cudanakiju.pl

cudanakiju.pl

niedziela, 14 kwietnia 2019

Ale auta! Odjazdowe historie samochodowe





Artystyczną historię motoryzacji wybraliśmy ze względu na walory estetyczne, a mianowicie ilustracje Macieja Szymanowicza. Wydawnictwo Egmont w serii Art proponuje jednak nie tylko oryginalne obrazy, ich uzupełnieniem są przeważnie rzeczowe przewodniki lub inne tekstowe formy popularyzacji wiedzy z rozmaitych dziedzin. Publikacja "Ale auta!" jest nawet w większym stopniu książką popularnonaukową dla najmłodszych niż albumem motoryzacyjnym. Jednak na to nietypowe ujęcie tematu "aut", tak absorbującego umysły kilkuletnich dzieci, rodzice i sami zainteresowani zwrócą uwagę zapewne dzięki ilustracjom. Jak na okładce, tak i w środku zastajemy dużo soczystych i brązowawych żółci zestawianych z różnymi odcieniami błękitu, kształtów wydłużonych oraz owali, opływowości i powiewu prędkości.
Jest to książka adresowana do przedszkolaków (nawet bystrych trzylatków!) i najmłodszych uczniów, na co wskazuje styl narracji oaz ograniczenie do minimum szczegółowych danych technicznych czy specjalistycznego słownictwa. Chyba po raz pierwszy przeczytałam "od deski do deski" publikację o historii motoryzacji, co może służyć za reklamę "Ale aut!", bo temat ten był mi dotąd obcy, zupełnie mnie nie interesował. Może dlatego, że nigdy wcześniej nie zetknęłam się z opowieścią o dziejach samochodu podaną w tonie tak lekkim i spójnym zarazem, że czyta się ją jak beletrystykę. Taka forma jest atrakcyjna dla małych czytelników, nie tylko chłopców, ponieważ plastyczność książki i uwzględnienie w niej przygody Berthy Benz powoduje "oswojenie" samochodów także dla dziewcząt.

Świtało, gdy Bertha Benz wypchnęła z szopy trójkołowy pojazd. Pomagały jej w tym dzieci: 15-letni Eugen (to imię czytamy "ojgen") oraz o kilka lat młodszy Richard. Kiedy wszyscy wraz z patentwagenem znaleźli się na ulicy w pewnej odległości od domu, Richard szarpnął za duże koło zamachowe, uruchamiając silnik. Wszyscy troje usiedli na drewnianej ławeczce pojazdu. Powoli ruszyli w pierwszą w historii samochodową, czyli automobilową podróż. Liczyła ona prawie 100 kilometrów!
(...) Dla wielu ludzi był to niesamowity widok! Drogą jechał trójkołowy powóz bez koni, w którym siedziała kobieta i dwóch chłopców. W tamtych czasach prawie nie spotykano automobili, a jeśli już jakiś pojawił się na drodze, to prowadził go wyłącznie mężczyzna. Ludzie zatrzymywali się, słysząc z daleka pyrkotanie silnika. Kiedy zza wzgórza wyjeżdżał przedziwny pojazd z trojgiem pasażerów, rozdziawiali buzie ze zdziwienia.
(...) Za trójkołowcem jechały wozy konne i cykliści. Wszyscy byli ogromnie ciekawi, co to za pani przyjechała do ich miasta, prowadząc tak dziwaczny pojazd.
Pojawili się dziennikarze, którzy z najdrobniejszymi szczegółami chcieli opisać podróż Berthy i jej synów. Zanim jednak udzieliła wywiadów, pani Benz poszła na pocztę. Stamtąd wysłała telegram do męże: "Szczęśliwie dojechaliśmy do Pforzheim – Bertha, Eugen i Richard".
Gazety jeszcze przez długie miesiące pisały o wyczynie pani Benz. To dzięki niej trójkołowy automobil wyprodukowany przez Karla Benza stał się sławny na całym świecie. Konstruktor otrzymał wiele propozycji kupna swojego wynalazku. Nareszcie mógł uruchomić produkcję.

Michał Leśniewski nie przeskakuje w każdym rozdziale (czy artykule) do kolejnego przełomu w historii motoryzacji. Często zwalnia bieg, snuje opowieść w tempie spacerowym, charakterystycznym dla pierwszych automobili i pisarzy dziecięcych. Dzięki temu czytelnicy nie mają wrażenia obcowania z encyklopedią, zdąża się przyzwyczaić do bohaterów, polubić ich, co skłania też do kibicowania w większych i mniejszych wyścigach motoryzacyjnych. Kto pierwszy pozyska dużą firmę jako producenta auta według jego patentu? Kto odważy się jechać najszybciej, a komu przypadnie laur za wytrwałość – pojazdu lub kierowcy, który był zarazem mechanikiem? Jakie firmy zdołają prześcignąć konkurencję w tworzeniu samochodów powszechnie dostępnych, lubianych lub najdłużej produkowanych? Dyscyplin współzawodnictwa jest tutaj co niemiara.
"Odjazdowe historie samochodowe" zawierają wiele akcentów polskich. Dzieci na pewno zapamiętają jeśli nie datę, to przynajmniej okoliczności, w których narodziła się motoryzacja na ziemiach polskich. Książka utrwala też informacje, w jaki sposób powstały, czym się charakteryzowały i jak bywały nazywane oraz wykorzystywane Syrenka, Warszawa, Fiat 125 (Duży Fiat) i Fiat 126p, czyli słynny Maluch.
Wplecenie wątków polskich w ogólne dzieje motoryzacji przyczyni się z pewnością do wzrostu zainteresowania dzieci dziewiętnasto- i dwudziestowieczną historią Polski, a także modelami samochodów jeszcze czterdzieści, trzydzieści lat temu najczęściej spotykanymi na polskich drogach. Trasa "Ale aut" kończy się na samochodach kontrastujących z pierwszymi wynalazkami, nowoczesnych, kosmicznych wręcz – i ze względu na prędkość, i materiały wykorzystane do ich budowy ("Hamulce najszybszych samochodów wyścigowych są wykonane z węglika krzemu"), na elektronicznym mózgu pojazdów osobowych oraz najszybszych (w roku 2017) bolidach świata: Bugatti Veyro Super Sport, Hennessey Venom GT i Koenigsegg One:1. Szkoda, że droga nie ciągnie się dalej, ku zamykającym pętlę historii użytkowym samochodom elektrycznym, coraz popularniejszym, może stanowiącym przyszłość zwykłych kierowców, a reprezentowanym też na początku książki.

Bożena Itoya

Michał Leśniewski, Ale auta! Odjazdowe historie samochodowe, ilustracje Maciej Szymanowicz, Wydawnictwo Egmont Polska (seria Egmont Art), Warszawa 2017.

środa, 3 kwietnia 2019

Bajki filozoficzne. Księga mądrości


Najnowsza odsłona "Bajek filozoficznych" Michela Piquemala została opatrzona podtytułem "Księga mądrości" i charakterem skarbczyka przysłów oraz sentencji z różnych stron świata. W przedmowie autor zdradza, że gromadził te filozoficzne wyimki przez całe życie, wskazując jako ich zastosowanie między innymi korespondencję z przyjaciółmi czy z sympatią. Do takiej formy wymiany złotych myśli mam duży dystans, wszak współcześnie pisze się głównie maile, w których dziwnie byłoby czytać na przykład, że "Smutek to tylko mur pomiędzy dwoma ogrodami" (Khalil Gibran, poeta i pisarz libański, 1883-1931) albo "Krew zmywa się nie krwią, lecz wodą" (przysłowie tureckie). Również w bezpośredniej konwersacji "na żywo" sypanie wzniosłymi powiedzonkami prawie na pewno zabrzmi sztucznie i pretensjonalnie.

Na wszystkie wspólne posiłki
zapraszamy wolność do stołu.
Miejsce pozostaje puste,
ale nakrycie jest przygotowane.
René Char, poeta francuski, 1907-1988

Zbiorek opracowany przez Michela Piquemala najlepiej czyta się samodzielnie i samemu dla siebie, a nie w celu przekazywania dalej światłości czy zabłyśnięcia w towarzystwie. Taka "egoistyczna" lektura sprawdzi się i w przypadku dziesięciolatka (wydawnictwo Muchomor i seria "Bajki filozoficzne" oferują książki dla dzieci, choć utwory te cytowane są też na przykład w "Przekroju"), i osoby kilkakrotnie starszej. Proces czytania przypomina tu lekturę antologii poezji: część utworów przejmie nas do głębi, na inne pozostaniemy całkiem obojętni. Wyobrażam sobie również wykorzystanie "Księgi mądrości" jako pewnego rodzaju ściągi – dla uczniów mających dowieść, że potrafią znaleźć komentarz do zadanego przez nauczyciela tematu lub dla twórców grafik, prezentacji czy memów, które współcześnie są najpowszechniejszą i najbardziej naturalną formą dzielenia się wszelkimi sentencjami.

Kocham tego, kto marzy o niemożliwym.
Johann Wolfgang Goethe, pisarz i poeta niemiecki, 1749- 1832

Omawiana publikacja jest łatwa w użytkowaniu, niczym każdy dobry leksykon – bez problemu znajdziemy tu interesującą nas dziedzinę przemyśleń, ponieważ zostały one bardzo szczegółowo posortowane na działy (jak: pieniądze, ideał, braterstwo, humor, bogactwo, muzyka, nauka), a dodatkowo uporządkowane w indeksie pojęć. Żadna złota myśl nie pozostaje anonimowa, Michel Piquemal określił pochodzenie każdej wypowiedzi na tyle szczegółowo, na ile to możliwe, załączając też alfabetyczny spis autorów. Dany blok tematyczny liczy od jednego ("Nuda") do ośmiu ("Mądrość") cytatów w metaforyczny, poważny lub humorystyczny sposób traktujących wartości, uczucia czy idee.
Oprawą graficzną całej serii zajmuje się Agnieszka Malmon. Ilustracje są niewątpliwie wartością dodaną polskiej edycji "Bajek filozoficznych". Podsuwają nieoczywiste interpretacje tekstu, umożliwiają dziecięcemu czytelnikowi obcowanie ze stylistykami, z którymi na pewno nie styka się na co dzień. Nie wyobrażamy sobie filozofii Piquemala bez obrazów Malmon. Jedne i drugie wydają się proste niczym wypowiedzi dziecka – słowne oraz plastyczne, ale są mądre i podstawowe jak dzieciństwo, moim zdaniem najlepszy z wynalazków ludzkości.

Ludzie mówią, że czas mija.
Czas mówi, że ludzie mijają.
Przysłowie hinduskie

Jeśli ktoś zdecyduje się na przeczytanie "Księgi mądrości" jednym tchem, a nie jej okazjonalne przeglądanie, może odkryć niespodziewane efekty. U mnie tak skondensowane i przyswojone wieczorem "Bajki filozoficzne" wywołały niesamowite sny, dzień pełen rozmyślań i symbolicznego postrzegania rzeczywistości, a nawet chęć pisania poezji, co zdarza mi się może co 10 lat. Dobrze jest po tej książce pobyć trochę samemu i co nieco sobie poukładać.
Bożena Itoya

Michel Piquemal, Bajki filozoficzne. Księga mądrości, przełożyła Maria Braunstein, zilustrowała Agnieszka Malmon, Muchomor, Warszawa 2018.

Rodzina borsukow (Żubr Pompik – Wyprawy)


Czwarta część cyklu wydawniczego "Żubr Pompik. Wyprawy" (wyd. Media Rodzina) – "Rodzina borsuków" – zdobyła moje serce już pierwszymi trzema-czterema stronami. Tomasz Samojlik jest rysownikiem znanym dzieciom i ich rodzicom, ponadto uwielbianym przez obie grupy odbiorców, co wcale nie jest takie proste i oczywiste. Mając wyrobioną markę komiksowo-graficzną twórca ten spełnia się też jako pisarz, od lat prowadząc literacko-popularyzatorską serię o Żubrze Pompiku, której jest zarówno autorem, jak i ilustratorem. Chyba właśnie to "dziecko" Tomasza Samojlika darzę największą sympatią i sentymentem, bo na książkach o "Pompisiu" dorastał mój syn, a teraz ich kontynuacja – "Wyprawy" – okazuje się spełniać oczekiwania (estetyczne i przyrodnicze) również kolejnych małych członków rodziny. Przez ostatnich 10 lat na polskim rynku książki dla dzieci wydarzyło się bardzo dużo, ale twórczość Tomasza Samojlika pozostała atrakcyjna dla dzieci debiutujących w roli czytelników (lub słuchaczy). Do słuchania "Rodziny borsuków" i zabawy z książką nie trzeba będzie nikogo przekonywać, każdy maluch (i starszak!) chętnie poćwiczy wymowę i... nogi, naśladując dźwięki lasu.

TIK, TIK, TI, TI, TI, TA, TJA! – dochodziło z gniazdka na drzewie.
To śpiewa muchołówka mała – wyjaśnił łoś.
STUKU, STUKU, STUK, STUK, STUK – dobiegało gdzieś ze szczytu sosny.
A to z kolei dzięcioł czarny – stwierdził łoś.
TUP, TUP, TUP, TUP – usłyszeli nagle.
Pompik spojrzał na drzewa w poszukiwaniu tupiącego ptaka.
To nie jest odgłos ptaka – roześmiał się łoś. – To wy, żubry, tupiecie taki rytm. Aż cały się bujam!

Żubry wędrownicy w tej odsłonie podróży po polskich parkach narodowych docierają do Kampinosu. W pierwszej scenie spotykają bohatera herbu Kampinoskiego Parku Narodowego – łosia, co już jest zabiegiem skutecznie utrwalającym skojarzenia czytelnika z konkretnym obiektem przyrodniczym. Tego łosia zresztą nikt z nas prędko nie zapomni, bo jest to zwierz muzykalny, który lubi pobujać się na boczki w rytm stukotu żubrzych kopyt. Cóż za piękne wyzwanie dla rozbrykanych, otwartych na świat i uczestniczących w zajęciach rytmiki przedszkolaków! Pierwsi czytelnicy Tomasza Samojlika są już młodzieżą, a ten genialny twórca nadal potrafi znakomicie wyczuć nastroje najmłodszych, mimo że i tu zmieniło się się wiele. Dzisiejsze maluchy mają inną percepcję świata niż starsi o 10 lat koledzy czy rodzeństwo, co wynika między innymi z szerszego dostępu do multimediów i sprzętu elektronicznego, zwłaszcza ekranów dotykowych. A jednak pewna część dzieciństwa pozostaje niezmienna, uniwersalna, i właśnie ją wychwytuje autor "Żubra Pompika".

Ojej, rzeczywiście! Jesteśmy jak orkiestra! – wykrzyknął Pompik.
Uhu – odparła smętnie Polinka.
Szła za Pompikiem z ponurą miną, co chwila spoglądając na swoje racice.
Co się stało? – zmartwił się żuberek.
Jeszcze pytasz? – Polinka wybuchnęła płaczem. – Przecież ja nie tupię! Nic a nic! To straszne! Nie rozumiesz, że skoro wy wszyscy tupiecie, a ja nie, to do was nie pasuję? A jeśli już nie będziecie mnie chcieli takiej nietupiącej?
Coś ty, Polinko! – Pompik starał się ją pocieszyć. – Nie ma znaczenia, czy tupiesz, czy nie.
Polinka wciąż wsłuchiwała się w swoje kroczki, lekkie i delikatne. Choć próbowała iść jak najciężej, żadnego dudnienia nie udało się jej wywołać.

Małe żubry zachowują się jak małe dzieci – Polinka narzeka, że jest najmniejsza i nie potrafi tego, co starszy brat i rodzice, a Pompik wynajduje rozmaite sposoby na pocieszenie jej. Wśród propozycji pojawia się wejście na atrakcyjną górkę i podjęcie tam próby tupania. Tu zawiązuje się nowy wątek, wszak żubry w każdym tomie "Wypraw" spotykają na swoim szlaku więcej niż jeden gatunek zwierząt. Tym razem zaznajomią się z tytułową rodziną borsuków, opisaną i narysowaną zarówno z poczuciem humoru komiksiarza, jak i tkliwością oraz rzeczowością przyrodnika. "Rodzina borsuków" jest lekturą lekką, wesołą, rozbudzającą w dziecku nie tylko zainteresowanie naturą, ale też przyjaźń (a może nawet miłość) do niej. Jeśli mały czytelnik dotąd nie zastanawiał się nad tym, jak w lesie rozchodzą się światło i dźwięk, to po ilustracjach i słowach Tomasza Samojlika na pewno stanie się bacznym obserwatorem.

Bożena Itoya

Tomasz Samojlik, Żubr Pompik. Wyprawy, tom 4.: Rodzina borsuków, Wydawnictwo Media Rodzina, Poznań 2018.

Archie Greene i zaklęcie kruka


"Zaklęcie kruka" jest trzecim, bardzo przez nas wyczekiwanym tomem przygód młodego czarodzieja o imieniu Archie, jego rodziny i przyjaciół, wikłane przez ponadczasowych wrogów. Do tych ostatnich zaliczają się mroczne księgi i gatunki magii, a także rodzinne, pradawne tajemnice, w które chłopiec został uwikłany wbrew swojej woli i być może wbrew własnym chęciom, umiejętnościom oraz możliwościom. Właśnie potencjał Archiego, jego przeznaczenie i walkę o decydowanie o własnym losie zgłębiamy w toku tej opowieści.
Seria o nastoletnim obrońcy woluminów, ich strażniku i rozmówcy, spodoba się wszystkim młodym przyjaciołom książek. Żyjąc w świecie, w którym rówieśnicy licytują się, kto przeczytał w życiu najmniej książek (autentyczna sytuacja ze szkoły mojego syna), zapaleni czytelnicy potrzebują takich bohaterów jak Archie. Ich wsparcie jest wręcz niezbędne, wyczekiwane bardziej niż w czasach naszego dzieciństwa, gdy Bastian przenosił się do "Niekończącej się historii". W tłumie osób brzydzących się książkami (lub może bojących się ich?) łatwo samemu zniechęcić się do czytania, ale spotykając, nawet jeśli tylko na kartach powieści, kogoś żywiącego do lektur tak ciepłe uczucia, realizującego nasze sny o przenikaniu do świata przedstawionego literatury, pozostajemy przy tej książkofilii i wynikających z niej marzeniach. Dlatego każdy kolejny opiekun książek jest w naszym księgozbiorze mile widziany, choćby odgrywał własną wersję losów Harry'ego Pottera, jak niestety przytrafiło się w "Zaklęciu kruka".
Historia Archiego z każdym tomem coraz bardziej kalkuje przypadki Harry'ego, ale nie podejmę tu analizy porównawczej. Nie omówię też akcji omawianej publikacji, bo pisząc o wydarzeniach z "Zaklęcia kruka" bardzo łatwo zdradzić przebieg punktów zwrotnych "Sekretu czarodzieja" i "Klubu Alchemików", zresztą sam autor streszcza dwie poprzednie powieści i te fragmenty czytelnik znający całą serię może ze spokojnym sumieniem pominąć. Napięcie towarzyszące lekturze jest dużo mniejsze niż to, jakiego doświadczyliśmy dzięki pierwszemu i drugiemu tomowi, mimo że to właśnie w "Zaklęciu kruka" następuje rozwiązanie kilku zagadek (plus zawiązanie kolejnych sekretnych wątków). Niemniej D.D. Everest z pewnością traktuje swoich czytelników poważnie, nie zbywa ich byle wyjaśnieniem typu deus ex machina, jak to często bywało u J.K. Rowling. O solidnym, pozbawionym łatwych rozwiązań i infantylizacji podejściu do nastoletnich odbiorców świadczą również ilustracje Jamesa de la Rue, ocierające się o dawną sztukę grafiki książkowej, przypominające zaawansowane artystycznie prace tuszem czy drzeworyty. Z tych obrazów chciałoby się ułożyć odrębny album i postawić go na regale w części wydzielonej dla ulubionych komiksów i powieści graficznych. Baśniowe, cudowne, okrutnie fascynujące – takie są wszystkie ilustracje i niektóre fragmenty tekstu w książce "Archie Greene i zaklęcie kruka". I choć seria D.D. Everesta na jego stronie autorskiej określana jest jako trylogia, po zakończeniu ostatniego tomu można mieć nadzieję na kontynuację.

Bożena Itoya

D.D. Everest, Archie Greene i zaklęcie kruka, okładka i ilustracje James de la Rue, przełożyła Agnieszka Jacewicz, Dom Wydawniczy REBIS, Poznań 2018.

niedziela, 24 marca 2019

13 powodów


Tematem powieści Jay'a Ashera jest życie po śmierci w dwóch nieoczywistych znaczeniach. Po pierwsze, autor opowiada o życiu młodych ludzi po samobójczej śmierci Hannah, ich koleżanki ze szkoły. Po drugie, nieżyjąca bohaterka jest postacią pierwszoplanową, stale się wypowiadającą na kartach książki. Te dwa zabiegi formalno-fabularne są największymi walorami amerykańskiego bestsellera. Pod względem wartości literackiej czy prowadzenia akcji nie jest to dzieło wybitne, a jednak sprzedało się znakomicie, zainteresowało całe rzesze młodzieży, i to niekoniecznie tej często sięgającej po książki. Nie można tu mówić o sekrecie powodzenia, bo przyczyna sukcesu "13 powodów" jest oczywista i tkwi w elektryzującej współczesne społeczeństwo tematyce bullyingu, gwałtu, depresji i samobójstwa. Przecież same te słowa aż krzyczą, wywołują zainteresowanie i niepokój, jak chwytliwe tytuły prasy brukowej (w tym portali internetowych) czy reklamy. Takie właśnie działanie na młodego odbiorcę było zamierzeniem autora. Historia Hannah rozprzestrzenia się jak plotka – w książce jest co prawda tajemnicą dostępną z czasem i dla wybranych, ale czytelnicy podają sobie pikantne zajawki szerząc wieść o tejże publikacji. Na jej popularność wpływa też oczywiście ekranizacja, zainicjowana i dystrybuowana (w formie serialu) przez jedną z najpopularniejszych i najbardziej produktywnych filmowo stacji telewizyjnych. Kadry z tejże produkcji występują zresztą w omawianej edycji powieści – na okładce oraz w kilkunastostronicowej wkładce wewnątrz.
Chwytliwość "13 powodów" polega na bezpośredniości opisu, pozbawieniu go artystycznej otoczki, braku jakiegokolwiek poetyzmu. Bohaterowie są prości i zwyczajni. Niemal żaden nastolatek odgrywający jakąś rolę w tej opowieści nie posiada hobby, nie robi ze swoim życiem nic poza chodzeniem do szkoły i imprezowaniem lub innym typem wpasowywania się w układy towarzyskie. Taki wizerunek młodzieży jest wygodny z punktu widzenia autora i wydawcy, bo nie ryzykują oni, że wspominając o indywidualistach, pasjonatach, poruszą zjawiska peryferyjne i skarzą się na znudzenie czytelników. Płytkie, powierzchowne zachowania nastolatków są wspólnym mianownikiem literatury popularnej, paradokumentalnych programów telewizyjnych, prywatnych "filmików" krążących po internecie i codzienności wielu (przynajmniej amerykańskich i europejskich) społeczności. Szkoda tylko, że ta sfera dojrzewania, w rzeczywistości jedna z wielu, w książce jest dominującym aspektem życia Hannah i jej rówieśników.
Przy horyzontach ograniczonych do "czy mnie lubią?", "czy się ze mnie śmieją?", "czy uważają mnie za dziw..." nietrudno o przygnębienie, załamanie, a nawet samobójstwo. Nastolatki rozumieją ten sposób myślenia bardzo dobrze, ale dorosłemu trudno pojąć wymiar tragedii młodego człowieka skazanego na towarzyski niebyt. Ta książka jest o braku "fejmu" i warstwy ochronnej pozwalającej znieść... ten brak popularności. O przekonaniu, że tu i teraz to cały świat – skoro ja w tej chwili nie widzę wyjścia z trudnej sytuacji, to go nie ma (ale ja im wszystkim jeszcze pokażę!). Czytelnik pozornie nie może kibicować bohaterce, bo w czym, skoro Hannah nie żyje, więc nic już nie osiągnie? Jednak w osobliwy, nieco wypaczony sposób jej los trwa. Naszym zadaniem jest trzymać kciuki za powodzenie zemsty z zaświatów, tak przynajmniej wydaje się do ostatnich stron powieści. Natomiast w finale okazuje się, że role przypisane przez autora bohaterom i czytelnikom są nieco inne niż uważaliśmy. Clay, chłopiec, z którego perspektywy poznawaliśmy opowieść Hannah, wreszcie zyskuje moc sprawczą w tym dziwnym świecie przedstawionym. Zauważamy też, że nasza świadomość, wrażliwość i empatia uległy zmianie. Dlatego warto przeczytać tę powieść – jeśli jest się nastolatkiem, jego rodzicem lub wychowawcą.

Bożena Itoya

Jay Ascher, 13 powodów, przełożyła Aleksandra Górska, Dom Wydawniczy Rebis, wydanie III (dodruk), Poznań 2017.

wtorek, 19 marca 2019

Totalna masakra #1

Rozglądając się za nowościami wydawniczymi dla młodszej (i starszej) młodzieży warto poświęcić trochę czasu na poszukiwania, przyjrzeć się ofercie małych, niemal nieznanych edytorów, postawić na publikacje niewsparte wielkimi kampaniami reklamowymi (choć teraz te działania promocyjne określa się inaczej). Trudne to zadanie, bo zazwyczaj reagujemy na produkty popularne i gdzieś już widziane, z czymś się kojarzące. Czytający dzieciom rodzice i rodzice czytających dzieci mogą znać trio Pokembry dzięki albumom z cyklu "W koronie" (wydawnictwo Tadam), ale wspólna twórczość Bartosza Sztybora, Piotra Nowackiego i Łukasza Mazura jest bliska raczej bywalcom niezależnych (i niedziecięcych) imprez komiksowych. Pokembry to nie tylko autorski kolektyw, ale też wydawnictwo, które w lutym 2019 roku po raz pierwszy zaatakowało rynek kolorowym zeszytem adresowanym do (między innymi) młodego czytelnika. Pierwsza cześć serii "Totalna masakra" wyjaśnia genezę serii podtytułem: "Bo Gagata była głodna". Niektórzy dorośli słysząc oba te tytuły zapewne odniosą wrażenie, że nie nadążają za językiem, żartem, formą (sami twórcy twierdzą, że to "Komiks dla dzieci, młodzieży i dorosłych, który wychodzi poza ramy gatunku i nawet nie myśli, żeby tam wracać"). Czytając kolejne dymki i wpatrując się w kolorowe kadry można albo pokładać się ze śmiechu i kartkować komiks ciągle od początku, na okrągło (ja w ciągu tygodnia przeczytałam to dziełko 5 czy 6 razy), albo mruknąć "o co cho?" i cisnąć "Gagatę" w kąt, raz na zawsze.
Komiks "Totalna masakra" okazał się ładunkiem świetnej zabawy dla nastoletniego fana kolorowych zeszytów. Dodatkowo "Gagata" zrobiła na nas ogromne, pozytywne wrażenie dzięki graficznym zagrywkom autorów. Ta lektura była jak pierwszy kontakt z nowym typem animacji, powiedzmy z zeszłorocznym, oscarowym filmem "Spider-Man Uniwersum". Mimo lekkiej formy i żartobliwości konceptu twórcy traktują swoich czytelników poważnie, jest to publikacja przemyślana, dopracowana pod każdym względem należącym do sztuki komiksu, włączając szczyptę szaleństwa. Pozorny chaos jest wypadkową kolorów, konwencji gatunkowych i graficznych dobranych przez genialnych rysowników i scenarzystę. Zwarta i najeżona niespodziankami fabuła nie pozwala na jakiekolwiek, choćby najogólniejsze streszczenie, bo prowadziłoby ono do spoilerów i spalenia każdego kawału.
Do nas przemawiają wszelkie rozwiązania wtłoczone w "Totalną masakrę". To utwór, a nie jakiś plastycznie wtórny, fabularny urywek z "magazynu" dla dzieci, na przykład takiego ze świata popularnych skandynawskich klocków – podobne gazetki są zapewne najpoczytniejszymi komiksami w Polsce. Wracając do początku moich przemyśleń, lepiej trochę podrążyć i nie ograniczać się do oferty saloników prasowych, nie zniechęcać się poziomem dostępnych tam komiksów czy "książeczek". Polscy twórcy komiksów dla młodzieży dopiero się rozkręcają, a my czerpiemy wielką radość z obserwowania ich kolejnych pomysłów. "Totalna masakra" należy do tych najfajniejszych.


Bożena Itoya

Totalna Masakra. Bo Gagata była głodna, pomysł i scenariusz: Bysztor; ołówek i dizajn postaci: Jazczur; tusz, kolory, skład i magia: Łazur; okładka: Jaszczur i Mazur; Wydawnictwo Pokembry, luty 2019 / wydanie pierwsze.

środa, 6 marca 2019

Przyjaciel z szafy


"Przyjaciel z szafy" A.F. Harolda ma w sobie ducha anglojęzycznej klasyki literatury dla dzieci i młodzieży. Czytając tę powieść przypominaliśmy sobie i rozmawialiśmy o "Tajemniczym ogrodzie", "Pięciorgu dzieciach i czymś", "Królewnie i goblinie", "Opowieściach z Narnii", ale nasze skojarzenia wędrowały także ku nowszym docenianym na świecie książkom, choćby "Koralinie". Przypuszczam, że właśnie te utwory były inspiracją autora, angielskiego poety i performera (jak podaje na swojej stronie Wydawnictwo Literackie). Dołączenie do grona najpoczytniejszych anglojęzycznych pisarzy dziecięcych (zwłaszcza tych posługujących się motywami fantastyczno-symbolicznymi) zdaje się być jednym z nadrzędnych celów napisania "Przyjaciela z szafy", ponieważ książka jest podręcznikowym przykładem tekstu niby przeznaczonego dla dzieci, ale pogłębionego o znaczenia i konteksty czytelne tylko dla starszej młodzieży oraz dorosłych – badaczy i rodziców, właśnie im dedykowane. Ta książka służy bardziej "przerabianiu" dzieciństwa niż jego przeżywaniu.
Wiek czytelników został bardzo dokładnie określony na okładce "Przyjaciela z szafy" i jest to 10-12 lat. Rzeczywiście, młodsze dzieci mogą przestraszyć się sceny otwierającej opowieść (i przynajmniej kilku późniejszych), a starsze będą znudzone perypetiami niewidzialnego, wyobrażonego kompana zabaw. Trzynastolatki żyją już w innym świecie, nawet współczesnym dwunasto- i jedenastolatkom myślenie i zachowywanie się Amandy, jej sposoby na spędzanie wolnego czasu, mogą wydać się nierzeczywiste, odległe od codziennych spraw młodzieży, a nawet przytłaczające. Zadowolenie z tej lektury zależy od umiejętności i chęci wczucia się w jej atmosferę, dość mroczną i senną. Tak jak filmy i książki z naszego dzieciństwa nie zawsze bywają przyjmowane przez kolejne pokolenia z należytym (według nas) entuzjazmem, podobnie "Przyjaciel z szafy" może popaść w niełaskę dzieci, a zachwycić rodziców czy dziadków z nostalgią oglądających się na własne szczenięce lata.
Oto poznajemy Amandę, rówieśniczkę czytelników, która spędza dzieciństwo na fantazjowaniu, wychowywana tylko przez mamę, w swoim rodzicielstwie wyjątkowo elastyczną i tolerancyjną. Dziewczynka nie ma bliskich przyjaciół poza Rudgerem, z którym rozmawia nawet w szerszym, nic niewidzącym towarzystwie. Trudno się dziwić, że koledzy z klasy uważają ją za dziwną.

Siedzieli we troje przy kuchennym stole. W środku było ciepło, a tylne drzwi były otwarte. Choć padał ulewny deszcz, jeszcze nie zrobiło się zimno. Powietrze pachniało czysto, wyraźnie, niemalże elektryzująco. Burza przegnała parną popołudniową atmosferę, a choć ciężkie, ciemne chmury wciąż wisiały nisko nad horyzontem i co jakiś czas słychać było przetaczający się grzmot, deszcz był całkiem przyjemny, a wieczorne powietrze – świeże i orzeźwiające.

Dramatyczny początek książki każe nam wierzyć, że szybko pożegnamy się z główną bohaterką, bo niebawem zginie ona w wypadku. Autor zaplanował dla nas jednak szereg niespodzianek, wycieczki do innych rzeczywistości i spotkania z zagadkowymi postaciami dowodzące, że wyobraźnia Amandy jest częścią większego uniwersum, a nie zwyczajnym zmyślaniem powodowanym samotnością. Amanda i Rudger (zwłaszcza on) wezmą udział w wielu złowrogich przygodach, odbywających się pod dyktat wcale nie wymyślonego, choć legendarnego arcyłotra oraz w myśl zasad rządzących światem wyobraźni i zapomnienia. Prócz gęstego mroku jest w "Przyjacielu z szafy" także wiele światła płynącego z dzieci i z... biblioteki.

Jakiś czas później Rudger siedział przy kominku na środku biblioteki. Na początku trochę się tym zaniepokoił – w końcu ogień i książki to nie najlepsze połączenie, ale po chwili zauważył, że to taki ogień, który z powodzeniem mogłaby wyśnić Amanda. Był wymyślony. Bibliotece nie groził pożar. Książki nie mogły spłonąć. Mimo to wymyślonym przyjaciołom skupionym dokoła kominka było przyjemnie ciepło. Rudger spojrzał w wesoło tańczące płomienie.
To coś w sam raz na wieczór – odezwała się Emilka. – Tak się spędza czas, jak zapada zmrok. Pieczemy pianki na ogniu, opowiadamy historie o duchach.
Pianki też były wymyślone, ale przez to wcale nie mniej pyszne – lepkie i ciągnące, dokładnie takie jak trzeba. Biblioteka była przytulnym miejscem i dobrym domem – jej wyobraźnia zapewniała im wszystko, czego potrzebowali.
Tego jednego nie możemy robić, Rudge – wyjaśniła mu Emilka. – Nie możemy sobie sami nic wyobrażać. Od tego są prawdziwi ludzie. To oni mogą coś wymyślić, wyśnić, wymarzyć. Założę się, że twoja Amanda często tak robiła.
Jasne, każdego dnia.
Nasze zadanie polega na tym, że bierzemy w tym udział, cieszymy się tym. Możemy podpowiadać, sugerować albo nawet o coś poprosić, ale to czyjaś wyobraźnia wykonuje pracę. Pamiętaj o tym.

Przenikanie wyobrażonych przyjaciół do powszechnie znanej rzeczywistości i ich znikanie, wysysanie lub wymazywanie zostało dobrze opisane przez autora, ale najcelniej wyraziła je ilustratorka Emily Gravett. Wobec dominacji obrazków czarno-, czy raczej szaro-białych, żywsze barwy wydają się szczególnie intensywne, bajkowe, soczysto-owocowe. Co ciekawe, nie zawsze towarzyszą wesołym chwilom bohaterów, przeciwnie, często kolory pojawiają się właśnie w momentach najbardziej dramatycznych. To jeden z niewątpliwych smaczków "Przyjaciela z szafy", do których zaliczam także całą słodko-gorzką, wymieszaną z dymem czy mgłą i nieco odurzającą atmosferę książki oraz drobiazgi takie jak sandały pana Trznadla zakładane na białe skarpety czy wyklejki tożsame z wzorem jego koszuli, niejako zapowiadające, jak znacząca dla całej historii będzie ta postać. Wrażenie nieprzeciętności publikacji zostaje dopełnione przez jej wysoki poziom edytorski, jakość papieru oraz twardej oprawy, przypominającej jakiś elegancki materiał i wyposażonej w tytuł "z innego świata" – zapisany innymi literami, barwami, tworzywem niż te zastosowane w pozostałych elementach okładki.

Bożena Itoya

A.F. Harrold, Przyjaciel z szafy, ilustracje Emily Gravett, przełożyła Maria Jaszczurowska, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2018.