cudanakiju.pl

cudanakiju.pl

poniedziałek, 14 sierpnia 2017

Znam to miasto: Paryż, Sztokholm



W biblioteczkach najmłodszych dzieci często goszczą książki obrazkowe będące równocześnie łamigłówkami, takie realizacje hasła "nauka przez zabawę", łączące dwa typy edukacji: oswajanie z określonym stylem plastycznym i kształtowanie koncentracji oraz spostrzegawczości. Są to kolorowe publikacje dużego formatu, których czytelnik, czy raczej oglądacz, ma za zadanie wyszukać i poprawnie zidentyfikować mnóstwo szczegółów: postaci, sytuacji czy barw. Często zabawa z taką książką wspomaga też naukę liczenia. Wszystkie te cechy posiadają urokliwe albumy z serii "Znam to miasto": "Sztokholm" i "Paryż", opublikowane w Polsce przez wydawnictwo Zakamarki, a stworzone przez niemiecką ilustratorkę Judith Drews.
Kartonowe wielkoformatówki o dwóch europejskich miastach charakteryzują się spokojnymi, niekrzykliwymi (a miejscami nawet bladymi) kolorami, białymi twarzami, wesoło-pozytywnym nastrojem oraz nawiązaniami do dziecięcego sposobu rysowania, co dotyczy zarówno wyglądu ilustracji, jak i ich zakresu czy, inaczej rzecz ujmując, punktu widzenia. Rysunki młodszych dzieci przedstawiające sceny z jakiegoś miasta (lub dowolnego innego miejsca) rzadko bywają hiperrealistyczne, podobnie odbieram prace Judith Drews. W książkach "Paryż" i "Sztokholm" znajdziemy pewne symboliczne obiekty, jak Wieża Eiffla, kamienice w Sztokholmie czy jedno z wejść do paryskiego metra, a na tylnych okładkach zamieszczono nawet ogólny plan miast z podziałem na dzielnice, ale nie są to publikacje czysto edukacyjne, które miałyby przekazać solidną dawkę wiedzy i nauczyć topografii miasta. W wieku kilku lat, bo zapewne tyle liczą sobie odbiorcy tych pozycji, ważniejsze jest zapamiętanie pewnych motywów, nabycie jakichkolwiek skojarzeń. I właśnie takie zadanie znakomicie spełniają obie książeczki.
Autorka w każdej z książek w czytelny sposób określiła (słownie i plastycznie) kogo mamy poszukiwać w gęstwinie placów, parków i alejek Paryża oraz Sztokholmu, na jakie pytania powinniśmy odpowiedzieć, co odkryć. Zagadki skonstruowane są tak, że czasem wystarczy krótka, konkretna odpowiedź, a kiedy indziej potrzebne będą bardziej rozwinięte wypowiedzi, zatem z tymi książkami dziecko uczy się poprawnie opowiadać, konstruować wypowiedź uporządkowaną pod względem chronologicznym i językowym.
W Paryżu mamy zbadać między innymi "Co kradnie złodziejaszek Theo?" i "W jakich miejscach ląduje ufo?", ale są też rozbudowane zadania, jak "Prześledź, co robią Minou i Pierre!" czy "Co robi rodzina Parkerów podczas zwiedzania Paryża?". Wspomniane już paryskie (lub ogólnie francuskie) lejtmotywy, takie kulturowe słowa klucze, występują nie tylko w warstwie graficznej, ale i tekstowej – bohaterami poleceń są bracia Montgolfier, Esmeralda i Dzwonnik, mim, Czerwony Kapturek, Marie Skłodowska-Curie i jej córka, czy niewymienieni z nazwiska, ale i tak rozpoznawalni: strojna Coco, Pablo w pasiastej bluzce oraz Edith w towarzystwie ptaszka i nutki ("mały wróbelek o słowiczym głosie"). Do tego wyszukujemy bagietki i francuskie flagi, więc na pewno młody wielbiciel książek-łamigłówek liźnie tu co nieco francuskiej kultury.
Turystyczne, historyczne, bajkowe i kulturowe (z uwzględnieniem kultury popularnej) tropy możemy podjąć również w stolicy Szwecji. Dzięki książce "Sztokholm", złożonej, podobnie jak "Paryż", z pięciu dwustronicowych plansz, prześledzimy między innymi trasy, przygody i statyczne zajęcia księżniczek, królów, trolli, duszków, jednej świętej, dwóch słynnych pisarek tworzących dla dzieci (Astrid i Selmy), pewnej rudowłosej dziewczynki ze sterczącymi warkoczykami i jej małpki, zwykłych, anonimowych postaci ludzkich oraz posągów i obrazów. W całej publikacji najbardziej dostrzegalne są barwy szwedzkiej flagi, co na pewno pozostanie w pamięci i utrwali się na mapie skojarzeń małego czytelnika.
Zabawa z książkami obrazkowymi Judith Drews może zapełnić wiele godzin przedszkolakowi, a nawet młodszemu uczniowi, bo na kolorowych kartach "Paryża" oraz "Sztokholmu" aż roi się od elementów i w tym tłumie nie zawsze od razu znajdujemy to, czego szukamy. Pstrokate trawniki i posadzki sztokholmskich przestrzeni (plenerów i wnętrz) trochę zmęczyły mój wzrok, podobnie mój syn stwierdził, że "mnoży mu się w oczach". Paryskie posadzki i trawniki również są "kropkowane", ale ze względu na bardziej stonowane kolory nie rzucają się w oczy aż tak bardzo. Na pewno więc odkrywanie tajemnic europejskich stolic trzeba sobie dawkować, co można zaliczyć na plus publikacji – zabawy starczy na dłużej.
Bożena Itoya

Judith Drews, Paryż, tłumaczenie Katarzyna Skalska, Tatiana Zgaińska-Filipowska, Wydawnictwo Zakamarki, Poznań 2017.
Judith Drews, Sztokholm, tłumaczenie Katarzyna Skalska, Tatiana Zgaińska-Filipowska, Wydawnictwo Zakamarki, Poznań 2016.

środa, 9 sierpnia 2017

Tylko dla twoich oczu

Opowiadania publikowane w serii "A to historia!" adresowane są do dzieci około dziesięcioletnich i starszych, podobną dolną granicę wieku mają "Detektywi z klasztornego wzgórza". Dojrzalsze nastolatki mogą sięgnąć po powieść Grażyny Bąkiewicz "Mówcie mi Bezprym", a teraz także po "Tylko dla twoich oczu" Katarzyny Ryrych. Nowa pozycja wśród książek historycznych ukazujących się w wydawnictwie Literatura wyróżnia się tematyką i osobą autorki. Wcześniejsze odsłony cyklu "A to historia!" dotyczyły tylko dziejów Polski, a pisane były przez Kazimierza Szymeczkę, Pawła Wakułę i Grażynę Bąkiewicz oraz Zuzannę Orlińską. Tymczasem akcja "Tylko dla twoich oczu" osadzona jest w szesnastowiecznym Krakowie i Pradze, poruszane w powieści zagadnienia dotyczą też ogólnie kultury i społeczeństwa naszego rejonu Europy, a pisarka, która stworzyła postać Jakuba i wkomponowała ją w losy postaci historycznych, dotychczas specjalizowała się w prozie obyczajowej dotyczącej problemów współczesnej młodzieży. Czyżby sytuacja dojrzewającego nastolatka była w jakiś sposób uniwersalna i autorka potrafi przeprowadzić go przez pułapki dorastania niezależnie od epoki, w jakiej przyszło bohaterowi przeżywać ten trudny wiek?

Ile liczysz wiosen? – zapytał Hlava, nie zwracając uwagi na moje zmieszanie.
Bezradnie rozłożyłem ręce. Mogłem liczyć sobie dwanaście lub trzynaście wiosen, ale nikt, nawet babka, nie umiał mi powiedzieć, kiedy przyszedłem na świat. Nie pamiętała tego nawet moja matka.
"To było w roku, kiedy wilki weselników zjadły" – mawiała babka, a matka, jakkolwiek zgadzała się co do pory roku, to nie pamiętała, aby tamtej zimy wilki zjadły kogokolwiek.

Jakuba poznajemy w ponurych okolicznościach i duża część opowieści utrzymana jest w podobnym nastroju. Wiejski chłopiec żyje z podwójnym fizycznym piętnem: kalectwa (ma garb) i znamieniem na twarzy, w tamtych czasach i środowisku uważanym za znak ognia czy szatana. Odtrącany przez rówieśników, a w dużym stopniu też przez rodzinę, znajduje przyjaciela tylko w starej babce-zielarce, również dotkniętej kalectwem i podejrzewanej o konszachty z diabłem. Po śmierci jedynej serdecznej osoby, Jakubowi w rodzinnej wsi grozi niebezpieczeństwo, sąsiedzi gotowi są oskarżyć go o czary, wykluczyć ze społeczności lub nawet doprowadzić do jego śmierci. Rodzice nie potrafią, a może nie chcą, ochraniać syna, a ojciec ostatecznie jest sprawcą odejścia Jakuba z domu, bo podaje go jako stawkę w grze w kości, którą przegrywa. Zwycięzcą w tej rozgrywce okazuje się wędrowny kuglarz, człowiek o wielu umiejętnościach i imionach, mądry, surowy, godny podziwu chłopca, ale, jak prędko się okaże, także obdarzony dobrym sercem. Jakub wyrusza w drogę z Aviusem, w którym tkwi potencjał mistrza, mentora uczącego życia i świata – od podstaw po języki obce, poezję i grę na instrumentach.
Droga kuglarza i jego pomocnika (później: ucznia) prowadzi do Krakowa, a stamtąd do Pragi, towarzyszymy im też w innych punktach podróży, ale tak naprawdę ważniejsze od miejsc są tu relacje między wędrowcami oraz tajemnice przeszłości mistrza Aviusa i jego licznych profesji.
Powieść jest długa (396 stron), ale nie zawiła, mimo stylizacji językowej i poważnej, historycznej aury tekst jest raczej prosty i przystępny dla każdego czytającego nastolatka, nawet niebędącego pasjonatem historii. Autorka nie żałuje nam wątków oraz motywów kryminalnych, miłosnych i odnoszących się do wiedzy tajemnej. Z rosnącym zainteresowaniem czytamy o mistrzu alchemii, tworzeniu Golema, wykradaniu zakrwawionej ziemi czy mandragory spod szubienicy, tajnym bractwie, którego członkowie legitymują się złotym medalionem z cyframi "007" (widocznym na okładce książki), czy wreszcie o mrocznym, kryjącym się w cieniu towarzyszu i stróżu (raczej nie aniele...) Jakuba, wielkim czarnym psie. Upiorny zwierz kręci się przy chłopcu od nocy, w której zmarła babka-zielarka. Ten przerażający wartownik niejednokrotnie ostrzega o śmiertelnym niebezpieczeństwie, a nawet udaremnia zamachy na życie Jakuba.
Mistyczna warstwa powieści przeplata się ze sferą historyczną, która jest jak najbardziej rzeczowa i z niemal filmową dokładnością przekazuje informacje o realiach Europy schyłku XVI wieku: obyczajowości, mentalności, systemie władzy, a nawet o praktyce kupowania tytułu szlacheckiego. Wątpliwości, co zdarzyło się naprawdę, a co jest tylko literacką fikcją, zostają rozwiane na końcu książki, gdzie autorka zamieściła noty biograficzne dotyczące postaci historycznych. Nierozwiązana pozostaje tylko zagadka finału przygód Jakuba, jego późniejszych losów. Może młody kronikarz spisał także swoje późniejsze dzieje i w swoim czasie Katarzyna Ryrych je upubliczni?

Usiadłem z nimi, lutnię pod ręką mając, i słuchałem, co mówią. Byli to najdziwniejsi ludzie, jakich mi dotychczas spotkać przyszło...
Nie dość, że przywodzili na myśl stado ptaków przelotnych, co to jak szpaki obsiądą czereśnię, powietrze wypełnią gwarem, to jeszcze było w nich coś, co nagle obudziło moją tęsknotę za wędrowaniem.

Gdy wiosna stopi lód na rzece,
jak owce zbiegną się obłoki,
jako te ptaki w świat polecę
szeroki...

Kiedy się łąki zazielenią,
zwierzyną bór wypełni wszelką,
serce ucieszy się przestrzenią
wielką...

W izbie nagle ucichło i oczy wszystkich zwróciły się ku mnie. Do mej lutni dołączyły skrzypce i odezwały się ptasie głosy piszczałek. Jakiś chłopiec o dziewczyńskiej urodzie, niewiele starszy ode mnie, jął uderzać w bębenek i ściany wypełniła muzyka.
Ktoś porwał się do tańca i wnet ci, którzy na żadnym instrumencie nie grali, poczęli krążyć dokoła nas...
Po chwili wszyscy podchwycili moją nutę i za mną powtarzali:

Ptaki przelotne, dla nas niebo,
a w świat prowadzą polne drogi,
pójdziemy tam, gdzie nas poniosą
nogi...

Powieść "Tylko dla twoich oczu" przypomina rozbudowaną inscenizację teatralną, w której kolejnych aktach nie brak i poetyckich uniesień, i tragedii, bo śmierć pojawia się już na pierwszej karcie książki i wraca wielokrotnie. Jeśli młodemu czytelnikowi nie zależy na lekturach naiwnych i przesadnie optymistycznych, ale na wyższej rozrywce odwołującej się do innych niż proste wzruszenia poziomów wrażliwości, utwór ten będzie dla niego ciekawym przeżyciem.
Jedyną wadą powieści, zapewne wynikającą z subiektywnego przeżywania świata przedstawionego przez bohatera-narratora, jest zbyt podniosły styl wyrażania się (a nawet myślenia) Jakuba i związane z nim powtórzenia wychwalające mistrza Aviusa lub podkreślające rozpacz płynącą z ciężkich źródeł dorastania.
Wracając do postawionej wyżej tezy, książka Katarzyny Ryrych nie jest uniwersalną opowieścią o dojrzewaniu pod skrzydłami mistrza, tylko powieścią historyczną, która ma zainteresować czytelnika dziejami i tajemnicami naszego starego kontynentu. Kaci, wędrowni sztukmistrze, prascy alchemicy – tak interesującej obsady dawno nie spotkałam w powieści dla młodzieży, a sposób, w jaki ukazana jest Praga, sprawia, że chce się o niej czytać, wędrować po niej i szukać śladów Golema. Nie lekceważcie książki "Tylko dla twoich oczu", może ona obudzić w młodym człowieku czechofilstwo, a to bardzo zaraźliwy i niemal niemożliwy do wyleczenia wirus, wiem z doświadczenia.
Bożena Itoya

Katarzyna Ryrych, Tylko dla twoich oczu, okładka Sylwia Szyrszeń, Wydawnictwo Literatura, Łódź 2017.

Zamkowe opowieści duszka Bogusia


Warszawskie wydawnictwo BIS po raz kolejny zabrało się za literaturę związaną z określonym regionem Polski. Po wyjątkowym projekcie wydawniczym, jakim jest polsko-(górno)śląska książka Magdaleny Zarębskiej "Jak Maciek Szpyrka z dziadkiem po Niszkowcu wędrowali", przyszedł czas na Szczecin, a konkretnie na Zamek Książąt Pomorskich. Druga edycja zbioru opowiadań Moniki Wilczyńskiej "Zamkowe opowieści duszka Bogusia" jest pierwszą pod egidą wydawnictwa BIS i z oszczędnymi, wysmakowanymi ilustracjami Doroty Wojciechowskiej.

Zamek jest miejscem zabytkowym, był siedzibą Gryfitów, czyli dawnych władców Pomorza. Współcześnie mieści się w nim kilka instytucji kulturalnych.

Bohaterem książki jest chłopiec (na tyle duży, że autorka pisze o nim: "Kiedy był mały, zawsze marzył o tym, aby spotkać jakiegoś ducha") bywający często w Zamku Książąt Pomorskich z racji zawodu mamy-muzealniczki. Adaś pewnego listopadowego dnia poznaje dobrodusznego Bogusia, takiego szczecińskiego Kacperka, który raczy nowego kolegę żarcikami i historiami (przeważnie niezbyt wesołymi) o przeszłości zamku oraz okolic. Tak ciekawych lekcji muzealnych nie zapewni żadna interaktywna wystawa.

Pewnego dnia Mateusz zauważył nieprzyjacielskie wojska, które zbliżały się do miasta. Kazał mamie ukryć się w domu, a sam postanowił ostrzec szczecinian. Biegł w kierunku bramy miejskiej najszybciej, jak umiał, bez wytchnienia. Jednak już przy kościele św. Piotra i Pawła...
A wiem, to tuż przy zamku, tak? – przerwał Adaś.
Tak, tak... kiedyś miasta były otoczone murami, a ten kościół znajdował się przed nimi. A więc tuż przy kościele jeden z jeźdźców brandenburskich zaczął go ścigać. Mateusz czuł, że nie ucieknie przed nim. Błagał o cud, bo bardzo chciał dobiec i ostrzec mieszkańców. Nagle poczuł, że zrywa się silny wiatr. Jego nogi stały się ciężkie, a ręce zesztywniały uniesione do góry. Goniący go jeździec również odczuł, że dzieje się z nim coś dziwnego. Po chwili jeździec zamienił się w wielki głaz, a Mateusz...

Legendy ożywają w opowieściach Bogusia, który zazwyczaj osobiście poznał jej bohaterów lub usłyszał relacje z pierwszej ręki. Kilkuletni słuchacz, czy to bohater, czy czytelnik książki, jest zafascynowany bliskością dawnych ponurych dziejów. Opowiadania o Sydonii von Borck, czarnych kotach, Baszcie Siedmiu Płaszczy, platanie Mateuszu, błaźnie Mikołaju, stryju Bazylim, Bogusławie X i Annie Jagielonce czy Ottonie Jageteuflu są ciekawe nawet dla starszego dziecka, a legendy zostały umiejętnie opatrzone otoczką współczesności (szkoła, rodzice, pozaszkolna nuda, przeziębienia...).
Pozycja ta nie ma wysokoartystycznych ambicji, jest to jednak zgrabna kompozycja prostej formy literackiej, wiedzy o historii i kulturze regionu oraz ciekawej interpretacji plastycznej. Wygląd tytułowego duszka i innych postaci nie jest oczywisty ani banalny, ilustratorka podeszła do tekstu w sposób i tradycyjny, i nietypowy. Obrazki zostały umieszczone obok tekstu (bez modnych zabaw edytorskich, przeplatania i uzupełniania słowa obrazem), nie podważają jego dominującej roli, a jednak w istotnym stopniu decydują o dobrym poziomie publikacji. Właśnie za sprawą ilustracji zwróciłam uwagę na książkę Moniki Wilczyńskiej, autorki wcześniej zupełnie mi nieznanej, a pierwsze wrażenie koncentrowało się na oryginalnej kolorystyce: ciemny, zielonkawy odcień niebieskiego, czerń, beż (w środku książki przechodzący w złoto), biel i czerwień, zazwyczaj pełniąca funkcję akcentu (szarfa z tytułem, mały, sierpowaty księżyc, szkatuła). Cieszę się, że mój syn może poznawać różne podejścia do ilustracji dziecięcej i że coraz więcej wydawców decyduje się na współpracę z twórcami unikającymi cukierkowych buź i kolorów.
Lektura "Zamkowych opowieści duszka Bogusia" była więc przyjemnym przeżyciem estetycznym, ale też intelektualnym, bo wzbogaciła naszą wiedzę o legendarium polskim, czy raczej o historii oraz opowieściach ziem należących do dzisiejszej Polski, niegdyś tak różnorodnych kulturowo i językowo. Bardzo ucieszyłoby mnie, gdyby wydawnictwo BIS kontynuowało i wzmacniało ten nurt swojej działalności, prezentując nam kolejne literackie charakterystyki regionów w połączeniu z dobrą polską ilustracją.
Bożena Itoya

Monika Wilczyńska, Zamkowe opowieści duszka Bogusia, ilustrowała Dorota Wojciechowska, Wydawnictwo BIS, Warszawa 2017.

poniedziałek, 17 lipca 2017

Atlas miast



Wydawnictwo Nasza Księgarnia przygotowało w tym roku kilka okazałych publikacji obrazkowych, jedną z nich jest olbrzymi "Atlas miast" (ilustracje: Martin Haake, tekst: Georgia Cherry), pierwotnie wydany w 2015 roku (Aurum Press – The Quarto Group, Londyn 2015). Nie mamy w domu wielu podobnych pozycji (przypominam sobie dwie oraz blok "aktywnościowy" do jednej z nich), na "Atlas miast" spojrzeliśmy więc świeżym okiem, bez zamiaru i predyspozycji do porównywania go z konkurencyjnymi ujęciami.
Książka posiada walory edukacyjne, przekazuje bowiem pewne elementy wiedzy kulturoznawczej, historycznej, geograficznej i ogólnie przyrodniczej, ale należy pamiętać, że jest to przede wszystkim publikacja artystyczna. Po układzie i proporcjach przyjętych w obrazkach poświęconych Warszawie szybko oceniliśmy, że w "Atlasie miast" wszystko jest umowne, subiektywne i nie w pełni poważne. Podtytuł określa rozmiar przedsięwzięcia: ambitni autorzy opracowali aż 30 dwustronicowych plansz, zbudowanych z pewnych ikon kultury (także popularnej) danego miasta, a każdy obrazek opatrzyli krótkim, prostym i bardzo ogólnym podpisem, dodając także jedno- lub kilkuzdaniowy opis miasta, informację o kraju (w którym znajduje się dane miasto), języku i populacji. Dla jasności znajdziemy tu też flagę i zwrot "dzień dobry" lub "cześć" w języku urzędowym albo jego miejscowym wariancie (kangur mówi "G'day"), a dla lepszej zabawy – pięć szczegółów do wyszukania (np. 5 rowerzystów w Kopenhadze, 5 niebieskich czaszek w Meksyku, 5 tangarek w Rio de Janeiro, 5 autobusów wodnych w Amsterdamie).
Ponad połowa miast pokazanych w atlasie leży w Europie (Lizbona, Barcelona, Londyn, Amsterdam, Paryż, Rzym, Berlin, Helsinki, Oslo, Kopenhaga, Sztokholm, Ateny, Stambuł, Praga, Budapeszt, Moskwa, Warszawa), przy czym Warszawa umieszczona została nie w części "europejskiej", ale między Buenos Aires a Hongkongiem. Może nasza stolica znalazła się tylko w polskiej edycji książki? Na to wskazywałaby też informacja redakcyjna o innym autorze tekstów dotyczących Warszawy. Poza Europą, dzięki atlasowi zawędrujemy do Ameryki Północnej (5 miast) i Południowej (3 miasta), Azji (4 miasta oraz wspomniany Stambuł) i Australii (1 miasto). Wybór autorów nie padł na żadne miasto afrykańskie, szkoda, byłoby co porównywać. Informacji o kontynentach i powyższych wyliczeń niestety nie znajdziemy w książce.
Pod względem plastycznym publikacja robi dobre wrażenie, zwłaszcza na dzieciach w wieku wczesnoszkolnym, które mogą nie tylko samodzielnie przeczytać opisy, ale też zrozumieć konwencję artystyczną. Nie jest to bowiem przekaz dosłowny, co można dostrzec już po brązowym kolorze wody w rzece na pierwszej planszy (Lizbona). Postaci narysowane są z przymrużeniem oka, często zajmują swoją osobą całą dzielnicę, czasem mają za duże, kiedy indziej tycie głowy, twarze niejednokrotnie przypominają maski, kolory skóry nie zawsze odpowiadają jakiejkolwiek ludzkiej rasie. Obrazki najogólniej można określić jako nieco geometryczne, bo sporo tu kantów i linii, zwłaszcza w tle (przypuszczam, że mają się one odnosić do prawdziwego planu miasta – podziału na dzielnice i/lub lub ważniejszych ulic). Oryginalna kolorystyka jest wkładem własnym ilustratora, niektóre miasta poznajemy jako pełne barw (Sztokholm, Stambuł, Nowy Jork), inne zapamiętamy jako szare (Berlin), fioletowe (Rzym!), brązowe (Lizbona!), piaskowo-wysuszone (Buenos Aires, Meksyk), mroźne (Oslo). Nie zawsze są to powszechne, pierwsze skojarzenia kolorystyczne z danym krajem lub miastem, ale niewątpliwie wpływają na oryginalność "Atlasu miast".
Koncepcja książki zakłada prezentację specyficznych cech danego miasta: miejsc, zabytków, potraw, zwierząt, wydarzeń, przedmiotów, czasem twórców lub bohaterów literatury. Zwięzły tekst jest równie nietypowy, co strona wizualna atlasu, bo każdy obiekt naniesiony na plan miasta opatrzony jest notatką w trybie rozkazującym: "Pozwól sobie na ciastko...", "Posłuchaj miejscowej orkiestry...", "Wejdź po 299 schodach...", "Zakop skarb w piaskach...", "Zwariuj na punkcie sztuki...", "Pogap się na szklany dach...", "Postukaj obcasami w takt...", "Prześledź historię Meksyku. oglądając piętnastometrowy mural...". Jak widać po ostatnim cytacie, również polska ortografia została potraktowana w sposób artystyczny, ponieważ zamiast przecinków zastosowano kropki, których nie ma za to na końcu zdań (rozpoczynanych tradycyjnie – wielką literą). Tyle rozkaźników w jednej publikacji wydało się nam męczące, jako mało doświadczeni czytelnicy książek krajoznawczych mieliśmy też pewien problem ze zrozumieniem, czemu ma służyć ten atlas-przewodnik (oba terminy pojawiają się w tytule książki): wzywa się nas do odwiedzenia tych miejsc poprzez otwarcie okienka? Nie, tu nie ma żadnych okienek. Może mamy przewrócić stronę, by znaleźć więcej informacji o danym obiekcie? Też nie, na kolejnej stronie jest już inne miasto. Przypuszczam, że nikt nie zabierze tego gigantycznego tomu na włóczęgę po wielkich miastach, dziecko nie zapamięta też wszystkich podanych w atlasie informacji (a są to przede wszystkim nazwy własne), by wykorzystać je w realnej podróży, może je ewentualnie wynotować planując takową, ale czy będzie to uporządkowany indeks? We właściwej części książki nie znalazła się ani jedna data, co istotnie ogranicza możliwość zestawiania ze sobą zarówno skarbów danego miasta, jak i różnych kultur przedstawionych na kolejnych planszach. Bez chronologii (i z pominięciem Afryki) nie nauczymy się za wiele o bogactwie cywilizacyjnym świata, czyli też nie taki był cel autorów. Pozostaje więc ostatnia możliwość, najprostsza, ale też najmniej odpowiadająca tytułowi publikacji ("atlas" i "przewodnik" są terminami o konkretnych znaczeniach) oraz zastosowanemu w niej trybowi rozkazującemu – to artystyczna wizja podróży, zakładająca, że mały czytelnik będzie wędrował jedynie palcem po planszy, bawił się, a nie uczył, przeglądając i zapamiętując tylko niektóre elementy zatłoczonych plansz. Ta książka ma tylko wzbudzić ciekawość świata. W tym zakresie "Atlas miast" sprawdza się znakomicie.
Bożena Itoya

Atlas miast. Podróżuj po świecie z przewodnikiem po 30 miastach, ilustracje: Martin Haake, tekst: Georgia Cherry, tłumaczenie oraz teksty dotyczące Warszawy: Anna Garbal, Nasza Księgarnia, Warszawa 2017.

Gru i Jadwiga kontra Jagiełło

Humorystyczno-edukacyjna seria "Ale historia...", pisana fachowo oraz ciekawie przez Grażynę Bąkiewicz, ilustrowana wesołym ołówkiem Artura Nowickiego i ukazująca się w wydawnictwie Nasza Księgarnia, liczy trzy tomy i kwitnie. Ostatnia (jak dotychczas) odsłona bawi już samym tytułem: "Jadwiga kontra Jagiełło" brzmi jak prasowy nagłówek, i to raczej dotyczący sportowego ringu niż wielkiej historii. Wszystko się mniej więcej zgadza, bo w tej książce historię badają uczniowie, podejmując, na życzenie nauczyciela historii (imć Cebuli), wyzwanie zbliżone do zakładu: kto był lepszym królem – Jadwiga czy jej mąż Jagiełło? Powagi znajdziemy tu tylko tyle, ile jest niezbędne dla zachowania historycznej "czystości" danych, które przekazywane są już w sposób mniej konwencjonalny, bo poprzez wypowiedzi małych (fikcyjnych) bohaterów, ich obserwacje podejmowane "na żywo" w XIV i XV wieku oraz w formie krótkich, zabawnych komiksów. Poza graficznymi wstawkami i tradycyjnymi ilustracjami mamy do czynienia z przygodowym opowiadaniem czy też minipowieścią, bez historycznych notek, przypisów i wykładów. To czysta beletrystyka, choć autorka odwołuje się do licznych ciekawostek i faktów z dziejów Polski.
Bohaterem każdej trzeciej serii "Ale historia..." jest inny uczeń tej samej klasy. W "Mieszko, ty wikingu!" poznaliśmy Aleksa, w "Kazimierzu, skąd ta forsa?" przez historię prowadziła nas Zuzka, a "Jadwiga kontra Jagiełło" należy do Grubego.

Cześć, jestem Gruby. Naprawdę mam na imię Karol, ale jakoś nikt o tym nie pamięta. Nawet w domu mówią na mnie Gru, co podobno było pierwszym słowem skierowanym do mnie przez mojego młodszego brata. Że niby taka pamiątka, ale przecież wyraźnie słychać, że to skrót od Grubego, i świadczy raczej o tym, że mój brat już pierwszym słowem chciał mnie obrazić. Nie skarżę się, bo w końcu na pierwszy rzut oka widać, że jestem za gruby. Już ze sto razy próbowałem zerwać ze słodyczami, ale na postanowieniach się kończy. No cóż, każdy ma jakąś słabostkę. Chociaż nie, nie każdy. Mój brat jest idealny, w dodatku nie lubi cukierków. Podobnie jak rodzice. Wszyscy w tej rodzinie (poza mną) jedzą sałatę, liczą kalorie i mają sprawy pod kontrolą.

Karol vel Gruby vel Gru jest bardzo wdzięcznym bohaterem, chyba bardziej ludzkim od poprzednich, może dlatego, że mniej przebojowym i bliższym zwykłym dzieciom, do jakich zapewne zaliczają się czytelnicy. Czytając książkę pozornie traktującą tylko o historii, poznajemy jedną z wielu rodzin oraz należącego do niej chłopca, który ma i kolegów, i kompleksy, i marzenia – jak każdy młody człowiek. Trochę śmiejemy się z tego, co myśli i mówi, ale głównie kibicujemy mu, mamy nadzieję, że zostanie dostrzeżony i doceniony przez swoje środowisko, zwłaszcza rodzinne, bo tego pragnie chyba najbardziej.
Niektóre problemy świata przedstawionego odbiegają od naszych, współczesnych, bo rzecz dzieje się w przyszłości i rodzice Grubego borykają się na przykład z wymianą starego samochodu na kapsułę do przemieszczania się w przestrzeni. Również nauczanie historii przebiega inaczej niż w szkole choćby mojego syna, i właśnie dlatego książki Grażyny Bąkiewicz są takie ciekawe dla czytelników, nawet tych początkujących.

Wciskając guzik, patrzyłem na drzwi, czy aby w ostatniej chwili się nie otworzą i ktoś nie powstrzyma startu. Ale nie. Udało się. Hurra!
Szuuuu... mknąłem przez warstwy czasu. Jak mówię "mknąłem", to nie jest to żadna przenośnia. Ławki Cebuli, w przeciwieństwie do publicznych środków transportu, przenoszą w przeszłość błyskawicznie. Wystarczy wstrzymać oddech i już jest się dawno temu.
Raz, dwa, trzy... i wylądowałem. Szczęśliwie w jednym kawałku, chociaż nieźle zagruchotało, gdy osiągnąłem cel. Ale ławka się nie rozsypała i zaraz zniknęła w czasoprzestrzeni. Cebula przyśle ją we właściwej chwili.

Te niewielkie próbki tekstu dobrze pokazują, jakim językiem pisane są książki z cyklu "Ale historia...": zwięzłym, lekkim, elastycznym, niemal potocznym, ale nadal poprawnym i skodyfikowanym, odpowiadającym podręcznikom. Ta charakterystyka znakomicie odpowiada także obrazowi historii, jaki przekazują autorka i ilustrator. Naprawdę żałuję, że podobnych publikacji nie było w moim dzieciństwie (lub na nie nie trafiłam) i dzieje Polski jawiły mi się zbiorem dat oraz nudnych opisów koligacji władców. Książka "Jadwiga kontra Jagiełło" oswaja z egzotyką dawnych wieków i porządkuje wiedzę już na samym początku jej zdobywania, bo w polskich szkołach dzieci dostają podręcznik do historii w czwartej klasie, w wieku dziesięciu lat, a po serię "Ale historia..." mogą sięgnąć nawet wcześniej.
Władysław Jagiełło, Jadwiga Andegaweńska i inne postaci historyczne przedstawione zostały w ciekawy, często wesoły sposób, jako osoby, które moglibyśmy minąć na ulicy i trochę je poznać, jak politycy, o jakich słyszy się na co dzień w mediach (bo zakładam, że dzieci o nich nie czytają). Pojawia się też wątek przedmałżeńskiej miłości młodej Jadwigi, porywający dla dziewcząt po obu stronach książki. Chłopcy pewnie zainteresują się opisami Krakowa i wzmiankami o bitwach, oblężeniach oraz szpiegach. Do Krzyżaków dołączy nawet jeden z uczniów (określenie "kolega" nie bardzo tu pasuje) z klasy Grubego, jeśli czytaliście poprzednie książki z tej serii, zgadnijcie, który? Powrót w pełnym składzie z wycieczki w czasie będzie ostatnim, ale też najtrudniejszym zadaniem, jakie Grubemu i jego kompanii wyznaczy profesor Cebula.
Zaletą i specyficzną cechą tej historycznej przygody jest, pod kolejnym już względem, charakter bohatera. Gruby to smakosz, w podróżach do przeszłości najbardziej interesują go przepisy na słodycze. Dzięki temu z lektury dowiemy się dużo o wyposażeniu czternasto- i piętnastowiecznej kuchni, sposobach przyprawiania oraz podawania potraw, pracy kucharza, zwyczajach przy stole, a nawet poznamy przybliżoną cenę cukru. Wszystko to zostało smakowicie doprawione obrazkami Artura Nowickiego, tym razem jeszcze bardziej satysfakcjonującymi, pełnymi humoru, szczegółów, śmiesznych min, cieni (łącznie ze śladami po poruszonych i znajdujących się już gdzie indziej przedmiotach), szczerbatych uśmiechów i wciąganych do przeszłości, rozciągniętych postaci. I choć kolor pojawia się tylko na okładce, są to ilustracje wyjątkowo barwne oraz nowoczesne.
Jeśli wasze dzieci lub podopieczni jeszcze nie zetknęli się z cyklem "A to historia...", koniecznie zadbajcie o uzupełnienie tej luki. Można zacząć nawet od książki "Jadwiga kontra Jagiełło" – mimo że jest to trzecia część, wszystkie elementy świata przedstawionego zostały czytelnie objaśnione i są zrozumiałe dla debiutującego konesera historii Polski w ujęciu obrazkowo-przygodowym.
Bożena Itoya

Grażyna Bąkiewicz, Jadwiga kontra Jagiełło, ilustracje Artur Nowicki, seria Ale historia..., Nasza Księgarnia, Warszawa 2017.

Mój przyjaciel Stefan


"Mój przyjaciel Stefan" Evy Lindström jest jedną z książek, które polecił mi mój syn, mówiąc, że muszę przeczytać, bo mi się spodoba. Skąd wiedział? Oboje lubimy trochę "szalone" książki i filmy, w których nieprzewidywalność przeważa nad racjonalnością. Także w tym szwedzkim opowiadaniu, a właściwie literacko-graficznej opowiastce, istoty oraz sytuacje znane nam z rzeczywistego świata mieszają się z fantastycznymi zdolnościami i motywami. Oboje bawiliśmy się świetnie, ponieważ zagłębieni w lekturze nie mieliśmy pojęcia, co wydarzy się na kolejnej stronie, a ponadto książka ma niepowtarzalną atmosferę i kompletnie nie potrafię jej przypisać do czegokolwiek, co wcześniej czytaliśmy.

Miał na imię Stefan i pochodził z południa kraju. Sprzedał dom rodzinny i przeprowadził się do miasta. Przez jakiś czas pracował jako sowa w przeróżnych programach przyrodniczych. (...) Teraz miał inną pracę. Wiercił dziury w ścianach sklepów, żeby potem ktoś mógł zawiesić półki, na których położy się rzeczy na sprzedaż. Te dziury śniły mu się po nocach. Były wszędzie, cały świat pełen dziur. Stefan budził się zlany potem.

Tytułowy Stefan jest puszczykiem, poznajemy go, gdy występuje w filmach, i choć pozornie nie ma w tym nic dziwnego, bo są to filmy przyrodnicze, jednak Stefan odgrywa role – jest aktorem. Chyba naturszczykiem, ponieważ nie pozostaje długo przy tym zajęciu. Naturalne poszukiwanie swojego miejsca w świecie wypełnia całą książkę. Pewnie nie każdy doceniłby, że za przyjaciela ma takiego wagabundę, to ten typ znajomych, których trochę się unika i pokpiwa z nich za ich plecami, ale mała narratorka "Mojego przyjaciela Stefana" jest pełna zrozumienia i ciepłych uczuć.

Tęskniłam za nim. Dlatego ucieszyłam się na widok ogłoszenia w gazecie:
SZKOŁA LATANIA U STEFANA
TEORIA I PRAKTYKA
TEL. 12345467865
Zadzwoniłam. Zajęcia właśnie się zaczynały i Stefan powiedział, że mogę chodzić za darmo. Po starej znajomości.

Można pomyśleć, że przyjaciółka Stefana nie będzie dobrym kursantem, skoro jest dziewczynką, a nie ptakiem. Rzecz w tym, że wielozawodowy puszczyk uczy latania właśnie ludzi, czasem nawet osiągając sukces. Robi się więc coraz bardziej nieprawdopodobnie, ale spokojnie, trafimy jeszcze na ziemię. Stefan chwyta się bowiem kolejnych zajęć i znajduje nawet wspólnika, a charakter ich współpracy oraz sposób bycia niepokojąco przypominają historie, o jakich czasem słyszymy w mediach (albo obserwujemy na osiedlowych ławeczkach).

Ten Borys był sową innego gatunku. On i Stefan mieli plany których nie chcieli mi zdradzić. Wkrótce miało z tego wyjść coś naprawdę świetnego. Teraz jednak szwendali się tylko i objadali klementynkami. Zaproponowali, żebym poszwendała się z nimi, ale nie miałam ochoty.


Wolny ptak Stefan jak zwykle goni za jakąś ideą, wpada w kłopoty, ale nadal jest sobą i ciągle ma przyjaciółkę. Choćby byli daleko od siebie, nie utrzymywali kontaktu, ta więź jest najprawdziwszym, najbardziej namacalnym elementem opowieści. Przyjaźń na odległość może być akumulatorem zasilającym, gdy to co blisko zawodzi, cieszę się, że taka relacja została pokazana w książce dla młodych czytelników.
Historyjkę zilustrowała autorka, nie dziwi więc idealne zgranie obrazu i tekstu. Twarz Stefana została jakby "wyprowadzona" z wyglądu prawdziwego puszczyka, bardziej nieprawdopodobna wydaje się natomiast dziewczynka, która równie dobrze mogłaby być panią w średnim wieku lub staruszką. Scena latania kojarzy mi się z różnymi obrazami tkwiącymi gdzieś w zakamarkach mojej pamięci, chyba najbardziej z Chagallem, choć kolorystyka jest zupełnie inna, a i twarze nie przypominają tamtych. Książka utrzymana jest w łagodnych barwach (po lekturze zapamiętaliśmy głównie jasnoszary oraz bladożółty) i konwencji dziecięcego rysunku. To bardzo spójne i wielostronne dziełko literacko-plastyczne, trochę zahaczające o nowoczesną, ilustrowaną powiastkę filozoficzną dla najmłodszych (i trochę, a nawet całkiem starszych).
Dzieci często zauważają, gdy coś nie gra w książce lub filmie: dziecko tak by nie powiedziało, nie ma takich ładnych mieszkań ani grzeczniutkich rozmów na przerwach... Jednak kiedy cała opowieść kwitnie abstrakcją, pytanie "ale jak to?" czy komentarz "to nie możliwe!" nie pada ani razu. Młody czytelnik chłonie tę atmosferę, wczuwa się w bajkowo-rzeczywistą akcję i niczego autorowi nie zarzuca. Tak właśnie został odebrany w naszym domu "Mój przyjaciel Stefan".
Bożena Itoya

Eva Lindström (tekst i ilustracje), Mój przyjaciel Stefan, przełożyła ze szwedzkiego Marta Wallin, Wydawnictwo Zakamarki, Poznań 2017.

poniedziałek, 10 lipca 2017

Peter i Lena. Dwa opowiadania


W 2017 roku wydawnictwo Zakamarki obchodzi 10-lecie istnienia, a mój syn ma akurat 10 lat doświadczenia jako czytelnik bibliotek dla dzieci i młodzieży. Pamiętam zachwyt początkującej mamy, jaki ogarnął mnie gdy jakoś w 2008 roku odkryłam, że Astrid Lindgren, literacka fascynacja mojego dzieciństwa, nadal jest w Polsce autorką popularną, często publikowaną, a na półce bibliotecznej stoją nie tylko klasyczne lektury, jak "Dzieci z Bullerbyn", ale i krótsze formy, w dodatku wydane dopiero co i w kolorze. W sam raz dla młodszego przedszkolaka, pomyślałam, i rzeczywiście, syn uwielbiał słuchać opowiadań o Lotcie oraz innych maluchach. A teraz dwa z tych utworów ukazały się w nowym, pięknym wydaniu pod wspólnym tytułem "Peter i Lena. Dwa opowiadania".

Lena nie umiała ani chodzić, ani mówić, umiała tylko płakać. Kiedy płakała, przychodziła mama, wyjmowała ją z łóżeczka, przytulała swój policzek do jej policzka i mówiła, że jest najsłodszym dzieckiem na świecie. Oczywiście Peter też. Kiedy Lena była głodna, dostawała jedzenie prosto od mamy. Co wieczór była kąpana w wanience, a tata bardzo, bardzo ją kochał.

Opowiadanie "Ja też chcę mieć rodzeństwo" jest i mądre, i zabawne, a przede wszystkim skuteczne. Oczywiście pierwszą myślą przeglądającego tę książkę dorosłego jest: to coś dla maluchów spodziewających się rodzeństwa albo właśnie debiutujących w roli starszego brata lub siostry. Rzeczywiście, to jedna z takich publikacji, jej bohater – Peter – dziwi się nowemu układowi rodzinnemu, jest zazdrosny, wściekły, ale z czasem staje się pomocnikiem rodziców i jeszcze starszym bratem. Wyjątkowość tego opowiadania (w porównaniu z innymi oswajającymi dzieci z pojawieniem się młodszego rodzeństwa) polega na prostocie narracji, braku przesadnej słodyczy i pokazaniu życia każdego kolejnego członka rodziny jako cyklu, w który włączane są starsze dzieci.

I wtedy urodził się im braciszek Mats. Nie umiał ani mówić, ani chodzić, tylko płakał. A kiedy płakał, przychodziła mama, wyjmowała go z łóżeczka, przytulała swój policzek do jego policzka i mówiła, że jest najsłodszym dzieckiem na świecie. Oczywiście Peter i Lena też. Kiedy Mats był głodny, mama go karmiła. Co wieczór był kąpany w wanience, a tata, Peter i Lena przyglądali się. Mama i tata, Peter i Lena bardzo, bardzo kochali Matsa.
Kochali go, mimo że był malutki i sprawiał wiele kłopotów, a mama musiała ciągle się nim zajmować i nie miała zbyt dużo czasu dla Petera i Leny. Ale im to nie przeszkadzało, bo w swoim pokoju prowadzili prawdziwe wojny na poduszki i było im bardzo wesoło.

Tekst jest tak urokliwy, że dobrze czyta się go nawet, gdy opisana sytuacja nijak nie dotyczy czytelnika. To po prostu dobra literatura, dodatkowo świetnie przełożona na język polski przez Annę Węgleńską, tłumaczkę między innymi "Ronji, córki zbójnika".
W drugim opowiadaniu Peter i Lena są już starsi, na tyle, że dziewczynka stwierdza (wypowiadając tym samym tytuł utworu): "Ja też chcę chodzić do szkoły". Pięciolatka zazdrości bratu, rwie się, by mu dorównać, i to też jest typowa sytuacja w rodzeństwie. Doskonale pamiętam, że kiedy byłam w tym wieku, mama uczyła mnie pisać, bo koniecznie chciałam dorosnąć do poziomu starszych braci. Lena dopiero coś tam sobie bazgroli, czytać też nie umie, za to może zabłysnąć znajomością ptaków oraz... "bardzo dobrym" bratem. Peter bowiem spełnia marzenie siostry i zabiera ją do szkoły, a my oczywiście towarzyszymy im przez cały dzień: w drodze przez miasteczko ("Kiedy mają przejść przez ulicę, muszą bardzo uważać."), na lekcjach, podczas przerwy, szkolnego posiłku, a nawet bójki. Wieczorem, który możemy podziwiać na okładce książki, okazuje się, że Peter i Lena nadal są zwyczajnym, wcale nie idealnie zgodnym rodzeństwem, które czasem mawia do siebie "głupia (głupi) jesteś".

Dobrze się jednak stało, że Bosse nie zjadł tysiąca naleśników. Zaraz po przerwie dzieci mają gimnastykę. Ciekawe, jak z tysiącem naleśników w brzuchu Bosse skakałby i robił taczkę?
Gimnastyka to najprzyjemniejsza lekcja – mówi Peter do Leny.
A Pelle pokazuje jej, jakie silne muskuły można sobie wyrobić na gimnastyce. Najwyraźniej już zapomniał, że to głupie przyprowadzać do szkoły małe dzieci.

Oba opowiadania zilustrowała Ilon Wikland, a więc książkę przygotowało moje ulubione trio twórcze (autorka, ilustratorka i tłumaczka), dzięki któremu w dzieciństwie śniłam o lesie Ronji i pokochałam czytanie. Także po lekturze zbioru "Peter i Lena" chce się więcej – książek, obrazków i... rodzeństwa. Kolorowy świat z tej publikacji będzie przenikał do życia kolejnych dzieci, a pewnie i pokoleń, bo książka wydaje się "nieprzemijalna" oraz niezniszczalna – wydana na solidnym papierze, szyta (a nie klejona), opatrzona twardą oprawą i płóciennym grzbietem. Z radością sięgnęliśmy ponownie po opowiadania "Ja też chcę mieć rodzeństwo" oraz "Ja też chcę chodzić do szkoły". Według nas wcale się nie zestarzały (wyd. Zakamarki opublikowało je – każde osobno – w 2008 roku, a Astrid Lindgren napisała w 1951 i 1954 roku) i, mimo niezwykłego rozwoju polskiego rynku książki dla dzieci, utrzymały swój status najlepszych utworów dla przedszkolaka, bo właśnie tak je od początku postrzegałam.
Bożena Itoya

Astrid Lindgren, Peter i Lena. Dwa opowiadania, ilustrowała Ilon Wikland, przełożyła ze szwedzkiego Anna Węgleńska, Wydawnictwo Zakamarki, Poznań 2017.