cudanakiju.pl

cudanakiju.pl

środa, 13 grudnia 2017

Jaś Wiadomy zmienia świat


Książki wszem i wobec polecane na Boże Narodzenie (oraz okres przedświąteczny) rzadko mają charakter religijny, są po prostu o zimie, czynieniu dobra, oczekiwaniu na lepsze. Rozglądając się za kolejnymi "prezentowymi" pozycjami dla dzieci warto zwrócić uwagę nie tylko na bajki, ale uwzględnić też bardziej racjonalne podejście. Grudniowy nastrój to świetny punkt wyjścia do rozmyślań, jakie dobro i lepsza przyszłość mogą stać się udziałem dzieci, jak poprawić siebie oraz świat. Akcja książki Marcina Pałasza "Jaś Wiadomy zmienia świat" rozpoczyna się w grudniu, zahaczając o kilka spraw, które można wiązać ze Świętami (dobór choinki, prezentów – zwierzęta, tekstylia, kosmetyki – i składników potraw), ale nie ogranicza się do tej pory roku i tematyki, tylko toczy dalej, w ścisłym związku z najważniejszymi zagadnieniami ekologii, praw człowieka i zwierząt. Trudno o mądrzejszy prezent, jeśli zależy nam, by nasze dziecko było rozsądne, odpowiedzialne, świadome oraz uczciwe, a także ciekawe świata.
Autor, zanim przejdzie do konkretów, najpierw przedstawia głównego bohatera i jego bliskich, a czyni to w sposób lekki i naturalny, wprowadzając nas do mieszkania rodziny Wiadomych. Stajemy się świadkami pewnej sceny (żartobliwej próby sił), a potem kolejnych, obrazujących poszczególne zagadnienia, ale też charakteryzujących relacje między domownikami. Nie zaznamy tu suchego wykładu i surowych haseł proekologicznych, tylko z życia wzięte historyjki, łączące się ze sobą, stopniowo pogłębiające wiedzę i świadomość bohaterów, a także czytelników.
Jaś był zdania, że już za takie zapachy wszystkie święta są warte pokochania.
Nie mówiąc oczywiście o prezentach; jednak pod tym względem Boże Narodzenie było zdecydowanie lepsze od Wielkanocy. Cieszył się więc przeogromnie, że akurat jest grudzień, a nie, na przykład, kwiecień.
W kuchni brzęczały naczynia, co nieomylnie wskazywało na to, że niedługo będzie obiad. Zosia, siostra Jasia, na pewno krzątała się koło mamy, usiłując jej pomóc. Chłopiec wzgardliwie wydął usta: jego zdaniem Zośka w kuchni robiła więcej szkody niż pożytku, choć trzeba jej było przyznać, że się starała...
Zosiu, nie! – dobiegł nagle z kuchni rozpaczliwy głos mamy. – Jajka miały pójść na końcu, a w dodatku same żółtka, bez białek! O, mój Boże...!
A tak będzie źle? – Zosia najwyraźniej nie była specjalnie przejęta. – A może, jeśli zamiast samych żółtek doda się również białko, to ciasto wyjdzie jeszcze lepsze?
Siedzący obok Jasia tata trącił go łokciem, odrywając się na chwilę od wyścigów samochodowych, w które obaj grali na konsoli.
Kobiety gotują – rzekł półgłosem, mrużąc jedno oko. – Szkoda tylko...
Szkoda tylko, że co? – spytała słodkim głosem mama, która, jak się okazało, stanęła akurat w drzwiach pokoju. – Dokończ, kochanie. Bardzo proszę.
Jaś aż się zakrztusił ze śmiechu, ale tata wykazał się refleksem i zimną krwią godna agenta specjalnego Jej Królewskiej Mości. – Szkoda tylko, że zabroniłyście nam wchodzić do kuchni – westchnął ciężko i obłudnie. – Tak bardzo chcielibyśmy się na coś przydać...
Mama aż klasnęła w ręce, a w jej oczach pojawiły się iskierki rozbawienia.
To wspaniale! – wykrzyknęła. – Trzeba pójść do sklepu po mąkę, masło, jajka i cukier waniliowy. Bo mamy małe problemy techniczne z ciastem...
No i masz – mruknął tata z rozbawieniem, odkładając pad na stolik. – Jasiek, idziemy! Słowo się rzekło...

Książka podzielona została na 12 obszernych rozdziałów, a każdy z nich składa się z opowiadania o Jasiu Wiadomym i jego rodzinie, poruszającego określony temat, oraz jedno- lub dwustronicowej planszy informacyjnej. Teksty nawiązują do problemów i sytuacji znanych czytelnikom z życia codziennego, mają wartość literacką, akcenty humorystyczne, dobrze zbudowaną fabułę, a zawarte w nich (oraz we wspomnianych planszach) wiadomości zostały podane na odpowiednim poziomie merytorycznym, w sposób bezpośredni, ale daleki od wykładu encyklopedycznego. Bardzo cenię także płynącą z tej książki naukę wyszukiwania i selekcjonowania informacji w Internecie.
Zacytowany wyżej rozdział pierwszy nosi tytuł "Pierwsze koty za płoty", mowa w nim o chęci posiadania psa, schronisku, załączony został wzór umowy adopcyjnej, ale pojawiają się także kwestia nielegalnych wysypisk śmieci oraz powracające co roku tematy wyboru "żywej" lub sztucznej choinki i odpalania sylwestrowo-noworocznych fajerwerków, które wywołują u zwierząt ogromny stres.

Nad choinką to w sumie wciąż się zastanawiamy – rzekł tata z wahaniem. – Bo najładniejsza jest oczywiście żywa, ale nam jakoś szkoda tych wszystkich drzewek. W styczniu patrzymy, jak leżą takie biedne, wyrzucone na śmietnik... A przecież drzewa są tak pożyteczne! Sztuczna z kolei to sam plastik. Mało ekologiczny towar. No i mamy dylemat.
Pan Karol spojrzał z uśmiechem na tatę.
Ach! – wykrzyknął, z wrażenia aż zatrzymując się w miejscu. – Czyli państwo też się martwią z powodu choinek?
Z powodu choinek? – zaśmiała się mama, schylając się i głaszcząc po karku Egona, który aż przeciągnął się z zadowolenia. – Tak, ale nie tylko. Widział pan to nielegalne wysypisko śmieci na brzegu lasu?
Widziałem – zasępił się pan Karol. – W zeszłym tygodniu Egon buszował tam w krzakach i rozciął sobie łapę o jakiś stary, potłuczony telewizor. Ludzie wyrzucający śmieci w lesie są kompletnie nieodpowiedzialni...
Biedny Egonek! – jęknęła Zosia, przykucając obok psiaka i serwując mu kolejną porcję pieszczot. – Mamo, a czy my nie moglibyśmy mieć pieska? Proooszęęę...
Wiedziałem, że to się tak skończy – mruknął pod nosem tata. – Pomyślimy o tym.
Gdy mówisz "pomyślimy o tym", to od razu wiadomo, że nic z tego nie będzie! – Zosia wydęła usta w podkówkę i Jaś miał wrażenie, że siostrzyczka znowu się rozpłacze.
A będziesz sprzątała po nim kupy? – spytał poważnie pan Karol.
Jak to?! zdumiała się Zosia, cofając się o krok.
Takie są przepisy – oznajmił sąsiad, kiwając głową w stronę Egona. – Gdy piesek robi kupę na trawniku, to trzeba zebrać ją do woreczka i wrzucić do specjalnego kosza. Będziesz tak robiła?
Mama i tata spojrzeli na siebie ukradkiem i unieśli brwi z aprobatą. Oboje wiedzieli, że Zośka okropnie brzydzi się psich kup! Kiedyś przewróciła się na trawie w jedną i od tej pory trudno ją było namówić, by weszła na trawnik...
Gdyby... – zaczęła i na chwilę urwała. – No, gdyby to był MÓJ pies to może bym i sprzątała!
O, proszę, co za odwaga! – rzekł tata z uznaniem, po czym spojrzał na mamę. – Tym bardziej trzeba będzie o tym pomyśleć.
Tylko błagam, nie kupujcie psiaka z hodowli – westchnął ciężko pan Karol. – Bo często są to psy hodowane w takich warunkach, że szkoda mówić... No, chyba że chcecie mieć jakiegoś superrasowego?
Takiego jak Egon chcemy! – wrzasnęła Zosia, tarmosząc Egona za uszy.
W takim razie musicie się wybrać do schroniska – roześmiał się sąsiad, patrząc z rozczuleniem na dziewczynkę i swojego psa. – Bo właśnie stamtąd wziąłem Egona! Jeszcze był szczeniakiem, ktoś go tam podrzucił...
To w schroniskach są takie fajne psy? – zdziwił się Jaś. – A ja myślałem, ze tylko takie stare albo chore, albo coś...

Jaś jest zwykłym dziesięciolatkiem, jego siostra przeciętną pięcioletnią księżniczką, a ich rodzice najzwyczajniejszymi dorosłymi troszczącymi się o wrażliwość (także społeczną!) swoich pociech. Połączenie tych pozornie typowych osób i postaw daje jednak coś niezwykłego: razem tworzą wyjątkowo świadomy, otwarty na innych, zgrany i wesoły kwartet. Opowiadania Marcina Pałasza nie tylko uczą, ale też emanują rodzinnym ciepłem i pozytywną energią. Warto więc zaprosić Wiadomych do swojego domu na Święta i widywać się z nimi na co dzień, bo mają dla nas opowieść na niemal każdą okazję.
W rozdziale drugim, "Białe szaty królowej", Wiadomi spędzają ferie zimowe w Kudowie i odwiedzają leśniczego. Jaś i Zosia dowiadują się co nieco o paśnikach, lizawkach, zwierzętach, którymi opiekuje się pan Zbyszek, owadzich szkodnikach, z którymi walczy, a także o dzikach w mieście. Na zakończenie możemy zapoznać się z definicją Czerwonej księgi gatunków zagrożonych, charakterystyką polskiej czerwonej księgi zwierząt oraz czerwonej księgi roślin i grzybów, z wyimkiem z Konstytucji Rzeczpospolitej Polskiej oraz adresami internetowymi i symbolami WWF, Greenpeace i Ligi Ochrony Przyrody.
Rozdział trzeci zatytułowany jest "Tendencje" i dotyczy przede wszystkim hodowli zwierząt futerkowych. Autor wyjaśnia, czym jest petycja, jak wspierać interesujące nas projekty ochrony przyrody, prezentuje też historię lisa ocalonego z fermy. W wielu rozdziałach powraca wątek starań Jasia i Zosi o psa. Dzieci muszą przejść długą i ciężką próbę, by udowodnić, że będą się opiekować domowym zwierzęciem: co dzień, niezależnie od pogody, wyprowadzają na spacer samą smycz, udają, że sprzątają po pupilu jego odchody. Z boku wygląda to nieco dziwnie i bywa wyśmiewane przez rówieśników.

Tatusiu? – wyszeptała Zosia. – Chodźmy w drugą stronę, proszę!
Dlaczego? – zdziwił się tata. – Co się stało?
Bo ta dziewczynka mnie nie lubi, a ja się boję płaszcza tej pani...
Jak to: boisz się płaszcza?!
Bo ten płaszcz na mnie patrzy...
Tata nie zdążył zrobić nic więcej, bo starsza pani i dziewczynka szły dość raźnym krokiem i były już całkiem blisko.
O, to ta wariatka! – wykrzyknęła dziewczynka, spoglądając to na Zosię, to na sąsiadkę. – Opowiadałam ci o niej, pamiętasz, babciu?
Wariatka? – rzekł tata głośno, robiąc dwa kroki do przodu. – Co masz na myśli, moje dziecko? Dzień dobry pani.
Dzień dobry – odparła sąsiadka, najwyraźniej trochę zmieszana. – Amelko, nie wolno tak mówić o innych dzieciach!
Ale ona ma brata, też wariata! – upierała się dziewczynka. – Oboje chodzą ze smyczą i mówią, że mają psa! A wcale nie mają żadnego psa! Wymyślili go sobie i chyba myślą, że on jest prawdziwy! A jej brat zbiera nawet kupy do woreczków, a tych kup wcale nie zrobił ich pies! To wariaci, mówię ci, babciu!
Amelko, co ty wygadujesz?! – babcia dziewczynki załamała ręce, po czym błagalnie spojrzała na tatę.
No jak to co?! Spójrz sama, przecież ona nawet teraz ma tę głupią smycz bez psa. Jej tata to pewnie też wariat!
Tak – odparł ponuro tata, robiąc jakąś dziwną minę i czochrając się po głowie. – Wszyscy jesteśmy wariatami! Mamy wymyślonego psa, który okropnie gryzie po nogach takie dziewczynki, które osądzają innych po pozorach!
Zosia zaczęła chichotać, a tata nagle spoważniał.
Uczymy nasze dzieci obchodzić się z pieskiem, którego dopiero kiedyś dostaną – wyjaśnił sąsiadce. – Dlatego wychodzą trzy razy dziennie ze smyczą. Mam nadzieję, że zdoła to pani jakoś wytłumaczyć swojej wnuczce?
Ale tato, ten płaszcz ciągle na mnie patrzy – dobiegł go szept córki. – Chodźmy już!
Tata przypomniał sobie o owym niezwykłym płaszczu i uważniej przyjrzał się starszej pani. Płaszcz był dość zwyczajny, ciemnoszary, ale zamiast kołnierza miał... lisie futerko! W dodatku futerko było kompletne, z łapkami i pyszczkiem, zaś wprawione sztuczne oczy patrzyły na nich oboje dziwnym, brązowym wzrokiem.

Marcin Pałasz porusza więc nie tylko kwestie ekologiczne, ale też wychowawcze. Brak kultury osobistej, szacunku dla innych ludzi (także dorosłych) oraz swoboda w okazywaniu tychże cech, to zjawiska nagminne wśród przedszkolaków, młodszych uczniów, nastolatków, także tych "z dobrych rodzin". Z moich obserwacji wynika, że bardzo często rodzice czy dziadkowie wcale nie krytykują takiej bezczelności, często wręcz ją pielęgnują, chyba aby połechtać własne mniemanie o sobie jako opiekunie wyzwolonym. Autor "Jasia" sugeruje czytelnikom, że dbałość o środowisko życia nie ogranicza się do zwierząt oraz roślin, obok nas są i ludzie. Miejmy nadzieję, że sugestia ta padnie na podatny grunt.
W rozdziale czwartym, "Omnibus, ekspert i śmieci", poznajemy sekrety segregacji odpadów oraz recyklingu. Padają olbrzymie, przerażające liczby opisujące światową produkcję śmieci oraz czas ich rozkładania się. Plansza edukacyjna porządkuje wiedzę o koszach do segregacji śmieci. Warto zwrócić uwagę na wątek poboczny, bardzo rzadko (jeśli w ogóle) obecny w książkach dla najmłodszych: Jaś uświadamia rodziców, że ich ubrania i smartfony mogą pochodzić z fabryk, w których pracują dzieci.
Z rozdziału piątego, "Tygrys, podaj łapę!", skorzystają czytelnicy, którzy nie mają jeszcze wyrobionego zdania na temat ogrodów zoologicznych i cyrków, albo są na tyle elastyczni, że zechcą wysłuchać i rozważyć opinie autora, jego bohaterów oraz fikcyjnego profesora Leopolda Zwierzynieckiego, który wypowiada się w załączonym wywiadzie.
Tajniki zdrowego żywienia Wiadomi zgłębiają w rozdziale szóstym, a tytuł "Dzikie jaja na miękko" zapowiada, że przedmiotem zainteresowania będą między innymi jajka i drób z chowu ekologicznego i... marketowego. Jaś odwiedzi farmę ekologiczną, wyjaśni, czym jest GMO, naturalna karma dla zwierząt, dlaczego warto kupować u lokalnych producentów, a z planszy edukacyjnej nauczymy się rozszyfrowywać pieczątki na jajkach.
Choć tytuł "A wszystko to przez krowy?" tego nie sugeruje, rozdział siódmy traktuje głównie o globalnym ociepleniu i smogu, rzeczowo opisanym na stronie informacyjnej. Nie zapomnijcie odwrócić tej kartki, bo po drugiej stronie autor przygotował ważne zestawienie "Co ty możesz zrobić". A później zaprosił nas na "Wakacje w parku" (rozdział ósmy). Tu przeżyjemy wspaniałą wycieczkę, ale też po raz kolejny doświadczymy goryczy bycia wyśmiewanym przez rówieśników. Choć kwestia ta pojawia się tylko na chwilę, mocno wpływa na siostrę Jasia, a my możemy odczuć różnicę między przykrościami na podwórku, przed którymi można uciec do domu, a tymi w przedszkolu lub szkole, która z miejsca nauki nagle zmienia się w klatkę. Jednak nawet tak poważny problem rozpływa się w humorze autora, ponieważ przyczyną przykrości okazuje się błaha pomyłka. A żeby nikt się już nie pomylił, na końcu rozdziału znalazła się rozbudowana notka o Puszczy Białowieskiej.

Chodzi o to, że inne dzieci się ze mnie śmieją – bąknęła, patrząc na swoje kapcie. – Nawet Lilka dzisiaj się śmiała!
Ale czemu się z ciebie śmieją?! – zdumiała się mama, bezradnie patrząc na tatę. – Co takiego się stało?
Bo... – chlipnęła dziewczynka. – Bo inni na wakacje jadą na przykład w góry! Albo nad morze! A Lilka to już w ogóle jedzie z rodzicami do Hiszpanii! I powiedziała, że będą tam oglądać karbidę...!
Corridę? – poprawił ją odruchowo tata. – Córeczko, corrida to takie walki ludzi z bykami. Te zwierzaki są biedne i bardzo skrzywdzone! Czemu zazdrościsz Lilce, skoro przed nami takie fajne wakacje?
Fajne?! – wykrzyknęła Zosia ze złością. – Wakacje W PARKU?! Gdy powiedziałam to Lilce i innym, to śmiali się tak, że jedna dziewczynka nawet się posiusiała ze śmiechu! W majtki!!!
O mój Boże – mruknęła mama, gdyż nagle zaczęła chyba wszystko rozumieć. – Powiedziałaś koleżankom i kolegom, że spędzamy wakacje w parku, tak?
Przecież sama słyszałam, jak o tym rozmawialiście z tatą przedwczoraj! – zaperzyła się Zosia, niechętnie patrząc na chichoczącego nieprzytomnie Jasia. – Mówiliście, że wybieramy się do jakiegoś parku! A mieliśmy jechać znowu do tej leśniczówki w górach!
Zosiu kochana – rzekł tata, patrząc czule na córkę. – Trzeba było nas o to spytać! Rzeczywiście, nie pojedziemy do leśniczówki, gdyż mój kolega leśniczy musiał wyjechać z powodów rodzinnych i zastępuje go ktoś inny. Ale w zamian, przez swoje znajomości, załatwił nam coś znacznie lepszego! Wakacje w parku białowieskim!
Park to park, nieważne jak się nazywa – rzekła naburmuszona Zosia. – I wszyscy się ze mnie śmieją!
Zośka nie wie, co to jest park białowieski – oznajmił Jaś, ocierając oczy. – A nikt z nas jej tego nie wytłumaczył. Nasza wina! Gdyby powiedziała swoim koleżankom i kolegom, dokąd naprawdę jedziemy, to szczęki opadłyby im z wrażenia, ha!
A to jakiś specjalny park? – spytała Zosia ostrożnie, nieco się uspokajając. – Z jakimś, nie wiem... wyjątkowym placem zabaw albo coś w tym rodzaju?
Kochanie – uśmiechnęła się mama. – Park białowieski to nie jest taki zwyczajny park, jaki mamy tu w mieście! Chodzi o Białowieski Park Narodowy! O Puszczę Białowieską! To jest, posłuchaj tylko, wielki, olbrzymi, prastary las, jeden z najstarszych, największych i najpiękniejszych w całej Europie, a może i na świecie!

Po zagadnieniach związanych z prastarym lasem wędrujemy nad morze, bo w rozdziale dziewiątym ("Kropla szczęścia") Wiadomi spędzają wakacje na morskiej plaży i rozmawiają o obiegu wody w przyrodzie i świecie. Okazuje się, że niekoniecznie "woda jest wszędzie", jak twierdzi nowy kolega Zosi, Krzyś. Będzie i eksperyment, i obszerna porada, jak oszczędzać wodę. Wreszcie nastąpi też wizyta w schronisku dla zwierząt.
W rozdziale dziesiątym powraca temat śmieci, tym razem pod wiele mówiącym, choć dwuznacznym hasłem "Z odkurzaczem do lasu". Z jednej strony klasa Jasia uczestniczy w akcji sprzątanie świata, dzieląc się na drużyny oczyszczające poszczególne partie lasu. Równocześnie mowa jest o odkurzaczach i innych elektrośmieciach, zabieranych przez ludzi do lasu i tam zostawianych. Poznamy kolejne szczegóły recyklingu i skutki jego zaniechania, oraz ikony i wskazówki, "Co możemy zrobić, aby nie zanieczyszczać Ziemi i Kosmosu?".
O roli drzew w życiu człowieka i Ziemi przeczytamy w rozdziale jedenastym, zatytułowanym "Drzewo życia", który przybliża też niektóre zajęcia ogrodników i działkowiczów. Skończywszy opowiadanie, możemy zapoznać się z informacjami o Dniu Drzewa, obchodzonym w Polsce 10 października. Po tym relaksującym temacie, na zakończenie książki pojawia się mocny akcent w postaci rozdziału dwunastego. "Te nowoczesne dzieciaki" – to określenie dotyczące Jasia i Zosi jest przeciwieństwem "tej dzisiejszej młodzieży". Bohater książki angażuje się w walkę z pracą dzieci, walcząc osobiście, czyli zaczynając od własnego domu: uświadamiając problem rodzinie oraz podejmując wspólne z nią działania. Do aktywności pobudziło Jasia nie tylko dobre serce i sumienie, ale też szkolne spotkanie "z jakimś podróżnikiem. Zjeździł cały świat, urządza obozy survivalowe, a nawet książki pisze!". W dalszej części opowiadania pada więcej szczegółów i imię – "pan Krzysztof" to zapewne Krzysztof Petek, jak najprawdziwszy wrocławski pisarz i globtroter, autor między innymi "Zaklęcia dla Golema". Oby obaj panowie piszący dla dzieci i bardzo często się z nimi spotykający zdziałali jak najwięcej w materii ekologii i praw człowieka.
Mimo że nie mamy do czynienia z bajką, każde starsze dziecko wyczyta z "Jasia Wiadomego" przynajmniej jeden morał. Nasze przemyślenia po lekturze brzmią następująco: nie krytykujmy wielkich działań i ich skutków, jeśli sami, w naszym małym rodzinno-domowym wymiarze nie dbamy o środowisko oraz prawa człowieka. Zacznijmy od własnego podwórka, a ocalimy świat. Marcin Pałasz podjął się trudnego zadania polegającego na uwrażliwianiu "tej dzisiejszej młodzieży" na krzywdy, jakich doświadcza środowisko (zwierzęta, przyroda i ludzie), pośrednio także od nas. Taka książka może być efektywnym narzędziem pomagającym w wychowaniu młodego, zaangażowanego społecznie człowieka. To publikacja wielostronna, wpływająca też (pozytywnie!) na preferencje i kompetencje czytelnicze dziecka. Wśród utworów literackich przesączonych wiedzą, "Jaś Wiadomy zmienia świat" wyróżnia się bowiem atrakcyjnością i humorem, tę książkę po prostu dobrze się czyta. Szeroka, poważna tematyka nie zniechęca do lektury, ba, autor potrafi zainteresować nawet tych czytelników, którzy wcześniej mieli do czynienia tylko z pozycjami czytanymi z przymusu i bez przyjemności. Książka adresowana jest głównie do dzieci około dziesięcioletnich i nieco starszych, a to wiek, w którym często przesądza się, czy ktoś zostanie molem książkowym, czy na dobre znienawidzi czytanie. Jaś Wiadomy przeciąga na tę dobrą stronę czytelnictwa, ucząc równocześnie, jak na co dzień korzystać z dobrodziejstw Ziemi, nie niszcząc jej.
Bożena Itoya

Marcin Pałasz, Jaś Wiadomy zmienia świat, ilustracje Justyna Hołubowska-Chrząszczak, Wydawnictwo JUKA-91 (MAC Edukacja), Warszawa 2016.

poniedziałek, 11 grudnia 2017

Ada Judytka i zaginiony tałes


Agnieszka Suchowierska na rynku książki dla dzieci i młodzieży debiutowała "Matem i światem", od razu otrzymując nagrodę Książka Roku 2015 Polskiej Sekcji IBBY oraz wyróżnienie w Konkursie Literackim im. Kornela Makuszyńskiego w roku 2016. Drugą publikację adresowaną do młodych czytelników zatytułowała "Ada Judytka i zaginiony tałes", a ja scharakteryzowałabym ten utwór jako literacki skarbczyk wiedzy o zwyczajach Żydów mieszkających we współczesnej Polsce. Książka ukazała się w wydawnictwie Literatura z ilustracjami Doroty Łoskot-Cichockiej. Niewielki format i takaż objętość, atrakcyjny wygląd (twarda oprawa, kolorowe obrazki, gładki papier), duża czcionka oraz załączniki ("Zrób sobie drejdla!" i "Słowniczek") zachęcają do lektury nawet początkujących czytelników, niekoniecznie tych wyznających judaizm. Książka adresowana jest do jak najszerszego grona odbiorców, zachęca do zgłębiania pielęgnowanych w Polsce tradycji różnych wyznań, kultur i narodów. Co prawda dzieci świętujące tak, jak Ada Judytka mogą się z nią identyfikować, ale jednak uważam, że jest to opowiastka głównie dla tych, którzy o świętach żydowskich (w zestawieniu z prawosławnymi, katolickimi i muzułmańskimi) wiedzą niewiele. W ujęciu Agnieszki Suchowierskiej podstawowe różnice między dziećmi polegają zresztą nie na ich pochodzeniu i wyznaniu, ale na tym, czy są grzeczne, czy raczej podrygujące, nieśmiałe, czy "bezpośrednie", jak kolegę Ady określa jej tata, mistrz sarkazmu.

Ja jestem całkiem inna niż ona. Moje pierwsze imię podobno oznacza po hebrajsku "ta, która lubi się stroić", a drugie "Żydówka". Oba dobrze mnie opisują. Ciekawe, czy jest takie imię, które znaczy "ta, która ciągle podskakuje", bo takie pasowałoby do mnie najbardziej. Kiedy idziemy z Ksenią szkolnym korytarzem, ona kroczy niczym jakaś dama, a ja podskakuję jak kangur.
Prowadzę pamiętnik od niedawna, więc nie zdążyłam jeszcze napisać, że mieszkam w Białymstoku.
Moja mama jest Żydówką i Polką, tato jest Polakiem i nie jest Żydem. Mama nazywa się Joanna Lemberg, tata Maksym Siemaszko, a ja jestem Ada Judytka Siemaszko – pół-Polka, pół-Żydówka.
Lubię spotykać się z koleżankami, oglądać filmiki w internecie i interesuję się znaczeniem imion.

Ada jest dzieckiem o bardzo silnym charakterze (nie jestem pewna, czy takie zdarzają się w rzeczywistości), potrafi zidentyfikować siebie i na podstawie własnej indywidualności, i w zestawieniu z rówieśnikami, ale także dzięki związkom z rodziną. Interesująco wypada zwłaszcza relacja dziewczynki z tatą, który "jest Polakiem i nie jest Żydem". Warto zwrócić uwagę, w jak piękny, aktywny i wspierający sposób uczestniczy on w wychowaniu córki "pół-Żydówki". Wakacje w Izraelu to jedno, udział w świętowaniu żony i córki wręcz wzrusza, a do tego dochodzą jeszcze rodzinna bliskość i wspólne szaleństwa nijak z wiarą niezwiązane – tylko ludzie, którym jest ze sobą naprawdę dobrze, mogą wybrać się na wycieczkę dookoła bloku, z pustymi walizkami, w deszczu.
Rodzina Ady Judytki rusza też na nieco większą wyprawę: do Warszawy. Warszawski akcent ucieszy czytelników mieszkających w stolicy, poczują się wyróżnieni, w końcu w ich mieście znajdują się muzeum i synagoga na tyle wyjątkowe, że pielgrzymują do niej bohaterowie książki. Tylko dlaczego nie mają swojego kościoła w Białymstoku? Ada wspomina kolegom, że rzadko bywa w synagodze. Jesteśmy co prawda świadkami tej jednej wizyty, zrelacjonowanej w sam raz dokładnie, tak, by zainteresowała, a nie znudziła czytelników, jednak mnie jakoś bardziej dotknął opis pustki związanej z brakiem świątyni w rodzinnym Białymstoku.

Aha, skoro wierzycie w Boga, to znaczy, że wasza religia jest taka sama jak nasza – wywnioskował Kuba.
Milczałam, bo nie wiedziałam, co mu powiedzieć, ale najwyraźniej mu to nie przeszkadzało.
Chodzisz do kościoła czy do cerkwi? – dopytywał Kuba.
Żydzi nie chodzą do cerkwi – zauważyła Ksenia.
Chodzę do synagogi, ale rzadko – powiedziałam.
W niedzielę? Czy w Białymstoku jest synagoga? – drążył temat.
W szabat. Kiedyś była, i to niejedna, ale to było bardzo dawno temu, przed wojną. Mama mi opowiadała.
Trochę to dziwne – zamyślił się Kuba.
Moim zdaniem to wcale nie jest dziwne, ale nie chciałam się z nim kłócić. Może jeszcze kiedyś o tym porozmawiamy. Powiem mu, że judaizm, chrześcijaństwo i islam pochodzą od tego samego źródła – Tory, która dla chrześcijan jest pięcioma pierwszymi księgami Biblii – i od patriarchy Abrahama. Dlatego te trzy religie nazywają się abrahamowymi. Jest w nich wiele podobnych treści. Ciekawe, czy o tym wie?
Ale na razie jeszcze za słabo znam Kubę.

Książka Agnieszki Suchowierskiej okazała się przyjemna w lekturze i miła do słuchania, bo tekst jest bardzo muzyczny, dzięki piosenkom w różnych językach (polski, ukraiński, hebrajski) i melodiom tych języków. Hebrajskie słowa oraz sam język występują tu jako punkty orientacyjne, ważne na mapie duchowej, ale też istotne w codzienności dziecka. Wychowanie w dwujęzyczności posiada wiele atutów, a od jakiegoś czasu jest też modne, stąd ten aspekt książki może zainteresować wielu rodziców. Ada jest niewątpliwe osobą inteligentną, otwartą, potrafi znaleźć się w wielu sytuacjach, nawiązywać kontakty, przełamywać bariery. To właśnie są cechy i umiejętności wiązane przez specjalistów z kompetencjami dziecka dwu- i wielojęzycznego.
Forma literacka książki i jej język są proste, przystępne, bardzo łatwo przyswajalne. Autorka pisze naturalnie, przekazując dokładnie to, co zaplanowała – bez zbędnych słów, opisów i wniosków. Nie mówi: "zobaczcie dzieci, trzeba być tolerancyjnym, Ada Judytka jest taka, jak wy", ale pokazuje to opowieścią, samą bohaterką, jej relacjami z rodziną i przyjaciółmi. Wiedza Ady o żydowskich tradycjach i przedmiotach związanych z religią przekracza znacznie wiadomości, jakie posiadają zazwyczaj jej rówieśnicy, niezależnie od wyznania. Dlatego też część wiedzy może małym czytelnikom wpaść jednym uchem (lub okiem), a wypaść drugim, ale Agnieszka Suchowierska przygotowała też zwięzły, przejrzysty słowniczek, skutecznie podsumowujący oraz porządkujący zdobyte wiadomości. Rzadko trafiamy na książki opisujące dziecięcą duchowość, podejście młodych bohaterów do religii, ich przeżywanie Boga. To po prostu nie jest modne, zazwyczaj autorzy skupiają się na problemach szkolnych, kontaktach z grupą rówieśniczą. Szkoda, że tak mało mówi się o udziale religii w budowaniu tożsamości dziecka (w tym młodzieży). Na szczęście istnieje "Ada Judytka i zaginiony tałes", oby powstały też opowieści o dzieciach innych wyznań, w mniejszym lub większym stopniu, świadomie albo biernie uczestniczących w życiu religijnym: świętach, zwyczajach, może posługujących się innym językiem, spędzających wakacje w miejscach wybranych nie bez powodu. My zaś nie musimy szukać jakiejś głębokiej, religijnej przyczyny, by sięgać po "Adę Judytkę" i podobne jej publikacje, po prostu dbając o wszechstronny rozwój dziecka trzeba mu pokazywać różne odsłony literatury, dzieciństwa i życia we współczesnej Polsce.
Bożena Itoya

Agnieszka Suchowierska, Ada Judytka i zaginiony tałes, ilustracje Dorota Łoskot-Cichocka, Wydawnictwo Literatura, Łódź 2017.

Mali bohaterowie


Wznowienie książki "Mali bohaterowie" Barbary Gawryluk było potrzebne, bardzo nas ucieszyło i nie powinno przejść bez echa. Poprzednie wydanie od dawna było niedostępne, a nową edycję z ilustracjami Anny Wielbut zapewniło wydawnictwo Literatura. Mówiąc najprościej, jest to zbiór opowiadań o dzieciach, które uratowały komuś życie. Krótkie, nieskomplikowane historie czyta się dobrze, szybko, a zainteresowanie jeszcze wzrasta, gdy z opisu okładkowego dowiadujemy się, że Iza i Nikola, Przemek, Karolinka, Duży Damian, Kuba, Mały Damian oraz Marta, Ada i Sandra istnieją naprawdę i zrobili dokładnie to, co opisała autorka. Barbara Gawryluk para się nie tylko pisarstwem, ale i dziennikarstwem, styl jej opowiadań oraz powieści bardzo nam odpowiada, bo jest bezpośredni, bezpretensjonalny oraz bezkonkurencyjny. Oczywiście, każdy może stanąć w szranki z naszą ulubioną krakowską pisarką i starać się zainteresować jedenastoletniego fana komiksu, fantastyki i kryminału utworami ocierającymi się o literaturę faktu (w dodatku dla młodszych dzieci), ale jak dotąd tylko opowiadania z tomów "Bazylia", "Pudełko pełne kotów" i (zwłaszcza!) "Mali bohaterowie" zajęły mojego syna tak, że polecił mi czytać je (na głos) od deski do deski, żałując potem, że już się skończyły.

Po chwili dotarło do niego, że coś złego dzieje się z rodzicami i że trzeba wezwać pomoc. Złapał telefon mamy, leżący na stole w kuchni.
Proszę pani! Moi rodzice są nieprzytomni, mama leży na podłodze, tata w łóżku, nic nie mogę zrobić, nie chcą się obudzić. Nie wiem, co się stało.
Spokojnie, powiedz, skąd dzwonisz.
Nazywam się Damian. Mieszkam w Niestępowie, w takim małym domu przy głównej ulicy. Numer 10.
Czy oprócz ciebie i rodziców jest ktoś jeszcze w domu?
Tak, mój mały braciszek, on ma dopiero pięć lat. Ale cały czas śpi w naszym pokoju.
A ty ile masz lat?
Dwanaście. Chodzę do piątej klasy.
A rodzice, gdzie oni leżą?
W swoim pokoju, połączonym z kuchnią, mama chyba chciała wstać i upadła na podłogę.
Już zawiadamiam pogotowie. Zapal światło w domu, żeby wiedzieli, gdzie mają się zatrzymać. Nic się nie bój, zaraz będzie pomoc.

Każdy tekst został zatytułowany imieniem lub imionami osoby lub osób, które na pierwszej stronie są zwykłymi dziećmi, a na ostatniej – małymi bohaterami. Oprócz tytułu opowiadanie zyskuje jeszcze wyróżnienie graficzne, a mianowicie określane jest przy pomocy jednej barwy. Ilustratorka (Anna Wielbut) przeniosła bowiem kolory i ikony zastosowane w spisie treści na oprawę graficzną opowiadań, do szaro-białych ilustracji dodając zawsze motywy (tytuł, elementy ilustracji, na przykład ubrania postaci, wstawki komiksowe) tylko w danym kolorze. Zielona trawa towarzyszy historii Izy i Nikoli, które na poboczu drogi w pobliżu swojej miejscowości ratowały życie kierowcy skutera. Przemka zapowiada błękitna woda, w jakiej lubimy pływać latem, niekoniecznie na strzeżonych kąpieliskach... Opowiadanie o Karolince opatrzono ciemnoróżowym sercem, bo zadbała o kogoś bardzo bliskiego, kto dostał ataku serca. Dużemu Damianowi towarzyszy niebieska śnieżynka, bo ocalił całą rodzinę przed zaczadzeniem w mroźną noc. Kubę oznaczyć było trudniej, żółto-pomarańczowa kulka może ewentualnie kojarzyć się z wizjerem, przez jaki powinniśmy wyglądać, by nie wpuścić do mieszkania złodzieja. W pełni czytelny jest za to płomieniście pomarańczowy rozdział o Małym Damianie, który też miał do uratowania z pożaru więcej niż jedną osobę. Marta, Ada i Sandra pokolorowane zostały na fioletowo, a widniejący przy ich imieniu kanciasty dymek nie oznacza wybuchu ani zabawnej wstawki z komiksu, tylko wołanie o pomoc, której dwie siostry i ich koleżanka musiały udzielić na ulicy obcemu, nieoddychającemu człowiekowi. Dzieci z opowiadań reagują różnie na próbę odpowiedzialności i umiejętności szybkiego reagowania, niektóre płaczą, krzyczą, zamierają w bezruchu, ale ostatecznie zawsze zachowują się prawidłowo, działają skutecznie i doprowadzają swoje historie do szczęśliwego zakończenia.
Mali bohaterowie są w różnym wieku, od około sześciu do około trzynastu lat (najstarsi planują gimnazjum), a do ich grona w każdej chwili mogą dołączyć i nasze dzieci. Warto więc czytać zdanie po zdaniu, jak należy zachować się w sytuacji zagrożenia czyjegoś życia, gdy ręce drżą i ledwie można sobie przypomnieć trzycyfrowy numer telefonu.

Może potrzebuje pan pomocy? – Nikola była najodważniejsza. Reszta chowała się za jej plecami.
Nie, dziękuję – odpowiedział niewyraźnie i w tym momencie udało mu się włączyć silnik.
Wsiadł na skuter i odjechał. Dzieci widziały, że niezbyt pewnie czuje się na siodełku.
Jedziemy, moje lody też już zjedzone! – zawołała Nikola i pierwsza ruszyła w stronę wioski.
Przejechali kilkaset metrów i nagle przerażeni zobaczyli na poboczu wywrócony skuter. Szybko podjechali i zeskoczyli z siodełek.
Piotrek, Darek, pomóżcie! – Nikola była pierwsza przy skuterze. – Przygniótł go skuter! Trzeba go wydostać!
Czwórka dzieci z trudem podniosła skuter i odciągnęła na bok. Na trawie, twarzą do ziemi, leżał znany im już mężczyzna.
Proszę pana! – zawołała Nikola. – Nic się panu nie stało?
Ale mężczyzna nie reagował.

Książka Barbary Gawryluk jest również solidną charakterystyką współczesnej polskiej młodzieży, choć przecież nie jej dogłębną analizą, bo tego nie można oczekiwać po krótkich opowiadaniach. Mimo wszystko otrzymujemy interesujący przekrój społeczny: dobrze przedstawione są sytuacje dotyczące tych, którzy do szkoły dojeżdżają z daleka, gimbusami, ale też dzieci bawiących się na podwórku z kolegami z bloku, wszędzie biegających samopas, na piechotę, ulicami albo uliczkami, o niektórych zaś nie wiemy, gdzie mieszkają i nie ma to znaczenia. To ewenement, bo bohaterami książek dla dzieci i młodzieży są w większości mieszkańcy wielkich i nieco mniejszych miast, specyfikę życia malutkich miejscowości oddaje się w literaturze jakoś trudniej i mniej chętnie. Wieś przeważnie pojawia się jako miejsce wakacyjnej zsyłki nastoletnich mieszczuchów, dom dziadków, sposób na oczyszczenie, ale nie scena wieloletniej codzienności. Autorka "Małych bohaterów" zagląda właśnie tam, gdzie wielkomiejski styl życia i gadżety nie odgrywają pierwszorzędnej roli. I chwała jej za to, bo coraz trudniej jest nam przeżywać ciągle na nowo powielane po stokroć scenariusze. Książka, zdawałoby się, tak przyziemna i codzienna okazała się czymś wyjątkowym, niezapomnianym. Wracaliśmy do niej już dwa razy i na pewno przeczytamy jeszcze kilkakrotnie.
Bożena Itoya

Barbara Gawryluk, Mali bohaterowie, ilustracje Anna Wielbut, Wydawnictwo Literatura, Łódź 2017.

czwartek, 7 grudnia 2017

Kto pocieszy Maciupka?

Włóczykij, Buka czy Hatifnatowie są postaciami nie tylko z moich dziecięcych lektur, ale też snów i marzeń. Chwile spędzane z nimi były tak intensywne, że w moich wspomnieniach splotły się z prawdziwymi wydarzeniami. I wcale nie chodzi o bardzo wczesne dzieciństwo, bo książki Tove Jansson pochłaniałam mając już naście lat. Pewnie wtedy zdecydowało się, co będę czytać przez resztę życia. Dziś małym i dużym muminkofilom oferuje się znacznie więcej, bo obok głównej serii o Muminkach (w kilku edycjach) na rynku dostępnych jest wiele publikacji pobocznych ze świata skandynawskich trolli. Gratką dla wielbicieli Tove Jansson będzie na pewno jej bogato (i kolorowo!) ilustrowana, niemal obrazkowa książka "Kto pocieszy Maciupka?" z 1960 roku, w Polsce wydana między innymi przez Naszą Księgarnię (w przekładzie Teresy Chłapowskiej z 1980 roku).
W czasach urodzaju na "przewrotne bajki" o silnych księżniczkach bardzo dobrze czytało mi się opowieść o słabym księciu, który właściwie jest takim sobie, niewidocznym dla ogółu dzieckiem lasu, a nie jakimś wyjątkowo charakterystycznym, powszechnie znanym królewskim synem. Maciupek zasłużył na swoje imię oczywiście wzrostem, ale częściowo też oczekiwaniami. Nie spodziewa się, że świat da mu coś sam z siebie, obsypie go przyjaciółmi i szczęściem, więc sam wyrusza na poszukiwania pocieszyciela. Tą podróżą pośrednio walczy o prawa wszystkich maluczkich. Po pierwsze, o prawo do bycia dostrzeganym. Po drugie, o prawo do strachu. A najważniejsze: o prawo do bycia sobą, jakimkolwiek.
Książka "Kto pocieszy Maciupka?" jest mocno zakorzeniona w opowiadaniach o Muminkach i choć akurat tych trolli Maciupek nie spotyka, to na jego drodze stają Filifionki, Homki, Paszczaki, Włóczykij, Buka, Hatifnatowie, Mała Mi i Mimbla. Jest to ten sam świat, ale za sprawą poetyckiej narracji oraz artystycznych ilustracji zyskuje trochę inną atmosferę niż w Muminkowym kanonie.

Żył sobie raz mały Maciupek
w osobnym domku, całkiem sam.
I nawet bardziej był samotny,
niż mu się wydawało, kiedy wieczorem
zapalał wszystkie lampy, jakie miał,
i chował się pod kołdrę, kwiląc ze strachu.
Na dworze spacerowały Paszczaki
wielkimi, ciężkimi krokami,
gdzieś daleko w mroku nocy zawodziła Buka.
Wszędzie zamykano drzwi i wszędzie paliły się lampy,
a biedne, wystraszone stworzonka pocieszały się wzajemnie.
Lecz kto pocieszy Maciupka i powie mu,
że w nocy wszystko, co okropne
wydaje się jeszcze gorsze, niż jest?

Maciupek mieszka w czarno-białym domku, w którym jedynym kolorem jest żółć płomienia lamp naftowych. Wędruje przez niebiesko-zielono-różowawe przestrzenie leśne, trochę egzotyczne, ale nocą zdające się czarno-białymi jak dom. To jednak tylko wrażenie samego Maciupka, bo grający na flecie Włóczykij jest kolorowy, a wokół niego rozkwitają różnobarwne kwiaty. Także nocna impreza wesołych stworzonek leśnych aż kipi barwami, oczywiście w granicach palety określonej przez Tove Jansson (czerń, biel, niebieska, żółta, zielenie, szarości, pomarańczowa, kolor nazywany przez mojego syna cielistym). A Maciupkowy płaszczyk jest szary i smutny jak Buka. Gdy dociera na brzeg morza, robi się bardziej kolorowo za sprawą jego marzeń i planów, wywołanych przez muszle, którymi, jak każdą radością, dobrze byłoby się z kimś podzielić. Rzeczywistość Maciupka rozbarwia się jeszcze bardziej wraz z nadejściem butelki, takiej pływającej w wodzie, niosącej prośbę o pomoc, a dla małego trolla – cel, sens i siłę. Staje się widoczny dla innych, pokonuje barwy nocy napawające lękiem jeszcze bardziej niż czerń i biel jego okolicy, na koniec w dzikim tańcu rozprawia się z własną szarością, by zyskać kolorową nagrodę. Wreszcie będzie miał z kim się dzielić muszlą! Czy raczej muszlę.

"Kto pocieszy Maciupka" jest pozycją obowiązkową w biblioteczce fanów Muminka, ale także uroczą bajką dla każdego dziecka lubiącego opowieści o tajemnicach lasu. Z rzeczywistych zwierząt zobaczymy tu jedynie ryby i nietoperze, ale może również trolle istnieją naprawdę, tylko nie potrafimy ich dostrzec? Ta książka, pozornie dodatkowa i mniej ważna od podstawowych opowiadań, może otworzyć oczy małych oraz większych czytelników na ciekawe zestawienia kolorów i różne (jeszcze bardziej interesujące) osoby, dotąd dla nas niewidoczne. W niektórych nieśmiałych Maciupkach pewnie przebudzi odwagę i nadzieję. Może też po prostu dobrze wypełnić czas oraz poprawić humor, a takich książek dzieci oczekują chyba najbardziej.
Bożena Itoya

Tove Jansson, Kto pocieszy Maciupka?, przełożyła Teresa Chłapowska, Nasza Księgarnia, Warszawa 2017.

środa, 6 grudnia 2017

Opowiem ci, mamo, co robią dinozaury

Gwałtowna, nieposkromiona miłość do dinozaurów dopada zazwyczaj trzy-, czterolatki, u niektórych stan ten trwa krótko, innych dinozauromania ogarnia na całe lata. Książka obrazkowa "Opowiem ci, mamo, co robią dinozaury" spodoba się i krótko-, i długodystansowym wielbicielom prehistorycznych zwierząt. Jest to bowiem małe kompendium wiedzy o dinozaurach, a zarazem artystyczno-humorystyczno-łamigłówkowa wariacja na temat. Niezależnie, ile już się wie o tych niemal bajkowych, a jednak naprawdę niegdyś istniejących stworach, z kartonowym atlasem Emilii Dziubak można się dobrze bawić. Szczerze mówiąc, frajdę miałam nawet ja, może dlatego, że nigdy nie wyrosłam z dinozaurów – jestem fanką filmów o jurajskich parkach rozrywki, a w woskowych wróżbach andrzejkowych zawsze dostrzegam jakiegoś mamuta albo smoka.
Książka zbudowana jest z rozkładówek, pokazujących poszczególne etapy ery dinozaurów (trias, jura, kreda – cztery dwustronicowe plansze, czwartorzęd – taki niemal aktualny...), oraz z kart informacyjnych (Życie na Ziemi, Drzewo życia, Co to są dinozaury?, Dinozaury i inne zwierzęta, Ciekawostki z życia dinozaurów), zawierających konkretne wiadomości oraz ilustracje do nich. Jak na serię "Opowiem ci, mamo" przystało, jest i poszukiwanie różnic (między dwiema wersjami wspaniałego, abstrakcyjnego bloku mieszkalnego dinozaurów), i tematyczny labirynt – tu przedostajemy się podziemnymi korytarzami wydrążonymi między częściami dorodnego szkieletu. Również na rozkładówkach mamy do wykonania pewne zadania, które należy "wyczytać" (a raczej wypatrzeć) z dymków. Opowieść o dinozaurach została częściowo sfabularyzowana, ponieważ czytelnik obserwuje podróż w czasie podjętą przez swojego dalekiego przodka, jaskiniowca. Imć Kudłacz posiada wielką brodę, futrzane wdzianko, maczugę, marchewkę (atrybut pozornie mało istotny, ale chwilami kluczowy) niezbyt inteligentny (chyba z powodu zgryzu à la Simpson), ale sympatyczny wyraz twarzy oraz "wiernego przyjaciela karalucha", obdarzonego równie okazałym, wystającym uzębieniem. Wehikuł czasu ma postać wielkiego jaja, przedstawionego nam w krótkim parakomiksie na dwóch pierwszych stronach książki. Ta kadrowana historyjka i sam pomysł cofania człowieka w czasie przy pomocy jaja, symbolizującego początek, to jedne z mocniejszych akcentów humorystycznych "Opowiem ci, mamo, co robią dinozaury". Poza tym szczególnie ubawiły nas portrety Ziemi w różnych okolicznościach przyrody i czasu, mimika Kudłacza, karalucha, dinozaurów i ptaków, dymkowane dyskusje oraz dywagacje na temat kolorów dinozaurów.
Jeżeli uwzględnić funkcję użytkową publikacji, to oceniam ją jako dobrą: opisy są zrozumiałe, czcionka czytelna, ale zwróciliśmy uwagę, że niektóre obrazki są naprawdę bardzo malutkie. Nie jestem pewna, czy w zamierzeniu autorki właśnie tak miały wyglądać kolory, a przede wszystkim wyrazistość drobiazgu zwierzęcego i roślinnego. Inne wrażenia miałam oglądając wcześniej te same ilustracje w Internecie, cóż, sieć wyłowiła barwy i szczegóły, które w druku ukazały się jako bledsze i mniej ostre. Wydaje mi się, że książka wypadłaby lepiej w większym formacie i na innym papierze, a już ideałem byłaby wystawa plakatów o Kudłaczu w dziecięcym pokoju.
Na wygląd książki, jej atmosferę i percepcję wpływają wszystkie charakterystyczne elementy twórczości Emilii Dziubak: rozłożenie cieni i światła, dające efekt trójwymiarowości i okrągłości postaci, ich oczy (sami wiecie, jakie), zestaw stonowanych kolorów, cała ta uwodzicielska baśniowość i ogólna pocieszność obrazków. Jeśli ktoś jest wielbicielem tej ilustratorki, na pewno zechce skosztować "Dinozaurów", niezależnie od recenzji. Tym, którzy artystki jeszcze nie znają, podpowiem, że występują tu barwy piaszczyste, dżunglowe, na niektórych planszach mroczne i "apokaliptyczne", jak uznał mój syn. Zanurzamy się też w błękitno-zielonej głębi oceanu, nie zaznamy natomiast kolorów słonecznych i kwiecisto-jaskrawych, z wyjątkiem różowej poświaty na jurajskim pejzażu i rozświetlonego wehikułu czasu. Są też płomienie i lawa, ale te światełka zdecydowanie nie wnoszą radości. Z pewnością więc dzieci przyzwyczajone do pastelowych, kreskówkowych klimatów przy tej lekturze mogą doznać pewnego szoku. Proszę się jednak nie obawiać, będzie to pozytywny wstrząs poznawczy: ładnie niekoniecznie znaczy jaskrawo, można się rozpłynąć nad czymś, co nie jest słodkie ani w formie, ani w temacie. Dużo dzieci (małych i większych) lubi stylistykę prac Emilii Dziubak, choć nie jestem pewna, czy najwięcej pochwał nie kierują pod adresem autorki rodzice i inni dorośli, którzy dzięki tym ilustracjom mogą na chwilę wrócić do baśniowego dzieciństwa. Wzdychajmy więc nad "Dinozaurami", wyczekując kolejnych projektów działających na nas jak wehikuł czasu.
Bożena Itoya

Emilia Dziubak, Opowiem ci, mamo, co robią dinozaury, Nasza Księgarnia, Warszawa 2017.

wtorek, 5 grudnia 2017

Mały atlas ptaków Ewy i Pawła Pawlaków


Wśród licznych książek kartonowych ukazujących się w seriach wydawnictwa Nasza Księgarnia, jest jedna pozycja indywidualna, w każdym znaczeniu tego słowa. Nie należy do żadnego cyklu, jest bardzo autorska i "własna", trudno też zaklasyfikować ją pod względem gatunku. Obrazkowa? Ale przecież tyle tu wiadomości, podanych w formie tekstowej i graficznej! To może ilustrowany przewodnik ornitologiczny? Nie do końca, bo tytuł "Mały atlas" nie tłumaczy wszystkiego, tematem nie jest też budowa i wyposażenie karmnika, choć wszystko zaczyna się od "ptasich pyz", przez nas nazywanych "kuleczkami". Przedmiotem zainteresowania w tej książce jest nie domek, a dom dla ptaków, dom Ewy i Pawła Pawlaków.

Przeczytaliśmy w atlasie, że ten ptaszek nazywa się kopciuszek... i że najchętniej zasiedla ruiny. No cóż, nie był to komplement dla naszego domu. Ale i tak zamieszkaliśmy w nim razem z kopciuszkiem...

Autorzy opowiadają nam mniej o budynku, a więcej o jego bezpośrednim otoczeniu – ogrodzie, w którym mieszkają lub przynajmniej bywają rozmaite ptaki. Jest to opowieść osobista, oparta na subiektywnym wyborze gatunków, niekoniecznie najpopularniejszych w Polsce, oraz na kilku typach obrazu. Każdemu opisowi towarzyszy zdjęcie ptaka, ilustracje "rysowane" i takie komponowane z materiałowych wycinanek; niektóre opatrzono też zdjęciem piór albo dziecięcym rysunkiem tajemniczej Hani. Nie ma więc szans, że jakiś sąsiad zza okna zostanie z kimś pomylony lub pozostanie nierozpoznany. Nawet zamieszanie z czapeczkami wróbli i mazurków znajduje rozwiązanie, czytając można też zastanowić się nad pochodzeniem niektórych ptasich "imion".

Podczas mrozów zięba jest zziębnięta. Podobno zimując w naszym klimacie, bardzo ryzykuje. Gdy siedzi na gałęzi, stroszy pióra, żeby zakryć swoje chude nóżki. Wygląda wtedy jak mała puszysta kura na grzędzie.

"Mały atlas" jest przydatny, prosty oraz czytelny pod względem merytorycznym, a także przyjemny dla oka i po prostu sympatyczny. To znakomicie pasuje do obiektów obserwacji, bo przyglądając się ptakom z bardzo bliska – przez szybę balkonu, pojmujemy je z synem przede wszystkim właśnie jako istotki sympatyczne, rozjaśniające dzień, rozweselające. Zależnie od gatunku, przylatują pojedynczo, parami lub całymi bandami, które oczywiście mają swoich nastroszonych przywódców. Jedne ptaki bez oporów dziobią przy dalekich kuzynach, inne czekają, aż w ptasim radiu nastanie cisza w eterze. Są tacy, którzy wypatrują ziarenek jeszcze przed pierwszym przymrozkiem, i amatorzy "kuleczek" zimujący poza Polską, odwiedzający nas dopiero z nastaniem przedwiośnia. Po sezonie dokarmiania na deseczce pod karmnikiem zawsze wyrasta kilka źdźbeł któregoś ze zbóż, a my tęsknimy za sąsiedzkim gwarem, więc niektóre ptaki wpadają ot tak, posiedzieć i chwilę poćwierkać. Wszyscy właściciele karmników znają moc takich historii, ale nie każdy ma talent i wdzięk plastyczny, by ująć je w formie książki obrazkowej. Państwo Pawlakowie są mistrzami w swojej dziedzinie, stąd ich dziełko spełnia wszelkie wymogi i oczekiwania stawiane przed książką do przeglądania przez malucha.
Najmłodsza młodzież sprawnie przerzuca kartonowe karty, na których poznaje: kopciuszka, szpaka, trzy sikory, słowika rdzawego, srokę, wilgę, kosa, dzięcioła zielonego, pokrzewki, dudka, dzwońca, szczygła, makolągwę, sójkę, raniuszka, mazurka (i przy okazji wróbla), rudzika, kowalika, grubodzioba oraz ziębę. Jest to skład dużo bogatszy niż w naszym miejskim mikrokarmniku, ale też wśród skrzydlatych przyjaciół państwa Pawlaków brakuje kilku naszych sąsiadów zza szyby, zwłaszcza tych dużych, lubiących miasta: gołębi, kawek, gawronów, wron, mew. Którymi ptasimi gatunkami chata bogata, tymi rada! Porównywanie, jakie gatunki odwiedzają ludzi w miastach, a które mogą zagościć w ogrodach leżących blisko lasu, znakomicie poszerza wiedzę małych adeptów ornitologii czy ogólnie zoologii.

Ptaki są wszędzie i nawet jeśli o tym nie wiesz, często znajdują się tuż obok. Żeby zobaczyć ich niezwykły świat, wystarczy tylko być uważnym...

Podobizny ptaków są duże, wyraźne i bardzo urokliwe, w sam raz do głaskania i całowania. Każdy z ilustratorów przedstawił bohaterów po swojemu, a ten osobisty charakter książki oddany jest również w treści i wyglądzie tekstu. Zastosowano bowiem czcionkę i ułożenie (lekko pochyłe) poszczególnych segmentów tekstu, które przypominają pismo odręczne. W ten sposób "Mały atlas ptaków Ewy i Pawła Pawlaków" zachęca do komponowania własnych albumów ze zdjęciami, rysunkami, piórami, obserwacjami i wesołymi wspomnieniami. Niechaj powstaną tysiące "Małych atlasów"!
Bożena Itoya

Mały atlas ptaków Ewy i Pawła Pawlaków, ilustracje: Ewa Kozyra-Pawlak i Paweł Pawlak, tekst i zdjęcia: Ewa Kozyra-Pawlak, projekt graficzny: Paweł Pawlak, konsultacja merytoryczna: Stanisław Lubieński, rysunki: Hania Cisło, Wydawnictwo Nasza Księgarnia, Warszawa 2017.

Dziwolągi


"Dziwolągi" są historią pewnego lasu opowiedzianą z perspektywy zwierząt, zwłaszcza niedźwiedzi, bo to one zazwyczaj znajdują się na pierwszym planie, tuż obok czytelnika, i przypuszczalnie pełnią funkcję narratorów. Cristóbal León (tekst) i Cristina Sitja Rubio (tekst, ilustracje) stworzyli oryginalną książkę, a, ze względu na format, nawet księgę obrazkową na temat ingerencji człowieka w przyrodę i współżycia naszego gatunku z innymi. Kiedyś Krecik zmuszony był przenieść się do miasta, przez kilkadziesiąt lat, jakie upłynęły od jego przygody, nic się nie zmieniło: nadal wycinamy w pień lasy, przeganiamy z nich zwierzęta i tworzymy dla dzieci książki pokazujące, dlaczego nie należy tego robić. Cała nadzieja w "Dziwolągach", może to one coś zmienią? Istnieje takie prawdopodobieństwo, biorąc pod uwagę, że tytuł dotyczy po prostu ludzi, a mali czytelnicy mają wielką moc animowania przyszłości. Niezależnie od naszej interpretacji, tak naprawdę nie ma znaczenia, na ile temat jest aktualny w Polsce. Publikacja ukazała się pierwotnie w Szwajcarii, a autorzy pochodzą z Chile i Wenezueli, równie dobrze możemy więc odnosić ją do Puszczy Amazońskiej, co Białowieskiej, lub każdego innego lasu.
Skuteczność tej perełki wydawniczej wynika z zaskakującej koncepcji, wesołości (mimo powagi tematu) i braku nachalności. Zwierzęta wyglądają pięknie, bo realistycznie, namalowano je prosto, niemal po dziecięcemu, i zarazem zachwycająco artystycznie. Zachowanie mieszkańców lasu nieco odbiega od rzeczywistości, bo najpierw się nudzą, potem balują, następnie wspólnie koncypują i działają w sposób niezwykle zorganizowany oraz skuteczny. Współpraca i "współzabawa" nie znają granic gatunkowych, ponieważ widzimy bogatkę siedzącą na ramieniu niedźwiedzia, gniazdo ptasie w rogach jelenia, sowę tańczącą z żabami, lisa rozpaczającego obok zająca, nawet lisa na psie (a zatem zwierzęta dzikie dogadują się z domowymi). Przed takimi sprzymierzeńcami dziwolągi muszą mieć się na baczności. A zwierzęca kooperacja, i ta radosna, i smutna, i oparta na wściekłości, wiąże się bezpośrednio właśnie z działalnością człowieka. Któż inny mógłby wywabić z lasu jego mieszkańców, kusząc beztroską i łatwym kąskiem? Najedzeni i wytańczeni nie mają dokąd wracać, bo ich dom został wycięty, zmieniony w pole pieńków.
Reakcja zwierząt zaskoczyła nas i rozśmieszyła. Oczywiście nie zdradzę dalszego ciągu opowieści, ale w pełni nas ona usatysfakcjonowała, bo uwielbiamy historie szalone, przewracające świat do góry nogami, a "Dziwolągi" niewątpliwie mają w sobie co nieco takiej radosnej anarchii. Również ilustracje burzą porządek, jaki zazwyczaj zastają w swoich książkach dzieci: raz niedźwiedź stoi tyłem do czytelnika i zasłania prawie cały widok, kilkakrotnie kadr obcina bohaterom to kawałek uszu, to znów twarzy, sylwetki, czasem zostaje po kimś tylko ogon albo przeciwnie – sama głowa. Takie ujęcia zbliżają nas do akcji opowieści, zacierają granicę między czytelnikiem a uczestnikiem historii, bo właśnie tak widzielibyśmy ją na własne oczy, gdybyśmy stali wśród zwierząt. Pewnie musielibyśmy wyglądać zza pleców miśka, a ogromu krajobrazu i zwierzyńca nie zmieścilibyśmy w polu widzenia. W wypadku bezpośredniego udziału w wydarzeniach, nasze emocje przypuszczalnie nadawałyby widzianym rzeczom i osobom kolory podobne do tych w książce: bezowocne starania o nowy dom, rozpacz, barwią świat na czerwono, jakby spłynęła na niego krew. Czyja? Cóż, człowiek wycinając lasy sam pod sobą dołki kopie, więc odpowiedź może być dwojaka. Tym bardziej, że złowieszczy ludzie mają skórę w kolorze liliowo-żałobnym. A może to nie trupia siność, tylko po prostu odpłynęło z nich całe człowieczeństwo, którego składowymi są przecież wrażliwość i troska o słabszych? Albo w porównaniu ze zwierzętami jesteśmy najzwyczajniej brzydcy? Proszę poszukać własnej interpretacji, dzieci na pewno będą drążyć temat, zadawać pytania, oceniać, którzy bohaterowie są "ładni" i "fajni", a my możemy dopytać i wysłuchać odpowiedzi, dlaczego tak jest. Potem pozostaje już tylko w końcu zrozumieć, jak książkowe dziwolągi.
Bożena Itoya

Cristóbal León (tekst), Cristina Sitja Rubio (tekst i ilustracje), Dziwolągi, tłumaczenie Maciej Byliniak, Wydawnictwo Dwie Siostry, Warszawa 2017.