cudanakiju.pl

cudanakiju.pl

czwartek, 23 lutego 2017

"Wietrzyk" – dziecko Sibylle von Olfers


Jeśli czytaliście "Dzieci korzeni" Sibylle von Olfers i byliście oczarowani tą książką, to powinniście przyjrzeć się również "Wietrzykowi" tej samej autorki. W drugiej wydanej w Polsce (nakładem wydawnictwa Przygotowalnia) opowiastce nadal jesteśmy blisko natury, ale zmieniamy żywioł: przenosimy się od ziemi do powietrza. Moce przyrody znów są personifikowane, bo tytułowy bohater przybiera postać bladej, niemal przezroczystej blondynki w zwiewnej jasnoniebieskiej sukience. Wietrzna dziewczynka staje się towarzyszką zabaw dziecka, małego Janka, co odróżnia tę książkę od "Dzieci korzeni", ponieważ tam nie pojawiali się ludzie, a jedynie ożywione rośliny przypominające rozkoszne ludzkie dzieci. Również do "Wietrzyka" zawitają na chwilę owoce dzikiej róży, wyglądające niczym zgromadzenie Czerwonych Kapturków, oraz jesienne liście, które chyba były inspiracją dla fotograficzki Anne Gedes.
Urokliwa książeczka spodoba się miłośnikom starodawnych pocztówek, porcelanowych lalek i atmosfery zabaw naszych babć i prababć. Janek mógłby należeć do jednego z literackich rodzeństw – tego z "Piotrusia Pana", albo z "Lwa, czarownicy i starej szafy" czy "Pięciorga dzieci i czegoś". Jednak podobne harce na łonie natury nie są też obce współczesnym najmłodszym czytelnikom, przynajmniej ja, biegając po lesie jako dziecko, wyobrażałam sobie, że drzewa śmieją się do mnie i ze mną ścigają, a morze szepcze do mnie szumem fal. Dziecięca fantazja nie zna granic czasu, a to jest właśnie historyjka o wyobraźni towarzyszącej każdej samotnej zabawie. Dla małego odbiorcy nie jest istotne, że książka "Wietrzyk" powstała ponad 100 lat temu, w innych realiach kulturowych i językowych, ważne, że dziś, w świeżym i lekkim tłumaczeniu Elizy i Andrzeja Karmińskich, może zabrzmieć czytana przez rodziców i samodzielnie oglądana. A jest co kartkować, bo publikacja ma duże, utrzymane w spokojnej, jednolitej tonacji obrazki, ramki z motywów roślinnych (i... wietrznych) wokół tekstu, ciekawy, "poziomy" format, twardą, ale aksamitną oprawę z płóciennym grzbietem i na pewno różni się od innych pozycji z biblioteczki waszego dziecka – poza "Dziećmi korzeni", do których idealnie pasuje. Zróżnicowanie lektur dobrze wpływa na rozwój małego człowieka, warto więc poeksperymentować z tą klasyczną książeczką, nawet jeśli jej nowy właściciel przywykł raczej do nowoczesnych form i tematów. A jeżeli "Wietrzyk" porwie myśli i wyobraźnię dzieci, rodziców i dziadków z waszej rodziny, to pewnie ucieszycie się z przygotowywanych przez (nomen omen) Przygotowalnię polskich wydań trzech innych książek obrazkowych Sibylle von Olfers, zapowiadanych w posłowiu przez Martę Woszczak, redaktorkę krakowskiej oficyny.
Bożena Itoya

Sibylle von Olfers, Wietrzyk, z niemieckiego przełożyli Eliza i Andrzej Karmińscy, Przygotowalnia, Kraków 2016.

Elf wszechmogący

Książka Marcina Pałasza "Elf wszechmogący" uraduje wielbicieli humorystycznych powieści przygodowych, zagadek detektywistycznych i... psów. Jest to wesoła, lekka opowieść snuta na przemian przez psa (Elf, rasy mieszanej) i jednego z jego właścicieli (Duży, czyli autor we własnej osobie!). Książka stanowi trzecią część cyklu o młodym absolwencie schroniska i jego ludziach, a w nowej edycji, o którą zadbało Wydawnictwo Literatura, ilustracje przygotowała Katarzyna Kołodziej, łącząc rysunki z fotografiami prawdziwego Elfa.
Akcja "Elfa wszechmogącego" krąży między kilkoma nadmorskimi miejscowościami, w których Duży, Młody i ich psi przyjaciel spędzają wakacje. Gdziekolwiek się zatrzymują, trafiają na włamania, kradzieże i policjantów. Od pierwszego do ostatniego spacerku Elf służy nosem i pomocą, odkrywając poszlaki niewidoczne dla ludzi.

Policjant też podszedł.
Co tam znalazł? – spytał z zaciekawieniem. – Ach, kiepy!
Dzięki Bogu! – odetchnąłem, kątem oka widząc pracownika miejskich służb porządkowych, zbliżającego się chodnikiem z workiem, zmiotką i innymi akcesoriami. – Co innego mógłby zeżreć. A tak, zaraz będzie sprzątnięte...
Mundurowy chwilę przyglądał się niedopałkom i w zamyśleniu tarł dłonią podbródek (...).
Chwileczkę – policjant powstrzymał sprzątającego. – Niech pan tego nie rusza.
Po czym ruszył w stronę radiowozu, a gdy wrócił, starannie zebrał niedopałki dłonią w rękawiczce i umieścił je w specjalnym woreczku.

Książka obfituje w prześmieszne sceny znakomicie oddające psie zwyczaje i zapatrzenie człowieka-psiarza w ukochane zwierzę. Elf bawi się, myśli i gwarantuje wierność jak wiele innych Azorów czy Burków, ale jest też wyjątkowo mądry i można wręcz przypuszczać, że posiada zdolności terapeutyczne: spaja rodzinę, oswaja obcych ludzi, pociesza tych, którzy dotąd poddawali się beznadziejnemu smutkowi. Nadzwyczajna jest również troska i zrozumienie, jakimi ukochanego psa darzy Duży.

Chwilę przyswajałem tę nową wiedzę. To by się zgadzało! Wiele razy bywało tak, że ja prosiłem o spacer, chociaż nawet nie bardzo chciało mi się siusiu lub kupę, ale tak po prostu – żeby sobie pochodzić po trawnikach. I wtedy Duży, gdy tylko widział, że kręcę się przy drzwiach, wstawał od biurka i posłusznie szedł ze mną, choć niekiedy wyraźnie czułem, że nie ma na to chęci i wolałby skończyć to, co robi. Albo w nocy – ja spałem wygodnie rozłożony na połowie łóżka, a Duży leżał wciśnięty w oparcie naszej kanapy. Hmmm... wychodzi na to, że ten mój duży chyba naprawdę mnie kocha!

Autor wplata w wątki przygodowe wiele praktycznych informacji o opiece nad psem. Dowiadujemy się co nieco o suchych karmach dla czworonogów, o zachowaniach (i poczuciu czasu) psa, którego pozostawiamy "na chwilkę" przywiązanego do barierki czy innego przedmiotu, o problemach ze wspólnym wyjazdem wakacyjnym oraz częstotliwości i długości spacerów, jakich potrzebuje pupil. Na pewno więc warto polecić ten literacki "poradnik" dziecku, które marzy o psie.
Wrażliwość czytelnika i jego empatia na pewno zostaną przez lekturę porządnie wzmocnione, nawet jeśli dla dziecka nieposiadającego własnego psa najważniejszy będzie wymiar przygodowy książki.

Z kolei Duży bardzo mnie oburzył! Na brzegu morza leżała kapitalna, cudowna, aromatyczna zdechła mewa! Oczywiście chciałem się do niej dobrać, ale gdy tylko to spostrzegł, od razu popędził do mnie, zabrał mi mewę i wrzucił ją daleko do wody. Aż jęknąłem z radości, bo jeszcze nigdy nie bawił się ze mną jedzeniem! Popędziłem za nią, a Duży za mną. Później jednak zmienił zdanie, widocznie uznał, że szkoda takiej fajnej mewy dla mnie. Złapał ją przede mną, a na brzegu schował do szeleszczącej reklamówki. Pewnie wziął ją sobie na potem i będzie ją gryzł w nocy, gdy ja będę spał. A figę! Obiecałem sobie, że tej nocy spał nie będę... Ale oczywiście spałem jak kamień.

Awantury, jakie stają się udziałem Elfa, Dużego i Młodego czasem wywołują ataki śmiechu, kiedy indziej przyspieszone bicie serca, niekiedy też wzruszają. Takie książki pochłaniają nawet najmłodsi uczniowie, w tym ci niechętnie czytający – syn opowiadał mi o "Elfach" czytanych na przerwach i lekcjach (pod ławką!) przez kolegów wcześniej z żadną książką niewidywanych.
"Elf wszechmogący" napisany został prostym, ale ładnym i poprawnym językiem. Brak rozbudowanych opisów krajobrazu nie przeszkadza wyobraźni – szczegóły plażowania są tak realne, że czytając niemal słyszy się szum fal, czuje zapach wody morskiej, smak lodów i dotyk piasku pod stopami. Autor umiejętnie łowi nas w sieć utkaną z realistycznych i wiarygodnych elementów – prawdziwych miejsc, typowych sytuacji i reakcji, postaci istniejących w rzeczywistości – tak, że sami nie wiemy, gdzie zaczyna się literacka fikcja. Dziecko wierząc, że wszystko, o czym czyta, naprawdę przytrafiło się autorowi, bardziej angażuje się w akcję, a zwłaszcza mocniej przeżywa jej dramatyczne zwroty. Trzeba bowiem przyznać, że niektóre wydarzenia dorównują scenariuszom najlepszych filmów sensacyjnych.

Wtedy znienacka poczułem, że dotykam kogoś żywego, oddychającego tuż obok. Ten ktoś w dodatku złapał mnie w ciemnościach i objął mocno, dłonią zatykając mi usta. W absolutnej panice szarpnąłem się, ale w tym samym momencie w ucho wionął mi szept...

Trudno ocenić, jak dużo prawdy jest w tej opowieści, ale na pewno wiele, bo podczas nadmorskich wakacji Duży nawet pisze swoją pierwszą książkę o ukochanym psie. Znamy oczywiście jej tytuł, to "Sposób na Elfa", zdobywczyni Ogólnopolskiej Nagrody Literackiej im. Kornela Makuszyńskiego, książka, która lada chwila powróci na półki księgarń w nowej oprawie oraz zadebiutuje na liście lektur dla klas I-III szkoły podstawowej. Już wkrótce dowiemy się, jak Elf trafił do swoich Ludzi i skąd wzięła się ta niezwykła więź łącząca go z Dużym.
Bożena Itoya

Marcin Pałasz, Elf wszechmogący, okładka i ilustracje Katarzyna Kołodziej, Wydawnictwo Literatura, Łódź 2017.

poniedziałek, 13 lutego 2017

Kocie kłopoty grzecznego psa


Czwarta część przygód malamuta (mylonego czasem z mamutem) o imieniu Winter napisana została, jak zwykle, przez Wojciecha Cesarza i Katarzynę Terechowicz, a zatytułowana "Kocie kłopoty grzecznego psa". Problemy wielce przyjaznego psa-giganta są właściwie całkiem nieduże, za to ogromnie zabawne.
Winter uważa się za przywódcę swojego stada, o, przepraszam, swojej rodziny. W tym tomie samiec alfa zyskuje nowego podopiecznego, czy też podwładnego, którym jest oczywiście tylko w mniemaniu Wintera. Przywieziony z górskich wakacji pręgowany dachowiec zyskuje dumne imię Marian i ciepły, kochający dom. Ta miłość rodziny do kota jest jednym z zabawniejszych aspektów książki, bo też Marian kochany jest przez Hankę i Henryka (dorosłych członków stada) wręcz histerycznie. W każdym starciu charakterów, we wszystkich walkach na fochy bezwzględnie wygrywa kot.

On się na mnie uwziął! Mruczy specjalnie głośno, żeby mnie obudzić – narzekał Henryk. – Jest czwarta rano!
Kotek mruczy, kiedy jest szczęśliwy – ziewnęła Hanka i przewróciła się na drugi bok.
Szczęśliwy? Siedzi tu i warczy jak motocykl! Chcesz powiedzieć, że to ze szczęścia? – Henryk zanurkował pod łóżkiem.

Właścicielami Wintera i Mariana są również dzieci: Julia i Alek, a ich współtowarzyszem niezbyt ruchliwy kundelek Rudy. Drugoplanowy pies jest bardzo charakterystyczny i wydaje się, że musi mieć swój pierwowzór (piesowzór) w rzeczywistości. Tu naszczeka, tam zerknie, przeważnie jednak śpi na kanapie i nie jest zainteresowany "kocimi kłopotami". Zresztą "czasami" i Winter nie stroni od "małej" drzemki. Sen w ogóle jest w tej książce stale powracającym motywem.

Poszedłem na górę. Z sypialni Hanki i Henryka dobiegało miarowe pochrapywanie i... jeszcze jeden znajomy dźwięk. Na kołdrze Henryka leżał rozwalony Marian i mruczał jak stara kosiarka. Ciekawe, kiedy mu zabraknie paliwa albo zatrze mu się silnik. Poczułem leciutkie ukłucie zazdrości, więc rozpędziłem się i wskoczyłem na łóżko Henryka. Wylądowałem tuż obok kota. Nocną ciszę rozdarł głośny wrzask.

Nieco mniej istotny niż w poprzednich tomach jest dla akcji książki Alek, no, może z wyjątkiem rozdziału "Jak nie stracić bazy", w którym syn i ojciec staczają pewną komputerowo-wychowawczą batalię (znakomicie zilustrowaną przez Joannę Rusinek). Za to Julia, jeśli już jest o niej mowa, wyróżnia się, jak na małą księżniczkę przystało. Ledwie prawie zapłacze, a już wszystko dostanie, choćby chodziło o sprowadzenie Wintera i Mariana na lekcję przyrody, na której goszczą już szczury, myszy i karaluchy.
We wszystkich opowiadaniach o grzecznym psie narratorem jest ich główny bohater. Taka psia relacja staje się jeszcze ciekawsza i zabawniejsza, gdy komentowane są poczynania kota. A że Marian jest typowym bezczelno-nezależno-ukochanym mruczkiem, czytelnik nie będzie narzekał na nudę, obojętnie czy reprezentuje psiarzy, kociarzy czy opcję 2 w 1. Nowy przyjaciel Wintera (choć słowo "przyjaciel" nie pada, bo szanujący się pies nawet tak nie pomyśli o kocie) przemyka swoimi ścieżkami, zza krzaków towarzysząc malamutowi w rozmaitych eskapadach, wywołuje więcej zamieszania niż dwa psy razem wzięte, włazi samcowi alfa na głowę (nie tylko w przenośni), ale też bywa przez niego ratowany z mniejszych i większych opresji.

Było mi niewygodnie i podjąłem ostateczną decyzję. Zaraz przywrócę dyscyplinę i nauczę kota, gdzie jego miejsce! Obnażyłem kły i już miałem porządnie kłapnąć mu nad uchem, kiedy nagle zobaczyłem, że Marian jest taki malutki i wtulił się we mnie jakoś tak... Zwinął się w kłębuszek i wyglądał na zagubionego kociaczka. Wszystko rozumiem, ale ja się urodziłem, by polować na niedźwiedzie, ciągnąć sanie, by walczyć! Nie mówiąc już o tym, że muszę pospać, szczególnie w nocy. Podniosłem się z legowiska, a Marian zsunął się ze mnie i miauknął żałośnie. Zobaczyłem, że drży na całym ciele. No dobra, położyłem się, a kot wsunął się pod moją łapę. Tym razem mruczał jak snopowiązałka po awarii silnika.
Postanowiłem, że chwilę tak poleżę, a potem pójdę poszukać sobie innego miejsca, bo w końcu nie jestem jakąś kocią niańką! Gdy uderzył kolejny piorun, tym razem bardzo blisko, z kanapy zeskoczył Rudy i wpakował się na moje posłanie z drugiej strony. Zrobiło się trochę ciasno, ale trudno, jakoś przetrzymam do rana...

Niektóre fragmenty książki pokazujące, co naprawdę oznacza "żyć jak pies z kotem" śmieszą, inne wzruszają, a opisy kociego mruczenia są po prostu genialne. Sprawdźcie, ile waszego pupila jest w Winterze, Rudym i Marianie, a przy okazji – ile was jest w rodzinie opiekującej się grzecznym psem. W końcu cały czas śmiejemy się z samych siebie.
Bożena Itoya

Wojciech Cesarz, Katarzyna Terechowicz, Kocie kłopoty grzecznego psa, okładka i ilustracje Joanna Rusinek, Wydawnictwo Literatura, Łódź 2016.

CLUE – zagadki kryminalne z pensjonatu Perła


Kryminały Jørna Liera Horsta należące do serii "CLUE", w Polsce ukazującej się nakładem wydawnictwa Smak Słowa i w przekładzie Mileny Skoczko, adresowane są do młodzieży. W każdym z czterech dotychczasowych tomów pojawia się mroczna zagadka, a jej rozwiązaniem zajmuje się trójka nastolatków: Cecilia, córka właściciela pensjonatu Perła, Leo, syn kierowniczki tegoż nadmorskiego ośrodka wypoczynkowego oraz Une, której rodzicami są miejscowy rybak i nauczycielka. Członkiem zespołu śledczego jest również Egon, pies Une, charakteryzujący się niewielkim rozmiarem, ale wielkim instynktem i świetnym węchem. Akcja wszystkich części serii rozgrywa się na norweskim wybrzeżu i jest związana z gośćmi pensjonatu Perła. Bieżące wydarzenia przeważnie wynikają z dawniejszych tajemnic lokalnej historii.
Autor otwiera serię mocnym uderzeniem: w pierwszej scenie pierwszej książki ("Zagadka Salamandry") Cecilia znajduje na plaży zwłoki mężczyzny. W tych osobliwych okolicznościach dziewczyna poznaje Leo i następuje nieoficjalna inauguracja ich kryminalistycznej spółki. Już po początkowych zdaniach można stwierdzić, komu przypadnie do gustu, a komu nie spodoba się ta historia. Otóż zdecydowanie nie jest to książka "detektywistyczna" dla dzieci poniżej 10 lat, ale surowy, dość szorstki skandynawski kryminał dla młodzieży (i grupy określanej jako "młodzi dorośli").

Mężczyzna leżał na brzuchu z twarzą zakopaną w piasku. Wodorosty i trawa morska owinęły się wokół jego ciała. Stopy wciąż leżały w wodzie, jakby mężczyzna zdołał wczołgać się na ląd i ugrzązł w piasku.

Oczywiście każdy czytelnik od razu spyta, czemu śledztwo w tak drastycznej sprawie prowadzą jakieś dzieciaki, a nie policja. Co innego niewinne zagadki zgłębiane przez Lassego i Maję (seria Martina Widmarka, wyd. Zakamarki) lub Biuro Detektywistyczne nr 2 (seria Jørna Liera Horsta, wyd. Media Rodzina), ale tutaj trzeba prawdziwych fachowców. Pojawiają się i oni, jednak pomysły, intuicja i ryzykowne działania Cecilii, Leo, Une i Egona są dużo bardziej dynamiczne, efektowne, a przeważnie też skuteczniejsze.
"Zagadkę Salamandry" czyta się dobrze, na stronach książki roi się od podejrzanych typów – potencjalnych gangsterów lub nawet morderców, a początkującemu wielbicielowi kryminałów trudno zorientować się, kto jest kim. Lektura trzyma w napięciu, choć nieco zaskakuje podejście autora do głównych bohaterów, a mianowicie brak wglądu w ich wnętrze, oschły opis i niezrozumiały charakter ich relacji. Czytając odnieśliśmy wrażenia, że młodzi detektywi nie darzą się żadnymi intensywniejszymi uczuciami. Co prawda Cecilia, Leo i Une nazywani są przyjaciółmi, ale my widzimy tylko, że spędzają ze sobą czas, bo chyba są jedynymi nastolatkami w okolicy. Trudno uznać taką narrację za wadę serii, dla nas było to po prostu pewne novum. Polska literatura dla nastolatków przyzwyczaiła nas do opisów emocji, szczegółowych analiz przyjaźni i licznych wątków obyczajowych, tymczasem Jørn Lier Horst wymyka się podobnemu modelowi beletrystyki młodzieżowej. Norweski pisarz stawia na relacjonowanie wydarzeń i zwięzły opis okoliczności.
Po pierwszym kryminale czytelnikowi wydaje się, że już wie, czego oczekiwać od tego cyklu, że zna schemat i może przewidzieć, jak potoczy się akcja kolejnych książek, a przynajmniej rozpoznać schwarzcharaktery. Nic bardziej mylnego, wraz z drugim tomem seria "CLUE" nabiera tempa oraz kolorów. "Zagadka zegara maltańskiego" jest według mnie dużo bardziej wciągająca i nieprzewidywalna od "Zagadki salamandry". Przede wszystkim, tajemnica wygrzebana na zakończenie pierwszego tomu nie daje nam spokoju i każe pognać do biblioteki lub księgarni po kontynuację. O ile bowiem zdążyliśmy się przyzwyczaić, że matka Cecilii zginęła w wyniku nieszczęśliwego wypadku rok przed zdarzeniami opisanymi w obu książkach, o tyle pewna fotografia odświeża całą sprawę i wywołuje wątpliwości, czy policja na pewno słusznie zamknęła śledztwo w tej sprawie.
W "Zagadce zegara maltańskiego" odnaleziony zostaje jeden z notatników nieżyjącej właścicielki pensjonatu Perła, a jego powściągliwa, niemal szyfrowana treść może mieć związek z wielkim napadem rabunkowym, jakiego dokonano w czasie, gdy zginęła matka Cecilii. Kiedy goście Perły czytują gazety sprzed roku, a sprawca wspomnianego napadu ucieka z więzienia i okazuje się być byłym mieszkańcem sąsiadującego z pensjonatem opuszczonego domu, węszyć zaczyna nie tylko Egon, ale i cała grupa detektywistyczna CLUE. Ostrzegam tylko: jeśli zasypiając boicie się czasem, że ktoś naciska klamkę i chodzi na palcach tuż za drzwiami, po lekturze "Zagadki zegara maltańskiego" możecie bać się jeszcze mocniej.

Coś tam wisi – powiedział Leo, wskazując otwór między blatem biurka a środkową szufladą.
Podszedł na czworakach do biurka i wsunął rękę do szpary.
Tam jest jakiś klucz – oznajmił. – Przyklejony taśmą do blatu – dodał, odrywając taśmę. Razem z kluczem wyjął przyczepioną do niego kartkę.
To twój klucz? – spytała Une, zwracając się do Cecilii.
Nigdy go nie widziałam – odparła i wzięła go do ręki. Na błyszczącym metalu znajdował się napis "YALE".
Leo rozłożył kartkę. Papier był sztywny, pożółkły na brzegach i wielu miejscach przedarty na liniach zgięcia. Musiał być o wiele starszy od klucza.
Wstał i położył kartkę na biurku. Była to mapa jakiegoś budynku z długimi korytarzami i pokojami o niezwykłych kształtach. Tusz był stary i brązowy, ale w jednym z najmniejszych pomieszczeń widniał czerwony znak X.

W tej "mikropowieści", jak określił książkę wydawca, roi się od fascynujących tajemnic, mrocznych postaci, zagmatwanych wątków i romantycznych ujęć – choć operatorem jest pisarz, a nie fotograf czy filmowiec, chwilami po prostu mamy przed oczami to, o czym czytamy. Oszczędny język autora i talent tłumaczki pozwoliły stworzyć w wyobraźni czytelników mocne, bardzo wyraźne obrazy okolicy, w której rozgrywa się akcja, a nawet twarzy jej uczestników. Nie da się też zapomnieć o czerwonej sukni matki Cecilii.
W "Zagadce dna morskiego" filmowość cyklu "CLUE" zostaje obrócona w żart. Wstrząsająca pierwsza scena, jeszcze bardziej przerażająca niż w "Zagadce salamandry", okazuje się bowiem elementem planu filmowego. Bohaterowie (łącznie z Egonem) biorą udział w nagraniach jako statyści, obsługują ekipę filmową goszczącą w pensjonacie, poznają kolejne etapy pracy filmowców, a przy okazji, oczywiście, prowadzą śledztwo. Jak zwykle nie zabraknie trupów, dawki przemocy, policjantów-przebierańców, tym razem będą i wątki gangstersko-mafijne. Granica między filmem (wliczając rzeczywiście istniejące seriale – w tle pojawia się "CSI") a rzeczywistością ulega zatarciu.

Wychodzili z łazienki, gdy usłyszeli dźwięk klucza wsuwanego do zamka. Cecilia cofnęła się i pociągnęła za sobą drzwi do łazienki, zostawiając jedynie wąską szparę. Zaschło jej w ustach. Serce biło jak oszalałe. Czuła, że jest jej słabo i niedobrze.
Cień mężczyzny wchodzącego do pokoju wpadł do łazienki przez wąską szczelinę. Słyszeli, jak Eirik Roll ściąga buty, przechodzi przez pokój i włącza telewizor. Nagle pomieszczenie wypełniły głosy.
Hey, Nick! Come over here, would you?
What's up, Grisom?
Cecilia przełknęła ślinę. Bala się, że jeśli motocyklista zacznie oglądać telewizję, nie opuszczą szybko łazienki.
Leo dotknął jej ramienia i wskazał wannę, nad którą wisiała zasłona prysznicowa. Gdy weszli po cichu do środka, Leo ostrożnie pociągnął zasłonę.
Z telewizora dobiegały dźwięki policyjnych syren i świst opon.

Autor w tym tomie po raz kolejny wspomina, że fizjonomia i strój Une nie pozwalają osobom postronnym rozpoznać, czy mają do czynienia z dziewczyną, czy z chłopcem. Właściwie nie wiem, czemu mają służyć te napomknięcia, może chodzi o efekt humorystyczny, bo członkini ekipy filmowej wprost mówi o Leo i Une "chłopcy", dopóki dziewczyna nie przywdzieje kostiumu kąpielowego. W całej serii jest dużo (celowych) powtórzeń, dzięki czemu nowy czytelnik może zacząć lekturę od dowolnego tomu, ale ten, kto czyta po kolei może poczuć się nieco znużony, gdy czwarty raz przedstawiana jest hotelowa papuga lub wybrane fakty i osoby związane z Perłą.
"Zagadka hien cmentarnych" nie zawiedzie wielbicieli mocnych wrażeń, bo tytuł książki nie w przenośni, a dosłownie opisuje przestępców, z którymi zetkną się Cecilia, Leo, Une i Egon. Okradanie grobów, ludzkie szczątki, tajemne przejścia i skarby sprzed dziesięcioleci taka mieszanka na pewno zagwarantuje satysfakcję wiernych czytelników Horsta.

A więc to tutaj leży pochowana tajemnica – powiedziała.
Jaka tajemnica?
O niemieckim złocie – wyjaśniła Une i dodała, naśladując głos Starego Tima: – Tę tajemnicę zabrał ze sobą do grobu.
Ciekawe, ile to może być warte – zastanawiała się na głos Cecilia. – Dziesięć kilogramów 24-karatowego złota.
Zaraz się dowiemy – odparła Une i otworzyła przeglądarkę internetową. Po kilku kliknięciach otrzymała odpowiedź: – Jeden gram 24-karatowego złota kosztuje 257 koron.
Otworzyła kalkulator i obliczyła koszt całego ukrytego złota.
Za dziesięć kilogramów trzeba by zapłacić ponad dwa i pół miliona koron.
Cecilia rozejrzała się dookoła.
Myślicie, że pastor od kutra też jest tutaj pochowany?
Une potrząsnęła głową.
Po tym, co zrobił, odmówiono mu pochówku na tutejszym cmentarzu.
I co zrobiono z ciałem?
Podobno złożono je w jakiejś grocie, w zagłębieniu wyżłobionym przez kapiącą wodę, a przed wejście wtoczono głaz.

Czwarte śledztwo młodych detektywów znów prowadzone jest dwutorowo: obok bieżących podejrzanych badane są również zdarzenia sprzed roku, z dnia, w którym zaginęła matka Cecilii. Akcja trzech pierwszych części serii rozgrywała się w wakacje, tym razem jest już jesień (tego samego roku), a jeśli do tego dodać rozkopane mogiły, wilgotne, ciemne podziemne pomieszczenia i chmary nietoperzy wplątujących się we włosy, wówczas atmosfera czwartej odsłony "CLUE" staje się naprawdę mroczna, rodem z thrillera.
Czytając "Zagadkę hien cmentarnych" mamy świadomość, że kolejna część cyklu jeszcze nie ukazała się w polskiej wersji językowej i, choć jest planowana, to nawet nie widnieje wśród zapowiedzi na stronie internetowej wydawnictwa Smak Słowa. Tymczasem oryginalna, norweska seria liczy już dziewięć tomów. Zastanawiamy się więc nad znaczeniem każdej postaci, każdej sytuacji może powrócą, może będą clue w sprawie śmierci matki Cecilii lub w innej, nowej zagadce?

Cecilia podeszła do mężczyzny.
Chcieliśmy coś panu pokazać – powiedziała.
Co takiego?
Stado ptaków – wyjaśniła i wyciągnęła telefon w jego stronę. – Bardzo dziwnie latają. Może pan się domyśla, co im jest.
Ornitolog poprawił okrągłe okulary i zerknął na mały wyświetlacz.
To jest przecież nagranie z kamery na dachu mojego domu – zdziwił się.
Z dnia, w którym zniknęła moja mama – przytknęła Cecilia. – Rzuci pan na to okiem?
Oczywiście.
Nastolatka uruchomiła nagranie i podała telefon Ornitologowi.
To nie są żadne ptaki – stwierdził niemal natychmiast.
Cecilia, Une i Leo spojrzeli na siebie.
To co to jest?
Nietoperze – wyjaśnił Robert Malden. – Mieszkają w grotach wzdłuż linii brzegowej. Coś musiało je wystraszyć i dlatego opuściły kryjówkę.

Książki z serii "CLUE" polecane są jako publikacje typu "przyjemne z pożytecznym", ponieważ każdy tom cyklu podszyty jest jakąś koncepcją filozoficzną. Dane teorie czy wypowiedzi filozofów wyrażane są wprost, a myśliciele – nazywani z imienia i nazwiska oraz przedstawiani w zwięzłym, zrozumiałym dla każdego biogramie na końcu książki. Jest to ciekawy akcent serii, choć nie decyduje o jej powodzeniu w mniemaniu młodego odbiorcy, bo "CLUE" pozostaje literaturą popularną, służącą rozrywce, nawet jeśli szerzenie wiedzy jakiegoś typu jest dodatkową ambicją autora. Jeżeli zaś czytelnik stroni od filozofii, pierwiastek sokratejski, augustyński, arystotelesowski czy kierkegaardowski nie będzie mu przeszkadzał. Z losami detektywistycznego kwartetu C(ecilia)L(eo)U(ne)E(gon) najlepiej skomponowała się maksyma "wiem, że nic nie wiem", natomiast koncepcja "złotego środka" wydała mi się przywoływana nieco na siłę i zbyt często. Możliwe jednak, że nastoletni czytelnik odbierze to inaczej. Tak czy siak, jeśli szukacie książek, od których taki młody człowiek nie będzie mógł się oderwać w podróży, domu czy gdziekolwiek, a tym samym lektur, które pozwolą mu oderwać się od rozmaitych ekranów i dźwięków powiadomień, seria "CLUE" Jørna Liera Horsta może się okazać strzałem w dziesiątkę.
Bożena Itoya

Jørn Lier Horst, Zagadka salamandry, przekład Milena Skoczko, Smak Słowa, Sopot 2015.
Jørn Lier Horst, Zagadka zegara maltańskiego, przekład Milena Skoczko, Smak Słowa, Sopot 2015.
Jørn Lier Horst, Zagadka dna morskiego, przekład Milena Skoczko, Smak Słowa, Sopot 2016.
Jørn Lier Horst, Zagadka hien cmentarnych, przekład Milena Skoczko, Smak Słowa, Sopot 2016.

niedziela, 5 lutego 2017

Kaktus, przygody wiernego psa – trzy poziomy magii


Książki Barbary Gawryluk o rudym kundelku Kaktusie zawsze przyciągały nas jak magnes. Kilkakrotnie, co jakiś czas, wypożyczaliśmy z biblioteki wszystkie (trzy) części jego przygód. Czytaliśmy o wiernym psie, kiedy syn był bardzo młodym przedszkolakiem, absolwentem przedszkola i uczniem pierwszej czy drugiej klasy szkoły podstawowej. W podobnym wieku są bohaterowie książki, właściciele Kaktusa: Weronika i Wojtek.
Wydanie zbiorcze opowiadań bardzo nas ucieszyło – możemy kartkować, porównywać, po prostu mieć wszystkie przygody i ilustracje (Anety Krelli-Moch) w jednym miejscu. Wcześniejszy podział na trzy części zachowany został tylko na dołączonym do książki audiobooku (czyta autorka oraz Aleksandra Posielężna), natomiast w wydaniu papierowym historyjki toczą się płynnie, bez określenia, z którego tomu pochodzą.
Przeżywając po raz kolejny wesołe i wzruszające przypadki Kaktusa zastanawiałam się, na czym polega magia tych opowiadań. Pierwszą przyczyną siły przyciągania przygód wiernego psa jest według mnie ich zwyczajność i... niezwykłość zarazem. W Polsce jest wiele psów, kundelków i reprezentantów różnych ras, o rodowodzie schroniskowym, mających za sobą ciężkie doświadczenia i trafiających do domów, w których dokonują kompletnego remontu emocjonalnego. W tym sensie Kaktus jest niemal przeciętny. Najzwyklejsze w świecie są również dzieci, które zostają panem i panią przygarniętego kundelka – mają swoje przedszkolne, szkolne oraz domowe obowiązki i uroczystości, radości i smutki, mieszkają w dużym mieście i spędzają w nim czas wolny, w miarę możliwości wyjeżdżając też na wakacje. Mamę Weroniki i Wojtka też można uznać za typową: dużo pracuje, ale też wiele czasu spędza z dziećmi, mamy wrażenie, że zawsze jest na miejscu, gdy zachodzi taka potrzeba – to chyba największe czary. Niezwykłość historyjek Barbary Gawryluk wynika z połączenia losów zwyczajnego psa i jednej z wielu podobnych rodzin, z koncentrowania się autorki na tym, co realne, przyziemne, znane młodemu czytelnikowi z życia codziennego. A przyziemne i znane każdemu dziecku są na przykład jamniki, których wielbicielem jest mój syn.

Ja nie wiem, dlaczego jest pochód jamników, a nie ma na przykład pochodu kundli. – Weronika układała puzzle z misiem i tygryskiem i głośno się zastanawiała: – Przecież kundli jest na pewno tak samo dużo jak jamników, a na dodatek są grzeczniejsze i mądrzejsze.
Nasz Kaktus jest wyjątkiem, Weroniczko – odpowiedziała mama. – Nie wszystkie kundle tak potrafią zżyć się z właścicielami jak nasz pies. Może to jego straszne doświadczenia z przeszłości spowodowały, że nas tak pokochał? Nie wiadomo. Trafił po tułaczce w lesie i pobycie w schronisku do normalnego domu, wie, ze go kochamy, i potrafi odwzajemnić miłość. A jamników jest w naszym mieście rzeczywiście bardzo dużo. Mówi się, że to taka krakowska rasa. Ludzie mieszkają w kamienicach i blokach, nie mają ogródków, jamnik nie potrzebuje dużo miejsca, to pewnie dlatego.

Drugim "magicznym" elementem "Kaktusa, przygód wiernego psa" jest samo pisarstwo Barbary Gawryluk. Opowiadania zostały napisane językiem tak prostym, ładnym i plastycznym, z tak oczywistą miłością do zwierząt i zrozumieniem dla ich charakterów, że opisy wyglądu i zachowań poszczególnych psów, kota, ptaka czy nawet legwana są dla dziecka bardziej wzruszające, rozweselające czy "pocieszne" niż jakiekolwiek zdjęcia i filmiki masowo występujące w Internecie.

Następny proszę! zawołała pani doktor.
Siwy pan wziął pod pachę klatkę. Weronika zdążyła zauważyć siedzącego w niej czarnego, dużego ptaka.
Zamknęły się za nimi drzwi, ale już za chwilę ze środka słychać było rozpaczliwe wrzaski.
Spadamy! Stary! Spadamy!
A potem jeszcze głośniej:
Ratunku! Ratunku!
Tego dla Kaktusa było za dużo. Jak mały szczeniak wskoczył na kolana swojej pani i trząsł się ze strachu.

Trzeci powód, dla którego książka jest wyjątkowo, aż niewiarygodnie (a stąd już tylko krok do "magii") trafna, jest jej dyskretna wymowa "społeczna". Autorka opowiadając o wybrykach i zasługach Kaktusa przedstawia nam różne rodziny. Dopiero po kilkunastu opowiadaniach orientujemy się, że mama Weroniki i Wojtka jest sama, w rodzinie nie ma taty, a jednak nikt nie szuka "narzeczonego" dla mamy. W większości książek i filmów dla dzieci samotny rodzic koniecznie musi się z kimś spotykać (jeśli nie być w stałym związku, niekoniecznie małżeńskim), to jest po prostu norma. Tymczasem rodzina, która przygarnia Kaktusa, z powodzeniem realizuje model 1+2, żyje zupełnie normalnie, radośnie, radzi sobie co najmniej dobrze, a dodatkowo pomaga innym ludziom i zwierzętom. Nikt tu nie koncentruje się na smutkach i "niepełnym" charakterze rodziny, autorka nie wałkuje tematu, nie przeprowadza analizy, nie wciąga młodego czytelnika w terapię i nie zasypuje go morałami. Dzięki Barbarze Gawryluk wielu rówieśników Weroniki i Wojtka zauważy, że nie każde dziecko z niepełnej rodziny jest smutnym buntownikiem, a naczelnym dążeniem samotnego rodzica nie jest uzupełnienie, skompletowanie rodziny, ale przede wszystkim trzymanie rodziny w komplecie. Ten aspekt "Kaktusa, przygód wiernego psa" uważam za bardzo istotny, bo w polskiej literaturze obyczajowej dla najmłodszych i młodzieży zazwyczaj mamy do czynienia z "pozytywnym" piętnowaniem dzieci wychowujących się z jednym rodzicem, co bywa źródłem stereotypów i uprzedzeń (dziwny / niegrzeczny / biedny, bo nie ma taty; a czemu twój tata nie ma nowej żony / nie chodzi na randki?).

To strasznie daleko. Ania mówi, że codziennie z mamą rozmawia przez telefon, ale to nie to samo...
Wielu rodziców musiało pojechać za granicę, bo tu nie mogli znaleźć pracy – tłumaczyła mama. – A kto się nią teraz opiekuje?
No ona właśnie mieszka tu na naszym osiedlu u babci. Ania też nie ma taty, tak jak ja. I mówi, że babcia jest fajna, ale bardzo się o nią boi i Ania nie może wychodzić na podwórko ani na plac zabaw, a po lekcjach to babcia na nią czeka pod szkołą i zaraz idą do domu.

Mimo swojej "niepełności", rodzina Kaktusa jest pełna aktywności: turystycznych, sąsiedzkich, internetowych. Nikt tu nikogo nie pomija, wszystkie wspólne przedsięwzięcia są dopasowane do potrzeb i chęci każdego członka rodziny (łącznie z psem). Dzieci chętnie chwalą się mądrością i wiernością Kaktusa na zawodach dla mieszańców, pokazach strażackich i policyjnych, w szkole i wśród przyjaciół. Nie są to jednak puste przechwałki, bo Weronika oznajmia koleżance, która nie może mieć własnego psa, że Kaktus może być trochę jej, a sam kundelek w ramach bycia chwalonym pomaga znaleźć zagubione dziecko, innemu dziecku – zagubiony plecak, wydobywa też z tarapatów niejednego psiego kolegę. Dzieje Kaktusa powinny być opowiadane, zarówno w skali mikro, czyli w samej książce, przez jej bohaterów, jak i makro, to znaczy za pośrednictwem tej książki czytelnikom, oby jak najszerszym ich rzeszom i więcej niż jednemu pokoleniu. Autorka zapewniła nam solidną i dobrze podaną dawkę wiedzy o zwierzętach oraz opiece nad nimi, a także o opiece, jaką same pupile sprawują nad właścicielami.

Mamy zdjęcia, mamy rysunki Weroniki, te rysowane jeszcze w przedszkolu i ten dzisiejszy portret – zastanawiała się mama. – Trzeba je zeskanować, a twoje opowiadanie, Wojtku, przepisać na komputerze. – Mama wiedziała, o czym mówi. Była przecież dziennikarka. Pracowała w czasopiśmie "Mój dom". Dużo jej tekstów powstawało na domowym komputerze, czasem musiała też fotografować różne mieszkania i domy. – Jak to wszystko zrobimy – początek bloga Kaktusa gotowy. O naszym dzielnym psie inni też powinni się dowiedzieć. – Mama podrapała za uchem Kaktusa, który przez cały czas kręcił łbem i przysłuchiwał się rozmowie.

W opowiadaniach "Kaktus, przygody wiernego psa" spodobały nam się również akcenty małopolskie: opisy realiów Krakowa, regionalizmy językowe ("oglądnąć") i "kulturowe" (aniołek przynoszący prezenty). Ten aspekt poznawczy jest niewątpliwie zaletą książki, podobnie jak zdobiące ją wesołe, jasne i dowcipne ilustracje. Nie znaleźliśmy w zbiorczym wydaniu "Kaktusa" żadnych wad, poza tą, że lektura się skończyła. Nic to, odczekamy trochę i znów do niej wrócimy, sami lub z kolejnym młodym czytelnikiem z naszej rodziny.
Bożena Itoya

Barbara Gawryluk, Kaktus, przygody wiernego psa, ilustracje Aneta Krella-Moch, wydanie II w tej edycji, Wydawnictwo Literatura, Łódź 2016.

Zwyczajnej rodziny Gupikowo i wybryki z Ameryki


Książki "Gupikowo" i "Wybryki z Ameryki" Moniki Kowaleczko-Szumowskiej sprawiły mi wielką niespodziankę. Na pierwszy rzut oka są to publikacje niewielkich rozmiarów, w miękkiej oprawie, z czarno-białymi ilustracjami w środku, a jednak spotkały się u nas z entuzjazmem największego kalibru, twardym zamiłowaniem i ubarwiły nam niejedną rodzinną chwilę. Autorka, znana nam dotychczas z powieści i opowiadań o Powstaniu Warszawskim ("Fajna Ferajna", Wydawnictwo BIS; "Galop '44", Wydawnictwo Egmont), napisała ciepłe, nieprzeciętne minipowieści o życiu pewnej wesołej, zwyczajnej rodziny, w skład której wchodzą rodzice, troje dzieci i... gupiki.
W pierwszej książce najmniejsza jednostka społeczna rozrasta się, zmieniając swoją siedzibę (zwykłe mieszkanie) w tytułowe Gupikowo – krainę rybek akwariowych. Metamorfozie ulegają wcześniejsze zwyczaje i zasady rodzinne, bo tradycyjne bałaganiarstwo nie dotyczy opieki nad nowymi pupilami, a dość kłótliwe i stale się przekomarzające rodzeństwo w sprawach związanych z akwarium działa zgodnie i wspiera się bezwarunkowo. Głównodowodzącą Gupikowa zostaje narratorka książki, gimnazjalistka Marysia, jej najważniejszym pomocnikiem nieco młodszy Mikołaj (szóstoklasista), wsparcia udziela również najmłodsza z rodzeństwa Josia (absolwentka przedszkola), a w tle przemyka najstarszy brat, licealista Wojo. Oczywiście bohaterami książki są w pewnym stopniu również rodzice, a także opiekunka i przyjaciółka rodziny Madzia, której tata jest akwarystą, nieocenionym pomocnikiem i doradcą Gupikowa.

Od sześciu lat w każdy wtorek przychodzi do nas Madzia. Kiedyś opiekowała się całą naszą czwórką, teraz zajmuje się właściwie tylko Josią, ale wszyscy uwielbiamy z nią gadać, szczególnie ja i Miko.
Madzia studiuje iberystykę, szaleje na punkcie Hiszpanii, hiszpańskiego kina i Hiszpanów. Świetnie mówi po hiszpańsku. Siedzieliśmy w kuchni: Madzia, Miko, Josia i ja. Josia kolorowała. My też. Taki był niepisany układ pomiędzy nami a Josią. Możemy gadać z Madzią pod warunkiem, że wszyscy kolorujemy.
Madzia opowiadała o swojej babci Tosi, która jest postrachem całej rodziny. Ostatnio babcia Tosia zażądała, żeby Madzia przedstawiła jej swojego chłopaka. Madzia bała się przyznać babci, że chodzi z Hiszpanem, który ma ciemną karnację i po polsku umie tylko "Miło cię poznać", a i tego nie da się zrozumieć. Dlatego pokazała babci zdjęcie swojego kolegi ze studiów. Spodobał się babci, ale niestety wieczorem zobaczyła podobnego aktora w telewizorze.

Zakończenie historii o babci Tosi poznacie czytając książkę, nie jest to zresztą jedyny związany z Madzią fragment, który doprowadził nas do bólu brzucha (ze śmiechu).
"Gupikowo" będzie dobrą propozycją dla każdego dziecka, które chciałoby zająć się hodowlą czy po prostu opieką nad zwierzęciem domowym. Oczywiście w pierwszej kolejności książka przyda się fascynatom akwarystyki, ale nie tylko. Autorka bardzo dokładnie opisała etapy przygotowania domu na przybycie nowych mieszkańców, różne poziomy chaosu, radości i smutku, które temu wydarzeniu towarzyszą. Wydaje się, że zamieszanie, jakie wprowadzają rybki w rodzinie z czwórką dzieci, to niewielki ambaras w porównaniu z sytuacją, gdy do rodziny z dwójką dzieci wprowadza się na przykład kot lub pies. Jeśli więc chcecie oswoić najmłodszych członków rodziny z przyszłymi obowiązkami, ale też ewentualnymi tragediami, ta publikacja stanowi źródło praktycznej wiedzy. Autorka zwięźle, ale "doszczętnie" opisała również emocje dzieci.

Że Edek glonojad był chory, zrozumieliśmy dopiero, kiedy rodzice wyjechali na weekend, dwa dni po egzaminie Mikołaja, żeby złapać oddech. My zostaliśmy w domu pod opieką Madzi. Kiedy w sobotę rano zeszłam na śniadanie, Madzia miała dla mnie smutną wiadomość.
Edek zdechł – powiedziała.
Była to pierwsza śmierć w moim akwarium i bardzo to przeżyłam. Zadzwoniłam do rodziców.
Halo? – odebrała mama.
Edek umarł – wyszeptałam łamiącym się głosem. Czekałam na jej odpowiedź, ale mama się nie odzywała.
Jesteś tam? – krzyknęłam do słuchawki, ale z drugiej strony oprócz trzasków i niewyraźnych głosów nie dochodził żaden dźwięk.
Który dziadek? – W słuchawce odezwał się tata.
Edek, tato! Edek glonojad! Zdechł! – Starałam się powstrzymać łzy. Nie przypuszczałam, że aż tak się przejmą.

"Gupikowo" jest książką nie tylko o rybkach, ale i o rozmaitych domowych układach. Czytając obserwujemy, kto pełni jaką funkcję w tym rodzinnym organizmie – i głośno się śmiejemy. Relacje między rodzicami a dziećmi oraz między rodzeństwem pokazane są bardzo wiarygodnie, bez zbędnych opisów, po prostu dostajemy wybrane, typowe scenki z życia. I jest to obraz "bez znieczulenia": mama na prośby o akwarium odpowiada "nie pyskuj", tata obiecuje coś i tygodniami nie ma czasu, starszy brat sprzedaje młodszemu używane kapcie od prababci, nikt nie kryje rodzinnej skłonności do bałaganiarstwa. Mimo wszystko właściciele Gupikowa wydają się świetnie zorganizowani, wzbudzają ogromną sympatię i żal się z nimi rozstawać wraz z końcem książki.

Do domu zdążyliśmy przed mamą. Wojo miotał się hałaśliwie po kuchni. Nie będę mu przeszkadzać, pomyślałam z satysfakcją i zabrałam Josię do pokoju. Posadziłam ją do kolorowania. Kiedy się odwróciłam, mój najstarszy brat stał w progu.
Ile? – zapytał rzeczowo?
Co? – udałam, że nie rozumiem.
Ile? – powtórzył.
Bez zmian– powiedziałam. Moje stawki za ogarnięcie kuchni były niezmienne i niewygórowane.
OK – rzucił Wojo.
Sprzątnęłam kuchnię i właśnie chowałam kasę, kiedy wróciła mama.

Na szczęście Monika Kowaleczko-Szumowska napisała kontynuację "Gupikowa" – "Wybryki z Ameryki". I tu znowu spotkała mnie niespodzianka, bo nie dość, że narratorką nie jest już Marysia, tylko jej młodsza siostra, to jeszcze okazało się, że Josia nie ma na imię Joasia (jak sądziliśmy czytając "Gupikowo"), ale Zosia. Najmłodsze dziecko w rodzinie jest już duże, ma dziesięć lat i całkiem ukształtowany charakter, nie całkiem typowy dla dziewczęcych bohaterek książek adresowanych do dzieci. Otóż sposób, w jaki Zosia spogląda na świat, jej dystans, obawy, są bardzo prawdziwe i mogą otworzyć dorosłym oczy na problemy dzieci przeprowadzających się, zmieniających szkołę, środowisko, język codziennej komunikacji. Cała rodzina, a dodatkowo dziewczyna Wojtka, już studenta, rusza bowiem na miesięczną wyprawę do Stanów Zjednoczonych. Przy okazji dowiadujemy się, że większość rodziny kiedyś mieszkała w tym kraju, tylko Zosia urodziła się w Polsce i nigdy w Ameryce nie była.

Nasz dom! – wrzasnęli chórem Wojo i Mary, tylko Miko był podejrzanie cicho.
Tu była zagroda dla Oreo – powiedział Wojo.
Przekrzykiwali się nawzajem.
Moja szkoła – podskakiwał na siedzeniu Wojtek, kiedy ujechaliśmy kawałek dalej – i plac zabaw dla maluchów.
Okazało się, że pośród tych maluchów była Marysia, która wtedy chodziła do zerówki. Marysia w zerówce? Przecież ona ma siedemnaście lat!

Książka zawiera wiele informacji o geografii, kulturze i środowisku naturalnym Stanów Zjednoczonych, więc znakomicie sprawdzi się jako lektura przed wyjazdem do Ameryki, choć zdecydowanie nie jest to przewodnik turystyczny. Obserwacje Zosi pomogą jednak zrozumieć specyfikę tego kraju, odkryć różnice względem naszej ojczyzny. Ciekawe, czy młodzi czytelnicy będą dumni z Polski, gdy przeczytają te porównania.

Reguły Wojtka nie stosowałam, bo odkryłam nową, znacznie skuteczniejszą. W polskiej szkole lepiej nie różnić się od innych. Natomiast w Ameryce bycie innym to powód do dumy i klucz do sukcesu. Już drugiego dnia zauważyłam, że jestem dla nich egzotyczna i z tego powodu popularna. Raz, że byłam na ich tle strasznie blada, dwa – nie mówiłam po angielsku. Trzy: mówiłam w innym języku niż angielski. Mówiłam po POLSKU.
Say something in your language! – Na przerwie podbiegały do mnie dzieci i prosiły, żebym powiedziała coś po polsku.
Abrakadabra – powtarzałam do znudzenia – stare udo istne cudo.

Wybryki z Ameryki to nie tylko wakacje. Zosia, Mikołaj i Marysia przeżywają wielki stres, bo tata dostaje trzymiesięczny kontrakt w Stanach Zjednoczonych, a z nim wyjeżdżają mama i wszystkie dzieci w wieku szkolnym (a więc bez studiującego Wojtka). Obowiązek szkolny nie znika, trzeba będzie uczyć się i tam. Ale może uda się coś wykombinować, obejść system? Do akcji wkracza oczywiście Mikołaj, wspierany przez różnice między polskim a amerykańskim kalendarzem obowiązkowych szczepień.

Mama przysiadła na krawężniku i się zamyśliła. Zaniepokojeni usiedliśmy koło niej.
Pójdziemy do lekarza – powiedziała. – Weźmiemy od niego zaświadczenie, że jesteście zdrowi.
Spojrzałam z nadzieją na Mikołaja. W jego oczach wyczytałam, że zrobi wszystko, żebyśmy takiego zaświadczenia nie otrzymali.
Mama szukała numeru do lekarza w książce telefonicznej; my w tym czasie jedliśmy lody. Pokrzepieni, pojechaliśmy na wizytę.
Lekarz był super. Nie uwierzył mojej mamie na słowo, że nie mamy gruźlicy! Zresztą Mikołaj już w poczekalni słaniał się, jakby naprawdę był chory. Mama spiorunowała go spojrzeniem, które tylko częściowo przywróciło go do pionu. Ja szukałam w pamięci innych objawów gruźlicy, ale nic nie przychodziło mi na myśl.

Pierwszy dzień w amerykańskiej szkole najciężej przeżywa Marysia, najstarsza z trójki rodzeństwa podejmującej to wyzwanie. Wniosek, że im człowiek młodszy, tym bardziej elastyczny, nasuwa się sam. Jednak i wyluzowany Mikołaj nie ma większych problemów z dostosowaniem się do nowej sytuacji, czy raczej z dopasowaniem sytuacji do siebie.
Obie książki Moniki Kowaleczko-Szumowskiej sprawiły nam wiele radości, bo są po prostu zabawne, dobrze napisane, lekkie (w przenośni i dosłownie), nadają się w sam raz na letni lub zimowy, szkolny lub rodzinny wyjazd gdziekolwiek – nie zajmą wiele miejsca, a zapewnią świetną zabawę. Cieszy również ich (wspomniana już) nieprzeciętność, bo nie znam żadnej innej książki dla dzieci ani o hodowli ryb akwariowych, ani o wyjeździe do Ameryki, nie spotkałam się też z takim sposobem narracji i opisu relacji rodzinnych. Autorka pozwoliła opowieści toczyć się tak, jak przeżywały ją dzieci, postanowiła nie realizować schematów, nie wpisywać historii w oczekiwania, jakie stawia się zazwyczaj przed książkami dla dzieci (niech będzie pozytywnie, pouczająco i "rezolutnie"). Monika Kowaleczko-Szumowska nie próbuje dopasować swoich bohaterów do współczesnego świata, sami sobie z nim poradzą, bo są silni i mądrzy dzięki rodzinie. "Gupikowo" i "Wybryki z Ameryki", mimo wielkich przestrzeni odwiedzanych przez bohaterów i wielości postaci drugoplanowych, są tak naprawdę historiami kameralnymi, opowiadającymi o świecie i mocy rodziny.
Bożena Itoya

Monika Kowaleczko-Szumowska, Gupikowo, ilustracje Przemysław Liput, Wydawnictwo BIS, Warszawa 2011.
Monika Kowaleczko-Szumowska, Wybryki z Ameryki, ilustracje Przemysław Liput, Wydawnictwo BIS, Warszawa 2016.

Maliny zza żelaznej kurtyny – inny świat sprzed 40 lat


Najnowsza odsłona przygód Gabrysi Bzik i Nilsona Makówki jest naszą ulubioną, choć może wydawać się niepozorna. Tym razem bowiem Rafał Witek przeniósł swoich bohaterów "tylko" do innych, całkiem niedalekich czasów (1974 rok), ale miejsce akcji pozostaje to samo i jest nim rodzinne miasto dzieci. Okazuje się jednak, że wcale nie znają go tak dobrze, jak im się zdawało, bo cofając się zaledwie o około 40 lat trafiają do świata bardziej surrealistycznego niż w "Autografie za milion dolarów" (3. tom "Bzika & Makówki"), bardziej książkowego i tajemniczego niż w "Ucieczce z tajemniczego ogrodu" (tom 2. serii), rządzonego przez piratów gorszych niż w "Zgniłobrodym i Lunecie Przeznaczenia" (tom 1.). Tak wyglądała polska rzeczywistość w "głębokich latach siedemdziesiątych", a najlepszym sposobem na jej przybliżenie współczesnym (około) dziesięciolatkom jest właśnie książka "Maliny zza żelaznej kurtyny" Rafała Witka. Wiadomo nie od dziś, że najtrudniej pisać o niedawnej historii, zwłaszcza jeśli adresatem są dzieci. W tym przypadku autor odniósł pełen sukces, ponieważ czwarty tom "Bzika & Makówki" ma znakomitą konstrukcję fabularną, jest prześmieszny i odpowiednio dawkuje wiedzę historyczną, niczego nie przeinaczając, nie bagatelizując ani nie koloryzując.
Ta książka nie jest przejawem sentymentu pokolenia czterdziestolatków do czasów ich dzieciństwa, podobnie to nie tęsknota za PRL-em powoduje, że i mnie "Maliny zza żelaznej kurtyny" tak przypadły do gustu. Opowieść Rafała Witka jest dla młodego czytelnika po prostu bardzo zabawna i wciągająca, i to jej pierwszy plus. Drugim atutem jest sposób mówienia o realiach polskiego komunizmu oraz definiowania jego podstawowych pojęć. Nie doświadczymy tu wykładu, pouczającego tonu ani łzawych historyjek o historyjkach z gumy Donald. Bzik & Makówka po prostu na własnej skórze badają, co i jak, skręcają w boczną uliczkę miasta i czasu, a my, podróżując wraz z nimi, skręcaliśmy się ze śmiechu. Mój syn wchłaniał z przyjemnością i pełną uwagą wiadomości, które słyszane ode mnie jakoś mu umykały i nie wzbudzały zainteresowania.

Po ile te butki idą? – Z zamyślenia wyrwał mnie konspiracyjny głos jakiegoś mężczyzny.
Te butki już idą – zażartowałam i pognałam przed siebie.
Miałam plan, aby odszukać swoje strzeżone osiedle i ponownie rozpocząć poszukiwania Nilsona z miejsca, z którego zabrał mnie ten przeklęty autobus.
Niestety, natręt nie odpuszczał. Lazł za mną i nadawał.
Dobrze płacę. Złotówki, marki, dolary. Biorę wszystko, co masz. Buty, bluzę, dżinsy. Od ręki!
"Czy oni wszyscy oszaleli? – pomyślałam w panice. – Chcą mnie tu rozebrać do rosołu! Mam chodzić goła czy jak?".
Albo chociaż czapeczka – nie poddawał się nieznajomy. – Po co ci ona, przecież nie pada!
Zatrzymałam się, zdecydowana stawić czoło temu dziwnemu człowiekowi.
Był to wąsaty mężczyzna z niewielkim brzuszkiem. Włosy miał zaczesane do tyłu, na nosie okulary w złotych oprawkach. Skórzany bezrękawnik z mnóstwem kieszonek pozycjonował go gdzieś między wędkarzem a majsterkowiczem.

To oczywiście nie jedyne bliskie spotkanie Gabrysi z niezidentyfikowanymi postaciami i obiektami z czasów młodości jej dziadków. Dziewczynka między innymi podróżuje topornym autobusem z dziwnymi obiciami na fotelach i wyjątkowo brudnymi szybami, próbuje porozumieć się z wredną kioskarką, kierowcą taksówki (stary Mercedes) jakby wrośniętej w krawężnik, kosztuje pysznych domowych konfitur z malin, fika na trzepaku i podziwia miasto bez wielkoformatowych reklam. Bohaterowie poznają długowłosych młodych ludzi w dzwonach, zauważają jak ważna jest dla nich muzyka, doświadczają bezinteresownej pomocy ze strony obcych ludzi, mniej przychylnych, gdy palnie się gafę wskazującą na przyjaźń względem władzy... No właśnie, Bzik & Makówka stykają się też z wszechobecną władzą (SB!) i dostrzegają, że w tych czasach "znajomości" stanowią klucz do jej chwilowego obezwładnienia.
Po tych wszystkich doświadczeniach nasz współczesny świat jawi się Gabrysi jako pełen luksusów, niczym ze snu ludzi "zza żelaznej kurtyny", a jednak dziewczynka nie jest pewna, czy chce do niego wracać. To bardzo ciekawy moment książki, skłaniający młodych czytelników i ich rodziców do refleksji, co naprawdę jest cenne i jak można scharakteryzować dzisiejszą Polskę. Autorowi należą się brawa również za zakończenie "Malin zza żelaznej kurtyny": zaskakujące, nieco mroczne, wywołujące dreszcz emocji, a nawet strachu. Czy na pewno uwolniliśmy się od przeszłości?
Czytając książkę Rafała Witka nie sposób nie zwrócić uwagi na mnogość ilustracji, pomyślanych tak, by pełniły rolę rysunków satyrycznych, karykaturalnych komentarzy do tekstu. To najfajniejsze obrazki Magdy Wosik, jakie dotąd widzieliśmy, każdy oglądaliśmy (albo czytaliśmy, bo są i dymki, i "rysowane" napisy) dokładnie, przeważnie chichocząc. Absurdalne poczucie humoru ilustratorki i jej prosta kreska idealnie pasują do przedziwnych Gabrysi Bzik i Nilsona Makówki przypadków.
Bożena Itoya

Rafał Witek, Bzik & Makówka przedstawiają: Maliny zza żelaznej kurtyny, rysunki Magda Wosik, Wydawnictwo Nasza Księgarnia, Warszawa 2016.