzłe definicje (rozbudowane w przypisie), i pewien ładunek emocji wpływający na odbiorcę. Skoro pan Sebastian był chłopcem, gdy uległ tak poważnemu wypadkowi, to znaczy, że był niewiele starszy od czytelnika. Ta myśl zmienia sposób odbioru książki, w ogóle mocno wpływającej na budowę lub odbudowę empatii oraz chęć przyjmowania innej perspektywy.
Zanim poznamy Rollka, zostajemy poinformowani, że w Polsce jest około 120 psów przewodników osób ociemniałych i niewidomych, ale „tylko czterdzieści z nich pracuje, czyli codziennie pomaga swoim właścicielom w pokonywaniu różnych tras, zarówno znanych, jak i nieznanych”. To niewielka liczba, tym bardziej więc Rollek zyskuje w naszych oczach i staje się prawdziwym superbohaterem. Prawdziwym i rzeczywistym, bo miałam okazję zobaczyć obu panów ‒ Sebastiana i Rollka ‒ na żywo, podobnie jak przytrafiło się to wielu dzieciom, które uczestniczyły w spotkaniach z nimi.
Opowiadanie o psie asystującym staje się okazją do poznania nowej rasy: chesapeake bay retrevier. Charakterystyka Rollka obejmuje i typowe cechy rasy, i wyjątkowość jej przedstawiciela. Podobnie bywało i w innych tomach serii, ale tym razem życie dziecięcych bohaterów książki nie jest zagrożone, choć wisi nad nimi niebezpieczeństwo zanudzenia się upalnymi wakacjami w mieście. Chłopcy w poszukiwaniu chłodu i wrażeń wybierają się na wystawę w Komnacie Zmysłów, której celem jest przybliżenie osobom widzącym świata niewidomych (na końcu książki znajduje się krótka lista i opis analogicznych wystaw, naprawdę istniejących w Polsce). Pan Sebastian, na co dzień sam korzystający z pomocy przewodnika, staje się przewodnikiem chłopców po wystawie, a oni po zwiedzaniu upewniają się, czy rzeczywiście potrzebuje asysty Rollka. Ba, sprawdzają to na własnej skórze. Znajomość z psem przewodnikiem i jego panem nie kończy się ‒ we wrześniu odwiedzą oni chłopców w szkole, na lekcji poświęconej między innymi sprzętom ułatwiającym codzienne funkcjonowanie osobom z niepełnosprawnością wzroku. Będzie i nauka o niegłaskaniu i nieprzytulaniu psów pracujących, która, moim zdaniem, może utrwalić w młodych ludziach ostrzeżenie przed traktowaniem obcych zwierząt jak maskotki.
Obie książki mają tę samą formę edytorską, co wcześniejsze odsłony serii: miękką oprawę ze skrzydełkami, sprawdzającymi się w charakterze zakładek, dużą czcionkę, wyraźne, barwne ilustracje w tle tekstu lub, na innych kartach, obok niego. Nieco inny wygląd nadano kolejnej, siódmej już części serii „Pies na medal”. „Apa. Pies zaprzęgowy” występuje bowiem w większym formacie i twardej oprawie, po raz pierwszy też bohaterem nie jest zwierzę pracujące w Polsce. Historia wypada więc bardziej egzotycznie, jednak czytelnicy znajdą w niej te same elementy, które podobały im się w „Czarcie”, „Juniorze”, „Morusie”, „Falco”, „Basterze” i „Rollku”.


Miło czytało się tę zimową opowieść o Finlandii w gorącym, polskim lipcu, i to nie tylko ze względu na różnicę temperatur. Najpierw moją uwagę zwróciło imię chłopięcego bohatera. Milan nieczęsto występuje w polskich książkach dla dzieci, o ile w ogóle w nich dotąd gościł. Odetchnęłam z ulgą: nie wszyscy uważają, że aby postać literacka przemówiła do czytelnika, musi mieć typowe imię, jedno z najczęściej nadawanych w Polsce w ostatnich latach. Po drugie, doceniłam zachowanie realiów w zakresie znajomości angielskiego wśród dzieci. Sześcioletni Milan nieźle radzi sobie z angielskim, i tak właściwie powinno być w przypadku każdego jego rówieśnika, skoro ma już za sobą trzy lata nauki tego języka. Następnie spodobała mi się szczegółowość opisu lapońskiej wycieczki, przybliżanie jej poszczególnych etapów może bowiem pomóc dzieciom obawiającym się podobnych podróży lub nie przejawiającym zainteresowania propozycjami rodziców (w końcu wielu młodych ludzi woli teraz zostawać w domu ze smartfonem lub komputerem). Turystyczny przejazd psimi zaprzęgami pokazany jest jako fascynująca przygoda i tę plastyczność tekstu uznaję za kolejną wielką zaletę książki Barbary Gawryluk.
Apa” góruje nad innymi częściami „Psa na medal” długością i rozbudowaną warstwą fabularną. Znalazło się w niej nawet miejsce na krótki opis tradycji i współczesności Saamów, za co autorce należy się szczególna pochwała, szczególnie że uczniowie początkowych klas szkoły podstawowej nadal czytują lektury pełne archaizmów i wymysłów na temat „zimnych krajów”. Również Agata Kopff znakomicie narysowała saamskie stroje i krajobrazy. Te ilustracje nie ustępują najpiękniejszym pocztówkom i albumowym fotografiom. Czekam na następne owoce współpracy twórczyń „Psa na medal”, niezależnie, czy będą w obszerniejszym, czy skromniejszym wariancie wydawniczym ‒ obie formy sprawdziły się doskonale.

Bożena Itoya

Barbara Gawryluk, Baster. Pies ratowniczy, seria Pies na medal, ilustracje Agata Kopff, wydawnictwo Zielona Sowa, Warszawa 2019.
Barbara Gawryluk,

Rollek. Pies przewodnik, seria Pies na medal, ilustracje Agata Kopff, wydawnictwo Zielona Sowa, Warszawa 2019.
Barbara Gawryluk, Apa. Pies zaprzęgowy, seria Pies na medal, ilustracje Agata Kopff, wydawnictwo Zielona Sowa, Warszawa 2019.

Co tam słychać? Gry i zabawy z dawnych lat. Rekiny

Nasz wakacyjny pakiet przewodników po różnych sprawach i zagadnieniach ‒ przyrody oraz człowieka ‒ liczy w tym roku trzy pozycje. Wszystkie ukazały się nakładem wydawnictwa Nasza Księgarnia, mają różnych autorów i ilustratorów, ale zgodnie spełniają zadanie umilacza czasu, atrakcyjnego informatora, posługującego się w równym stopniu tekstem i grafiką. Wybierzcie się z nami w głąb morza, brzucha i dawnego podwórka, takiego z naszego PRLowskiego blokowiska, ruchliwego i wywołującego sentymenty.
Gry i zabawy z dawnych lat” opisała Katarzyna Piętka, a „obrysowała” Agata Raczyńska. Jest to solidny wybór najważniejszych zajęć miejskich dzieci, uroczo zilustrowany i uzupełniony modnymi kolażami z archiwalnymi zdjęciami. Atrakcyjność formy towarzyszy czytelności przekazu, bowiem przytoczone zasady zabaw są jasne i zachęcające. Sama od razu zapragnęłam poskakać w klasy, szczura, gumę czy pofikać na trzepaku. W tym zbiorze znajdziecie też klasyki od babć, to jest przyśpiewki, rymowanki i wyliczanki, przedszkolne zabawy w kółeczku i berki, podstawę podstawówki, czyli „papier, kamień, nożyce”, dwa ognie (i inne zabawy z piłką), nieco hardcorowe (i moje ulubione) zabawy dla zaawansowanych bywalców podwórek, przez samą autorkę uznane za niebezpieczne: „sekret lub widoczek” i „pikułę, czyli grę w noże”, oraz wiele, wiele innych. Autorki wpisały się w pewien trend wydawniczy odwołujący się do wspomnień pokoleń dzisiejszych rodziców i dziadków, trafiając w sedno i wysoko podnosząc poprzeczkę innym tego typu pozycjom. „Gry i zabawy z dawnych lat” są po prostu pięknie wydane.
Książka „Co tam słychać, czyli dziwne dźwięki z głębi ciała” Marty Maruszczak (tekst) i Artura Gulewicza (ilustracje) również należy do dość popularnego w ostatnich latach działu publikacji dla dzieci. Młodsza młodzież, a przynajmniej jej część, lubi bowiem poczytać lub posłuchać o różnych codziennych, przyziemnych obrzydlistwach, jak kupy, bekanie czy puszczanie bąków. Warunkiem powodzenia takich przewodników po tabu savoir-vivre'u jest odpowiednia oprawa graficzna. Artur Gulewicz wybrał wielobarwne, wręcz krzykliwe obrazki i podział tekstu przypominające komiksowe kadry. Na każdej stronie jest kilka segmentów tekstu, każdemu z nich odpowiada większy lub mniejszy obrazek, przeważnie kontrastujący z pozostałymi. Jeśli chodzi o tematykę, to bekanie i puszczanie bąków rzeczywiście otwierają tę publikację, ale później jest już mniej kontrowersyjnie, co bardzo mnie cieszy, bo temat trochę nam się... przejadł. Dowiadujemy się zatem co nieco o trawieniu i związanym z nim burczeniu, o ziewaniu, kaszlu, kichaniu, czkawce, chrapaniu, biciu serca, szczękaniu zębami, śmiechu, płaczu, mowie, gwizdaniu, śpiewie oraz trzaskach w kościach. Asortyment jest bogaty i książka z każdą stroną coraz bardziej do mnie przemawiała. Krótkie, analogiczne w każdym dziale notatki są rzeczowe, dobrze napisane, dotyczą nie tylko ludzi, ale i zwierząt, a dodatkowo zostały wzbogacone o proste eksperymenty. Oprócz typowych popularnonaukowych ciekawostek i objaśnień w przewodniku Marty Maruszczak znaleźliśmy też sporo łamaczy stereotypów, choćby tego o niepłaczących chłopakach. Ilustracje doskonale odpowiadają charakterowi treści, są niezwykle kolorowe i zabawne. Z pewnością nie widziałam lepszej książki o burknięciach i chrapnięciach.
Trzeci z naszych wakacyjnych przewodników ma znacznie więcej wspólnego z komiksem, bo należy do serii „Naukomiks”, w której ukazały się również „Dinozaury. Skamieliny i pióra” oraz „Roboty i drony. Dawno temu, teraz i w przyszłości”. Album „Rekiny. Najlepsi myśliwi w przyrodzie” został napisany i narysowany przez Joe Flooda, tekst przełożyła Monika Gajdzińska, a rzeczowy wstęp przybliżający dzieciom pracę biologa morskiego napisał dr David Shiffman, naukowiec i naukowy bloger. Dobrze, że już w pierwszych zdaniach książki określono, że najlepsi myśliwi w przyrodzie mają wielkie problemy ‒ „Prawie jednej czwartej wszystkich znanych nam gatunków rekinów i ich krewnych grozi wyginięcie. Na skutek działań ludzkich za czasu życia waszych rodziców liczebność niektórych grup spadła o 90%”. Ta informacja naprowadza dorosłych na kategorię wiekową czytelnika, bo co prawda wydawca podaje „6-14 lat”, ale młodsze dzieci raczej nie zrozumieją ani danych liczbowych, ani szeregu pojęć i klasyfikacji, które pojawiają się w książce. Oczywiście można ograniczyć lekturę do efektownych, ciekawych obrazków, a tekst zrozumieć za kilka lat.
Komiks nie składa się z żadnego opowiadania, tylko ze scenek przybliżających nasze popkulturowe wyobrażenia o rekinach oraz fakty. Tekst wstawiony został w ramki w granicach kadru przedstawiającego omawiane zagadnienie, właściwie więc nie jest to komiks, tylko seria obrazków korzystająca w pewnym stopniu z komiksowej stylistyki, odwołująca się do skojarzeń czytelnika. Krótkie kadrowane i dymkowane historyjki pojawiają się kilkakrotnie jako przerywniki wykładu przyrodniczego i liczą jedną lub dwie strony, poza tym parę razy przy pomocy dymka przemówi wesoło jakaś rybka.
Pod względem poziomu i zróżnicowania wiedzy biologicznej „Rekiny” są bardzo wartościową publikacją, która ugruntuje, uporządkuje lub rozszerzy wiadomości ucznia na każdym poziomie szkoły podstawowej. Informacje wykraczają poza temat rekinów, czytelnik poznaje ogólnie środowisko wodne, etapy ewolucji organizmów żywych i Ziemi, terminologię, narzędzia i zakres badań biologa morskiego. To bardzo dobry sposób na zainteresowanie młodego człowieka pracą naukową i przyrodą. Podobnie jak „Gry i zabawy z dawnych lat” skłaniają do wniknięcia w tajniki środowiska rówieśniczego i miejskiego, a „Co tam słychać...” daje rozeznanie w środowisku, które stanowimy dla innych organizmów i siebie samych.

Bożena Itoya

Katarzyna Piętka, Gry i zabawy z dawnych lat, ilustracje Agata Raczyńska, Nasza Księgarnia, Warszawa 2016.
Marta Maruszczak, Co tam słychać, czyli dziwne dźwięki z głębi ciała, ilustracje Artur Gulewicz, Nasza Księgarnia, Warszawa 2019.
Joe Flood, Rekiny. Najlepsi myśliwi w przyrodzie, seria Naukomiks, przełożyła Monika Gajdzińska, Nasza Księgarnia, Warszawa 2019.

Detektyw Pingwin i Forteca Tajemnic


Długo czekaliśmy na drugi tom Przygód Detektywa Pingwina. Alex T. Smith poprzednio bardzo nas rozbawił swoją ilustrowaną powieścią „Detektyw Pingwin i sprawa zaginionego skarbu”, więc chętnie chwyciliśmy po „Detektywa Pingwina i Fortecę Tajemnic”. Autor trochę nas zawiódł, bo choć podtrzymał humor i charakter postaci z pierwszego tomu, to wydały się one nieco rozciągnięte, nienaturalne, podobnie jak długość powieści (tom 1.: 208 stron, tom 2.: 288 stron) spowodowała pewne dłużyzny. Nadal jednak jest to kawał dobrej slapstickowej literatury dla dzieci.
Pan Pingwin i jego przyjaciele ‒ Colin, pająk, nieoceniony partner detektywa, oraz kloszardka (jak się zdaje) Edyta z gołębiem Gordonem, wracają z jednej niebezpiecznej wyprawy, by przed jej zakończeniem wpaść (dosłownie) prosto w drugą, jeszcze groźniejszą. Podczas spektakularnej ucieczki samolotem rozbijają się wśród zaśnieżonych szczytów i zostają uratowani przed dwójkę dzieci z pobliskiego miasteczka. Młodzież okazuje się bardzo aktywnymi i utalentowanymi bliźniakami, które już szukały pomocy u Detektywa Pingwina i choć nie przeczytał ich listu, to zrządzeniem losu dotarł, gdzie trzeba. Rodzeństwo Strudli reprezentuje całą lokalną społeczność, choć istnieją podejrzenia, że nie należy do niej pewien czarno odziany typ, sobowtór naszego swojskiego Don Pedra, szpiega z Krainy Deszczowców.
Nowa sprawa dotyczy świateł i trzasków dobywających się z opuszczonej od lat, a raczej wieków, Fortecy Tajemnic, oraz być może z nią powiązanego zaginięcia tłumu gryzoni, które miały wziąć udział w 32. Międzynarodowych Igrzyskach Gryzoni w Szronedorf. Śmieszna jest oczywiście sama okazja, w ten humor wpisują się również idealnie przetłumaczone przez Piotra W. Cholewę nazwy własne: Strudel (nazwisko), Szronedorf-Na-Szczycie (pełna nazwa miejscowości), Pułkownik Pędzlonek (chomik) czy Dziadunio Grimm (szczyt, na którym znajduje się tytułowa forteca). Atmosferę podkręcają wesołe rysunki autora, wykorzystujące tylko czerń, biel, odcienie szarości i jeden pomarańczowy. Gołąb z uciekającym okiem przebrany za chomika, pingwin w gustownym alpejskim sweterku, maszynerie, między innymi ta przedstawiająca samolot-kukułkę (z uciekającym okiem), pająk z monobrwią, trenujący kung-fu i porozumiewający się ze światem za pomocą notesu – takie cuda tylko tutaj!
Właściwa akcja przerywana jest wstawkami z pamiętnika hipnotyzera, głównego złoczyńcy tej odsłony Przygód Detektywa Pingwina. Nasz rozkoszny śledczy wielokrotnie będzie marzył o kanapce z paluszkami rybnymi, jak Bilbo o swojej miłej norce, i o ucieczce, jak każdy rozsądny osobnik w obliczu oplatającego go i wciąż zacieśniającego uścisk śmiertelnego niebezpieczeństwa. Tu jednak nad wszystkim góruje przyjaźń, obowiązek ratowania z opresji członka ekipy i niesienia pomocy nowym przyjaciołom. No, Detektywa Pingwina napędza jeszcze myśl, że im prędzej zamknie się sprawę, tym szybciej będzie można odpocząć w biurze, z kanapką. Nie wiadomo tylko, co kieruje Gordonem, gołębiem w skórze chomika, uroczo odstającym od wszelkich zasad i normalnych pobudek. Może wy go zrozumiecie? My tymczasem sprawdzimy, cóż wydarzy się w tomie trzecim, zatytułowanym „Detektyw Pingwin i pechowy rejs”.
Bożena Itoya

Alex T. Smith, Detektyw Pingwin i Forteca Tajemnic, seria Przygody Detektywa Pingwina, przełożył Piotr W. Cholewa, Wydawnictwo Zielona Sowa, Warszawa 2019.

Pory roku Toli


Zbiory opowiadań o Toli czytałam chronologicznie: od wiosny, przez lato i jesień do zimy. Są to proste historie o zwykłych sprawach, w sam raz dla rówieśników bohaterki: trzy-, cztero- i pięciolatków. Wiosną Tola wypatruje wiosny, chodzi do przedszkola, jedzie na wycieczkę rowerową (jako pasażer w foteliku) z tatą, odwiedza dziadków i ich ogród, obchodzi czwarte urodziny, przygotowuje domowe lody i marzy o morzu. Dziewczynka stale coś robi, co doskonale odzwierciedla prawdziwe, ruchliwe życie maluchów. Autorka zwraca uwagę czytelników także na zachowanie, nastroje czy uczucia rodziców oraz ogólnie dorosłych. To ważne, by dzieci, zajęte na co dzień głównie własnymi potrzebami i perspektywami, spoglądały też wyżej, w stronę zatroskanych czy rozpromienionych twarzy mamy, taty, babci, pani z warzywniaka. Tola okazuje zainteresowanie również zwierzętami, a zwłaszcza roślinami – ich sadzeniem, dalszymi losami w sklepie i przyrządzaniem. Dużo tu zieleni.
Lato kusi nas czarującą okładką z pełnym kwitnących doniczek balkonem okolonym gałęziami drzewa i wielobarwnymi bańkami, które puszczają Tola i jej tata. Również wyklejka z malutką sylwetką bohaterki spacerującej po pustej, upalnej plaży nastraja bardzo pozytywnie i wakacyjnie. Ilustracje Oli Krzanowskiej są istotnym elementem serii, tak czyste i marzycielskie, jakby włożyła w nie całe pokłady własnego dzieciństwa. Tu nawet burza, po raz pierwszy wprowadzająca do obrazków ciemniejsze tonacje, jest piękna i wywołuje chęć, aby jej doświadczyć. W opowiadaniu o burzy znalazło się też jedno z moich ulubionych ujęć: domowa jazda na hulajnodze z głową w chmurach, a właściwie z myślami w dymku (takim komiksowym). Sam tekst, poza małą fabułą, zawiera wielkie, praktyczne nauki, na przykład jak zachowywać się w trakcie porywistego wiatru i innych niebezpiecznych warunków pogodowych. Będzie i przykład wakacyjnego wyjazdu nad morze i poszukiwań pewnego zaginionego przyjaciela, zbliżenia na leśne owady i wykonywanie różnych przyrodniczych oraz plastycznych zadań, nocowanie u wujka i ciężarnej cioci, z planami opieki nad nienarodzonym kuzynem, dzięki któremu Tola niecierpliwie wypatruje jesieni.
Czytając „Jesień Toli” i „Zimę Toli” przypomniałam sobie, czemu w dzieciństwie tak bardzo lubi się te pory roku. Dorosłych stać tylko na cząstkę tych wrażeń, choć w sezonie na kasztany nadal zachowuję się niekiedy jak czterolatka, która „zaczyna pakować do środka chłodne, brązowe kulki. Chciałaby nazbierać ich naprawdę dużo”. Na pierwszej dużej ilustracji w książce o jesieni jest, jak na mój gust, trochę za dużo słodyczy, ale pozostałe podtrzymują moje wysokie mniemanie o talencie Oli Krzanowskiej. Trudno nie zauważyć, jak uważnie ilustratorka obserwuje polskie społeczeństwo, bowiem po ulicy i placu zabaw spacerują ludzie w rozmaitym wieku, odmiennych stylizacjach, o różnych kolorach skóry, są nawet tęczowe szprychy w kole roweru. Tak właśnie wygląda współczesna polska metropolia, przynajmniej moja. Brawo! To rzeczywiście „naturalne, rodzinne opowiadania”, jak głosi okładka, niby nie przełomowe, przynajmniej nie w jaskrawy, nachalny sposób, a jednak nowoczesne. W tym tomie również Anna Włodarkiewicz zyskała więcej mojej sympatii, bo zanurzenie Toli i jej rodziny w przyrodzie (mimo życia w mieście), wspólne przygotowywanie naturalnych potraw (często z własnego ogródka) staje się jeszcze wyraźniejsze, a do tego bohaterka postanawia zająć się moimi ukochanymi ptakami – buduje karmnik dla nich, śni o skrzydlatych odwiedzinach. A małą drewnianą konstrukcję wznosi, zabezpiecza i montuje za oknem z mamą, nie z tatą, jak to zazwyczaj w takich razach w książkach dla dzieci bywało.
Zimą Tola spędza święta z rodziną, już jesienią powiększoną o wyczekiwanego kuzyna. Ale są i inne maluchy, dwuletnie bliźnięta, przy których nasza bohaterka okazuje się niemal dojrzałą młodzieżą. Ta różnica została pokazana bardzo celnie, wszak zazwyczaj przy rozmaitych rodzinnych okazjach wszyscy reprezentanci najmłodszego pokolenia wrzucani są do jednego worka, niezależnie, czy różnica wieku między nimi wynosi dwa, pięć, czy nawet dziesięć albo więcej lat. Nie każdy to lubi, zwłaszcza przymus zajmowania się młodszymi, by starsi mogli spokojnie porozmawiać. Zima Toli to zima marzeń, bo są w niej sanki, łyżwy, a przede wszystkim śnieg. W tym prawie idealnym świecie zdarzają się też (na szczęście) małe zgrzyty, jak wymagająca praca i idące za nią spóźnienie taty, czy jak choroba mamy. Poza tym rodzice randkują, a Tola spędza czas z wujostwem i ich bliźniakami, rozmawiając z dorosłymi o zakochaniu i myśląc już o wiośnie. Tak oto kończy się cykl przyrody i roku Toli, a w tym wieku takie 12 miesięcy i cztery pory roku to naprawdę długi czas, pełen skarbów i zmian. Autorki znakomicie uchwyciły tę rozciągłość i subiektywność dziecięcego czasu, warto sięgnąć po ich serię opowiadań.

Bożena Itoya

Anna Włodarkiewicz, Wiosna Toli, ilustrowała Ola Krzanowska, Wydawnictwo Zielona Sowa, Warszawa 2018.
Anna Włodarkiewicz, Lato Toli, ilustrowała Ola Krzanowska, Wydawnictwo Zielona Sowa, Warszawa 2018.
Anna Włodarkiewicz, Jesień Toli, ilustrowała Ola Krzanowska, Wydawnictwo Zielona Sowa, Warszawa 2018.
Anna Włodarkiewicz, Zima Toli, ilustrowała Ola Krzanowska, Wydawnictwo Zielona Sowa, Warszawa 2018.

Charlie zmienia się w kurczaka


Książkę Sama Copelanda można trafnie ocenić po okładce. „Charlie zmienia się w kurczaka” to błyskotliwa, zabawna, pełna obrazków opowiastka o chłopcu posiadającym „specjalne moce”, jedna z tych, które podobają się większości czytelników w wieku zbliżonym do bohatera (dziewięć lat), i to nie tylko przez nawiązania do Koszmarnego Karolka i Harry'ego Pottera. Miękka oprawa i duża czcionka pozwolą na transport i czytanie w różnych, pozornie niesprzyjających wakacyjnych warunkach. Starczy odrobina miejsca w plecaku i światła w namiocie.
Wesoła, lekka fabuła przenosi się na ton narracji. Autor wielokrotnie zwraca się bezpośrednio do czytelnika, sugerując mu, w tekście głównym i przypisach (chwilami kpiących z samej idei przypisów), jak nabrać dystansu do tej minipowieści, współtworzyć obraz bohatera i przenieść pewne pomysły do rzeczywistości. „Charlie” od razu skojarzył mi się z innym Charliem, tym od fabryki czekolady, a raczej ogólnie z twórczością Roalda Dahla. Niektóre rozwiązania przyjęte przez Sama Copelanda są jednak lepsze, na czele z pomysłem, by zacząć od trzęsienia ziemi – w skali świata dziewięcioletniego chłopca. Po pierwszych śmiechowych stronach dowiadujemy się bowiem, że ukochany, starszy o trzy lata brat Charliego, Piącha vel Henry, od dłuższego czasu przebywa w szpitalu, sądząc po ilustracji – na oddziale onkologicznym. Czeka na „skanowanie mózgu”. A Charlie zyskuje swoją niesamowitą zdolność transformacji w zwierzęta (zaczynając od pająka), kiedy wraca z kolejnej wizyty w szpitalu, wybucha płaczem i żałością, na dodatek słyszy kłótnię rodziców. Nie trzeba być szczególnie wprawionym w psychologii, by wietrzyć w supermocach przejaw ucieczki do świata fantazji.
W umiejętności magiczne nie wierzy mama, która jednak potrafi w czarodziejski sposób odganiać smutki, za to swoją paczkę kumpli (w tym jedną kumpelę) Charlie przekonuje bez trudu. A przynajmniej tak mu się wydaje, choć chwile wątpliwości młodzież, jak to prawdziwi przyjaciele, ma szybko za sobą. Pierwszym, zupełnie nieprzydatnym, bo celowo milczącym świadkiem przeobrażenia Charliego jest jego szkolny wróg, typowy villain.
Ujęło mnie, jak bardzo dzieci są tu dziećmi, ciekawymi świata, koleżeńskimi, przeważnie inteligentnymi, choć czasem rozbrajająco głupiutkimi, jak jeden z kolegów bohatera, zawsze rozładowujący napięcie swoimi dosłownym rozumieniem frazeologizmów czy innych metafor. Dla dorosłych dialogi mogą się wydać trochę za długie, niewiele wprowadzające, ale tak właśnie często rozmawiają dzieci. Mnie trudno było przebrnąć przez niektóre akapity opisujące akcję lub przygotowania bohaterów do jej podjęcia, na przykład w przypadku eksperymentów „naukowych” mających pomóc w określeniu powodów przemian Charliego.
Chłopiec przyjmuje postać różnych stworzeń, przeważnie (nie zawsze!) bardzo małych i skrajnie niepodobnych do człowieka. Sprawia nieszkodliwe problemy nauczycielom, obłaskawia złoczyńcę i ogólnie prowadzi swoje przygody ku dobrodusznemu zakończeniu, choć po drodze zaliczy mnóstwo wpadek związanych z kupami, moczem, wymiotami i innymi uciesznymi elementami znanymi nam już z książek dla nieprzekonanych do czytania kilkulatków. Autor i tłumacz bawią się językiem, wprowadzając szereg archaizmów charakterystycznych dla starych belfrów i dawnych przekładów literatury dziecięcej. Ta gra z czytelnikiem bardzo mi się podoba, choć nie jestem pewna, czy zostanie zrozumiana i podjęta przez grupę docelową wrażliwą na żarty o fekaliach. Tacy żartownisie prędzej dadzą się wciągnąć w zabawę w odniesienia do popularnych filmów i komiksów. A każdy znajdzie jakąś mądrość i/lub przyczynę do śmiechu w pojawiających się pod koniec książki pytaniach od fikcyjnych czytelników i rzeczowych lub całkiem kosmicznych odpowiedziach autora. Ta mieszanina psychologii i prostego humoru może być dobrze przyswojona przez wielu młodych ludzi, którzy dopiero zaczynają się przyjaźnić z literaturą.
Bożena Itoya

Sam Copeland, Charlie zmienia się w kurczaka, ilustrowała Sarah Horne, tłumaczył Maciej Potulny, Media Rodzina, Poznań 2019.

Żubr Pompik w wielu odsłonach

Czytając z dziećmi czasem zapominamy, jak szybko dorastają, ilu bodźców potrzebują, by rozwijać się zdrowo, w odpowiednim tempie. Łatwo przyzwyczaić się do prostych, pouczających w tradycyjny sposób książeczek albo takich sobie bajeczek na podstawie ulubionych kreskówek. Tymczasem co kilka miesięcy powinniśmy przeprowadzać książkowy bilans kilkulatka, badać, jakie nowe umiejętności zdobyło dziecko i rozbudowywać jego czytelniczą dietę, uwzględniając braki i po prostu działając profilaktycznie. Warto zaaplikować na przykład cykliczny zastrzyk wiedzy, ładnej ilustracji i pogody ducha, które zapewnia najmłodszym Tomasz Samojlik.
Seria "Żubr Pompik. Wyprawy" doczekała się już 17 odsłon i mam nadzieję, że w międzyczasie zyskała wielu fanów. I że nadal ich przybywa, bo kto miał dopiero rok lub dwa latka, gdy rodzina żubrów rozpoczynała wycieczkę po polskich parkach narodowych, i był za mały na te przyrodnicze przygody, ten teraz jest w sam raz. Z niedużych, zgrabnych, pociesznych i zarazem rzeczowych publikacji maluchy dowiadują się, że istnieje coś takiego, jak park narodowy, że przyroda to miliony indywidualnych, ale zależnych od siebie bytów, zasługujących na szacunek i podziw przynajmniej w tym samym stopniu, co my, ludzie. Uczą się też mapy Polski, krajobrazów charakterystycznych dla jej konkretnych regionów. Ostatnich pięć żubrzych wypraw odbyło się do: Babiogórskiego Parku Narodowego ("Żubrza góra"), Ojcowskiego Parku Narodowego ("Jaskinia nietoperza"), Gorczańskiego Parku Narodowego ("Nieśmiała salamandra"), Tatrzańskiego Parku Narodowego ("Skok kozicy") oraz Pienińskiego Parku Narodowego ("Cenna gąsienica"). Jeśli więc planujecie w najbliższych miesiącach ruszyć z dziećmi na górski szlak lub chcecie im przybliżyć tę część rodzimej przyrody, oto zestaw marzenie.

Co to znaczy: porzucać hopne oskarżenia? – zapytała Polinka, kiedy byli już sami, a niedźwiedź wrócił do radosnej kąpieli. – Czy to ma coś wspólnego z hopsaniem po skałach?

Mali czytelnicy podczas górskich wycieczek żubrów poznają czym jest ciekawość i smutek, odwaga i poświęcenie, wolność i złość. Spotkają najbardziej charakterystycznych, wręcz herbowych mieszkańców odwiedzanych parków narodowych oraz zwierzęta i rośliny, które już nie są tak oczywiste. I tak na przykład po okładce i w tytule książeczki poświęconej Tatrom bryka kozica, w środku (poza żubrami) towarzyszą jej niedźwiedź i świstak, ale największym bohaterem Pienin okazuje się niepylak apollo, choć nie bez znaczenia są również gniewosz i rozchodnik. Nie wiecie, kto zacz? Czas poczytać! Może do zgłębiania sekretów polskiej flory i fauny zachęci was również zapowiedź wizyty drugiej z najsłynniejszych postaci zilustrowanych (słowem i obrazem) przez Tomasza Samojlika: ryjówki. Jak zawsze u tego autora nie zabraknie humoru i przełamujących stereotypy męskości wystąpień łakomo-pociesznego Pomruka, głowy żubrzej rodziny.

To było bardzo tajemnicze – oświadczyła Porada i poszła pocieszać Pomruka, któremu było wstyd, że się przestraszył, i smutno, bo nie spróbował nowej roślinki.

Górskie przygody Pompika i Polinki to również morze emocji i ciepła, rodzinnej bliskości, nauka tego, w jaki sposób okazywać wsparcie i jak o nie prosić – co przecież wcale nie musi być takie proste. Z mądrymi książkami naprawdę łatwiej iść przez życie.
A jeśli macie w domu kogoś, kto jeszcze do "Wypraw" nie dorósł, sięgnijcie po kartonową historyjkę z okienkami: "Żubr Pompik. Polinka zaginęła!". Pod dramatycznym tytułem kryje się ciekawa, łatwa opowiastka o tajemnicach lasu i kryjówkach jego mieszkańców. Sześć dużych rozkładówek okazało się kopalnią kolorów, ciekawostek i śmiechowzbudzaczy. Zaglądanie za krzaczek, do pnia czy w koronę drzewa sprawiło frajdę niespełna dwuletniemu oglądaczowi i jego o dwa lata starszemu bratu, wytrawnemu słuchaczowi i znawcy zagadek. Formuła kartonowej wyszukiwanki z odsłanianymi okienkami jest zdecydowanie evergreenem, a śledztwo w sprawie zaginięcia Polinki ma szanse na wielokrotne powtórki, przez całe lata, a może i pokolenia, bo zostało przyobleczone w wyjątkowo trwałą i atrakcyjną powłokę wydawniczą.

Roślinka jest ważna, bo tylko dzięki niej gąsienice motyla mogą przeżyć. A bez motyli w tych górach już zawsze będzie czegoś brakowało

Czytanie Pompika dobrze wpłynie na całą rodzinę – podobne wnioski pewnie pojawiają się w moich recenzjach często, ale specjalnie dobieram książki do omówienia tak, by nie zniżać się do stwierdzeń: "może ta książka spodoba się komuś w innym wieku niż ja lub mającemu młodsze (albo znacznie starsze) dzieci, ale mnie nie przypadła do gustu". Terapia Pompikiem, zielenią jego lasu, to moje najszczersze zalecenie. Znudzeni przeładowaną cudami techniki rzeczywistością i konsumencką wszechosiągalnością często tracimy zainteresowanie czymkolwiek, niezależenie, czy mamy siedem, czy czterdzieści siedem lat. Popadamy sobie z wolna w etyczny marazm i codzienną pustkę, aż nagle Tomek Samojlik pokazuje, że wystarczy mała wycieczka, by odzyskać ciekawość świata i radość z wszystkiego, choćby malutkiego i robaczkowego. Po tych lekturach odkurzy się też zaniedbany moralny kompas, bo naprawdę trudno nie pomagać później choćby najmniejszym z żyjątek.

Bożena Itoya

Tomasz Samojlik, Żubr Pompik. Wyprawy, t. 13: Żubrza góra, Media Rodzina, Poznań 2019.
Tomasz Samojlik, Żubr Pompik. Wyprawy, t. 14: Jaskinia nietoperza, Media Rodzina, Poznań 2019.
Tomasz Samojlik, Żubr Pompik. Wyprawy, t. 15: Nieśmiała salamandra, Media Rodzina, Poznań 2019.
Tomasz Samojlik, Żubr Pompik. Wyprawy, t. 16: Skok kozicy, Media Rodzina, Poznań 2020.
Tomasz Samojlik, Żubr Pompik. Wyprawy, t. 17: Cenna gąsienica, Media Rodzina, Poznań 2020.
Tomasz Samojlik, Żubr Pompik. Polinka zaginęła!, Media Rodzina, Poznań 2019.