cudanakiju.pl

cudanakiju.pl

poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Śmiechu warte (wierszyki A. Frączek i obrazki M. Szymanowicza)



W tomiku "Śmiechu warte" Agnieszka Frączek bawi nas smakowitymi żartami poetyckimi, a do literackich szaleństw przyłącza się ilustrator, mistrz dziecięcej groteski Maciej Szymanowicz. Wierszyki oparte są na zabawie słowami, konwencjami i tradycją: wśród 19 krótkich utworów znajdziemy między innymi "Scenkę z thrillera", "Grała wrona w badmintona", "Spinacze spod Czimpoczacze" czy "mUCHOmora". Już w tytułach dostrzegalne są językowe gry, nie zabraknie ich też w rymowanych tekstach. Autorka "zaczepia" kilka gatunków literackich, tradycyjnie kojarzonych z twórczością dla dzieci, i znanych motywów bajkowych: mamy więc królewicza, koźlątka i wilki, antagonizm psa i kota, ożywające przedmioty, a także kogoś zaklętego w żabę.

Stroskany wyglądem kędziorków
przeglądał się baran w bajorku.

Lustrował raz to, a raz owo,
rechocząc: – Wyglądam fajowo!

Wpatrywał się w wodę z zawzięciem,
lecz w którymś okrutnym momencie...

A niech to! – zabeczał z wrażenia. –
Nos... bee!... mi normalnie zzieleniał!

Jest i ukłon w stronę polskiej klasyki dziecięcej, poznajemy bowiem dalsze (lub alternatywne) losy Pawła i Gawła z bajki Aleksandra Fredry. Bardzo lubimy takie żartobliwe kontynuacje, zwłaszcza że w tej wersji uciążliwe sąsiedztwo przybiera wyjątkowo rytmiczną, zabawowo-wyliczankową formę. Współczesnemu dziecku lepiej od tradycyjnego "Pawła i Gawła" czyta się właśnie "W holu hol" Agnieszki Frączek.

Kapu, kap! Co za los!
Woda kapie mi na nos!

Pewnie Gaweł, sąsiad z góry,
w przedpokoju pławi kury
albo, tak jak tydzień temu,
zrobił basen strusiom emu.

Tupu, tup! Po schodach gnam,
bo już dość tych figli mam.

Co za człowiek! U mnie potop,
a on kąpie rybkę złotą
i ropuszek całe stadko
uczy, jak się pływa żabką.

W zbiorze "Śmiechu warte" bajkowe postaci występują w różnej odsłonie i kondycji, na przykład kózki są postrachem wilków, a wspomniany królewicz okazuje się dość... wymięty, ale dochodzi do siebie i angażuje się w życie domowe.

Ktoś mi kiedyś przysłał pocztą
paczkę kolorową.
A w tej paczce był królewicz.
Żywy! Daję słowo!

Żywy i prawdziwy całkiem –
od nosa do pięty,
choć podróżą ciut zmęczony
i lekko wymięty.

Obok nieoczywistych nawiązań do powszechnie znanych motywów Agnieszka Frączek przedstawia też własne wierszowane wariacje, jak w "Spinaczach spod Czimpoczacze". Tu króluje absurd, racjonalność ma wolne, a wyobraźnia buszuje w najlepsze. Właśnie dlatego do wierszy tej autorki idealnie pasują rysunki Macieja Szymanowicza, jednocześnie dziecięce i przerastające zwyczajowe rozumienie ilustracji dla najmłodszych. O ile do standardowego wyobrażenia o "książeczce" pasują duże, szklące się oczy (choćby te na okładce), o tyle odbiegają od niego inne elementy czy aspekty ilustracji: nietypowe ujęcia (olbrzymia twarz na okładce), zezujące lub jakby przekrwione spojrzenia, ogromniaste i nieszablonowo uzębione buzie (obok tych zwyczajnych, po prostu uśmiechniętych), niespotykane w rzeczywistości, karykaturalne proporcje części ciała. Warto rodzinnie sięgnąć po "Śmiechu warte", jeśli zależy nam na kontakcie dziecka z różnorodnymi formami literackimi i plastycznymi – trudno znaleźć podobne oraz równie udane zestawienie najnowszej polskiej poezji oraz ilustracji dla najmłodszych. Poza tym przy tej książce wyśmiejemy się do cna, i czytając, i oglądając obrazki. A że wydawnictwo Literatura zadbało o duży format, twardą oprawę, wyraźne barwy oraz solidne, gładkie i jakoś tak perliście połyskujące karty, publikacja na pewno nieprędko znudzi się małym książkomaniakom.
Bożena Itoya

Agnieszka Frączek, Śmiechu warte, ilustracje Maciej Szymanowicz, Wydawnictwo Literatura, Łódź 2015.

Hilda i Troll


Czy Wasze dzieci mają już książkę, na której okładce można wyczuć deszcz? I którą podpisuje się na kłodzie drewna? Jest taki wspaniały, starannie i elegancko wydany album... nie, nie fotograficzny ani muzealny, tylko komiksowy. Wydawcą jest Centrala ("komiksy dla dzieci mądrych rodziców"). A może nie byliście dotąd przekonani do formuły komiksu, który wydawał się Wam gorszym, bardziej prymitywnym typem lektury, zwłaszcza jeśli jesteście rodzicami dziewczynki? Komiksy są przecież raczej dla chłopców... Poza tym, jeśli dziecko już umie i nawet lubi czytać, to po co mu komiksy, one są dla tych, którzy dopiero składają zdania i do czytania trzeba ich zachęcać obrazkami, małą ilością tekstu, prostotą i popularnym charakterem. Luke Pearson w albumie "Hilda i Troll" dowodzi, że jest inaczej: kadrowane historie z dymkami bywają ambitne i przystępne zarazem, są sztuką, ale mogą wciągnąć każdego młodego czytelnika, niezależnie od płci oraz stopnia wtajemniczenia w świat sztuk plastycznych i dotychczasowych doświadczeń z komiksem.
Hildę poznaliśmy kilka lat temu, gdy ukazało się pierwsze polskie wydanie tego komiksu, a właściwie jego pierwszej części, bo po "Hildzie i Trollu" następuje "Hilda i Nocny Olbrzym", "Hilda i ptasia parada" oraz "Hilda i Czarna Bestia". Seria ma swoich wiernych fanów i w pokoleniu dzieci, i rodziców. My też chętnie wróciliśmy do historii, którą mój syn inaczej odebrał kiedyś, jako siedmiolatek, a inaczej teraz, mając jedenaście lat (album w 2016 r. doczekał się drugiego wydania). Na szczęście zdążył zapomnieć, co i jak działo się w tej opowieści, dzięki czemu mógł ją przeżyć jeszcze raz, "na świeżo".
Określenie "świeżość" bardzo dobrze opisuje moje odczucia po lekturze (pierwszej, drugiej, trzeciej...) "Hildy i Trolla", bo z książki aż biją wolność, niepokój i tajemnica towarzyszące dziecięcym przygodom, niemalże czujemy wiatr rozwiewający trawy na pagórkach w pobliżu domu dziewczynki, prawie słyszymy szum górskich strumieni. Czyta się fajnie, bo jest to lektura lekka i głęboka zarazem, wszak sięga aż do źródeł skandynawskich wierzeń ludowych i tamtejszej literatury dziecięcej. Jeśli zechcecie poszukać więcej opinii o tym cyklu, nieraz natkniecie się na porównania z Muminkami Tove Jansson. Mój syn nie przepada za kultowymi trollami z Doliny Muminków, więc tego podobieństwa nie zgłębiamy, za to uważamy Hildę za taką Pippi z baśni, trochę norweskich, trochę celtyckich, mającą też co nieco z Indianki. Niby więc wkraczamy na znany nam teren, a jednak tutaj nic nie jest takie, jak należałoby się spodziewać: kamienie nie są martwe i zimne jak głaz, lisy nie są rude i chytre jak lis (a w dodatku mają rogi). Fantazja i talent autora doprawiły zakorzenione w kulturze europejskiej motywy oraz pomalowały je na (trawiasto)żółto i na (nocno)niebiesko.
Świat przedstawiony nie zostaje zaprezentowany od A do Z, poznajemy tylko wycinki, to, co tworzy atmosferę opowieści. Nie znajdziemy tu odpowiedzi na standardowe pytania zadawane podczas omawiania szkolnych lektur: ile lat ma bohaterka?, gdzie mieszka (w jakim kraju, regionie)? jakie ma zwierzątko? Właściwie dla nas nie było to zbyt ważne, istotą tego komiksu jest bowiem hasanie z Hildą po jej wzgórzach i lesie, towarzyszenie jej w spotkaniach z dziwnymi, nadprzyrodzonymi postaciami, związanymi z okolicą przynajmniej tak samo mocno, jak mała bohaterka. Chatkę, w której dziewczynka mieszka z mamą, odwiedza drewniany stworek, nie do końca wiadomo skąd i po co przychodzi. Hilda wczytuje się w książkę o okrutnych, krwiożerczych trollach, a następnie szuka śladów ich obecności w terenie (w towarzystwie wspomnianego niebieskiego, rogatego liska... a może to sarenka? lisko-sarenka?). Jak można się domyślić po tytule komiksu, coś znajdzie. Bohaterka szybko wzbudza sympatię czytelnika, bo już od pierwszych stron, jeszcze przed trollową przygodą, przejawia zamiłowanie do niebezpieczeństw i cieszy się swobodą podejmowania decyzji na opak, na przekór oczekiwaniom – idzie deszcz, więc trzeba zanocować na dworze, w namiocie.
Lekturze towarzyszy co prawda dreszczyk emocji, ale książka nie jest straszna, na pewno trochę tajemnicza i marzycielska, a jednocześnie pogodna i zaskakująca. Taki los łowcy przygód. Scenariusz i rysunki zachwycają, są "klimatyczne", zapadają w pamięć i sprawiają, że każdy czytelnik chce przezywać takie strachy, a po przeczytaniu komiksu patrzy na wszystko wokół inaczej, wypatrując bytności fantastycznych istot. "Hilda i Troll" jest jedną z tych książek, które mieszkają w namiocie (czy innym tajemnym zakątku) w dziecięcym pokoju, są częstym towarzyszem zabaw i na całe lata pozostają ulubionymi. Najlepiej czytać w ciemności, z latarką i akompaniamentem deszczu.
Bożena Itoya

Luke Pearson, Hilda i Troll, przekład Hubert Brychczyński, Fundacja Tranzyt / Centrala – mądre komiksy 2016.

Alya i trzy koty


Książka "Alya i trzy koty" jest bardzo sympatyczną i pod różnymi względami egzotyczną lekturą. Po pierwsze, w nietypowy sposób doświadczamy oswajania świata po narodzinach nowego członka rodziny, ponieważ z rewolucyjną sytuacją oswajani są koci, a nie ludzcy domownicy. Ta koncepcja wydała się nam bardzo zabawna: terapia literacka dla kotów. Spróbujemy poczytać to opowiadanie z naszą leciwą kicią, która jedenaście lat temu miała pewien problem z akceptacją noworodka.

Koty lubią przesiadywać na brzuchu Mariam. Ale brzuch robi się coraz większy i większy, jak balon, i koty muszą się wdrapywać coraz wyżej i wyżej.

Amina Hachimi Alayou pokazuje świat dla nas obcy, znany najwyżej z wakacyjnych podróży, kina i literatury, a dla niej oczywisty i codzienny. Autorka i ilustratorka (Maya Fidawi) w naturalny sposób wprowadzają nas do wnętrza domu i rodziny funkcjonujących gdzieś daleko, w tekście nie zostaje powiedziane gdzie. Dziecko i rodzic mogą natomiast łatwo rozpoznać kolorystykę oraz motywy architektoniczne czy ceramikę kojarzone z ciepłymi, baśniowymi krajami arabskimi. Sam tekst zawiera pewne tropy, jak choćby imiona, ale według mnie ta książka żyje przede wszystkim obrazkami, bez nich byłaby jedną z wielu oderwanych od konkretnej rzeczywistości, zawieszonych w nicości i nijakich historyjek o narodzinach dziecka. A w tym przypadku wchodzimy do czyjegoś domu, wnikamy w jego atmosferę i role domowników (łącznie z kotami). Ilustracje są duże i zawierają dużo wskazówek odnośnie kultury, w jakiej osadzona jest opowieść: często koncentrują się na powiększeniu jakiegoś elementu lub wzoru ubrania, wystroju domu lub podwórza, w dyskretny sposób, jakby przy okazji, obejmują też roślinność, układ pomieszczeń i ich barwy. Bezpośrednie informacje o pochodzeniu książki znajdziemy w jej opisie na stronie internetowej wydawnictwa Muchomor oraz po wpisaniu do wyszukiwarki internetowej nazwy wydawcy oryginalnego utworu – Yanbow Al Kitab mieści się w Maroku, a dokładnie w Casablance, i właśnie tam mieszkają mała Alya, jej mama Miriam, tata Sami, babcia i trzy koty: Minusz, Pasza i Amir.

Sami otwiera drzwi pokoju i koty słyszą dziwny krzyk. Co to takiego? To nie miauczenie! To nie jest kot! To coś nowego i dziwnego!

Większość przedstawionych w książce scen rozgrywa się w przestrzennym, pięknym domu, przypominającym raczej pałacyk (jest tu nawet fontanna!) niż przeciętne polskie mieszkanie. Miriam żyje jak królowa, koty – niczym książęta, a tytułowa Alya jest tak naprawdę postacią drugoplanową, pretendentką do tronu, zagrożeniem dla kociej trójwładzy. Pojawienie się niemowlęcia zmienia porządek domu, ale nawet nie widzimy dziewczynki w całej okazałości (raz pokazane są rączki, kiedy indziej stopy, becik, wózek, ale będzie i jeden obrazek z małą uśmiechnięta buzią). Ledwie zarysowany, ale niewątpliwie obecny, jest w "Alyi i trzech kotach" ojciec, podobnie tylko w domyśle znajduje się świat zewnętrzny. Sami przemyka w dość tradycyjnym i orientalnym stroju (widzimy tylko fragment postaci i to zaledwie dwa razy), a przestrzeń poza domem i otoczonym murkiem ogrodem oglądamy tylko raz, w retrospekcji mówiącej o znalezieniu jednego z kotów. To zresztą jedyny obrazek, na którym kolory są smutniejsze, rzeczywistość ponura i brudna, a przedmioty po prostu brzydkie. Dzięki temu kontrastowemu wyjątkowi atmosfera książki staje się jeszcze wyraźniejsza, spójniejsza. To hermetyczna historia o domu kobiet: babci, mamy i nowo narodzonej córki, o miejscu oraz więziach będących ostoją ciepła, miłości i spokoju. Cieszmy się zaproszeniem do tego szczęśliwego, zazwyczaj niedostępnego dla obcych marokańskiego domostwa-królestwa. Jeśli zaś czytelnik nie odkryje w sobie pasji badacza kultur, zawsze będzie widział przynajmniej ładną, solidnie wydaną, wesołą i przystępną w odbiorze książkę dla małych miłośników kotów.
Bożena Itoya

Amina Hachimi Alayou, Alya i trzy koty, ilustracje Maya Fidawi, tłumaczenie Jolanta Kozłowska, Muchomor, Warszawa 2017.

wtorek, 11 kwietnia 2017

Pieniądze albo kasa

 
O czym i jak pisać dla młodzieży? Sięgając po kolejne powieści i opowiadania adresowane do rówieśników mojego syna i nieco starszych nastolatków (tak do 16-17 lat) mam wrażenie, że polscy autorzy i wydawnictwa koncentrują się na literaturze obyczajowej, takiej godzinie wychowawczej w wersji książkowej. Te publikacje często przypominają rozmowy z telefonu zaufania, nawet w publikacjach fantastycznych niemal obowiązkowo występują wątki porzucenia, utraty rodzica, zabiegania o atencję czy akceptację ze strony środowiska rówieśniczego. Oczywiście, takie książki są potrzebne i na pewno w dużym stopniu spełniają swój cel, ale młodzież nie chce czytać tylko takich poważnych, nieco ponurych lektur. Oferta i rola literatury młodzieżowej nie powinna ograniczać się do dublowania i mnożenia problemów dorastania, jakich nastolatki i na żywo mają w nadmiarze. Wie o tym Paweł Beręsewicz, którego książki sprawiają, że w dojrzewającym dziecku nie gaśnie pasja czytelnicza. Choćby półki bibliotek i księgarń uginały się pod ciężarem problemów egzystencjalnych analizowanych na milion sposobów, wśród nastu pouczających książek dla nastolatków zawsze znajdzie się jedna wesoła perełka od Pawła Beręsewicza. Jak powieść "Pieniądze albo kasa" wydana w serii "Plus minus 16" (Literatura).

Mały z Łysym "robili w branży samochodowej", jak sami ogólnikowo stwierdzali, kiedy niezorientowani pytali ich o źródło utrzymania – źródło, dodajmy dość obfite. W szczegóły niechętnie się wdawali w nieznanym towarzystwie, ponieważ ich praca w niektórych środowiskach uchodziła za niezbyt godną szacunku. Otóż Mały z Łysym, jak by to powiedzieć... zmieniali samochodom właścicieli. Nie, niezupełnie kupowali.
ZnikaLYśmy je – zeznał przed sądem Łysy.
Zaczynali całkiem zwyczajnie: wybita szybka, klameczka od środka, czary-mary pod kierowniczką i odjazd.

Książka rozpoczyna się mocnym, kryminalnym akcentem: oto dwóch pomniejszych przestępców próbuje przeprowadzić interes życia, a główną rolę odgrywa w nim luksusowy (kradziony) samochód. Szereg wpadek prowadzi jedną z niedoszłych gwiazd handlu autami z drugiej ręki do konstatacji, że musi opisać swoją "karierę" w pamiętniku. Następnie poznajemy kolejne złote interesy Staszka, od wydłubywania monet z kałuży w drodze z przedszkola, przez wymianę niegrzechoczącej własnej skarbonki na grzechoczącą młodszego brata, handel starymi zabawkami na internetowych aukcjach, aż do akcji ze wspomnianym superautem.

O! Skarbonka! – powiedziałem. – Nareszcie będę miał gdzie deponować swoje oszczędności.
Lubiłem czasem zasunąć taki tekst. To robiło na dorosłych wrażenie.
Fiu, fiu! – zagwizdał dziadek. – Cóż za bogate słownictwo! A dużo masz tych oszczędności?
Dwie – powiedziałem zgodnie z prawdą. – Jedną mała brązową i jedną średnią srebrną, tylko że obie są wpadnięte za szafę. Tata uważa, ze dla dwóch nie warto przesuwać mebli. A według ciebie, dziadku, ile trzeba wrzucić za szafę, żeby warto ją było odsuwać?
Dziadek z powagą zmarszczył brwi i powiedział, że to zależy od różnych okoliczności, takich jak wartość wrzuconych oszczędności, wielkość szafy i to, czy w najbliższym czasie planuje się jeszcze coś wrzucać, bo jak tak, to warto poczekać na ten najbliższy czas, żeby się niepotrzebnie nie namachać dwa razy.
No tak – powiedziałem, bo jak dziadek coś tłumaczył, to od razu wszystko zaczynało być jasne.

Każdy rozdział oznaczany jest etapem edukacji bohatera (zerówka, piąta klasa, trzecia klasa gimnazjum itp.), saldem początkowym i końcowym. Sumy oscylują zazwyczaj między zerem a kilkoma złotymi, ale będą też większe i mniejsze niespodzianki. W każdym razie przeważnie pieniądze nie trzymają się Staśka Tondery, chyba że cudze (zwłaszcza brata). Ale nas, czytelników, ta lektura wzbogaca, zwłaszcza saldo śmiechu rośnie w zastraszającym tempie.
Opowieść obfituje w prześmieszne wpadki i trafne obserwacje z życia beztroskich nastolatków. Dzieje się dużo, a każdy szczegół może okazać się istotny dla rozwikłania tajemnicy danego rozdziału i całej książki, zanim autor odkryje wszystkie karty. Powieść napisana jest po mistrzowsku, bo czytelnik przez dłuższy czas nawet nie wie, że uczestniczy w jakiejś grze. Paweł Beręsewicz opracował bowiem dla nas jedną dużą i kilka drobniejszych zagadek, z którymi niełatwo sobie poradzić. My daliśmy się "wkręcić", ale dzięki temu zabawa była dużo lepsza niż gdy chwytając za książkę od razu się wie, jaki to typ opowieści i o co w niej chodzi. Przeczytajcie koniecznie "Pieniądze albo kasę", niezależnie ile macie lat i funduszy. To jedna z ulubionych książek moich i mojego syna.
Bożena Itoya

Paweł Beręsewicz, Pieniądze albo kasa, okładka Katarzyna Kołodziej, wydanie II, Literatura, Łódź 2016.

Zawodowcy



W tej książce każdy dobrał sobie profesję odpowiadającą pierwszej literze imienia: od piekarza Piotrka, przez sędziego Sebastiana, informatyczkę Irenkę czy ochroniarza Olgierda, aż po pisarza Pawła. Czy dobrze wybrali? Zdania mogą być podzielone, a najwięcej obiekcji miewa sam autor. Trudy życia zawodowego przedstawione zostały w formie komediowej i dość abstrakcyjnej. Chyba nikt z bohaterów nie spędza swojego dnia pracy typowo, każdy pakuje się (lub jest pakowany) w kłopoty.
Oczywiście lektura ta nie ma służyć pomocą w wyborze przyszłego zawodu, tylko w rozweseleniu – siebie, rodziców, nauczycieli. Nie wszyscy mali bawią się w dorosłych, nie wszystkich też bawi zadawane im co i rusz (w szkole, domu, gdziekolwiek) pytanie "kim chcesz zostać w przyszłości?", ale chyba każdy będzie miał ubaw czytając przestrogę pisarza Pawła pojawiającą się na zakończenie każdego (no, prawie) rozdziału.

A wy? Zastanawialiście się już, kim chcielibyście zostać, kiedy dorośniecie? Czy aby nie aktorem? Radzę wam, zastanówcie się dobrze. Na waszym miejscu w ogóle bym nie dorastał.

Co może przytrafić się lekarce Lidce, która cierpi z powodu braku ciekawych pacjentów? Nie próbujcie zgadnąć, i tak się wam nie uda – wyobraźnia autora przekracza wszelkie normy. Czy według pisarza Pawła praca kucharza (Kuby) lub strongmana (Stefana) jest tak atrakcyjna, jak pokazuje to telewizja? I jakie są granice dobrego aktorstwa (Agaty)? Opowiastki Pawła Beręsewicza są zupełnie zaskakujące, powalająco pomysłowe i absolutnie absurdalne. Naprawdę warto przyjrzeć się koszmarowi nauczycielki Natalii i perfekcjonizmowi budowniczego Benedykta, pozwiedzać co nieco z przewodniczką Patrycją, czy wreszcie poznać receptę na szczęśliwy zawód wystawioną przez pisarza Pawła. Do kompanii brakuje tu tylko jakiegoś ministra, na przykład Mirosława, z Ministerstwa Głupich Kroków.

Sprawa nie była prosta. Znał ją już dobrze z akt, które dokładnie przestudiował przed rozpoczęciem rozprawy. Do sporu doszło w piaskownicy. Po zakończeniu drugiego śniadania wszystkie grupy przedszkolne udały się na plac zabaw. Zarówno Maciek z Krasnali, jak Wojtek z Niedźwiadków zajęli miejsca w piaskownicy, do czego naturalnie obaj mieli pełne prawo. W umysłach obu stron sporu jednocześnie powstał plan wykopania dołka. W piaskownic znajdowały się dwie łopatki, żółta i czerwona, ale ponieważ żółta leżała bliżej, obaj jednocześnie wyciągnęli po nią ręce i jednocześnie ją chwycili. Rozpoczęła się szamotanina, podczas której Maciek z Krasnali zdzielił Wojtka z Niedźwiadków wiaderkiem w głowę, a Wojtek z Niedźwiadków sypnął Maćkowi z Krasnali paskiem w oczy. Nieużywaną ręką obaj cały czas trzymali łopatkę.
Hm! – mruknął sędzia Sebastian i podrapał się w głowę.
Z jednej strony Wojtek z Niedźwiadków chodził do przedszkola już drugi rok, miał więc w przeszłości więcej czasu niż Maciek z Krasnali na nabawienie się łopatką. Z drugiej strony Maćkowi z Krasnali zostały jeszcze dwa lata do zakończenia przedszkola, miał więc szansę na dużo dłuższe cieszenie się łopatką w przyszłości.

Poczucie humoru może rosnąć wraz z dzieckiem, ale niestety często tępieje pod wpływem wzrostu wymagań i powagi szkolnego otoczenia. Wśród lektur dla klas nauczania początkowego książek humorystycznych (lub takich choć czasem, co parę rozdziałów, odrobinę zabawnych) jest jak na lekarstwo. Im człowiek starszy, tym poważniejsze książki powinien czytać, prawda? Może dlatego czytelnictwo spada proporcjonalnie do dorastania? Wprowadzanie do czytelniczej diety dziecka kolejnych smakołyków literackich autorstwa Pawła Beręsewicza gwarantuje odświeżenie poczucia humoru, tego wesołego zmysłu, naturalnego dla maluchów, a z czasem zanikającego (oczywiście nie u wszystkich). Wśród młodszych i starszych czytelników tego pisarza z pewnością nie ma żadnych smutasów, tylko sami spryciarze, doszukujący się w książkach ważnych szczegółów, czekający na mocną pointę, lubiący szalone igraszki literackie. Jeśli chcecie wychować mola książkowego (a nie tylko wielbiciela obrazków, bo na samych książkach obrazkowych nie wykształci się zamiłowania do czytania dłuższych tekstów), od maleńkości karmcie go opowiadaniami, wierszykami i powieściami Pawła Beręsewicza. "Zawodowcy" spodobają się zresztą i tym dzieciom, które nie radzą sobie z książkami, wolą telewizję lub gry. Tutaj każdy rozdział przypomina mały reality show lub program o określonym fachowcu (taki o usterkach i innych wpadkach), nie zabraknie też gry – pisarza z czytelnikiem.
Ilustracje Jony Jung ładnie komponują się z opowiadaniami, ponieważ wydobywają z tekstu tę naiwno-dziecięcą stronę rozważań o zajęciach dorosłych. Obrazki w "Zawodowcach" są wesołe, pogodne i nie zdradzają za wiele – jeśli dziecko obejrzy je przed przeczytaniem całości (a zdarza się to, oj, zdarza bardzo często!), to i tak nie za wiele się domyśli. Bo kto zrozumiałby lub wziął poważnie portrety ochroniarza broniącego własnej lodówki, ogródka w rozdziale o aktorce lub sędziego sypiącego z rękawa tak istotnymi argumentami, jak lizaki? To przecież tylko zawodowe zmyłki.
Bożena Itoya

Paweł Beręsewicz, Zawodowcy, projekt graficzny i ilustracje Jona Jung, wyd. II poprawione, Literatura, Łódź 2014.

Kamienne anioły


Seria niewielkich (rozmiarem i objętością) powieści Kristiny Ohlsson składa się z trzech części: "Szklanych dzieci", "Srebrnego chłopca" i "Kamiennych aniołów". Są to książki dla młodszych nastolatków, bo i bohaterowie są w tym wieku. Autorka łączy opowieści o duchach z kryminalnymi zagadkami i mocnymi wątkami obyczajowymi. Każda odsłona cyklu wyróżnia jedno z trojga przyjaciół, w "Kamiennych aniołach" na pierwszy plan wysuwa się Simona, jak dotąd postać dość bezbarwna, mało charakterystyczna i stanowiąca (według nas, czytelników) raczej tło, uzupełnienie Billie i Aladdina.
Simona jako jedyna z tria bohaterów pochodzi z rodziny głęboko zakorzenionej w Åhus, pozostali przeprowadzili się tu, nie są rodowitymi mieszkańcami. Tajemnica domu babci Simony splata się z historią miasteczka, a nastoletni badacze przeszłości i zjawisk paranormalnych mają szansę zamknąć przynajmniej jeden z rozdziałów tych dziejów. Podobne zagadki zajmowały Billie, Aladdina i Simonę w poprzednich tomach, ale tym razem sprawa dotyczy nie tylko sąsiadów, miejsc i budynków, ale i najbliższych Simony. Dziewczyna wpada na trop tajemnicy odwiedzając ukochaną babcię, w której wielkim domu ktoś wzdycha, a w ogrodzie okalającym budynek (dawny hotel, a więc jedną z ulubionych lokalizacji twórców horrorów i thrillerów) przesuwają się masywne posągi przedstawiające rodzinę: dwoje dzieci i rodziców. Z powodu pogarszającego się stanu zdrowia babci, Simona przebywa u niej coraz częściej, spędzając czas między innymi z archaicznym magnetofonem, który nagrywa głosy w rzeczywistości niesłyszalne. Śledztwo młodzieży dotyczy właśnie źródła tajemniczych dźwięków oraz tożsamości osób przedstawionych na pomnikach z ogrodu (tytułowych kamiennych aniołów).
Sporo tu duchów, ale i rodzinnej atmosfery. Simona jest mocno związana z rodzeństwem, rodzicami i babcią, której choroba okazuje się bardzo poważna. Wracają koszmary Billie ze "Szklanych dzieci", gdzie poznaliśmy przyjaciółkę Simony jako dziewczynę nie tyle smutną, co zupełnie załamaną po śmierci ojca. Książka "Kamienne anioły" jest jeszcze dotkliwsza, bardziej wzruszająca, intensywna i prawdziwa pod względem emocji. Przypuszczam, że także autorka (zresztą tak, jak ja) jako dorastająca kobieta musiała się pożegnać z babcią, która była jednym z filarów jej młodzieńczego świata. Ten wątek przyćmił nawet samą akcję detektywistyczną, choć, jak zawsze u Kristiny Ohlsson, sprawa z przeszłości była ciekawa, niepokojąca i tylko częściowo wytłumaczalna. W tym miasteczku duchów wszystko ma metafizyczne podszycie, niewątpliwie seria o Åhus to są książki "dla tych, co się lubią bać".
Bożena Itoya

Kristina Ohlsson, Kamienne anioły, tłumaczyła ze szwedzkiego Anna Topczewska, Media Rodzina, Poznań 2016.

Silver. Trzecia księga snów


Ostatnia odsłona trylogii "Silver" niemieckiej autorki Kerstin Gier jest dobrym uzupełnieniem pozostałych tomów. Co prawda nie wywołała w nas takich czytelniczych emocji jak "Pierwsza księga snów", ale za to nadrobiła niedoskonałości tomów 1. i 2. Nadal jest to poczytna książka fantastyczna dla młodzieży, teraz nawet lepsza pod względem jakości literackiej.
Liv Silver zmaga się z demonami własnymi i tymi z zaświatów, o ile rzeczywiście istnieją. Dojrzewanie i miłość przynoszą rozmyślania o "pierwszym razie", lęk, ciekawość i gorączkę. Za to conocne podróże po korytarzu z drzwiami do snów (własnych i cudzych) urozmaicane są spotkaniami z tajemniczą siłą, która czasami występuje jako podmuch wiatru, kiedy indziej jako przyciemnione światło lub tylko wrażenie czyjejś złowrogiej obecności. Bezkształtne zagrożenie oraz niepewność, kto w tej opowieści sprzyja, a kto szkodzi bohaterce w jej realnym życiu, nadają tempo i naszemu oddechowi, i lekturze.

Arthur czekał przed naszym domem na Graysona, ale zamiast niego spotkał mnie. Ucięliśmy sobie miłą pogawędkę... – W zamyśleniu skubałam cyklameny stojące na stoliku. – Powiedział, że gdybym umarła, już po pół roku nie pamiętalibyście, że kiedykolwiek żyłam. I że chętnie to udowodni.
Henry i Grayson milczeli. W końcu Grayson podniósł głowę i rzekł:
Zapomnijcie o wszystkim, co do tej pory mówiłem. W tej chwili jest mi już obojętne, czy resztę życia spędzi jako śliniące się i pogrążone w śpiączce warzywo. Musimy go zatrzymać, wszystko jedno jak.
Tak, ale do tego potrzebujemy Anabel. – Henry przyłączył się do skubania cyklamenu i niby przypadkiem dotknął moich palców. – A ona jest w tej chwili mocno zaabsorbowana swoim demonem. Przynajmniej pod tym względem Arthur nie kłamał. Mnie Anabel też powiedziała, że on wrócił. I że nasze imiona zapisane są krwią. I że ta krew popłynie podczas zaćmienia słońca... I jeszcze kilka innych obłąkanych rzeczy. To nie był dobry pomysł, żeby odstawić leki.

Liv i Henry nadal są sobie bardzo bliscy, choć ich związku nie można uznać za typowy ani spokojny. Dziewczyna ma kompleksy na tle doświadczenia w relacjach damsko-męskich, a chłopak zawieszony jest między potrzebą obrony Liv przed zagrożeniami wszystkich światów, fascynacją sennym korytarzem, obowiązkami względem młodszego rodzeństwa oraz egzaminami końcowymi (jest dwa lata starszy od Liv). Do kłopotów Liv dochodzi jeszcze niepokój, chwilami przechodzący w rozpacz, z powodu rychłego rozstania z byłą nianią, znaną nam dobrze z poprzednich tomów Lottie (teraz będącą obiektem westchnień aż dwóch panów). Trzeba przyznać, że przy problemach Henry'ego te gnębiące Liv wypadają blado, a nawet banalnie i dziecinnie.
Upiorne działania czarnych charakterów tym razem koncentrują się nie na podejmowanej wprost przemocy fizycznej (jak w tomie 1.), nie na popychaniu ludzi do autoagresji w lunatycznym śnie (jak w tomie 2.), ale na przejmowaniu kontroli nad ofiarą na jawie, wprowadzaniu jej w pewnego rodzaju trans. Okrutne praktyki wywołują w Liv i jej przyjaciołach poczucie nieustannego zagrożenia: nie wiadomo kto, kiedy i pod czyim wpływem zwróci się przeciwko komu. To bardzo ciekawy motyw, ale autorce nie zawsze udaje się utrzymać napięcie.
"Trzecia księga snów" jest dobrym studium metod manipulacji – tych najbardziej współczesnych, jak opiniotwórcze media i blogi, oraz tych dawniejszych, uniwersalnych, działających niezależnie od epoki, jak wykorzystanie lęku o najbliższych lub strachu przed odrzuceniem, a także takich, jakimi posługują się sekty. Wszystko wydaje się takie oczywiste, aż trudno uwierzyć, że ktoś się na to nabiera i poddaje podobnym wpływom, a jednak i my sami nie jesteśmy zupełnie odporni. I dlatego tę książkę tak dobrze się czyta. Każdy z czytelników może tu szukać własnych demonów.
Autorka w kilku miejscach powieści przypomina wydarzenia z poprzednich tomów, co wydaje się zbędne, bo kto czytał i dał się wciągnąć, ten po prostu żyje "Silverem", ma swoich ulubieńców i na pewno nie uronił ani sekundy akcji, a już zwłaszcza najważniejszych jej zwrotów. Ci najwięksi fani na pewno będą czasem zaskoczeni nowymi wcieleniami bohaterów, bo zdarzy się na przykład, że dawniejsza ofiara i niegdysiejszy oprawca awansują na obrońców. Oby przytrafiło się też spotkanie z autorką, może podczas tegorocznych Warszawskich Targów Książki, których honorowym gościem będą Niemcy?
Bożena Itoya

Kerstin Gier, Silver. Trzecia księga snów, tłumaczyła Agnieszka Hofmann, Media Rodzina, Poznań 2017.