cudanakiju.pl

cudanakiju.pl

niedziela, 14 października 2018

5. Festiwal Filmowy Kino Dzieci (edycja warszawska, 22-30.09.2018) /2/


Część 2. sprawozdania

Perły w Konkursie filmowych odkryć
Bardzo ucieszyła nas wiadomość, że w tym roku filmy dla starszych (lub po prostu bardziej "wyrobionych" w dziedzinie kina) dzieci dostają od Kina Dzieci osobny Konkurs filmowych odkryć. W ramach sekcji odkryliśmy dwa małe arcydzieła. Są to filmy stawiające może bardziej na rozrywkę, ale niepozbawione przemyśleń, koncentrujące się na dziecięcym aktorstwie i świecie. Dorośli są obecni, ale nie decydują o przebiegu akcji, nie snują mądrości i nie próbują zdominować fabuły swoimi problemami. Głównymi bohaterkami są dziewczęta, ale otoczone gronem chłopców, stąd fabuła absorbuje widza niezależnie od płci. Pierwszym z naszych dwóch filmowych odkryć jest "Królowa Niendorfu" (reż. Joya Thome, Niemcy 2016), obraz krótki (67 minut) i konkretny. Z jednej strony film ten wydał mi się niemal teatralnie kameralny, bo ograniczony został do niewielkiego obszaru akcji (mała miejscowość, szkoła, 2-3 domy, parę uliczek, pole, polna droga i drzewo obok niej), niewielu kostiumów (dzieci chodzą ciągle w tych samych ubraniach) i rekwizytów (zapamiętacie głównie rowery i lody arbuzowe), kilku bohaterów i jeszcze mniejszej liczby wątków. Z drugiej strony, jest to obraz pełen przestrzeni – tej dosłownej, bo większa część akcji rozgrywa się w plenerach, niby zwyczajnych, ale urokliwych, i tej metaforycznej, którą możemy zapełnić rozmyślaniami, interpretacjami, marzeniami i własnymi przygodami. Po seansie chce się wsiąść na rower i jechać dokądkolwiek, gdzie można patrzeć w dal, zatrzymać się w dowolnym miejscu, tylko po to, by pobiegać po trawie albo wdrapać się na drzewo. Rekomendacja wiekowa (10+) przyznana przez organizatorów wydaje się zawyżona, bo w "Królowej Niendorfu" nie ma absolutnie nic, czego nie zrozumiałyby ośmiolatki, a może nawet siedmiolatki, lub co mogłoby im zaszkodzić.

Naszym drugim odkryciem jest "Pokój 213" (reż. Emelie Lindblom, Szwecja 2017), film słusznie polecany widzom powyżej 10 lat, bo to rasowy horror, choć z silnym udziałem młodzieżowego kina obyczajowego. Bohaterka wspomina pewien niezwykły letni obóz, można więc pomyśleć: "O, fajnie akurat jesteśmy świeżo po wakacjach, ten film będzie trochę jak spotkanie pokolonijne, nic strasznego nie może w nim być, przecież jest dla dzieci!", jednak twórcy sprawili nam nie lada niespodziankę. Nawet dorosły widz wielbiący fantastykę grozy tu może się przestraszyć, zwłaszcza jeśli (jak ja) przywykł oglądać horrory tylko w domu, na znacznie mniejszym ekranie i wśród dźwięków o słabszym natężeniu niż w sali kinowej. Bardzo polecamy "Pokój 213", bo baliśmy się cudownie i byliśmy mile zaskoczeni, że elementy fantastyczne nie okazały się wytworami młodzieńczej wyobraźni zmagającej się w symboliczny sposób z jakimś rzeczywistym problemem, jak to przeważnie bywa choćby w polskiej literaturze młodzieżowej.
Fenomen i dobra zabawa w sekcji Dzieci z nosem w książkach
Z sekcji "literackiej" wyłowiliśmy dla siebie dwa zestawy filmów krótkich. Właściwie mieliśmy ochotę obejrzeć znacznie więcej tytułów, jak choćby "Wiedźmy" według Roalda Dahla (reż. Nicolas Roeg, Wielka Brytania 1990, od 10 lat) czy "Pettson i Findus – mały kłopot, wielka przyjaźń" (reż. Ali Samadi Ahadi, Niemcy 2014) na podstawie książek Svena Nordqvista, ale program zawierał sporo filmów granych tylko raz, konkurujących z innymi rzadkimi (lub niepowtarzalnymi) gratkami i po prostu nie daliśmy rady być w dwóch miejscach równocześnie.
Wybraliśmy blok pięciu odcinków serialu "Ariol" (na podstawie komiksów Emmanuela Guiberta scenariusz, i Marca Boutavanta rysunki): "Przemykający Raboul", "Plac budowy", "Wyprzedaż garażowa", "Bogini miłości", "Pan Begossian" (reż. Hélène Friren, Amandine Fredon, Mathias Varin, Francja 2017). Całość trwała 60 minut, kategoria wiekowa głosiła "7+", a nam szczególnie przypadły do gustu filmy rozgrywające się w szkole lub w grupie szkolnych kolegów, ponieważ odcinki skoncentrowane na życiu rodzinnym mniej nas rozbawiły, były spokojniejsze i jakby skierowane do młodszych dzieci. Organizatorzy polecali tę produkcję jako współczesnego "Mikołajka", dla nas to znacznie więcej, choć przyjaciel-świnka tytułowego bohatera-osiołka rzeczywiście często przypomina Alcesta. Komiksy i filmy o Ariolu mają w sobie prawdziwie łobuzerską, nieokiełznaną przez dorosłych moc (mimo że na festiwalu Kino Dzieci pojawiły się jakby najłagodniejsze odsłony przygód osiołka), bardzo naturalnie opowiadają o przyjaźni, zabawie, codzienności przeplatanej wytworami fantazji.

Drugim zestawem w sekcji Kino Dzieci z nosem w książkach, jaki zobaczyliśmy, była dwuczęściowa animacja "Revolting Rhymes" (reż. Jakob Schuh, Jan Lachauer, Wielka Brytania 2016) na podstawie nieznanej w Polsce książki Roalda Dahla z ilustracjami Quentina Blake'a. Ten fenomenalny, 58-minutowy pokaz był dla nas prawdziwą kinową ucztą. Po pierwsze, oczarowała nas świetna animacja dwóch typów. Bohaterowie wyglądają bowiem inaczej we wprowadzającej "metaopowieści" i w części prezentującej "prawdziwe", niezbyt family-friendly, wersje tradycyjnych baśni ("Czerwony Kapturek", "Kopciuszek", "Śnieżka", "Trzy świnki", "Jaś i magiczna fasola") – tu wilki, świnki czy olbrzym przypominają postaci z animowanych adaptacji książek o Gruffalo (także wyświetlanych w sekcji "literackiej"). Po drugie, zrozumieliśmy, że niektóre publikowane w Polsce zagraniczne parafrazy klasycznych baśni, jak "Czerwone Wilczątko" Amélie Fléchais (wyd. Kultura Gniewu), czerpią garściami z twórczości Roalda Dahla, a nasze lokalne zachwyty obejmują nie źródło (zbiór "Revolting Rhymes" ukazał sę w 1982 roku), a jego pochodną. Dodatkowo, po raz kolejny, zauważyliśmy, że rodzice nie przestrzegają kategorii wiekowych filmów, ten polecany był dla co najmniej ośmiolatków, ale poranna godzina weekendowej projekcji i gatunek filmu (animacja) spowodowały, że na sali były też maluchy w wieku przedszkolnym. Nie wiem, jak długo będą trawić fakt, że Czerwony Kapturek zabijał wilki i świnki albo że książę od Kopciuszka był sadystą, choć niby brutalne sceny były ograniczone do minimum. My odebraliśmy serię "Revolting Rhymes" jak najlepiej, wszak parodia jest jednym z ulubionych narzędzi komiksu, filmu i ogólnie kultury popularnej, której jesteśmy wielbicielami (a może i wyznawcami). Żałowaliśmy tylko, że w polskim przekładzie umknęły rymy, które słyszeliśmy w tle, po angielsku – "Revolting Rhymes", jak wskazuje sam tytuł, jest zbiorem wierszyków i cały film był w oryginale przewrotną poezją. Wersję polską odczytała (prozą) na żywo lektorka, w tej samej formie usłyszeliśmy tekst "Ariola" i było to ciekawe urozmaicenie, atrakcja dostępna tylko w takich okolicznościach, kapka festiwalowej spontaniczności.
Uczestnicząc w kolejnych edycjach Kina Dzieci łatwo zaobserwować zmiany w programie festiwalu, zwłaszcza rosnący udział rodzimej kinematografii. Filmowych i literackich patriotów na pewno ucieszyła tegoroczna silna reprezentacja polskich "bajek" dla maluchów. W sekcji Kino Dzieci z nosem w książkach znalazły się aż trzy serie animowane, będące adaptacjami polskich książek obrazkowych: "Przytul mnie", "Wiking Tappi" oraz "Żubr Pompik", a w sekcji Panorama dołączyła do nich "Basia".
Namaste – kino Indii egzotycznych
Filmy z bloku indyjskiego nie przyciągnęły mojego syna opisami w folderze festiwalowym, a niestety nie udostępniono zwiastunów, którymi mogłabym go przekonać. Sześć filmów aktorskich należących do tej sekcji opowiadało o różnych problemach indyjskich bohaterów, dość abstrakcyjnych dla przeciętnego europejskiego dziecka, przynajmniej w charakterystyce podanej przez organizatorów Kina Dzieci. Chętnie obejrzę je kiedyś z etnograficznej ciekawości, zresztą podobne motywy skłoniły mnie do wybrania się na pokaz krótkich animacji "Przyjaciel" (reż. Narayan Shi, Indie 2004) oraz "Katputli" (reż. Charmi Chedda, Indie 1998). Nie były to filmy oszałamiające fabułą ani techniką realizacji, ale interesujące i efektowne z punktu widzenia osoby pragnącej poznać podejście indyjskiego kina do młodego widza czy sposób filmowej adaptacji tamtejszych (i nie tylko) baśni, legend i zwyczajów.

Krótkie historie na dłużej
W tym roku sekcja krótkich metraży reprezentowana była przez animacje z różnych stron świata (ale głównie z naszej części Europy) oraz jeden, międzynarodowy zestaw filmów aktorskich. My obejrzeliśmy koprodukcję polsko-słowacką (produkcja: Studio Miniatur Filmowych, Fool Moon, Słowackie Radio i Telewizja, Polski Instytut Sztuki Filmowej, Słowacki Instytut Audiowizualny) zatytułowaną "Pajęczaki" (reż. Katarína Kerekesová, Polska, Słowacja 2016). Na zestaw złożyły się trzy dwunastominutowe odcinki serialu: "Pokój Lili", "Domowe zwierzątko", "Szaleństwo zakupów". Poczciwi, ale dalecy od słodyczy bohaterowie są niebieskimi pająkami, mają dużo kończyn i oczu oraz całkiem ludzkie przygody. Na pierwszy plan wysuwa się Lili (jako człowiek miałaby pewnie około 6-7 lat), widz wyróżnia też jej brata Hugona ("ludzkiego" nastolatka). Trudno również nie zapamiętać zwariowanej babci, łakomczuszki i wielbicielki zakupów. Filmy o Pajęczakach przede wszystkim bawią, zarówno fabułą, jak i nietypowym wyglądem postaci, ale zawierają też pewien ładunek dydaktyczny, mimochodem uczą bowiem najważniejszych wartości, a starszym dzieciom przypominają o znaczeniu rodziny. Te krótkie historie starczą na dłużej, bo spodobają się i dzieciom w okolicach dolnej granicy wieku (6 lat), i rodzicom, i dziadkom. Bardzo ucieszyłoby mnie wydanie tej serii na DVD, tymczasem jednak w trakcie powstawania (czasem dopiero na etapie planowania) jest kilkanaście odcinków. Szczegóły te poznaliśmy u źródła, ponieważ warszawski pokaz połączony był ze spotkaniem z producentem wykonawczym "Pajęczaków", w rozmowie (poprowadzonej przez Martynę Chuderską z Polskiego Radia Dzieciom) wziął udział również specjalista od animacji 3D.
Reżyserzy, animatorzy czy producenci filmów rysunkowych (a nawet jeden pisarz – Marcin Mortka, którego książki stały się podstawą serialu "Wiking Tappi") pojawiali się również na innych projekcjach. Liczne filmy krótkometrażowe były wyświetlane także w ramach sekcji Panorama, Kino Dzieci z nosem w książkach oraz Namaste – kino Indii, o niektórych już wspomniałam lub wspomnę poniżej.

Zjawiska w sekcji Panorama
Ta sekcja tętniła życiem współczesnego kina dla dzieci, wielogatunkowego, zróżnicowanego formalnie i narracyjnie, adresowanego do widzów znajdujących się w bardzo różnych punktach wczesnej młodości. Panorama dzieciństwa jest przecież znacznie rozleglejsza i podlega ściślejszej specjalizacji od widoku na całą dorosłość, nikt nie tworzy filmów przeznaczonych tylko dla dwudziesto-, czterdziesto- czy sześćdziesięciolatków, a kino dzieci potrafi zamknąć film w momencie życia człowieka trwającym zaledwie trzy czy cztery lata. Tak uczynili twórcy filmu "Storm. Opowieść o odwadze" (reż. Dennis Bots, Holandia 2017). Film skierowany jest do dzieci i młodzieży w wieku od 9 lat, według mnie górna granica to szósta klasa szkoły podstawowej (11-13 lat). Obraz ten rok temu znalazł się w Konkursie Kina Dzieci, później trafił do regularnego repertuaru kin, ale my zdołaliśmy go obejrzeć dopiero teraz. Z punktu widzenia polskiego widza "Storm" może wywołać burzę, bo jesteśmy krajem o tradycjach przede wszystkim katolickich, a przygody tytułowego chłopca, syna drukarza, osadzone są w realiach początków reformacji i nie stawiają inkwizycji w dobrym świetle. Jest to film historyczny, wymagający otwartości i pewnej wiedzy (a przynajmniej umysłu łatwo ją chłonącego), a zarazem przygodowy – takie młodzieżowe, średniowieczne kino akcji. Podczas seansu wielokrotnie wstrzymywałam oddech, a to na widok wspaniałych, perfekcyjnie odwzorowanych kostiumów, narzędzi drukarskich i wystroju wnętrz, to znów podziwiając grę młodych aktorów, kiedy indziej na bieżąco rozważając, jak poważnie reżyser i scenarzysta potraktowali młodych widzów, nie dając im taryfy ulgowej w ujęciu tematów takich jak historia religii, oddanie rodzinie czy miłość. Nigdy wcześniej nie widziałam niczego podobnego, tak zjawiskowego, w kinie adresowanym do dzieci.


W sekcji Panorama bardzo spodobał się nam także zestaw filmów animowanych "Wielki zły lis i inne opowieści" (reż. Patrick Imbert, Benjamin Renner, Belgia, Francja 2017). Pokaz trwał 83 minuty i były na nim dzieci w bardzo różnym wieku (łącznie z moim dwunastolatkiem), oficjalna rekomendacja festiwalowa brzmiała: "6+", ale dotyczyła chyba jednak krajów frankofońskich, gdzie dzieci od małego mają kontakt ze specyficznym, komiksowym poczuciem humoru, sposobem rysowania i przedstawiania historii. Bohaterem serii jest kłótliwe i zwariowane trio: prosiak, kaczorek i królik, poza nimi występuje tytułowy lis, tak naprawdę pełen nieśmiałości i kompleksów, będący jego przeciwieństwem wilk, gromada kur i kurczaków, rozleniwiony pies stróżujący i inni. Ta ostatnia formułka dobrze pasuje do całego zestawu, którego poszczególne opowieści zostały spojone scenkami ze szkolnego przedstawienia zwierzątek, co i rusz wybiegających przed kurtynę, patrzących prosto na nas, jąkających się i szepczących teatralnie. My uznaliśmy całość za przezabawną, bo oboje lubujemy się w tego typu komiksowych i animowanych cudakach, ale w warunkach polskiej widowni wskazałabym raczej na dolną granicę wieku 8 lat. Seans, na którym byliśmy, odbył się w kameralnej, około 30-osobowej sali Kina Muranów (całkowicie wyprzedanej), gdzie, chcąc nie chcąc, dobrze odczuwa się reakcje innych widzów. Towarzyszyło nam sporo dzieci nawet młodszych, niż wskazane przez organizatorów sześć lat, niektóre z nich zachowywały się, jakby pierwszy raz były w kinie (bieganie, głośne gadanie, wieszanie się i kładzenie głowy na fotelu osoby siedzącej bezpośrednio przed), a nawet starsi kilkuletni widzowie nie rozumieli niektórych kluczowych momentów humorystycznych, bo śmiechy rozlegały się zdecydowanie zbyt rzadko. Odbiór filmów przez najmłodszych był też chyba utrudniony z powodu polskiej, lektorskiej wersji językowej, zza której słychać było oryginalne dialogi francuskie, znacznie bardziej rozbudowane.

Wśród najlepszych filmów zagranych w ramach sekcji Panorama muszę jeszcze wymienić przynajmniej trzy, o których już kiedyś pisałam, ale warto je przypominać i wyświetlać jak najczęściej. Jeśli ktoś jest zainteresowany dobrym, przygodowym kinem aktorskim pokazującym od podszewki świat i myślenie dzieci, koniecznie powinien wybrać się ze swoim podopiecznym na filmy "Villads" (reż. Frederik Meldal Nørgaard, Dania 2015, od 6 lat) – tu wsparcie znajdą zwłaszcza debiutujący uczniowie / zerówkowicze, oraz "Przygoda Nelly" (reż. Dominik Wessely, Niemcy 2016, od 9 lat). Nie można też pominąć animacji teoretycznie z "niższej" kategorii wiekowej (7+), ale podobającej się i dziesięcio- czy nastolatkom: "Solana i Ludwika – wielkiego wyścigu z serem" (reż. Rasmus A. Sivertsen, Norwegia 2015). To film zabawny, piękny (choć nie w kategoriach disneyowskich, tu mamy do czynienia z oryginalnymi kukiełkami, czasem umiarkowanie urodziwymi, trochę jak w "Paranormanie" czy "Pudłakach"), ze świetnym scenariuszem, zrealizowany przy pomocy efektownej, niezwykle pracochłonnej techniki animacji.

Mam 5 lat urodziny Kina Dzieci, czyli pewniaki na dobry start
Dzieci rozpoczynające przygodę z kinem mogły skorzystać z bogatej oferty sekcji Mam 5 lat urodziny Kina Dzieci. Znalazła się w niej klasyka: "Dzieci z Bullerbyn" (reż. Lasse Hallström, Szwecja 1986, od 6 lat) i "Nowe przygody dzieci z Bullerbyn" (reż. Lasse Hallström, Szwecja 1987, od 6 lat); trzy filmy dla maluchów (4+), świetnie dopasowane do ich postrzegania świata i możliwości, idealne na pierwszą wizytę w kinie: aktorskie "Kacper i Emma najlepsi przyjaciele" (reż. Arne Lindtner Næss, Norwegia 2013) i "Kacper i Emma na safari" (reż. Arne Lindtner Næss, Norwegia 2015) oraz animacja "Wielka wyprawa Molly" (reż. Ted Sieger, Michael Ekblad, Matthias Bruhn, Niemcy 2016). Były też współczesne filmy aktorskie dla sześcio-, siedmiolatków i dzieci trochę starszych, szczególnie polecane przez organizatorów festiwalu, oraz dwie animacje, które niegdyś zrobiły wielkie wrażenie na moim synu (o czym pisałam we wcześniejszych sprawozdaniach). Pierwszą z nich jest "Sekret Eleonory" (reż. Dominique Monfery, Francja 2009, od 6 lat, film był też wydany na DVD), a drugą "Chłopiec i świat" (reż. Alê Abreu, Brazylia 2013, od 10 lat). Ten obraz, mający na koncie nominację do Oskara, jest dobrym sposobem na przekonanie dziecka wchodzącego w okres dojrzewania, że nadal może interesować się animacją, bo bywa ona ambitniejsza od filmów aktorskich. 

"Chłopiec i świat" zachwyca wizualnie, ma głębokie przesłanie, skłania do refleksji o współczesnym świecie i naszych wartościach, a poziom "przygodowości" zatrzymuje nastolatków przy ekranie. Tak właśnie działa Kino Dzieci, już od pięciu lat! Myślę, że przy kolejnym jubileuszu nie powinno się pomijać żadnego filmu z tegorocznej sekcji urodzinowej, tylko dodać kolejne. Będzie to odpowiadało formatowi tego wydarzenia, jedynego w swoim rodzaju, rozrastającego się artystycznie i pod względem widowni, bo w tym roku podskoczyła i poprzeczka górnego wieku widza (co nas szczególnie cieszy), i słupek frekwencji – organizatorzy podali, że 5. Festiwal Filmowy Kino Dzieci odwiedziło 26242 widzów, "prawie o 3 tysiące więcej niż poprzednią edycję festiwalu. W Warszawie było nas prawie 12 tysięcy".

Bardziej szczegółowe omówienia the best of the best filmów obejrzanych przez nas podczas 5. Festiwalu Filmowego Kino Dzieci znajdą się w pofestiwalowym cyklu recenzji na naszym blogu.

Bożena Itoya

5. Festiwal Filmowy Kino Dzieci, 22-30.09.2018, Warszawa: Kino Muranów, Kino Praha.

Uroki codzienności


Historie o dziecięcej codzienności - tak w największym skrócie można by podsumować książki Gunilli Bergström o Albercie Albersonie. Problem w tym, że ten sam opis pasuje do dziesiątków innych serii wydawniczych. Temat jest tak wyeksploatowany, że trudno o coś naprawdę oryginalnego. A jednak przygody małego Alberta Albertsona (w oryginale: Alfonsa Åberga) od lat urzekają dzieci i dorosłych na całym świecie, a każda kolejna wydana w Polsce pozycja wywołuje entuzjazm małych i dużych czytelników. Swojskość tych opowieści o najbardziej prozaicznych aspektach życia trafia do dzieci, dla których dom jest przecież najważniejszym miejscem na świecie. A dom Alberta to bezpieczna przystań, gdzie zawsze czeka tata w łapciach i z fajką w zębach, gotów wesprzeć syna swoją mądrością życiową.

W "Co mówi tata Alberta?" tych mądrości jest wyjątkowo dużo. Tata wypowiada je z wielkim namaszczeniem, mało tego, wywiesza na ścianie w postaci ozdobnych makatek ze złotymi myślami. Ale, jak to w życiu bywa, powiedzenie "wszystko ma swój czas" musi ustąpić sobotniej gonitwie, gdy wypakowania wymagają wielkie zakupy, a na horyzoncie majaczy już sobotni relaks. Niestety skłonność taty Alberta do zawieszania na kołku własnych zasad nie wychodzi mu na dobre. Gdy, wykończony, zaczyna pomału tracić kontrolę nad sytuacją, Albert potrafi jednak rozładować napięcie -  bo w końcu kalesony w lodowym sosie to nie koniec świata, a na deser zawsze można upiec gofry.

Oglądamy więc scenę z życia chłopca i jego ojca. Jeden mały obrazek, obejmujący fragment poranka, rozpakowywanie zakupów i drobną pomyłkę. Jak to u Gunilli Bergström - niby o niczym, a jednak chce się czytać dalej. Bo to nie fabuła jest najsilniejszą stroną tych historyjek, a nietuzinkowe, świetnie nakreślone od strony charakterologicznej postacie, o których chcemy wiedzieć więcej i którym kibicujemy nawet w najbardziej prozaicznych sytuacjach.

Szczególną sympatię budzi tata Alberta - chyba jedna z najoryginalniejszych postaci ojcowskich w książkach dla dzieci. Łysiejący, nieszczególnie atrakcyjny, trochę rozmemłany, raczej domator. Nie wiemy, gdzie pracuje, czym się zajmuje na co dzień, znamy go tylko od strony domowej. Wiemy, że lubi wyświechtane powiedzonka, że jest zorganizowany, choć bywa i roztargniony. Gdyby na jego miejscu postawić kobietę, uzyskalibyśmy bardzo stereotypowy obraz matki. Ale tata Alberta, w swoich charakterystycznych wygodnych butach i rozciągniętym swetrze, jest mimo wszystko tatą - zupełnie przecież zwyczajnym, jeśli nie nudnym. Nie miewa fantastycznych przygód, nie wydostaje syna z tarapatów, ale potrafi posprzątać roztopione lody i upiec gofry, żeby dzieci miały co zjeść na deser. I właśnie ta zwyczajność wyróżnia go na tle innych książkowych tatusiów.

Trudno też nie czuć sympatii do samego Alberta, który przypomina nieco swojego ojca w miniaturce. Spokojny, zrównoważony, niestroniący od domowych obowiązków. Mały introwertyk, dla którego wizja idealnego sobotniego popołudnia to zamknięcie się w ciemnej garderobie i czytanie książki z biblioteki. Wszystkie mole książkowe z pewnością zobaczą w nim bratnią duszę.

Ważnym elementem książek Gunilli Bergström są ilustracje - na pierwszy rzut oka nieszczególnie urodziwe, ale z czasem chwytające za serce (mina zmęczonego życiem ojca, który resztkami sił stara się dobrnąć do końca listy zadań na sobotę - kto z nas tam nie był?). Wraz ze zwięzłym tekstem - tłumaczeniem i tym razem zajęła się niezastąpiona Katarzyna Skalska - tworzą one estetyczną, nieprzekombinowaną całość, do której przyjemnie jest wracać. Ja w każdym razie nigdy nie mam dość Alberta i jego niecodziennej codzienności.
Joanna Pietrulewicz

Gunilla Bergström, "Co mówi tata Alberta?", ze szwedzkiego przetłumaczyła Katarzyna Skalska, Wydawnictwo Zakamarki, Poznań 2018

Alfabet niepodległości


"Alfabet niepodległości" Anny Skowrońskiej z ilustracjami Joanny Gębal jest książką, którą od razu dostrzega się na księgarnianej lub bibliotecznej półce. My w pierwszej kolejności zwróciliśmy uwagę na śmieszne czerwone noski ludzi na okładce, nietypowe zestawienie użytych na niej barw oraz parę buchającą z lokomotywy aż na nieco zamglony tytuł. Okazało się, że i wewnątrz jest bardzo ciekawie, przeglądaliśmy więc kolejne geometryczne ilustracje, ale w pełni zrozumieliśmy je dopiero po lekturze konkretnych artykułów hasłowych "Alfabetu". Obrazki te są bowiem często metaforyczne, niekiedy humorystyczne, zawsze mocno nawiązujące do tekstu, oparte na świetnym koncepcie i intrygującej grze kolorów.
Choć oprawa graficzna sugeruje publikację artystyczną, jest to przede wszystkim książka popularnonaukowa, spełniająca funkcję informacyjną także w sferze ilustracji. Nie do przecenienia są tu trzy mapy, zamieszczone na początku i końcu leksykonu, bo do czasu piątej klasy szkoły podstawowej uczniowie korzystają z atlasów historycznych tylko sporadycznie. Dzięki tej książce łatwo będzie zapamiętać, jak zmieniały się granice Polski (lub między które państwa był dzielony jej teren) między 1770 a 1939 rokiem. Natomiast same hasła leksykonu dotyczą okresu od roku 1914, przez kluczowy rok 1918, bez wyraźnej cezury końcowej, ale z uwzględnieniem ważniejszych świadectw niepodległości z lat 30. XX wieku. W opisie wydawcy na tylnej okładce "Alfabetu" zaznaczono, że "to książka na stulecie odzyskania niepodległości". Oczywiście, młodzi czytelnicy mogą już czuć przesyt wszechobecnymi obchodami tego jubileuszu (choć w chwili, gdy to piszę, do 11 listopada został ponad miesiąc), jednak sądzę, że w mrowiu patriotycznych publikacji dla dzieci warto sięgnąć właśnie po tę, albo nawet tylko po nią, bo zawiera właściwie wszystko, co w wieku 8-12 lat należy wiedzieć o Polsce i polskości w kontekście I wojny światowej oraz dwudziestolecia międzywojennego.
Chociaż książka Anny Skowrońskiej nazywa się "Alfabetem", a jej budowa oraz alfabetyczne ułożenie rozdziałów i ich tematyka wskazują na leksykon historyczny, właściwie jest to autorskie opracowanie dotyczące zagadnień społecznych, politycznych, kulturowych, sportowych, ekonomicznych i przemysłowych. Nie zawsze hasło nawiązuje wprost do tekstu następującego po nim, na przykład pod "Parowozem" kryje się opis "Lokomotywy" Juliana Tuwima, dokonań translatorskich jego siostry Ireny Tuwim i ogólnie życia literackiego w międzywojennej Polsce. Są też artykuły bezpośrednio, bez przenośni i dygresji, przedstawiające biogram ważnej postaci historycznej ("Arcyksiążę Ferdynand", "Piłsudski", "Dmowski", "Inżynier" – Eugeniusz Kwiatkowski, "Medal" – Halina Konopacka, "Narutowicz", "Paderewski", "Student" – Herbert Hoover), najważniejsze informacje o jakimś ugrupowaniu ("Błękitna Armia", "Eskadra Kościuszkowska", "Legiony", "Ułani"), akcie prawnym lub umowie ("Czternaście punktów", "Traktaty") czy wydarzeniu ("Atak", "Cud nad Wisłą", "Głosowanie – wybory do sejmu", "Jedenasty"). Niektóre rozdziały, według mnie wyjątkowo cenne, mają charakter przekrojowy, jak w przypadku hasła "Granice", w którym mowa jest o problemach i datach związanych z kształtowaniem terytorium Polski po I wojnie światowej, "Założyciele", poświęconego "ojcom założycielom" niepodległej Polski, zwłaszcza Witosowi, Daszyńskiemu i Korfantemu, albo "Różnice", gdzie wskazane zostały najjaskrawsze rozbieżności między życiem ludzi w poszczególnych zaborach (temat ten jest poruszany także w innych hasłach).
Autorka omawiając pierwsze lata odrodzonej Polski skoncentrowała się na losach ludzi: przywódców, idealistów, pionierów w rozmaitych dziedzinach. Podobieństwo "Alfabetu niepodległości" do słowników biograficznych jest jednak stosunkowo niewielkie, bo artykuły hasłowe zawierają minimum dat i wątków pobocznych względem tematu książki: wpływu osób, wydarzeń i zjawisk na kształt, charakter, indywidualność i wielkość międzywojennej Polski. Na poziomie książki popularyzującej nauki historyczne wśród najmłodszej młodzieży mamy tu do czynienia z publikacją wzorcową, idealnie wyważoną, spójną, w dużym stopniu nowatorską, inspirującą do własnych poszukiwań ("Twoje hasło. Poszukaj wspomnień Twojej rodziny i wymyśl własne hasło!"), bezbłędną i bardzo ciekawą, także pod względem graficznym.
Bożena Itoya

Anna Skowrońska, Alfabet niepodległości, ilustracje Joanna Gębal, opracowanie graficzne Emilia Pyza, Wydawnictwo Muchomor, Warszawa 2018.

niedziela, 7 października 2018

Wyskok


Powieść "Wyskok" Elisy Carbone adresowana jest do młodzieży znajdującej się w epicentrum dojrzewania. Spodoba się przede wszystkim inteligentnym dziewczętom, które, mimo że zostały wyposażone w wartości ułatwiające orientację w świecie, błądzą w poszukiwaniu szczęścia oraz równowagi. Właśnie taka jest P.K., nastolatka z pasją (życiową i w znaczeniu hobby), pełna energii, uczuć, wątpliwości i buntu. Historia jej miłości dotyka wielu zachowań, zjawisk czy wręcz dolegliwości charakterystycznych dla dzisiejszej młodzieży, ale też ogólnie współczesnej cywilizacji (przynajmniej europejskiej i północnoamerykańskiej – autorka pochodzi ze Stanów Zjednoczonych), a do najistotniejszych należą: wyścig szczurów, izolowanie się dorosłych od świata dorastających dzieci, choroby psychiczne, granice niezależności młodych ludzi. To książka szczera, nieuznająca tabu, ponadto świetnie napisana.
Bohaterka odbiega od obrazu typowej nastolatki, czy to literackiej, czy rzeczywistej. Rozmawia przez telefon siedząc w domku na drzewie, ze znajomymi spotyka się nie online, ale na ściance wspinaczkowej, nauka nie byłaby dla niej problemem, gdyby tylko chciała, ale że woli się buntować, rodzice postanawiają ją przenieść do szkoły z internatem. Poznajemy P.K. właśnie w tym momencie, rozchwianą i zdecydowaną walczyć z decyzją "starych". Dziewczyna pakuje kilka niezbędnych rzeczy i ucieka z domu... w skałki. Nie biorąc telefonu, by było jeszcze bardziej nietypowo – obecnie uważa się przecież, że nastolatek nie wytrzyma godziny bez smartfona.
P.K. należy do niewielkiej grupy wspinających się przyjaciół, ale w spontanicznej wycieczce, jak dziewczyna przedstawia swój plan, który faktycznie oznacza ucieczkę z domu, nikt z nich nie chce lub nie może jej towarzyszyć. Do rozmowy na ten temat przyłącza się nieznajomy nastolatek, zwinnie śmigający po ściance, gdzie P.K. próbuje "skompletować ekipę". Czytelnicy wiedzą o przyszłym kompanie P.K. więcej niż ona sama, bo narracja "Wyskoku" została rozdwojona, by pokazywać nam wydarzenia z punktu widzenia obojga głównych bohaterów. Krótkie segmenty tekstu (numerowane jako rozdziały, ale liczące czasem tylko jeden akapit, niekiedy stronę, dwie, maksymalnie trzy), w których wypowiada się dziewczyna lub chłopiec, przeplatają się ze sobą. Dlatego wcześniej od P.K. dowiadujemy się, co siedzi w głowie Zwierzaka (tak, znowu dziwne imię-pseudonim) i skąd się "urwał". Akcja jest nieco poszatkowana ciągłymi zmianami narratora, ale dzięki temu zabiegowi przyspiesza, a oprócz pędu mamy też wrażenie kompletności oglądu i komplementarności bohaterów.
Fabuła książki jest na tyle wciągająca, że grozi zarwaniem nocy. Mnie nie udało się przerwać lektury aż do ostatniej strony. Autorka po mistrzowsku buduje i komplikuje wątki oraz relacje między bohaterami, zdobiąc je mocnymi emocjami. Na przemian unosi nas na wyżyny hipisowskiej wolności i ściąga na ziemię ciężarem zobowiązań wobec rodziny czy po prostu realizmem, który co jakiś czas budzi się w bohaterach. P.K. i Zwierzak podróżują autostopem i autobusem, zdobywają nowe trasy i doznania, bo szybko zaczyna między nimi iskrzyć. Choć wzajemne fizyczne zainteresowanie odgrywa tu dużą rolę, "sceny" z udziałem młodych ludzi są stonowane i romantyczne. Jak widać Elisa Carbone nie podąża za nurtem literatury popularnej odważnie i dosadnie opisującej seksualność młodzieży. Czytając "Wyskok" odniosłam wrażenie, że autorka nie jest zainteresowana w ogóle żadnymi modami, przygoda P.K. i Zwierzaka równie dobrze mogłaby mieć miejsce kilkadziesiąt lat temu lub za kilkadziesiąt lat, w Ameryce Północnej albo Europie Środkowej, no, może z wyjątkiem fragmentów o telefonach komórkowych i internacie, które jednak pojawiają się rzadko.
Nie zdradzę, jakie przystanki i powroty czekają bohaterów w ich podróży, tę powieść warto przeżyć w całości samemu, wyznaczając najważniejsze jej elementy i cechy, własne punkty oparcia, gdyż jest to lektura budująca, optymistyczna, choć nieoczywista. Wnikną w nią fani wspinaczki, bo w tekście roi się od fachowych określeń i rozmyślań, wielbiciele podróży, ponieważ przypadki P.K. i Zwierzaka były porywające nawet dla weteranki spontanicznych włóczęg, oraz czytelnicy czy widzowie klimatycznych historii miłosnych. Uprzedzam jednak, że nie będzie tak sztampowo i grzeczniutko, jak na okładce. Jedyne, co łączy tę grafikę z treścią książki, to jakieś skały, ewentualnie także "poświatowość" widzenia, podobna sposobowi postrzegania rzeczywistości, jaki Zwierzak zyskał doświadczając... śmierci. Mimo poruszania tak poważnych kwestii, powieść Elisy Carbone przyniosła mi relaks i "reset" (czy też oczyszczenie, takie czytelnicze katharsis), przysłużyła się mi niczym dobry wakacyjny wyjazd. Jeśli jesteście chociaż odrobinę zaintrygowani, czym prędzej sprawdźcie, czy i Wam potrzebny jest "Wyskok".
Bożena Itoya

Elisa Carbone, Wyskok, tłumaczenie Jakub Steczko, Wydawnictwo Media Rodzina, Poznań 2017.

Pettson i Findus – Najlepsza Gwiazdka (film)


Festiwal Kino Dzieci co roku prezentuje filmowe premiery będące zapowiedziami jesiennego, zimowego i wiosennego repertuaru najlepszych polskich kin. Zwycięzcy sekcji konkursowych typowani są przez cztery gremia oraz przez publiczność. Nagroda Sieci Kin Studyjnych i Lokalnych wskazuje film, który jurorzy planują wyświetlać na ekranach swoich kin, ale repertuarowe premiery niektórych obrazów zapowiadane są już w chwili startu festiwalu. Przed każdą projekcją w ramach 5. Festiwalu Filmowego Kino Dzieci oglądaliśmy polskie, dubbingowane zwiastuny dwóch filmów biorących udział w Konkursie Głównym, jednym z nich jest "Pettson i Findus – Najlepsza Gwiazdka" (Niemcy 2016). Świąteczne przygody poczciwego staruszka-samotnika i kota w pasiastych spodenkach na szelce wyreżyserował Ali Samadi Ahadi, film rekomendowany jest dla widzów od lat czterech, a szersza publiczność będzie mogła go zobaczyć od 23 listopada 2018 roku.
Ten film musieliśmy zobaczyć, ale nie dlatego, że ktoś nas zmuszał, po prostu wszystko, co związane z książkami Svena Nordqvista jest dla nas pozycją obowiązkową. Z pewnością możemy się uznać za wiernych fanów Pettsona i Findusa: mamy w domu 11 książek o nich, dwa audiobooki, 3 pudełka z puzzlami (łącznie 6 układanek), przez kilka lat na ścianie syna wisiał wielki plakat wydawnictwa Media Rodzina (z kotkiem, staruszkiem i kurkami, oczywiście), a szkolne przyrządy geometryczne syn nosi w piórniku z obrazkiem przedstawiającym gospodarstwo Pettsona. Wyobraźnia mojego dziecka jest wytapetowana Findusem i Pettsonem, ich świat wpływał na zabawy, poczucie humoru i plastyczne gusty syna już w jego najwcześniejszym "świadomym" dzieciństwie.
W filmie "Pettson i Findus – Najlepsza Gwiazdka" znaleźliśmy dużo z książkowego duetu protagonistów, ale też sporo różnic względem oryginału. Reżyser patrzy na bohaterów nieco inaczej niż autor (i ilustrator); Ali Samadi Ahadi z literackiego (i graficznego) oryginału wyławia pewne akcenty i rozwija je w całe wątki czy morały. Czytając o Findusie i Pettsonie czuliśmy więcej wolności niż oglądając film o nich, kot i staruszek w wydaniu swego twórcy byli niezależni, zwariowani, wymykali się wszelkim szablonom, zaś w filmie ich relacja oraz pomysły są punktem wyjścia dla fabuły, która jednak wszystko układa, zmierza w kierunku socjalizacji bohaterów. My lepiej rozumieliśmy się z Findusem bezwzględnie przeganiającym koguta czy Pettsonem naburmuszonym bez ładu i składu. Filmowy Findus na początku jest niefrasobliwym, samolubnym kotkiem, potem już wszystko rozumie i wspiera Pettsona, a w książkach takiej przemiany nigdy nie przeszedł, po prostu czasem bywał bardziej sympatyczny i empatyczny, kiedy indziej mniej.
Tak przedstawiają się nasze "fanowskie" refleksje po seansie, jeśli zaś chodzi o ogólne wrażenia z filmu, to są one bardzo dobre. Głosując w plebiscycie publiczności 5. Festiwalu Filmowego Kino Dzieci oboje przyznaliśmy "Najlepszej Gwiazdce" 3 na 3 możliwe stateczki (takie oznaczenie wynikało z przesłania i hasła festiwalu – rejsu "ku nowej przygodzie"). Jest to udane kino familijne dla rodzin z małymi dziećmi. Kategoryzacja ta może wydawać się typowa, bo właśnie tak powszechnie interpretuje się w Polsce filmy "dla dzieci", tymczasem nawet na samym festiwalu mogliśmy dostrzec, że w Niemczech, Danii czy Holandii panują zupełnie inne nurty, przeważnie sprowadzające się do tworzenia filmów atrakcyjnych dla danej grupy młodych widzów (w wąskich przedziałach wiekowych), z dziecięcymi lub nastoletnimi bohaterami, jednak niekoniecznie odpowiadających rodzicom czy nauczycielom. W przypadku "Pettsona i Findusa" mamy do czynienia z fabułą i bohaterami zrozumiałymi oraz interesującymi dla starszych przedszkolaków oraz młodszych uczniów szkoły podstawowej (i jak najbardziej akceptowalnymi dla dorosłych). Na sali kinowej było z nami dużo młodszych dzieci, nawet czterolatków, ale sądząc po rozmowach niosących się po sali i ruchliwości maluchów, film był dla nich zbyt długi. Kategoria wiekowa filmu o Pettsonie i Findusie nie pokrywa się więc w pełni z kategorią wiekową książek Svena Nordqvista, które czytywałam synowi już gdy miał dwa, trzy i cztery lata.
Fabuła filmu "Pettson i Findus – Najlepsza Gwiazdka" jest zbliżona do treści opowiadania "Goście na Boże Narodzenie", wydanego w polskim przekładzie Barbary Hołderny przez wydawnictwo Media Rodzina w 2008 roku. Starszy pan o imieniu Pettson, gospodarz zagrody na szwedzkiej wsi, pędzi wesoły żywot w towarzystwie gadającego kota Findusa. W niedalekiej okolicy (ale nie płot w płot, jak w Bullerbyn) mieszkają inni samotni gospodarze lub rodziny: ciekawska Beda, oschły Gustavsson z psem myśliwskim i kilku mniej istotnych sąsiadów. Nie wiemy, gdzie i kiedy rozgrywa się akcja, nie ma to większego znaczenia, bo widz ani myśli rozważać, jaki to region Szwecji, który rok, dziesięciolecie czy nawet wiek. Ważne, że idą święta, a prawdziwa Gwiazdka zawsze jest taka sama! Nawet jeśli okazuje się wzbogacona o tańce wokół choinki, których w Polsce nie praktykujemy. Pettson i Findus rozmawiają o świątecznych rytuałach i marzeniach, planują zakupy i strojenie choinki, ale w trakcie jej pozyskiwania z pobliskiego lasu dochodzi do niewielkiego wypadku. Pettson w bardzo efektowny sposób, wśród oklasków i radosnych okrzyków Findusa, doznaje poważnej kontuzji nogi, stąd nie może zorganizować takiego Bożego Narodzenia, o jakim marzył i on, i (zwłaszcza) kotek. Niełatwo jest świętować mając do jedzenia tylko stare marchewki. Bohaterowie przeżywają chwile zwątpienia, ale ich pomysłowość i pogoda ducha zdziałają bożonarodzeniowe cuda, a poczciwość oraz przynależność (choćby bierna) do wiejskiej wspólnoty zagwarantują im pomoc sąsiadów.
"Najlepsza Gwiazdka" jest filmem aktorskim z istotnym udziałem animacji, a więc w dużej mierze opiera się na efektach specjalnych, które spełniają oczekiwania i preferencje młodego widza. Podobały nam się gadające, rasowe kury (prawdziwe!), oraz mukle, reprezentujące świat fantastyczny, płynnie przenikający do zagrody Pettsona. Bardzo korzystnie wypada postać samego Findusa – szybko zapomnieliśmy, że jest "animkiem", nie dostrzegaliśmy tego ani w dramatycznych scenach ślizgania na zamarzniętym jeziorze, ani podczas rodzinnych debat z Pettsonem. Kreacje aktorskie wydały się nam zbliżone raczej do telewizyjnego programu dla dzieci, kabaretu czy teatrzyku niż profesjonalnego filmu, ale mimo wszystko wiarygodne i zabawne – rysunkowi bohaterowie książek też byli przerysowani. Na wysokości zadania stanęli również twórcy polskiej wersji językowej, nie dało się bowiem zauważyć żadnych zgrzytów w dubbingu, co naprawdę zdarza się często, zwłaszcza w filmach aktorskich. Naszą uwagę przykuły scenografia i kostiumy, wiernie oddające szczegóły domu, zagrody, wystroju kuchni i pokojów, a nawet ubrań Pettsona i Findusa znanych nam z ilustracji Svena Nordqvista. A pierzyny były tak puszyste i ciężkie, że mieliśmy chęć wniknąć w ekran kinowy, by skorzystać z ich przytulności.
Niestety mam nieco zastrzeżeń do reżyserii oraz scenariusza filmu. Niedociągnięcia były wyraźne i łatwe do nazwania nawet dla dalekiego od profesjonalizmu dwunastoletniego widza. Przeszkadzało nam wielokrotne powtarzanie kwestii i min związanych z niechęcią Pettsona do proszenia o pomoc, brakiem umiejętności przyznania, że potrzebuje innych ludzi. Te fragmenty były najzwyczajniej nużące i niepotrzebne, bo nawet małe dziecko zrozumiałoby za pierwszym razem, jaki problem rodzi uparta strona natury staruszka. Aż zanadto odczuliśmy, że reżyser chciał nakręcić obraz, który będzie nie tylko wesoły, ale też pouczający. Mieliśmy wrażenie, że w montażu zapomniano o wycięciu kilku scen, wręcz szeptaliśmy do siebie: "Jak to? Znowu to samo?". Te niedociągnięcia nie wpłynęły jednak znacząco na naszą całościową, bardzo dobrą ocenę filmu, który na pewno można uznać za must-see fanów Findusa, Pettsona, kury Głuptaski i jej kompanek oraz tajemniczych mukli.

Bożena Itoya

Pettson i Findus – Najlepsza Gwiazdka, reżyseria: Ali Samadi Ahadi, Niemcy 2016. Pokaz w ramach 5. Festiwalu Filmowego Kino Dzieci (22-30.09.2018), w polskich kinach od 23 listopada 2018 r.

5. Festiwal Filmowy Kino Dzieci (edycja warszawska, 22-30.09.2018) /1/


Część 1. sprawozdania

W tym roku warszawska edycja festiwalu Kino Dzieci odbyła się w dwóch wyjątkowych przestrzeniach. Kino Muranów i Kino Praha to miejsca kultu i kultowe – oddające cześć filmowi polskiemu i światowemu (nie tylko, ale przede wszystkim artystycznemu i autorskiemu), przybytki, w których kinomaniacy podtrzymują zwyczaj oglądania premier oraz klasyków na wielkim ekranie, a nie w domowym, internetowym zaciszu. Charakterystyczne wnętrza i wydarzenia kin Muranów i Praha są już legendarne, same pojawiają się w filmie, jak Muranów w obrazie "Jak pies z kotem" Janusza Kondratiuka (premiera w październiku 2018 r.). Dzięki Kinu Dzieci moda na przeglądy filmowe (i w ogóle cykliczne uczestnictwo w kinowych wydarzeniach) ma szansę nie tylko przetrwać, ale też rozkwitać w nowych odsłonach i formach, gdy mali widzowie festiwalu dorosną i sami będą kształtować kulturę, a nie wątpię, że jej nie porzucą.
Niektóre tytuły wymieniane w programie 5. Festiwalu Filmowego Kino Dzieci można było zobaczyć tylko raz, wyłącznie w Warszawie, natomiast nie było żadnego pokazu, który nie odbyłby się w stolicy, ale gościł w jednym z pozostałych 20 kin w 20 festiwalowych miastach. Dlatego wydarzenia edycji warszawskiej Kina Dzieci można uznać za centralne i dobrze pokazujące, czym jest ten festiwal filmowy.
Warszawskie Kino Muranów od początku istnienia festiwalu jest jego główną siedzibą, stąd właśnie tutaj co roku ma miejsce uroczyste otwarcie i zamknięcie Kina Dzieci. To ostatnie wydarzenie połączone jest z ogłoszeniem laureatów nagrody Kwiat Paproci, na ostatnim festiwalu przyznawanej osobno przez 5 gremiów: publiczność, dziennikarzy (Barbara Piotrowska, Jakub Popielecki, Dorota Wyżyńska, Agata Żelazowska), European Children's Film Association (Marta Grzesiuk, Axelle Munich, Jens Lanestrand), Sieć Kin Studyjnych i Lokalnych oraz jury Filmowych Odkryć (Justyna Sobczyk, Łukasz Kacprowicz, Patrycja Wanat). Tegorocznym filmem otwarcia był obraz "Mirai" (reż. Mamoru Hosoda, Japonia 2017), natomiast na zakończenie Muranów zagrał indyjskie, krótkometrażowe filmy animowane: "Przyjaciela" (reż. Narayan Shi, Indie 2004) oraz "Katputli" (reż. Charmi Chedda, Indie 1998), a Wacław Zimpel – pasujący do nich minikoncert. Start i finisz Kina Dzieci wypadły egzotycznie i kolorowo. Inne unikatowe wydarzenie, w którym wzięliśmy udział, odbyło się w Kinie Praha i zasługuje na szerszą wzmiankę.
Poza sekcjami – korzenie kina
W drugim dniu Kina Dzieci wzięliśmy udział w jedynym festiwalowym pokazie widowiska odwołującego się do początków kina – w spektaklu "Ja i pchła" wykonywanym przez holenderski teatr cieni Lichtbende, z muzyką na żywo. Przygoda z latarnią magiczną i równie czarującymi dźwiękami trwała godzinę, a zaproszono na nią widzów w wieku od czterech lat. Historia opowiedziana światłami, cieniami i odgłosami pochodzącymi z różnych tajemniczych instrumentów czy przyrządów okazała się równocześnie prosta i zaskakująca. Oto bezpański pies żeruje w śmietniku, drąc koty z podwórkowym Mruczkiem, w oknie pobliskiej kamienicy pojawia się dorosły człowiek, próbując uciszyć Burka, później na zewnątrz wygląda troskliwa dziewczynka. Pies i dziecko zaprzyjaźniają się, dalej opowieść toczy się w rytm kół roweru, którym tata wozi córkę, dochodzi do gonitw, pchlich pogryzień, wygnania, zagubienia i przyjacielskiego ocalenia. Pchły, sprawczynie większości zamieszania, królują w fabule aż do ostatniego ujęcia, a zakończenie jest szczęśliwe po trosze dla każdej ze stron konfliktu. Taka historyjka z powodzeniem mogłaby stać się osnową dobrego filmu animowanego, my otrzymaliśmy coś więcej: tworzone na żywo obrazy przenikające z małego ekranu na większy i wreszcie na ściany oraz sufit, przechodzące z jednej dziedziny sztuki w drugą, multidyscyplinarne, naukowo rzecz ujmując. A po spektaklu mali badacze mogli zobaczyć z bliska warsztat aktorów, lalkarzy, oświetleniowców i instrumentalistów z Holandii, zadać mnóstwo szczegółowych pytań. Potem pozostało już tylko wspominać to nadzwyczajne wydarzenie, formatem dorównujące wielkim festiwalom "dorosłej" kultury, jak poznańska Malta (podczas spektaklu chwilami miałam wrażenie, że przeniosłam się właśnie na ten festiwal). Na pewno nie zapomnimy "Mnie i pchły", zwłaszcza że przypuszczalnie już nigdy nie będziemy mieli okazji uczestniczyć w takim pokazie.
Festiwalowe sekcje i co z nich wyłowiliśmy
Tytuły wyświetlane w ramach 5. Festiwalu Filmowego Kino Dzieci podzielone zostały na 7 sekcji: Konkurs główny (8 filmów), Konkurs filmowych odkryć (7 filmów), Kino dzieci z nosem w książkach (14 tytułów, w tym 7 zestawów filmów krótkich), Namaste – kino Indii (7 tytułów, w tym 1 zestaw filmów krótkich), Krótkie historie (5 bloków filmów krótkometrażowych), Panorama (16 tytułów, w tym 5 zestawów filmów krótkich), Mam 5 lat – urodziny Kina Dzieci (10 filmów). Udało nam się zobaczyć przynajmniej jedną pozycję z każdej sekcji, a kilka filmów znaliśmy z wcześniejszych festiwali. W znakomitej większości są to tytuły warte gorącego polecenia, esencja najnowszego i nieco starszego (jak "Dzieci z Bullerbyn", "Wiedźmy" czy "Pippi Pończoszanka") kina młodego widza. Poniżej wskażę kilka typów swoich i mojego syna, który teraz ma 12 lat, ale na festiwalu bywa co roku, od pierwszej edycji – miał wówczas 8 lat i świetnie pamięta, które filmy z jubileuszowej sekcji "Mam 5 lat" i zbliżonego do niej bloku "Kino Dzieci z nosem w książkach" podobały mu się najbardziej.

Wygrani Konkursu Głównego – według jurorów i według nas
Dwie nagrody festiwalu Kino Dzieci (przyznane w plebiscycie publiczności i przez Sieć Kin Studyjnych i Lokalnych) powędrowały do twórców filmu "Biuro detektywistyczne Lassego i Mai. Pierwsza tajemnica" (reż. Josephine Bornebusch, Szwecja 2018). Nawet podczas uroczystości zamknięcia festiwalu powiedziano, że nikogo taki werdykt nie dziwi, i rzeczywiście, kolejne szwedzkie produkcje o parze dziecięcych detektywów co roku biją rekordy popularności, choć według mnie wcale nie są to filmy najlepsze na poszczególnych edycjach Kina Dzieci. Spełniają za to oczekiwania młodych widzów w wieku około 6-9 lat, zaczytujących się serią książek Martina Widmarka. Zarówno lektura, jak i filmy odpowiadają percepcji oraz potrzebom dzieci zaczynających przygodę z czytaniem i kinem. Niektóre z tych dzieci są szczerymi fanami, a inne jedynie dołączają się do mody na "Biuro detektywistyczne Lassego i Mai". Są to proste historie książkowe i filmowe, służące wyłącznie rozrywce, niekoniecznie prowadzące dziecko na kolejny level czytelniczy i kinowy, więc mocno kontrastujące z innymi tytułami startującymi w obu festiwalowych konkursach. Przeważnie o statuetkę Kwiatu Paproci walczą obrazy zaangażowane, problemowe, ewentualnie reprezentujące najlepsze techniki współczesnej animacji, zawsze rozpalające miłość do sztuki kina, skłaniające widza do poszukiwań własnej niszy kultury filmowej. "Lasse i Maja" według mnie odstają od tego profilu festiwalowych konkursów (głównego i filmowych odkryć), niemal wszyscy młodzi ludzie idący na ten film dokładnie wiedzą, czego się spodziewać, a po seansie nie odniosą wrażenia, że zdobyli jakiś nowy, nieznany teren (kulturowy czy literacki) ani nie będą się za takim rozglądać. Nadal pozostaną w świecie Lassego i Mai, choć oczywiście będą zadowoleni, jak pokazał wynik plebiscytu publiczności. Satysfakcja widzów była tym większa, że na festiwalu gościli młodzi aktorzy grający tytułowe role.

Kwiat Paproci otrzymały także filmy: "Supa Modo" (reż. Likarion Wainaina, Kenia, Niemcy 2018; werdykt Jury dziennikarzy), wyróżniony również przez Sieć Kin Studyjnych i Lokalnych; "Liyana" (reż. Aaron Kopp, Amanda Kopp, Katar, Stany Zjednoczone, Suazi 2017; werdykt Jury Filmowych odkryć) oraz "Łowcy czarownic" (reż. Raško Miljković, Serbia, Macedonia 2018; werdykt Jury ECFA). Reżysera tego ostatniego filmu oraz głównych dziecięcych aktorów mieliśmy okazję poznać po seansie w Kinie Muranów. Obraz spotkał się z bardzo pozytywnym odbiorem widzów, w tym nas, było też dużo pytań do twórców. Tematem "Łowców czarownic" jest pokonywanie własnych uprzedzeń i ograniczeń, porzucanie wygodnej pozycji "idę na łatwiznę", "nie, bo nie", "jestem biedny i cały świat jest przeciwko mnie". Bohaterowie w wyobraźni latają, zabijają czarownice, a w rzeczywistości podejmują bardziej przyziemne walki, korzystając ze wsparcia przyjaciół i rodziny. Organizatorzy festiwalu rekomendowali film dla widzów powyżej dziewięciu lat, my sądzimy, że może się spodobać również siedmio- i ośmiolatkom, choć zagadnienia poruszane przez twórców, zwłaszcza niepełnosprawność i rozwód rodziców nastolatka, są poważne i trudne.

Dwoma wyróżnieniami (Jury dziennikarzy oraz Jury Sieci Kin Studyjnych i Lokalnych) oraz trzecim (ogłoszonym tylko ustnie, podczas ceremonii rozdania nagród) miejscem w plebiscycie publiczności mogą cieszyć się twórcy filmu "Jestem William" (reż. Jonas Elmer, Dania 2018), naszego absolutnego faworyta w Konkursie głównym. Jest to obraz rekomendowany dla starszych dzieci (9+), genialnie pomyślany, rozpisany na sceny, dialogi i kostiumy oraz świetnie zagrany. Uwierzyliśmy każdemu aktorowi, każdej chwili tego filmu. Historia chłopca, rówieśnika widzów, którego tata zmarł, a mama trafiła na stałe do szpitala psychiatrycznego, stąd zamieszkał z podejrzanym wujkiem, mającym problem z hazardem i chyba nie całkiem legalnymi interesami, brzmi dramatycznie, ale została przedstawiona w taki sposób, że na seansie "Jestem William" śmialiśmy się częściej niż na jakimkolwiek innym pokazie festiwalowym. Większość rodziców czy nauczycieli oglądając będzie się pewnie zastanawiać, kiedy wreszcie jakaś opieka społeczna zabierze to biedne, niewyspane, niedożywione i źle ubrane dziecko od nieodpowiedzialnego wujka, jednak to nie spojrzenie dorosłych jest tu najważniejsze. Duńczycy mają na tyle rozwinięte kino młodego widza, że nie muszą tworzyć tylko filmów familijnych, które spodobają się wszystkim, ale mogą sobie pozwolić na filmy o dzieciach i dla dzieci, nawet jeśli dydaktyzm tych produkcji nie będzie tak intensywny i dosłowny, jak życzyliby sobie dorośli prowadzący swoich podopiecznych do kina. Konkursowy "Jestem William" dla nas wygrał 5. festiwal Kino Dzieci, był najciekawszy, najlepiej dopracowany, najzabawniejszy i najpoważniejszy zarazem, najodważniejszy (nie pamiętam, czy kiedykolwiek wcześniej spotkaliśmy się w kinie dziecięcym z problemem choroby psychicznej rodzica), pełen dobrej mocy, optymizmu, wiary w człowieka i w rodzinę.
Ponadto obejrzeliśmy dwa filmy biorące udział w Konkursie Głównym: "Pettson i Findus – Najlepsza Gwiazdka" (reż. Ali Samadi Ahadi, Niemcy 2016) oraz wspominany już film otwarcia "Mirai" (reż. Mamoru Hosoda, Japonia 2017). Naszym zdaniem oba obrazy miały zbyt niską kategorię wiekową ("Pettson i Findus" 4+, "Mirai" 6+), bardzo ciekawą animację i były adresowane do widza w konkretnym wieku oraz o określonych zainteresowaniach, a także preferencjach plastycznych i estetycznych. 

Film "Pettson i Findus – Najlepsza Gwiazdka" trwa 82 minuty i wydał się nam za długi dla czterolatków, które pewnie znały bohaterów z cyklu książek Svena Nordqvista, ale na sali trudno było im wysiedzieć prawie półtorej godziny. Fabuła filmu tylko nieznacznie odbiegała od treści opowiadania "Goście na Boże Narodzenie" (tekstu i ilustracji), atmosfera była bardzo podobna i fani najwyraźniej to docenili, bo na naszym seansie widownia była pełna, a "Pettson i Findus" zajęli drugie miejsce w plebiscycie publiczności. Oprócz ogólnie umiejętnego przeniesienia uwielbianych, zwariowanych książek obrazkowych na ekran, twórcy tego filmu zaimponowali nam kinową techniką, bo obok zabawnie ucharakteryzowanych aktorów występują tu postaci animowane, a łączenie dwóch płaszczyzn przebiega płynnie, niemal niezauważalnie.

Film animowany "Mirai" jest jeszcze dłuższy, bo trwa aż 100 minut, i między innymi z tego względu polecamy go dzieciom co najmniej ośmioletnim. Dodatkowo znajdujące się na sali pięcio-, sześcio- czy siedmiolatki (a nawet starsze dzieci, oczywiście na oko, bo o wiek nie pytałam) bardzo często pytały na głos, o co chodzi, mówiły (lub krzyczały płacząc): "boję się!", najwyraźniej nie rozumiejąc lub nie akceptując stylistyki filmu. Mamoru Hosoda po raz kolejny zrealizował pełnometrażowe anime, które zachwyciło mojego syna, i to bardziej niż niegdyś przez niego obejrzane "Wilcze dzieci" (a wtedy był to hit). Może wyssał miłość do Tsubasy i jego "krewnych" z mlekiem matki? Dla mnie kino z tego gatunku jest znakomitym wehikułem czasu, bo w dzieciństwie wgapiałam się godzinami w emitowane przez telewizję kreskówki japońskie, a współczesne są znacznie lepsze i mają szansę na status kultowych. Organizatorzy Kina Dzieci sprowadzili na festiwal taką właśnie perełkę – świeżutką, jeszcze ciepłą i rozgrzewającą serca produkcję, w której malutkie dzieci bywają dorosłe, a rodzice i starsi (czasem nieżyjący) przodkowie stają się równolatkami swoich potomków. Bohater filmu ma zaledwie 4 lata, przeżywa duży kryzys w związku z narodzinami siostry o imieniu Mirai (jap. 'przyszłość'). Symboliczne i dosłowne podróże w czasie są tu jednym z najistotniejszych wątków, a także motywem dobrze znanym (z kina, literatury i komiksu) mojemu dziecku, które nie tak łatwo oczarować podobnymi zabiegami ‫– w tym wypadku się udało. Jest to film piękny, ale nie dla każdego, bo nie wszyscy docenią długie ujęcia, japońską symbolikę, poetyckie obrazy, dojrzałe rozterki i wypowiedzi skomponowane z animacją, owszem, atrakcyjną, ale niepozbawioną "strasznych" obrazów (są i sceny niczym z horroru).
Projekcje filmów konkursowych poprzedzone były pozdrowieniami dla widzów Kina Dzieci, nagranymi przez reżyserów. To bardzo sympatyczny akcent, uświadamiający dzieciom, że biorą udział w czymś niepowtarzalnym, są wyjątkowe, a za każdym filmem stoją "żywi ludzie", dla których opinia widzów festiwalu, kontakt z nimi (choćby symboliczny), ma znaczenie. Ktoś postarał się specjalnie dla nas i bardzo za to dziękujemy.

Pozostałe sekcje festiwalowe zostaną opisane w drugiej części sprawozdania. Bardziej szczegółowe omówienia the best of the best filmów obejrzanych przez nas podczas 5. Festiwalu Filmowego Kino Dzieci znajdą się w pofestiwalowym cyklu recenzji na naszym blogu.
Bożena Itoya

5. Festiwal Filmowy Kino Dzieci, 22-30.09.2018, Warszawa: Kino Muranów, Kino Praha.

Pudle i frytki


Trzy psy - Ulisa, Ludek i Katka - wiodą szczęśliwe życie. Mają dom, basen, ziemniaki, cukierki i bystrego szczeniaczka. Jednak gdy ich idylliczną wyspę zaczynają nawiedzać nieszczęścia, wsiadają do pontonu wyruszają w poszukiwaniu lepszego życia.

Pija Lindenbaum ma talent do pisania na tematy trudne i drażliwe w zrozumiały, choć niebezpośredni sposób. W "Igorze i lalkach" czytamy o podważaniu stereotypów płciowych, mimo że główny bohater ani razu nie styka się z nimi bezpośrednio, a o jego obawach możemy wnioskować tylko na podstawie jego zachowania. W "Zlatanka i ukochany wujek" czytelnik szybko orientuje się, jakiego rodzaju więź łączy wujka i jego przyjaciela. Znaczenie niosą gesty i emocje, brak tu łopatologicznych tłumaczeń czy moralizatorskich przemów.

To samo można powiedzieć o "Pudlach i frytkach", najnowszej publikacji wydawnictwa "Zakamarki", wyjątkowo aktualnej i poruszającej, choć napisanej, jak to u Lindenbaum, prostym, dziecięcym językiem. Wszystkie wydarzenia widzimy zresztą tak, jakbyśmy weszli w umysł dziecka: na obraz sytuacji składają się pojedyncze, oderwane od siebie zdarzenia i fakty, czytelnik pozbawiony jest szerszej perspektywy. Gorąco, kamień w basenie, deska, która nie nadaje się do załatania dziury w domku, w końcu wielki kamień w basenie i poczucie bezpośredniego zagrożenia. Psy - podobnie jak dzieci - próbują odnaleźć się w zmieniających się warunkach, grając w piłkę pustymi puszkami po konserwach, jednak ostatecznie muszą spakować się i uciekać. Mały czytelnik, nieświadomy kontekstu, odczyta tę historię jak przygodę: będzie przeżywać zmagania bohaterów z morzem, jednak nauczony doświadczeniem z innych książek dziecięcych może w spokoju oczekiwać szczęśliwego zakończenia. I dostaje je: szczeniaczka, który wypadł za burtę podczas burzy, fala - niczym w komiksie - wrzuca z powrotem do pontonu, a cała trójka, mimo przeróżnych perypetii, dociera w końcu na stały ląd. I choć szczeniaczek wygląda jak martwy, to przecież ożyje, oczywiście, że ożyje - taka jest w końcu logika książek dla dzieci. I tylko czytający tę historię dorosły myśli w tym momencie o wszystkich możliwych wersjach tej historii.

Kiedy psia ferajna dociera wreszcie w bezpieczne miejsce, napotyka kolejną przeszkodę. W nowym kraju niczego wprawdzie nie brakuje, ale strzegą go zazdrośnie wrogie pudle, które nie chcą się dzielić swoim dobrobytem. Jednak u Lindenbaum, inaczej niż w wielu innych książkach poruszających temat uchodźców i migracji, nie znajdziemy patetycznych wzruszeń. Psy uciekinierzy nie są bezbronnymi ofiarami w starciu z bezdusznymi mieszkańcami lepszego świata. Kiedy na obiad dostają jednego mizernego ziemniaka, nie wahają się wyzwać pudli od skąpców, a rozgniewana Katia wybucha: "Nie trzeba było wyjeżdżać!". Te szczere emocje sprawiają, że odbieramy ich jako postacie z krwi i kości, a ich ucieczka pozostaje tym, czym była: ratowaniem skóry, a nie heroiczną drogą ku lepszemu światu.

Mimo wszystko jest to książka dla dzieci, więc nie zabraknie szczęśliwego zakończenia. I tu autorka unika pułapki przedstawienia przyjaznych pudli jako łaskawych wybawców. Ostatecznie Ulisa, Ludek i Katka nie wchodzą do nowego kraju z pustymi rękami, choć ich walizka zatonęła w oceanie. Przywożą własną kulturę: pasy - które wrogie pudle wyśmiewają, a przyjazne oglądają z zainteresowaniem i przymierzają - i wiedzę o tym, jak wykopać basen. Przybycie psów ubogaca społeczność pudli. Młody czytelnik pozostaje z przekonaniem, że o ile Ulisie, Ludkowi i Katce wcale nie będzie lepiej niż niegdyś w ich własnym kraju, to pudle z pewnością na tym zyskają. I tylko słodyczy brakuje...

Każda nowa książka Pii Lindenbaum to dla nas pozycja obowiązkowa. Autorka traktuje młodych czytelników poważnie, poruszając tematy nieczęsto opisywane w książkach dla dzieci, bo też mało kto potrafi podchodzić do tych trudnych, niejednoznacznych zagadnień z takim wyczuciem. Niech nie zwiodą was dziecinny język i niewielka ilość tekstu. W połączeniu z charakterystycznymi ilustracjami niesie on potężny przekaz, bez moralizowania, górnolotnych słów czy uciekania się do utartych schematów. Pija Lindenbaum zawsze znajduje swoją własną drogę przez najbardziej zdradliwe zagadnienia, budując wrażliwość dzieci i przygotowując je na moment, kiedy zetkną się z podobnymi sytuacjami w prawdziwym świecie.

Joanna Pietrulewicz

Pija Lindenbaum, Pudle i frytki, przełożyła ze szwedzkiego Katarzyna Skalska, Wydawnictwo Zakamarki, Poznań 2017